Masa o bossach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski "Masa" w rozmowie z Arturem Górskim ebook

Artur Górski  

3.93333333333333 (15)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 233 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Masa o bossach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski "Masa" w rozmowie z Arturem Górskim - Artur Górski

Wstrząsająca opowieść o bezwzględnych bossach polskiej mafii. Kim byli ludzie, którzy rządzili jedną z największych struktur przestępczych w tej części Europy? 
Pershing, Barabasz, Rympałek – te gangsterskie pseudonimy budziły strach w Polsce lat 90 i do dziś owiane są legendą. Poznaj kulisy kariery i tajemnice najbardziej znanych mafiozów i tych, którzy tworzyli grupę pruszkowską, ale nigdy nie wspięli się na jej szczyt. Skrytobójstwo, zamachy bombowe, uprowadzenia – to była ich codzienność.
Jakimi metodami utrzymywali się na mafijnym szczycie? Kto był ich sprzymierzeńcem, a kto zaciekłym wrogiem? I jak wygląda ich życie dzisiaj?

Artur Górski – dziennikarz, pisarz, autor bestsellerowej rozmowy z Jarosławem Sokołowskim „Masa o kobietach polskiej mafii”, nagrodzonej „Bestsellerem Empiku 2014” w kategorii literatura faktu, książki „Masa o pieniądzach polskiej mafii” oraz „Masa o porachunkach polskiej mafii”. Poza nimi napisał wiele powieści sensacyjnych, m.in. „Gucci Boys”, „Al Capone w Warszawie”, „Zdrada Kopernika”, oraz pozycji z gatunku non-fiction: „Świat tajnych służb”, „Gang” i „Pięść Dawida”. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej przestępczości zorganizowanej. Do niedawna redaktor naczelny „Focusa Śledczego”, obecnie redaktor „Focusa Historia”.

Jarosław Sokołowski – pseudonim Masa, były przestępca, jeden z najbardziej wpływowych gangsterów tzw. grupy pruszkowskiej, od 2000 r. świadek koronny. W latach 90. blisko związany z jednym z pruszkowskich bossów – Andrzejem K., Pershingiem. Skłócony z większością szefów mafii. Dzięki jego zeznaniom udało się pogrążyć „Pruszków”. Do niedawna felietonista „Focusa Śledczego”. Bohater bestsellerów: „Masa o kobietach polskiej mafii”, „Masa o pieniądzach polskiej mafii” oraz „Masa o porachunkach polskiej mafii”.

Opinie o ebooku Masa o bossach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski "Masa" w rozmowie z Arturem Górskim - Artur Górski

Cytaty z ebooka Masa o bossach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski "Masa" w rozmowie z Arturem Górskim - Artur Górski

Daj spokój. Jeśli chcesz przykładać hollywoodzkie kalki do naszych pruszkowskich urków, to możemy już dalej nie pisać tej książki. Zresztą to samo dotyczy Włochów czy Ruskich. Tacy z nich ojcowie chrzestni, jak z koziej cipy worek kartofli! Bajki są dobre dla dzieci, a poważni ludzie nie powinni w nie wierzyć. Świat polskiej mafii w niczym nie przypominał filmu. A jeśli nawet było coś na rzeczy, to raczej w wydaniu karykaturalnym.
Pucha wyposażyła ich też w liczne umiejętności, wśród których być może najważniejsze były spryt i intryganctwo. To byli mistrzowie dywersji i knowań, czemu zresztą dali wyraz już w czasach grupy pruszkowskiej. Ich żywiołem było nie budowanie czegoś, a rozpierdalanie.
Pershing zawsze wychodził, ze słusznego skądinąd, założenia, że do każdego celu trzeba właściwych osób. Jeśli zatem hazard wymagał zatrudnienia doskonałego elektronika, to Andrzej nie próbował przekazywać zlecenia hydraulikowi. Tej zasadzie był wierny także jako mafijny boss. Być może właśnie dlatego stał się legendą polskiej przestępczości zorganizowanej? Zwyczajnie wiedział, kto mu jest potrzebny, a kogo należy się wystrzegać.
Jak wchodził do Sokoła czy Uroczej, od razu witały go głodne spojrzenia pań. Mógł przebierać w towarach, co zresztą chętnie robił. Nie chcę przez to powiedzieć, że towary były mało wybredne. Na pewno jednak były dość łatwe.
Bo tak naprawdę przyjaźń w grupie przestępczej nie istnieje. Jak ci jest ktoś potrzebny, to grasz jego najlepszego wafla. A jak ci się pali tyłek, jak ci z kumplem nie po drodze, to się go wyrzekasz. Taka to jest ta słynna gangsterska solidarność.
Myślę, że wtedy młody Dreszcz stracił resztki sumienia. Wariat doskonale wiedział, że wykona każdą mokrą robotę. Że nie ma już dla niego żadnych moralnych barier. Czy miał je wcześniej? Mam nadzieję, ale głowy bym nie dał.
A on miał tyle sosu, ile chciał, i jeszcze śmiał się im w oczy. Prowokował, trochę nie doceniając ich determinacji. A raczej wkurwienia. Bądźmy szczerzy – on był odrobinę infantylny i na dyplomacji nie znał się za grosz. Jednocześnie przeceniał swoją siłę. Często poruszał się bez ochrony i gwizdał na niebezpieczeństwo.
Gdy wieczór zaczął przechodzić w noc, uczestnicy zabawy zorientowali się, że atmosfera w Lwie rozmija się z ich oczekiwaniami. Pracownicy lokalu poruszali się jak muchy w smole, tylko czekając, aż gangsterzy zaczną regulować rachunki i rozjeżdżać się do domów.
Pomyślałem sobie, że może wyrwę jakiś fajny towar na noc. A jeśli nie na całą, to przynajmniej wezmę dziunię gdzieś na bok, puknę i wrócę na parkiet. Może trafi mi się kolejna? Takie miałem plany! Im dłużej tańczyłem, tym więcej dup kręciło się koło mnie. Zaczynałem nawet wierzyć, że moje początkowe założenia były naprawdę skromne. Zanosiło się na pukanie na grubo!
o której Olgierd Budrewicz w wydanym w 1957 r. Bedekerze Warszawskim napisał: »Smutna melina waluciarzy i alfonsów«”. Wprawdzie za czasów Pershinga Polonia świeciła nieco jaśniejszym blaskiem, ale zawsze ciągnęło do niej wyjątkowo szemrane towarzystwo.
Kiedy dołączyłem do niego, szybko zorientowałem się, że facet ma naprawdę dalekosiężne plany, a miejsce, w którym znajduje się obecnie, nie do końca odpowiada jego aspiracjom. Osiągnął sporo, ale chciał o wiele więcej.
Zawsze chciał mieć władzę i rozkazywać innym bandytom, takim jak ja, posyłać ich na naprawdę niebezpieczne i plugawe roboty. A jednocześnie nie radził sobie w kontaktach z silniejszymi. Kiedy przyjeżdżał choćby Słowik i mu pocisnął, Oczko z miejsca karlał.
Daktaras bardzo cenił książki, w których próbował znaleźć odpowiedź na odwieczne pytanie: jak żyć? Jako że najbardziej przypadła mu do gustu słynna powieść Maria Puzo Ojciec chrzestny , Henyte postanowił żyć jak Don Corleone. I trzeba przyznać, że to postanowienie udało mu się zrealizować.

Fragment ebooka Masa o bossach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski "Masa" w rozmowie z Arturem Górskim - Artur Górski

Copyright © Artur Górski, 2015

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

Agnieszka K. Jurek

Fotel do sesji:

http://englishchesterfieldsofa.com/

Zdjęć w książce nie traktujemy jako ilustracji do konkretnych rozdziałów, ale jedynie jako uzupełniający materiał reporterski. Dlatego też nie zostały podpisane.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Krzysztof Junak

ISBN 978-83-8069-948-9

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

OD NARRATORA

Jarosław Sokołowski „Masa”

Znałem ich wszystkich. Obserwowałem, jak wzrastali, jak osiągali szczyty. A potem śledziłem ich upadek. No, bądźmy uczciwi – w wielu przypadkach był on również zasługą moich zeznań jako świadka koronnego. Wielu z nich było idolami z moich młodzieńczych lat; takie tuzy pruszkowskiej gangsterki jak Barabasz, Ali czy Dzikus pobudzały wyobraźnię chłopaków, którzy nie chcieli zarabiać groszy w fabryce, a przeskoczyć do innego, lepszego (wiem, to kwestia względna) świata, gdzie kasa płynie strumieniami, a piękne kobiety są na wyciągnięcie ręki. Na początku lat 80. nie bardzo wiedziałem, jak taki lepszy świat powinien wyglądać, byłem jednak pewien, że PRL-owska rzeczywistość nijak nie przystaje do moich oczekiwań. Tymczasem starzy przestępcy zapewniali, że wystarczy naprawdę niewiele, by urządzić się w życiu znacznie lepiej niż Kowalski i jego pani Kowalska. 

Wprawdzie oni sami nie wyglądali jak Blake Carrington z serialu Dynastia (raczej jak Carrington, gangsterski watażka z zachodniej Polski), ale my wierzyliśmy, że to tylko kamuflaż. Skoro nieustannie chodzili na robotę, za co zresztą co i raz trafiali za kratki, to znaczyło, że gdzieś muszą ukrywać te swoje fortuny i z dala od wścibskich oczu szastać na lewo i prawo pieniędzmi. 

Jak się okazało, w naszych podejrzeniach było sporo prawdy.

Z biegiem czasu zrozumiałem, że ci pierwsi pruszkowscy bossowie, a raczej przewodnicy przestępczego stada, nie mieli formatu sycylijskich ojców chrzestnych, a ich umiejętności ograniczały się do skutecznego walnięcia przeciwnika w głowę. 

A jednak to oni, faceci, których jedyną edukacją były więzienne szkoły, położyli podwaliny pod gigantyczną strukturę przestępczą, która funkcjonowała nie gorzej niż jej odpowiedniki w Rosji czy nawet w Stanach Zjednoczonych. Prymitywna brutalność starych została doprawiona biznesowymi talentami młodego narybku Pruszkowa, często wywodzącego się z dobrych inteligenckich rodzin. Dzięki temu rodzima mafia stała się całkiem nieźle zarządzaną korporacją. Celowo nie używam wyświechtanego określenia „syndykat zbrodni”, bo zbyt kojarzy się ono ze związkami zawodowymi. A przecież w gangu prawa pracownicze nie zawsze są właściwie chronione…

Jednak na czele polskiej mafii – czy mowa o zarządzie, czy o poszczególnych grupach – zawsze stawali faceci, którym bliżej było do owych troglodytów z przełomu lat 70. i 80. niż do białych kołnierzyków. Nawet jeśli wysławiali się lepiej niż Barabasz czy Parasol, nawet jeżeli mogli się pochwalić więcej niż jedną przeczytaną książką albo przynajmniej obejrzanym filmem. Nawet jeżeli ubierali się nieco bardziej elegancko. Tak czy siak, zawsze podstawą ich rządów była bezwzględność. I wbrew pozorom brak poszanowania dla jakichkolwiek zasad. Oprócz jednej: moje musi być na wierzchu!

Nawet zaprzyjaźnieni ze mną celebryci ówczesnej mafii, Pershing czy Nikoś, choć byli bossami z innej półki niż pruszkowscy starzy, także wyznawali kult pięści i zasadę, że dla frajerów nie ma litości.

Żeby było jasne: widzę różnicę pomiędzy Pershingiem a starymi, o czym czytelnik przekona się po lekturze niniejszej książki. To zupełnie inna liga, inna klasa człowieka, ale tego, kto stawał Andrzejowi K. na drodze, bolało tak samo jak tego, który stanął na drodze pruszkowskiemu zarządowi. Albo braciom N. z Ząbek, czyli Dziadowi i Wariatowi.

Nie wiem, jak to wyglądało we Włoszech czy w Stanach Zjednoczonych, ale w Polsce nie mógł zostać bossem ktoś, kto nie spędził setek godzin na siłowni i nie próbował swych sił w sportach walki. Siła była religią kryminalnego półświatka i ten, kto jej nie wyznawał, nie miał co myśleć o pozycji szefa. Na marginesie – często spotykam się z kpinami na temat elegancji pruszkowskich gangsterów. Że niby tylko dresy i obszerne koszule w palmy. Faktycznie, bossowie często nosili się w ten sposób (choć zdarzało im się występować w muszkach), ale spróbujcie zapiąć dobrze skrojoną marynarkę na napakowanej klacie! Moc musiała być widoczna na pierwszy rzut oka.

Często słyszę pytanie: a czy ty, skoro miałeś pod sobą wielką gangsterską armię, nie zaliczasz się do bossów?

Odpowiadam: nie! Nie można nadać statusu świadka koronnego przywódcy grupy przestępczej. Rzeczywiście, kierowałem olbrzymią i groźną armią, ale zawsze wykonywałem czyjeś polecenia. Byłem na pierwszej linii frontu, ale to nie ja wywoływałem wojny. Czasami określa się mnie mianem mafijnego kapitana. Nie chcę być nieskromny, ale uważam, że miałem znacznie wyższą rangę, choć nigdy nie dosłużyłem się generalskich epoletów. I chwała Bogu, bo pewnie musiałbym je sobie wydziargać na ramionach w trakcie długiej odsiadki za kierowanie grupą przestępczą o charakterze zbrojnym.

Na szczęście sąd uznał, że na stopień generała jednak nie zasłużyłem, choć wiem, że wielu postrzegało mnie jak bossa. Także politycy – między innymi dlatego tak kleili się do mnie, bo szastałem pieniędzmi, otaczałem się luksusem, a wszystkie moje polecenia i zachcianki były spełniane w mgnieniu oka. Byłem idolem dla kilku politycznych guru, pozujących na wielkich Europejczyków, których kłuł w oczy, choć jednocześnie imponował im mój styl bycia.

Takie były czasy. Polacy, dla których skończyły się rządy pierwszych sekretarzy i komisarzy wojskowych, zapragnęli prawdziwego bossa. I rodzima mafia go im dała!

OD AUTORA

Artur Górski

Pisanie książek z serii Masa o polskiej mafii nie jest jak hobby, do którego zasiada się jak do partii brydża, raz na jakiś czas, po czym chowa karty do szuflady biurka i zapomina o grze. Praca nad kolejnymi tomami to moje życie, wysiłek i fizyczny, i psychiczny, od którego nie ma odskoczni. 

To godziny spędzone w samochodzie, w podróży do porozrzucanych po całym kraju miejsc, gdzie spotykają się ze mną bohaterowie opowieści – i Masa, i jego towarzysze z przeszłości. To kolejne godziny wysłuchiwania historii, które – pokazane w filmie – uznane zostałyby za niewiarygodne. Potem weryfikacja, o ile oczywiście jest możliwa, zgromadzonych informacji i przelewanie ich na papier. 

Jako że kolejne tomy ukazują się co pół roku, praca nad serią właściwie nie ustaje nigdy.

Ale oprócz roboty czysto reporterskiej czy literackiej ciągle szukam odpowiedzi na nieustannie nurtujące mnie pytanie: czy gdyby moje życie potoczyło się inaczej, też mógłbym zejść z drogi prawa i stać się przestępcą? 

Należę do tej większości ludzi, którym nie zdarzyło podwędzić choćby kajzerki ze sklepu spożywczego. Pytanie – czy z szacunku dla prawa, czy z przyzwoitości? Czy może ze zwykłego lęku przed konsekwencjami, gdyby ktoś złapał mnie za rękę?

Nie wiem. Być może tylko z tego ostatniego powodu. Ale wiem jedno: gdybym ukradł tę pierwszą kajzerkę, kolejne przestępstwa byłyby prawdopodobnie wyłącznie kwestią czasu. Wystarczy bowiem zacząć. Potem stajesz się już zawodowcem i wyznaczasz sobie coraz ambitniejsze cele. 

O ile jestem w stanie wyobrazić sobie siebie jako złodzieja (do tego akurat nie jest potrzebna wybujała wyobraźnia), o tyle zupełnie nie rozumiem, jak można zabić. Podobnie jak inni uważam, że nie każdy jest w stanie pociągnąć za spust. Mordercy to ludzie wyzuci z sumienia, nieodczuwający jakichkolwiek emocji wobec bliźniego. Albo odczuwający wyłącznie emocje złe.

Ułamek promila w skali populacji.

Tylko czy naprawdę?

Rzecz w tym, że możemy się mylić; historia rodzimej przestępczości zorganizowanej pokazuje, że zło wciąga. Zaczyna się od jakiegoś drobnego przekroczenia prawa, a kończy na najcięższej zbrodni. Nie mówię o psychopatach, w których destrukcyjne plany dojrzewają latami, rozwijając się niczym ciężka choroba. Mam na myśli zwykłych ludzi, wplątanych w przestępczość nierzadko przez przypadek. Podejrzewam, że absolutna większość zabójców nigdy nie marzyła o takiej karierze; zabili, bo – według bandyckiej logiki – w danym momencie nie było już innego wyjścia. Może nawet uwierzyli, że odebranie komuś życia ratuje ich własne? Bronię się, jak mogę, przed konkluzją, że w określonych okolicznościach byłbym w stanie zrobić to, czego sobie dziś nie wyobrażam, ale jednocześnie wiem, że życie pisze bardzo dziwne scenariusze. Dlatego lepiej szerokim łukiem omijać plan filmowy, na którym się według nich gra.

Wierzę w sprawczą siłę przypadku, lecz sądzę, że nie ma ona zastosowania do analizy karier mafijnych bossów. Bo dzięki niemu nie zostaje się raczej przywódcą grupy przestępczej. Droga na szczyt jest długa i trzeba bardzo chcieć osiągnąć sukces. A chcieć to znaczy robić wszystko, aby podporządkować sobie grupę równie brutalnych i zdeterminowanych konkurentów. Trzeba pokonać ich siłą, przebiegłością, cynizmem oraz bezwzględnością. To jeszcze nie wszystko – trzeba też odegrać rolę męża opatrznościowego; lidera, który nie pobłaża, ale też nie opuszcza swoich ludzi w trudnej godzinie. Który może skrzywdzić, ale też nagrodzić.

Bycie bossem oznacza wysyłanie gangsterów na określone akcje, także te z krwawym finałem. Oznacza wzięcie odpowiedzialności za czyny popełnione przez podwładnych. Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – także odpowiedzialność moralną (tym bardziej że często to oni wpadają i odpowiadają karnie jako bezpośredni sprawcy). Ale mam wątpliwości, czy bossowie wydający rozkaz – choćby najbardziej potwornej akcji – rzeczywiście odczuwają jakikolwiek dyskomfort psychiczny. Boss musi być mózgiem, ale nie może dzielić włosa na czworo. Ten, kto się waha, jest słaby i nie nadaje się do tej roboty.

Kiedy więc pytam sam siebie, czy byłbym w stanie kierować grupą przestępczą, odpowiadam, że absolutnie nie. Nie mam takich predyspozycji i zbyt często miewam wątpliwości. To coś zupełnie innego niż kradzież wspomnianej bułki.

Ten tom poświęcamy właśnie bossom polskiej mafii – i tym najbardziej znanym, i tym znanym nieco mniej. Tym, którzy stali na czele przestępczości zorganizowanej w jej szczytowym momencie, i tym, którzy kierowali nią na samym początku. O niektórych pisaliśmy obszernie w poprzednich tomach (np. o Wojciechu K. „Kiełbasie” czy Nikodemie S. „Nikosiu”), nie poświęciliśmy im więc oddzielnych rozdziałów, choć wielokrotnie pojawiają się oni na kartach tej książki.

Jak zawsze staraliśmy się wyciągać na światło dzienne nowe fakty czy nowe interpretacje faktów już znanych, ale w kilku przypadkach posiłkowaliśmy się wiedzą przedstawioną w poprzednich częściach serii. Wyszliśmy bowiem z założenia, że nie wszyscy je czytali, a naszym nowym odbiorcom należy się choćby podstawowa wiedza o opisanych już zdarzeniach (w takich przypadkach odsyłamy do konkretnych tomów).

Liczymy, że pozycja Masa o bossach polskiej mafii zainteresuje nie tylko tych, którzy pragną poszerzyć swą wiedzę o polskim półświatku kryminalnym. To także rzecz dla zafascynowanych mrocznymi zakamarkami ludzkiej duszy i tych chcących zrozumieć, jak rodzi się zło. I dlaczego niektórzy są gotowi poświęcić wszystko, by stanąć na szczycie bandyckiej drabiny.

Prolog

N., gangster, związany z Masą:

Powiem ci, kto to jest dla mnie boss. To taki, któremu jesteś wierny jak pies, ale jak będzie potrzeba, on stanie po twojej stronie. Boss w gangu to nie jest jakiś pieprzony prezesik, który rządzi tobą od ósmej do szesnastej i generalnie ma cię w dupie, bo jesteś dla niego tylko pozycją na liście płac. 

Boss to jest Bóg. Dobrze, przeginam, może nie Bóg, ale dowódca na froncie. Jesteś z nim dzień i noc, na każde zawołanie, i nie ma takiej możliwości, że jak ci coś nie pasuje, to bierzesz wolne. To jest związek, w którym ty jesteś na dole, a on na górze, i nie oczekujesz, że wskoczysz na jego miejsce. Jak jakieś głupie myśli pojawią ci się w głowie, to wcześniej czy później on to wyczuje i tak cię dojedzie, że będą cię zdrapywać z asfaltu. Boss jest dożywotni; tak masz myśleć, nawet jeśli to nie jest prawda. Nawet jeśli chciałbyś mu strzelić w łeb i może nawet to zrobisz…

Są tacy, którzy każą się całować po łapach – to oczywiście błazny, ale jeśli taką mają fantazję, ty musisz ich po tych pierdolonych łapskach całować. Boss ma prawo nie tylko opierdalać, ale i upokarzać. Jeśli robi to na tyle inteligentnie, że jego podwładny nie czuje większego żalu, punkt dla szefa! To jest jak gra: on cię trzyma na smyczy, a ty przypominasz mu, że psa trzeba karmić i czasem pogłaskać.

On liczy na ciebie, ty możesz liczyć na niego. Ty zarabiasz dla niego pieniądze, on ci odpala taką dolę, że chcesz mu dalej ten hajs przynosić. Wywozisz do lasu ludzi, którzy mu nabruździli, a on docenia, że to ty masz krew na rękach.

Dzwoni do ciebie o takiej porze, że nie masz pojęcia, jak się nazywasz, i każe ci jechać w miejsce, w które nikt inny by – o tej porze – nie pojechał. A tam musisz pokazać, że jesteś jednoosobowym oddziałem komandosów, i dojechać frajerstwo, które nie rozliczyło się na czas. Albo wisi za prochy, albo zawinęło tira twojego szefa, albo kogoś mu bliskiego. Dla okupu. Ty nie jedziesz na negocjacje, tylko na akcję zbrojną. I boss wierzy, że wrócisz z tarczą, bo jak z nią nie wrócisz, to wypadasz z obiegu.

Ale, kurwa, znów ci się udało! I szef daje ci odczuć, że jest zadowolony. 

W normalnych codziennych sytuacjach łatwo jest być bossem. Jeśli twój człowiek zna się na robocie, jeśli nie sra po gaciach przy byle zagrożeniu, wasz układ hula jak szwajcarski zegarek.

Gorzej, jak trafiasz do puszki, jak grozi ci kilka lat odsiadki. Dobrze wiesz, że papuga ci nie pomoże. Wtedy boss musi stanąć na jajach, żeby cię wyciągnąć z opresji – musi zrobić coś, żeby świadkowie nie chlapali jęzorami, musi zblatować psy i prokuraturę, musi poszukać nowych świadków. Takich, którzy będą wiedzieli, co mówić, żeby było dobrze. A jak cię jednak posadzą na dłużej, boss musi wysyłać kasę twojej kobiecie czy dzieciakowi, żeby oni za bardzo nie odczuli, że tata jest w pierdlu. Albo na wystawce, jeśli spierdoliłeś gdzieś za granicę, bo w kraju grunt ci się palił pod nogami.

A wiesz, dlaczego musi? Dlatego że ty nic na niego nie podałeś na papier. Jak się o niego pytali, to tylko wzruszałeś ramionami, że niby nie wiesz, o kogo chodzi.

Układ musi trwać do samego końca.

A jak się boss odwróci dupą i zostawi cię na lodzie, to jest chuj, nie boss. Problem w tym, że takich bossów w polskiej mafii kilku by się znalazło.

* * *

Kiedy myślimy „boss mafijny”, przeważnie staje nam przed oczami jedna z postaci wykreowanych przez film. Czy to Vito Corleone, genialnie zagrany przez Marlona Brando, czy znakomity Al Pacino jako Michael Corleone. Ewentualnie, choć już z przymrużeniem oka, James Gandolfini, odtwórca roli Tony’ego w serialu Rodzina Soprano. Przypominamy sobie także filmy Martina Scorsese, który miał wyjątkowy dar fascynującego portretowania szefów wielkich organizacji przestępczych działających w Stanach Zjednoczonych. Od Chłopców z ferajny po tych z Infiltracji.

Myślimy także o postaci autentycznej, czyli Alu Capone, którego życie jednak zostało dokładnie przefiltrowane przez literaturę i Hollywood, aż w końcu bandyta stał się bardziej ikoną popkultury niż amerykańskim kryminalistą czasów prohibicji. Gangster wszech czasów był bowiem dla Amerykanów nie tylko przestępcą, nie tylko ucieleśnieniem brutalnego zła, ale także idolem, wzorcem do naśladowania. Ba, arbitrem elegancji! To, jak żył, interesowało jego rodaków w takim samym stopniu, w jakim dziś – dzięki prasie i telewizji – obchodzi ich zakradanie się do rezydencji i sypialni celebrytów. Capone, świadom tego zainteresowania, nie ukrywał swojego majątku i chełpił swoim uwielbieniem dla luksusu. Szwedzki historyk Henrik Hojer, znawca tematyki kryminalnej początków XX wieku, w swojej książce Al Capone, jazz i gangi tak opisywał styl życia bossa (i jego szeroki gest): „Sypiał w atłasowej pościeli, ubrany w jedwabną bieliznę, na której widniał wyhaftowany monogram »AC«. Przed Bożym Narodzeniem kupował prezenty za mniej więcej 100 tysięcy dolarów. Ci, którym ufał najbardziej, otrzymywali od niego paski wysadzane diamentami. Rachunki za kolacje i bankiety opiewały na dziesiątki tysięcy dolarów. Capone zachowywał się jak pan feudalny, bo też takim feudałem był. Potrafił zimą otworzyć jakiś sklep spożywczy i zaprosić różnych biedaków na zakupy, potem prosił właściciela sklepu, żeby przysłał mu rachunek”.

Hojer przypomina także sławetne bankiety, jakie z rozmaitych okazji wydawał Capone dla środowiska przestępczego. Gdy jacyś ludzie z gangsterskich szczytów odzyskiwali wolność, boss organizował przyjęcia w najbardziej ekskluzywnych lokalach, na których szampan lał się hektolitrami. „I chociaż takie bankiety można uznać za zwykłe wybryki nowobogackich, stanowiły one jeden z elementów nowej tożsamości, jaką stworzył dla siebie Capone – gangster, celebryta i postać z kręgów śmietanki towarzyskiej, wokół którego ciągle kręciły się tłumy ludzi zafascynowanych jego upozorowaną na hojność manią chwalenia się bogactwem”.

Choć od śmierci Ala Capone minęło prawie 70 lat, styl bycia bossów kryminalnego podziemia nie zmienił się ani na jotę. Cóż, najwyraźniej liderzy grup przestępczych zawsze będą uwielbiali splendor i zawsze sypną trochę grosza potrzebującym. Aby świat postrzegał ich jako dobrych, tyle że uwikłanych w zło.

Przywołując mafijne ikony, nie zapominamy oczywiście o najsłynniejszych bossach ostatnich kilkudziesięciu lat, od Lucky’ego Luciano i Meyera Lansky’ego po Sycylijczyka Toto Riinę i jego kompana Bernarda Provenzano. Galeria słynnych capo di tutti capi jest właściwie nieskończona i obejmuje cały świat. Znamy bossów rosyjskich, kolumbijskich, chińskich itd. Od Wiaczesława Iwankowa, zwanego Japończykiem, po Pabla Escobara.

Bez względu na to ile jest prawdy w hollywoodzkich produkcjach, szefów wielkich struktur przestępczych wyobrażamy sobie tak, jak przedstawiło ich kino. Są bezwzględni, brutalnie skuteczni w poszerzaniu swego terytorium, prawie nigdy nie wahają się przed stosowaniem rozwiązań ostatecznych. Wydanie wyroku śmierci przychodzi im z dziecinną łatwością. Nie wybaczają zdrady, bo sami starają się być wierni zasadom i sojusznikom. Mimo zła, jakim są przesiąknięci, mają też pewien trudny do odparcia urok – z jednej strony stanowi o nim skłonność do wyrafinowanej elegancji i świata sztuk pięknych, z drugiej zaś potrzeba wykonywania szlachetnych gestów (wspieranie biednych, fundowanie dzieciom szklanki mleka). Oczywiście, są to często cyniczne działania wizerunkowe – boss obraca się w rozmaitych środowiskach, także politycznych i medialnych, i potrzebuje, aby pisano o nim życzliwie.

Kiedy zaistniała w mediach polska mafia, również jej szefowie stali się osobami publicznymi. I przedstawiano ich tak samo jak gangsterów z Nowego Jorku, Palermo czy Moskwy – jako bajecznie bogatych, żyjących w kiczowatych pałacach, otaczających się pięknymi kobietami, obracających się i wśród gwiazd filmu, i wśród polityków z pierwszych stron gazet. Ludzi zarabiających wielkie pieniądze w sposób nieuczciwy, ale mających pewną klasę i na swój sposób przyzwoitych (czy raczej – charakternych). Takich jak Pershing czy Nikoś.

Czy taka jest prawda o rodzimych mafiosach? To już inna sprawa.

Jak zostawało się w Polsce bossem? Dzięki twardej ręce, sprytowi, pieniądzom? Co sprawiało, że zwykły przestępca rósł w siłę i w końcu stawał na czele wielkiej organizacji? Czy przypominał, choćby w nikłym stopniu, Vita Corleone?

Jarosław Sokołowski „Masa”: Daj spokój. Jeśli chcesz przykładać hollywoodzkie kalki do naszych pruszkowskich urków, to możemy już dalej nie pisać tej książki. Zresztą to samo dotyczy Włochów czy Ruskich. Tacy z nich ojcowie chrzestni, jak z koziej cipy worek kartofli! Bajki są dobre dla dzieci, a poważni ludzie nie powinni w nie wierzyć. Świat polskiej mafii w niczym nie przypominał filmu. A jeśli nawet było coś na rzeczy, to raczej w wydaniu karykaturalnym.

Artur Górski: Czyli Rodzina Soprano?

J.S.: Nie. Bo jednak to, co działo się w latach 90., nie było zabawne.

A.G.: Kto miał potencjał, aby stanąć na czele grupy, a kto musiał się zadowolić miejscem w szeregu? Gdzie musiał dowieść swego talentu?

J.S.: Za czasów PRL-u najlepszą szkołą przetrwania, a jednocześnie gangsterskim uniwersytetem, były więzienia. Zapewniam cię, że dzisiejsze puszki, przy tych z czasów Gierka czy Jaruzelskiego, to sanatoria, a wręcz hotele spa. I w takich miejscach – od wczesnych lat 70. – hartowały się charaktery Barabasza, Alego, Parasola i innych przyszłych tuzów grupy pruszkowskiej. Żeby zyskać szacunek, trzeba było odpękać swoje za kratkami, a pudło doskonale weryfikowało ludzi. Jak ktoś był kozak, dawał sobie radę. Jak był miękkim fiutem robiony – odpadał. Dzisiaj za karę daje się klienta na dźwięki, czyli do celi, w której panuje totalna cisza. Przed laty strażnicy spuszczali mu taki łomot, że rodzona matka nie była w stanie go poznać. Nie bito, tak jak dzisiaj, gumowymi pałkami, ale trzonkami od łopat, co bolało o wiele bardziej i zostawiało na ciele krwawe ślady. Na deser przywiązywano nieszczęśnika do krat i tak sobie wisiał na widoku publicznym przez kilka godzin. Jednemu z pruszkowskich starych, Ryszardowi P. „Krzysiowi”, od tej kary poleciały stawy barkowe. Oczywiście, nie trafił do szpitala, a do izolatki, żeby przemyślał sobie to i owo.

Najbardziej narażonymi na szykany byli tak zwani grypsujący, czyli więzienna elita. Kto grypsował, mógł się spodziewać najgorszego. Dlatego, wbrew obiegowej opinii, wcale nie było ich tak wielu. Powiedzmy trzech, czterech na dwustu osadzonych. Ale ta grupka była prawdziwą potęgą w sensie moralnym, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Bo wszyscy ich szanowali, nawet zaciekli wrogowie. Trzeba pamiętać, że status gita, czyli grypsującego, było stracić niezwykle łatwo. Wystarczyło, że jakiś osadzony chlapnął cię po ryju szczotką do mycia kibla i już. Stawałeś się zwykłym frajerem, którego się nie szanowało. Szczególnie cięci na grypsujących byli feści – więzienna subkultura największych mend. Łapali gita w dziesięciu i jeśli ten w porę się nie wyswobodził, gnoili go, przecwelowywali i tak dalej. Grypsujący musieli więc tak sobie radzić, żeby nie doszło do upokorzenia. A to nie było łatwe. 

Zresztą, oni sami sobie nie pomagali – grypsujący grypsującemu nie pożyczyłby nawet łyżeczki soli. Tak naprawdę każdy był sam i musiał w solówkę walczyć o swoje. 

Ale kiedy git wychodził z puszki z tarczą, wówczas jego sława rozlewała się na cały kraj. Szanowali go wszyscy przestępcy, od Tatr do Bałtyku. Większość starych wywodziła się właśnie z grypsujących, którzy nie dali się upodlić. Jedynie Malizna, czyli Mirosław D., nie należał do tej subkultury, więc niektórzy uważali go za obce ciało w zarządzie. Tak naprawdę wszedł do świata przestępczego bocznymi drzwiami. W latach 80. był taksówkarzem, który nie kapował na milicji, więc często zabierano go na robotę. A potem wyrósł z niego Don Corleone Ziemi Mazowieckiej.

A.G.: Wróćmy do grypsujących. Po wyjściu z więzienia pewnie stanowili obiekt uwielbienia adeptów gangsterskiego rzemiosła? 

J.S.: Oczywiście! Niejako z automatu stawali się ikonami miasta i gromadzili wokół siebie potencjalnych współpracowników. Kiedy pod koniec lat 80. zetknąłem się ze starymi, ich wyroki robiły wrażenie: Parasol – dwanaście lat odsiadki, Dzikus – prawie dwadzieścia, a Ali ponad szesnaście. Zachowanie twarzy przez tyle lat to naprawdę było coś! Pucha wyposażyła ich też w liczne umiejętności, wśród których być może najważniejsze były spryt i intryganctwo. To byli mistrzowie dywersji i knowań, czemu zresztą dali wyraz już w czasach grupy pruszkowskiej. Ich żywiołem było nie budowanie czegoś, a rozpierdalanie.

A.G.: Ale to chyba za mało, żeby stanąć na czele grupy przestępczej? Nie liczyły się choćby zdolności organizacyjne?

J.S.: A niby kto miałby to oceniać? Nie było żadnej komisji, żadnego konkursu na szefa mafii. W puszce walczyło się o swoje, na wolności tak samo. Trzeba było jedynie mieć mir na mieście i wystarczająco dużo chłopaków gotowych na wszystko. Owszem, ludzie o zdolnościach organizacyjnych odgrywali w grupach przestępczych ważne role, ale raczej jako pionki w większej grze, a nie szefowie struktury. Boss nie musiał być intelektualistą – wystarczyło, że dobrze znał się na ludziach i potrafił ocenić, kto w przyszłości będzie z nim, a kto okaże się chorągiewką na wietrze. Kto nie sypnie kumpli, a kto sam poleci na psy z informacjami. I musiał tak manipulować ludźmi, żeby na dole grupy nie zawiązywały się sojusze, mogące zagrozić pozycji najwyższego.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

OD NARRATORA. Jarosław Sokołowski „Masa”

OD AUTORA. Artur Górski

Prolog

ROZDZIAŁ 1. Zanim Pershing został Pershingiem

ROZDZIAŁ 2. Barabasz: dobry chłop o ciężkiej pięści

ROZDZIAŁ 3. Dzikus nie był aż tak charakterny

ROZDZIAŁ 4. Ali upokorzony

ROZDZIAŁ 5. Malizna – taksówkarz o wybujałych ambicjach

ROZDZIAŁ 6. Kaban – Bolo – Zigi

ROZDZIAŁ 7. Chłopak z Pragi, który nie chciał dołączyć do swoich

ROZDZIAŁ 8. Przyjazny Kajtek. No, nie dla wszystkich

ROZDZIAŁ 9. Antyterroryści w sopockich krzakach

ROZDZIAŁ 10. Pocztówka od Pershinga

ROZDZIAŁ 11. Rympałek i jego usypiacze

ROZDZIAŁ 12. Jak Pruszków nie podbił Ukrainy

ROZDZIAŁ 13. Fanchini, Oczko i syndykat zabójców

ROZDZIAŁ 14. Japończyk na celowniku snajpera

ROZDZIAŁ 15. Litewski łącznik

Zamiast epilogu

Gangsterska galeria według Masy