Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 373 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Maskarada - Terry Pratchett

Przedstawienie trwa, póki nie zaśpiewa gruba dama!

Upiór grasuje w budynku Opery w Ankh-Morpork. Nosi maskę białą jak kość i terroryzuje cały zespół, w tym nieśmiertelnego Enrico Basilicę, który je bez przerwy, nawet kiedy śpiewa. Głównie spaghetti w sosie pomidorowym.

Czy jest lepszy sposób na pozbycie się upiora niż czarownica? Na scenę wkracza najnowsza operowa diwa, Perdita X. Nitt, o takiej skali głosu, że może śpiewać chórem sama ze sobą. I robi to.

Aby bardziej skomplikować sytuację (bo czemu nie), za sceną pojawia się kot, który czasami zmienia się w człowieka tylko dlatego, że to łatwe. Nie wspominając już o starym przyjacielu babci Weatherwax, Śmierci, którego od zbyt częstego używania boli już ostrze kosy.

I który także niekiedy wkłada maskę...

Opinie o ebooku Maskarada - Terry Pratchett

Fragment ebooka Maskarada - Terry Pratchett

Ty­tuł ory­gi­na­łu

MA­SKE­RA­DE

Co­py­ri­ght © Ter­ry and Lyn Prat­chett 1995

First pu­bli­shed by Vic­tor Gol­lancz Ltd, an im­print of the Orion Pu­bli­shing Gro­up Ltd, Lon­don

Pro­jekt gra­ficz­ny se­rii

Zom­bie Sput­nik Cor­po­ra­tion

Ilu­stra­cja na okład­ce

Josh Kir­by/via Tho­mas Schlück GmbH

Re­dak­cja

Łu­cja Gru­dziń­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na

Jo­lan­ta Trzciń­ska

Ko­rek­ta

Gra­ży­na Na­wroc­ka

Ła­ma­nie

Mał­go­rza­ta Wnuk

Ewa Wój­cik

ISBN 978-83-7648-034-3

Wy­daw­ca

Pró­szyń­ski Me­dia Sp z o.o.

02-651 War­sza­wa, ul. Ga­ra­żo­wa 7

www.pro­szyn­ski.pl

Wer­sja elek­tro­nicz­na

Skład: Mag­da­le­na Woj­tas

Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Wa­cła­wik

Ser­decz­nie dzię­ku­ję tym oso­bom,

któ­re po­ka­za­ły mi, że ope­ra jest bar­dziej nie­zwy­kła,

niż mo­głem przy­pusz­czać.

Naj­le­piej od­wdzię­czę się za tę uprzej­mość,

nie wy­mie­nia­jąc tu ich na­zwisk.

Huczał wiatr. Bu­rza sza­la­ła nad gó­ra­mi. Bły­ska­wi­ce kłu­ły ster­czą­ce szczy­ty ni­czym sta­ru­szek, któ­ry spo­mię­dzy sztucz­nych zę­bów usi­łu­je wy­dłu­bać pest­kę je­ży­ny.

Do­no­śnie za­brzmiał wy­so­ki, star­czy głos:

– Ry­chłoż się zej­dziem znów?

Za­hu­czał grom.

Inny, bar­dziej zwy­czaj­ny głos od­po­wie­dział:

– Niby po co mu­sia­łaś tak wrzesz­czeć? Przez cie­bie grzan­ka mi wpa­dła do ognia.

Nia­nia Ogg usia­dła.

– Prze­pra­szam cię, Esme. Tak so­bie za­wo­ła­łam, przez… no, przez pa­mięć daw­nych cza­sów. Ale te­raz ja­koś to nie brzmi.

– Aku­rat się przy­pie­kła i ład­nie zbrą­zo­wia­ła.

– Prze­pra­szam.

– Nie mu­sia­łaś tak krzy­czeć.

– Prze­pra­szam.

– W koń­cu nie je­stem głu­cha. Mo­głaś mnie spy­tać nor­mal­nym gło­sem, a ja bym wte­dy od­po­wie­dzia­ła: „W przy­szłą śro­dę”.

– Prze­pra­szam, Esme.

– Ukrój mi na­stęp­ną krom­kę.

Nia­nia Ogg ski­nę­ła gło­wą i od­wró­ci­ła się.

– Ma­grat, ukrój bab­ci jesz­cze… Oj. Za­my­śli­łam się tro­chę. Sama to zro­bię, do­brze?

– Ha! – od­par­ła bab­cia We­ather­wax, wpa­tru­jąc się w pło­mie­nie.

Chwi­lę mil­cza­ły. Sły­chać było tyl­ko wy­cie wia­tru i nia­nię Ogg kro­ją­cą chleb, co ro­bi­ła z efek­tyw­no­ścią czło­wie­ka, któ­ry roz­ci­na ma­te­rac piłą łań­cu­cho­wą.

– My­śla­łam, że kie­dy się tu spo­tka­my, po­pra­wi ci się na­strój – rze­kła po chwi­li.

– Do­praw­dy.

To nie było py­ta­nie.

– Ro­ze­rwiesz się tro­chę i w ogó­le… – cią­gnę­ła nia­nia, czuj­nie ob­ser­wu­jąc przy­ja­ciół­kę.

– Mmm… – Bab­cia wciąż pa­trzy­ła w ogień.

Ojej, po­my­śla­ła nia­nia. Nie po­win­nam tego mó­wić.

Cho­dzi­ło o to, że… No, tak na­praw­dę cho­dzi­ło o to, że nia­nia Ogg się mar­twi­ła. Bar­dzo się mar­twi­ła. Wca­le nie była pew­na, czy przy­ja­ciół­ka nie… jak by to okre­ślić… sta­je się… tak jak­by… w pew­nym sen­sie… no… czar­na.

Wie­dzia­ła, że może się to przy­tra­fić tym na­praw­dę po­tęż­nym. A bab­cia We­ather­wax była nie­zwy­kle po­tęż­na. Sta­ła się cza­row­ni­cą zna­ko­mit­szą na­wet od nie­sław­nej Czar­nej Aliss, a każ­dy wie­dział, jaki ją spo­tkał ko­niec. We­pchnię­ta do wła­sne­go pie­kar­ni­ka przez dwój­kę dzie­cia­ków… I tak wszy­scy twier­dzi­li, że do­brze się zło­ży­ło, choć czysz­cze­nie pie­ca za­ję­ło cały ty­dzień.

Jed­nak Aliss, aż do tego strasz­ne­go dnia, ter­ro­ry­zo­wa­ła całe Ram­to­py. Tak udo­sko­na­li­ła swo­ją ma­gię, że w jej gło­wie nie zo­sta­ło już miej­sca na nic in­ne­go.

Po­dob­no żad­na broń nie mo­gła jej zra­nić. Mie­cze od­bi­ja­ły się od jej skó­ry. Po­dob­no jej obłą­kań­czy śmiech sły­chać było na milę do­oko­ła; co praw­da obłą­kań­czy śmiech od za­wsze na­le­żał do ty­po­wych atry­bu­tów cza­row­ni­cy, je­śli wy­ma­ga­ła tego ko­niecz­ność, ten jed­nak był sza­lo­nym obłą­kań­czym śmie­chem w naj­gor­szym ro­dza­ju. Zmie­nia­ła lu­dzi w pier­ni­ki i mia­ła dom zbu­do­wa­ny z żab. Pod ko­niec sy­tu­acja wy­glą­da­ła już na­praw­dę bar­dzo pa­skud­nie. Jak zwy­kle, kie­dy cza­row­ni­ca sta­je się zła.

Cza­sa­mi oczy­wi­ście cza­row­ni­ce nie prze­cho­dzą na stro­nę zła. Po pro­stu od­cho­dzą… do­kądś.

In­te­lekt bab­ci po­trze­bo­wał ja­kie­goś za­ję­cia. Źle zno­si­ła nudę. Kła­dła się wte­dy do łóż­ka i wy­sy­ła­ła umysł na Po­ży­cza­nie, do wnę­trza gło­wy ja­kie­goś le­śne­go stwo­rze­nia; słu­cha­ła jego usza­mi i pa­trzy­ła przez jego oczy. Oczy­wi­ście, to cał­kiem wy­god­ne do za­sto­so­wań ogól­nych, ale bab­cia była zwy­czaj­nie za do­bra. Po­tra­fi­ła prze­by­wać poza wła­snym cia­łem dłu­żej niż kto­kol­wiek, o kim nia­nia Ogg by sły­sza­ła.

Było rze­czą wła­ści­wie oczy­wi­stą, że pew­ne­go dnia nie ze­chce po­wró­cić. A na­sta­ła ta naj­gor­sza pora roku, gdy gęsi krzy­czą i la­ta­ją po nie­bie co noc, gdy je­sien­ne po­wie­trze jest rześ­kie i po­cią­ga­ją­ce. Wy­czu­wa się w tym wszyst­kim ja­kąś strasz­li­wą po­ku­sę.

Nia­nia Ogg mia­ła wra­że­nie, że wie, co jest źró­dłem kło­po­tów.

Od­chrząk­nę­ła.

– Wi­dzia­łam wczo­raj Ma­grat – po­wie­dzia­ła, zer­ka­jąc z uko­sa na bab­cię.

Żad­nej re­ak­cji.

– Do­brze wy­glą­da. Kró­lo­wa­nie jej słu­ży.

– Hmm?

Nia­nia jęk­nę­ła bez­gło­śnie. Je­śli bab­ci nie chce się na­wet wy­po­wie­dzieć ja­kiejś zło­śli­wej uwa­gi, to zna­czy, że na­praw­dę bra­ku­je jej Ma­grat.

Nia­nia Ogg z po­cząt­ku nie mo­gła w to uwie­rzyć, ale Ma­grat Gar­lick, płacz­li­wa jak bóbr, w jed­nym mia­ła ab­so­lut­ną ra­cję.

Trzy to na­tu­ral­na licz­ba dla cza­row­nic.

A one stra­ci­ły jed­ną. No, nie do­słow­nie stra­ci­ły. Ma­grat była te­raz kró­lo­wą, a kró­lo­wych trud­no nie za­uwa­żyć. Ale to ozna­cza­ło, że jest ich te­raz tyl­ko dwie za­miast trzech.

Kie­dy są trzy, jed­na może się sta­rać do­pro­wa­dzić do zgo­dy w ra­zie kłót­ni. Ma­grat świet­nie się do tego nada­wa­ła. Bez niej nia­nia Ogg i bab­cia We­ather­wax dzia­ła­ły so­bie na ner­wy. Przy niej po­tra­fi­ły we trój­kę dzia­łać na ner­wy wszyst­kim po­zo­sta­łym na ca­łym świe­cie, a to o wie­le za­baw­niej­sze.

I w ża­den spo­sób nie da się Ma­grat od­zy­skać. Czy też, żeby być pre­cy­zyj­ną, nie da się Ma­grat od­zy­skać na ra­zie.

Po­nie­waż wpraw­dzie trzy to do­bra licz­ba dla cza­row­nic, ale mu­szą to być od­po­wied­nie trzy. Trzy od­po­wied­nie­go… ro­dza­ju.

Samo my­śle­nie o tym wpra­wia­ło nia­nię w za­kło­po­ta­nie, co jest nie­zwy­kłe, gdyż za­kło­po­ta­nie przy­cho­dzi­ło nia­ni rów­nie ła­two jak kotu al­tru­izm.

Jako cza­row­ni­ca nie wie­rzy­ła, oczy­wi­ście, w żad­ne okul­ty­stycz­ne bzdu­ry. Ale ist­nia­ły jed­na czy dwie praw­dy, głę­bo­ko za­grze­ba­ne w ma­cie­rzy­stej ska­le du­szy. I trze­ba było się z nimi go­dzić. A wśród nich ist­nia­ła ta do­ty­czą­ca dzie­wi­cy, mat­ki i… i tej trze­ciej.

Uff… Uda­ło się ja­koś to po­my­śleć.

Oczy­wi­ście, to tyl­ko sta­re prze­są­dy, na­le­żą­ce do owych ciem­nych cza­sów, kie­dy ta­kie okre­śle­nia, jak „dzie­wi­ca”, „mat­ka” i… i ta trze­cia, opi­sy­wa­ły każ­dą ko­bie­tę w wie­ku po­wy­żej dwu­na­stu lat, mniej wię­cej. Obec­nie każ­da dziew­czy­na do­sta­tecz­nie in­te­li­gent­na, by umieć li­czyć, i do­sta­tecz­nie roz­sąd­na, by słu­chać mą­drych rad nia­ni Ogg, mo­gła od­su­nąć sta­nie się przy­najm­niej jed­ną z nich na czas cał­kiem dłu­gi.

A jed­nak… był to bar­dzo sta­ry prze­sąd, star­szy niż księ­gi, star­szy niż pi­smo. Ta­kie wie­rze­nia moc­no ob­cią­ża­ją gu­mo­wą mem­bra­nę do­świad­cze­nia i czę­sto wcią­ga­ją lu­dzi w swo­ją or­bi­tę.

Ma­grat była mę­żat­ką od trzech mie­się­cy. Co po­win­no ozna­czać, że wy­pa­dła z pierw­szej ka­te­go­rii. A przy­najm­niej… nia­nia skie­ro­wa­ła ciąg my­śli na bocz­ny tor… praw­do­po­dob­nie wy­pa­dła. Oczy­wi­ście, mło­dy Ve­ren­ce po­słał po od­po­wied­ni pod­ręcz­nik, z ry­sun­ka­mi i nu­me­ro­wa­ny­mi czę­ścia­mi. Nia­nia wie­dzia­ła o tym do­brze, bo kie­dy skła­da­ła pew­ne­go dnia wi­zy­tę w zam­ku, za­kra­dła się do kró­lew­skiej sy­pial­ni. Spę­dzi­ła tam po­ucza­ją­ce dzie­sięć mi­nut, do­ma­lo­wu­jąc nie­któ­rym po­sta­ciom wąsy i oku­la­ry. Z pew­no­ścią na­wet Ma­grat i Ve­ren­ce mu­sie­li so­bie po­ra­dzić z… Nie, na pew­no ja­koś to roz­pra­co­wa­li, cho­ciaż sły­sza­ła, że wi­dzia­no Ve­ren­ce’a roz­py­tu­ją­ce­go o lu­dzi, któ­rzy mo­gli­by do­star­czyć fał­szy­we wąsy. Nie­dłu­go po­trwa, a Ma­grat za­cznie się nada­wać do dru­giej ka­te­go­rii, na­wet je­śli obo­je czy­ta­ją po­wo­li.

Oczy­wi­ście, bab­cia We­ather­wax za­wsze de­mon­stro­wa­ła swo­ją nie­za­leż­ność i sa­mo­dziel­ność. Kło­pot jed­nak po­le­gał na tym, że czło­wiek po­wi­nien mieć ko­goś obok sie­bie, żeby mu de­mon­stro­wać, jaki to jest nie­za­leż­ny i sa­mo­dziel­ny. Lu­dzie, któ­rzy nie po­trze­bu­ją in­nych lu­dzi, po­trze­bu­ją in­nych lu­dzi, by im oka­zy­wać, że są ludź­mi, któ­rzy nie po­trze­bu­ją in­nych lu­dzi.

To tak jak z pu­stel­ni­ka­mi. Nie ma sen­su od­mra­żać so­bie róż­nych czę­ści cia­ła na szczy­cie ja­kiejś góry, osią­ga­jąc zjed­no­cze­nie z Nie­skoń­czo­no­ścią, je­śli nie moż­na li­czyć na pew­ną licz­bę na­iw­nych mło­dych ko­biet, któ­re zja­wia­ją się od cza­su do cza­su i mó­wią „Och”.

…Zno­wu mu­szą być trzy. Ży­cie sta­wa­ło się cie­kaw­sze, kie­dy były trzy. Zda­rza­ły się kłót­nie i przy­go­dy, i rze­czy, któ­re mo­gły bab­cię zi­ry­to­wać, a była szczę­śli­wa tyl­ko wte­dy, kie­dy się iry­to­wa­ła. Wła­ści­wie, jak wy­da­wa­ło się cza­sem nia­ni, bab­cią We­ather­wax była tyl­ko wte­dy, kie­dy się iry­to­wa­ła.

Tak. Po­trzeb­ne są trzy.

Bo je­śli nie… Je­śli nie, to cze­ka­ją ją sza­re skrzy­dła wśród nocy albo trzask drzwi­czek pie­kar­ni­ka…

Rę­ko­pis roz­padł się, gdy tyl­ko pan Ko­za­ber­ger go pod­niósł.

Nie był na­wet spi­sa­ny na po­rząd­nym pa­pie­rze. Za­pi­sa­no go na sta­rych to­reb­kach po cu­krze, na od­wrot­nych stro­nach ko­pert i kart­kach ze sta­rych ka­len­da­rzy.

Pan Ko­za­ber­ger burk­nął coś i ze­brał garść ple­śnie­ją­cych stro­nic, by ci­snąć je do ognia.

Ja­kieś sło­wo przy­cią­gnę­ło jego wzrok.

Do­czy­tał do koń­ca stro­ny, co­fa­jąc się kil­ka razy, gdyż nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom.

Od­wró­cił kart­kę. Po­tem od­wró­cił z po­wro­tem. I czy­tał da­lej. W pew­nym mo­men­cie wy­jął z szu­fla­dy li­nij­kę i przyj­rzał się jej w za­du­mie.

Otwo­rzył ba­rek. Bu­tel­ka brzęk­nę­ła wdzięcz­nie o brzeg kie­lisz­ka, kie­dy usi­ło­wał so­bie na­lać.

Na­stęp­nie wyj­rzał przez okno na gmach Ope­ry po dru­giej stro­nie uli­cy. Ja­kaś nie­du­ża po­stać za­mia­ta­ła scho­dy.

Po­tem po­wie­dział:

– Och jej…

Wresz­cie pod­szedł do drzwi.

– Może pan tu przyjść, pa­nie Crop­per?! – za­wo­łał.

Jego dru­karz zja­wił się, ści­ska­jąc plik prób­nych wy­dru­ków.

– Pan Crip­slock bę­dzie mu­siał jesz­cze raz gra­we­ro­wać stro­nę je­de­na­stą – oświad­czył ze smut­kiem. – Zno­wu na­pi­sał „głód” na pięć li­ter…

– Niech pan to prze­czy­ta – prze­rwał mu Ko­za­ber­ger.

– Mam wła­śnie prze­rwę śnia­da…

– Pro­szę czy­tać.

– Prze­pi­sy gil­dii mó­wią…

– Niech pan prze­czy­ta i po­wie, czy nadal do­pi­su­je panu ape­tyt.

Crop­per usiadł nie­chęt­nie i spoj­rzał na pierw­szą stro­nę.

Po­tem od­wró­cił ją i za­czął czy­tać dru­gą.

Po chwi­li wy­su­nął szu­fla­dę, wy­jął li­nij­kę i przyj­rzał się jej w za­du­mie.

– Wła­śnie prze­czy­tał pan o Zu­pie z Ba­na­no­wą Nie­spo­dzian­ką – do­my­ślił się Ko­za­ber­ger.

– Tak!

– Niech pan za­cze­ka, aż pan doj­dzie do Na­kra­pia­ne­go Ptasz­ka.

– Moja bab­cia pie­kła kie­dyś Na­kra­pia­ne­go Ptasz­ka.

– Nie we­dług tego prze­pi­su – oświad­czył Ko­za­ber­ger z ab­so­lut­nym prze­ko­na­niem.

Crop­per prze­rzu­cał kart­ki.

– Do li­cha! My­śli pan, że coś z tego na­praw­dę dzia­ła?

– A kogo to ob­cho­dzi? Pro­szę iść za­raz do gil­dii i za­trud­nić wszyst­kich wol­nych gra­we­rów. Naj­le­piej tych w star­szym wie­ku.

– Ale nie skoń­czy­łem jesz­cze prze­po­wied­ni na gru­ne’a, czer­wiec, li­piec i spu­ne’a do przy­szło­rocz­ne­go al­ma­na­chu…

– To nie­waż­ne. Pro­szę wy­ko­rzy­stać sta­re.

– Lu­dzie za­uwa­żą.

– Nig­dy do­tąd nie za­uwa­ży­li. Zna pan prze­cież ten układ. Nie­zwy­kłe desz­cze cur­ry w Klat­chu, za­dzi­wia­ją­ca śmierć sze­ry­fa Ee, pla­ga szer­sze­ni w Ho­won­da­lan­dzie. To jest waż­niej­sze.

Pan Ko­za­ber­ger raz jesz­cze spoj­rzał nie­wi­dzą­cym wzro­kiem przez okno.

– O wie­le waż­niej­sze.

Śnił sen wszyst­kich tych, któ­rzy wy­da­ją książ­ki. Ten, w któ­rym miał w kie­sze­niach tyle zło­ta, że mu­siał za­trud­niać dwóch lu­dzi, by pod­trzy­my­wa­li mu spodnie.

Przed Agnes Nitt wy­ra­stał po­tęż­ny, zdo­bio­ny ko­lum­na­mi, pe­łen gar­gul­ców front gma­chu an­kh­mor­por­skiej Ope­ry.

Za­trzy­ma­ła się. A przy­najm­niej więk­sza część Agnes Nitt się za­trzy­ma­ła. Było tam bar­dzo dużo Agnes. Chwi­lę trwa­ło, nim znie­ru­cho­mia­ły jej ze­wnętrz­ne re­gio­ny.

Tak, była na miej­scu. Wresz­cie. Mo­gła wejść do środ­ka albo mo­gła stąd odejść. To coś, co lu­dzie na­zy­wa­ją ży­cio­wą de­cy­zją. Nig­dy do­tąd nie mu­sia­ła ta­kiej po­dej­mo­wać.

Wresz­cie, kie­dy sta­ła już nie­ru­cho­mo tak dłu­go, że go­łąb za­czął roz­wa­żać moż­li­wość bu­do­wy gniaz­da na jej wiel­kim, smęt­nie ob­wi­słym czar­nym ka­pe­lu­szu, za­czę­ła wspi­nać się na scho­dy.

Ja­kiś mło­dy czło­wiek za­mia­tał stop­nie – teo­re­tycz­nie. W prak­ty­ce prze­su­wał brud z miej­sca na miej­sce, do­star­cza­jąc mu no­wych wi­do­ków i oka­zji po­zna­nia no­wych przy­ja­ciół. Mło­dy czło­wiek ubra­ny był w dłu­gi płaszcz, tro­chę na nie­go za mały, i w czar­ny be­ret wci­śnię­ty na oso­bli­wie ster­czą­ce czar­ne wło­sy.

– Prze­pra­szam – ode­zwa­ła się do nie­go Agnes.

Efekt oka­zał się za­ska­ku­ją­cy. Mło­dy czło­wiek od­wró­cił się, za­cze­pił jed­ną nogą o dru­gą i upadł na swo­ją mio­tłę.

Agnes unio­sła dłoń do ust. Po­tem schy­li­ła się i po­da­ła mu rękę.

Jego dłoń wy­da­wa­ła się lep­ka, co spra­wia­ło, że trzy­ma­ją­cy ją za­czy­nał tę­sk­nie my­śleć o my­dle. Mło­dy czło­wiek od­gar­nął z oczu tłu­ste wło­sy i rzu­cił Agnes za­lęk­nio­ny uśmiech. Twarz miał tego ro­dza­ju, któ­re nia­nia Ogg na­zy­wa­ła nie­do­pie­czo­ny­mi: bla­dą, o nie­wy­raź­nych ry­sach.

– Ża­den kło­pot, pa­nien­ko!

– Do­brze się czu­jesz?

Spró­bo­wał się pod­nieść, zdo­łał ja­koś za­plą­tać mio­tłę mię­dzy ko­la­na­mi i po­now­nie usiadł gwał­tow­nie na scho­dach.

– Hm… może pa­nien­ka wy­cią­gnąć mio­tłę?

Wy­su­nę­ła ją z plą­ta­ni­ny. Mło­dy czło­wiek wstał wresz­cie po kil­ku nie­uda­nych pró­bach.

– Pra­cu­jesz w Ope­rze? – spy­ta­ła Agnes.

– Tak, pa­nien­ko…

– Po­wiedz, gdzie mam się zgło­sić na prze­słu­cha­nie.

Ro­zej­rzał się nie­spo­koj­nie.

– Wej­ście dla ak­to­rów! – wy­ja­śnił. – Po­ka­żę!

Sło­wa wy­bie­ga­ły mu z ust po­spiesz­nie, jak gdy­by mu­siał usze­re­go­wać je i wy­strze­lić, nim znaj­dą czas, by się ro­zejść.

Wy­rwał jej mio­tłę z ręki, po czym ru­szył scho­da­mi w bok, w stro­nę rogu bu­dyn­ku. Kro­czył w nie­zwy­kły spo­sób. Zda­wa­ło się, że coś cią­gnie do przo­du jego tu­łów, nogi zaś prze­bie­ra­ją bez celu, sta­wia­ne wszę­dzie, gdzie zna­la­zły so­bie tro­chę miej­sca. Nie był to wła­ści­wie chód, ale upa­dek od­su­wa­ny w nie­skoń­czo­ność.

Chwiej­ne kro­ki do­pro­wa­dzi­ły go do drzwi­czek w bocz­nej ścia­nie. Agnes po­dą­ży­ła za nim.

Tuż za drzwia­mi zo­ba­czy­ła coś w ro­dza­ju szo­py z jed­ną otwar­tą ścia­ną i bla­tem umiesz­czo­nym tak, że ktoś sie­dzą­cy za nim mógł ob­ser­wo­wać drzwi. Ten ktoś, kto tam wła­śnie sie­dział, mu­siał być isto­tą ludz­ką, po­nie­waż mor­sy nie no­szą płasz­czy.

Dziw­ny mło­dy czło­wiek znik­nął gdzieś w pół­mro­ku.

Agnes ro­zej­rza­ła się za­lęk­nio­na.

– Tak, pa­nien­ko? – za­py­tał mors-czło­wiek. Miał im­po­nu­ją­cy wąs, któ­ry sku­pił w so­bie cały za­rost z resz­ty wła­ści­cie­la.

– Tego… ja chcia­łam… Bo prze­słu­cha­nia… zna­la­złam pla­kat z wia­do­mo­ścią, że prze­słu­chu­je­cie…

Uśmiech­nę­ła się bez­rad­nie. Twarz odźwier­ne­go zdra­dza­ła, że wi­dział już – i nie wy­war­ły na nim wra­że­nia – wię­cej bez­rad­nych uśmie­chów, niż na­wet Agnes po­tra­fi­ła­by zjeść cie­płych po­sił­ków. Wy­jął kart­kę i ogry­zek ołów­ka.

– Mu­sisz tu pod­pi­sać – po­in­for­mo­wał.

– Kim był… była ta oso­ba, któ­ra mnie przy­pro­wa­dzi­ła?

Wąs po­ru­szył się, su­ge­ru­jąc ukry­ty gdzieś pod nim uśmiech.

– Wszy­scy zna­ją na­sze­go Wal­te­ra Plin­ge’a.

To była chy­ba ca­łość in­for­ma­cji, ja­kiej za­mie­rzał udzie­lić.

Agnes ści­snę­ła ołó­wek.

Naj­waż­niej­sze py­ta­nie brzmia­ło: Jak po­win­na się pod­pi­sać? Jej imię mia­ło licz­ne i cen­ne za­le­ty, ale nie ukła­da­ło się gład­ko na ję­zy­ku. Spa­da­ło z pod­nie­bie­nia i stu­ka­ło mię­dzy zę­ba­mi, ale na ję­zy­ku nie le­ża­ło gład­ko.

Nie­ste­ty, nie przy­cho­dzi­ło jej na myśl żad­ne inne o du­żym po­ten­cja­le gład­ko­ścio­wym.

Może Ca­the­ri­ne?

Albo… Per­di­ta. Mo­gła­by wró­cić do Per­di­ty. Wsty­dzi­ła się tro­chę uży­wać tego imie­nia w Lan­cre. Było ta­jem­ni­cze, su­ge­ro­wa­ło mrocz­ne se­kre­ty, in­try­gi, a tak­że – cał­kiem przy­pad­kiem – ko­goś, kto jest ra­czej szczu­pły. Wy­my­śli­ła so­bie na­wet pierw­szą li­te­rę dru­gie­go imie­nia: X, ozna­cza­ją­ce „ko­goś, kto ma ele­ganc­kie i ta­jem­ni­cze dru­gie imię”.

Nie uda­ło się. Miesz­kań­cy Lan­cre byli iry­tu­ją­co nie­wraż­li­wi na ta­kie rze­czy. Mó­wi­li o niej „Agnes, któ­ra na­zy­wa sie­bie Per­di­tax”.

Nie ośmie­li­ła się ni­ko­mu zdra­dzić, że chcia­ła­by, aby jej peł­ne imię i na­zwi­sko brzmia­ło Per­di­ta X. Dre­am. Nie zro­zu­mie­li­by. Py­ta­li­by na przy­kład: Je­śli uwa­żasz, że to wła­ści­we imię dla cie­bie, to cze­mu wciąż masz dwie pół­ki peł­ne plu­szo­wych za­ba­wek?

Tu­taj jed­nak może za­cząć wszyst­ko od nowa. Była do­bra. Wie­dzia­ła, że jest do­bra.

Cho­ciaż pew­nie na Dre­am nie ma szans.

Bę­dzie mu­sia­ła zo­stać przy Nitt.

Nia­nia Ogg zwy­kle kła­dła się spać wcze­śnie. W koń­cu mia­ła już swo­je lata. Cza­sa­mi szła do łóż­ka na­wet o szó­stej rano.

Te­raz była w le­sie. Jej od­dech kłę­ba­mi pary uno­sił się w chłod­nym po­wie­trzu. Li­ście sze­le­ści­ły pod no­ga­mi. Wiatr ucichł, po­zo­sta­wia­jąc czy­ste, bez­chmur­ne nie­bo, otwar­te dla pierw­sze­go przy­mroz­ku zimy – ma­łe­go ło­bu­za zry­wa­ją­ce­go płat­ki i marsz­czą­ce­go owo­ce, któ­ry po­ka­zy­wał, jaką to mat­ką jest w rze­czy­wi­sto­ści Na­tu­ra.

Trze­cia cza­row­ni­ca.

Trzy cza­row­ni­ce mogą tak jak­by… po­dzie­lić się pra­cą.

Dzie­wi­ca, mat­ka i… sta­ru­cha. Wła­śnie.

Kło­pot po­le­ga na tym, że bab­cia We­ather­wax łą­czy­ła w so­bie wszyst­kie trzy. Była dzie­wi­cą, o ile nia­nia się orien­to­wa­ła; była przy­najm­niej w od­po­wied­nim prze­dzia­le wie­ko­wym dla sta­ru­chy; co do trze­ciej… no cóż, kto na­ra­zi się bab­ci We­ather­wax w zły dzień, po­czu­je się jak kwiat na przy­mroz­ku.

Musi prze­cież zna­leźć się kan­dy­dat­ka na to sta­no­wi­sko. W Lan­cre miesz­ka­ło kil­ka dziew­cząt w od­po­wied­nim wie­ku.

Kło­pot po­le­gał na tym, że chłop­cy w Lan­cre też o tym wie­dzie­li. Nia­nia re­gu­lar­nie spa­ce­ro­wa­ła la­tem po łą­kach, a mia­ła by­stry, choć pe­łen zro­zu­mie­nia wzrok oraz zna­ko­mi­ty słuch się­ga­ją­cy poza ho­ry­zont. Vio­let Frot­tid­ge cho­dzi­ła z mło­dym Prze­bie­gło­ścią Car­te­rem, a przy­najm­niej ro­bi­ła coś w za­kre­sie dzie­więć­dzie­się­ciu stop­ni od cho­dze­nia. Bon­nie Qu­ar­ney w maju zbie­ra­ła orze­chy z Wil­lia­mem Sim­ple i tyl­ko dzię­ki temu, że była prze­wi­du­ją­ca i za­się­gnę­ła pew­nej rady u nia­ni, nie wyda w lu­tym owo­ców. A już nie­dłu­go mat­ka mło­dej Mil­dred Tin­ker po­roz­ma­wia dys­kret­nie z oj­cem mło­dej Mil­dred Tin­ker, ten po­roz­ma­wia ze swo­im przy­ja­cie­lem That­che­rem, a on z ko­lei po­roz­ma­wia ze swo­im sy­nem Ho­bem; po­tem bę­dzie we­se­le. Wszyst­ko zo­sta­nie za­ła­twio­ne w spo­sób wła­ści­wy i cy­wi­li­zo­wa­ny, z wy­jąt­kiem może jed­ne­go czy dru­gie­go pod­bi­te­go oka1. Nie ma wąt­pli­wo­ści, po­my­śla­ła nia­nia z roz­ma­rzo­nym uśmie­chem: nie­win­ność pod­czas go­rą­ce­go lata w Lan­cre to stan, w któ­rym nie­win­ność jest tra­co­na.

Po­tem jesz­cze jed­no imię wy­nu­rzy­ło się na po­wierzch­nię. No tak. Ona. Dla­cze­go wcze­śniej o niej nie po­my­śla­ła? Bo ja­koś nie przy­cho­dzi­ła do gło­wy. Kie­dy czło­wiek my­ślał o dziew­czę­tach z Lan­cre, zwy­kle o niej za­po­mi­nał. Po czym mó­wił: A tak, ona też. Na­tu­ral­nie, ma wspa­nia­ły cha­rak­ter. I nie­złe wło­sy, oczy­wi­ście.

Była in­te­li­gent­na i uta­len­to­wa­na. W wie­lu dzie­dzi­nach. Jej głos, na przy­kład. To była jej moc, szu­ka­ją­ca uj­ścia. I oczy­wi­ście mia­ła też wspa­nia­ły cha­rak­ter, więc nie­wiel­ka była szan­sa, że oka­że się… nie­od­po­wied­nia.

Czy­li spra­wa za­ła­twio­na. Z pew­no­ścią ucie­szy bab­cię jesz­cze jed­na cza­row­ni­ca, żeby ją wy­ko­rzy­sty­wać i jej im­po­no­wać. Na­to­miast Agnes z pew­no­ścią jej kie­dyś po­dzię­ku­je.

Nia­nia Ogg ode­tchnę­ła z ulgą. Do sa­ba­tu po­trzeb­ne są przy­najm­niej trzy cza­row­ni­ce. Dwie cza­row­ni­ce to tyl­ko kłót­nia.

Otwo­rzy­ła drzwi do swo­jej cha­ty i wspię­ła się po scho­dach do sy­pial­ni.

Jej ko­cur Gre­ebo wy­cią­gnął się na pie­rzy­nie niby pla­ma sza­re­go fu­tra. Nie obu­dził się na­wet wte­dy, kie­dy nia­nia Ogg pod­nio­sła go tro­chę, by w noc­nej ko­szu­li wsu­nąć się do po­ście­li.

Żeby od­pę­dzić złe sny, po­cią­gnę­ła so­lid­ny łyk z bu­tel­ki pach­ną­cej jabł­ka­mi i ra­do­sną śmier­cią mó­zgu. Po­tem ubi­ła po­dusz­kę, po­my­śla­ła: Tak… ona – i od­pły­nę­ła w sen.

Po chwi­li zbu­dził się Gre­ebo. Prze­cią­gnął się, ziew­nął i bez­gło­śnie ze­sko­czył na pod­ło­gę. Na­stęp­nie naj­bar­dziej zło­śli­wy i chy­try kłąb fu­tra, jaki kie­dy­kol­wiek miał dość in­te­li­gen­cji, by usiąść w karm­ni­ku dla pta­ków z otwar­tą pasz­czą i ka­wał­kiem chle­ba na no­sie, znik­nął za otwar­tym oknem.

Kil­ka mi­nut póź­niej ko­gu­cik w są­sied­nim ogro­dzie wy­su­nął gło­wę, by po­wi­tać pięk­ny nowy dzień i zgi­nął na­tych­miast, w pół ku­ku­ry­ku.

Przed Agnes pa­no­wa­ła ciem­ność, a rów­no­cze­śnie nie­mal ośle­pia­ły ją świa­tła. Tuż za kra­wę­dzią sce­ny wiel­kie pła­skie świe­ce pły­wa­ły w dłu­gim ko­ry­cie z wodą; da­wa­ły moc­ny, żół­ty blask, cał­kiem nie­po­dob­ny do lamp naf­to­wych w domu. Za świa­tła­mi cze­ka­ła wi­dow­nia, ni­czym pasz­cza wiel­kiej i bar­dzo głod­nej be­stii.

Gdzieś spo­za świa­teł ode­zwał się głos.

– Kie­dy tyl­ko bę­dziesz go­to­wa, pa­nien­ko.

Nie był to ja­kiś szcze­gól­nie nie­przy­ja­zny głos. Chciał tyl­ko, żeby wresz­cie za­czę­ła, od­śpie­wa­ła swój ka­wa­łek i so­bie po­szła.

– Bo ja mam taką, no… taką pio­sen­kę, i ona…

– Od­da­łaś nuty pan­nie Pro­udlet?

– Eee… Wła­ści­wie to nie ma akom­pa­nia­men­tu, ona…

– Aha, to pio­sen­ka lu­do­wa. Tak?

W ciem­no­ści roz­le­gły się szep­ty i ktoś za­śmiał się ci­cho.

– Za­czy­naj więc… Per­di­to, tak?

Agnes za­czę­ła pio­sen­kę o jeżu, ale już oko­ło siód­me­go sło­wa zda­ła so­bie spra­wę, że nie był to do­bry wy­bór. Po­trzeb­na jest obe­rża i re­cho­czą­cy lu­dzie, któ­rzy walą ku­fla­mi w sto­ły. Ta wiel­ka ja­sna pust­ka wsy­sa­ła głos, przez co wy­da­wał się pi­skli­wy i sła­by.

Prze­rwa­ła na koń­cu trze­ciej zwrot­ki. Czu­ła, jak ru­mie­niec okry­wa ją gdzieś od wy­so­ko­ści ko­lan. Po­trwa jesz­cze chwi­lę, za­nim do­trze do twa­rzy, gdyż musi ob­jąć dużą po­wierzch­nię skó­ry, ale wte­dy cała już bę­dzie ró­żo­wa jak tru­skaw­ka.

Sły­sza­ła szep­ty. Wśród nich wy­bi­ja­ły się ta­kie sło­wa jak „tim­bre”, a po­tem – co wca­le jej nie zdzi­wi­ło – nad­bie­gło „im­po­nu­ją­ca bu­do­wa”. Mia­ła im­po­nu­ją­cą bu­do­wę, wie­dzia­ła o tym. Po­dob­nie gmach Ope­ry. Nie mu­sia­ła być z tego po­wo­du szczę­śli­wa.

Ode­zwał się głos:

– Nie kształ­ci­łaś się, moja dro­ga. Praw­da?

– Nie.

To była praw­da. Je­dy­ną poza Agnes war­tą uwa­gi śpie­wacz­ką w Lan­cre była nia­nia Ogg, któ­rej po­dej­ście do pio­se­nek moż­na okre­ślić jako czy­sto ba­li­stycz­ne: na­le­ży wy­mie­rzyć głos w ko­niec zwrot­ki i ru­szać.

Szep­ty. Szep­ty.

– Za­śpie­waj nam kil­ka gam, moja dro­ga.

Ru­mie­niec osią­gnął wy­so­kość pier­si, pę­dząc po fa­lu­ją­cych po­wierzch­niach…

– Gam?

Szep­ty. Stłu­mio­ny śmiech.

– Do re mi? Znasz to, moja dro­ga? Za­czy­na­jąc ni­sko? La la la?

– Aha. Tak.

Gdy ar­mie za­kło­po­ta­nia sztur­mo­wa­ły szy­ję, Agnes usta­wi­ła głos jak mo­gła naj­ni­żej i za­czę­ła.

Sku­pio­na na nu­tach, pra­co­wi­cie su­nę­ła od po­zio­mu mo­rza ku szczy­tom gór. Nie za­uwa­ży­ła, jak na po­cząt­ku za­wi­bro­wa­ło krze­sło po dru­giej stro­nie sce­ny, a na koń­cu gdzieś pę­kło szkło i kil­ka nie­to­pe­rzy spa­dło z su­fi­tu.

W wiel­kiej pu­st­ce pa­no­wa­ła ci­sza, je­śli nie li­czyć stu­ku ko­lej­ne­go nie­to­pe­rza i ci­che­go brzę­cze­nia szkła gdzieś wy­so­ko.

– Czy to… to twój peł­ny za­kres, moja dro­ga?

– Nie.

– Nie?

– Je­śli za­śpie­wam jesz­cze wy­żej, lu­dzie mdle­ją – wy­ja­śni­ła Agnes. – A kie­dy scho­dzę ni­żej, nie­któ­rzy mó­wią, że źle się wte­dy czu­ją.

Szep­ty, szep­ty. Szep­ty, szep­ty, szep­ty.

– Czy, hm… jesz­cze coś…

– Umiem śpie­wać ze sobą na trzy. Nia­nia Ogg twier­dzi, że nie każ­dy to po­tra­fi.

– Prze­pra­szam…

– Tu, na gó­rze?

– Jak… do-re-mi. Rów­no­cze­śnie.

Szep­ty, szep­ty.

– Po­każ nam, mała.

–  La­aaaaa!

Lu­dzie z boku sce­ny roz­ma­wia­li z wy­raź­nym pod­nie­ce­niem.

Szep­ty.

– A te­raz emi­sja… – za­czął głos z ciem­no­ści.

– Tak, to po­tra­fię – rzu­ci­ła zi­ry­to­wa­na Agnes. Za­czy­na­ła mieć tego do­syć. – Gdzie mam wy­emi­to­wać głos?

– Słu­cham? Mó­wi­my o…

– Tu­taj?

– Czy tu­taj?

– Albo tu­taj?

To nie­trud­na sztu­ka, my­śla­ła Agnes. Może im­po­no­wać, je­śli wło­ży się sło­wa w usta sie­dzą­cej obok ku­kieł­ki, jak to ro­bią wę­drow­ni sztuk­mi­strze, ale nie da się usta­wić gło­su zbyt da­le­ko tak, by nadal oszu­kać całą pu­blicz­ność.

Te­raz, kie­dy oczy przy­zwy­cza­iły się do pół­mro­ku, roz­po­zna­wa­ła syl­wet­ki lu­dzi od­wra­ca­ją­cych się w fo­te­lach. Byli wy­raź­nie zdu­mie­ni.

– Mó­wi­łaś, że jak się na­zy­wasz, moja dro­ga?

Głos, któ­ry w pew­nym mo­men­cie zdra­dzał śla­dy lek­ce­wa­że­nia, te­raz brzmiał jak po­ko­na­ny.

– Ag-Per… Per­di­ta – od­par­ła Agnes. – Per­di­ta Nitt. Per­di­ta X… Nitt.

– Być może, trze­ba bę­dzie coś zro­bić z tym Nitt, moja dro­ga.

Drzwi cha­ty bab­ci We­ather­wax otwo­rzy­ły się same.

Jar­ge Tkacz za­wa­hał się. Oczy­wi­ście, jest prze­cież cza­row­ni­cą. Lu­dzie uprze­dza­li go, że ta­kie rze­czy się zda­rza­ją.

Nie lu­bił tego. Ale nie lu­bił też swo­je­go krzy­ża, zwłasz­cza kie­dy krzyż jego nie lu­bił. Nie jest ła­two, gdy ata­ku­je czło­wie­ka jego wła­sny krę­go­słup.

Wszedł wol­no, krzy­wiąc się i pod­pie­ra­jąc dwo­ma la­ska­mi.

Cza­row­ni­ca sie­dzia­ła w fo­te­lu na bie­gu­nach, od­wró­co­na ple­ca­mi do drzwi.

Jar­ge wa­hał się.

– Wejdź, Jar­ge Tka­czu – ode­zwa­ła się bab­cia We­ather­wax. – Dam ci coś na ten twój bo­lą­cy grzbiet.

Szok spra­wił, że Jar­ge spró­bo­wał się wy­pro­sto­wać, a to z ko­lei spo­wo­do­wa­ło wy­buch cze­goś roz­pa­lo­ne­go do bia­ło­ści w oko­li­cach krzy­ża.

Bab­cia We­ather­wax prze­wró­ci­ła ocza­mi i wes­tchnę­ła.

– Mo­żesz usiąść?

– Nie, psze pani. Ale mogę upaść na sto­łek.

Bab­cia wy­ję­ła z kie­sze­ni far­tu­cha nie­wiel­ką czar­ną bu­te­lecz­kę. Po­trzą­snę­ła nią ener­gicz­nie. Jar­ge sze­rzej otwo­rzył oczy.

– Mia­ła to pani już go­to­we?

– Tak – po­twier­dzi­ła szcze­rze bab­cia.

Już daw­no po­go­dzi­ła się z fak­tem, że lu­dzie ocze­ku­ją cze­goś lep­kie­go i dziw­nie za­bar­wio­ne­go. Choć to nie le­kar­stwo za­ła­twia­ło spra­wę, ale ra­czej – w pew­nym sen­sie – łyż­ka.

– To mie­sza­ni­na rzad­kich ziół i róż­nych ta­kich – wy­ja­śni­ła. – W tym su­kro­zy i akwy.

– Coś ta­kie­go… – Na Jar­ge wy­war­ło to spo­re wra­że­nie.

– A te­raz łyk­nij so­lid­nie.

Wy­ko­nał po­le­ce­nie. Le­kar­stwo sma­ko­wa­ło tro­chę jak lu­kre­cja.

– Wy­pi­jesz jesz­cze łyk wie­czo­rem, za­nim pój­dziesz spać – tłu­ma­czy­ła da­lej bab­cia. – A po­tem trzy­krot­nie obie­gniesz kasz­tan.

– …trzy razy kasz­tan…

– I jesz­cze… Po­łóż so­sno­wą de­skę pod ma­te­rac. Ale to musi być de­ska z dwu­dzie­sto­let­nie­go drze­wa. Nie za­po­mnij.

– …dwu­dzie­sto­let­nie drze­wo… – po­wtó­rzył Jar­ge. Uznał, że po­wi­nien do­dać coś od sie­bie. – Żeby te bo­lą­ce wę­zły z grzbie­tu prze­szły do de­ski? – pró­bo­wał zgad­nąć.

Bab­cia spoj­rza­ła na nie­go z po­dzi­wem. Był to nie­zwy­kle po­my­sło­wy ele­ment lu­do­wych prze­są­dów, wart za­pa­mię­ta­nia na póź­niej­sze oka­zje.

– Wła­śnie tak.

– I to wszyst­ko?

– A chcia­łeś cze­goś wię­cej?

– Bo ja… no… my­śla­łem, że będą tań­ce, śpie­wy i ta­kie róż­ne.

– Za­ła­twi­łam wszyst­ko, za­nim przy­sze­dłeś – uspo­ko­iła go bab­cia.

– Coś ta­kie­go… No tak. A tego… Cho­dzi o za­pła­tę…

– Och, nie chcę za­pła­ty – za­pew­ni­ła. – Bra­nie pie­nię­dzy przy­no­si pe­cha.

– Aha. Rze­czy­wi­ście. – Jar­ge roz­pro­mie­nił się.

– Ale może… Gdy­by two­ja żona mia­ła ja­kieś sta­re ubra­nia, to no­szę roz­miar 12, czar­ne w mia­rę moż­li­wo­ści. Albo gdy­by aku­rat pie­kła cia­sto, byle bez śli­wek, bo mam po nich wzdę­cia, albo od­sta­wi­ła gdzieś tro­chę mio­du na przy­kład. A może aku­rat bę­dziesz bił świ­nię, naj­bar­dziej lu­bię od kar­ku, cza­sem tro­chę szyn­ki albo ra­cicz­ki… Wła­ści­wie co­kol­wiek, co nie bę­dzie ci po­trzeb­ne. Ale to nie­obo­wiąz­ko­we. Nie chcia­ła­bym na­rzu­cać lu­dziom żad­nych obo­wiąz­ków tyl­ko dla­te­go, że je­stem cza­row­ni­cą. Jak tam w domu, wszyst­ko w po­rząd­ku? Ni­ko­mu nic nie do­le­ga, mam na­dzie­ję…

Pa­trzy­ła, jak za­czy­na ro­zu­mieć.

– A te­raz po­mo­gę ci wyjść za próg – po­wie­dzia­ła.

Tkacz nie był pe­wien, co wła­ści­wie się sta­ło. Bab­cia, zwy­kle tak pew­nie stą­pa­ją­ca po zie­mi, te­raz jak gdy­by po­tknę­ła się o jego la­skę i upa­dła na ple­cy, cią­gle trzy­ma­jąc go za ra­mio­na. A po­tem jej ko­la­no unio­sło się ja­koś i tra­fi­ło w pe­wien punkt na krzy­żu, ona skrę­ci­ła go w bok, coś klik­nę­ło…

– Auuu!

– Prze­pra­szam!

– Moje ple­cy! Mój krzyż!

Mimo wszyst­ko, my­ślał po­tem Jar­ge, już się chy­ba sta­rze­je. Pew­nie jest tro­chę nie­zgrab­na, a za­wsze była nie­uważ­na. Trze­ba jed­nak przy­znać, że robi świet­ne wy­wa­ry. I jak szyb­ko dzia­ła­ją…

Za­nim do­tarł do domu, niósł obie la­ski pod pa­chą.

Bab­cia ob­ser­wo­wa­ła go, krę­cąc gło­wą.

Lu­dzie są tacy… śle­pi, my­śla­ła. Wolą wie­rzyć w bzdu­ry niż w krę­gar­stwo.

Oczy­wi­ście, bar­dzo do­brze, że tak jest. Niech roz­dzia­wia­ją usta ze zdu­mie­nia, że wie, kto się zbli­ża do jej chat­ki. Ja­koś nikt nie za­uwa­żył, że okna do­god­nie wy­cho­dzą na za­kręt ścież­ki. A co do sko­bla w drzwiach i sztucz­ki z ka­wał­kiem czar­nej nici2…

Cho­ciaż… cze­go wła­ści­wie do­ko­na­ła? Oszu­ka­ła nie­zbyt mą­dre­go sta­rusz­ka.

Sta­wa­ła twa­rzą w twarz z ma­ga­mi, po­two­ra­mi i el­fa­mi, a te­raz cie­szy się, że na­bra­ła Jar­ge Tka­cza – czło­wie­ka, któ­ry dwa razy nie zdo­łał uzy­skać sta­no­wi­ska Wio­sko­we­go Idio­ty, a to z po­wo­du zbyt wy­so­kich kwa­li­fi­ka­cji.

Zna­la­zła się na śli­skim grun­cie. Jesz­cze tro­chę, a za­cznie chi­cho­tać i zwa­biać dzie­ci do pie­kar­ni­ka. A prze­cież na­wet nie lubi dzie­ci.

Przez całe lata bab­ci We­ather­wax cał­ko­wi­cie star­cza­ły wy­zwa­nia, ja­kich do­star­cza funk­cja wio­sko­wej cza­row­ni­cy. A po­tem mu­sia­ła ru­szyć w po­dróż, zo­ba­czy­ła ka­wa­łek świa­ta i przez to nie po­tra­fi­ła te­raz usie­dzieć na miej­scu – zwłasz­cza o tej po­rze roku, kie­dy klu­cze gęsi la­ta­ły po nie­bie, a pierw­szy szron ata­ko­wał li­ście w co głęb­szych do­li­nach.

Ro­zej­rza­ła się po kuch­ni. Przy­da­ło­by się ją za­mieść. Garn­ki cze­ka­ły na zmy­wa­nie. Ścia­ny po­ro­sły bru­dem. Zda­wa­ło się, że jest mnó­stwo ro­bo­ty, ale ja­koś nie mo­gła się do ni­cze­go za­brać.

Usły­sza­ła krzy­ki wy­so­ko w gó­rze; nie­rów­ny klin dzi­kich gęsi prze­le­ciał nad po­la­ną. Zmie­rza­ły ku cie­plej­szym dniom w miej­scach, o któ­rych bab­cia We­ather­wax je­dy­nie sły­sza­ła.

To było ku­szą­ce.

Ko­mi­sja re­kru­ta­cyj­na za­sia­dła przy sto­le w ga­bi­ne­cie pana Sel­do­ma Ku­bła, no­we­go wła­ści­cie­la Ope­ry. To­wa­rzy­szy­li mu pan Sal­zel­la, dy­rek­tor mu­zycz­ny, i pan Un­der­shaft, kie­row­nik chó­ru.

– Tak więc – mó­wił pan Ku­beł – do­cho­dzi­my do… tak, Chri­sti­ne… Wspa­nia­ła oso­bo­wość sce­nicz­na, co? I świet­na fi­gu­ra.

Mru­gnął do Un­der­sha­fta.

– Tak. Bar­dzo ład­na – przy­znał obo­jęt­nym to­nem Un­der­shaft. – Nie­ste­ty, nie po­tra­fi śpie­wać.

– Wy, ar­ty­ści, nie chce­cie zro­zu­mieć, że mamy Wiek Nie­to­pe­rza – oświad­czył Ku­beł. – Ope­ra to pro­duk­cja, a nie tyl­ko kupa pio­se­nek.

– Tak pan uwa­ża. Ale…

– Za­sa­da, że so­pran to pięt­na­ście akrów łona w ro­ga­tym heł­mie, na­le­ży już do prze­szło­ści.

Sal­zel­la i Un­der­shaft po­ro­zu­mie­li się wzro­kiem. A więc bę­dzie to… taki wła­ści­ciel…

– Na nie­szczę­ście – wtrą­cił kwa­śno Sal­zel­la – za­sa­da, że so­pran po­wi­nien mieć w mia­rę sen­sow­ny głos, do prze­szło­ści nie na­le­ży. Owszem, ona ma świet­ną fi­gu­rę. Ma… iskrę. Ale nie po­tra­fi śpie­wać.

– Chy­ba mo­że­cie ją na­uczyć, praw­da? Kil­ka lat w chó­rze…

– Tak, może po kil­ku la­tach, je­śli bę­dzie­my upar­ci, sta­nie się zwy­czaj­nie bar­dzo złą śpie­wacz­ką – od­parł Un­der­shaft.

– No tak… pa­no­wie – rzekł Ku­beł. – Ehm. No do­brze. Kar­ty na stół, co? Je­stem pro­stym czło­wie­kiem. Nie lu­bię cho­dzić opłot­ka­mi i wolę na­zy­wać rze­czy po imie­niu…

– Niech pan nam prze­ka­że swo­je szcze­re opi­nie – wtrą­cił Sal­zel­la.

Sta­now­czo to wła­śnie ten ro­dzaj wła­ści­cie­la, my­ślał. Do­ro­bił się wła­sną pra­cą i jest z tego dum­ny. Myli pew­ność sie­bie i szcze­rość z nie­grzecz­no­ścią. Po­sta­wił­bym do­la­ra, że wie­rzy, iż po­tra­fi oce­nić czyjś cha­rak­ter z siły uści­sku dło­ni i pa­trząc mu głę­bo­ko w oczy.

– Wie­le prze­sze­dłem, żar­na ży­cia mnie prze­mie­li­ły – za­czął Ku­beł. – Jed­nak pod­nio­słem się i do­sze­dłem do tego, kim je­stem dzi­siaj…

Mąka do pie­cze­nia? – po­my­ślał Sal­zel­la.

– Jed­nak mu­szę wam zdra­dzić, hm, pew­ne uwa­run­ko­wa­nia fi­nan­so­we. Jej oj­ciec, tego… wła­ści­wie, no… po­ży­czył mi spo­rą sum­kę, że­bym mógł ku­pić ten te­atr, i zło­żył ser­decz­ną oj­cow­ską proś­bę w kwe­stii cór­ki. Je­śli do­brze so­bie przy­po­mi­nam, jego sło­wa brzmia­ły: „Nie zmu­szaj mnie, że­bym po­ła­mał ci nogi”. Nie spo­dzie­wam się, że­by­ście wy, ar­ty­ści, zro­zu­mie­li tę sy­tu­ację. To czy­sto biz­ne­so­we za­leż­no­ści. Bo­go­wie po­ma­ga­ją tym, któ­rzy sami so­bie po­ma­ga­ją, oto moje mot­to.

Sal­zel­la wsu­nął pal­ce w kie­sze­nie ka­mi­zel­ki, od­chy­lił się na krze­śle i za­czął po­gwiz­dy­wać.

– Ro­zu­miem – mruk­nął Un­der­shaft. – Cóż, nie pierw­szy raz zda­rza się coś ta­kie­go. Nor­mal­nie jed­nak cho­dzi o ba­le­ri­nę.

– To nic ta­kie­go, za­pew­niam – rzekł po­spiesz­nie Ku­beł. – Po pro­stu ra­zem z pie­niędz­mi przy­cho­dzi ta dziew­czy­na, Chri­sti­ne. Zresz­tą mu­si­cie przy­znać, że na­praw­dę świet­nie wy­glą­da.

– Och, niech bę­dzie – zgo­dził się Sal­zel­la. – To w koń­cu pań­ska Ope­ra. A te­raz ta… Per­di­ta…?

Uśmiech­nę­li się do sie­bie.

– Per­di­ta! – po­wtó­rzył Ku­beł, za­do­wo­lo­ny, że spra­wa Chri­sti­ne zo­sta­ła za­ła­twio­na i zno­wu może być pew­ny sie­bie i szcze­ry.

– Per­di­ta X. – po­pra­wił go Sal­zel­la.

– Co jesz­cze wy­my­ślą te dziew­czę­ta…

– Uwa­żam, że może być bar­dzo przy­dat­na – stwier­dził Un­der­shaft.

– Tak, je­śli kie­dyś bę­dzie­my wy­sta­wiać ope­rę ze sło­nia­mi.

– Ale ska­la! Ja­kąż ona ma ska­lę!

– Owszem. Za­uwa­ży­łem, jak się pan przy­glą­da.

– Cho­dzi­ło mi o jej głos, Sal­zel­la. Do­sko­na­le się spraw­dzi w chó­rze.

– Ona sama jest chó­rem. Mo­że­my zwol­nić całą resz­tę. Na bo­gów, ona po­tra­fi na­wet śpie­wać sama ze sobą na gło­sy. Ale czy wi­dzi ją pan w któ­rejś z głów­nych ról?

– Bo­go­wie, nie! Sta­li­by­śmy się po­śmie­wi­skiem.

– Otóż to. Lecz wy­da­je się… po­słusz­na.

– Wspa­nia­ły cha­rak­ter, od razu tak po­my­śla­łem. I nie­złe wło­sy, oczy­wi­ście.

Nie spo­dzie­wa­ła się, że pój­dzie jej tak ła­two.

Słu­cha­ła w oszo­ło­mie­niu, jak lu­dzie mó­wią jej o pen­sji (bar­dzo mało), po­trze­bie na­uki (dużo) i kwa­te­rze (dziew­czę­ta z chó­ru miesz­ka­ły w sa­mym gma­chu Ope­ry, pod da­chem).

A po­tem wszy­scy o niej za­po­mnie­li. Sta­ła z boku sce­ny i pa­trzy­ła, jak gru­pa po­ten­cjal­nych ba­let­nic wy­ko­nu­je swe de­li­kat­ne kro­ki.

– Na­praw­dę masz wspa­nia­ły głos!! – usły­sza­ła ko­goś za ple­ca­mi.

Od­wró­ci­ła się. Jak za­uwa­ży­ła kie­dyś nia­nia Ogg, czło­wiek dużo mógł się na­uczyć, pa­trząc, jak Agnes się od­wra­ca. Stą­pa­ła dość lek­ko, ale in­er­cja frag­men­tów ze­wnętrz­nych spra­wia­ła, że jej ele­men­ty jesz­cze przez pe­wien czas sta­ra­ły się usta­lić, w któ­rą stro­nę mają się skie­ro­wać.

Dziew­czy­na, któ­ra się ode­zwa­ła, była drob­nej bu­do­wy, na­wet we­dług ty­po­wych norm, a pod­ję­ła do­dat­ko­we wy­sił­ki, by wy­da­wać się jesz­cze szczu­plej­sza. Mia­ła dłu­gie ja­sne wło­sy i ra­do­sny uśmiech ko­goś, kto zda­je so­bie spra­wę, że jest szczu­pły i ma dłu­gie ja­sne wło­sy.

– Mam na imię Chri­sti­ne!! – przed­sta­wi­ła się. – Czy to nie pod­nie­ca­ją­ce?!

Mia­ła też ten ro­dzaj gło­su, któ­rym moż­na wy­krzy­ki­wać py­ta­ją­co. Zda­wa­ło się, że pod­eks­cy­to­wa­ny pisk jest do nie­go przy­mo­co­wa­ny na sta­łe.

– Eee… no owszem – przy­zna­ła Agnes.

– Na ten dzień cze­ka­łam od lat!!

Agnes cze­ka­ła ja­kiś ty­dzień, od­kąd za­uwa­ży­ła ogło­sze­nie na ścia­nie gma­chu Ope­ry. Ale ra­czej sko­na, niż się do tego przy­zna.

– Gdzie się szko­li­łaś?! – py­ta­ła Chri­sti­ne. – Ja uczy­łam się przez trzy lata u ma­da­me Ven­tu­ri w Qu­irm­skim Kon­ser­wa­to­rium!!

– Hm… ja… – Agnes za­wa­ha­ła się, wy­pró­bo­wu­jąc w my­ślach ko­lej­ne zda­nie. – Szko­li­ła mnie… lady Ogg. Ale ona nie ma kon­ser­wa­to­rium, bo w góry trud­no spro­wa­dzić szkło.

Chri­sti­ne chy­ba nie za­mie­rza­ła tego kwe­stio­no­wać. Co­kol­wiek uzna­ła za zbyt trud­ne do zro­zu­mie­nia, igno­ro­wa­ła.

– W chó­rze nie pła­cą zbyt wie­le, praw­da?!

– Nie.

Pła­ci­li mniej niż za my­cie pod­łóg. A to dla­te­go, że kie­dy się daje ogło­sze­nie o brud­nej pod­ło­dze, nie zgła­sza­ją się set­ki chęt­nych do szo­ro­wa­nia.

– Ale ja to wła­śnie za­wsze chcia­łam ro­bić. Poza tym li­czy się sta­tus!!

– Rze­czy­wi­ście, trze­ba go też do­li­czyć.

– By­łam obej­rzeć te po­ko­je, któ­re nam przy­dzie­li­li. Strasz­nie są cia­sne!! Któ­ry do­sta­łaś?!

Agnes spoj­rza­ła tępo na klucz, któ­ry jej prze­ka­za­no, wraz z licz­ny­mi su­ro­wy­mi in­struk­cja­mi w sty­lu „żad­nych męż­czyzn”, a tak­że nie­przy­jem­nym („to­bie nie mu­szę tego mó­wić”) wy­ra­zem twa­rzy opie­kun­ki chó­ru.

– Sie­dem­na­ście.

Chri­sti­ne kla­snę­ła w dło­nie.

– Cu­dow­nie!!

– Słu­cham?

– Tak się cie­szę!! Miesz­kasz obok mnie!!

Agnes zdu­mia­ła się. Po­go­dzi­ła się już z tym, że za­wsze wy­bie­ra­ją ją ostat­nią do wiel­kiej ze­spo­ło­wej gry Ży­cia.

– No… tak, chy­ba rze­czy­wi­ście.

– Jaka mu­sisz być szczę­śli­wa!! Masz taką ma­je­sta­tycz­ną fi­gu­rę do ope­ry!! I ta­kie wspa­nia­łe wło­sy, kie­dy je tak upi­nasz do góry!! Przy oka­zji, do twa­rzy ci w czar­nym!!

Ma­je­sta­tycz­na, my­śla­ła Agnes. Ta­kie sło­wo nig­dy, ale to nig­dy nie przy­szło­by jej do gło­wy. A biel za­wsze omi­ja­ła z da­le­ka, bo w bia­łym wy­glą­da­ła jak sznur z su­szą­cą się bie­li­zną w wietrz­ny dzień.

Po­dą­ży­ła za Chri­sti­ne.

Przy­szło jej na myśl, kie­dy ma­sze­ro­wa­ła ku swo­jej no­wej kwa­te­rze, że je­śli czło­wiek spę­dzi z tą dziew­czy­ną tro­chę cza­su w jed­nym po­miesz­cze­niu, po­wi­nien otwo­rzyć okno, żeby nie uto­nąć w zna­kach prze­stan­ko­wych.

Gdzieś z tyłu sce­ny, cał­kiem nie­zau­wa­żo­ny, ktoś przy­glą­dał się, jak od­cho­dzą.

Lu­dzie byli zwy­kle za­do­wo­le­ni, wi­dząc nia­nię Ogg. Po­tra­fi­ła spra­wić, że czu­li się jak w domu we wła­snym domu.

Ale była też cza­row­ni­cą, a za­tem i eks­per­tem po­ja­wia­nia się aku­rat po upie­cze­niu cia­sta czy zro­bie­niu kieł­bas. Nia­nia zwy­kle wę­dro­wa­ła z siat­ką wci­śnię­tą w no­gaw­kę jej dłu­gich do ko­lan re­form. Na wy­pa­dek, jak to tłu­ma­czy­ła, gdy­by ktoś chciał jej coś po­da­ro­wać.

– A jak tam, pani Nitt – pod­su­mo­wa­ła w oko­li­cach trze­cie­go ka­wał­ka cia­sta i czwar­tej fi­li­żan­ki her­ba­ty – mie­wa się pani có­recz­ka? Cho­dzi mi o Agnes.

– Ach, nie sły­sza­ła pani, pani Ogg? Wy­ru­szy­ła do Ankh-Mor­pork, żeby zo­stać śpie­wacz­ką.

Ser­ce w nia­ni za­mar­ło.

– Co pani po­wie! – sko­men­to­wa­ła ostroż­nie. – Mia­ła do­bry, śpiew­ny głos, jak pa­mię­tam. Na­tu­ral­nie, udzie­li­łam jej kil­ku rad. Sły­sza­łam cza­sem, jak śpie­wa w le­sie.

– To przez tu­tej­sze po­wie­trze – wy­ja­śni­ła pani Nitt. – Za­wsze mia­ła po­tęż­ną pierś.

– Tak, trze­ba przy­znać. Zna­na była z tego. Czy­li… no… nie ma jej tu­taj, praw­da?

– Zna pani na­szą Agnes. Nig­dy wie­le nie mówi. Zda­je mi się, że było jej tu tro­chę nud­no.

– Nud­no? W Lan­cre?

– To samo jej po­wta­rza­łam – zgo­dzi­ła się pani Nitt. – Po­wia­dam: mamy cza­sa­mi pięk­ne za­cho­dy słoń­ca. A w każ­dy Wto­rek Du­cho­we­go Cia­sta jest prze­cież jar­mark, re­gu­lar­nie.

Nia­nia Ogg my­śla­ła o Agnes. Trze­ba wiel­kich my­śli, żeby zmie­ścić ją w nich całą.

W Lan­cre za­wsze ro­dzi­ły się moc­ne, zdro­we ko­bie­ty. Lan­crań­ski far­mer po­trze­bo­wał żony, któ­ra bez tru­du wła­snym far­tu­chem za­tłu­cze wil­ka na śmierć, gdy spo­tka go pod­czas wy­ciecz­ki do lasu po drew­no. I cho­ciaż ca­ło­wa­nie po­cząt­ko­wo ma wię­cej uro­ku od go­to­wa­nia, po­rząd­ny lan­crań­ski chło­pak, szu­ka­ją­cy na­rze­czo­nej, ma w pa­mię­ci oj­cow­ską radę, że po­ca­łun­ki z cza­sem tra­cą na zna­cze­niu, na­to­miast kuch­nia z la­ta­mi sta­je się zwy­kle co­raz lep­sza. Dla­te­go swo­je za­lo­ty kie­ru­je ra­czej ku tym ro­dzi­nom, któ­re wy­raź­nie zdra­dza­ją tra­dy­cję do­bre­go je­dze­nia.

Agnes była, zda­niem nia­ni, cał­kiem atrak­cyj­na w dość eks­pan­syw­nym sty­lu: pięk­ny przy­kład ty­po­wej lan­crań­skiej ko­bie­co­ści. To zna­czy, że była w przy­bli­że­niu jak dwie ko­bie­co­ści z do­wol­nych in­nych oko­lic.

Nia­nia pa­mię­ta­ła też, że była mil­kli­wa i jak­by wiecz­nie za­kło­po­ta­na – pew­nie chcia­ła zmniej­szyć zaj­mo­wa­ny przez sie­bie frag­ment świa­ta.

Ale zdra­dza­ła już ozna­ki od­po­wied­nich zdol­no­ści. Wła­ści­wie na­le­ża­ło się tego spo­dzie­wać. Nic nie sty­mu­lu­je ma­gicz­nych ner­wów bar­dziej od uczu­cia nie­do­pa­so­wa­nia. Dla­te­go Esme jest taka do­bra. W przy­pad­ku Agnes po­czu­cie to ma­ni­fe­sto­wa­ło się no­sze­niem czar­nych ko­ron­ko­wych rę­ka­wi­czek i bla­de­go ma­ki­ja­żu oraz przed­sta­wia­niem się jako Per­di­ta plus ini­cjał z sa­me­go tył­ka al­fa­be­tu. Nia­nia uwa­ża­ła jed­nak, że wszyst­ko to szyb­ko jej przej­dzie, gdy tyl­ko zaj­mie się uczci­wym cza­row­nic­twem.

Po­win­na bar­dziej uwa­żać z tą mu­zy­ką. Moc znaj­du­je wej­ścia róż­ny­mi dro­ga­mi…

Mu­zy­ka i ma­gia mają ze sobą wie­le wspól­ne­go. Na przy­kład obie są na „m”.

Niech to li­cho… Nia­nia li­czy­ła na tę dziew­czy­nę.

– Czę­sto pi­sa­ła do Ankh-Mor­pork, żeby jej przy­sy­ła­li mu­zy­kę – po­wie­dzia­ła pani Nitt. – Sama po­patrz.

Wrę­czy­ła nia­ni stos kar­tek.

Nia­nia prze­rzu­ci­ła je. Nuty były w Ram­to­pach dość po­pu­lar­ne, a śpie­wy w izbie uzna­wa­no za trze­cie w ko­lej­no­ści naj­lep­sze za­ję­cie na dłu­gie zi­mo­we wie­czo­ry. Ale nia­nia wi­dzia­ła, że nie jest to żad­na nor­mal­na mu­zy­ka. Kart­ki były za bar­dzo za­czer­nio­ne.

– Cosi fan Hita – prze­czy­ta­ła. – Die Me­ister­sin­ger von Scro­te.

– To za­gra­nicz­ne – wy­ja­śni­ła z dumą pani Nitt.

– Rze­czy­wi­ście – przy­zna­ła nia­nia.

Pani Nitt spo­glą­da­ła na nią wy­cze­ku­ją­co.

– Co? – zdzi­wi­ła się nia­nia, ale na­tych­miast zro­zu­mia­ła. – Aha.

Pani Nitt zer­k­nę­ła szyb­ko na pu­stą fi­li­żan­kę po her­ba­cie.

Nia­nia wes­tchnę­ła i od­su­nę­ła nuty. Cza­sa­mi rze­czy­wi­ście poj­mo­wa­ła, o co cho­dzi bab­ci We­ather­wax: lu­dzie czę­sto zbyt mało ocze­ku­ją od cza­row­nic.

– Tak, oczy­wi­ście. – Sta­ra­ła się uśmie­chać. – Zo­bacz­my, co prze­zna­cze­nie, w po­sta­ci tych wy­schnię­tych już ka­wał­ków li­ści, po­sta­wi­ło na na­szej dro­dze.

Przy­bra­ła od­po­wied­nio okul­ty­stycz­ny wy­raz twa­rzy i zaj­rza­ła na dno fi­li­żan­ki.

Któ­ra se­kun­dę póź­niej roz­trza­ska­ła się, ude­rza­jąc o pod­ło­gę.

Po­kój był mały. Wła­ści­wie była to po­łów­ka ma­łe­go po­ko­ju, gdyż prze­dzie­lo­no go cien­ką ścian­ką. Młod­sze chó­rzyst­ki w Ope­rze sta­ły jesz­cze ni­żej niż zmie­nia­ją­cy de­ko­ra­cje ucznio­wie ma­szy­ni­stów.

W po­ko­ju zna­la­zło się dość miej­sca na łóż­ko, sza­fę, gar­de­ro­bę i – cał­kiem tu nie na miej­scu – wiel­kie lu­stro, duże jak drzwi.

– Im­po­nu­ją­ce, praw­da?! – stwier­dzi­ła Chri­sti­ne. – Pró­bo­wa­li je wy­nieść, ale jest chy­ba wmu­ro­wa­ne. Na pew­no bar­dzo się przy­da!!

Agnes nie od­po­wia­da­ła. W swo­jej po­łów­ce po­ko­ju – dru­giej czę­ści tego tu­taj – nie mia­ła lu­stra. I była z tego za­do­wo­lo­na. Nie uwa­ża­ła lu­ster za obiek­ty z na­tu­ry przy­ja­zne. Nie cho­dzi­ło tyl­ko o po­ka­zy­wa­ne ob­ra­zy. Było w lu­strach coś… coś nie­po­ko­ją­ce­go. Zda­wa­ło się, że na nią pa­trzą. Agnes nie zno­si­ła, gdy ktoś na nią pa­trzył.

Chri­sti­ne sta­nę­ła w nie­wiel­kiej pu­stej prze­strze­ni na środ­ku pod­ło­gi i okrę­ci­ła się do­oko­ła. Ob­ser­wo­wa­nie jej było przy­jem­nym za­ję­ciem. Zda­wa­ła się skrzyć. Coś w niej su­ge­ro­wa­ło ce­ki­ny.

– To miło, praw­da?! – po­wie­dzia­ła.

Nie lu­bić Chri­sti­ne to jak­by nie lu­bić ma­łe­go pu­cha­te­go zwie­rząt­ka. Na przy­kład kró­li­ka. Z pew­no­ścią nie­moż­li­we było dla niej ob­ję­cie umy­słem ca­łej jed­nej my­śli na­raz. Mu­sia­ła ją dzie­lić na mniej­sze ka­wał­ki.

Agnes zer­k­nę­ła w lu­stro. Od­bi­cie pa­trzy­ło na nią. Przy­da­ła­by się jej te­raz chwi­la sa­mot­no­ści. Wszyst­ko wy­da­rzy­ło się tak pręd­ko… A to miej­sce ja­koś ją nie­po­ko­iło. Wo­la­ła­by mieć chwi­lę tyl­ko dla sie­bie.

Chri­sti­ne prze­sta­ła się krę­cić.

– Do­brze się czu­jesz?!

Agnes przy­tak­nę­ła.

– Opo­wiedz mi coś o so­bie!!

– Ja… tego… – Mi­mo­wol­nie po­czu­ła wdzięcz­ność. – Po­cho­dzę z ta­kie­go kra­iku w gó­rach, o któ­rym pew­nie nig­dy nie sły­sza­łaś…

Urwa­ła. W gło­wie Chri­sti­ne ktoś prze­krę­cił wy­łącz­nik i świa­tło zga­sło. Agnes zda­ła so­bie spra­wę, że py­ta­nie zo­sta­ło za­da­ne nie dla­te­go, by Chri­sti­ne chcia­ła się cze­go­kol­wiek do­wie­dzieć, ale po pro­stu by prze­rwać mil­cze­nie. Mó­wi­ła da­lej…

– Mój oj­ciec był im­pe­ra­to­rem Klat­chu, a mat­ka mi­secz­ką bu­dy­niu ma­li­no­we­go.

– To cie­ka­we – za­pew­ni­ła Chri­sti­ne, pa­trząc w lu­stro. – Jak my­ślisz, do­brze mi w tej fry­zu­rze?!

Oto co Agnes by opo­wie­dzia­ła, gdy­by Chri­sti­ne była zdol­na słu­chać dłu­żej niż kil­ka se­kund:

Pew­ne­go dnia obu­dzi­ła się z prze­ra­ża­ją­cą świa­do­mo­ścią, że żyje z brze­mie­niem wspa­nia­łe­go cha­rak­te­ru. Po pro­stu. Aha, i nie­złych wło­sów.

Wła­ści­wie to nie cha­rak­ter był pro­ble­mem, lecz „ale”, któ­re lu­dzie za­wsze do­da­wa­li, kie­dy o tym wspo­mi­na­li. „Ale za to ma wspa­nia­ły cha­rak­ter”, mó­wi­li. Wła­śnie brak wy­bo­ru tak ją iry­to­wał. Nikt jej nie spy­tał przed na­ro­dzi­na­mi, czy woli wspa­nia­ły cha­rak­ter, czy ra­czej pa­skud­ny cha­rak­ter, a za to cia­ło, któ­re wci­śnie się w suk­nię roz­mia­ru dzie­wią­te­go. Lu­dzie usil­nie sta­ra­li się ją prze­ko­nać, że uro­da to tyl­ko ze­wnętrz­na for­ma, li­czy się wnę­trze – tak jak­by ja­kiś męż­czy­zna za­ko­chał się kie­dyś w pa­rze ne­rek.

Czu­ła, że przy­szłość usi­łu­je ją zgnieść.

Przy­ła­pa­ła się, że mówi „nie­do­cze­ka­nie” i „cho­ro­ba”, kie­dy chce za­kląć, i że uży­wa ró­żo­we­go pa­pie­ru li­sto­we­go.

Że cie­szy się re­pu­ta­cją oso­by spo­koj­nej i opa­no­wa­nej w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych.

Jesz­cze tro­chę, a za­cznie piec her­bat­ni­ki i ja­błecz­ni­ki nie gor­sze niż mat­ka. Wte­dy nie bę­dzie już dla niej na­dziei.

Po­wo­ła­ła więc do ży­cia Per­di­tę. Sły­sza­ła gdzieś, że we­wnątrz każ­dej gru­bej ko­bie­ty tkwi szczu­pła ko­bie­ta, któ­ra usi­łu­je się wy­do­stać3, więc na­zwa­ła ją Per­di­tą. Była świet­ną po­wier­nicz­ką dla wszyst­kich tych my­śli, któ­re Agnes nie po­win­ny na­wet przy­cho­dzić do gło­wy ze wzglę­du na jej wspa­nia­ły cha­rak­ter. Per­di­ta uży­wa­ła­by czar­ne­go pa­pie­ru, gdy­by tyl­ko było to moż­li­we, i by­ła­by cu­dow­nie bla­da, a nie iry­tu­ją­co za­ru­mie­nio­na. Per­di­ta chcia­ła być in­te­re­su­ją­co za­gu­bio­ną du­szą z fio­le­to­wą szmin­ką. Od cza­su do cza­su jed­nak Agnes uzna­wa­ła, że Per­di­ta jest rów­nie nie­mą­dra jak ona.

Czy je­dy­ną al­ter­na­ty­wę sta­no­wi­ły cza­row­ni­ce? Wy­czu­wa­ła ich za­in­te­re­so­wa­nie sobą – wy­czu­wa­ła w spo­sób, ja­kie­go nie po­tra­fi­ła­by okre­ślić. Przy­po­mi­na­ło to uczu­cie, kie­dy czło­wiek wie, że ktoś go ob­ser­wu­je. Co praw­da kil­ka razy za­uwa­ży­ła, że nia­nia Ogg rze­czy­wi­ście ob­ser­wu­je ją kry­tycz­nie, jak ktoś, kto za­mie­rza ku­pić uży­wa­ne­go ko­nia.

Wie­dzia­ła, że ma pe­wien ta­lent. Cza­sa­mi od­ga­dy­wa­ła coś, co do­pie­ro mia­ło się zda­rzyć, choć za­wsze do­sta­tecz­nie nie­ja­sno, żeby wi­zja była cał­kiem nie­przy­dat­na – do­pie­ro po fak­cie… Mia­ła też głos. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że te zdol­no­ści nie są cał­kiem na­tu­ral­ne. Za­wsze lu­bi­ła śpie­wać, a głos ja­koś wy­ko­ny­wał wszyst­ko, cze­go od nie­go chcia­ła.

Ale wi­dzia­ła też, jak żyją cza­row­ni­ce. Pew­nie, nia­nia Ogg jest zno­śna – cał­kiem miłe sta­re pu­dło. Ale po­zo­sta­łe były dziw­ne, le­żą­ce w po­przek świa­ta, za­miast rów­no­le­gle, jak na­le­ży i jak to czy­nią wszy­scy inni. Ma­tu­la Di­smass, któ­ra wi­dzia­ła przy­szłość i prze­szłość, ale była cał­kiem śle­pa na te­raź­niej­szość… Albo Mil­lie Ho­pwo­od spod Krom­ki, któ­ra się ją­ka­ła i oczy jej cią­gle łza­wi­ły. A już bab­cia We­ather­wax…

Tak… Naj­lep­sze za­ję­cie na świe­cie? Być wiecz­nie skwa­szo­ną sta­ru­chą bez przy­ja­ciół?

I sta­le szu­ka­ły ta­kich dzi­wacz­nych osób jak one same.

Ale Agnes Nitt będą szu­kać na próż­no.

Mia­ła już dość ży­cia w Lan­cre, dość cza­row­nic, a przede wszyst­kim dość by­cia Agnes Nitt. Ucie­kła.

Zda­wa­ło się, że nia­nia Ogg nie ma bu­do­wy od­po­wied­niej do bie­gów, jed­nak za­ska­ku­ją­co pręd­ko po­ko­ny­wa­ła dy­stans. Jej cięż­kie buty wy­rzu­ca­ły w górę tu­ma­ny li­ści.

W gó­rze krzy­cza­ły gęsi. Na­stęp­ny klucz prze­pły­nął po nie­bie, ści­ga­jąc lato z taką pręd­ko­ścią, że pra­wie nie po­ru­sza­ły skrzy­dła­mi w ba­li­stycz­nym pę­dzie.

Chat­ka bab­ci We­ather­wax wy­glą­da­ła na opusz­czo­ną. Wzbu­dza­ła uczu­cie wy­jąt­ko­wej pust­ki.

Nia­nia obie­gła ją i przez ku­chen­ne drzwi wpa­dła do wnę­trza, tu­piąc po­ko­na­ła scho­dy, spo­strze­gła wy­chu­dzo­ną po­stać na łóż­ku, bły­ska­wicz­nie wy­cią­gnę­ła wnio­ski, się­gnę­ła na mar­mu­ro­wą to­a­let­kę po dzba­nek z wodą, pod­bie­gła…

Dłoń wy­strze­li­ła w górę i chwy­ci­ła ją za prze­gub.

– Chcia­łam się zdrzem­nąć. – Bab­cia otwo­rzy­ła oczy. – Przy­się­gam, Gy­tho, że wy­czu­wa­łam cię już o milę stąd.

– Mu­si­my za­pa­rzyć her­ba­tę, ale szyb­ko! – rzu­ci­ła nia­nia, nie­mal obez­wład­nio­na ulgą.

Bab­cia We­ather­wax była aż nad­to in­te­li­gent­na, więc nie pró­bo­wa­ła na­wet o nic py­tać.

Ale z pa­rze­niem her­ba­ty nie moż­na się spie­szyć. Nia­nia Ogg prze­stę­po­wa­ła z nogi na nogę, pa­trząc, jak bab­cia dmu­cha w ogień, jak wy­ła­wia z wia­dra małe żab­ki, go­tu­je wodę i cze­ka, aż su­szo­ne li­ście na­cią­gną.

– Nic nie mó­wię – oświad­czy­ła nia­nia, sia­da­jąc w koń­cu. – Na­lej fi­li­żan­kę, to wszyst­ko.

Na ogół cza­row­ni­ce po­gar­dza­ją wró­że­niem z fu­sów. Her­ba­cia­ne fusy nie są wy­jąt­ko­we w swej wie­dzy, co nie­sie przy­szłość. Słu­żą wła­ści­wie tyl­ko jako punkt, na któ­rym wzrok może spo­cząć, gdy umysł zaj­mu­je się resz­tą. Prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, może je za­stą­pić co­kol­wiek. Bło­to w ka­łu­ży, ko­żuch na mle­ku… Nia­nia Ogg po­tra­fi­ła do­strzec przy­szłość w pia­nie na ku­flu z pi­wem. Przy­szłość ta nie­odmien­nie uka­zy­wa­ła, że nia­nia wy­pi­je od­świe­ża­ją­cy ku­fe­lek, za któ­ry pra­wie na pew­no nie bę­dzie mu­sia­ła pła­cić.

– Pa­mię­tasz mło­dą Agnes Nitt? – spy­ta­ła nia­nia, gdy bab­cia szu­ka­ła mle­ka.

Bab­cia za­wa­ha­ła się.

– Agnes, któ­ra uda­je Per­di­tę?

– Per­di­tę X. – po­pra­wi­ła nia­nia. Ona przy­najm­niej sza­no­wa­ła cu­dze pra­wo do two­rze­nia no­wych oso­bo­wo­ści.

Bab­cia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Gru­ba dzie­wu­cha. Świet­ne wło­sy. Przy cho­dze­niu zwra­ca sto­py na ze­wnątrz. Śpie­wa w le­sie. Ma do­bry głos. Czy­ta książ­ki. Mówi „cho­ro­ba” za­miast prze­kleństw. Ru­mie­ni się, kie­dy ktoś na nią spoj­rzy. Nosi czar­ne ko­ron­ko­we rę­ka­wicz­ki z ucię­ty­mi pal­ca­mi.

– Pa­mię­tasz, roz­ma­wia­ły­śmy kie­dyś o tym, że może być… od­po­wied­nia.

– Och, jest w niej to wła­ści­we od­chy­le­nie du­cha, masz ra­cję – przy­zna­ła bab­cia. – Ale… to bar­dzo nie­szczę­śli­we imię.

– Jej oj­ciec miał na imię Ter­mi­nal – stwier­dzi­ła w za­du­mie nia­nia. – Było ich trzech bra­ci: Pri­mal, Me­dial i Ter­mi­nal. Oba­wiam się, że ro­dzi­na mia­ła kło­po­ty z edu­ka­cją.

– Cho­dzi­ło mi o Agnes. To imię za­wsze ja­koś mi się ko­ja­rzy z kłacz­ka­mi z dy­wa­nu.

– Pew­nie dla­te­go za­czę­ła się na­zy­wać Per­di­tą.

– Jesz­cze go­rzej.

– Masz ją już przed­sta­wio­ną w my­ślach?

– Tak, chy­ba tak.

– Do­brze. No to spójrz­my na te fusy.

Bab­cia spoj­rza­ła.

Nie było w nich nic szcze­gól­nie dra­ma­tycz­ne­go, może dla­te­go że nia­nia zbu­do­wa­ła na­pię­cie i zwięk­szy­ła ocze­ki­wa­nia. Ale mimo to bab­cia syk­nę­ła przez zęby.

– No, no, coś po­dob­ne­go…

– Wi­dzisz? Wi­dzisz?

– Tak.

– Jak­by… czasz­ka?

– Tak.

– A te oczy? O mało co bym się po… Wście­kle mnie zdu­mia­ły te oczy, sło­wo daję.

Bab­cia spo­koj­nie od­sta­wi­ła fi­li­żan­kę.

– Mat­ka Agnes po­ka­za­ła mi jej li­sty do domu – opo­wia­da­ła nia­nia. – Przy­nio­słam je tu­taj. Na­praw­dę się mar­twię, Esme. Ona może się spo­tkać z czymś na­praw­dę nie­do­brym. To prze­cież dziew­czy­na z Lan­cre. Jed­na z na­szych. Za­wsze po­wta­rzam, że żad­ne kło­po­ty nie­strasz­ne, kie­dy cho­dzi o ko­goś z na­szych.

– Her­ba­cia­ne fusy nie zna­ją przy­szło­ści – przy­po­mnia­ła ci­chym gło­sem bab­cia. – Wszy­scy o tym wie­dzą.

– Fusy nie wie­dzą.

– A kto był­by ta­kim dur­niem, żeby tłu­ma­czyć co­kol­wiek kup­ce su­szo­nych li­ści?

Bab­cia We­ather­wax przyj­rza­ła się li­stom od Agnes. Były na­pi­sa­ne sta­ran­nym, okrą­głym pi­smem ko­goś, kto uczył się li­ter, ko­piu­jąc je na ta­blicz­ce, a po­tem nie pi­sał już tak dużo, by zmie­ni­ło mu to cha­rak­ter. Ten ktoś tak­że bar­dzo po­rząd­nie przed pi­sa­niem ry­so­wał ołów­kiem na pa­pie­rze de­li­kat­ne li­nij­ki.

Ko­cha­na Mamo! Mam na­dzie­ję, że list znaj­dzie cię w do­brym zdro­wiu, w ja­kim mnie opusz­cza. Je­stem już w Ankh-Mor­pork i wszyst­ko ukła­da się do­brze. Nikt mnie jesz­cze nie na­padł! Miesz­kam przy uli­cy Me­la­so­wej pod nu­me­rem 4. Po­kój jest cał­kiem…

Bab­cia wzię­ła na­stęp­ny.

Ko­cha­na Mamo! Mam na­dzie­ję, że je­steś zdro­wa. Wszyst­ko idzie do­brze, ale pie­nią­dze pły­ną tu­taj jak woda. Tro­chę śpie­wam w ta­wer­nach, ale nie za­ra­biam dużo, więc po­szłam do Gil­dii Szwa­czek, żeby do­stać pra­cę kraw­co­wej. Wzię­łam parę ro­bó­tek, żeby im po­ka­zać, i po­wiem jed­no: by­ła­byś ZDU­MIO­NA…

I na­stęp­ny…

Ko­cha­na Mamo! Wresz­cie ja­kieś do­bre wie­ści. W przy­szłym ty­go­dniu są prze­słu­cha­nia w gma­chu Ope­ry…

– Co to jest ope­ra? – za­py­ta­ła bab­cia We­ather­wax.

– Coś ta­kie­go jak te­atr, tyl­ko że śpie­wa­ją – wy­ja­śni­ła nia­nia Ogg.

– Ach, te­atr… – mruk­nę­ła po­sęp­nie bab­cia.

– Nasz Nev mi wy­tłu­ma­czył. Ani sło­wa nor­mal­nie, tyl­ko śpie­wa­ją w za­gra­nicz­nych ję­zy­kach. Nic nie mógł zro­zu­mieć.

Bab­cia odło­ży­ła li­sty.

– No tak, ale wasz Nev wie­lu rze­czy nie może zro­zu­mieć. A co wła­ści­wie ro­bił w tym ope­ro­wym te­atrze?

– Zwi­jał ołów z da­chu – od­par­ła z za­do­wo­le­niem nia­nia. To nie była kra­dzież, je­śli ro­bił to ktoś z Og­gów.

– Nie­wie­le wy­ni­ka z tych li­stów poza tym, że zdo­by­wa edu­ka­cję – stwier­dzi­ła bab­cia. – Ale to jesz­cze nie…

Ktoś nie­śmia­ło za­pu­kał do drzwi. Był to Shawn Ogg, naj­młod­szy syn nia­ni, a tak­że ca­łość służ­by cy­wil­nej i pu­blicz­nej Lan­cre. W tej chwi­li miał na pier­si od­zna­kę li­sto­no­sza. Lan­crań­ska służ­ba pocz­to­wa po­le­ga­ła na zdję­ciu tor­by li­stów z gwoź­dzia, gdzie wie­szał ją woź­ni­ca dy­li­żan­su, i do­star­cze­niu ich do od­le­głych do­mostw, kie­dy Shawn zna­lazł wol­ną chwi­lę. Co praw­da wie­lu oby­wa­te­li mia­ło zwy­czaj oso­bi­ście zja­wiać się przy drze­wie i grze­bać w wor­ku, póki nie zna­leź­li ja­kie­goś li­stu, któ­ry im się spodo­bał.

Z sza­cun­kiem do­tknął heł­mu na po­wi­ta­nie bab­ci We­ather­wax.

– Mam dużo li­stów, mamo – zwró­cił się do nia­ni Ogg. – Wszyst­kie są ad­re­so­wa­ne do… no, może le­piej sama zo­bacz.

Nia­nia wzię­ła po­da­ny plik prze­sy­łek.

– „Cza­row­ni­ca z Lan­cre” – prze­czy­ta­ła gło­śno.

– Czy­li to do mnie – uzna­ła bab­cia i sta­now­czo wy­ję­ła jej li­sty z ręki.

– Aha. No tak… Le­piej już pój­dę… – Nia­nia co­fa­ła się do drzwi.

– Cie­ka­we, cze­mu lu­dzie do mnie pi­szą? – za­sta­na­wia­ła się bab­cia, otwie­ra­jąc ko­per­tę. – Cho­ciaż przy­pusz­czam, że wie­ści się roz­cho­dzą…

Za­czę­ła czy­tać.

– „Dro­ga Cza­row­ni­co, chcia­ła­bym tyl­ko po­wie­dzieć, jak bar­dzo je­stem wdzięcz­na za prze­pis na Słyn­ną Za­pie­kan­kę z Mar­chwi i Ostryg. Mój mąż…”.

Nia­nia Ogg była już w po­ło­wie ścież­ki, kie­dy jej buty na­gle sta­ły się zbyt cięż­kie, by je unieść.

– Gy­tho Ogg! Wra­caj tu na­tych­miast!

Agnes spró­bo­wa­ła jesz­cze raz. Ni­ko­go w Ankh-Mor­pork nie zna­ła i chcia­ła z kimś po­roz­ma­wiać, na­wet je­śli ten ktoś nie słu­chał.

– My­ślę, że przy­by­łam tu­taj głów­nie z po­wo­du cza­row­nic – oświad­czy­ła.

Chri­sti­ne od­wró­ci­ła się z ocza­mi sze­ro­ko otwar­ty­mi ze zdu­mie­nia. Usta­mi rów­nież. Przy­po­mi­na­ła bar­dzo ład­ną kulę bi­lar­do­wą.

– Cza­row­ni­ce?! – szep­nę­ła.

– Tak – po­twier­dzi­ła ze znu­że­niem Agnes. Cza­row­ni­ce za­wsze lu­dzi fa­scy­no­wa­ły. Po­win­ni po­miesz­kać tro­chę w ich są­siedz­twie, po­my­śla­ła.

– Rzu­ca­ją za­klę­cia i la­ta­ją wszę­dzie na mio­tłach?!

– O tak.

– Nic dziw­ne­go, że ucie­kłaś!!

– Co? Och… nie, to nie tak. Zna­czy, one nie są złe. To coś… coś o wie­le gor­sze­go.

– Gor­sze niż złe?!

– Uwa­ża­ją, że wie­dzą, co jest dla czło­wie­ka naj­lep­sze.

Chri­sti­ne zmarsz­czy­ła czo­ło, jak zwy­kła czy­nić, kie­dy tyl­ko roz­wa­ża­ła pro­blem bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny niż „jak ci na imię?”.

– To nie jest chy­ba ta­kie stra…

– Wtrą­ca­ją się we wszyst­ko! Wy­da­je im się, że sko­ro mają ra­cję, to tak jak­by po­stę­po­wa­ły do­brze! I wła­ści­wie nie rzu­ca­ją praw­dzi­wych cza­rów. Tyl­ko oszu­ku­ją lu­dzi i są spryt­ne! My­ślą, że wol­no im ro­bić, na co tyl­ko mają ocho­tę!

Jej emo­cje za­sko­czy­ły Chri­sti­ne.

– Och, to strasz­ne!! Chcia­ły, że­byś coś zro­bi­ła?!

– Chcia­ły, że­bym czymś się sta­ła. Ale ja nie mam za­mia­ru!

Chri­sti­ne przy­glą­da­ła się jej przez chwi­lę. A po­tem od­ru­cho­wo za­po­mnia­ła o wszyst­kim, co przed chwi­lą usły­sza­ła.

– Chodź­my!! – za­wo­ła­ła. – Ro­zej­rzy­my się!!

Nia­nia Ogg wy­ję­ła coś po­dłuż­ne­go owi­nię­te­go w pa­pier. Bab­cia przy­glą­da­ła się jej su­ro­wo, z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si.

– Ro­zu­miesz – mam­ro­ta­ła nia­nia pod jej la­se­ro­wym spoj­rze­niem – mój zmar­ły mąż, pa­mię­tam, po­wie­dział kie­dyś po ko­la­cji… Tak po­wie­dział: „A wiesz, ma­muś­ko, szko­da by było, żeby wszyst­ko, co wiesz, prze­mi­nę­ło ra­zem z tobą. Cze­mu nie za­pi­szesz tego i owe­go?”. Więc za­no­to­wa­łam coś cza­sem w wol­nej chwi­li, a po­tem po­my­śla­łam, że miło by było za­ła­twić to jak na­le­ży, więc po­sła­łam wszyst­ko do lu­dzi od Al­ma­na­chu w Ankh-Mor­pork, pra­wie nic ode mnie nie wzię­li, a ja­kiś czas temu przy­sła­li mi to… My­ślę, że nie­źle się spra­wi­li, za­dzi­wia­ją­ce, że po­tra­fią tak rów­no za­pi­sać wszyst­kie li­te­ry…

– Na­pi­sa­łaś książ­kę – rze­kła bab­cia.

– Tyl­ko ku­char­ską – uspra­wie­dli­wia­ła się nia­nia ta­kim to­nem, jak­by po­wo­ły­wa­ła się na do­tych­cza­so­wą nie­ka­ral­ność.

– A co ty mo­żesz wie­dzieć o kuch­ni? Prze­cież już wła­ści­wie nie go­tu­jesz.

– Przy­go­to­wu­ję da­nia spe­cjal­ne.

Bab­cia przyj­rza­ła się spor­ne­mu to­mo­wi.

– „Pi­ku­ant­ne roz­ko­sze” – prze­czy­ta­ła gło­śno. – Dzie­ło Cza­row­ni­cy z Lan­cre. Ha! A niby cze­mu nie pod­pi­sa­łaś tego wła­snym imie­niem? Książ­ki mu­szą mieć wpi­sa­ne imię, żeby wszy­scy wie­dzie­li, kto za­wi­nił.

– To mój psy­do­nym ar­ty­stycz­ny – wy­ja­śni­ła nia­nia. – Pan Ko­za­ber­ger z Al­ma­na­chu po­wie­dział, że tak jest bar­dziej ta­jem­ni­czo.

Ostry wzrok bab­ci padł na drob­ny tekst u sa­me­go dołu za­dru­ko­wa­nej gę­sto okład­ki, gdzie na­pi­sa­no: „Wy­da­nie CXXvii. Po­nad dwa­dzie­ścia ty­się­cy sprze­da­nych exem­pla­rzy. Pół do­la­ra”.

– Po­sła­łaś im ja­kieś pie­nią­dze, żeby to wy­dru­ko­wa­li? – za­py­ta­ła.

– Tyl­ko parę do­la­rów. I wście­kle do­brze je wy­ko­rzy­sta­li, nie ma co. Zresz­tą po­tem ode­sła­li mi te pie­nią­dze, ale po­my­li­li się i do­sta­łam o trzy do­la­ry wię­cej.

Bab­cia We­ather­wax czy­ta­ła z pew­ną nie­chę­cią, ale li­czy­ła bez­błęd­nie. Za­kła­da­ła, że wszyst­ko, co na­pi­sa­no, praw­do­po­dob­nie jest kłam­stwem, i od­no­si­ło się to rów­nież do liczb. Liczb uży­wa­ją tyl­ko lu­dzie, któ­rzy pró­bu­ją wy­krę­cić ja­kiś nu­mer.

My­śląc o licz­bach, bez­gło­śnie po­ru­sza­ła war­ga­mi.

– Aha – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – I to wszyst­ko? Nig­dy wię­cej tam nie pi­sa­łaś?

– Nig­dy w ży­ciu. Trzy do­la­ry, ro­zu­miesz. Mo­gli­by mi jesz­cze od­pi­sać, że chcą je z po­wro­tem.

– Ro­zu­miem.

Bab­cia wciąż prze­by­wa­ła w świe­cie liczb. Za­sta­na­wia­ła się, ile kosz­tu­je wy­dru­ko­wa­nie książ­ki. Pew­nie nie­du­żo; mają ta­kie jak­by pra­sy, któ­re wy­ko­nu­ją cięż­ką ro­bo­tę.