Matka - Władysław Reymont - ebook

Matka ebook

Władysław Reymont

0,0
6,49 zł

lub
Opis

Matka„ to opowiadanie Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

— Czekalim tydzień, czekalim cierpliwie i drugi, bo strażniki wciąż się włóczyli po okolicy, węsząc jako te psy polowe, a i noce były za widne, księżyc tak świecił, że o staję można było zobaczyć wszystko.

Aż przyszła noc czarna jak smoła, zaraz z wieczora padał deszcz, a potem jęła dąć wichura taka, że drzewa rwała z korzeniami i płoty obalała... Pogasili wnet światła w chałupach, a dla niepoznaki, to paru starych i kobiet niecoś poszło do karczmy, co stoi przy cerkwi, żeby oko mieć na żyda, bo poposki to sługa i djabelski, szpiegował nas ciągle i donosy pisał...

Dobrze już było przed północkiem, bo kury piały gdzieniegdzie na zmianę, kiedyśmy wyszli na drogę.”


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 29




Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-317-6
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

MATKA.

 — Czekalim tydzień, czekalim cierpliwie i drugi, bo strażniki wciąż się włóczyli po okolicy, węsząc jako te psy polowe, a i noce były za widne, księżyc tak świecił, że o staję można było zobaczyć wszystko.  Aż przyszła noc czarna jak smoła, zaraz z wieczora padał deszcz, a potem jęła dąć wichura taka, że drzewa rwała z korzeniami i płoty obalała... Pogasili wnet światła w chałupach, a dla niepoznaki, to paru starych i kobiet niecoś poszło do karczmy, co stoi przy cerkwi, żeby oko mieć na żyda, bo poposki to sługa i djabelski, szpiegował nas ciągle i donosy pisał...  Dobrze już było przed północkiem, bo kury piały gdzieniegdzie na zmianę, kiedyśmy wyszli na drogę. Cała wieś była, od najstarszych, aż do tych sysaków przy piersiach, co je matki poniesły...  Drzewo krzyżowe wyciągnęli z Jędrzychowego stawu, bo tam mu było najprzespieczniej, złożyli w krzyż, przyćwieczyli Pana Jezusową mękę, którą byli nasi przywieźli z Częstochowy już poświęconą, wzięli na ramiona i ruszylim wolniusieńko na wzgórek... Zmieniali się ciągle, bo kużden chciał dźwigać Jezusa skrzywdzonego... wieś cała szła, a cicho było jak w grobie, ni pies nie zaszczekał, ani kto nogą trącił o kamień — tyła co naród popłakiwał i dusze skwierczały żałością, że choć to Jezusa, a jak te złodzieje przekradać musimy.  A kiedy wkopali na starem miejscu, poświęcić było trzeba. — Cóż, kiedy księdza nie było!  To wstał stary Wojciech, co mu było ze sto lat, siwy kiej gołąb i cicho powiada:  — Narodzie polski umęczony, katolicki narodzie! Niema kto nam sierotom poświęcić tego krzyżowego drzewa, to go ano płakaniem skropimy i przysięgą, że go moskwicinom nie damy!  Klękli wszyscy dokoła i przysięgli.  Ale że i żałości powstrzymać trudno było, to jęli tę ziemię i te kamienie i ten krzyż tak całować, i skowyczeć i jęczeć — aże starsi musieli przyciszać i naród rozganiać do domów. Nie dziwno, bali się, żeby jaki zły człowiek nie posłyszał i nie wydał.  Przeszło potem parę niedziel spokojnych i cichych.  Cieszylim się, że abo nie obaczyli nowego krzyża, albo dadzą spokój, żeby narodu nie drazźnić... już i tak umęczonego.  A wieczorami, że to było o wiośnie, tośmy po dwie, po trzy a w końcu i wieś cała, chodzili na ten wzgórek, pod krzyż, pomodlić się, pośpiewać — bo to i nabożeństw majowych był czas...  Pociecha to była i radość oczom wyjrzeć przed dom i widzieć, że Jezus tam stoi i pod swoją świętą opieką ma wieś całą — jak za dawnych polskich czasów.  A już mój cieszył się najbardziej — że to pobożny był i jego starunkiem i pomyśleniem krzyż stanął... A Polak był twardy i katolik, bo choć zapisały go w prawosławne, do cerkwi nie chodził i popu w ślepie pluł; nieraz już sztrafy płacił i baty brał — że plecy to miał jak ta ziemia zbronowana — porznięte.  Dobry człowiek był i święty prawie, wieczne odpocznienie daj mu Panie.  Aż tu jednego wieczoru, kiedym wszyscy klęczęli u krzyża, przybiegają koniarki i mówią: Kozacy.  Naród się porwał uciekać, ale Wojciech krzyknął:  — Jezusa jadą rąbać, a przysięglim, że nie damy!  Ostali wszystkie, nikt się nie ruszył, ino jaki taki, że straszno poczynało być — popłakiwał i trząsł się, to moja matka, staruszeczka taka, przyklęknęła przy samym krzyzie i zaśpiewała: „Serdeczna Matko“...  Śpiewali wszyscy mocno, że aż w piersiach zapierało.  A kozunie otoczyły dookoła i naczelnik powiada:  — Rozegnać nahajkami, a to drzewo zrąbać.  Tak ci krzyż nazwał.  Jezus kochany! To