Wydawca: WAB Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 377 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Matki, które nie potrafią kochać - Susan Forward

Przełamanie tabu macierzyńskiej miłości.

W swojej bestsellerowej książce Susan Forward omawia szkody czynione przez niekochające matki w psychice córek i podsuwa tym ostatnim skuteczne sposoby przezwyciężania bolesnego dziedzictwa.

Przez 35 lat praktyki terapeutycznej autorka pomogła wielu kobietom uporać się z emocjonalnym bagażem pozostałym po wychowaniu przez inne kobiety, o pokolenie starsze. Córki matek niezdolnych do miłości – obciążone latami krytyki, rywalizacji, odwrócenia ról, zaborczej kontroli, uczuciowych zaniedbań i innych form opresji – są szczególnie podatne na stany lękowe, depresje, nieudane związki, niską samoocenę i nieufność w relacjach z innymi ludźmi.

Jak tłumaczy Susan Forward, można jednak wygoić „matczyną ranę”, znaleźć pomoc i odzyskać – albo raczej zdobyć po raz pierwszy – poczucie własnej wartości. Na stronach tej książki przewijają się różne typy tytułowych „matek, które nie potrafią kochać”: narcystyczne, zazdrosne, zaborcze, despotyczne, niewydolne życiowo i wychowawczo, stosujące przemoc wobec córek lub niezdolne do ich ochrony przed przemocą. Każdy z tych typów generuje szczególne napięcia w relacji matkacórka, które najpierw trzeba zidentyfikować i zrozumieć, aby móc rozpocząć proces uzdrawiania.

Wypełniona poruszającymi świadectwami książka wtajemnicza czytelniczki w konkretne techniki samopomocy wypracowane przez Susan Forward na użytek jej pacjentek. Zastosowanie tych metod odmieniło już niejedno życie, pozwalając się uporać z bólem dzieciństwa i podjąć działania we własnym najlepszym interesie. Napisany z pasją i pasjonujący w lekturze poradnik doświadczonej terapeutki zapewnia rzeszom niekochanych córek wsparcie emocjonalne i odpowiednie narzędzia do uruchomienia tego procesu, tak aby destrukcyjny klimat, w jakim dorastały, nie ciążył dłużej ani nad nimi, ani nad ich własnymi dziećmi.

DR Susan Forward jest terapeutką, wykładowczynią i autorką o międzynarodowej renomie. Napisała między innymi dwa bestsellery z list „New York Times” – „Dlaczego on nie kocha, a ona szaleje za nim” oraz „Toksyczni rodzice” – a także „Toksyczne namiętności”, „Szantaż emocjonalny”, „Gdy twój partner łże jak pies” i „Toksyczni teściowie”. Prowadzi prywatną praktykę, współpracuje także jako terapeutka, instruktorka i konsultantka z wieloma placówkami psychiatrycznymi i medycznymi z terenu południowej Kalifornii. Wystąpiła w ponad 300 programach telewizyjnych i radiowych, a przez sześć lat miała też własną audycję o ogólnokrajowym zasięgu na falach ABC.

Więcej informacji oraz porad online można znaleźć na jej stronie internetowej: www.susanforward.com

Opinie o ebooku Matki, które nie potrafią kochać - Susan Forward

Fragment ebooka Matki, które nie potrafią kochać - Susan Forward

Susan Forward

MATKI, KTÓRE NIE POTRAFIĄ KOCHAĆ

Przełożyła Joanna Józefowicz-Pacuła

Tytuł oryginału: Mothers Who Can’t Love. A Healing Guide for Daughters

Copyright © 2013 by Susan Forward

Pierwsze wydanie w Stanach Zjednoczonych

HarperCollins Publishers 10 East 53rd Street, New York, NY 10022.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i jakąkolwiek drogą – elektroniczną, mechaniczną, fotokopii, nagrań czy inaczej – bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy.

Copyright © for the Polish translation by Joanna Józefowicz-Pacuła

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Mojej najdroższej córce Wendy

Wprowadzenie

„Pojechałam w delegację do Wisconsin. Po wielu godzinach pracy w zamknięciu chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Świeciło słońce, więc w przerwie obiadowej mimo zimna zdecydowałam się na krótki spacer. Szukałam najbardziej nasłonecznionych miejsc, ale proszę sobie wyobrazić, to przeklęte słońce, chociaż z pewnością wyglądało jak słońce i było jaskrawe jak słońce, nie dawało najmniejszego ciepła. I nagle doznałam olśnienia, że to dokładnie tak jak z moją matką”.

Heather, drobna, 34-letnia kobieta, przedstawicielka handlowa dużego koncernu farmaceutycznego, opowiadała mi to głosem coraz bardziej przepełnionym łzami. Była po raz pierwszy w ciąży i przerażała ją perspektywa, że mogłaby okazać się dla swojego dziecka równie złą matką jak jej własna dla niej.

HEATHER: Wie pani, bardzo długo odsuwałam od siebie myśl o macierzyństwie. Już i tak byłam dostatecznie szczęśliwa, gdy po serii nieudanych związków wreszcie spotkałam Jima i dotarło do mnie, że ktoś może mnie pokochać naprawdę. Od dawna chcieliśmy mieć dziecko, ale ja tak bardzo bałam się, że coś jest ze mną nie w porządku. Bałam się, że całe to zimno od mojej mamy może zacząć wychodzić ze mnie, gdy tylko zajdę w ciążę. Nie mogłam znieść myśli, że byłabym dla mojego dziecka taka sama jak moja matka dla mnie.

To jedna z niezliczonych smutnych historii, jakie stale słyszę od kobiet przytłoczonych bagażem bólu, lęku i kompleksów – pozostałości po głębokich ranach zadanych im przez ich matki.

W ciągu ponad 35 lat pracy w zawodzie terapeuty w różnych ośrodkach klinicznych miałam do czynienia z wieloma pacjentkami w rodzaju Heather, świadomie lub nieświadomie uwięzionymi w szkodliwej emocjonalnej orbicie kobiet, które zaciążyły nad ich dzieciństwem i młodością. Wiem z doświadczenia, że wychowanie przez takie matki często okazuje się barierą niemożliwą do pokonania o własnych siłach również w wieku dorosłym. Córki złych matek zgłaszają się na sesje terapeutyczne ze stanami lękowymi i depresją, z problemami w związkach, z głęboką niewiarą w siebie, we własną samodzielność, a nawet zdolność do kochania i bycia kochanymi. Niektóre z nich potrafią dostrzec związek między relacją z matką a późniejszymi trudnościami w życiu; inne nadmieniają tylko, że „matka doprowadza mnie do szału”, ale uznają to za rzecz drugorzędną w sprawach, w których szukają u mnie pomocy.

Często słyszę od moich pacjentek zawiłe albo sprzeczne komunikaty, tak jakby chciały przekonać same siebie, że mylą się co do bólu towarzyszącego im od najmłodszych lat.

Aby dowiedzieć się więcej o lęku Heather przed macierzyństwem, zapytałam ją, co miała na myśli, mówiąc o „całym tym zimnie od jej mamy”, które tak bardzo bała się przekazać własnemu dziecku. Odpowiedziała mi nie bez wahania:

HEATHER: To tak, jakby moja mama miała dwie twarze – organizowała mi przyjęcia urodzinowe, czasami chodziła na szkolne imprezy, potrafiła nawet być miła dla moich przyjaciół, ale później ukazywała mi tę drugą twarz…

JA: Czyli jaką?

HEATHER: Straszliwie mnie krytykowała, chociaż – szczerze mówiąc – najczęściej po prostu nie zwracała na mnie uwagi, tak jakbym nie była warta jej czasu. Sama nie wiem, może wszystkie jej miłe gesty były tylko na pokaz. Jak sięgam pamięcią, nie czułam się przy niej bezpieczna, nie było między nami prawdziwej więzi ani serdeczności… I nigdy nie miałam poczucia, że jestem dla niej ważna. Byłam po prostu kimś, kim musiała się zajmować… gdy jej to pasowało. Inna rzecz, że była stale zajęta. Trudno oskarżać samotną matkę, że ma tyle na głowie.

Jak mnóstwo innych kobiet Heather umiała szczerze opowiedzieć o swoich przeżyciach z dzieciństwa, jednak – znów jak mnóstwo innych kobiet – za wszelką cenę starała się minimalizować własne urazy i robiła wszystko, by postrzegać matkę jako osobę, którą tak rzadko była naprawdę: kochającą.

Co czyni dobrą matkę

Od dobrej matki nie oczekuje się ani perfekcji, ani poświęcenia do granic męczeństwa. Ma ona, jak wszyscy, własny emocjonalny bagaż, własne blizny i potrzeby. Może łączyć macierzyństwo z ambicjami zawodowymi i z pewnością zdarzają się okresy, kiedy nie jest do dyspozycji swego dziecka. Może „wyjść z siebie” i powiedzieć czy zrobić coś, czego później będzie żałować. Jeśli jednak jej dominująca postawa wzmacnia w córce przekonanie o własnej wartości, szacunek do samej siebie i poczucie bezpieczeństwa, taka matka prawidłowo wywiązuje się ze swojej roli, niezależnie od tego, czy uznamy ją za wspaniałą, czy tylko za wystarczająco dobrą. Taka matka okazuje dziecku prawdziwą miłość w sposób namacalny i niepodważalny.

Niestety, nie tego doświadczyła Heather i wiele innych moich pacjentek. Im odżywczą matczyną miłość i uwagę dawkowano od najmłodszych lat skąpym kroplomierzem. Pozory uczuć okazywanych zwykle przy świadkach za zamkniętymi drzwiami nieuchronnie ustępowały miejsca rzeczywistości rzadko obserwowanej przez postronnych: psychicznemu niszczeniu, rywalizacji, zimnemu ignorowaniu, bagatelizowaniu osiągnięć, niedostatkom opieki i ochrony albo nawet bezpośredniej przemocy. Czy te matki kochały swoje córki? Nie. Miłość naznacza ogólne zachowanie, a córki w rodzaju Heather były najzwyczajniej pozbawione jej życiodajnego ciepła.

Wysoka cena za brak matczynej miłości

Efekty takiego wychowywania są bolesne i traumatyczne. Dziewczęta definiują swoją kiełkującą kobiecość przez identyfikację i więź z matkami; gdy jednak ów zasadniczy proces ulega zakłóceniu – w następstwie przemocy, krytyki, despotyzmu, depresji, zaniedbań czy odrzucenia ze strony matek – pozostaje im samotnie walczyć o solidną tożsamość i własne miejsce w świecie, zazwyczaj po omacku, metodą chaotycznych prób i nie zawsze naprawialnych błędów.

Kobiety wyrastające z dziewcząt pozostawionych samym sobie w krytycznym okresie dojrzewania rzadko przyjmują do wiadomości, że miały matki niekochające czy w skrajnych przypadkach wręcz wrogie. Jest to odkrycie tak nieznośne dla dziecka związanego z matką silną biologiczną więzią, że sama myśl o tej ewentualności wywołuje ostry zespół lękowy. Znacznie bezpieczniej jest uznać, że „jeśli coś jest źle między nami, to przeze mnie”. Mała dziewczynka nadaje sens złemu traktowaniu przez matkę, szukając w sobie wyimaginowanych win, oskarżając się o wszystko i coraz głębiej pogrążając w przeświadczeniu, że jako istota z gruntu zła i nieudana po prostu nie zasługuje na matczyną miłość. Te destrukcyjne uczucia towarzyszą jej później latami, niezależnie od tego, co obiektywnie osiągnęła ani jak bardzo jest kochana przez innych, włącznie z własnymi dziećmi.

Mała dziewczynka krytykowana, ignorowana, dręczona lub tłamszona przez niekochającą matkę wyrasta na kobietę, która w głębi duszy nigdy nie czuje się wystarczająco dobra, wystarczająco godna miłości, wystarczająco inteligentna, ładna czy akceptowalna, by zasłużyć na sukces i szczęście. „Bo gdybyś naprawdę była warta szacunku i czułości – podpowiada jej wewnętrzny głos – dostałabyś je przecież od matki”.

Jeśli to ty byłaś tą małą dziewczynką, córką kobiety niezdolnej obdarzyć cię miłością, której tak łaknęłaś, istnieje duże prawdopodobieństwo, że podobnie jak Heather wędrujesz przez życie z głębokimi ubytkami w pewności siebie, z poczuciem pustki i smutkiem. Nigdy nie czułaś się naprawdę dobrze we własnej skórze. Być może nie dowierzasz własnej zdolności do kochania. I nie będziesz w pełni cieszyć się życiem, dopóki nie wyleczysz do końca głębokiej rany zadanej ci ongiś przez matkę.

Dlaczego napisałam tę książkę

Spotkanie z Heather po raz kolejny uświadomiło mi te bolesne fakty. Myślałam o niej jeszcze długo po zakończeniu naszej sesji. Była kobietą inteligentną, atrakcyjną i spełnioną, a mimo to jakby ślepą na wszystkie te atuty. Stale dręczyły ją wątpliwości, czy potrafi kochać i być kochaną, a wręcz, jak odkryłam, nie oczekiwała od życia nic dobrego, przekonana o jakimś własnym defekcie czy ciążącym na niej przekleństwie – wbrew faktom pokazującym coś wręcz przeciwnego. Obdarzona dużą samoświadomością Heather w wieku 34 lat nadal czekała na uznanie i błogosławieństwo ze strony matki, gdyż tylko to mogłoby dać jej pewność i wiarę w siebie jako kobietę, partnerkę i matkę. Nie sądzę, aby kiedykolwiek miała się tego doczekać. Kobiety pozbawione silnej więzi z matką często przez całe życie borykają się z dotkliwym poczuciem straty i braku.

Od zawsze moją specjalnością było rzucanie światła na prawdziwą naturę stosunków międzyludzkich ukrytą nieraz za fasadą „idealnej pary” czy „szczęśliwej rodziny”. Po napisaniu książki Toksyczni rodzice (Toxic Parents) myślałam, że powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia na temat wychowujących nas ludzi. W miarę jak coraz więcej córek przychodziło do mnie z „matczynymi ranami”, doszłam jednak do wniosku, że powinnam przemówić jak kobieta do kobiety, czy raczej do milionów kobiet, które doświadczyły zła od swoich matek i do dziś zmagają się z głębokimi następstwami tych dawnych urazów.

Był też inny – dość wymowny – powód, dla którego zdecydowałam się napisać tę książkę. Chociaż już dawno uporałam się z problemami spowodowanymi przez moją własną matkę, to dopóki żyła, nie pozwoliłabym sobie na książkę poświęconą matkom niezdolnym do miłości. Owszem, wiele moich pacjentek ma też za sobą bolesne relacje z ojcami – uwikłanymi w problemy osobiste, często nieobecnymi w życiu córek, jako że zdrowy psychicznie mężczyzna rzadko wiąże się albo wytrzymuje dłużej z niestabilną kobietą – niemniej jednak to matki wydają się najważniejsze dla córek, i to one kładą się największym cieniem na ich późniejszych losach małżeńskich, rodzicielskich czy zawodowych.

Jeśli miałaś nieszczęście żyć z niekochającą matką, jej dziedzictwo towarzyszy ci każdego dnia i przejawia się w trudnościach, jakim stawiasz czoło, w twoich emocjonalnych relacjach z innymi ludźmi i próbach, tak często daremnych, nabycia zaufania i szacunku do siebie samej. Zdaję sobie sprawę z twojej frustracji, zniechęcenia i wewnętrznego zamętu, ale chcę cię zapewnić, że potrafię ci pomóc. Za pośrednictwem tej książki razem przepracujemy twoje problemy, abyś zobaczyła je w nowym świetle i wreszcie znalazła ulgę. Podpowiem ci krok po kroku, jak odmienić stosunek do matki i do samej siebie, żeby wygoić ranę jątrzącą się w tobie tak boleśnie i tak długo.

Zaczniemy od wnikliwej, szczerej analizy postępowania twojej matki i jego wpływu na ciebie. W kolejnych rozdziałach szczegółowo omówimy mechanizmy jej – i twoich – zachowań, po czym przedstawię ci skuteczne strategie zmiany poglądów i reakcji, które blokują cię od lat. Pomogę ci też zrozumieć, być może po raz pierwszy w życiu, na czym polega i czym objawia się prawdziwa miłość, czy to rodzicielska, czy jakakolwiek inna. Będzie to solidny punkt startowy, z którego, jak głęboko wierzę, wyruszysz w nowe, lepsze życie.

Nie można nazwać tego miłością

Aby ułatwić ci obiektywne spojrzenie na matkowanie, jakiego doświadczyłaś w dzieciństwie, przygotowałam poniższe zestawy pytań. W pierwszej kolejności zajmijmy się sytuacją na dzisiaj – stąd czas teraźniejszy.

Czy twoja matka regularnie:

poniża cię

lub

krytykuje?

robi

z ciebie kozła ofiarnego?

przypisuje

sobie zasługi, gdy wszystko idzie dobrze, a gdy nie – zrzuca odpowiedzialność na ciebie?

traktuje

cię tak, jakbyś nie była zdolna do podejmowania samodzielnych decyzji?

jest

urocza przy innych ludziach, ale gdy tylko zostajecie same, okazuje ci chłód i niechęć?

stara

się przyćmić cię sobą?

flirtuje

z ważnymi dla ciebie mężczyznami?

próbuje żyć

twoim

życiem, przelewając na ciebie własne niespełnione ambicje?

narzuca

ci się telefonami, listami, wizytami tak bardzo, że czujesz się przez nią zawłaszczana?

mówi

ci

lub daje do zrozumienia, że jesteś przyczyną jej depresji, niepowodzeń, braku satysfakcji z życia?

mówi

ci

lub daje do zrozumienia, że nie poradzi sobie bez ciebie (i liczy wyłącznie na

twoją

pomoc)

?

używa pieniędzy

lub

obietnic gratyfikacji finansowej, żeby tobą manipulować?

grozi, że

uprzykrzy

ci życie, jeśli nie będziesz robić tego, co chce?

ignoruje

lub lekceważy twoje odczucia i pragnienia?

Odpowiedzi twierdzące wskazują, że twoja matka przekracza – lub już przekroczyła – granicę, która dzieli matki kochające od niekochających. Zachowania jak wyżej przypuszczalnie nie są niczym nowym dla ciebie, podejrzewam wręcz, że spotykałaś się z nimi przez większość życia. Aby się o tym przekonać, wystarczy sformułować te same pytania w czasie przeszłym i przypomnieć sobie, co się działo, gdy byłaś młodsza.

Następna lista pytań ma na celu uświadomić ci, jak dalece naznaczyła cię relacja z matką. Tym razem są to więc pytania o ciebie.

A zatem, czy:

zastanawiasz

się, czy matka cię kocha – i dopuszczasz do siebie żenującą myśl, że chyba nie?

czujesz

się odpowiedzialna za pomyślność wszystkich z wyjątkiem siebie samej?

uważasz, że potrzeby, chęci i oczekiwania

twojej

matki są ważniejsze od twoich własnych?

uważasz miłość

za

coś, na co musisz sobie zasłużyć?

uważasz, że

cokolwiek

zrobisz dla matki, to i tak nie będzie dosyć?

uważasz, że

musisz

chronić ją za wszelką cenę, nawet przed wiedzą, że sprawia ci ból?

masz

poczucie winy i uważasz się za kogoś złego, jeśli nie spełniasz życzeń innych ludzi, na czele z twoją matką?

ukrywasz

przed nią swoje uczucia i pewne fakty z własnego życia, wiedząc, że może wykorzystać je przeciwko tobie?

ciągle

potrzebujesz

cudzej aprobaty?

czujesz

się zastraszona, winna, nic nieznacząca, niezależnie od wszelkich swoich osiągnięć?

zastanawiasz

się, na czym polega twój defekt, który nie pozwala ci znaleźć kochającego partnera?

wzbraniasz

się przed myślą o dzieciach (jeśli chcesz je mieć) z obawy, że okazałyby się równie „nieudane” jak ty (w twoim mniemaniu)?

Wszystkie te uczucia i przekonania są bezpośrednim następstwem „matczynej rany” i jak ona mają korzenie w dzieciństwie. Nawet jeśli odpowiedziałaś „tak” na każde z powyższych pytań, uwierz mi, proszę, że nie jesteś ani potępiona na wieki, ani nieodwracalnie „uszkodzona”. Jest wiele zmian, których wdrożenie od zaraz może znacząco poprawić ci życie, twój wizerunek we własnych oczach i relacje z innymi ludźmi.

Kobiety, które spotkasz w tej książce, mają z tobą wiele wspólnego. Na kolejnych stronach poznasz ich dzieje, zobaczysz, jak dzielnie zmierzyły się z przeszłością i jak dzięki nowemu spojrzeniu na swoje matki i siebie same radykalnie odmieniły swój los na lepsze. Zabiorę cię w taką samą uzdrawiającą podróż, jaką odbywam na sesjach z moimi pacjentkami, i wyposażę w odpowiednie narzędzia, abyś mogła definitywnie pozbyć się ran po dorastaniu w cieniu niekochającej matki.

Jak przedstawia się układ tej książki

W pierwszej części zapoznasz się z pięcioma najczęstszymi typami niekochających matek. Weźmiesz udział w moich sesjach z córkami takimi jak Heather, i to ich oczami spojrzysz na zachowania matek należących do poszczególnych kategorii. Wysłuchasz opowieści córek na temat ich minionych i obecnych relacji z matkami, a także wpływu tych stosunków na wszelkie inne sfery ich życia. Poznasz również wypracowywane od dzieciństwa mechanizmy chroniące przed niezdolnymi do miłości matkami i zrozumiesz, dlaczego te dziecięce reakcje obronne dokonują aż takich spustoszeń w psychice niekochanych córek.

Będziesz wreszcie mogła zobaczyć zachowania swojej matki w kontekście wolnym od uzasadnień i racjonalizacji, które prawdopodobnie słyszałaś od zawsze. To pozwoli ci zrozumieć ją o wiele lepiej niż kiedykolwiek. Jestem pewna, że zyskasz też znacznie jaśniejsze spojrzenie na siebie samą. Najprawdopodobniej odnajdziesz elementy własnych doświadczeń w niejednym rozdziale tej książki, albowiem wiele niekochających matek łączy w sobie kilka kategorii. Z kolei córki pozbawione zdrowego matkowania mają podobne blizny, niezależnie od przynależności ich matek do któregoś z opisanych przeze mnie typów.

W drugiej części książki przejdziemy od diagnostyki do terapii. Przedstawię ci krok po kroku strategie ukierunkowane na zmianę twojej relacji z matką i całego życia na lepsze. Popracujemy wspólnie nad tym, by przełożyć twoją nową wiedzę na sferę emocjonalną i umożliwić ci diametralnie inną percepcję osoby matki oraz twojej własnej. Następnie dostarczę ci narzędzi do wzmocnienia pewności siebie, szacunku do samej siebie i wiary, dzisiaj zapewne szczątkowej, że zasługujesz na miłość.

Już teraz mogę cię zapewnić, na podstawie doświadczeń zarówno moich osobistych, jak i tysięcy innych córek, że przekonanie o nieuleczalności twojej traumy z dzieciństwa nie musi ci towarzyszyć do końca życia. Obiecuję ci trwałe wyzdrowienie jako efekt końcowy naszej wspólnej pracy. A wtedy i w sobie, i w świecie wokół odnajdziesz pełnię, mądrość i ukojenie, za którymi tak długo tęskniłaś.

Część IJak zidentyfikować „matczyną ranę”

Rozdział 1Tabu wokół matczynej miłości

„Nie waż się źle mówić o swojej matce”

Można by pomyśleć, że w dzisiejszych czasach psychologia nie ma już przed nami tajemnic – a mimo to nadal nie pozbyliśmy się wyidealizowanego poglądu na macierzyństwo, według którego matka jest z definicji zdolna do miłości, opieki i dobroci. Mit ten stanowi znakomitą przykrywkę dla niekochających matek, pozwalając im zdecydowanie za często działać bez żadnych przeszkód – podczas gdy ich mężowie, krewni i społeczeństwo jako takie z góry tłumią czy odrzucają wszelką krytykę pod ich adresem.

Większość społeczeństw gloryfikuje matki, tak jakby zwykły biologiczny akt wydania dziecka na świat automatycznie pociągał za sobą najwznioślejsze uczucia. A to po prostu nieprawda. Nie istnieje magiczny pstryczek, którego naciśnięcie włączałoby osławiony „instynkt macierzyński” niczym żarówkę i dawało pewność, że każda kobieta, nawet zaburzona emocjonalnie, natychmiast nawiąże więź ze swoim dzieckiem, będzie umiała rozpoznać i zaspokoić jego potrzeby i otoczy je życiodajną, czułą opieką. Oczywiście, freudowska nagonka na matki – obwinianie ich o wszystko, co złego dzieje się z dziećmi w każdym wieku – okazała się bezpodstawna, niemniej jednak podobną fantazją jest odruchowe stawianie znaku równości między macierzyństwem a zdrową miłością do dziecka.

Ta szeroko rozpowszechniona wiara ma taką siłę, że praktycznie pozbawia głosu dzieci niekochających matek. Jeśli spróbujesz szczerze opowiedzieć o waszych relacjach – o tym, jak twoja matka naprawdę się wobec ciebie zachowywała – niechybnie natkniesz się na mur oporu ze strony potężnych sił zewnętrznych (z twoją matką na czele, rzecz jasna) zjednoczonych w jej irracjonalnej obronie przed tobą.

W istocie rzeczy problem matek niezdolnych do miłości stanowi tak wielkie tabu, a postawy wobec zadanych przez nie urazów są tak bardzo zakłamane, że niemal na pewno spotkasz się ze sceptycyzmem, krytyką, w najlepszym razie z bezproduktywnymi radami. Jeśli kiedykolwiek wcześniej próbowałaś ułożyć sobie od nowa stosunki z matką, już wiesz, jak to wygląda:

Wyciągasz rękę do zgody i natychmiast wpadasz w sieć krytyki i manipulacji. Po raz kolejny dowiadujesz się, że jesteś niewdzięcznicą. Egoistką. Istotą bez serca. Córką, która na zawsze pozostanie jej dłużniczką, niezależnie od tego, co zrobi.

Radzisz się krewnych, czasem przyjaciół, a oni wykrzykują ze zgrozą: „Jak możesz tak mówić o własnej matce? Przecież to twoja matka! Co się

z tobą

dzieje?”.

Pechowo trafiasz na konsultację do niewłaściwego terapeuty, który każe ci „wybaczyć i zapomnieć”, a następnie pogodzić się z matką, nieważne, jak wiele miałoby cię to kosztować.

Szukasz wsparcia u księdza czy innego doradcy duchowego i dostajesz jako pociechę slogany w rodzaju: „czcij matkę swoją”, „tylko przebaczenie może cię uzdrowić” albo „rodzina jest najważniejsza”.

Dzielisz się swoim problemem z partnerem, który zbywa cię byle czym, mówiąc na przykład: „Nie daj jej wejść sobie na głowę. Ona po prostu taka jest”.

Po tym wszystkim wracasz do punktu wyjścia – równie zdezorientowana, równie samotna jak wcześniej, a dodatkowo jeszcze zażenowana nieudaną próbą konfrontacji z własną historią. Możesz nawet zastanawiać się, czy w ogóle masz prawo czuć się tak, jak naprawdę się czujesz.

Inni nie widzą tego co ty

Walka z bólem i następstwami posiadania niekochającej matki może napawać poczuciem wielkiej samotności, wręcz izolacji. Do ludzi, którzy mieli szczęście zaznać czułej i mądrej macierzyńskiej miłości, z trudem dociera fakt, że nie wszystkie matki są takie jak ich własne – i dlatego nawet najżyczliwszym przyjaciołom czy krewnym często zdarza się bagatelizować ból niekochanej córki, raczej strofować ją niż wspierać. Moja pacjentka Valerie, 32-letnia programistka komputerowa, przyszła do mnie po pomoc w przezwyciężaniu nieśmiałości i lęku, blokujących ją w życiu zawodowym i społecznym. Jak sama mówiła, z trudem otwierała się na innych, przede wszystkim dlatego, że „ludzie po prostu jej nie rozumieli”.

Gdy poprosiłam o przykład, opisała mi takie oto niedawne wydarzenie ze swego życia:

VALERIE: Miesiąc temu zapisałam się na kurs malarstwa dla dorosłych – coś, o czym zawsze marzyłam. Instruktorka od początku chwaliła moje akwarelki i z zajęć na zajęcia zaprzyjaźniałyśmy się coraz bardziej, mimo 25-letniej różnicy wieku. Terry powiedziała mi, że szykuje wystawę prac swoich uczniów. Nie posiadałam się z radości, kiedy usłyszałam, że wybrała na nią również dwa moje obrazki. I wtedy nagle zaczęłam płakać, a gdy Terry zapytała, co się stało, przyznałam się, że właśnie tego ranka miałam straszliwą scysję z matką przez telefon i że nie zamierzam jej zaprosić na wystawę.

A Terry na to, że bardzo chętnie poznałaby moją mamę, z zawodu dekoratorkę wnętrz – i również niespełnioną artystkę, chociaż tego akurat jej nie powiedziałam. Wracała do tematu kilka razy i w końcu, chcąc nie chcąc, wysłałam mamie mail z zaproszeniem. No i mama przyszła na wystawę, rozpływała się w zachwytach nad wszystkimi pracami – z wyjątkiem moich – a już dla Terry była słodka jak miód i oczywiście oczarowała ją zupełnie. Później Terry powiedziała mi, że chciałaby mieć taką kochającą matkę – że dałaby wszystko, żeby jej własna jeszcze żyła – i że powinnam doceniać moje szczęście.

Nie mogłam tego słuchać. Coś mnie podkusiło, żeby wyprowadzić ją z błędu. „Wiesz – powiedziałam – czasami pozory mylą. Moja mama jest w rzeczywistości bardzo skoncentrowana na sobie i bardzo krytyczna wobec mnie. Często zachowuje się tak, jakby uważała mnie za rywalkę”. Miałam wrażenie, że moje słowa w ogóle nie dotarły do Terry, bo powtórzyła swoje: „Powinnaś dziękować losowi za matkę, która przejmuje się tobą tak bardzo, że przyszła oglądać twoje prace”.

Valerie poczuła się sfrustrowana i zawiedziona reakcją nowej przyjaciółki. A jeśli zabolało to ją, dorosłą kobietę, wyobraź sobie – albo przypomnij – o ileż bardziej musi cierpieć całkowicie zależna dziewczynka czy nastolatka, której nikt nie chce wysłuchać i zrozumieć.

Colleen, 28-letnia singielka, menedżerka w sieci supermarketów, powiedziała mi, że właściwie odkąd pamięta, żyła w permanentnej depresji. Radziła sobie dzięki lekom, ale była dostatecznie przenikliwa, by szukać pomocy również w psychoterapii. Czuła, że przyczyna jej obniżonego nastroju kryje się w nierozpracowanych problemach z przeszłości, i dlatego trafiła do mnie. Gdy już poznałam ją nieco lepiej, poprosiłam, żeby opowiedziała mi coś o swoim dzieciństwie. Oto, czego się dowiedziałam.

COLLEEN: Nigdy nie miałam z kim porozmawiać… Nikt mnie nie słuchał i po prostu dusiłam w sobie mój smutek. Gdy próbowałam skarżyć się ojcu na mamę, powtarzał tylko, żebym była dla niej grzeczna. Pewnego razu rodzice gdzieś pojechali i nocowałam u cioci Giny. Zapytała mnie, jak tam w domu. Czułam się przy niej bezpiecznie – zawsze zachowywała się w porządku – więc powiedziałam jej, że z mamą jest chyba coś nie tak, że stale na mnie krzyczy, czepia się, mówi, że jestem do niczego… Ciocia wysłuchała mnie spokojnie i jak myślałam, ze zrozumieniem, ale później orzekła, że muszę dbać o mamę i nie brać sobie do serca tego, co na mnie wygaduje. „Twoja mama jest bardzo nieszczęśliwa z twoim tatą – zdradziła mi – i gdyby nie ty, już dawno by od niego odeszła. Nie odchodzi ze względu na ciebie, widzisz, to z jej strony wielkie poświęcenie. Więc tym bardziej nie bądź taka przewrażliwiona”. Miałam wrażenie, że ciocia też jest na mnie zła. I zaczęłam żałować, że w ogóle coś jej powiedziałam. „No super, pomyślałam sobie, teraz i ona będzie przeciwko mnie. Powinnam była milczeć”.

Bardzo charakterystyczną cechą niekochanych córek jest tęsknota za kimś, kto uwierzytelni ich przeżycia. Kto powie: „Tak, to, o czym mówisz, zdarzyło się naprawdę. Tak, twoje uczucia są uzasadnione. Tak, rozumiem cię”.

Tymczasem najczęściej spotykają się z wielką, niemal namacalną presją, żeby milczeć o werbalnych, emocjonalnych czy nawet fizycznych okrucieństwach, jakich doświadczyły w dzieciństwie. Wszystko i wszyscy zdają się utwierdzać je w przekonaniu, że nie należy o tym opowiadać. Zasady narzucane dzieciom są jednoznaczne: Nie mów nikomu. Nie mów nawet sobie.

I w ten oto sposób uczysz się tłumienia, wypierania, minimalizacji albo wręcz podawania w wątpliwość twojej własnej historii. Twojej prawdy.

Jak odbywa się internalizacja odrzucenia przez matkę

Odruch maksymalnej szlachetności, na jaką zdobywasz się w odniesieniu do matki, może wydawać się pozytywny, niemniej jednak maskuje całą plątaninę fałszywych tropów ukrytych pod powierzchnią twego życia – coś, co można by nazwać twoją emocjonalną strefą sejsmiczną. Robiąc dobrą minę do złej gry, utrzymujesz co prawda status quo i pozorny spokój, jednak nie jest to twój wybór, ale raczej rodzaj paraliżu pod wpływem wstydu i lęku. Nie ma wtedy mowy o prawdziwym dobrostanie – funkcjonujesz dzięki przewrotnej emocjonalnej alchemii i wymuszonej amnezji.

Wszelkie komunikaty z zewnątrz w odpowiedzi na twoje próby ujawnienia prawdy odbijają się w tobie echem, generując silne emocje:

Przytłacza cię własna nielojalność wobec matki, głęboko wpojone poczucie, że nie masz prawa jej krytykować – a prawda w twoim przypadku równa się właśnie krytyce. „Jakkolwiek by było, to ona dała mi życie”.

Wstydzisz się swojej sytuacji. „Przecież wszystkie matki kochają własne dzieci – powtarzasz sobie w myślach, ulegając, a jakże, wspomnianym wcześniej stereotypom. – A jeśli jest inaczej, muszą mieć po temu poważne powody”.

Powątpiewasz we własną percepcję rzeczywistości. Zastanawiasz się, czy rzeczywiście nie jesteś „przewrażliwiona”, albo karcisz się w duchu za nadmierne użalanie się nad sobą.

Te myśli i uczucia są tak intensywne i dla większości z nas tak straszne, drążące tak głęboką studnię bólu i niepewności, że wygenerowany przez nie stan można określić tylko mianem zgrozy. Zgrozę budzą zwłaszcza następstwa wewnętrznego przyzwolenia na nazwanie rzeczy po imieniu – że matka mnie nie kocha – i prób zmiany waszej wzajemnej relacji.

Oto słowa, jakie najczęściej słyszę od córek, gdy tłumaczą, dlaczego przez tyle lat nie chciały spojrzeć prawdzie w oczy i uznać swoich matek za niekochające, choćby doznały od nich najgorszego traktowania:

Nie dałabym sobie rady z poczuciem winy.

To byłoby zbyt smutne.

Bałam się jeszcze większej straty.

Wylękniona dziewczynka w dorosłej kobiecie ostrzega: „Jeśli powiesz prawdę, może to oznaczać, że już w ogóle nie będziesz mieć matki”. Słysząc szept tego wewnętrznego dziecka, nawet najrozsądniejsze i najbardziej spełnione kobiety zapominają, że dawno wyrosły z wieku, w którym ścisła więź z matką była im niezbędna do życia.

Co zatem możesz zrobić, jeśli z góry założyłaś, że nie zniosłabyś uczuć towarzyszących prawdzie? Masz tylko jedno wyjście: racjonalizację, za którą płacisz jednak zniekształceniem obrazu was obu, i ciebie samej, i twojej matki.

„Pomyśl, ona naprawdę ma ciężkie życie – mówisz sobie. – Postaraj się ją zrozumieć”.

Colleen niestrudzenie szukała dowodów na to, że jej matka „nie jest taka zła”. Jej racjonalizacja brzmiała mi aż nadto znajomo:

COLLEEN: Tylko proszę nie myśleć, że demonizuję moją mamę, broń Boże! W końcu o nas dbała – nigdy nie chodziłam głodna, miałam podręczniki do szkoły i ładne ubrania… No i prawdę mówiąc, byłam dość nieznośnym dzieckiem. Właściwie trudno się dziwić, że ciągle na mnie krzyczała.

Ta młoda kobieta nadal żyła nadzieją, że znajdzie coś pozytywnego w swojej relacji z matką, która owszem, mogła właściwie karmić ją przy stole, a jednocześnie głodzić emocjonalnie. Aby liczyć na hipotetyczne pojednanie, Colleen musiała się przyznawać do niepopełnionych win, a nawet oskarżać samą siebie – znów w sposób tak dobrze mi znany i paradoksalnie tak kojący dla niekochanych córek.

Czy już rozumiesz, jak funkcjonuje to psychologiczne błędne koło? Ból złej relacji z matką przekłada się na lęk, a lęk rodzi racjonalizację i samooskarżenia. To obieg zamknięty, który trzyma cię w potrzasku i blokuje twoje emocjonalne dojrzewanie. Nasz intelekt może prawidłowo oceniać stan faktyczny, ale emocje mówią nam co innego – a to ich słuchamy w pierwszej kolejności.

Córki niekochających matek potrafią nieraz powiedzieć: „Moja matka jest depresyjna”, „Moja matka myśli tylko o sobie”, „Moja matka doprowadza mnie do szału” albo nawet „Moja matka jest alkoholiczką”. Te słowa brzmią twardo i rozsądnie, niemniej jednak wyrażają wiedzę zbyt płytką, by mogła przynieść jakąkolwiek ulgę. Albowiem dopóki nie wyzwolisz się całkowicie i definitywnie spod władzy macierzyńskiego mitu, nie uda ci się zatrzymać błędnego koła, zaprogramowanego na jedno jedyne wytłumaczenie: „Cokolwiek by zrobiła moja matka, to wszystko było z mojej winy”.

Przez całe życie towarzyszy ci zapewne przekonanie, że to z tobą, a nie z twoją matką, jest coś nie w porządku. Zniekształcony wizerunek siebie we własnych oczach od najmłodszych lat rzutował na rozwój twojej tożsamości jako kobiety i niestety, tkwi w tobie do dzisiaj jak wmontowany na stałe sejf. Co gorsza, zawartość tego sejfu, kolekcja nawarstwionych lęków, kompleksów i wątpliwości, nie tylko obciąża cię zbędnym balastem, ale też dyktuje wiele twoich obecnych zachowań – defensywnych, masochistycznych, nieraz wręcz autodestrukcyjnych.

Jak zmierzyć się z tabu

Dokładny opis niekochającego macierzyństwa, jaki znajdziesz w tej książce, pozwoli ci raz na zawsze zerwać z powszechnie panującym mitem. W następnych rozdziałach napotkasz długi korowód matek, które wskutek poważnych problemów psychologicznych lub fizjologicznych nie chcą bądź nie mogą wykrzesać z siebie prawdziwej miłości, tak ważnej dla emocjonalnego dobrostanu dziecka. Matek, które po prostu nie potrafią kochać.

Chcę od razu podkreślić, że żadna z portretowanych przeze mnie kobiet nie jest potworem i nie budzi się rano z planem krzywd do wyrządzenia tego dnia swojej córce. Większość zachowań niekochających matek wynika z działania sił poza ich świadomą kontrolą albo z ich własnych negatywnych emocji, często głęboko tłumionych jako zbyt trudne do zniesienia: niepewności, dojmującego niedosytu, niespełnienia, życiowego zawodu. Takie matki, szukając ulgi w swoich lękach i smutkach, traktują córki jak kozły ofiarne i wykorzystują je do okazania władzy, przewagi, kontroli albo zemsty nad życiem. Wspólną cechą wszystkich niekochających matek jest brak empatii – wyłączne skupienie się na sobie i ślepota na cierpienia zadawane innym. Jeśli „wychodzą z siebie”, to nie po to, by wejść w skórę kogoś innego – na przykład własnej córki – i zmienić punkt widzenia. Interesują je tylko własne pragnienia i potrzeby; z trudem też, o ile w ogóle, potrafią dostrzec wpływ swoich wewnętrznych „demonów” na krzywdzące zachowania wobec dzieci.

Proszę, nie odwracaj wzroku, ilekroć opis któregoś z tych zachowań wyda ci się boleśnie znajomy. Ważne jest, by rozpoznać je i nazwać po imieniu – jako przeciwieństwo miłości – a następnie przyswoić sobie tę wiedzę głęboko, choćby małymi porcjami na raz. Wiem, że nie będzie to łatwe, ale nie uda nam się naprawić szkód wyrządzonych przez matczyny mit bez trzeźwej oceny postępowania twojej matki i jego następstw dla ciebie.

Matki przedstawione w pierwszej części książki dzielę na pięć odrębnych kategorii z zastrzeżeniem, że nie ma między nimi sztywnych granic, a czasami zdarza się przynależność tej samej osoby do dwóch albo i więcej. W największym skrócie moja klasyfikacja wygląda następująco:

MATKA GŁĘBOKO NARCYSTYCZNA. Jest całkowicie pochłonięta sobą, a jednocześnie niepewna siebie. Przejawia nienasycony głód admiracji i potwierdzenia własnej ważności. Musi być stale w centrum uwagi – będzie zawzięcie walczyć o to miejsce z każdym, również z córką. Widząc w córce faktyczną czy wyimaginowaną rywalkę, robi wiele, żeby ją stłamsić, zaćmić, podkopać jej wiarę w siebie, we własną atrakcyjność i kobiecość. W tej relacji krytyka, złośliwości czy nawet szyderstwa są na porządku dziennym, zwłaszcza odkąd córka zaczyna wyrastać z wieku dziecięcego.

MATKA ZABORCZA. Osacza córkę, zawłaszcza jej czas i uwagę, nie respektuje jej granic, stara się pozostać najważniejszą osobą w jej życiu, niezależnie od upływu czasu i coraz wyższych kosztów utrzymania takiego status quo. Zaborcza matka czerpie bowiem całą życiową satysfakcję właśnie z roli matki – zazwyczaj dlatego, że nie spełniła się w innych. Odpowiedzialność za swój dobrostan i zaspokojenie potrzeb emocjonalnych ceduje więc na córkę, tłumiąc lub lekceważąc „odśrodkowe” dążenia tej ostatniej. Zaborcza matka lubi nazywać córkę swoją „najlepszą przyjaciółką”, chociaż sama nie umie obdarzyć jej prawdziwą przyjaźnią, bezinteresowną i pełną empatii. W istocie rzeczy ona również myśli przede wszystkim o sobie.

MATKA DESPOTYCZNA. Wiele dziedzin życia wymyka się jej spod kontroli, więc odreagowuje to na istotach słabszych i zależnych. Córkę postrzega jako kogoś, kto ma się jej podporządkować, spełniać wszelkie oczekiwania i dawać poczucie mocy. Jest bardzo kategoryczna w swoich wymaganiach, nie znosi sprzeciwu i surowo karze za każdą próbę buntu. Często uzasadnia swoje metody wychowawcze głębokim przekonaniem, że zna córkę lepiej niż ona sama, a już na pewno wie lepiej, jak pokierować jej życiem. A córka ciągle strofowana, krytykowana i karcona w końcu przyswaja sobie tę krzywdzącą opinię na własny temat.

MATKA WYMAGAJĄCA MATKOWANIA. Nie potrafi zaopiekować się dziećmi, gdyż sama potrzebuje opieki z powodu niedojrzałości, niezaradności czy przytłoczenia własnymi problemami, zwłaszcza depresją i/lub uzależnieniem. Dla rzeszy niewydolnych życiowo kobiet córki są często darem niebios, kimś, na kogo można scedować bieżące obowiązki i szerzej pojętą odpowiedzialność, zarówno za siebie, jak i resztę rodziny. Na zasadzie klasycznego odwrócenia ról matki zachowujące się jak dzieci najzwyczajniej kradną dzieciństwo córkom, nie dość, że zmuszonym do przedwczesnej dorosłości, to jeszcze skazanym na osiąganie jej na własną rękę, bez niezbędnych wzorców, wsparcia i przewodnictwa.

MATKA WYRODNA, ZDRADZIECKA, BRUTALNA. Ta najczarniejsza kategoria z całego spektrum obejmuje kobiety pozbawione uczuć wyższych, w tym prawdziwe sadystki, psychopatki albo osoby tak bardzo zastraszone, że niezdolne do obrony własnych dzieci przed przemocą ze strony innych członków rodziny. Córki (jak i synowie) takich matek dorastają w klimacie bezpośredniego fizycznego zagrożenia, nie wspominając o emocjonalnym, a koszmarne przeżycia z dzieciństwa odciskają na nich szczególnie głębokie piętno.

W następnych rozdziałach przyjrzymy się bliżej wszystkim powyższym typom matek, przeanalizujemy właściwe dla nich zachowania, nieco odmienną w każdym przypadku istotę relacji matka–córka i dalekosiężne następstwa dla córek tych ostatnich. Na przykładach z mojej praktyki zaczniesz rozumieć, dlaczego i w jaki sposób dzieciństwo z niekochającą matką wykształciło w tobie postawy ograniczające twoją zdolność do miłości, zaufania i rozwoju również w wieku dorosłym.

Powielanie schematów

Zgodnie z utartą opinią kobiety zwykle szukają mężów na obraz i podobieństwo swoich ojców, ale mnie bliższy prawdy wydaje się pogląd, że „poślubiamy” raczej własne matki. To oczywiście skrót myślowy: chodzi mi o to, że wybierając czy to partnera, czy sytuacje życiowe, często kierujemy się silną, acz podświadomą potrzebą odtworzenia tego samego dramatu, który pozostawił w nas matczyną ranę.

Jak mogłaś się zorientować po moich wstępnych listach pytań, wiele problematycznych w dorosłym życiu postaw, zachowań i emocji wyrasta z tej najważniejszej relacji twojego dzieciństwa. Córka niekochającej matki od najmłodszych lat przyzwyczajona do złego traktowania często znosi je również później z niepojętą dla innych cierpliwością, a w skrajnych przypadkach z bitej dziewczynki wyrasta bita kobieta albo też bijąca matka. Ale niezależnie od twojego bolesnego dziedzictwa samo uświadomienie sobie związków między czasem przeszłym a teraźniejszym już daje ci wolę i punkt wyjścia, aby trwale odmienić swoje życie.

Rozdział 2Matka głęboko narcystyczna

„Ale czy pomyślałaś o mnie?”

Jak wiemy z mitologii greckiej, żył sobie kiedyś piękny młodzieniec o imieniu Narcyz – tak piękny, że i kobiety, i mężczyźni zakochiwali się w nim beznadziejnie już od pierwszego wejrzenia.

On sam w czasach bez luster nie miał pojęcia, jak wygląda – ale pewnego dnia zemsta odrzuconej boginki sprowadziła go na brzeg jeziora, gdzie zobaczył w tafli wody twarz niezwykłej piękności. Nie wiedząc, że patrzy na siebie, zapałał do obrazu namiętnym i niszczącym uczuciem. Nie chciał jeść ani spać, nie chciał ruszyć się z miejsca, żeby nawet na chwilę nie stracić z oczu obiektu swojej miłości. I wreszcie umarł z wyczerpania, zapatrzony w czarowny wizerunek odbijany przez powierzchnię jeziora. Biały kwiat nazwany narcyzem miał wyrosnąć na jego grobie…

To powszechnie znany mit – i źródło wielu nieporozumień. Zwykliśmy używać słów narcyzm czy narcystyczny w odniesieniu do ludzi pełnych samouwielbienia, tak jak nieszczęsny grecki młodzian. Poznawszy jednak wielu pacjentów uwikłanych w relacje z narcystycznymi rodzicami lub partnerami, śmiem wątpić, czy ci ostatni naprawdę kochają samych siebie, choćby zdawali się nie wiem jak próżni, wyniośli i aroganccy wobec innych.

Podejrzewam, że w głębi duszy są bardzo niepewni siebie i własnej wartości. Gdyby było inaczej, skąd brałaby się ich nienasycona potrzeba aprobaty i adoracji? W imię czego tak desperacko walczyliby o miejsce w świetle jupiterów? I dlaczego narcystyczna matka miałaby traktować własną córkę jak groźną rywalkę? Gdyby naprawdę wierzyła w siebie, nie czułaby się zagrożona ani przez nią, ani przez nikogo!

Narcystyczne matki nie skąpią nam miłości dlatego, że za bardzo kochają siebie. Czujemy się przez nie niekochane, ponieważ są zbyt pochłonięte troską o własny wizerunek, własne znaczenie i zainteresowanie innych, by starczyło w ich sercach miejsca dla nas.

Córki narcystycznych matek bardzo wcześnie uczą się, że ilekroć skupią na sobie uwagę otoczenia, matki natychmiast spróbują przekierować tę uwagę na siebie. Córki od najmłodszych lat przyzwyczajają się do zepchnięcia na drugi plan, traktowania jak akcesorium i do życia w długim matczynym cieniu. Ich dziecięca wiara w siebie i przyrodzona ciekawość świata ulatniają się stopniowo, w miarę jak matki przypisują sobie ich osiągnięcia, a obwiniają je za swoje własne życiowe zawody. Narcystyczna matka może nawet względnie dbać o dziecko, ale jej ego, jej potrzeby i jej komfort są zdecydowanie najważniejsze.

Szerokie spektrum narcyzmu

Coś z narcyza drzemie w każdym z nas i nie trzeba z tego powodu od razu wpadać w panikę. Szkodliwy, wręcz destrukcyjny dla córek jest dopiero matczyny narcyzm w skrajnej postaci, na końcu długiej skali. Jeśli pewnego ranka spojrzysz w lustro z zadowoleniem albo pochwalisz, nawet głośno, któreś z własnych osiągnięć czy talentów, nie świadczy to o głębokim narcyzmie – przeciwnie, to naturalny i pożyteczny odruch wzmacniania twojej samooceny, tożsamości i niezależności.

Granica między zdrową miłością własną a egocentryzmem pozostaje jednak płynna i łatwa do przekroczenia. Egocentryczce (jak i jej męskiemu odpowiednikowi) nie wystarcza już dobre mniemanie o sobie – zapewne mniej dobre, niż mogłoby się wydawać – i uparcie szuka potwierdzenia go u innych. Nie tylko chwali się, ale także domaga pochwał, nie tylko mówi głównie o sobie, lecz chce, by inni mówili głównie o niej. Taka postawa, choć irytująca, nie nosi jeszcze znamion toksyczności. Osoba umiarkowanie narcystyczna może wydawać się próżna i nadmiernie skupiona na sobie, może zanudzać sobą rozmówców i nie zauważać, że jej partner czy inni słuchacze mają już dość jej opowieści. Przywołana do porządku umie jednak zamilknąć, a nawet przeprosić.

Przeprosin trudno spodziewać się za to od kogoś dotkniętego głębokim narcyzmem określanym w psychiatrii mianem narcystycznego zaburzenia osobowości – NPD od skrótu nazwy angielskiej (narcisstic personality disorder). Dwie podstawowe cechy tej patologii to uporczywa mania wielkości i nienasycony głód uwagi ze strony innych. „Sny o potędze” są czymś naturalnym u dzieci i młodzieży – któż z nas nie marzył wtedy o sławie, wielkich dokonaniach czy odkryciach? – zwłaszcza jeśli rzeczywistość daleko odbiega od ich pragnień. W miarę emocjonalnego dojrzewania i rosnącej samodzielności większość ludzi odkłada jednak na bok te fantazje, a przynajmniej traktuje je z przymrużeniem oka. Większość – ale nie dorośli z NPD. Oni nigdy nie wyrastają z młodzieńczych marzeń, żyją nimi nadal, uciekają w nie przed dotkliwym poczuciem niespełnienia. Ci ludzie, kobiety i mężczyźni, budują swoją tożsamość i poczucie własnej wartości, opierając się na opiniach innych – inni są ich lustrem czy mityczną taflą jeziora – a że są to wątłe fundamenty, stale szukają ich wzmocnienia. Stąd potrzeba ciągłej admiracji, pochwał, komplementów, uwagi. Kobiecie dotkniętej NPD przyświeca w życiu jeden cel: udowodnić (albo chociaż próbować), że jest piękniejsza, błyskotliwsza, zdolniejsza i atrakcyjniejsza od innych. A żeby przekonać o tym cały świat, musi sama uwierzyć we własną wyjątkowość, co z kolei pociąga za sobą domaganie się wyjątkowego traktowania i konflikty (łagodnie mówiąc) z wszelkimi oponentami. Matka głęboko narcystyczna jest zazdrosna, zawistna i drażliwa na własnym punkcie. Każda krytyka popycha ją do desperackiej, często zupełnie nieadekwatnej samoobrony. Jak łatwo się domyślić, ma bardzo ograniczoną zdolność do empatii; traktuje ludzi obojętnie, by nie rzec instrumentalnie: mają dla niej znaczenie tylko o tyle, o ile mogą zwiększyć jej dobrostan.

Narcyzm jako zaburzenie osobowości został rozpoznany dopiero w latach 80. XX wieku – wcześniej charakterystyczne dla niego cechy raczej bagatelizowano albo określano jako egocentryzm, pyszałkowatość, samochwalstwo. Dzisiaj zdajemy już sobie sprawę, że chociaż ludzi z NPD nie można uznać za szaleńców – gdyż nie tracą kontaktu z rzeczywistością i są zdolni do samodzielnego funkcjonowania – ich mózg pracuje inaczej niż u zdrowych. Nikt dokładnie nie wie, na czym polega istota zaburzenia, a psychiatrzy i psycholodzy od lat głowią się nad wyjaśnieniem jego etiologii. Przez pewien czas doszukiwano się przyczyn NPD w przebytych bardzo wcześnie urazach albo nadmiernej pobłażliwości opiekunów, co miałoby wykształcić w dziecku fałszywą tożsamość – ale aktualne badania sugerują raczej podłoże genetyczne lub biochemiczne, a więc niezależne od nas.

Wiemy już za to na pewno, że ludzie z NPD mają skłonność do dramatycznych, emocjonalnych i nierzadko dziwacznych zachowań. Wiemy też, że głęboko narcystyczne kobiety są dysfunkcjonalne jako matki i destrukcyjne dla swoich dzieci, zwłaszcza córek.

Jeśli rozpoznajesz swoją matkę w powyższym portrecie, prawda na jej temat, jakkolwiek byłaby bolesna, powinna przynieść ci ulgę. O ile jednak taki suchy opis cech i zachowań narcystycznej matki jest bardzo przydatny w identyfikacji problemów, o tyle, jak każdy suchy opis, na pewno nie wystarcza do ich pełnego zrozumienia. Więcej, nijak ma się do twojego emocjonalnego zamętu, bólu i poczucia krzywdy. Określenia typu „brak empatii” nie wypełnią pustki, którą odczuwasz, ilekroć próbujesz uzyskać od matki choćby namiastkę uczucia – ale potraktuj ich znajomość jako punkt wyjścia.

Mistrzyni dramatu, odbijania piłeczki i negacji

Dana: zawsze w cieniu

Ta błyskotliwa i urocza 38-latka zgłosiła się do mnie z powodu wyczerpania nadmiarem obowiązków. Była coraz bardziej zmęczona lawirowaniem między mężem, dwójką małych dzieci, stresującą pracą w public relations i głęboko narcystyczną matką na dokładkę. Zastrzegła od razu, że jest zadowolona z życia – poza momentami spotkań z matką, które tak bardzo wytrącają ją z równowagi, że później odbija się to na jej relacjach z mężem i synami. Opowiedziała mi, jak wyglądało jedno z ostatnich.

DANA: Podczas kolacji w szerszym rodzinnym gronie ogłosiłam, że spodziewam się trzeciego dziecka. Wszyscy obecni – mój brat, ciotki, wujkowie, kuzyni – zareagowali entuzjastycznie, otoczyli mnie, ściskali, gratulowali. I nagle mama, dotąd nieruchoma, wstała od stołu i jak długa osunęła się na podłogę. Wyglądało to szokująco i oczywiście prawie każdy, kto akurat był przy mnie, ruszył jej na ratunek. Ojciec pobiegł po wodę… Nie miałam pojęcia, co się mamie stało, ale gdy w końcu oprzytomniała, popatrzyła na mnie z wyrzutem i powiedziała: „Jak mogłaś zrobić mi coś takiego? Jak możesz mnie tak martwić? Dobrze wiesz, że nie jesteś zbyt silna. Teraz będę musiała ciągle wozić cię po lekarzach!”. Zamurowało mnie zupełnie, nie wiedziałam, o czym ona mówi! Jestem zdrowa jak ryba, a wcześniej, w moich poprzednich ciążach, ani razu nie była ze mną u lekarza. Co jej przyszło do głowy? Dlaczego zamieniła radosne wydarzenie w taką tragifarsę?

Dana była tym dotknięta, ale niespecjalnie zaskoczona. Pozorowane omdlenie nie odbiegało od tego wszystkiego, co przez większość życia przeżyła ze swoją matką, Evelyn.

DANA: Myślę, że mama zawsze uważała się za diwę. Bardzo dobrze pamiętam pewną scenę z dzieciństwa. Miałam może z pięć lat, rodzice zaprosili gości, a ja kręciłam się między nimi w butach kupionych specjalnie na lekcje tańca. Uczyłam się stepowania i przepadałam za stukotem tych butów o drewniany parkiet. Ktoś włączył muzykę i poprosił, żebym zatańczyła. Byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem, ale przemogłam się i zaczęłam przytupywać tak jak na lekcjach. Trwało to może chwilę, gdy mama dosłownie poderwała się z fotela i odstawiła przed gośćmi bardzo wymyślny taniec. Panowie pogwizdywali, wszyscy bili jej brawo, a o mnie zupełnie zapomniano. Później długo o tym myślałam – dlaczego mama nie mogła znieść mojego dziecinnego występu? Ale szybko się przyzwyczaiłam, bo tak właściwie było zawsze, ilekroć ktoś zwracał na mnie uwagę. Gdy mama była obok, ja stawałam się niewidzialna.

Dana powiedziała mi jeszcze o swoim wrażeniu, z czasem coraz silniejszym, że wszystko, co miało z nią związek, służyło matce tylko jako pretekst do zwracania uwagi na siebie. Gdy w czwartej klasie zwichnęła rękę, matka ledwie coś bąknęła na pocieszenie i zaraz przeszła do wspomnień o własnych wypadkach na nartach – „znacznie poważniejszych niż to”. Gdy Dana skończyła liceum, matka, ku jej przerażeniu, zjawiła się na rozdaniu świadectw w wydekoltowanej sukni wieczorowej, tak że „wszyscy wytrzeszczyli oczy”. I nawet teraz, gdy córka była już dorosła, matczyne sztuczki bynajmniej nie ustały – Evelyn, jak każda głęboko narcystyczna matka, robiła wszystko, by nie dać się zepchnąć ze sceny.

UZALEŻNIENIE OD ADORACJI

Narcyz pozbawiony miejsca w centrum uwagi cierpi bez mała fizycznie – można rzec, że uchodzi z niego powietrze. Adoracja jest jego narkotykiem, jego sposobem na podtrzymanie poczucia własnej wartości i ważności – bez tej regularnej „działki” czuje się zagubiony i nieszczęśliwy. W starym horrorze Grobowiec mumii tytułowa mumia grana przez Lona Chaneya żyje od tysiącleci dzięki liściom mitycznej rośliny tanna i sieje spustoszenie, żeby je zdobyć. Narcyz z taką samą determinacją szuka własnych liści tanna: adoracji, warunku swego emocjonalnego przeżycia. I tak jak filmowe monstrum sieje po drodze spustoszenia.

Głęboko narcystyczna matka w rodzaju Evelyn ma w istocie rzeczy tak chwiejną i niską samoocenę, że stale potrzebuje jej wzmocnienia z zewnątrz. Nie może czuć się dobrze sama ze sobą, gdy nikt jej nie zauważa ani nie chwali, więc ze wszystkich sił walczy o te podpory. Jest w tym coś rozpaczliwego, tak jakby naprawdę walczyła o życie. Jakby bała się, że przestanie istnieć, gdy ważni dla niej ludzie choćby na chwilę odwrócą wzrok – dlatego im na to nie pozwala. Ale utrzymanie czyjejś uwagi wymaga nie lada zabiegów, od subtelnych monodram do wielkich spektakli, odgrywanych z pasją dyktowaną przymusem, wprawą wskutek wieloletniej praktyki i nierzadko prawdziwym aktorskim talentem.

Co więcej, ta uwaga musi być wyłącznie pozytywna. Jakakolwiek krytyka czy choćby sprzeciw błyskawicznie wprawia naszą Evelyn w wewnętrzny zamęt, tak nieznośny, że wytoczy przeciwko oponentowi najcięższe działa. Spróbuj się jej przeciwstawić, a natychmiast tego pożałujesz. W pierwszej kolejności odbije piłeczkę – to następna umiejętność, w jakiej celuje – i oskarży cię albo o to, co sama jej zarzucasz, albo o cokolwiek innego, co pierwsze przyjdzie jej na myśl. Strategia okazuje się zwykle dość skuteczna, by zniechęcić cię do skarg i otwartych dyskusji. Jeśli jednak nieopatrznie wierzysz w siłę własnych argumentów, wiedz, że Evelyn ma w odwodzie jeszcze jedną tajną broń: negację. Bez mrugnięcia okiem zaprzeczy twojej wersji wydarzeń – i podejrzewam, że tego już nie zniesiesz. Te trzy narcystyczne zachowania – odgrywanie komedii, odbijanie piłeczki i negowanie faktów – tworzą koktajl nie tyle niestrawny, ile naprawdę toksyczny, zdolny doprowadzić cię do szału, wzbudzić poczucie winy, obezwładnić bezsilnością, a już na pewno uniemożliwić jakikolwiek konstruktywny dialog.

Dana, od dawna przyzwyczajona do matczynych sztuczek, nie miała co do tego złudzeń. Wiedziała, że najlepiej zrobi, machając ręką na incydent z omdleniem. „W tamtym momencie byłam zbulwersowana – powiedziała mi – ale szybko mi przeszło. Mama zachowała się tak typowo, że czym właściwie miałam się przejmować?”.

Chad, jej mąż, był jednak innego zdania, i to on nakłonił Danę do rzadkiego u niej aktu protestu. Przebieg tej konfrontacji trzeba uznać za podręcznikowy przykład narcystycznej strategii numer dwa, czyli odbijania piłeczki.

DANA: Chad widział, jak unikam rozmowy z mamą o tym, co się stało. Uznał, że miarka się przebrała, i trudno było nie przyznać mu racji. No i w końcu, trochę wbrew sobie, wybrałam się do mamy. Z duszą na ramieniu, bo pamiętałam, jak to się zawsze kończyło: z każdej takiej dyskusji wychodziłam jeszcze bardziej sfrustrowana niż przedtem.