Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 391 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Matnia - Małgorzata Łatka

"Matnia" to zaskakujący kryminał, który zaostrzy wasz apetyt na dostrzeganie tego, co niewypowiadane...

Makabryczne odkrycie nad Wisłą mobilizuje całą krakowską policję i elektryzuje opinię publiczną. Zmasakrowane ciało uniemożliwia identyfikację. Komisarz Jakub Zagórski i jego partner jeszcze nie wiedzą, że to będzie jedna z trudniejszych spraw w ich karierze.

Czy sięgną po nietypowe rozwiązanie i poproszą o pomoc specjalistkę od mowy ciała – Lenę Zamojską, która właśnie pojawiła się w Krakowie?

Lena chce ułożyć sobie na nowo życie. Jej wiedza na temat mowy niewerbalnej już raz pomogła policji zidentyfikować zabójcę zwanego Kamforą, lecz kobieta od czasu spotkania z nim twarzą w twarz żyje w ciągłym strachu. Chcąc uporać się z demonami przeszłości, na własną rękę zaczyna zgłębiać sprawę sprzed lat, dotyczącą Kamfory i jego obsesji…

Rozpoznaj mordercę nim będzie za późno!

Opinie o ebooku Matnia - Małgorzata Łatka

Fragment ebooka Matnia - Małgorzata Łatka

Copyright © Małgorzata Łatka, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny: Barbara Adamczyk

Łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Fotografie na okładce: Dmitry_Tsvetkov/Shutterstock

alexskopje/Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN 978-83-7976-721-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Rodzicom

But what happens when an event that occurs that is so catastrophic that you just change?

You change from the known person to an unknown person.

So that when you look at yourself in a mirror, you recognize the person that you were, but the person inside the skin is a different person.

Nick Cave

Lena szarpnęła kierownicą w lewo, odruchowo próbując zapanować nad autem, ale było już za późno. Samochód obracał się wokół własnej osi, a koła ślizgały po oblodzonej drodze. Uderzenie w barierkę spowolniło jego prędkość, ale nie zatrzymało maszyny po bezpiecznej stronie jezdni i hyundai przebił się przez nią, jakby była nic nieznaczącą przeszkodą.

Gdy podniosła głowę, czuła ból w miejscu, którym uderzyła o kierownicę. Coś ciepłego spływało jej po czole. Nie zwróciła na to uwagi irozejrzała się wokoło, by ocenić swoje położenie. Jej sytuacja była poważna, ale potrzebowała paru sekund, aby zrozumieć, jak bardzo. Znalazła się na zamarzniętym jeziorze, a lodowa pokrywa zaczynała pękać.

Musiała uciekać.

Odpięła pas bezpieczeństwa, czując pod palcami wibracje rozchodzące się po całym pojeździe. Nie zdążyła zrobić nic więcej, bo powietrze przeciął nagły trzask, samochód się zakołysał, a potem powoli przechylił do tyłu i zaczął zanurzać w wodzie.

Szarpnęła klamkę, lecz ta nawet nie drgnęła. Czuła, jak zimno obejmuje jej nogi, gdy do środka zaczęła przedzierać się woda. Początkowo powoli, a potem coraz szybciej, ciągnąc auto pod lód.

Rzuciła się do drzwi od strony pasażera. Niestety, i te pozostały zablokowane. Lodowaty ucisk przesuwał się wyżej, aż do obojczyków. Lena nie wiedziała, że krzyczy, dopóki nie poczuła, jak do otwartych ust wpada jej woda. Panika napierała na nią z każdej strony.

Kiedy w pobliżu dostrzegła męską sylwetkę, uderzyła dłońmi o szybę, agdy i to nie pomogło, otworzyła usta do kolejnego krzyku, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nagle zrozumiała, że nie może liczyć na pomoc. W mężczyźnie rozpoznała Kamforę, który stojąc w bezpiecznym miejscu, z uśmiechem obserwował, jak Lenę pochłania woda.

Walcząc ze sobą, by zrobić coś przeciwnego, przepchnęła się pomiędzy siedzeniami na tylną część auta. Było to trudne, bo hyundai szybko nabierał wody i przechył stawał się coraz większy. Próbowała otworzyć drzwi; bezskutecznie.

Woda sięgała jej już do brody, gdy wróciła na przód samochodu. Najmocniej, jak potrafiła, wyciągnęła szyję, by złapać ostatni haust powietrza, lecz nie zdążyła. Woda wlała jej się do ust i nosa.

Chciała krzyczeć– ale nie mogła.

Chciała żyć– ale na to było już za późno.

Lena krzyknęła i zerwała się z łóżka. To był tylko koszmar, pomyślała, zaciskając pięści. Nie pierwszy, który pojawił się, odkąd uszła z życiem z wypadku. Początek dokładnie oddawał to, co przeżyła miesiąc temu, zmieniało się tylko zakończenie– to nie Kamfora tonął, tylko ona. Odczytanie znaczenia snu nie było trudne. Wiedziała, że wraz z tamtym wydarzeniem pogrzebała część siebie. Nie była już tą samą osobą.

Podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz, w mocnej poświacie księżyca dostrzegając wyraźne kształty pobliskich budynków i charakterystyczne dla włoskiego pejzażu potężne cyprysy rosnące wzdłuż drogi. Zwykle ten widok ją uspokajał. Dziś było inaczej.

Objęła się ramionami, czekając, aż nadejdzie świt.

Pięć miesięcy później

Środa, 16 września

ROZDZIAŁ 1

LENA ZAMOJSKADODAŁAodrobinę miodu do kawy, zamieszała w niej łyżeczką, a potem uniosła kubek do ust. Zanim jednak mogła się przekonać, czy smak jest równie dobry jak aromat, dobiegający zza jej pleców hałas sprawił, że postawiła naczynie z powrotem na blacie i wychyliła się na krześle, szukając jego źródła.

– Uwaga!– krzyknęła, nim mężczyzna staranował pudła zalegające w przejściu do salonu.

Ten przeklął pod nosem i w ostatnim momencie minął paczki zostawione przez jego kolegę. Zaraz potem bezpiecznie odłożył karton na podłogę.

Lena stłumiła jęk i cicho wypuściła powietrze. Choć od południa minęło już kilka godzin, miała wrażenie, że wskazówki zegara wcale nie oddawały prawdy. Z ekipą problemy były od samego początku. Spóźnili się kilka godzin– rzekome problemy z autem. Na dodatek postawny gość z firmy przewozowej zachowywał się jak słoń w składzie porcelany: co chwilę o coś zawadzał.

Odprowadzała mężczyznę wzrokiem, dopóki nie zniknął za drzwiami, a potem spojrzała na salon. Jeszcze godzinę temu niewielkie lokum sprawiało wrażenie pustego. Teraz wolna przestrzeń kurczyła się zastraszająco szybko.

Gdy do salonu wszedł kolejny robotnik, Lena dopijała resztkę kawy. Mężczyzna był po pięćdziesiątce i w odróżnieniu od młodszego kolegi nie miał problemów z koordynacją– z pakunkiem wetkniętym pod pachę wyglądał jednak, jakby cierpiał na poważne zaburzenia kardiologiczne. Najwyraźniej chwila przerwy byłaby nie tyle wskazana, ile niezbędna.

– Dużo tego jeszcze?– zapytała Lena. To on dowodził ekipą.

Mężczyzna przesunął pudło na środek pokoju i się wyprostował. Ściągnął czapkę z daszkiem, a następnie przetarł rękawem spoconą, zaczerwienioną od wysiłku twarz. Była już połowa września, ale temperatury nadal utrzymywały się na poziomie dwudziestu stopni, stanowiąc kolejny dowód na to, że w Polsce w ciągu ostatnich lat pogoda była lepsza u schyłku lata niż w czasie wakacji. Od jutra wszystko miało ulec zmianie, dzisiaj można było cieszyć się pewnie ostatnim ciepłym dniem roku.

– Pani, już za połową!– krzyknął, jakby dzieliło ich kilkanaście metrów, a nie dwa kroki.– Uwiniemy się w godzinę, jeśli wcześniej nie wykończy nas brak windy.– Z powrotem nałożył czapkę.– W każdym razie… bliżej końca– powiedział już ciszej i ruszył w stronę wyjścia.

Wbloku, w którym Lena wynajęła mieszkanie, rzeczywiście nie było windy i przez kilka pierwszych dni, nim sama przywykła do tej wysokości, wyjście na piąte piętro także dla niej kończyło się sporą zadyszką. Mieszkanie mieściło się na poddaszu i jeszcze nie tak dawno stanowiło całość z tym poniżej, ale zapewne z powodów czysto ekonomicznych zostało podzielone na dwa osobne. Lena mogła tylko podejrzewać, jak trudne było wynajęcie takiego lokum, zwłaszcza w Krakowie. Za swoje i tak już płaciła krocie. Było spore, jednak z powodu licznych skosów część użytkowa stanowiła co najwyżej połowę powierzchni. Jej to nie przeszkadzało, w końcu mieszkała sama. Centralną część stanowił przestronny salon z aneksem kuchennym.

– To już ostatnie– powiedział robotnik pół godziny później. Skończyli wcześniej, niż sam się spodziewał.

Choć trzymał w dłoniach tylko niewielką paczkę, był cały czerwony, a ulga malująca się na jego twarzy dorównywała tej słyszalnej w głosie. Jego kolega nie wyglądał lepiej, na dodatek kołysał się lekko na boki, z trudem utrzymując ogromne pudło.

Gdy ostatnie rzeczy znalazły się na podłodze, Lena wyjęła portfel z torebki i zapłaciła ustaloną kwotę, dorzuciwszy napiwek. Kilka minut później została sama. Wróciła do salonu i zatrzymała się w progu, dokładnie oglądając pomieszczenie. Zdecydowanie nie była minimalistką. Wiedziała, że przez te lata nazbierała mnóstwo rzeczy, ale nie spodziewała się, że będzie tego aż tyle.

Pierwotnie chciała ułożyć pudła tylko w korytarzu, szybko zrozumiała jednak, że to niewykonalne. Teraz między kartonami a ścianą istniały metrowe przerwy umożliwiające poruszanie się po pokoju niczym po wojennych okopach.

Podeszła do okna. Towarzyszyło jej coś na kształt zadowolenia, że rozpakowywanie musiało poczekać do jutra. Wieczór planowała spędzić inaczej.

Zgarnęła klucze z parapetu i ponownie przecięła salon, przed wyjściem wrzuciwszy jeszcze do torby buty i dres. Opuściła mieszkanie i zbiegła na dół. Była osiemnasta dziesięć, do zachodu słońca brakowało mniej więcej pół godziny, a niebo powoli przyjmowało już barwę granatu. W tym momencie była to jedyna oznaka zbliżającej się jesieni.

Ruszyła wzdłuż Lea. Pół godziny później skręciła w wąską uliczkę. Już z tej odległości wznoszącej się po prawej stronie bryły nie można było pomylić z niczym innym. Typowy budynek szkoły podstawowej– szara elewacja, liczne duże okna na trzech poziomach, z boiskiem do koszykówki i mieszczącym się tuż za nim boiskiem do piłki nożnej. Wokół placówki ciągnęło się metalowe ogrodzenie. Od frontu prowadziły do niej szerokie drzwi.

Lena nie weszła do środka, tylko ruszyła wzdłuż budynku. Bez większych problemów zlokalizowała właściwe miejsce– sala gimnastyczna znajdowała się na parterze, do którego prowadziło osobne wejście od strony boiska. W środku unosił się charakterystyczny, doskonale rozpoznawalny zapach. Chociaż minęło wiele lat, odkąd Lena była w takim miejscu po raz ostatni, to nie mogła go pomylić z żadnym innym. Wyglądało na to, że pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały.

Sala była duża, lecz teraz znajdowało się w niej około piętnastu osób w różnym wieku. Większą część grupy stanowili mężczyźni. Kilka kobiet stało pod oknem; każda z nich w tym momencie zajmowała się sobą.

Lena mruknęła coś na przywitanie i przeszła do szatni. Szybko wciągnęła na siebie spodnie i bawełnianą koszulkę, a potem wróciła na salę. Jej wejście zbiegło się w czasie z pojawieniem się wysokiego, potężnie zbudowanego instruktora. Dłuższe na czubku głowy włosy zebrał w kucyk, natomiast reszta była wygolona. Zamojska słyszała, że odszedł ze służby wojskowej kilka lat temu i obecnie zajmowałsię głównie szkoleniami.

Mężczyzna wyszedł na środek, skupiając na sobie uwagę zgromadzonych. Nagle ucichły rozmowy, wcześniejsze grupki się rozeszły, a samotnicy podeszli bliżej.

– Nazywam się Artur Kantor– powiedział instruktor. Stał w lekkim rozkroku, z dłońmi złączonymi za plecami.– I witam wszystkich na pierwszych zajęciach krav magi. Dla niektórych będzie to nowość, a dla innych kontynuacja i odświeżenie podstaw.

To był powód, dla którego Lena zapisała się akurat do tej grupy. Znała podstawy, ale nie czuła się aż tak pewnie, by od razu przejść na wyższy poziom. Zaczynanie od początku również nie było rozwiązaniem.

Pierwszy raz usłyszała o krav madze podczas pobytu we Włoszech, za sprawą córki właściciela wynajmowanego mieszkania. Zaczęły wspólnie ćwiczyć z różnych powodów: Lena miała dużo wolnego czasu, a tamta potrzebowała kogoś do treningów. I tak to się zaczęło. Krav maga spodobała jej się od samego początku, co dosyć ją zaskoczyło, zwłaszcza że nie było tam ani eleganckich ruchów, jak chociażby w tai chi, ani żadnej filozofii, która sprawiałaby, by kryło się tam coś więcej. Medytacja, uspokojenie umysłu… Nic z tych rzeczy. Krav maga miała inne zadanie– nauczyć walki, aby w razie zagrożenia nie pozostawać biernym.

Lena odsunęła na bok wspomnienia i skupiła się na prowadzącym.

– Jak zapewne większość z was wie– kontynuował Kantor– jest to system samoobrony i walki wręcz, a wszystko koncentruje się wokół maksymalnej skuteczności przy minimalnej liczbie ruchów.– Nawet jego głos oddawał drzemiącą w nim siłę. Był mocny, dźwięczny, a szybki sposób wymawiania słów upodabniał jego wypowiedź do rzucanej serii rozkazów. Świadomość, że był w stanie dać sobie radę w różnych sytuacjach, przekładała się na jego pewność siebie.

Kantor mówił dalej:

– Są różne powody nauki, niektórzy chcą się poczuć bezpieczniej, inni po prostu traktują to jako formę aktywności ruchowej. Otrzymacie to wszystko. Zanim jednak przejdziemy do ćwiczeń, chciałbym na początku przypomnieć o pewnych zasadach krav magi.– Wyciągnął przed siebie dłoń i wyprostował palec wskazujący.– Pierwsza będzie oczywista dla większości. Chodzi o to, by unikać miejsc i sytuacji stwarzających zagrożenie.

Lena pokiwała głową. Wpajano jej to, odkąd była dzieckiem.

Kolejny palec wystrzelił w górę.

– Druga zasada: kiedy dojdzie do niebezpiecznej sytuacji, jeśli to tylko możliwe, należy jak najszybciej opuścić miejsce zagrożenia.

To również powtarzano w domu Zamojskich… I na tym podobieństwa się skończyły.

– Trzecia zasada: jeśli oddalenie się jest niemożliwe, należy walczyć z wykorzystaniem wszelkich dostępnych środków. Czwarta zasada ma zastosowanie w sytuacjach bez wyjścia.– Kantor zawiesił głos i przesunął spojrzeniem po zgromadzonych. Dopiero gdy dotarł do ostatniego mężczyzny, dodał:– Jeśli zawodzą wszelkie wcześniejsze sposoby i nie możecie wykorzystać niczego, co znajduje się pod ręką, wtedy walczycie i… nie obowiązują żadne ograniczenia.

Po jego słowach zaległa cisza. Chyba nikt z zebranych nigdy nie chciałby się znaleźć w sytuacji, w której będzie musiał walczyć o życie.

– Każde spotkanie będziemy rozpoczynać intensywną rozgrzewką, a potem przejdziemy do ćwiczeń w parach. Zwykle parujemy się z osobami zbliżonymi poziomem umiejętności.– Trener klasnął w dłonie.– No, to zaczynamy! Dziesięć okrążeń wokół sali. Biegiem!

PÓŁTOREJGODZINYPÓŹNIEJLena wiedziała, że potrzebowała właśnie tego: wysiłku, ale innego niż ten dotychczas. Ćwiczyła ze znacznie młodszą dziewczyną, mogła mieć koło dwudziestu lat. W tym przypadku wiek nie miał żadnego znaczenia. Liczyło się to, że tamta też ani nie była nowicjuszką, ani nie miała za sobą miesięcy praktyki.

Kiedy opuściła salę gimnastyczną, wciągnęła do płuc ciepłe wrześniowe powietrze. Schowała dłonie do kieszeni i ruszyła w drogę powrotną.

Była już na Lea i skręciła, mijając blok po prawej stronie. Wyszedłszy na otwartą przestrzeń, poczuła niepokój. Rozejrzała się, mając nieprzyjemne wrażenie, że jest obserwowana, ale nie dostrzegła nikogo z wyjątkiem starszego mężczyzny wyprowadzającego na spacer labradora. Jednak był on tak skoncentrowany na prowadzonej przez telefon rozmowie, że nie zauważył nawet, iż pies załatwia się prosto na jego nogi.

To musiało być jedynie złudzenie, pomyślała. Mimo to przyspieszyła, chcąc jak najszybciej dostać się do mieszkania.

ROZDZIAŁ2

JAKUB ZAGÓRSKIOBRÓCIŁSIĘNAPLECYz głośnym westchnieniem i spojrzał w sufit. Serce tłukło mu się w piersi, a przyjemne uczucie zaspokojenia rozchodziło się po całym ciele.

– Nie wiedziałem, że uczyli was na studiach takich rzeczy– powiedział cicho. Mimo to miał pewność, że słowa dotarły do kobiety leżącej obok. Świadczył o tym śmiech, który tak lubił, niski, gardłowy. Na inne reakcje nie musiał długo czekać. Po chwili partnerka, wysunąwszy się spod kołdry, przełożyła nad nim nagie udo.

Jakub położył dłoń na jej biodrze, czując pod palcami przyjemne zaokrąglenie i delikatną skórę. Przesunął po niej ręką. Dochodziła północ, na nogach był od ponad dwudziestu godzin, ale nie miał powodów do narzekań.

– Kochany, uczyli nas jeszcze innych rzeczy– odpowiedziała, kiedy w końcu mogła mówić. Ostatnie sekundy przypominały nierówną walkę o oddech. Podniosła się lekko na nogach i usiadła na nim okrakiem. Jej piersi zakołysały się, skupiając na sobie wzrok Jakuba.

Dagmara była cholernie zmęczona, ale zadowolona. Odkąd zaczęli się spotykać, takie momenty zdarzały się coraz częściej. Choć nie czuła się jeszcze w pełni szczęśliwa, ten dzień zbliżał się wielkimi krokami, z jednej strony budząc w niej lęk, a z drugiej oczekiwanie.

– Uczyli nas jeszcze tego…– Pochyliła się nad nim.

Gdy wreszcie skończyli, zbliżała się pierwsza. Dagmara opadła na łóżko tuż obok Kuby i położyła głowę na jego piersi. Jeśliby tylko miała siłę, zapewne zdobyłaby się na jakiś komentarz, ale potrzebowała jeszcze chwili na dojście do siebie.

Zagórski wyswobodził rękę i sięgnął po zegarek. W środku tygodnia żadne z nich nie mogło sobie pozwolić, by rano być tylko na pół gwizdka.

– Już późno, muszę się zbierać– rzucił ku niezadowoleniu Dagmary.– Saburi pewnie przebiera łapami.

Saburi był psem rasy Rhodesian ridgeback, rzadko spotykanej w Polsce, co było dość dziwne, jeśli wziąć pod uwagę ich łagodny charakter i piękny wygląd. Z rosnącym w odwrotnym kierunku niż reszta paskiem sierści na grzbiecie wyróżniał się na tle innych psów. Kiedyś rhodesiany wykorzystywano podczas polowania na lwy i niektórzy doszukiwali się podobieństwa pomiędzy tymi zwierzętami. Do tej grupy należał Zagórski.

Nie zważając na ciche protesty, odsunął nogę Dagmary i zdecydowanym ruchem podniósł się z łóżka. Jeszcze parę minut spędzonych w takiej pozycji sprawiłoby, że zasnąłby i obudził się dopiero rano. A przecież miał obowiązki.

Dagmara usiadła i oparła się o zagłówek łóżka. Z powodu chłodu panującego w pokoju jej sutki stwardniały, lecz tym razem nie nakryła się kołdrą. Jej uwaga skupiała się nakochanku.

Wsłabym świetle, jakie rzucała stojąca przy łóżku lampka, przyglądała się ruchom Jakuba. Zastanawiała się, czy to był odpowiedni moment, by poruszyć temat, który nie dawał jej spokoju od pewnego czasu.

– Co byś powiedział na to, by się do mnie wprowadzić?– wyrzuciła z siebie szybko, zanim zdążyła zmienić zdanie, jak kilka razy wcześniej.

Jakub, który do tej pory zbierał swoje rzeczy, rozrzucone po całym pokoju, zatrzymał się i spojrzał na nią. Na co dzień włosy upinała wysoko, by jej nie przeszkadzały; teraz rozpuszczone, wręcz potargane, dodawały jej uroku.

– Spotykamy się… Jak długo?– Wrócił do kompletowania skarpetek.– Niecałe trzy miesiące?

Dagmara przytaknęła. Pamiętał– to dobry znak. Niestety, wyczuwała także sceptycyzm zarówno w jego postawie, jak i głosie. Ten sam, który powstrzymywał ją przed wcześniejszym poruszeniem tematu. Teraz nie mogła się już jednak wycofać.

– Nie sądzisz, że to trochę za wcześnie?

Dagmara pokręciła głową.

– Jaka to różnica, czy to kilka tygodni, czy miesięcy?– odparła zdecydowanie.– Dobrze nam ze sobą i to się liczy.

Jakub nie skomentował.

– Pomyśl, jaka to byłaby wygoda!– mówiła dalej.– Jest ogród, z którego nie korzystam, więc Saburi miałby idealne warunki. Nie musielibyśmy się zrywać o nieludzkich porach.– Zaczęła od argumentów, które uważała za najmocniejsze.– No, chyba że jesteś tak przywiązany dowłasnego mieszkania… Wtedy ja mogę się przenieść do ciebie.

– Daga…– Jakub podszedł bliżej.– Od samego początku mówiłem, że nie jestem dobrym materiałem na męża ani na ojca, więc nie oczekuj tego ode mnie.

– Akto o tym mówi?!– Poderwała się z łóżka i podeszła do niego, kładąc ręce na biodrach w geście oczekiwania.– Męża już miałam i nie zamierzam wchodzić w to jeszcze raz. Jesteśmy dorośli, nie mamy zobowiązań oprócz tych związanych z pracą. Co szkodzi spróbować? Jak wyjdzie, to dobrze, jak nie, przejdziemy nad tym dalej.

Jej argumenty były rozsądne. Męczyły go te nocne eskapady i zrywanie się skoro świt. Miał już swoje lata.

– Po prostu to przemyśl– dodała już ciszej.

– Zastanowię się.– Jego odpowiedź zaskoczyła ich w równym stopniu.– Ale do tego czasu nie naciskaj.

Dagmara pokiwała głową i uśmiechnęła się zadowolona. To jeszcze nie przesądzało sprawy, ale nadawało jej dobry kierunek.

Pocałował ją na pożegnanie i wyszedł. Choć w sypialni było chłodno, Dagmara nie wróciła do łóżka. Zamiast tego podeszła do okna– w samą porę, by zobaczyć, jak Jakub wsiada do samochodu. Poczekała, aż odjedzie, i dopiero wtedy wsunęła się pod ciepłą kołdrę. Na poduszce wciąż utrzymywał się jego zapach. Uśmiechnęła się, przesuwając po niej dłonią. Tak, do pełni szczęścia trochę jej jeszcze brakowało, ale dzień, w którym wreszcie ją osiągnie, był zdecydowanie bliższy niż jeszcze tydzień temu.

Czwartek, 17 września

ROZDZIAŁ3

ZBIGNIEW KOWALSKIPOTARŁOCZY. Skrzywił się. Uciążliwe wrażenie piasku pod powiekami nie minęło, a on potrzebował chwili, by odzyskać ostrość widzenia.

Starość nie radość, pomyślał. Pracował jako ochroniarz w jednym z krakowskich biurowców. Praca nie była zbytnio wymagająca ani trudna, bardziej nudna, ale po czterdziestu latach harówy stanowiła miłą odmianę.

Odkąd trzy lata temu przeszedł na emeryturę, nie potrzebował nawet miesiąca, by zrozumieć, że musi gdzieś dorobić. Szczególnie że nie wyglądało na to, by darmozjady– jak nazywał dzieci swojej żony– miały w najbliższym czasie wynieść się z jego domu. Wolały żyć na zasiłku, niż pracować, ale brak roboty nie przeszkadzał im w płodzeniu kolejnych dzieci, a jego wnuków. Wyglądało na to, że ten styl życia nie pasuje tylko jemu. Jego żona nie widziała w tym nic złego i rozkładała nad trzydziestolatkami parasol ochronny.

Wtakiej sytuacji musiał dorzucać coś do swojej emerytury, bo inaczej by nie wydolił. Miał sześćdziesiąt osiem lat i zwykle nie mógł narzekać na zdrowie, lecz dzisiaj mocniej odczuwał zmęczenie i nieprzespaną noc. Na dodatek poprzedniego dnia, tuż przed wyjściem do pracy, pokłócił się z żoną o pieniądze. W takich chwilach nachodziły go myśli, że lepiej byłoby mu samemu. Samotność już nie kojarzyła się Zbigniewowi z czymś przykrym, wręcz przeciwnie!– z czymś, o czym marzył w ostatnich latach, a także spokojem, którego nie miał.

Na domiar złego przed końcem zmiany odbył rozmowę z kierownikiem. Zapowiedziano redukcję etatów. Jeszcze nie było wiadomo, kto wyleci, ale sytuacja nie wyglądała dobrze.

Cicha melodia V Symfonii Beethovena sprawiła, że wyłączył radio i sięgnął po komórkę. Dzwoniła żona.

Nie odebrał– wyciszył telefon i wrzucił go do torby. Wiedział, że i za to zrobi mu później awanturę, ale teraz chciał mieć chwilę spokoju. Trochę czasu tylko dla siebie, niezakłócanego utyskiwaniem wiecznie niezadowolonej kobiety czy dzieci, które zostaną z nim zapewne do usranej śmierci.

Przekręcił gałkę i pogłośnił radio, a potem szybko włączył się do ruchu. Chciał po drodze wstąpić do mięsnego. Był już otwarty i Zbigniew, jak zawsze gdy wybierał się na ryby, kupił w nim dwa kilogramy wątróbki. Na sumy nie było lepszej przynęty. W Wiśle można było znaleźć leszcze, karpie, a czasami nawet i pstrągi, które wydostały się z Wilgi, ale jego interesowały sumy. Zwłaszcza te dorodne okazy. Do tej pory największy, którego udało mu się wyłowić, miał dwa metry i piętnaście centymetrów. Cieszył się, że w przeciwieństwie do innych, którzy zjeżdżali się tu z całej Polski, on miał to wszystko na miejscu.

Kwadrans po siódmej skręcił z Księcia Józefa w lewo, w Polnych Kwiatów. Droga nie była najlepsza, zaledwie wygładzona i na tyle szeroka, by zmieścił się na niej jeden samochód, ale za to mniej uczęszczana, w odróżnieniu od ulicy Do Przystani, biegnącej pomiędzy ogródkami działkowymi. Tam każde auto zwracało uwagę, zwłaszcza jeśli stało dłużej niż godzinę.

Zaparkował w miejscu, skąd kiedyś musiała odchodzić odnoga wąskiej drogi, która z czasem zarosła i teraz nie było już przejazdu. Do tej pory nikt się nie czepiał, że tam parkuje, a robił to średnio dwa razy w tygodniu. Ostatnio z powodu ciągnącego się przeziębienia był tam trzy tygodnie wcześniej.

Zaciągnął ręczny i wysiadł z auta. Z bagażnika wyjął gumowce i swój nowy nabytek– piękną wędkę Cormoran Weltfish, idealną do wędkowania z gruntu.

Odkąd kupił ją tydzień temu, nie mógł się doczekać chwili, kiedy będzie mógł przetestować zakup. Przez dwa lata z każdej wypłaty odkładał niewielką sumkę, aż w końcu mógł sobie na nią pozwolić. Przy okazji zaszalał i wymienił także żyłkę na plecionkę. Oczywiście wszystko odbyło się w tajemnicy przed rodziną. Żona na pewno by mu nie wybaczyła, gdyby się dowiedziała.

Podniósł wędkę i poruszył nią, jakby ważył przedmiot w ręce. Pakunek przyjemnie ciążył w dłoni. Ze skrzynki w bagażniku wyjął haczyki, a także przenośne krzesełko, z którym nie rozstawał się od piętnastu lat, powycierane i z kilkoma plamami niewiadomego pochodzenia, wżartymi w strukturę tak głęboko, że nie dało się tego niczym usunąć.

Zamknął samochód i skierował się do zejścia nad Wisłę. Spakowany do torby termos z gorącą kawą, który przygotował sobie przed wyjściem z pracy, uderzał o biodro przy każdym kroku.

Przeciął wał. Kawałek dalej zaczynały się zarośla– dzięki nim mógł być pewny, że nikt nie będzie mu przeszkadzać. Odkrył to miejsce stosunkowo niedawno, tuż przed wakacjami, kiedy ładna pogoda zachęcała mieszkańców do spacerów nad Wisłą.

Kiedyś wędkarstwo było sposobem na samotne, a na pewno ciche spędzanie czasu. Można było posiedzieć, pomyśleć, pobyć ze swoimi myślami. W ostatnich czasach to się zmieniło, szczególnie odkąd sam sport zyskał na popularności. Dlatego Zbigniew wolał dzikie tereny, gdzie nie było głośnych rozmów i ludzi. Jeśli chciał porozmawiać, toumawiał się na piwo. Wędkowanie było świętością.

Znajdował się już blisko Wisły, ale jeszcze jej nie widział. W zimie, kiedy drzewa były ogołocone z liści, taflę wody dało się ujrzeć z tego miejsca; teraz jedynie słyszał szum wody.

Kiedy minął drzewo będące jego punktem orientacyjnym i zszedł na niewielką polanę, od razu poczuł się lepiej. Nie przeszkadzały mu nawet deszcz uderzający o kaptur ani wilgoć, która sprawiała, że każdy oddech był niczym wciąganie do ust mokrej waty.

Poprawił pasek torby i skręcił w prawo, czując podekscytowanie na samą myśl, że zaraz zarzuci pierwszą przynętę.

ROZDZIAŁ4

NIMWINDAZATRZYMAŁASIĘna ostatnim piętrze komendy wojewódzkiej, Zagórski zdążył już przeczytać dwa maile na swojej nowej komórce. Grant, jaki miesiąc temu otrzymała policja, w ogromnym stopniu przyczynił się do wymiany sprzętów, zwłaszcza tych pochodzących jeszcze z ubiegłego wieku. Obecnie Jakub mógł się pochwalić smartfonem, dzięki któremu przez cały czas miał dostęp doswojej skrzynki.

Początkowo uważał to za dobre rozwiązanie, lecz dziś nie był już tego taki pewien. Czuł się wręcz zobligowany do bycia na bieżąco i z tego też powodu teraz wpatrywał się w ekran z ośmioma wiadomościami. Zignorował informację o zbiórce pieniędzy dla rodziny chorego policjanta– już wcześniej dorzucił pewną sumkę– i zerknął na dwie inne, pochodzące od Smoczycy, jego szefowej. Poprawne nazewnictwo brzmiało: inspektor Danuta Kobza, Zastępca Komendanta Wojewódzkiego Policji. Do każdej z tych wiadomości był dołączony wykrzyknik priorytetu, lecz ten zabieg już nie działał na Zagórskiego tak, jak wcześniej. Maile od szefowej zawsze wiązały się ze słowem „pilne”.

Jakub wysiadł z windy i skręcił w prawo. Koło ósmej na korytarzu przeważnie kręciło się sporo osób. Część z nich kończyła zmianę, kolejni przygotowali się do objęcia następnej. Minął kilka gabinetów i zatrzymał się dopiero przed swoim. Wszedł do środka i stanął jak wryty, gdy zobaczył tam Wrońskiego. A raczej podeszwy jego butów wyłożonych na biurko.

Kolega machnął mu ręką na powitanie, ale Jakub nie odwzajemnił tego gestu i zamknął za sobą drzwi.

– Nie masz już swojego pokoju?– Przeszedł obok niego.

Tomek poderwał się z fotela, chwycił stare krzesło stojące pod oknem i ulokował się naprzeciw Jakuba. Oparcie krzesła było krzywe, wysłużone i twarde. Mimo to Wroński starał się zająć stosunkowo wygodną pozycję.

– Monika ponawia zaproszenie na kolację.

Monika od czterech miesięcy była dziewczyną Wrońskiego. Temat wspólnego spędzenia wieczoru przewijał się w rozmowach partnerów od pewnego czasu, ale jak dotąd Jakub zawsze czymś go zbywał.

– Kiedy?

– Wpiątek.

– Niestety, nie dam rady.– Uruchomił komputer, a kiedy dostrzegł, że kolega patrzy na niego wyczekująco, wyjaśnił:– Mam już plany.

Tomasz tylko pokręcił głową. Znał Kubę od kilku lat, odkąd zostali przydzieleni do sprawy brutalnego morderstwa starszego mężczyzny. Zdążył się przyzwyczaić do jego milczenia i trzymania ludzi na dystans, ale to, że byli partnerami, obligowało go do wykrzesania z siebie czegoś więcej.

– Musisz w końcu przyjść– mówił więc dalej, bawiąc się piłeczką antystresową kupioną kilka tygodni temu. Nie było wiadome, czy pomagała mu w obniżeniu poziomu stresu, alena pewno dostarczała rozrywki.– Nie da mi spokoju. Chce w końcu poznać gościa, z którym pracuję.

– To może spotkamy się w sobotę?

– Na sobotę to my mamy już plany.– Tomek posłużył się tym samym wyjaśnieniem, co kolega. Choć musiał przyznać, że zaskoczyła go ta propozycja.– Idziemy na kolację do starych Moniki.

Zagórski zagwizdał.

– Nie mówiłeś, że robi się tak poważnie.

Wroński poprawił się na krześle. Ostatni raz został zaproszony przez rodziców dziewczyny w ostatniej klasie szkoły średniej.

– Daj spokój– odparł jedynie, widząc, jak uśmiech Zagórskiego z każdą sekundą jego zakłopotania robi się coraz szerszy.– To tylko zwykła kolacja.

– Skoro tak mówisz.

– Ale w końcu będziesz musiał dowlec swój tyłek na spotkanie.– Tomek powrócił do wcześniejszego wątku i wyrzucił w powietrze gumową piłkę. Złapał ją po chwili drugą ręką, zanim uderzyła o blat.– Mówię ci, Monika nie należy do osób, które łatwo odpuszczają.

Jakub uważał rozmowę za skończoną. Zalogował się na swoją skrzynkę; choć orientacyjnie wiedział, czego dotyczyły maile, chciał się z nimi spokojnie zapoznać, dopóki miał okazję. Ranek był jedyną częścią dnia, w której mógł nadrobić zaległości i nadgonić papierkową robotę.

Minęła kolejna minuta. Zagórski podniósł głowę i spojrzał na kolegę. Jeśli chce coś powiedzieć, to niech mówi, pomyślał. Nie miał ochoty na odgadywanie, co oznacza ta pantomima. Wroński nadal siedział rozpostarty na krześle i się szczerzył.

– Nie masz żadnej roboty?– Zmierzył go wzrokiem.– Bo jak coś, to z chęcią oddam ci dwa raporty do uzupełnienia…

Gdy kolega po raz kolejny podrzucił piłeczkę pod sufit, Jakub pochylił się w jego stronę i złapał ją pierwszy.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Co jest?

– Doszły mnie słuchy, że Zamojska jest w Krakowie– odparł w końcu Tomek, jakby mimochodem. Nie spuszczał wzroku z partnera. Chciał zobaczyć, jakie wrażenie zrobi na nim ta informacja. Dosyć spore, jeśli sądzić po tym, jak mocno zacisnął dłoń na piłeczce.

– Skąd o tym wiesz?

Tomek złożył obie dłonie na brzuchu. Kiedy już zdobył uwagę Zagórskiego, nie spieszyło mu się z jej utratą.

– Słyszałem, że ma jutro spotkanie z Kobzą.

Zagórski zmarszczył brwi. To było dla niego zaskoczenie. Ostatni raz widział Lenę Zamojską kilka miesięcy temu. Dokładnie tego dnia, kiedy– wcześniej porwana przez Kamforę– uwolniła się z tonącego samochodu. Wtedy miała szczęście, w przeciwieństwie do porywacza. Śmierć przez utonięcie nie należała może do relatywnie szybkich, ale na pewno do bardziej przerażających. Zdaniem Zagórskiego i tak była zbyt lekką karą za to, czego dopuścił się morderca.

Jak dowiedział się później, Lena wyjechała zKrakowa następnego dnia po wypadku. Przez pewien czas próbował się znią skontaktować, jednak bez skutku. Raz nawet zadzwonił do jej przyjaciółki, ale niczego się od niej nie dowiedział. Prad miała do niego żal. Kilka miesięcy temu, kiedy Zamojska dołączyła do śledztwa, obiecał jej, że Lenie nic się nie stanie. On zawiódł, aona tego nie zapomniała. W końcu dał sobie spokój.

Od tamtego wydarzenia minęło jakieś pół roku, mimo to nadal pożerały go wyrzuty sumienia, że wystawił Lenę jako przynętę i nie zapewnił jej wystarczającej ochrony. To, że ją porwano, zapisał na konto osobistych porażek.

– Wiadomo, po co…– Nie zdążył jednak dokończyć, bona biurku rozdzwonił się telefon.

Podniósł słuchawkę i w milczeniu wysłuchał rozmówcy, apotem próbował dowiedzieć się czegoś więcej.

Tomasz zastanawiał się, o co chodziło tym razem. To, że mieli wezwanie, było pewne. Jeśli nawet pytania „gdzie” i „kiedy” byłyby niewystarczające, by to stwierdzić, załatwiały to postawa Zagórskiego i jego rzeczowy ton.

Wtym momencie Wrońskiego interesowało jedynie miejsce. Zerknął przez okno, akiedy upewnił się, że wciąż leje, przeniósł wzrok na partnera. Miał nadzieję, że cokolwiek to było, nie zmusi ich do wietrzenia tyłków w tę pogodę.

– Co jest?– zapytał, gdy Zagórski zakończył rozmowę. Żaden z nich już nie pamiętał o niedokończonym wątku.

– Mamy trupa.

Jakub wstał i sięgnął po płaszcz. Tomasz także się podniósł.

– Gdzie?

– Nad Wisłą.

Gorzej być już nie mogło, pomyślał Tomek, idąc za kolegą. Po drodze wstąpił na chwilę do siebie, by zgarnąć rzeczy.

Nie minęło dziesięć minut od wezwania, kiedy byli już na parkingu.

– Wiadomo, kim jest ofiara?– Wroński usiadł na miejscu pasażera. Dzisiaj to nie on miał prowadzić.

Jakub zapiął pasy i odpalił silnik, jednocześnie włączając radio. Jego ruchy były oszczędne.

– Niewiele. Tylko tyle, że to mężczyzna– odparł, wyjeżdżając z parkingu.– Nie znaleziono przy nim dokumentów.

– Skoczek?– Ze względu na lokalizację było to pierwsze, co przyszło Tomaszowi do głowy. Nadchodziła jesień, awraz z nią uaktywniały się wszystkie lęki i depresje. Najgorzej było przed świętami, kiedy niejeden, przytłoczony własnymi niepowodzeniami, skakał z mostu. Wroński nie mógł zrozumieć, dlaczego ludzie zamiast zwrócić się do kogoś o pomoc, sięgali po najgorsze rozwiązanie.

– Nic więcej nie wiem– odparł Jakub, koncentrując się na drodze. Mijali akurat szlaban, by zaraz wyjechać na Mogilską. Z przeciwnego kierunku, od strony przystanku tramwajowego, ludzie zmierzali w stronę komendy. Wyglądali jak mrówki poruszające się w zwartym szyku.– Poza tym, że odnalazł go jakiś wędkarz.

Wciszy zawrócili na przełączce, kierując się w stronę ronda Mogilskiego.

Tomasz odwrócił głowę i spojrzał w niebo. Powoli się przejaśniało, deszcz przerodził się już w mżawkę. Czuł jednak przez skórę, że mimo poprawy pogody zapowiadał się ciężki dzień.

ROZDZIAŁ5

PRZEJECHANIEPRZEZ KRAKÓW w godzinach szczytu przypominało Wrońskiemu rodzenie kamieni nerkowych. Obie czynności wywoływały ból.

Po czterdziestu minutach, które spędzili na przebijaniu się przez miasto, minęli po drodze liczne domki działkowe i zatrzymali się przed nasypem wału, na którym biegła ścieżka rowerowa. Zagórski zaparkował zaraz za nieoznakowanym policyjnym samochodem. Tuż obok stało kilka radiowozów.

Nawet gdyby nie znali dokładnej lokalizacji, wystarczyło tylko podążać za ludźmi. Było kwestią czasu, aż utworzą się grupki podzielone według stopnia zainteresowania tematem, pogoda nie miała tu żadnego znaczenia. Część będzie chciała tylko popatrzeć, przez chwilę podejrzeć pracę policji, a potem ruszyć dalej, natomiast inni, ci bardziej wytrwali, będą szukać sensacji– najwyraźniej telewizyjne seriale przestawały im wystarczać.

Jakub wiedział, że nie było nic bardziej kuszącego od ludzkich dramatów. Pozwalały przewartościować swoje życie i poczuć się lepiej. Proste i jakże skuteczne.

Wysiedli z samochodu. Gdzieś w oddali ktoś trzasnął drzwiami.

– Dlaczego to Podgórze nie zajęło się wezwaniem?– drążył Tomek, spoglądając na Jakuba ponad dachem sedana.– Przecież to ich teren!

– Nie mam pojęcia.– Zagórski przesunął wzrokiem po najbliższej grupce gapiów.

Dopiero po chwili wyłowił z tłumu znajomą twarz. Starszy posterunkowy Adrian Malczewski stał na szeroko rozstawionych nogach, blokując przejście, i wyglądał, jakby miał problem z zapanowaniem nad grupą. Jego pulchna twarz była czerwona, tak samo jak szyja, zwłaszcza w miejscu, gdzie zbyt ciasno zapięty kołnierzyk wpijał się w miękką skórę. Gdy tylko dostrzegł komisarza, jego dłoń wystrzeliła w powietrze.

– Ale jedno jest pewne– kontynuował Zagórski, zamykając samochód i kierując się w stronę policjanta.– Nie ściągaliby nas, gdyby to nie było coś ważnego.

Tomek pokiwał głową i w milczeniu ruszył przed siebie, teraz już w pełni skupiony. Podchodził do spraw jak do układania puzzli. Z tego też względu wstąpił do policji. Miał zamiłowanie do łamigłówek, ale ważne było także to, czym nasiąknął za młodu. Jego ojciec przez wiele lat pracował w obyczajówce, potem aż do emerytury w kryminalnym. I o ile podejmowanie decyzji w życiu prywatnym sprawiało Wrońskiemu trudność, o tyle nie miał problemu, kiedy wybierał ścieżkę kariery. Od dawna wiedział, że zwiąże się z firmą.

– Co mamy?– zapytał Zagórski, gdy dotarł do Malczewskiego.

Wiedział, że rozwiązywanie sprawy udaje się dzięki pracy zespołowej, dlatego osoby tworzące pierwszą policyjną zaporę nie tylko pilnowały porządku i aby żaden z gapiów nie przedarł się dalej, ale także zwracały uwagę na pewne podejrzane zachowania. Musieli się zabezpieczyć na wypadek, gdyby się okazało, że mają do czynienia z morderstwem. Zdarzało się, że sprawcy wracali na miejsce przestępstwa w poszukiwaniu dalszej stymulacji. A nic ich tak nie pobudzało, jak podglądanie policjantów podczas wykonywanych czynności. Jakub przesunął spojrzeniem po zebranych, ale żaden z nich nie zwrócił jego większej uwagi.

Za to Malczewski wyglądał, jakby chciał ich ucałować na powitanie.

– Dobrze, że już jesteście!– Pociągnął ich na bok, by znaleźć się poza zasięgiem słuchu dwóch młodych mężczyzn, którzy właśnie podeszli. Zwabieni kawalkadą policyjną, z ciekawością rozglądali się na boki, trzymając w pogotowiu wyciągnięte telefony.

Kiedyś zmorą policjantów byli dziennikarze, wszędzie wściubiający nosy, obecnie ta grupa poszerzyła się o zwykłych obywateli, którym do rozprzestrzeniania informacji wystarczyła jedynie przyzwoita komórka.

– Wprowadź nas.– Zagórski zatrzymał się i spojrzał na Malczewskiego.

Mężczyzna nie potrzebował notesu. Informacji nie było wiele, więc z pamięci streścił najważniejsze szczegóły, zawierając wszystko w jednym zdaniu:

– Około godziny siódmej czterdzieści rybak znalazł w Wiśle ciało.

Zagórskiemu zawsze towarzyszyło nieprzyjemne uczucie, gdy przyjmował zgłoszenie o zwłokach znalezionych w Wiśle. Wszystko z powodu morderstwa, które poruszyło całą Polskę. Kilkanaście lat temu w śrubę płynącej rzeką barki zaplątała się ludzka skóra. Ofiarą była krakowska studentka, którą ktoś oskórował. Do sprawy włączyło się nawet FBI, lecz to nie pomogło w ujęciu mordercy okrzykniętego polskim Hannibalem Lecterem.

– Rybak?– upewnił się Zagórski.– Wcześniej była mowa o wędkarzu.

– Eee… Wędkarz– poprawił się szybko Malczewski, czerwieniejąc jeszcze mocniej.

Jakub westchnął. Znał Malczewskiego od dwóch lat i przez cały ten czas tkwił on na tej samej pozycji, jakby wspinaczka po drabinie kariery nie była dla niego. Teraz Zagórski zrozumiał powody.

Odwrócił się i podążył za wzrokiem policjanta.

– To on? Wędkarz?

– Tak.

Stojący nieopodal mężczyzna miał szarą cerę z niezdrowym odcieniem zieleni i opuchnięte od zbyt intensywnego pocierania palcami powieki– najwyraźniej rzeczywistość go przytłaczała. Wyglądał, jakby pewne informacje dochodziły do niego z opóźnieniem, o czym świadczyły nieruchome spojrzenie i wyraźny grymas, który utworzył się wokół jego ust, uwypuklając i tak mocno wysuniętą szczękę.

Pewnie żałuje, że akurat dzisiaj zachciało mu się wybrać na ryby, pomyślał Zagórski.

– Medyk już jest.– Malczewski starał się zmienić temat.

– Kto?– zapytał Wroński. Przesunął dłonią po krótko ostrzyżonych włosach. Pod palcami poczuł wilgoć, która została mu na wnętrzu dłoni.

– Kreuz!

Zagórski kiwnął głową z zadowoleniem. Z Kreuzem miał okazję współpracować już kilka razy. Medyk był świetnym specjalistą, jednak mało komunikatywnym. To, wraz ze specyficznym poczuciem humoru, przysparzało mu więcej przeciwników niż zwolenników. Zdaniem Jakuba można się było przyczepić do jego sposobu bycia, ale niewątpliwie był najlepszym fachowcem, z jakim sam miał okazję pracować.

– Aprokurator?– zapytał Wroński.

Policjant pokręcił głową.

– Wdrodze– wyjaśnił i spojrzał na zegarek.– Powinien tu być w ciągu piętnastu minut.

Jakub zmarszczył nos, jakby poczuł nieprzyjemny zapach.

– Czekamy na niego?– Wroński zerknął na Jakuba.

– Nie, rozejrzymy się w tym czasie– odpowiedział, nie przerywając obserwacji otoczenia.– Wiesz, jak to czasami bywa, mówią, że są już w drodze, a tak naprawdę dopijają kawę.– Postawił kołnierz płaszcza.– Którędy teraz?– spytał Malczewskiego. W zasięgu wzroku nie miał ani policjantów, ani medyka.

Starszy posterunkowy odwrócił się do linii drzew.

– Musicie iść prosto z trzysta metrów, a potem, w miejscu, gdzie teren lekko się obniża, skręcicie w prawo. Jeszcze jakieś sto, dwieście metrów i zobaczycie ekipę. Trasa niespecjalna i jest dosyć ślisko– dodał, wskazując na swoje ubłocone buciory.

Zagórski wzruszył ramionami. Jego czarne buty nie pierwszy raz dotknęły błota, lecz tego samego z pewnością nie można było powiedzieć o nowiutkich adidasach Wrońskiego. Biel była tak intensywna, że aż zielonkawa.

– Trudno– rzucił tylko.

Po chwili zostawili za sobą Malczewskiego, czując na plecach jego wzrok, i ruszyli przed siebie. Szli w ciszy. Poporannych opadach deszczu każdy krok przypominał brnięcie w miękkim maśle. Mieli do pokonania ostatnie kilka metrów prostego odcinka, gdy nagle ciszę przerwało warknięcie Wrońskiego. Podniósł nogę, oblepioną błotem tak mocno, że biały pozostał jedynie fragment na wysokości sznurówek, a po chwili z gniewnym grymasem zrobił kolejny krok, któremu towarzyszyło mlaśnięcie.

Buty Zagórskiego nie wyglądały lepiej. Choć starał się iść utwardzoną ścieżką, gdzie podłoże porastała gęsta trawa, dużo to nie pomogło. Czuł nieprzyjemną wilgoć skarpetek w miejscu,