Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 194 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Matka Feministka - Agnieszka Graff

„Graff została konserwatystką, odbiło jej od macierzyństwa” – krążyły plotki po mieście, gdy zaczęła rzadziej pojawiać się na feministycznych spotkaniach i pisać felietony o poruszaniu się z wózkiem po mieście.

 

Nie da się ukryć: feminizm ma kłopot z macierzyństwem. To doświadczenie, które podważa nasze przekonania dotyczące woli i podmiotowości. A zwłaszcza o „wyborze”. Pracować czy poświęcić uwagę i czas wychowaniu? – większość kobiet stoi tu wobec konieczności, nie wyboru. Opieka nad małym dzieckiem pożera ogromnie dużo czasu, energii i funduszy, a także emocjonalnego zaangażowania. Tak dużo, że na niewiele innego tych zasobów starcza. Czy oznacza to, że matka nie może być feministką? Oczywiście, że nie. Tyle tylko, że to feminizm szczególny – sceptyczny wobec rynku, wymagający wobec ojców, uważny na to, co dzieje się w domu i w piaskownicy.

 

Matka Feministka to zadziorny przewodnik po doświadczeniu macierzyństwa w kraju, gdzie przekonanie, że rodzina jest najważniejsza jest odwrotnie proporcjonalne do środków przeznaczanych na politykę rodzinną. Wszystko, co w polskiej rzeczywistości budzi rozgoryczenie, wściekłość, a często wręcz rozpacz matek, znajdziesz w tej książce. I jeszcze mocne dowody na to, że równość jest wartością rodzinną.

 

 

Agnieszka Graff (1970) – amerykanistka, filolożka, wykładowczyni Ośrodka Studiów Amerykańskich i Gender Studies UW, organizatorka dorocznej manify, autorka m.in. książek Świat bez kobiet (2001), Rykoszetem (2008) iMagma (2010). Mama Stasia.

 

O matko, ale fajnie, że Agnieszka tę książkę napisała. I że tak właśnie ją napisała. Matka Feministka to idealne połączenie merytorycznego punktowania i prywatnej perspektywy. Czemu taka książka nie powstała wcześniej? Nie jest to kolejne tłumaczenie zagranicznej feministki-teoretyczki, nie jest to też naukowe opracowanie z przerażającymi przypisami. Agnieszka Graff łączy różne sfery życia i burzy dotychczasowy porządek, w którym  feministki nie zajmowały się macierzyństwem (bo jeszcze ktoś je  oskarży o konserwatyzm!), a jeśli już to z pozycji super elastycznej i dyspozycyjnej pracownicy. A gdzie nasza radość bycia mamą, gdzie nasze zmęczenie, prawa i oczekiwania? Bycie pro choice to bycie osobą dającą prawo do decydowania o sobie. Również o tym, jak ma wyglądać nasze macierzyństwo. O tym jest książka Agnieszki i o tym chcą wreszcie słuchać matki XXI wieku.

Sylwia Chutnik, autorka Kieszonkowego atlasu kobiet, prezeska Fundacji MaMa

 

Dziwne jak rzadko ktoś stara sie stawiać pytania o dzieci, rodzinę, wychowanie zamiast dawać lukrowane porady. Agnieszka Graff stawia. No wreszcie. Jestem facetem i równie mocno jestem wkurzony na ten system.

Leszek Talko, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, autor Dziecka dla początkujących

 

Agnieszka Graff pisze o tym, co nie pomaga rodzicom w rodzicielstwie. O konflikcie między potrzebami rodziców i dzieci, w którym wszyscy żyjemy. Wierzę, że tego konfliktu być nie musi, że szukanie równowagi i rozwiązań szanujących potrzeby wszystkich członków rodziny jest możliwe, ale wiem też, że jest bardzo trudne i często napotyka na różne systemowe przeszkody. Myślę, że bardzo potrzebujemy tego filaru rodzicielstwa – równowagi. Cieszę się, że jest ktoś kto szuka odpowiedzi na to, jak taką równowagę uzyskać.

Agnieszka Stein, psycholożka dziecięca, autorka Dziecka z bliska

Opinie o ebooku Matka Feministka - Agnieszka Graff

Fragment ebooka Matka Feministka - Agnieszka Graff

Wstęp – czyli o tym, jak się wypada z obiegu, i jak powstała ta książka

„Graff została konserwatystką, odbiło jej od macierzyństwa” – taka plotka chodziła po mieście, podczas gdy ja gotowałam ekokaszki i regularnie bywałam w miejscach, które nazywają się „Fiku-miku” albo „Hula-kula”, a w wolnych chwilach pisywałam felietony do miesięcznika „Dziecko”. Zwykle człowiek nie zna plotek na swój temat, ale ta do mnie trafiła, bo wygadała mi ją na manifowym beneficie dawna przyjaciółka z feministycznej organizacji pozarządowej. Piszę „dawna”, bo widuję ją na imprezach feministycznych, a od dawna na takich imprezach nie bywam. Wypadłam z obiegu. Dlaczego? Bo na feministyczne spotkania nie przychodzi się z dwulatkiem. Ani nawet z pięciolatkiem. A ja nie mam go z kim zostawić. Albo nie chcę go z nikim zostawiać. O subtelnej różnicy między „nie mam” a „nie chcę” i o tym, jak ta granica się w praktyce zaciera, można napisać powieść. Oczywiście byłaby to powieść dla matek, bo nikogo innego to rozdarcie – chęć uwolnienia się od dziecka choćby na chwilę i tęsknota za nim, gdy wreszcie się uda – specjalnie nie ciekawi.

Nie o mnie tu chodzi, o mój rzekomy konserwatyzm czy związane z macierzyństwem emocjonalno-organizacyjne dylematy. Nie o mnie tu chodzi, ale o trudny splot dwóch tematów: opieki i emancypacji, macierzyństwa i feminizmu. Otóż mam poczucie, że w polskim feminizmie temat macierzyństwa budzi opór i zniecierpliwienie. A jeszcze bardziej niż temat – konkretny wymiar opieki nad dzieckiem jako bezpłatnej pracy, która spada niemal w całości na kobiety. Feministyczny obieg, z którego w czerwcu 2009 roku wypadłam, zostając mamą Stasia, zajmował się macierzyństwem literacko, historycznie i antropologicznie (Matka Boska, Matka Polka, Polonia, obraz matki w polskiej kulturze), ezoterycznie (Wielka Bogini), metaforycznie („Matki Założycielki”, „matronat”). Jednak feministki dopiero zaczynały się dobierać  do tej tematyki od strony bardziej praktycznej, czyli za pomocą narzędzi socjologicznych i ekonomicznych. Zaledwie parę lat wcześniej polski ruch kobiecy dostrzegł w ogóle obecność matek w swoim gronie. Stało się to za sprawą Sylwii Chutnik, późniejszej założycielki Fundacji MaMa, a w 2007 roku twórczyni manifowego Kids-Bloku, czyli platformy dla dzieci rodziców uczestniczących w organizowanych przez Porozumienie Kobiet 8 marca corocznych demonstracjach1.

Nie jestem na tym terytorium pionierką – ta książka ma wiele polskich inspiracji. Listę lektur, które uważam za szczególnie ciekawe (choć niekoniecznie zgodne z moimi poglądami), znajdziecie na końcu. Do kluczowych inspiracji, jakie towarzyszyły powstawaniu tej książki, należą eseje Sylwii Chutnik, zabawna i wzruszająca książka Macierzyństwo non-fiction Joanny Woźniczko-Czeczott, prace socjolożki Izy Desperak, analizy i wypowiedzi publiczne Ireny Wóycickiej oraz przełomowy zbiór tekstów Pożegnanie z Matką Polką? pod redakcją Elżbiety Korolczuk i Renaty Hryciuk (na tyle dla mnie ważny, że poświęcam mu osobny tekst), a także teksty dotyczące ubóstwa i kobiet zamieszczone w Bibliotece Think Tanku Feministycznego. Wciąż jednak tematyki macierzyńskiej jest w polskim feminizmie zastanawiająco niewiele, a osoby, które ją podejmują, łączy szczególne poczucie osamotnienia. I nadal brakuje osadzonej w polskich realiach feministycznej książki, która kompleksowo podjęłaby analizę emocjonalnego, ekonomicznego i społecznego wymiaru macierzyństwa, a jednocześnie zarysowała projekt społecznej i politycznej zmiany.

Od razu powiem, że moja książka tej luki nie wypełnia – to zbiór publicznych wystąpień i felietonów, prędzej seria wycieczek w teren niż kompleksowa analiza tematu. Stawiam tu wiele pytań – politycznych pytań o macierzyństwo – i na wiele z nich nie potrafię odpowiedzieć. Nie mam pojęcia, jak należy docenić pracę opiekuńczą kobiet, by jednocześnie nie przyczynić się do utrwalenia stereotypu, który głosi, że praca domowa to wyłącznie ich domena. Nie wiem, jak zachęcić ojców do większego zaangażowania w rodzicielstwo, jak skutecznie egzekwować alimenty, jak zmusić pracodawców do szanowania praw rodziców ani jak równościowo wychowywać dzieci. Oczywiście mam na każdy z tych tematów rozmaite przemyślenia. Przede wszystkim jednak wiem, że te pytania musimy stawiać, a odpowiedzi są pilnie potrzebne. Jeśli my – ludzie wierzący, że równość płci stanowi istotną wartość, o którą warto zabiegać – nie będziemy ich szukać, zrobią to za nas ultrakonserwatyści. Już to robią. O tym, dlaczego tak się stało, jest pierwszy rozdział tej książki.

O co mi chodzi konkretnie z tym „upolitycznionym macierzyństwem” i koniecznością zmiany? O to wszystko, co w polskiej rzeczywistości budzi rozgoryczenie, wściekłość, a często wręcz rozpacz matek, a nie znajduje żadnego oddźwięku w debacie publicznej. Z jednej strony mamy rodzinne „ideolo”: wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie – jak wiadomo – najważniejsze jest dobro dziecka. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym dzieckiem – czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym – czyni w Polsce pariasa.

Żyjemy w społeczeństwie, które nieustannie deklaruje szacunek dla rodziny i macierzyństwa – a zatem dla więzi pomiędzy matką a dzieckiem – ale jednocześnie organizuje ludziom życie zgodnie z indywidualistycznym założeniem, że jednostki są bytami odrębnymi, autonomicznymi i w pełni odpowiedzialnymi za siebie. Te byty mają zarabiać kasę, płacić podatki, odkładać na emerytury, oczywiście każdy na swoją. Im bardziej osobno, odrębnie, autonomicznie, tym lepiej. Relacja całkowitej zależności, sytuacja więzi totalnej jest w tym neoliberalnym społeczeństwie anomalią, skandalem. To dlatego matka małego dziecka, zwłaszcza matka samotna, staje się społecznie niewidzialna. Współczesna kultura ma jej do powiedzenia tylko tyle: „Urodziłaś dziecko – to twoja prywatna sprawa. Weź za nie teraz odpowiedzialność”. Efektem jest ogromna frustracja kobiet, wewnętrzne rozdarcie, nieustanne poczucie winy, bezradność wobec stawianych przez otoczenie sprzecznych wymagań. Poświęć się dziecku, karm piersią, pracuj na pełnym etacie, rozwijaj się, inwestuj w rozwój dziecka. A przede wszystkim: radź sobie sama i nie zawracaj nam głowy swoimi potrzebami. Zależnie od kondycji ekonomicznej i poziomu wsparcia, jakie kobieta ma w najbliższych, to rozdarcie ma wymiar mniej lub bardziej dramatyczny.

Czy muszę podawać przykłady? Bezradność państwa i społeczne pobłażanie dla ojców-rozwodników, którzy uchylają się od płacenia alimentów (jest tych panów cała armia, statystyki są wstrząsające)2. Agresja wobec kobiet w ciąży w przestrzeni publicznej i środkach komunikacji. Najgorszy w Europie system świadczeń socjalnych dla rodziców, zwłaszcza rodziców dzieci niepełnosprawnych. Nagminne – i powszechnie tolerowane, mimo że niezgodne z prawem – zwalnianie z pracy kobiet wracających z urlopów macierzyńskich i wychowawczych. Brak miejsc w przedszkolach, o żłobkach nie wspominając. Dramat niepłodnych par, atmosfera wstydu wokół niepłodności i wciąż niezałatwiona kwestia in vitro. Przedmiotowe traktowanie kobiet z dziećmi przez lekarzy i skandaliczne warunki w szpitalach dziecięcych, gdzie towarzyszący dziecku rodzic często nie może nawet rozłożyć na podłodze materaca. Arogancja władzy wobec kryzysów spowodowanych na przykład likwidacją funduszu alimentacyjnego czy obniżeniem wieku szkolnego. Czy wreszcie taki drobiazg, jak bezwstydna pogarda dla matek wpisana w krajobraz polskich miast, czyli całkowity brak wózkowej infrastruktury (na przykład wind i podjazdów)3.

Wiele ważnych spraw pominęłam – lista rodzicielskich skarg jest w Polsce długa. Rzecz w tym, że nie ma ona odzwierciedlenia w debacie publicznej. Macierzyństwo jest w Polsce „świętością”, a o świętościach rozmawia się ogólnikowo i z namaszczeniem, bez wdawania się w takie szczegóły, jak ściągalność alimentów czy podjazdy dla wózków. Każdy i każda, kto usiłuje ten temat wprowadzać do debaty publicznej, oskarżany jest o „roszczeniowość”. W marcu 2014 roku, gdy kończę pisać ten wstęp, media donoszą, że zdesperowani rodzice niepełnosprawnych dzieci okupują Sejm. Domagają się podwyższenia świadczeń oraz tego, by ich całodobowa opieka traktowana była przez państwo jako zawód. Przy okazji można się dowiedzieć, na jakie kwoty mogą liczyć: zasiłek pielęgnacyjny to 153 zł (przysługuje osobom niepełnosprawnym w stopniu znacznym); świadczenie pielęgnacyjne (przyznawane opiekunom) wynosi 620 zł. Ewentualne dodatki do świadczenia to kwoty do 420 zł. Protestujących oskarża się o „roszczeniowość” oraz o to, że ich protest ma charakter „polityczny”. Owszem, ma. Przecież o to właśnie chodzi, że prawa rodziców to kwestia polityczna, którą polscy politycy nieustannie spychają do sfery prywatności4.

Opieka nad małym dzieckiem pochłania ogromne ilości czasu, energii, funduszy, a także emocjonalnego zaangażowania. Tak dużo, że na niewiele innych spraw tych zasobów starcza. Wszystko to dzieje się w kulturze, która ten gigantyczny wysiłek matek lekceważy, traktując opiekę nie jako pracę, ale jako „naturalne kobiece zajęcie”, nieistotną krzątaninę. Ignorując ten wymiar kobiecej egzystencji lub zajmując się nim czysto teoretycznie i na chłodno, ruch kobiecy de facto godzi się na niechęć ze strony dziewczyn i kobiet, które zostają matkami.

Poznałam ich sporo. Niektóre z nich otarły się o „gender” na studiach, ale szybko po porodzie stwierdziły, że feminizm jest nie dla nich – kiedyś tak, ale teraz już nie. Inne próbują połączyć te perspektywy, ale czują się w tym osamotnione. Jedna z nich opisała to obrazowo: „Dostałam cycem w twarz. Byłam feministką, ale feminizm, który znałam, nie miał mi nic do powiedzenia o macierzyństwie. Właściwie to kazał mi czekać, aż mała zaśnie – albo wreszcie urośnie i pójdzie do przedszkola – abym mogła wreszcie znowu być «sobą». Odnalazłam siebie, robiąc krok ku dziecku”. Inna mówi tak: „Nadal jestem feministką, ale na własny sposób, taki bardziej macierzyński. I nie sądzę, by większość feministek czuła ze mną jakąś ideową więź”.

Łączy je poczucie osamotnienia. Nie wierzą, by istniała wspólnota takich jak one matek feministek. Często natomiast wspominają z goryczą artykuły i wywiady prasowe, w których profesor Magdalena Środa, najbardziej rozpoznawalna polska feministka, twarz Kongresu Kobiet, pisze, że ciąża to nie choroba, narzeka, że polskie matki nagminnie biorą lipne zwolnienia, dowodzi, że urlop macierzyński to płatne wagary, albo deklaruje, że wróciła do pracy kilka dni po porodzie, a problem pracy domowej zbywa uwagą, że „pierze pralka, prasować nie trzeba, gotować uwielbiam. A sprząta mi pewna pani”5. Długo starałam się jej – i polskiego feminizmu – bronić. Przecież gramy w jednej drużynie. Osobiście ogromnie lubię Magdę Środę, od lat kibicuję jej politycznym i społecznym przedsięwzięciom (w niektórych zresztą uczestniczę), a wiele jej tekstów i inicjatyw głęboko podziwiam. Jestem jednak przekonana, że te wypowiedzi – i kampanie w rodzaju kongresowej „superwoman” – mają dla ruchu kobiecego opłakane skutki. Młode matki, które codziennie przekonują się, że pralka sama jednak nie pierze, czują się przez ten ruch zlekceważone i odtrącone6. W kraju, gdzie tak wygląda feminizm, doświadczenie macierzyństwa automatycznie kieruje kobiety w objęcia konserwatyzmu.

Pisząc te słowa, nie biję się tylko w cudze piersi. Moje trzy poprzednie książki są od problematyki macierzyńskiej dalekie, a gdy się do niej brałam, pisałam rzeczy, które dziś wprawiają mnie w zażenowanie. Zdarzyło mi się zresztą kilka razy wysłuchać krytyki, z którą nie potrafiłam się zmierzyć. Znajome matki nieśmiało zwracały mi uwagę, że Świat bez kobiet to książka, w której jest kilka rozdziałów poświęconych mediom, ale nie ma tekstu o macierzyństwie, nie ma nic o realnych problemach rodziców. Nie bardzo umiałam im odpowiedzieć. Sprowadzałam całą sprawę do wymiaru organizacyjnego oraz kwestii kontroli nad własnym życiem – wiedzy, czego się chce, i umiejętności podejmowania świadomych wyborów, ewentualnie domagania się od państwa, by nam te wybory umożliwiło. Dziś rozumiem, że „wybór” jest często pozorny – to jeden z głównych wątków tej książki.

Cały bowiem kłopot w tym, że macierzyństwo – to upragnione i wyczekiwane, ale także to przypadkowe – w niewielkim stopniu podlega racjonalności i kontroli. To jest doświadczenie, które konfrontuje nas z rolą przypadku w życiu, z granicami własnych sił i wpływu na rzeczywistość. A także z brakiem autonomii: dziecka, bo ono długo nie będzie w pełni odrębnym człowiekiem, i własnej – bo musimy zaspokoić potrzeby dziecka, a do tego niezbędne jest wsparcie innych ludzi. Nie da się tego doświadczenia pogodzić z pełnym zaangażowaniem w pracę zawodową. Jest zbyt absorbujące, zbyt nieprzewidywalne. „Tego się nie da pogodzić” – to zdanie słyszałam dziesiątki razy od kobiet, które w mniejszym lub większym stopniu „wypadały z obiegu”, zostając matkami. Czy z własnej woli? Trudno powiedzieć. Bo o to właśnie chodzi, że macierzyństwo podważa nasze przekonania dotyczące woli, samostanowienia, wolności wyboru.

Już słyszę pełne irytacji pomruki, że to „gadka konserwatywna”. Rzecz jednak w tym, że to jest gadka kobieca, którą wciąż słyszę, kiedy rozmawiam z matkami małych dzieci. Macierzyńskie rozdarcie ma wymiar emocjonalny, ale także ekonomiczny. Nie da się dylematów związanych z macierzyństwem sprowadzić do zgrabnego hasła: „dajmy kobietom wybór”. Cóż to za wybór: urodzić, albo poczekać do trzydziestki, a może i czterdziestki, ryzykując kłopoty z płodnością? Albo taki: zostać w domu z maluchem i nie mieć co włożyć do garnka, czy może oddać do żłobka i umierać z niepokoju i tęsknoty? To nie są żadne wybory. Po pierwsze dlatego, że macierzyństwo to pasmo kryzysów i konieczności. Po drugie dlatego, że w człowieku jest zarówno potrzeba autonomii, jak i potrzeba więzi. Matki nie tylko chcą, ale i muszą te sprzeczne potrzeby jakoś godzić.

Znam młodą dziewczynę, której macierzyństwo od początku uwikłane jest w niemożność decydowania: przypadkowy seks w maturalnej klasie, niechciana, ukrywana przed rodziną ciąża, depresja, potem już za późno na zabieg, dramatyczne pytanie, czy oddać dziecko do adopcji, decyzja na nie. Moja znajoma jest feministką, ale jej historia ma happy end jak w konserwatywnej opowiastce o „aborcyjnym ocaleńcu”: pojawia się dziecko, a wraz z nim wielka do niego miłość. Ale jest też mniej radosny wymiar tej sytuacji: ojciec ulatnia się na długo przed porodem, jest wielka bieda, całkowita zależność od rodziny, rozstanie z marzeniem o studiach, codzienna szarzyzna. Przez trzy miesiące moja znajoma miotała się między opieką nad niemowlęciem a pracą w supermarkecie, gdzie obowiązuje zakaz noszenia przy sobie komórki, a stawka godzinowa to osiem złotych. Gdy ostatni raz z nią rozmawiałam, właśnie rezygnowała z przedszkola, na które jej zwyczajnie nie było stać, bo nie miała pracy. A nie mając pracy, nie ma szans na przedszkole. Co roku spotykamy się na manifie, bo tam – w odróżnieniu od większości feministycznych imprez – jest Kids-Blok, czyli właśnie miejsce dla dzieci.

W warunkach polskiej biedy liberalna kategoria wolnego wyboru wydaje się kpiną. A warto pamiętać, jaka jest skala tej biedy: stopa bezrobocia to 14 proc. (dla kobiet jest ona zawsze nieco wyższa); jedna czwarta Polaków pracuje na tzw. umowach śmieciowych, bez etatu, bez zabezpieczeń społecznych; dwa miliony ludzi żyje poniżej progu ubóstwa7. Bieda i związany z nią  b r a k  wyboru wpędza młode matki w wieloletnią zależność od najbliższej rodziny (równie często od dziadków, jak od ojców dzieci). Kobiety są w Polsce odpowiedzialne za dzieci, a jednocześnie pozbawione wsparcia ze strony państwa. I nic im nie pomogą nasze dywagacje o kulturowym konstruowaniu płci, wolnym wyborze czy historycznie zmiennym obrazie macierzyństwa.

Feministyczny brak zrozumienia dla macierzyństwa jest lustrzanym odbiciem obojętności i irytacji, jakie w obiegu konserwatywnym budzi feminizm czy szerzej – kobiece aspiracje zawodowe, nasza potrzeba autonomii. Nie, nie zostałam konserwatystką. Nie podzielam poglądu, że macierzyństwo stanowi „esencję” kobiecości. Zauważam tylko, że wiele kobiet to matki, i upieram się, że jest to doświadczenie, od którego nie da się abstrahować, projektując wizję równości płci. Nie godzę się na podział: feminizm dla niezależnych, konserwatyzm dla udomowionych. I jestem głęboko przekonana, że udomowienie jest z macierzyństwem nieuchronnie związane. Nie da się zbudować więzi z małym człowiekiem, nie spędzając z nim czasu. Aby zostać matką, trzeba być tam, gdzie nasze dziecko, czyli, nie czarujmy się, najczęściej w domu. Można jednak i należy pytać: na jak długo, na jakich warunkach i kto ma za to płacić?

***

Matka Feministka to archiwum moich zmagań z tą problematyką. Zawarte w tej książce teksty pochodzą z różnych etapów mojego macierzyństwa i myślenia o macierzyństwie. Pierwszy rozdział powstał całkiem niedawno i nie był nigdzie dotąd publikowany; stanowi próbę zrozumienia, dlaczego polski feminizm unika tematu macierzyństwa i co z tego wynika. Kolejny tekst to moje feministyczne pożegnanie z mitem Matki Polki – punktem wyjścia była recenzja ze wspomnianej książki pod redakcją Elżbiety Korolczuk i Renaty Hryciuk. Kolejne teksty to publiczne rozważania o równości i opiece – wystąpienia na trzech kolejnych Kongresach Kobiet, które ukazywały się potem na łamach „Gazety Wyborczej”, oraz przełomowy w moim myśleniu esej pt. Umatczyńmy Polskę, napisany wspólnie z Elżbietą Korolczuk. Dalej się robi nieco bardziej intymnie i rozrywkowo – Feminizm spod zjeżdżalni to felietony publikowane w miesięczniku dla rodziców małych dzieci „Dziecko” i w „Wysokich Obcasach”, kobiecym (i równościowym...) dodatku do „Gazety Wyborczej”. Wiele z nich pisałam w pięknym, ale i trudnym dla mnie okresie urlopu wychowawczego, gdy świadomie zrezygnowałam z pracy na uczelni, oddając niemal cały swój czas i uwagę dziecku. Początkowo traktowałam to zadanie jako chałturę – łatwe źródło pieniędzy, których brak bardzo nam wtedy doskwierał. Stopniowo jednak chałtura zmieniała się w wielką przygodę, a działo się tak między innymi pod wpływem czytelniczek, które pisały do mnie maile i spierały się na forach.

Przygotowując tę książkę do druku, wróciłam do tekstów, które pisałam, gdy Staś był bardzo mały. Niektóre mnie zdziwiły, inne wzruszyły. Niektóre nieco zirytowały. Tu ówdzie coś dopisałam lub dorzuciłam przypis, a w kilku miejscach to i owo wycięłam. Nie zmieniałam jednak felietonów sprzed kilku lat gruntownie, nie redagowałam pod tezę. Traktuję je trochę jak dokumenty minionej epoki. Jest dla mnie ważne, że wtedy czułam i myślałam właśnie tak. Dlatego wszystkie felietony z „Dziecka” trafiły do książki – nawet te, które wydają mi się dziś nieco naiwne lub egzaltowane, a także te osobiste, oderwane od kwestii politycznych, zanurzone w domowości.

A teraz ostrzeżenie. To nie jest książka zwierzeniowa, choć dobrze wiem, że ten i owa takiej się właśnie książki po mnie spodziewają. Zawiodą się: Matka Feministka to nie jest rzecz o tym, jak Agnieszka Graff została mamą, jak bardzo tego chciała i co z tego wynikło, gdy wreszcie się udało. Nie przepadam za współczesną kulturą zwierzeń, w której to, co intymne, tak łatwo staje się publiczne, i wszystko – a zwłaszcza sprawy trudne i bolesne – jest na sprzedaż. Jako kulturoznawczynię ciekawi mnie to zjawisko, sporo o nim czytałam i chyba rozumiem, dlaczego Oprah Winfrey, królowa zwierzeniowej telewizji, jest jedną z najbogatszych osób na świecie – mówi się wręcz o „opryfikacji” kultury amerykańskiej8. Wiem też dobrze, że feminizm, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, od kilku dekad w zwierzeniowym rytuale uczestniczy – osobiste historie kobiet służą upolitycznieniu kobiecej sprawy. Znaczna część książek wymienionych na końcu tak właśnie działa, bo przecież o to chodzi w feminizmie, że „prywatne jest polityczne”. W ostatnich latach sporo się zwierzeniowego feminizmu macierzyńskiego naczytałam, a kilka książek z tego gatunku zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Cóż, ja piszę inaczej. Przywołuję osobiste doświadczenia, ale pilnie strzegę granic. Przede wszystkim dlatego, że prywatność nigdy nie jest do końca nasza własna, a zdradzając własne sekrety, nieuchronnie odkrywamy cudze życie. Ale także dlatego, że nadmiar prywatności ciąży jak fatum nad polską debatą o rodzicielstwie: moim celem jest właśnie  u p o l i t y c z n i ć  macierzyństwo, nie zaś opowiedzieć o własnym doświadczeniu.

No dobra, trochę się zagalopowałam. Bo to jednak jest książka o mnie – o tym, co mi się przydarzyło na placu zabaw i w drodze do przedszkola. O mojej intelektualnej i emocjonalnej podróży ku... No właśnie, jak by to nazwać? Powiedzmy, że chodzi o feminizm umatczyniony i o macierzyństwo feminizmem podszyte. O jedno i o drugie. W równym stopniu. Zostałam matką, nie przestając być feministką.