Masa o życiu świadka koronnego. "Masa" Jarosław Sokołowski w rozmowie a Arturem Górskim ebook

Artur Górski  

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Masa o życiu świadka koronnego. "Masa" Jarosław Sokołowski w rozmowie a Arturem Górskim - Artur Górski

Jak wygląda prywatne życie świadka koronnego?

Życie świadka koronnego okryte jest tajemnicą – tylko nieliczni wiedzą, gdzie przebywa i jak jest chroniony. Czy wygląda jak w czasach gangsterskich i czy została zmieniona jego tożsamość? Czy żyje w jednym miejscu, czy też wciąż zmienia swój adres zamieszkania w obawie przed szukającymi go zabójcami? Co grozi osobie, która podejdzie zbyt blisko świadka i będzie sprawiała wrażenie niebezpiecznej dla niego? Czy świadek znajduje się pod ochroną przez cała dobę i na czym ta ochrona polega? Życie byłego gangstera w „koronie” przypomina film sensacyjny, w którym główne role – obok skruszonego przestępcy – grają służby specjalne, komandosi i organy ścigania. W książce „Masa o życiu świadka koronnego” znajdą się odpowiedzi na powyższe pytania, ale niech nikt nie spodziewa się całej prawdy. Zresztą, czy ktoś ją zna w stu procentach? Z tej książki wynika, że… nie.

Nie znałem Jarosława Sokołowskiego jako gangstera. Poznałem go już jako świadka koronnego i – jak sam mówi – człowieka odmienionego. Może dlatego trudno mi go sobie wyobrazić jako kogoś, kto siał postrach i krzywdził innych. Jak wspominał mi pewien stołeczny policjant: „Gdy dostawaliśmy cynk, że do miasta zbliża się Masa wraz ze swoją grupą, wszyscy byliśmy w najwyższej gotowości. Takie »odwiedziny« zawsze zwiastowały coś niedobrego. Musieliśmy być przygotowani na każdy scenariusz”. Dzisiaj nie ma już tamtego Masy, nie ma grupy pruszkowskiej i paraliżującego strachu na ulicach. Jest za to świadek koronny, który postanowił wziąć udział 

w niebezpiecznej wojnie ze swoim dawnym środowiskiem i przyczynił się do zwycięstwa. Moje pierwsze spotkanie z nim miało miejsce sześć lat temu – zanim do niego doszło, przeszedłem wszelkie procedury, związane z dotarciem do tzw. osoby chronionej. W ciągu kolejnych miesięcy i lat coraz lepiej poznawałem tajniki funkcjonowania świadka koronnego oraz instytucji odpowiedzialnych za jego bezpieczeństwo. Byłem na jego weselu, na jego uroczystościach rodzinnych, wybraliśmy się nawet razem na wakacje do Afryki. Ale choć wiem wiele, to na pewno nie wszystko: są sprawy, do których nie zostanę dopuszczony, o których wiedza jest mi najzupełniej zbędna. I niech tak zostanie – pewna strefa życia świadka koronnego powinna pozostać tajemnicą jego i ludzi, którzy go chronią. Wystarczy, że ciągle mam możliwość nagrywania jego wspomnień, a potem dzielenia się nimi z Czytelnikami.

Artur Górski

Artur Górski – dziennikarz, pisarz, autor bestsellerowej rozmowy z Jarosławem Sokołowskim „Masa o kobietach polskiej mafii”, nagrodzonej Bestsellerem Empiku 2014 w kategorii literatura faktu, kolejne tomy – „Masa o pieniądzach polskiej mafii”, „Masa o porachunkach polskiej mafii”, „Masa o bossach polskiej mafii”, „Masa o kilerach polskiej mafii” i „Masa o żołnierzach polskiej mafii” – przez wiele miesięcy podbijały listy bestsellerów. Poza nimi napisał wiele powieści sensacyjnych, m.in. „Gucci Boys”, „Al Capone w Warszawie”, „Zdrada Kopernika”, oraz pozycji z gatunku non-fiction: „Świat tajnych służb”, „Gang” i „Pięść Dawida”. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej przestępczości zorganizowanej. Twórca magazynu „Focus Śledczy”.

Jarosław Sokołowski – pseudonim Masa, były przestępca, jeden z najbardziej wpływowych gangsterów tzw. grupy pruszkowskiej, od 2000 r. świadek koronny. W latach 90. blisko związany z jednym z pruszkowskich bossów Andrzejem K. „Pershingiem”. Skłócony z większością szefów mafii. Dzięki jego zeznaniom udało się pogrążyć „Pruszków”.

Opinie o ebooku Masa o życiu świadka koronnego. "Masa" Jarosław Sokołowski w rozmowie a Arturem Górskim - Artur Górski

Fragment ebooka Masa o życiu świadka koronnego. "Masa" Jarosław Sokołowski w rozmowie a Arturem Górskim - Artur Górski

Copyright © Artur Górski, 2017

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

Jarosław Wygoda

Zdjęć w książce nie traktujemy jako ilustracji do konkretnych rozdziałów,

ale jedynie jako uzupełniający materiał reporterski.

Dlatego też nie zostały podpisane.

Z uwagi na dobro instytucji świadka koronnego

w opisie niektórych zdarzeń realia zostały zmienione.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-962-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

OD NARRATORA

Jarosław Sokołowski „Masa”

Nie chcę być nieskromny, ale uważam, że wokół mojej osoby narosło tyle mitów, legend i niestworzonych historii, że można by nimi obdzielić całą armię. I to bardziej Armię Czerwoną niż Gwardię Szwajcarską.

Przy czym mam na myśli ten etap mojego życia, w którym funkcjonuję jako świadek koronny, nie zaś jako znany pruszkowski gangster.

A mity, jak to mity, prowokują do rozmaitych spekulacji. Dlatego moja skromna osoba jakoś nie znika z mediów i wciąż jest analizowana na nowo – z przodu, od tyłu, z boku, z góry i z dołu. Teoretycznie już dawno zostałem dokładnie prześwietlony, a moje życie nie powinno stanowić tajemnicy. A jednak stanowi. Być może dziennikarze nie starają się tak, jak należy, a może wręcz przeciwnie – podsycają ciekawość czytelników, szukając sensacji tam, gdzie jej nie ma. Nie wiem, nie znam się. To nie mój fach.

W ostatnim czasie ogromne zainteresowanie wywołuje inicjatywa moich spotkań z czytelnikami serii Masa o polskiej mafii. Piszą o niej i gazety, i portale internetowe. Wypowiadają się i „znawcy tematu”, i zwykli hejterzy, którzy nie pozostawiają na mnie suchej nitki.

Im więcej chętnych do wzięcia udziału w takich spotkaniach – wiem, że zainteresowanie nimi jest olbrzymie – tym więcej moralistów, którzy oburzają się, że Masa pcha się przed kamery i mikrofony i jeszcze chce na swojej popularności zarabiać (chociaż, jak się okazuje, udział w biletowanych spotkaniach biorą nawet politycy). A przecież skoro podatnik płaci gigantyczne pieniądze, żeby go chronić, świadek koronny powinien siedzieć w głębokim ukryciu i biczować się na znak pokuty za gangsterską przeszłość.

Mam wrażenie, że niektórym ludziom nie podoba się to, że staram się żyć normalnie. To, że nie unikam obowiązków, ale również to, że zapewniam sobie jakieś tam przyjemności.

W jednym z tygodników pojawiło się moje zdjęcie ze świątecznego wypadu, na którym stoję tyłem do paparazzo pod luksusowym hotelem w Dubaju. I choć nie potępiono mnie wprost za ten wyjazd, przekaz był jasny: Masa pławi się w luksusach, także za twoje pieniądze, a jednocześnie drwi z państwa, które z narażeniem budżetu chroni go z uporem godnym lepszej sprawy (ciekawe, że nierzadko za artykułami, które podważają moją wiarygodność, stoją dziennikarze piszący konkurencyjne książki z raczej mizernym rezultatem). Oczywiście, z państwowej pensji nie wystarczyłoby na takie życie. Ale przecież – jak pisze autorka okraszonego fotografią artykułu – majątek Masy oceniany jest na 20 milionów złotych.

Skąd ta kasa? Jak to skąd? Z wymuszeń rozbójniczych i haraczy, odpowiada sama sobie, powołując się na wypowiedź prokuratora Jerzego Mierzewskiego. Miał on rzekomo przyznać, że zeznania Masy były warte tego, aby nie konfiskować mu zdobytych nielegalnie pieniędzy.

Oczywiście, ten cytat został wyrwany z kontekstu, a użyto go wyłącznie po to, żeby mi przywalić. Choć tak naprawdę obrażono prokuratora, z którego zrobiono człowieka zamiatającego pod dywan niewygodne sprawy w imię jakiejś wyższej racji. Zapewniam, że prokuratura, w zamian za pomoc w walce z mafią, nigdy nie oferowała mi możliwości zachowania pieniędzy pochodzących z przestępstwa. Pomocy udzieliłem jej za gwarancję bezpieczeństwa mojego i mojej rodziny. Tyle!

Nie chcę się tu wdawać w polemikę z autorką, bo najodpowiedniejszym miejscem do wyjaśnienia sobie spornych kwestii jest sąd. I tam się spotkamy, bo ja nie odpuszczę. Powiem tylko tyle, że wchodziłem do programu świadka koronnego jako człowiek zamożny, z pieniędzmi zdobytymi jak najbardziej legalnie. Fakt, byłem gangsterem, ale z biegiem lat coraz częściej moje biznesy były legalne. I to one przynosiły największe zyski. Byłem właścicielem jednej z największych dyskotek w tej części Europy, a moje dzienne (!) dochody przekraczały 100 tysięcy złotych. Działałem na rynku gastronomicznym, kulinarnym i w jeszcze kilku innych sektorach. Kiedy w 1998 roku prokuratura zleciła Urzędowi Kontroli Skarbowej prześwietlenie mnie, inspektorzy – po nadzwyczaj wnikliwej analizie – uznali, że mój majątek został zdobyty legalnie. I mam na to stosowne dokumenty.

Ale jak atak, to zmasowany.

W tym samym czasie, co wspomniany artykuł, ukazał się paszkwil na mój temat w jeszcze innym tygodniku, nawiasem mówiąc, tej samej opcji polityczno-towarzyskiej. Autor ten sam co zawsze – dziennikarz, który zrobił karierę dzięki temu, że o mnie pisał. Cóż, tym razem próbuje podtrzymać dobrą passę, próbując ataku. W dość badziewnym tekście Jak hasa pan Masa (czy naprawdę koniecznie trzeba rymować, żeby skokietować czytelników?) pan autor zagląda mi do kieszeni. I powołując się na bliżej niezidentyfikowanych informatorów (komorników?), ujawnia moje niecne praktyki: hajs za książki z serii Masa o polskiej mafii trafia w całości do Artura Górskiego, który potem, pewnie w zaciszu lasu, odpala mi dolę. Oczywiście za plecami fiskusa.

W tym miejscu prośba do pana dziennikarza o ujawnienie źródła. Bo z mojego punktu widzenia jego artykuł to pomówienie, które nie ma nic wspólnego z prawdą. Co mogę łatwo udowodnić.

Robi przestępcę nie tylko ze mnie, ale i z Artura Górskiego. Skoro pisze, że współautor naszej serii uczestniczy w takim procederze i płaci mi pod stołem, oznacza to, że także dopuszcza się poważnego naruszenia prawa.

Podobno Artur pracował kiedyś w jednej redakcji z autorem tego paszkwilu i byli kolegami. Co się stało, że stał się obiektem ataku tego pana? Koledzy tak nie postępują.

Zazdrość boli? Pewnie, że boli. I to jak!

Dziennikarz pisze dalej, że pewna gazeta ujawniła moje zyski z książek. Chodzi o sumę dwóch milionów złotych i brak mojego dementi na Facebooku. Tylko czy ja muszę odnosić się do każdej bzdury? Czy gdyby jakaś gazeta napisała, że mam oko na plecach, to też musiałbym się do tego ustosunkować i dostarczyć dowodu w postaci zdjęcia? Odpisuję wtedy, kiedy mam na to ochotę, i temu, z kim polemikę uważam za stosowną.

O tym, jak bardzo wiarygodne było pismo, które ujawniło moje dochody z książek, niech zaświadczy fakt, że przestało istnieć wkrótce po pierwszym numerze. No tak – łatwiej puścić bąka, niż zarobić na puszczanie kolejnych.

We wspomnianym artykule dużo miejsca poświęcono mojemu procesowi z Andrzejem Gołotą. Jak wiadomo, powiedziałem kiedyś w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”, że według mojej wiedzy jego walka z Michaelem Grantem w 1999 roku była ustawiona i że na tej ustawce kilka milionów dolarów zarobił Andrzej K. „Pershing”. Autor tekstu Jak hasa pan Masa, jak zawsze, powołuje się na pewnego komentatora boksu, który podważa moje kwalifikacje moralne, bo przecież byłem gangsterem. Ale o tym, że komentator kiedyś publicznie chełpił się tym, jakoby pijał whisky ze wspomnianym Pershingiem, już nie wspomina. Bo, oczywiście, Pershing był profesorem na uniwersytecie i ogromnym autorytetem moralnym, a znajomość z nim nie dyskwalifikuje. Tylko ja jestem trefny, tak?

Przykładów dotyczących obracania się dziennikarzy w bardzo wątpliwych kręgach mogę podać sporo. Tylko czy warto?

A jednak to, o czym napisałem powyżej, nie jest w artykule-paszkwilu najważniejsze. Sprawa podstawowa to fakt, że ujawniono część mojej nowej tożsamości oraz podpowiedziano, jak i gdzie mnie szukać – na podstawie danych z Krajowego Rejestru Sądowego. Komu podpowiedziano? Kogo interesuje, gdzie można mnie spotkać? Na pewno nie przeciętnego Kowalskiego. Może powinienem zapytać raczej: komu próbuje mnie pan dziennikarz wystawić? O ile się nie mylę, taki proceder jest ścigany z urzędu.

„W innych krajach świadkowie koronni stają się niewidzialni. Nie istnieją publicznie, nie wypowiadają się dla mediów, a po zakończeniu swojej misji wtapiają się w tłum, korzystając ze zmiany wizerunku i nowych danych osobowych”, ubolewa autor.

Skoro tak, czemu ujawnia on, jak do mnie dotrzeć?

Zapewniam, że w mojej działalności publicznej zawsze dbam o to, aby nie została ujawniona moja nowa tożsamość, mój wizerunek czy miejsce zamieszkania. Ludzie wiedzą o mnie tyle, ile sam im mówię, po wcześniejszych konsultacjach z moją ochroną. Udzielam się publicznie, bo mam poczucie, że jestem chętnie słuchany i czasami mam coś istotnego do powiedzenia. Ale wszystko odbywa się w zgodzie z regułami gry. Nie ja je łamię, lecz ponoć doświadczony dziennikarz, który powinien wiedzieć, co mu wolno, a czego nie.

On doskonale wie, co robi i dlaczego.

Nie chcę wchodzić w zbyt szczegółową polemikę z mediami, bo we wstępie do książki jest na to zbyt mało miejsca. Zwłaszcza że artykuły o mnie pojawiają się jak grzyby po deszczu i nie warto komentować każdego.

Zastanawia mnie tylko, że istnieją pewni dyżurni piszący, którzy zawsze są gotowi mi dokopać. A im bardziej łamią sobie nogi na moim tyłku, tym bardziej są zawzięci. Pytanie, jak długo tę walkę z wiatrakami będzie znosił czytelnik. No, chyba że moja osoba gwarantuje gazetom dobrą sprzedaż…

Aha, o ile się nie mylę, wspomniane artykuły pojawiły się podczas promocji nowej książki autora Jak hasa pan Masa. Może wreszcie będzie jakiś sukces?

Tak czy inaczej, ci, którzy rozgłaszają bzdurne informacje na mój temat, narażają się zarówno na śmieszność, jak i na konsekwencje prawne. Ale to ich problem. Ja śpię spokojnie. Do medialnych ataków zdążyłem się już przyzwyczaić.

* * *

Od początku mojego funkcjonowania jako świadek koronny miałem przeciwników wśród przedstawicieli mediów. W głośnym serialu Alfabet mafii pojawiły się sugestie, że organy ścigania wcale nie były przekonane do mojej kandydatury na skruszonego. Dopiero po długim namyśle ktoś postanowił dać mi szansę i podpisał stosowny glejt. Owszem, taka wersja jest być może atrakcyjna w przypadku filmu sensacyjnego, ale w moim było zupełnie inaczej – to ja miałem wątpliwości, a przedstawiciele państwa przekonywali mnie, że dla dobra sprawy powinienem się zgodzić. I powiem jedno: gdyby nie informacja, że pruszkowska góra zaczęła terroryzować moją rodzinę, raczej nigdy bym się na koronę nie zdecydował. Szerzej wyjaśniam to w dalszej części tego tomu.

Państwo bardzo dużo skorzystało na tym, że zostałem świadkiem koronnym. Przekazałem policji i prokuraturze wiedzę, jakiej sami, metodami operacyjnymi, nigdy by nie zdobyli. Tak naprawdę rozłożyłem im podziemie kryminalne na czynniki pierwsze, dzięki czemu mogli precyzyjnie (i bezpiecznie) uderzać w określone punkty. Jeden z wysokich funkcjonariuszy CBŚ wyznał mi kiedyś: „Jarek, dzięki tobie przeskoczyliśmy dziesięć lat do przodu”. I nie ma w tym przesady. Ze stróżów porządku, skutecznie (choć nie zawsze) łapiących drobnych złodziejaszków, stali się trybami potężnej machiny, mogącej stawić czoła silnej mafii o międzynarodowych powiązaniach.

Być może dlatego często przypisuje mi się możliwości, jakich zwyczajnie nie posiadam. „Jak Masa na kogoś zezna, to – winny czy niewinny – problemy ma jak w banku. Zawiną go, zapuszkują i będzie się musiał tłumaczyć”, powtarza się jak mantrę.

Nie, tak to nie działa. Świadek zeznaje, co wie, a policja i prokuratura to sprawdzają. I to na wielu płaszczyznach. Jeśli zeznania przeciwko komuś się potwierdzają, wówczas rzeczywiście gość ma problemy. Jeśli jednak nie, nic mu nie grozi.

Świadek korony czy świadek incognito są od tego, żeby dzielić się swoją wiedzą na temat środowiska przestępczego. Więc nie ma co się dziwić, że czasami ta wiedza doprowadza kogoś do więzienia.

Nie ma jednak rady na wiarę niektórych dziennikarzy, że świadek koronny jest wszechmogący. Czasami wynikają z tego przekonania żenujące sytuacje.

Oto przykład: kilkanaście dni przed oddaniem tego tomu do druku zadzwoniła do mnie dziennikarka z portalu bardzo wpływowej codziennej gazety. Wiecie, o co mnie poprosiła? O to, żebym wycofał swoje zeznania przeciwko pewnemu kilerowi grupy pruszkowskiej. Ba, skontaktowała się nawet z moim znajomym z czasów gangsterskich, aby lobbował u mnie w tej sprawie.

Pani najwyraźniej bardzo chciała widzieć kilera na wolności. Właściwie trudno się jej dziwić, bo to przystojny mężczyzna, za którym kiedyś szalały bardzo piękne kobiety. Najwyraźniej lata spędzone w puszce nie odebrały mu dawnego uroku, a może nawet uszlachetniły. Gangster jak wino…

Oczywiście, odmówiłem. Gdybym dzisiaj odwołał swoje zeznania sprzed lat, straciłbym wiarygodność. A prokuratura i tak nie wszczęłaby nowego śledztwa. Tylko dlatego, że Masa miał taki kaprys? Wolne żarty! Dziennikarka, która, nawiasem mówiąc, zajmuje się problematyką kryminalną, powinna wiedzieć takie rzeczy.

Choć bywa, że toksyczna fascynacja przesłania właściwe postrzeganie rzeczywistości.

Przed czym przestrzegam.

* * *

PS Gdy kończyłem pisać wstęp, dotarła do mnie informacja o aresztowaniu pruszkowskich bossów – Parasola, Słowika – oraz ich współpracowników. Zarzuca im się, że próbowali odbudować stare struktury mafijne. To paradoksalnie dobra wiadomość, bo oznacza, że organy ścigania nie machnęły ręką na przeszłość (i teraźniejszość) tych panów. A dla mnie powód do satysfakcji, bo zawsze powtarzałem, że ich winy nie zostały do końca rozliczone i że oni wciąż pozostają groźni. Nawet jeśli wielu – także dziennikarzy – uważa, że Masa konfabuluje i wrabia niewinnych ludzi.

OD AUTORA

Artur Górski

Moje pierwsze spotkanie z Masą – kilka lat temu – odbyło się w popularnej restauracji w pewnym dużym mieście. Kiedy padła propozycja, abyśmy porozmawiali właśnie tam, byłem mocno zdziwiony. Przeważnie zatłoczone, gwarne miejsce było, w moim przekonaniu, ostatnim, które powinien odwiedzić świadek koronny, jedna z najlepiej strzeżonych osób w kraju.

Przecież w tłumie gości mógł się znaleźć ktoś, kto zna Masę i nie ma wobec niego przyjaznych zamiarów.

A nawet gdyby je miał, mógłby niechcący ujawnić innym, kim jest potężnie zbudowany mężczyzna, który właśnie wkroczył do lokalu. Wystarczy, że krzyknąłby: „Jarek, kopę lat, dobrze zrobiłeś, rozwalając ten cały Pruszków!”, i dla wielu wszystko byłoby jasne.

Znacznie lepszy, z punktu widzenia bezpieczeństwa świadka koronnego, wydawał mi się na przykład parking w jakimś lesie.

Tak czy inaczej, stawiłem się w określonym miejscu o umówionej porze. A po wejściu do środka przetarłem ze zdumienia oczy. Restauracja, zawsze pełna gości (było popołudnie, pora obiadowa), tym razem świeciła pustkami.

No, prawie…

Przy dwóch stolikach, znajdujących się w sporej odległości od siebie, siedzieli ubrani na czarno mężczyźni, którzy ani nie wertowali jadłospisu, ani tym bardziej nie delektowali się daniami. Być może mieli przed sobą filiżanki z kawą, być może butelki wody mineralnej. Tego nie pamiętam. Było jednak jasne, że nie czekają na kelnerkę.

Na mnie? Chyba tak.

Dyskretnie spoglądali w moją stronę, lecz gdy kierowałem ku nim wzrok, odwracali się. Jakbym ich w ogóle nie obchodził.

A potem przyszedł Masa.

Gdy po kilku minutach rozmowy zapytałem go, czy posępni panowie przy stolikach należą do jego ochrony, uśmiechnął się tajemniczo. Ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył i szybko zmienił temat. A że jego opowieści o czasach polskiej mafii były dla mnie jak wkroczenie do Sezamu, zapomniałem o intrygującym wątku facetów w czerni.

Dziś nie mam wątpliwości, że byli to oficerowie z Zarządu Ochrony Świadka Koronnego, którzy zabezpieczali miejsce spotkania (na wypadek gdybym jednak okazał się kimś innym niż zwykłym dziennikarzem). Ostatecznie ani oni, ani Masa nie znali mnie i nie mieli powodów, aby być pewnymi moich intencji. Dopiero z biegiem czasu przestali być stałym elementem naszych spotkań w lokalach gastronomicznych.

Nawiasem mówiąc, widywałem się z Masą również na leśnych parkingach…

Ciągle słyszę pytania: czy on naprawdę jest dobrze chroniony i czy zbliżenie się do niego może wywołać gwałtowną reakcję ochrony?

Ludzi interesuje to, jak Masa żyje, jaka jest jego aktualna tożsamość, czy przeszedł operację plastyczną, czy mieszka na jakimś strzeżonym osiedlu i czy w ogóle osiedle to znajduje się w Polsce. Ba, od czasu do czasu na forach internetowych pojawiają się sugestie, że osoba, z którą przeprowadzam wywiady, wcale nie jest Masą, tylko jego sobowtórem podstawionym przez służby specjalne. Prawdziwy Masa jest schowany tak głęboko, że dziennikarze nie mają szansy, aby do niego dotrzeć. Podsuwany jest im „towar zastępczy”.

Pewien użytkownik sieci napisał wręcz: „Prawdziwy Masa leży w piachu, a ten to podstawiony jest, do usuwania niewygodnych ludzi”.

Cóż… Znam prawdę, ale napiszę tylko jedno: rozmawiam z prawdziwym Masą, a nie z żadnym sobowtórem. Który w piachu leżał, fakt, ale na plaży w Afryce. Sam byłem tego świadkiem.

Zapewniam, że żadnego podstawionego gościa nie dałoby się tak dobrze przygotować do roli byłego gangstera. Owszem, można by go wyposażyć w dużą wiedzę na temat Polski mafijnej, ale nie udałoby mu się wgrać do pamięci całej olbrzymiej encyklopedii o ludziach, powiązaniach między nimi i wydarzeniach, jakie miały miejsce przez prawie ćwierć wieku (w latach 80., 90. i kilku w nowym stuleciu).

Większość kwestii związanych z bezpieczeństwem Jarosława Sokołowskiego pozostanie moją tajemnicą. Jako że znamy się bardzo dobrze, a nasze spotkania nie ograniczają się wyłącznie do monitorowanych restauracji, sporo wiem na ten temat, ale tak naprawdę nie ma się czym fascynować. Lepiej zagłębić się w lekturę wspomnień Masy i jego kolegów, niż drążyć wątek: czy to on, czy nie on? Ma zmienioną twarz czy nie?

Poza tym ja też nie wiem wszystkiego. Ba, daleko mi do pełnej wiedzy na temat życia Masy. Ale skoro nawet prokurator przesłuchujący Jarka nie miał pojęcia, gdzie został on zakwaterowany przez policję (o czym piszemy w tym tomie), trudno, żebym ja wiedział więcej niż śledczy. Przyznam, że pewnymi rzeczami wręcz nie jestem zainteresowany – chcę wiedzieć wyłącznie tyle, ile jest mi potrzebne do pracy nad naszymi książkami. I nie aspiruję do roli współpracownika ZOŚK-i.

W tomie Masa o życiu świadka koronnego ujawniamy z Jarkiem bardzo wiele. Myślę, że informacje w nim zawarte zaspokoją ciekawość czytelników, tym bardziej że wiele z nich ujrzy światło dzienne po raz pierwszy. Codzienność świadka koronnego to fascynujący świat służb specjalnych, komandosów i prokuratorów z jednej strony, z drugiej zaś – podziemie kryminalne. To ciągłe balansowanie pomiędzy tymi żywiołami, gdzie każdy ma swój interes do ugrania.

Czy w książce tej ujawniamy wszystko? Oczywiście, że nie. Przyznam uczciwie, że nigdy wcześniej nie pracowaliśmy nad tekstem tak bardzo, jak tym razem. Z jednej strony chcieliśmy pokazać prawdę o programie ochrony świadka koronnego, z drugiej natomiast – nie zaszkodzić mu podpowiadaniem przestępcom (i ich adwokatom), jak go podważać. Dlatego na analizowaniu i korygowaniu poszczególnych fragmentów tekstu spędziliśmy więcej czasu niż na ich spisywaniu.

Co wcale nie znaczy, że rezygnowaliśmy z przedstawiania faktów. Po prostu podawaliśmy je w takiej formie, w jakiej podać mogliśmy.

To był zdecydowanie najtrudniejszy do napisania tom z serii, ale satysfakcja, że powstał, także jest spora!

Zapraszam zatem czytelników do świata, do którego rzeczywisty dostęp ma niewielu.

I niech tak pozostanie.

* * *

Nie ma sukcesu książki bez odpowiedniej promocji. Na szczęście na brak zainteresowania serią Masa o polskiej mafii nie mam prawa narzekać. Chciałbym jednak w tym miejscu złożyć szczególne podziękowania tygodnikowi „Polityka” za wsparcie, którego udziela mi od chwili, gdy kolejne tomy zaczęły podbijać rynek. Jako że jest to pismo inteligencji, promocja owa ma charakter nieco osobliwy, powiedziałbym wręcz – perwersyjny, lecz ja potrafię docenić redaktorski kunszt. Kiedyś na łamach „Polityki” ukazał się artykuł pióra pewnej autorki kryminałów, z którego wynikało, że promuję gangstera, a on wodzi mnie na pasku. Kiedy jednak poprosiłem o umożliwienie mi polemiki z nią w dziale „Kawiarnia literacka”, zostałem odesłany z kwitkiem. Rozumiem przewrotność tej decyzji – tygodnik zechciał zrobić ze mnie męczennika, a tym samym wpłynąć na wysokość nakładu. Ostatecznie obrazy przedstawiające poprzebijanego strzałami Świętego Sebastiana sprzedają się bardzo dobrze…

W lutym 2017 roku „Polityka” poszła jeszcze dalej. Otóż w artykule Jak hasa pan Masa pojawiła się teza, że… jestem przestępcą. Bo kimże innym jest człowiek, który dokonuje obrotu pieniędzmi poza kontrolą służb fiskalnych (autor zasugerował, że zgarniam całą pulę zysków z serii, a później odpalam działkę Masie, oczywiście po cichu)?

Nie zamierzam polemizować z tym artykułem, tym bardziej że kilka słów poświęca mu Masa w swoim wstępie. Chcę tylko powtórzyć, że bardzo doceniam tę przewrotną sympatię tygodnika dla mojej twórczości. Nawet jeśli piszący w nim autorzy i ich szefowie nie mają pojęcia, że robią mi dobrze, i kierują się niezbyt przyjaznymi intencjami. Na pewno jednak, jak to inteligencja, pamiętają cytat z Goethego: „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”.

Przecież to nieważne, czy dobrze, czy źle. Ważne, żeby pod nazwiskiem. A „Polityka” pisze o mnie otwartym tekstem… Ale czy naprawdę Specom od Dobrego Smaku wypada grzebać w cudzej kieszeni?

PROLOG

Macie go wysadzić z samochodu i zostawić

Pewnego dnia, podczas przesłuchania Masy zadzwoniła komórka jego szefa ochrony, późniejszego dyrektora Centralnego Biura Śledczego, Adama Maruszczaka. Policjant wysłuchał tego, co rozmówca ma mu do zakomunikowania, i pobladł. Zakończył połączenie.

– Ja tego polecenia nie wykonam – oznajmił.

Wszystkich obecnych, z prokuratorem i Masą na czele, zdumiało zachowanie oficera Zarządu Ochrony Świadka Koronnego. O jakie polecenie chodziło? – zachodzili w głowę, świadomi, że w służbach mundurowych nie dyskutuje się nad sensownością wydanego rozkazu. Rozkaz się po prostu wykonuje.

Maruszczak przez długi czas nie chciał wyjawić, o co chodzi. Aż w końcu wykrztusił:

– Mamy zawieźć Masę w okolice Nadarzyna, wysadzić go z samochodu przy szosie katowickiej i tam go zostawić.

Przekaz był jasny: ktoś chciał wystawić Masę na strzał. Kto? Czy to oznaczało, że starzy pruszkowscy mieli wtyki w policji? Trudno w to uwierzyć! Tak czy inaczej, Masa, pozostawiony bez ochrony w samym epicentrum działania grupy pruszkowskiej, miał niewielkie szanse na przeżycie.

Kim był dzwoniący? Tego szef ochrony Masy nie zdradził. Być może jedynie przekazywał polecenie i nie miał z intrygą nic wspólnego. 

* * *

Pod sam koniec 1999 roku Masa trafił do więzienia w Wadowicach. Został zatrzymany przez policję w Beskidach, gdzie ukrywał się i przed organami ścigania, i, przede wszystkim, przed gangsterami z pruszkowskiego zarządu, który po śmierci Andrzeja K. „Pershinga” rozpoczął wielkie czyszczenie na mieście. Starzy, którzy zamierzali podporządkować sobie wszystkie grupy związane z Pershingiem i Masą, nie zamierzali bawić się w dyplomację – ten, kto stawiał im opór, mógł się spodziewać najgorszego. Masa był pewien, że cena za jego głowę została już wyznaczona i egzekutorzy ruszyli w kraj, aby wykonać wyrok.

Potrzebował czasu, żeby przemyśleć swoją sytuację. Czy jest w stanie podjąć walkę, a jeśli tak, to na kogo tak naprawdę może liczyć? Bo było o co walczyć – mafijny tort, po który sięgnęli starzy, był wart wojny. Należało się zatem do niej dobrze przygotować.

A jednak do wojny nie doszło, bo policji udało się namierzyć Masę i zatrzymać go pod w sumie błahym, jak na jedną z największych figur polskiej mafii, pretekstem. Otóż niejaki R., pseudonim Rudy, właściciel dużego sklepu w podwarszawskim Elektrolandzie (z którym, nawiasem mówiąc, Masa utrzymywał koleżeńskie stosunki), pomówił go o wymuszanie haraczu. Według Rudego Masa miał mu pożyczyć znaczną sumę pieniędzy na rozruch interesu, a potem domagać się zwrotu o wiele większych kwot.

Dziś Jarosław Sokołowski uważa tamte zarzuty za śmieszne i absurdalne.

– Faktycznie, pożyczyłem Rudemu 300 tysięcy dolarów, które tamten miał dobrze zainwestować i pomnożyć – przyznaje. – Ale o żadnym ściąganiu długu nie było mowy.

Ostatecznie obaj panowie znali się od dawna i utrzymywali bardzo dobre stosunki. Zarzut był więc tyleż nieoczekiwany, co groteskowy. Jednak Masie nie było wcale do śmiechu. Dręczyła go jedna myśl: dlaczego Rudy mi to zrobił?

Dopiero po jakimś czasie miało się okazać, że handlarz został zmuszony do złożenia obciążających Masę zeznań. Przez kogo? Otóż przez pruszkowski zarząd. Starym zależało, aby ich największy wróg zniknął z miasta i stracił jakikolwiek wpływ na bieg wydarzeń. A odpalić będzie go można później, kombinowali. Ostatecznie nawet w więzieniu.

Sprawą Pruszkowa zajmował się wówczas doświadczony prokurator Jerzy Mierzewski, któremu zlecono zaduszenie największej mafijnej hydry w dziejach Polski. Z pewnością był świadomy, co mu grozi ze strony gangsterów, i doskonale wiedział, jak kończyli niektórzy jego włoscy odpowiednicy tropiący grupy przestępcze. Ale pragnienie sukcesu w tej trudnej batalii było silniejsze od strachu.

Kiedyś, jadąc do Masy, wyznał żonie, że z tej podróży może nie wrócić.

– To prokurator z krwi i kości – powiedział o nim po latach Masa. – Dam sobie odciąć rękę za to, że nigdy nie ułoży się z mafią.

Mierzewski wielokrotnie przesłuchiwał Rudego, lecz im dłużej analizował jego zeznania, tym większą wątpliwość wzbudzały w nim intencje rzekomo poszkodowanego. Handlarz z Elektrolandu sprawiał bowiem wrażenie człowieka, który chce utopić Masę za wszelką cenę – wciąż podsuwał kolejne wątki, nawet jeśli nie miały związku z jego sprawą. Zupełnie jakby był przygotowany do tej roli. Rzucał jak z rękawa, zmyślonymi bądź nie, trudno to ustalić, przewinami Masy i sugerował, że najlepiej byłoby pozbyć się go raz na zawsze. Twierdził, że Masa ma wiele za uszami, ale on wszystko może „podać na papier”. I że sąd bez jakichkolwiek wątpliwości wymierzy przestępcy bardzo surowy wyrok.

Rzecz w tym, że Mierzewski miał zbyt duże doświadczenie, żeby bezkrytycznie kupować te rewelacje. Po jakimś czasie doszedł do wniosku, że w zeznaniach Rudego coś śmierdzi, a poszkodowany musi działać na czyjeś zlecenie. Nie dał jednak po sobie poznać, że traci zaufanie, i słuchał cierpliwie. Z potoku słów wyławiał te, które mogły mieć znaczenie dla zrozumienia intrygi. 

Przyszedł czas, kiedy lekko przycisnął handlarza, a tamten pękł jak bańka mydlana. Przyznał, że do złożenia zeznań według niego został zmuszony.

Sztuka śledcza wymagała, aby w następnej kolejności zapoznać się z wersją Masy, lecz problem tkwił w tym, że Sokołowski nie miał najmniejszego zamiaru współpracować z organami ścigania. Konsekwentnie odmawiał składania zeznań, powtarzając: „I tak zaraz będziecie musieli mnie wypuścić”.

Fot. Adam Tuchliński/Reporter

Pewnego dnia prokurator zasugerował Masie, że wkrótce rzeczywiście wypuści go z więzienia, bo oskarżenia Rudego nie trzymają się kupy; zresztą poszkodowany zaczyna się z nich wycofywać. A na razie zezwolił mu na widzenie z żoną, co było oczywistym gestem dobrej woli.

Podczas spotkania Ela opowiedziała mężowi, co dzieje się na mieście – że starzy przy pomocy Bryndziaków terroryzują wszystkich związanych z nim i Pershingiem, grożą ich rodzinom, przejmują strefy wpływów. Największe wrażenie zrobiła jednak informacja, że Bryndziaki pojawili się w klubie bokserskim, w którym syn Masy trenował boks.

– Już niedługo będziesz, kurwo, leżał obok ojca – wycedzili chłopakowi do ucha.

Zagrożona była również żona Masy, którą gangsterzy próbowali uprowadzić. Na szczęście bez powodzenia.

Nie było wyjścia – Masa zadeklarował współpracę, ale zażądał, aby przyznano mu status świadka incognito. Czyli świadka, którego tożsamość nie jest znana innym uczestnikom postępowania karnego. Tę instytucję dobrze już wówczas znano nad Wisłą, ale zdaniem prokuratora Mierzewskiego była ona zbyt wątłym orężem w walce z mafią. O wiele lepszym był status świadka koronnego, wprowadzony do polskiego prawa niewiele wcześniej. Jeśli sprawdził się w innych krajach, w których przestępczość zorganizowana przybrała monstrualne rozmiary, czemu w Polsce miałoby być inaczej? Tylko przyznanie go gwarantowało Masie pełne bezpieczeństwo.

Po krótkim wahaniu zainteresowany zgodził się na propozycję prokuratora. Wiedział, że życie w koronie nie będzie lekkie, ale… będzie toczyło się dalej. W przeciwnym wypadku nie uda się rozbić struktur polskiej ośmiornicy, a Masa nie będzie znał dnia ani godziny.

Na marginesie: nie wszyscy prokuratorzy byli zachwyceni pomysłem Mierzewskiego. Wiele osób odradzało mu taki ruch, ale on pozostał nieugięty. Wiedział, czego chce i jak to osiągnąć.

Także duża część politycznego establishmentu próbowała zablokować przyznanie Masie statusu świadka koronnego. Argumentowała, że gangster wie zbyt dużo o styku świata przestępczego z politykami.

Zdyskredytowanie Masy leżało w interesie wielu ludzi.

W czerwcu 2000 roku w Wadowicach pojawiła się uzbrojona po zęby ekipa policyjna, która miała wywieźć Sokołowskiego. Gdzie? Wiedział o tym wyłącznie dowodzący konwojem, a chodziło o prokuraturę na Krakowskim Przedmieściu. Tam już czekał śledczy z kwitami do podpisania. Masa parafował zgodę na udział w programie świadka koronnego, ale postawił warunek – przyjmie koronę, jeśli będzie mógł mieszkać u siebie, w Komorowie.

Tak też się stało. Były gangster wrócił do domu, a wraz z nim… kilkudziesięciu antyterrorystów, którzy mieli go strzec jak oka w głowie. Plan przewidywał, że nawet po zakupy Masa będzie chodzić w towarzystwie ochrony. Gdy wyjeżdżał do Warszawy na spotkania z Mierzewskim, czynił to w obstawie kawalkady opancerzonych samochodów policyjnych.

Taka sytuacja nie trwała jednak długo, zaledwie niespełna tydzień. Zarówno bowiem Masa, jak i prokurator doszli do wniosku, że pomysł z Komorowem może się skończyć źle. Wcześniej czy później ktoś wpadnie na trop ochranianego i zrobi to, do czego został wynajęty.

Dlatego zapadła decyzja – Masę i jego rodzinę należy wywieźć w Polskę. Do jakiegoś dobrze ukrytego ośrodka. A jeśli i tam ochrona zauważy cokolwiek podejrzanego, trzeba będzie zmienić lokum.

W ten sposób rozpoczęło się życie Masy na walizkach, nieco przypominające realiami cygańskie. Świadek koronny nie wiedział bowiem, czy następny dzień spędzi w tym, czy w innym miejscu. Był w drodze nieustannie.

Podobnie jak Mierzewski, zmuszony do kursowania pomiędzy różnymi częściami Polski, bo przesłuchania odbywały się tam, gdzie aktualnie przebywał Masa. Właśnie w jednym z takich utajnionych ośrodków miała miejsce sytuacja opisana na początku prologu – ktoś (jeden z przełożonych Adama Maruszczaka) wydał polecenie pozostawienia Masy przy szosie katowickiej. Polecenie, które z oczywistych względów nie zostało wykonane.

Mierzewski, gdy usłyszał od policjanta, co jest grane, bez mrugnięcia okiem przyznał mu rację. Gdyby kilerom udało się zdjąć Sokołowskiego, plan zniszczenia mafii rozsypałby się jak domek z kart. 

Nie czekając ani chwili, wskoczył do samochodu i udał się do Warszawy, do Ministerstwa Sprawiedliwości. Tego samego dnia spotkał się z ministrem Lechem Kaczyńskim i opowiedział mu o dziwnym rozkazie. Kaczyński, który walkę z polską mafią traktował jak misję, stwierdził krótko:

– Chcę mieć pełną kontrolę nad sprawą Masy.

Był to czytelny sygnał dla tych, którzy liczyli, że ktoś ze służb wcześniej czy później sprzeda świadka. Że jego ochrona nikomu nie pozwoli do niego dotrzeć.

W mediach rozpoczął się festiwal materiałów przedstawiających byłego gangstera w nowej roli. Lecz szefowie mafii, która powinna zacząć odliczać godziny do swojego końca, nie bardzo się tym przejęli. Byli przekonani, że psiarnię zawsze da się zblatować, a Masa nie odważy się powiedzieć tego, co wie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

I się przeliczyli.

OD NARRATORA. Jarosław Sokołowski „Masa”

OD AUTORA. Artur Górski

PROLOG. Macie go wysadzić z samochodu i zostawić

ROZDZIAŁ 1. Jak wyjść, gdy nie ma wyjścia

ROZDZIAŁ 2. Koronny przybywa z Wysp

ROZDZIAŁ 3. Wczasy pod specjalnym nadzorem

ROZDZIAŁ 4. Sto tysięcy kilometrów za świadkiem

ROZDZIAŁ 5. Telefon z daleka

ROZDZIAŁ 6. Operacja służb i kanapki ze smalcem

ROZDZIAŁ 7. Mundur w burdelu

ROZDZIAŁ 8. Wszyscy ludzie lokalnego mustafy

ROZDZIAŁ 9. Kapujesz, bo jesteś mądry, kapujesz, bo jesteś głupi...

ROZDZIAŁ 10. Bandzior o mentalności ormowca

ROZDZIAŁ 11. Gucior w rowie

ROZDZIAŁ 12. W imię syna...

ROZDZIAŁ 13. Brudy zamiatane pod dywan

ROZDZIAŁ 14. Kobieta z portalu

ROZDZIAŁ 15. Zakład, że go odpalą do czerwca?

ROZDZIAŁ 16. Śmierć ma rejestrację WPR

ROZDZIAŁ 17. Jak Masa próbował mnie ustawić

ROZDZIAŁ 18. Koronni: między prawdą a bajkami

ROZDZIAŁ 19. Bo kwaśnica była niekwaśna

ROZDZIAŁ 20. Pod papugami

Gangsterska galeria według Masy