Master - Magda Skubisz - ebook

Master ebook

Magda Skubisz

0,0

Opis

Czwarty tom cyklu Magdy Skubisz, czyli powieść o młodzieży, ale niekoniecznie dla młodzieży.

Master ma kupę szmalu i nietypowych przyjaciół, wraz z którymi uczęszcza do drugiej klasy ogólniaka. Nieprzystosowana społecznie Luśka cierpi na trądzik i depresję, Burak to chłopak ze wsi, chronicznie woniejący obornikiem, a Katarzyna – zwana Rybą, za sprawą skłonności do wysokoprocentowych trunków – zmaga się z kryminalną przeszłością swoich rodziców, którzy odsiadują wyrok za przemyt.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Redakcja i opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Projekt okładki

Pracownia WV

Fotografie na okładce

© Kacper Leśniewski

Na fotografiach

Kamil Dobrowolski, Jacek Laska, Kamila Mokrzycka, Maciej Owczarek, Małgorzata Pruchnik-Cholka, Magda Skubisz, Tomasz Skubisz

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2018

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2018

tekst © Magdalena Skubisz

ISBN 978-83-7835-695-0

Wszystko, co robimy, robimy po to, żeby rodzice byli z nas dumni

Ryba (pierwowzór)

Od Autorki

Niedawno obejrzałam reportaż poruszający temat prostytucji i handlu ludźmi w jednym z luksusowych podkarpackich hoteli. Program mną wstrząsnął. Tak się składa, że znam to miejsce, występowałam tam wielokrotnie jako dodatek do kotleta, homara, stand-upu, tańca na rurze i na parkiecie. Wokalistka do wynajęcia. W kapiących od złota wnętrzach, w brokatach, boa i meloniku śpiewałam dla mafiozów, polityków i skorumpowanych policjantów, którzy – wedle zawartych w reportażu informacji – za łapówki ukrywali prawdziwy charakter tego miejsca. Migawki wspomnień: piękna dziewczyna drżąca na dźwięk kroków jednego ze stałych klientów, jej rozszerzone strachem źrenice. Innej – jeszcze piękniejszej – zdarzało się publicznie płakać przy niektórych piosenkach… Przypadek? Zmęczenie? Zły dzień…? Pamiętam atmosferę prywatnych koncertów: wynajęty hotel (a raz nawet cały renesansowy zamek), ochrona, catering, panie z agencji towarzyskiej obsługujące kilku rozrywkowych panów. I ja, z kolegami z zespołu, jako umilacze konsumpcji. Osobna sala dla klientów, osobna dla nas, dwie, trzy piosenki i przerwa, w trakcie której, bombardowani bezpruderyjnymi widokami, woleliśmy nie wychodzić poza przeznaczone dla nas pomieszczenie.

Dlaczego o tym piszę? Bo nieświadomie ocierałam się o ludzki dramat! Te dziewczyny, absolwentki szkół baletowych, częstokroć świetne tancerki, były zmuszane do prostytucji. Przewożone nielegalnie przez granicę, czasem ukryte w bagażnikach, odurzone alkoholem i narkotykami, na miejscu dowiadywały się, na czym ma naprawdę polegać ich praca. Że występy w carskiej rewii (którą kusili pośrednicy) są tylko przykrywką dla innej, bardziej dochodowej działalności.

Miejsce, którego znakiem rozpoznawczym była właśnie carska rewia, naprawdę istnieje. Posłużyło mi jako tło do Chałturnika, a obecnie stanowi obiekt zainteresowania policji. Przystąpiłam do pracy nad fikcją, lecz okazało się, że – bazując wyłącznie na przypuszczeniach i wybujałej fantazji – niewiele minęłam się z prawdą. Nie wiem, czy to powód do chluby, ale takie są fakty.

Chałturnika poświęciłam wszystkim ciężko pracującym muzykom.

Mastera dedykuję tym wszystkim, którzy pracowali obok mnie, a ja – przez swoją głupotę, ślepotę i zachłyśnięcie się szpanerskim otoczeniem – nie dostrzegłam ich nieszczęścia… Przepraszam.

Link do programu „Superwizjer”, wspomnianego na wstępie:https://www.tvn24.pl/superwizjer-w-tvn24,149,m/korzysci-dla-oficera-policji-wojna-streczycieli-na-podkarpaciu,776841.html

Poniedziałek, godz. 17.30

W dniu, gdy zobaczył Billa Kaulitza, postanowił zostać gwiazdą.

Natychmiast pofarbował włosy na czarno. Następnie, zerkając na fanpage z tatuażami Billa, obnażył pierś i radośnie przystąpił do brudzenia jej permanentnym markerem: serce, palma, lody w wafelku, duch w prześcieradle, kopulujące syreny, niemieckie sentencje z błędami i metafizyczny trójkąt – resztę pominął, gdyż skończyło mu się miejsce. „Wyglądasz jak drzwi do sracza” – oświadczył Burak na widok trójkąta.

Urażony Łukasz Masterski zbeształ kumpla, nie żałując słów powszechnie uznanych za obraźliwe, i żądny pochwał, wkroczył do salonu rodziców. Wyszło średnio. Ojciec wpadł w szał, a matka połknęła relanium. Chcąc nie chcąc, Master zdrapał marker pumeksem i pognał do pobliskiego salonu o zachęcającej nazwie „Dziary na bicepsy, klaty i fujary”, skąd przyszedł z profesjonalnie wydziaranym trójkątem, zniżką na kolejne tatuaże oraz maścią łagodzącą otarcia po pumeksie. Pozostały drobiazgi: skórzany płaszcz, spodnie-jajcognioty, makijaż i kolczyk w dolnej wardze (zdjął go, kiedy trzeci raz z rzędu zahaczył sztyftem o puszkę i rozlał piwo).

Wystylizowany od stóp do głów, wypił, zapalił, spojrzał w lustro i zakochał się w swoim odbiciu. Oto on, na scenie w bojowym rozkroku. Nogi tkwią w kopczyku damskiej bielizny, skronie zalewa pot z udręczonego sławą czoła. Wzruszony gwiazdor łka do mikrofonu i dedykuje swoim fankom song o miłości. Taki zaczynający się od słów: „To koniec” albo mocniej: „To już naprawdę koniec”, obowiązkowo z rozdzierającą flaki, rozwlekłą na kilkadziesiąt sekund wokalizą typu „łoułoułoułoł”, podczas której część dziewczyn się potnie, część zemdleje, a część wyjdzie do toalety i użyje wibracyjnej szczoteczki do zębów niezgodnie z przeznaczeniem.

Lata mijały, a gwiazdorskie ambicje Mastera tkwiły na etapie stylizacji. Aż do maja tego roku, kiedy po Billu Kaulitzu zostały mu wyłącznie tatuaże, a w życiu osiemnastolatka pojawiła się Nadia.

To imię było jak muzyka (trochę jak muzyka ludowa, ale może odpowiedzialny był za to akcent Nadii), więc Master od razu, naturalnie, jakby nic innego w życiu nie robił, ułożył piosenkę. Brzmiała mu w głowie, kiedy się pierwszy raz całowali i parę godzin później, gdy Luśka, wrzeszcząc niepotrzebnie (przecież to tylko seks!), przyłapała ich razem w łóżku. Potem dużo się działo, na horyzoncie pojawił się ukraiński „właściciel” Nadii – Wania, i po wielu, wielu niemiłych perypetiach, włączając w to zerwanie z Luśką i bójkę z Burakiem, Master nareszcie zaczął spełniać się twórczo.

„Nadia imię twe, dobrze to wiem. Zagrajmy w grę, miłosną grę, bejbe” – wył, idąc rozświetloną słońcem ulicą, omijając ludzi bez słuchawek na uszach. „Włosy jak len, usta jak sen, potrzebna jak tlen, jak refren ten” – i tu dopadły go wątpliwości, czy ten refren jest naprawdę komuś potrzebny, ale szybko je rozwiał, bo jak potwierdzała najnowsza historia polskiej muzyki rozrywkowej, tekst nie musiał być logiczny byleby chwytał za serce.

Denerwował się. Telefonował kilka razy, ale nie odbierała. Spieszył się, żeby ją jeszcze dzisiaj zobaczyć, przynajmniej dotknąć – za rękę albo może i gdzie indziej. Najgorzej, kiedy wyobrażał sobie Nadię przy pracy. Aż go skręcało. Oczyma wyobraźni widział, jak obsługuje obleśnego, owłosionego niczym orangutan typa pod pięćdziesiątkę z wielkim brzuchem i siwą szczeciną sterczącą spomiędzy sflaczałych półdupków. I jak on, Master, wpada do środka ze spluwą, mężnie przystawia ją do tłustego, pokrytego łupieżem, karku. „Spierdalaj”, mówi nisko i dobitnie, starając się nie seplenić w ortodontycznym aparacie. Nadia mdleje, orangutan w poddańczym geście unosi owłosione łapska, po czym pędem wybiega na korytarz, żałośnie majtając małym fiutkiem.

– Dzie?! – usłyszał nagle i w ostatniej chwili zarył glanami w piach tuż nad odkrytą studzienką kanalizacyjną. – Ta ślepy jestś?! – Robotnik wystawał z rowu. Miał odblaskową kamizelkę i zaczepnie wysuniętą dolną szczękę, w której tkwiły dwa zęby.

Łukasz Masterski spadł z wyżyn swej wyobraźni na ziemię (ziemię przemyską, o czym bezsprzecznie świadczył ten unikalny akcent) i skupił na rowokopie nieprzytomne spojrzenie stalowych oczu.

– Przepraszam – bąknął. – Zamyśliłem się.

– Zakuchany, kurła!

Master zastanowił się, czy to naprawdę aż tak po nim widać, po czym obszedł studzienkę szerokim, pełnym godności łukiem i z bezpiecznego dystansu pokazał rowokopowi trzeci palec.

Potem przezornie uciekł.