Matki. Niezwykła historia macierzyństwa - Sarah Knott - ebook

Matki. Niezwykła historia macierzyństwa ebook

Sarah Knott

0,0
39,90 zł

lub
Opis

Matka, matula, mama...

Oto fascynująca opowieść o roli matki na przestrzeni wieków.

Sarah Knott zaskakuje i ożywia przeszłość, kolejne odkrycia zestawiając w szokującym kontraście z teraźniejszością. To intymny, liryczny, a jednocześnie bardzo dogłębny obraz macierzyństwa.

„Począć, poronić, poczuć pierwsze ruchy płodu, nosić pod sercem, urodzić. A potem: przewijać, karmić, usypiać, nie dosypiać, dbać, dawać sobie przerywać, chodzić tam i z powrotem. One właśnie – czasowniki – najlepiej podsumowują instynktowną nieustanność macierzyństwa, kobiecej więzi z dzieckiem”.

Zadając odważne pytania i analizując najbardziej przyziemne doświadczenia, autorka poszukuje uniwersalnej prawdy o byciu matką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 535




Dla K, M i V

Jenny Saville, Study for Pentimenti III (ochra), 2011

Prolog

Tuż poza zasięgiem noworodka, na stole kuchennym, leży koperta utrzymana w barwach sepii. Podczas ostatniej wizyty przyniosła ją moja mama, myśląc, że będę zainteresowana jej kartą ciąży i późniejszą kartą opieki nad noworodkiem. Po lewej drukowanymi literami napisano „Poufne”, u dołu zaś „Ważne! Nie udostępniać osobom trzecim”. W latach siedemdziesiątych XX wieku angielski NHS (odpowiednik obecnego polskiego NFZ – przyp. tłum.) traktował pacjentów z wyższością.

Szarobrązowa koperta prawie niczym się nie różni od XVII- i XVIII-wiecznych rękopisów, z którymi zazwyczaj mam do czynienia w swojej pracy historyka. Papier na początku najczęściej jest biały, ale 300 czy 400 lat potrafi zeń wydobyć niedoskonałości, zanim trafi w troskliwe ręce współczesnych archiwistów.

Choć sfatygowana użytkowaniem, koperta daje się otworzyć. Widniejący na niej londyński adres mamy został przekreślony i zastąpiony innym, z hrabstwa Essex, gdzie spędziłam dzieciństwo. Niewielkie mieszkanie w stolicy zastąpiliśmy schludnym czteropokojowym domem na wsi, na wybrzeżu Morza Północnego.

Chciałabym wyjąć tkwiący w środku koperty dokument, lecz dziecko wierci mi się na kolanach, wpija we mnie spojrzenie i oczekuje odwrócenia jego uwagi, roztacza upojny zapach i samo odwraca moją uwagę. Rączki jak małe rozgwiazdy sięgają do pucołowatej twarzyczki, sygnalizując, że nadchodzi pora snu.

Jak wyglądało macierzyństwo w przeszłości? Co wiemy o żyjących – dajmy na to – w XVII wieku ciężarnych i położnicach, które najpierw nosiły dziecko pod sercem, a potem wydawały je na świat i od tej pory troszczyły się o nie? „Brzemienność jest dla niewiasty i jej płodu niczym wyprawa przez wzburzone morze; oboje unoszą się na falach kolejnych miesięcy, aż nadejdzie dziewiąty i ostatni”, skonstatował ktoś w 1688 roku. I dalej: „A połóg jest jedynym ich portem, najeżonym niebezpiecznymi skałami, tak że nawet po przybiciu do brzegu oboje potrzebują jeszcze wiele pomocy, by zejść cało na ląd”. Burzliwa to, pełna napięcia i zagrożeń, dramatyczna scena, w której nic nie jest pewne[1][I].

Za półtorej godziny przy drzwiach rozlegnie się klamor i moja druga połowa, K, pojawi się z hałaśliwym starszym rodzeństwem noworodka. Lepiej na razie odłożyć kopertę z jedynym domorosłym dowodem.

Dziecko śpi, a promienie słońca oświetlają „Mrs” (skrót oznaczający kobietę zamężną – przyp. tłum.), widniejące w pierwszej linijce adresu. W ostatniej ćwierci XX wieku pracownik NHS uznał, że kobieta ciężarna musi być mężatką. Wcześniej używane potoczne określenie „panna z dzieckiem” dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku zostało zastąpione przez mniej pejoratywne „samotna matka”, lecz złotym standardem życia rodzinnego nadal pozostawało małżeństwo, w którym żona nie pracuje zawodowo, tylko wychowuje dzieci, siedząc w domu.

W kopercie znajdują się karta ciąży i karta opieki nad noworodkiem, z podpiętym wykazem szczepień. Co nam to mówi o macierzyństwie w latach siedemdziesiątych XX wieku w Anglii (przez Anglię należy rozumieć Wielką Brytanię – przyp. tłum.)? Wizyty u ginekologa rozpoczęły się w 3. miesiącu, po wykonaniu zleconego przez lekarza rodzinnego testu ciążowego. Po pierwszej wizycie w gabinecie ginekologicznym w 12. tygodniu przypadły kolejne – w 14., 18., 22. tygodniu…

Inne mieszkanki Londynu tamtej ery podzieliły się z socjolożką Ann Oakley swoimi spostrzeżeniami na temat zapewnionej im opieki lekarskiej. „Istna fabryka”, powiedziała o pierwszej wizycie dwudziestosześcioletnia ilustratorka Gillian Hartley. „Wstając z fotela, byłam kłębkiem nerwów”, mimo że personel zachowywał się miło. Dla Niny Brady, ekspedientki, która zwracała się do socjolożki per złociutka, pierwsze spotkanie z ginekologiem było tak krępujące, że nie chciała do niego wracać. Nina wyznała jednej z pielęgniarek, że zna kobietę, która w ogóle nie chodzi do ginekologa, ponieważ uważa to za wymysły. Tygodnie 26., 28. i 30. Moja mama, podówczas nieśmiała pielęgniarka pod trzydziestkę, stawiła się na wszystkich wyznaczonych wizytach[2].

Pierwsze ruchy płodu zasługują na odrębną wzmiankę w dokumentacji medycznej. Lekarze uznali bowiem za istotny moment, w którym kobieta zauważy ruchy dziecka. Samo określenie ma długi rodowód. Już w XVII wieku Angielki uważały pierwsze ruchy płodu (ang. quickening) za ostateczne potwierdzenie ciąży. Z kolei wśród amerykańskich Czipewejów rozpowszechniona była opinia, że wraz z pierwszym ruchem płód zamienia się w człowieka. Angielskie określenie na przestrzeni dziejów było znane raz lepiej, raz gorzej. Charlotte Hirsch, powieściopisarka, która w 1917 roku anonimowo opublikowała swój dziennik ciążowy, była przekonana, że wyraz ten oznacza pierwszy haust powietrza, jaki bierze dziecko. Praktycznie wszyscy moi angielscy krewni i znajomi znają to słowo. Przyjaciele i koledzy z Ameryki (przez Amerykę należy w zdecydowanej większości przypadków rozumieć Amerykę Północną, najczęściej USA, czasami USA i Kanadę – przyp. tłum.), gdzie spędzam większość czasu i pracuję, niekoniecznie[3].

Karta ciąży dokumentuje odczucia i samopoczucie ciężarnej w sposób lakoniczny i bezosobowy. Pierwsze ruchy płodu są odnotowane z podaniem daty, lecz bez szczegółów. W 34. tygodniu londyński lekarz zapisał „stan dobry”. Z kolei lekarz w Esseksie jakiś czas później zanotował: „czuje się dobrze”. I znów „stan dobry” w 40. tygodniu. Skoro niełatwo odtworzyć doświadczenia ciężarnej londynki z lat siedemdziesiątych XX wieku, zrozumiałe jest, że trudność w tej materii musi być jeszcze większa, gdy chodzi o czasy dawniejsze, takie jak przywołany wyżej wiek XVII, na terenach tak rozległych jak cała Anglia i Ameryka. Miejsca te z jednej strony łączą zaszłości kolonialne i zmiany wspólne dla cywilizacji zachodniej, z drugiej strony zaś – wiele je dzieli.

„Stan dobry”. Lapidarność tego zwrotu jest typowa dla przeszłych doświadczeń macierzyństwa przekazanych potomności, zakładając, że ktoś chce im się przyjrzeć i zastanowić się nad nimi. Nawet w najlepiej oświetlonych zakątkach przeszłości i teraźniejszości opieka nad niemowlęciem absorbuje do tego stopnia, że zakłóca myśli, oddala refleksje i każe pozostawić wszystko niedokończone. Najbogatsze źródła, takie jak listy i pamiętniki, zazwyczaj urywają się w najciekawszym miejscu. Epistoła zostaje porzucona w pół zdania, gdy rozlega się płacz dziecka, wpis w pamiętniku kończy się nagle, ponieważ do trzymania niemowlęcia potrzebne są dwie ręce.

Dziejowe zawirowania, którym zwykle poświęcam uwagę jako historyk, tworzą mnóstwo źródeł: deklaracje niepodległości, konstytucje, gazety, pamflety, korespondencję z czasów wojny. Gdy nie jestem akurat na urlopie macierzyńskim, z zacięciem opowiadam swoim studentom o przemianach, które pod koniec XVIII wieku doprowadziły do upadku królestw i powstania republik. Moi słuchacze otwierają szeroko oczy, gdy wspominam o rzeczach mniej znanych – nie o poczynaniach Benjamina Franklina ani Marii Antoniny, lecz o niewolnikach wyrywających się na wolność lub o indiańskich dyplomatach, którzy zawiązują sojusze z Francją czy Hiszpanią, Anglią czy Ameryką, w próbie powstrzymania osadników zalewających kontynent amerykański. Podejmując temat macierzyństwa, zawężam teren badań jeszcze bardziej, z własnej woli wkraczam na ruchome piaski. Tutaj dramat rozwija się powoli, a dowody są fragmentaryczne.

Stan dobry i pierwsze ruchy płodu naświetla dopiero kontekst spoza karty ciąży, która powinna być prawidłowa, kobieta zaś – szczęśliwa. Generalnie ten okres w życiu winien być radosny.

– Czy twoja książka będzie utrzymana w pozytywnym tonie? – ostrożnie pyta przez telefon moja własna matka, w której głosie wychwytuję cień niepokoju.

W istocie wiemy więcej o doświadczeniu macierzyństwa w latach siedemdziesiątych XX wieku niż kiedykolwiek wcześniej, a to ze względu na ruch wyzwolenia kobiet działający w tamtej dekadzie. Kiedy Ann Oakley poprosiła swoje rozmówczynie o opisanie pierwszych ruchów płodu, otrzymała odpowiedzi tak odmienne jak „granie w kiszkach”, „delikatny trzepot”, „pluśnięcie ryby – albo bardzo dużej kijanki”. Niektóre pisarki, głównie białe feministki z Ameryki, publikowały pamiętniki z okresu ciąży i macierzyństwa, jakby opcjonalność posiadania potomstwa nareszcie uczyniła macierzyństwo stanem wartym zainteresowania. Inne prowokująco sięgały po poezję. The Language of the Brag (Język chwalipięty) – tak zatytułowała swój wiersz o porodzie Sharon Olds[4].

Tego, co działo się w Anglii i Ameryce przed latami siedemdziesiątymi XX wieku, musimy się domyślać, scalając tysięczne fragmenty. W protokole z rozprawy, która odbyła się w XVII wieku, dowiadujemy się, że jakieś dziecko hałasowało w kościele. Osiemnastowieczny podróżnik informuje nas, że jakaś Indianka wyprawiała skórę, zarazem trzymając pieczę nad lokatorem nosidełka. A dzięki XIX-wiecznemu działaczowi na rzecz reformy społecznej wiemy, że w fabrykach można było zobaczyć niemowlę podwieszone w kobiałce u dźwigara, co daje pojęcie o tym, jak radziły sobie matki pracujące. Wreszcie na przykład w latach trzydziestych XX wieku pewna rolniczka nabazgrała opis ataku kolki u swojego dziecka i wysłała go na adres rządu, domagając się porady lekarskiej zgodnej z duchem czasów.

Wszystko to zaledwie okruchy dowodów. Poskarżyłam się nawet K, który także jest historykiem, że właściwie nie mam materiału, na jakim mogłabym pracować. Całe szczęście, że życie mojej matki odcisnęło się jakimś piętnem i mogę je wziąć pod lupę.

Być może, aby poznać historię macierzyństwa, należy zapomnieć o potoczystej narracji, a zamiast tego skupić się na okruchach i anegdotach (autorka używa wyrazu „anegdota” w znaczeniu „opowiedziana historia”, nie zaś bardziej potocznym „krótkie opowiadanie o jakimś zabawnym lub niezwykłym zdarzeniu, zakończone zaskakującą, dowcipną puentą” – przyp. tłum.). Być może trzeba zbudować trejaż ze scenek, z których każda skupia się na innej czynności związanej z byciem matką. Począć, poronić, poczuć pierwsze ruchy płodu, nosić pod sercem, urodzić. A potem: przewijać, karmić, usypiać, nie dosypiać, dbać, dawać sobie przerywać, chodzić tam i z powrotem. One właśnie – czasowniki – najlepiej podsumowują instynktowną nieustanność macierzyństwa, kobiecej więzi z dzieckiem.

Matka to też swego rodzaju czasownik. Matczynić…

Wieczorem K przygotowuje kąpiel dla niemowlęcia przy dźwiękach radia. Biały szum ma za zadanie zagłuszyć odgłosy naszej rozmowy, która mogłaby zbudzić pierworodnego.

– Wiesz – pytam, opierając się o futrynę łazienki – że gdy angielski psychoanalityk Donald Winnicott w latach czterdziestych XX wieku zaczął prowadzić program radiowy o macierzyństwie, słuchacze początkowo brali go za kobietę? Jego wysoki, piskliwy wręcz tembr mógł być wzięty za kobiecy. Do jego sukcesu przyczynił się niewątpliwie sposób, w jaki mówił o niemowlętach: w przeciwieństwie do większości mężczyzn specjalistów przed nim i po nim wyraźnie darzył matki zaufaniem.

Dziś w radiu nadają audycję, w której zaproszeni goście dyskutują na temat wspomnień kanadyjskiego transmężczyzny (mężczyzny transpłciowego – przyp. tłum.), który karmi piersią własne dziecko i pracuje jako konsultant laktacyjny. Posiadanie dziecka nie jest dziś tak oczywiste jak kiedyś. Wystarczy pomyśleć o zmianach, jakie zaszły od początku XXI wieku, o nowych figurach i stylach w naszym otoczeniu: transmężczyzna z Winnipeg, pary jednopłciowe mające dzieci, świeżo upieczeni ojcowie na urlopie tacierzyńskim czy równy podział obowiązków w opiece nad dzieckiem, w razie gdy oboje rodzice pracują zawodowo. Nie bez znaczenia jest też niewydolna służba zdrowia i zanik państwa opiekuńczego, jak również niski status przypisywany opiekunom w kapitalizmie.

K kiwa głową i potakuje, zaabsorbowany niemal bez reszty kąpaniem dziecka. Jego amerykański akcent wyróżnia się na tle mojej angielskiej mowy – jeszcze jedna półrozmowa w całym ciągu im podobnych.

Biorę niemowlę na ręce. Oto dlaczego zróżnicowane narracje o macierzyństwie są tak zajmujące. A zmieniająca się teraźniejszość zmienia także te narracje.

Karta ciąży i karta opieki nad noworodkiem, które odkładam w sepiowej kopercie w bezpieczne miejsce, pod stos moich pamiętników, przedstawiają macierzyństwo głównie przez pryzmat fizjologii, jako czysto naturalny proces, który należy monitorować. Data ostatniej miesiączki, przewidywany termin porodu – suche terminy medyczne. Ja jednak się przekonałam, że macierzyństwo to nie tyle biologia, ile cielesność.

Okruchy dowodów są przeróżne. Zarówno ciąża, jak i opieka nad dzieckiem w olbrzymiej mierze zależą od czasu i miejsca – w stopniu większym, niż może nam się wydawać. Matka i niemowlę to nie jest stały układ. Wiele tu fizyczności. Mnóstwo instynktu. Ale zdecydowanie mniej biologii, uniwersalności, niezmienności. Czysta natura? Nie wydaje mi się. A skoro tak, zrozumienie, czym jest macierzyństwo, pluralizowanie i precyzowanie wymaga ogarnięcia więcej niż jednostki – wymaga eksploracji różnorodności. Eve Kosofsky Sedgwick wyraziła to ładnie i zwięźle – „pluralizować i precyzować” (ang. pluralize and specify) – obiecując przewartościowanie pojęcia, nieprzyjmowanie tego, co fizyczne, za dane z góry raz na zawsze[5].

Bez końca robię notatki, spacerując tam i z powrotem po ogrodowej ścieżce. Trzymam noworodka w chuście na piersi, w ręku zaś jakieś czasopismo naukowe albo książkę. Czytam prace historyków, demografów, archeologów, antropologów i socjologów. Czytam wspomnienia, listy, pamiętniki; raporty rządowe i sądowe protokoły; wyniki ankiet i wywiady, a nawet źródła, które nie mówią wprost o macierzyństwie i niemowlętach, lecz z których i tak można się wiele dowiedzieć.

Swoje badania rozpoczęłam, gdy sama przymierzałam się do założenia rodziny i przeżywałam niemowlęctwo pierwszego dziecka. Nowy szczegół albo szczegóły, przebłysk empatii albo wyzwanie polegające na wejściu na moment w czyjeś buty, poczucie bliskości lub przeciwnie, dystansu – to przynosiło mi ukojenie i stanowiło dla mnie olśnienie.

Przepisując i poprawiając w krótkich chwilach, jakie mogę na to poświęcić – przez godzinkę wieczorem czy podczas paru godzin w pracy – pragnę zachować pierwotny ton czynionych na gorąco notatek: chaotyczny, wynikający z deprywacji snu i ulotnych momentów skupienia, podkreślony przez krótkie zdania, z towarzyszącą obawą, czy kiedykolwiek jeszcze się wyśpię i czy aby na pewno zabrałam nawilżane chusteczki, jak również z radością, niezgrabnością i niesmakiem dla sentymentalności. Narodziny drugiego dziecka sprawiły, że znów poczułam konieczność zagłębienia się w temat.

Nazajutrz rano potrzebuję wyrwać się z domu po ciężkiej nocy, łapię więc autobus i jadę do miasta załatwić jakąś sprawę. Lekki deszcz stuka o parasol, moczy czubki butów. Po przeciwnej stronie dziedzińca obrotowe drzwi zachęcają do skrycia się w suchym wnętrzu muzeum. Nigdzie indziej nie da się usiąść z małym dzieckiem bez zamawiania herbaty czy kawy.

W galerii, do której zmierzam zamroczona zmęczeniem, niskie zydle w kolorze fuksji zdają się wyciągać barwy renesansowych malowideł na środek pomieszczenia. Na ścianach sztywno pozują dublety i miękko spływają suknie. Madonna z Dzieciątkiem ani drgną. Szesnastowieczna Florencja – albo Neapol. Wtem luka w czerwieni zwraca uwagę na całkowicie nowoczesną pracę, współczesny nabytek. Linie kreślone węglem rozbiegają się i koncentrują, tworząc kształt kobiety trzymającej niemowlę. Rysunek aż pulsuje ruchem. Dziecko wygina ciałko w łuk, kopie powietrze zwisającymi nóżkami. Matka wzmacnia chwyt, uspokaja, spogląda w dal.

Strażnik popatruje w moją stronę ponad grupą azjatyckich turystów i wycieczką szkolną – nie całkiem bez współczucia. Może widzi we mnie karmiącą matkę, która nie pasuje do tego wnętrza, albo niestarą białą kobietę, która zatopiona w myślach wygląda jak zmokła kura, bądź rodzica, który ceni czas spędzany z dzieckiem.

„Po urodzeniu pierwszego dziecka miałam ochotę latać”, wyjaśnia w nagranym wywiadzie artystka będąca autorką tego szkicu węglem. Jenny Saville porzuciła malowanie na rzecz wolności, jaką dają zamaszyste, szybkie ruchy dłonią trzymającą węgiel. Jej szkic jest swego rodzaju powtórką z Leonarda, tyle że ta Madonna to współcześnie żyjąca matka z żywym dzieckiem. Rozmiary szkicu przytłaczają. Otwarte linie, zamiast wyraźnie odcinającej się sylwetki, sugerują, że macierzyństwo to ciągła zmiana. Teraźniejszość Saville ożywia galeryjną przeszłość, tak samo jak przeszłość kształtuje dzień dzisiejszy. W połączeniu ze sobą, w kontrastowym zestawieniu, każde wydaje się bogatsze i bardziej naładowane energią.

Ciekawość historii dodaje nam skrzydeł, tak myślę; pozwala nam się uwolnić od samych siebie. Wątpić, zmieniać wyobrażenia. Brać w posiadanie tu i teraz – przy równoczesnym doszukiwaniu się w zarysach teraźniejszości tego, czym jest albo czym może się stać. Bywa, że przeszłość stanowi brzemię, lecz czasem też wyzwala.

[I] Przypisy numeryczne odsyłają do uwag autorki zamieszczonych na końcu książki. Przypisy oznaczone gwiazdką odsyłają do przypisów dolnych, które pochodzą od redakcji polskiego wydania.

1

macierzyństwo w liczbach

Ale wróćmy do początku: zanim pojawiło się którekolwiek z moich dzieci i kiedy dopiero zaczynałam prowadzić badania. Macierzyństwo wciąż było tylko odległą perspektywą[6].

Zegar na wieży za oknem pokazuje, że do pełnej godziny pozostało dziesięć minut. Studenci w pośpiechu kierują się na zajęcia pod koniec letniego semestru, stopami wygładzając ścieżki wiodące przez spieczoną trawę. Ja wdaję się z kolegą, a przy tym moim dobrym przyjacielem, w dyskusję na temat życia i pracy.

– Jeśli zdecyduję się na dzieci, nie wiem, czy będę miała jedno czy dwoje – oznajmiam optymistycznie.

Wkraczamy na niebezpieczny teren. Oboje znamy – a przynajmniej wydaje mi się, że oboje znamy – wyniki badań mówiące, iż mężczyźni z partnerkami i dziećmi, tacy jak on, robią karierę w miejscu pracy. Kobiety niekoniecznie. Ich kariera zwalnia tempo, tak że zaczynają wlec się w ogonie za bezdzietnymi mężczyznami i kobietami.

Mój rozmówca jest speszony, a przy tym nieco opryskliwy.

– Dzieci się ma kolejno, więc musisz zacząć od jednego – mówi mi.

Jak w przeszłości decydowano o liczbie dzieci i co myślano o wielkości rodziny? Jakie były indywidualne doświadczenia dotyczące macierzyństwa i liczb?

Indianie Potawatomi i Miami (nazwa tych ostatnich nie ma wspólnego źródłosłowu ze słynnym Miami na Florydzie – przyp. tłum.), niegdyś przemieszczający się przez pagórkowaty krajobraz Środkowego Zachodu (obejmującego stany zlokalizowane w środkowej i północnej części USA – przyp. tłum.) od rozległych letnich sadyb typowych dla rolników do skromniejszych zimowych osad, nie mieli poszanowania dla singli. Kobiety, które na co dzień garbowały skóry i uprawiały kukurydzę, dynię oraz czerwoną fasolę, rodziły liczne dzieci i opiekowały się nimi wspólnie. Ale dzieci jednej matki dzieliła różnica trzech–czterech lat, a to dzięki stosowaniu znanych lokalnie roślinnych środków poronnych, wstrzemięźliwości seksualnej i późnemu odstawianiu niemowląt od piersi. Była to społeczność oparta na pokrewieństwie, w której współpraca członków rodziny miała kluczowe znaczenie dla przetrwania. W Pensylwanii i Ohio zazwyczaj odnotowywano, że w przeciętnej indiańskiej rodzinie występuje od czworga do sześciorga dzieci[7].

W tym samym czasie – w XVII i XVIII wieku – osadnicy, rozprzestrzeniający się ze Wschodniego Wybrzeża na resztę kontynentu, mieli więcej dzieci niż rdzenna ludność, którą zamierzali zastąpić, i niż mieszkańcy Starego Świata, których zostawili samych sobie. Osadniczki zamieszkujące dawne ziemie Irokezów i Algonkinów zwykle wychodziły za mąż, mając lat kilkanaście, góra dwadzieścia parę, i rodziły dzieci co półtora roku, góra co dwa lata. Większa dzietność odpowiadała szeroko aprobowanemu rytmowi prokreacji i była tak rozpowszechniona, że zdawała się zarówno naturalna, jak i pochodząca od Boga, a przy tym stanowiła oznakę powodzenia. Duże rodziny były typowe szczególnie w kręgach arystokracji, wśród Żydów zamieszkujących większe ośrodki miejskie oraz pośród niemieckich osadników, wszyscy oni bowiem młodo się żenili. Z kolei w społeczeństwach europejskich, z których osadnicy się wywodzili i gdzie gospodarka była niepewna, kobiety wychodziły za mąż w późniejszym wieku i rodziły dzieci co dwa–trzy lata. Wiele z nich – z powodu braku stabilności materialnej – nigdy nie znajdowało męża.

Większości społeczeństw nie interesuje bieżące prowadzenie buchalterii na skalę kraju. Dlatego dane dotyczące przyrostu naturalnego czerpię głównie z prac współczesnych demografów, którzy starają się odtworzyć, jak wskaźnik urodzeń wyglądał w przeszłości.

Osobie bezdzietnej liczby te mogą się wydawać suche, niezrozumiałe, a nawet odpychające. Współcześni demografowie, którzy liczą i tworzą wykresy, pokazują, że wskaźnik urodzeń zmieniał się na przestrzeni stuleci – poczynając od siedmiorga, a nawet ośmiorga dzieci w XVII- i XVIII-wiecznej Ameryce (czy też czworga, a nawet pięciorga w Anglii), a kończąc na 2,2 lub mniej dziecka tu i tu w ostatnich dekadach XX wieku. Specjaliści zaczerpnęli i zgromadzili te dane głównie z zachodnich źródeł: lokalnych spisów ludności, historii rodzinnych, testamentów, ksiąg kościelnych, a począwszy od XIX wieku także z obligatoryjnych spisów powszechnych. Zatrzymuję się dłużej nad pierwszą liczbą, ową krąglutką, szerokobiodrą i obfitopierśną ósemką – 8 – w Ameryce[8].

Zastanawiam się, czy liczby da się przenieść w przytulną rutynę dnia codziennego. Zjawisko zwane przejściem demograficznym (proces zmian w zakresie rozrodczości człowieka związany z modernizacją społeczeństw – przyp. tłum.), którego to zwięzłego terminu używają badacze, bez dwóch zdań oznacza największą od XVII wieku zmianę mającą wpływ na kształt macierzyństwa. Zakładając, że jest coś takiego jak nadrzędna narracja w odniesieniu do matczynienia, musi nią być właśnie zmiana, która doprowadziła do zmniejszenia liczebności rodzin.

Przejście – odpowiednio dla Ameryki i Anglii – od ośmiorga i pięciorga dzieci do 2,2 sugeruje znaczną zmianę oczekiwań współczesnego człowieka, a właściwie triadę zmian.

Od rodzenia dzieci do wychowywania dzieci. Czy też – mówiąc w mniejszym skrócie – „przedtem” polegało na rodzeniu dużej liczby dzieci i życiu w ciele poznaczonym wieloma ciążami i porodami, „potem” zaś polega na wydaniu na świat tylko dwojga czy trojga pociech. Dawne macierzyństwo wiązało się z czeredą dzieci i podzieloną uwagą rodzicielki, podczas gdy obecne równa się intensywnej opiece nad jednym tylko dzieckiem – oba rozwiązania są dla mnie osobiście trudno zrozumiałe.

Od płodności żywiołowej, wynikającej z przypadku, do starannego planowania rodziny. Zmiana ta zaszła nie tyle dzięki nowoczesnym metodom antykoncepcji, ile dzięki postępującemu zorientowaniu na przyszłość – inaczej mówiąc: dzięki lepszej umiejętności liczenia. Logika podpowiada, by dzieci planować, tak samo jak odstępy w czasie między nimi, na podstawie własnych możliwości finansowych i tego, co można im zapewnić. Myśl, a dopiero później działaj.

Od macierzyństwa na całe życie (w odniesieniu do własnych dzieci, wnuków i prawnuków) do trwającego zaledwie kilka lat i ograniczonego do opieki nad niemowlęciem. Niegdyś bycie matką definiowało status społeczny kobiety, dziś stanowi tylko krótki okres w jej życiu.

„Zgodzisz się, przyjacielu, że tylko osoba o bardzo wąskich horyzontach mogłaby uważać nas, kobiety, za nic więcej jak udomowione zwierzęta?” Tak pisała Susanna Hopkins, młoda mieszkanka stanu Maryland pod koniec XVIII wieku, w chwili, gdy te zmiany zaczynały się w Ameryce. Odrazą napawała ją myśl o całkiem niedawnych czasach, kiedy to jej zdaniem traktowano kobiety jak rozpłodowe jałówki. Przejście demograficzne rozpoczęło się za jej pokolenia, mniej więcej w trakcie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, gdy część kobiet zyskała okazję, by idee wolności i niezależności zastosować w swoim życiu prywatnym. Z kolei Sarah Logan Fisher, żona kwakierskiego kupca, tak wyraziła się o szóstym dziecku swojej rówieśniczki, podówczas dwudziestodziewięcioletniej: „za dużo, za wcześnie, za szybko”. Odrzucenie dawnych zasad, poczucie, że ustala się nowe, mogło się wydawać równie radykalne i ważkie jak rozprawienie się z monarchią[9].

Podobnie rewolucyjną drogę przeszły mniej więcej w tym samym czasie Francuzki. Po nich i Angielki zdołały zmniejszyć liczbę wydawanych na świat dzieci przed końcem XIX wieku, którą to zmianę najczęściej przypisuje się uprzemysłowieniu.

Gdziekolwiek i kiedykolwiek nastąpiła zmiana w wielkości rodziny, kobiety korzystały pod względem zdrowotnym, a także zyskiwały kontrolę nad swoim ciałem i czasem. Doszło nawet do ustalenia, jak powinna wyglądać w liczbach rodzina idealna. Esther Atlee, kobieta wywodząca się z elit Pensylwanii, z pewnością uznałaby to za polepszenie stanu rzeczy. W latach osiemdziesiątych XVIII wieku odnotowała ona kiepski nastrój z powodu kolejnej ciąży: „Nie umiem wyjaśnić, skąd to przygnębienie, które zbyt często mnie nawiedza”, zaraz jednak dodała: „Gdybym mogła zaznać ulgi w «tych sprawach», bez wątpienia byłoby mi lżej”. (Dodajmy, że spodziewała się w tym czasie dziesiątego dziecka). Spoglądając zaś z perspektywy 1855 roku na życie wiedzione przez jej własną babkę, Martha Bowen z Williamsport napisała: „Przez to, że miała liczny przychówek, czuła wielkie ograniczenia w tym, co może robić”. Matka Marthy miała czworo dzieci, Martha – będąc żoną pastora – tylko jedno[10].

Zmiany odczuwali tylko niektórzy, i to lokalnie. Odwiedzający w latach dwudziestych XX wieku niewielkie amerykańskie miasteczko Muncie przekonali się, że obowiązkowa plenność lat dziewięćdziesiątych XIX wieku odeszła w niepamięć. Rodziny mające od sześciorga do czternaściorga dzieci nie cieszyły się takim szacunkiem jak te, w których było dwoje, troje lub czworo dzieci. W latach trzydziestych XX wieku w Londynie młoda kobieta, taka jak operatorka maszyny do szycia Doris Hanslow, mogła łączyć fakt posiadania mniejszej liczby dzieci z takimi udogodnieniami jak bieżąca woda, do tego ciepła, światło elektryczne czy mieszkanie komunalne. Jej matka urodziła ośmioro dzieci w dzielnicy Bermondsey na przełomie stuleci. Tymczasem Doris, jak większość jej rówieśnic z klasy robotniczej, miała ich mniej – zaledwie dwoje. Moja własna babka, mieszkająca w Londynie i szorująca schody za grosze, gdy trzeba było dorobić, nie załapała się na zmianę: dochowała się pięciorga dzieci, z których troje dożyło dorosłości. Po drugiej wojnie światowej kobieta zapytana w ankiecie ulicznej, jaka liczba dzieci składa się na rodzinę idealną, odpowiedziałaby, że jedno, góra troje. Jedno, ponieważ „trzeba je wychować, i to na porządnego człowieka, racja?”. Troje, ponieważ „chcę im zapewnić wszystko, co w mojej mocy, a na więcej zwyczajnie mnie nie stać”[11].

W niektórych społecznościach zmiana czasami zachodziła w drugą stronę. Żyjące w XIX wieku na amerykańskiej prerii Indianki z plemienia Kri zazwyczaj rodziły czworo dzieci. Ale w latach sześćdziesiątych XIX wieku liczba ta zaczęła rosnąć – prawdopodobnie z powodu coraz bardziej osiadłego trybu życia, na co miało wpływ wybicie bizonów. Temat zmiany podchwyciły opowieści plemienia Kri, którego przedstawiciele zaczęli opowiadać: „Dawno temu nigdy nie mieliśmy więcej dzieci, niż mogliśmy wziąć na ręce, żeby uciekać w razie bitwy”. Czipewejowie zamieszkujący w latach trzydziestych XX wieku rezerwaty w stanach Wisconsin, Michigan i Minnesota potwierdziliby fakt posiadania małej liczby potomstwa w dawniejszych czasach. Indianin dzielący się informacjami z białymi powiedział katolickiej zakonnicy i antropolożce Inez Hilger, że „hańbą jest mieć tyle dzieci, ile jest stopni w schodach”[12].

Z czasów, gdy królowały duże rodziny, szczerzą zęby budzące grozę nakazy plenności, ryzyko przygnębienia i ograniczenia w działaniu.

Ewentualna radość, którą dawało to, cośmy utracili, jest trudniejsza do uchwycenia. Być może – cicha duma z mocnego, kipiącego życiem ciała. Być może – zadowolenie z gromady przychówku. Być może – odrodzenie starszego rodzeństwa w noworodku. Być może – wyrżnięta w kamieniu nagrobnym litania potomków. Gdzieś pomiędzy żyzną przeszłością i przesadnie jałową teraźniejszością pewne macierzyństwo będące przeznaczeniem zostało zastąpione przez macierzyństwo niepewne, będące niewiadomą.

Dorastając, nie sądziłam, że będę mieć dzieci. Pragnęłam interesującego życia. Chciałam być niezależna i mieć równorzędnego partnera. Moje aspiracje były typowe dla licealistki i beneficjentki feminizmu drugiej fali. Macierzyństwo kojarzyło mi się z nudą, ograniczeniami, zamknięciem w domu tylko z dzieckiem – bez szans na rozmowę z inną osobą dorosłą. Kochałam swoją mamę z czystym sumieniem dziecka obdarzonego miłością, lecz nie podobała mi się jej uległość wobec taty, z którym także się identyfikowałam. Nie lubił małych dzieci, tak samo jak ja. Nie do wiary, ale dopiero mając dwadzieścia kilka lat, zdałam sobie sprawę, że ludzie zachwycają się niemowlętami nie tylko przez grzeczność.

Gdy byłam po trzydziestce, starsza ode mnie przyjaciółka, którą bardzo podziwiam, rzuciła, że najbardziej ze wszystkiego żałuje decyzji o nieposiadaniu dzieci. Znałam też sporo niezależnych osób, które były zakochane w swoich dzieciach i jawnie to okazywały. Nieoczekiwanie moje poglądy diametralnie się zmieniły. Takie olśnienie jest częste szczególnie teraz, w XXI wieku, gdy ludzie nie chcą mieć dzieci, dopóki nagle ich nie zapragną. Podejmowanie decyzji o posiadaniu lub nieposiadaniu potomstwa to najnowszy twist rozwoju demograficznego – wcześniej można było zdecydować, ile dzieci mieć, teraz człowiek zastanawia się, czy w ogóle się na nie decydować.

Do olśnienia, o którym mowa, mogą przywieść różne względy i różne zaszłości. Choosing Motherhood after a Life-time of Ambivalence (Decyzja o macierzyństwie po latach niezdecydowania) – taki podtytuł mają wspomnienia Rebeki Walker, córki czarnej ikony feminizmu Alice Walker. Z kolei edynburskiej pisarce Chitrze Ramaswamy ciąża jawi się nagłą pokusą i skomplikowaną zagadką: jak się nie poddać czułostkowości, manii czystości i mającym ciągotki nauczycielskie dobrym ludziom; cudzym sposobom na życie, poradnikom i emocjonalnemu szantażowi; kłamstwom, błędnym wyobrażeniom i niechcianym radom; politykierstwu i nigdy się niekończącemu zalewowi opowieści?[13]

Kwestię dzieci mój kolega ma załatwioną. Jego partnerka jest uosobieniem kompetencji. Gdy K i ja wybieramy się z nimi na spacer do lasu, ona wysyła dwoje maluchów przodem, żeby szukały a to wybujałych muchomorów, a to gałązek w kształcie liter. Tym sposobem je wykańcza. Kompetencja wyłazi również wszystkimi porami z mojego kolegi, a także – jak widzę – z K, który właśnie sadza sobie młodsze dziecko na barana. „Dzieci się ma kolejno”…

Utkwił w mojej pamięci pewien wykres demograficzny, który sprawia, że wyobraźnia podsuwa mi obrazy dawnego, zapomnianego świata. Do XX wieku większość społeczeństw obfitowała w tłumy małych dzieci. Niemowlęta były wszechobecne, odmiennie niż teraz, kiedy to młode matki zazwyczaj obracają się w innych kręgach niż kobiety bezdzietne. Obcość małych dzieci, poczucie ostrego podziału – to wynalazki współczesności[14].

Maluchy biegały całymi stadami pomimo wyższej umieralności niemowląt. W połowie XX wieku rzadko którzy rodzice tracili dziecko, choć w poprzedzających stuleciach śmierć niemowlęcia była doświadczeniem tak powszechnym, że rodzice mogli się uważać za szczęściarzy, gdy ominęła ich podobna trauma. Demografowie nie do końca potrafią wyjaśnić, skąd bierze się dziś niska umieralność niemowląt, chociaż jako możliwą przyczynę wskazują lepszy standard życia.

Postanawiam, że zajmę się tymi, którzy przeżyli i zostali razem – zatem nie umieralnością matek, nie umieralnością niemowląt ani nie procederem odbierania kobietom dzieci tuż po porodzie. Na razie tylko rozważając urodzenie dziecka, potrafię się skupić wyłącznie na pozytywnej stronie macierzyństwa.

Te straszniejsze historie niech wezmą na warsztat inni badacze. Mnie wystarczy para: żyjąca matka i żyjące dziecko. Ich splecione egzystencje.

„Nie mieści mi się w głowie, jak sobie poradzę, mając pół tuzina czy dziesiątkę dzieci”, zamartwiała się w New Jersey osadniczka Esther Edwards Burr po przyjściu na świat pierworodnego w 1755 roku. Żyjąca niemal 100 lat później w Oregonie żona pioniera Narcissa Whitman śmiało mogła wtórować tym obawom, na własnej skórze poznawszy cienie i blaski wychowywania całej czeredy. „Kochani Rodzice – pisała w 1845 roku w liście utrzymanym w ciepłym tonie, aczkolwiek jednym z nielicznych kierowanych do rodzinnego Nowego Jorku. – Dochowałam się jedenaściorga dzieci. Czuję się tak, jakbym nie miała sił skreślić ani słowa więcej”[15].

Co rusz napotykam podobne listy lub przekazy z pierwszej ręki, w których można znaleźć tego typu zdawkowe wzmianki, tego typu niezamierzone wyznania zwykłych kobiet, i to z różnych punktów w czasie rozwoju demograficznego. Przeważająca większość wyszła spod ręki najlepiej wykształconych i najmniej zapracowanych. Na tym etapie, w początkach moich badań, chętnie przywołuję konkretne przykłady, aby łatwiej było sobie wyobrazić, jak realne wydawały się zmiany w liczbach dla żyjących na przestrzeni stuleci uprzywilejowanych klas Ameryki i Anglii.

Znacznie trudniej jest przedstawić obraz macierzyństwa wśród, powiedzmy, niewolników czy rdzennych Amerykanów, a także wśród przedstawicieli klasy robotniczej, do której potomków sama się zaliczam. Niewolnikom surowo wzbraniano nauki pisania i czytania, co oznacza, że dysponujemy bardzo nielicznymi dokumentami sporządzonymi przez nich własnoręcznie. Z kolei rdzenna ludność Ameryki, bez względu na przynależność plemienną, przekazywała wiedzę o własnej historii i kulturze ustnie, zamiast ją spisywać i – spisaną – przechowywać. Robotnicy zaś na całym świecie, abstrahując od ich rasy i narodowości, większość dnia spędzają na walce o przeżycie. Zamierzam jednak uporczywie drążyć. Bez tych świadectw bowiem obraz byłby niepełny, mylący, nie taki jak trzeba.

Dzieci mojego kolegi nieprzerwanie rosną, lecz on poprzestaje na dwójce.

Zero, jedno, dwoje? Żadnego czy kilkoro?

2

Poczęcie

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Przypisy

Prolog

[1] Anthony Fletcher, Growing Up in England: The Experience of Childhood 1600–1914, p. 95, New Haven 2008.

[2] Ann Oakley, From Here to Maternity: Becoming a Mother, Harmondsworth 1979, pp. 42–3 (Hartley), pp. 44–5 (Brady).

[3] M. Inez Hilger, Chippewa Child Life and Its Cultural Background, Washington 1951; Hirsch Charlotte Teller, The Diary of an Expectant Mother, London 1917.

[4] Ann Oakley, From Here to Maternity, pp. 51–2; Sharon Olds, The Sign of Saturn Poems 1980–1987, London 1991, pp. 8–9.

[5] Wyrażenie pochodzi z: Eve Kosofsky Sedgwick, Tendencies, Durham 1993, p. 25.

1. Macierzyństwo w liczbach

[6] Choć niniejsza książka ma własną formę i własny fokus, sama jest interpretacją i wykorzystuje najważniejsze prace z zakresu historii kobiet, płci i macierzyństwa w Anglii i Ameryce, poczynając od XVII wieku.

Szczególnie dużo czerpałam z pozycji autorstwa: Jodi Vandenberg-Daves, Modern Motherhood: An American History, New Brunswick 2014; Katy Simpson Smith, We Have Raised All of You: Motherhood in the South 1750–1835, Baton Rouge 2013; Angela Davis, Modern Motherhood: Women and Family in England c. 1945–2000, Manchester 2012; Rebecca Jo Plant, Mom: The Transformation of Motherhood in Modern America, Chicago 2010; Jacqueline Jones, Labor of Love, Labor of Sorrow: Black Women, Work, and the Family, from Slavery to the Present, New York 2010; V. Lynn Kennedy, Born Southern: Childbirth, Motherhood, and Social Networks in the Old South, Baltimore 2010; Marie Jenkins Schwartz, Birthing a Slave: Motherhood and Medicine in the Antebellum South, Cambridge MA 2006; Stephanie Camp, Closer to Freedom: Enslaved Women and Everyday Resistance in the Plantation South, Chapel Hill 2004; Mary E. Fissell, Vernacular Bodies: The Politics of Reproduction in Early Modern England, Oxford 2004; Laura Gowing, Common Bodies: Women, Touch and Power in Seventeenth-Century England, London 2003; Theda Perdue, Cherokee Women: Gender and Cultural Change 1700–1835, Lincoln 1998; Amanda Vickery, The Gentleman’s Daughter: Women’s Lives in Georgian England, New Haven 1998; Elizabeth Roberts, Women and Families: An Oral History, 1940–1970, Oxford 1995; Evelyn Nakano Glenn et al (eds.), Mothering: Ideology, Experience, and Agency, New York 1994; Eileen Boris, Home to Work: Motherhood and the Politics of Industrial Homework in the United States, New York 1994; Barbara Duden, Disembodying Women: Perspectives on Pregnancy and the Unborn, 1991, Cambridge MA trans. 1993; Ellen Ross, Love and Toil: Motherhood in Outcast London 1870–1918, London 1993; Valerie Fildes (ed.), Women as Mothers in Pre-Industrial England: Essays in Memory of Dorothy McLaren, Abingdon 1990; Sally G. McMillen, Motherhood in the Old South: Pregnancy, Childbirth, and Infant Rearing, Baton Rouge 1990; Sylvia D. Hoffert, Private Matters: American Attitudes to Childbearing and Infant Nurture in the Urban North 1800–1860, Urbana 1989; Elizabeth Roberts, A Woman’s Place: An Oral History of Working-Class Women 1890–1940, Oxford 1984; Laurel Thatcher Ulrich, Good Wives: Image and Reality in the Lives of Women in Northern New England 1650–1750, New York 1982. Dalszą bibliografię można znaleźć w konkretnych przypisach.

Mój sposób myślenia ukształtowali także teoretycy macierzyństwa, szczególnie Lisa Baraitser, Maternal Encounters: The Ethics of Interruption, Hove 2009 oraz Patricia Hill Collins, Black Feminist Thought 1990, reprint New York 2000; badacze środowisk LGBT, szczególnie Maggie Nelson, The Argonauts, New York 2015 oraz Valerie Traub, Thinking Sex with the Early Moderns, Philadelphia 2016; a także współcześni autorzy wspomnień i eseiści cytowani w rozdziale 8 nr 6 i w rozdziale 16 nr 1. Ta ostatnia rozwija tradycję pamiętnika matki w duchu kobiecego wyzwolenia (w tej książce traktowanego jako źródło) ze szczególnym uwzględnieniem Jane Lazarre, The Mother Knot, Boston 1976, Adrienne Rich, Of Woman Born: Motherhood as Experience and Institution, New York 1976 (wyd. pol. Zrodzone z kobiety: macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja, przeł. Joanna Mizielińska, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2000) oraz eseje Alice Walker, In Search of Our Mothers’ Gardens: Womanist Prose, San Diego 1983.

Patrz także: „Słowo o metodzie”, ss. 421–428, gdzie omawiam swoje ukierunkowane na czasowniki, anegdotyczne, pierwszoosobowe podejście do interpretacji historii.

[7] Więcej o współczynniku urodzeń w XVII- i XVIII-wiecznych społecznościach, o których opowiadam w tym i następnym akapicie, można przeczytać w: C. Dallett Hemphill, Siblings: Brothers and Sisters in American History, New York 2011, p. 21; Susan E. Klepp, Revolutionary Conceptions: Women, Fertility and the Family Limitation in America, 1760–1820, Chapel Hill 2009, pp. 41–54; Pamela Sharpe, Population and Society in an East Devon Parish: Reproducing Colyton 1540–1840, Exeter 2002.

[8] Omawiane w tym rozdziale zmiany w płodności są szerzej opisane w następujących książkach i artykułach: Susan E. Klepp, Revolutionary Conceptions, Chapel Hill 2009; Herbert S. Klein, A Population History of the United States, Cambridge MA 2004; Karen Oppenheim Mason, Gender and Family Systems in the Fertility Transition, „Population and Development Review” (27/2001), pp. 160–76; John R. Gillis, Louise A. Tilly, David Levine (eds.), The European Experience of Declining Fertility 1850–1970: The Quiet Revolution, Cambridge MA 1992.

[9] Susan E. Klepp, Revolutionary Conceptions: Women, Fertility and the Family Limitation in America, 1760–1820, Chapel Hill 2009, p. 87 (Hopkins), p. 116 (Fisher).

[10] Ibid., p. 207 (Atlee), p. 88 (Bowen).

[11] Robert S. Lynd, Helen Marrel Lynd, Middletown: A Study in American Culture, San Diego 1929, p. 131 (Muncie); Miriam Glucksmann, Women Assemble: Women Workers and the New Industries in Inter-War Britain, London 1990, pp. 160–75, 231, 234, 248 (Doris Hanslow, a pseudonym); Women’s Reasons for Having Small Families, Mass Observation 1945, p. 4 (London streets).

[12] Kim Anderson, Life Stages and Native Women: Memory, Teachings, and Story Medicine, Winnipeg 2011, p. 41 (Kri); M. Inez Hilger, Chippewa Child Life and Its Cultural Background, Washington 1951, p. 4.

[13] Rebecca Walker, Baby Love: Choosing Motherhood After a Lifetime of Ambivalence, New York 2007; dodatkowo: Chitra Ramaswamy, Expecting: The Inner Life of Pregnancy, Glasgow 2016, p. 7; Rebecca Solnit, The Mother of All Questions, Chicago 2017; Sheila Heti, Motherhood: A Novel, New York 2018. O wyborze jako szeroko rozpowszechnionej współcześnie idei pisze: Daniel T. Rodgers, Age of Fracture, Cambridge MA 2011, pp. 10–11.

[14] Więcej odnośnie do tego i następnego akapitu można przeczytać w: Hugh Cunningham, Children and Childhood in Western Society since 150, 2nd ed., Harlow 2005, p. 95, p. 173.

[15] Carol Karlsen, Laurie Crumpacker (eds.), Journal of Esther Edwards Burr 1754–1757, New Haven 1984, p. 191; Mrs Whitman’s Letters, Salem 1893 (Narcissa Whitman to Stephen Prentiss, 8 May 1845), p. 167.

2. Poczęcie

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
1. Macierzyństwo w liczbach
2. Poczęcie
3. Odkrycie
4. 10. tydzień, czyli po ośmiu tygodniach
5. Kopanie
6. Powiększanie się obwodu talii
7. Podód
8. Witaj na świecie
9. Łzy i anegdoty
10. Połóg
11. Wilgotna materia
12. Permanentny brak czasu
13. Środek nocy
14. Mleziwo
15. Niepewność albo eksperyment myślowy
16. Dziwne pomysly w klinice
17. Z rąk do rąk
18. Sztuczne kwiaty
19. Dębowa balia z tarą
20. Osesek i brzdąc

TYTUŁ ORYGINAŁU :

Mother. An Unconventional History

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Małgorzata Święcicka

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Bożena Sęk

Konsultacja merytoryczna: dr Justyna Wodzik

Projekt okładki: Joanna Florczak

Zdjęcie na okładce: © Shutterstock.com

Copyright © 2019 by Sarah Knott

All rights reserved including the rights of reproduction in whole or in part in any form.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Mova

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Urszula Gardner, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66611-12-2

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek