Marzyciel mimo wszystko - Tomasz Łotoczko - ebook
PROMOCJA

Marzyciel mimo wszystko ebook

Tomasz Łotoczko

0,0
19,99 zł
14,99 zł

lub
Opis

Nie daję sobie prawa do pouczania, wskazywania innym, jak żyć. Jestem na to za młody. Mam za sobą jednak wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, ze coś przeżyłem i z tych przeżyć utkać własną opowieść. To jeden z punktów na mojej liście. Własna opowieść. Snuję ją dla siebie. Żeby pamiętać. Żeby zobaczyć swoje dotychczasowe życie z pewnego dystansu. Nakreślić jego mapę. Przywołać emocje. Zrozumieć, w czym uczestniczyłem. Wyzbyć się resztek negatywnych uczuć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 40




Gęsie Pióro

ocal wspomnienia

– od opowieści po książkę

Tomasz Łotoczko

Marzyciel

mimo wszystko

2020

*

Żeby coś się zdarzyło

Żeby mogło się zdarzyć

I zjawiła się miłość

Trzeba marzyć

Zamiast dmuchać na zimne

Na gorącym się sparzyć

Z deszczu pobiec pod rynnę

Trzeba marzyć

Gdy spadają jak liście

Kartki dat z kalendarzy

Kiedy szaro i mgliście

Trzeba marzyć

W chłodnej pustej godzinie

Na swój los się odważyć

Nim twe szczęście cię minie

Trzeba marzyć

W rytmie wiecznej tęsknoty

Wraca fala do plaży

Ty pamiętaj wciąż o tym

Trzeba marzyć

Żeby coś się zdarzyło

Żeby mogło się zdarzyć

I zjawiła się miłość

Trzeba marzyć

Jonasz Kofta, Trzeba marzyć

*

Urodziłem się w Olsztynie, ale dzieciństwo i okres dorastania spędziłem w Dobrym Mieście. Brzmi to jak zapowiedź sielanki, dziecięcej beztroski, spokojnego czasu. W miasteczku ze słowem „dobre” w nazwie nie może dziać się nic niedobrego. Czyżby?

Jak na ironię – dzisiaj mieszkam w Mogilnie. Niedaleko znajdują się Strzelce i miejscowość, która nazywa się Tupadły. Co za semantyczny tercet. Jednak, mimo mrocznych konotacji, nigdy nie było mi lepiej. Tutaj mam swoje dobre miasto.

W międzyczasie zahaczyłem o kilka innych miast i miasteczek, o nazwach znaczeniowo nieistotnych. Działy się tam jednak całkiem istotne rzeczy.

*

Dobre Miasto leży w województwie warmińsko-mazurskim, 25 kilometrów od Olsztyna. Ma jakieś dziesięć tysięcy mieszkańców, jelenia w herbie i chrześcijańską męczennicę Katarzynę Aleksandryjską za patronkę. Patronuje ona również paryskiej Sorbonie i Cyprowi, adwokatom i garbarzom, filozofom i woźnicom, dziewicom i grzesznikom. I jeszcze wielu innym. Może ja też znajduję się pod jej opieką? W końcu jestem prawnikiem, choć miałem być nikim. Zresztą, nawet jeśli Katarzyna Aleksandryjska była moją patronką, to nie wykazała się przy tym najlepiej. Nie czułem się otoczony szczególną troską.

*

Nie wszystko i nie zawsze było jednak nie tak. Mam też całkiem dobre wspomnienia.

Na przykład zapachy… Pamiętam, że każda rzecz, każde zdarzenie czy zjawisko, które niosło ze sobą jakąś ekscytację, miało swój własny, charakterystyczny zapach. Żłobek, będący pierwszym sprawdzianem radzenia sobie poza domem, pachniał kaszą manną. Przedszkole pachniało duszoną marchewką i… szatnią, miejscem rozstań z rodzicami i powrotów do nich. Woń smaru i towotu na warsztatach szkolnych, która jeszcze dotkliwiej umacniała mnie w przekonaniu, że to nie miejsce dla mnie, że nie chcę być robotnikiem. Był jeszcze zapach chmielu w barach, do których chadzałem z podniecającym poczuciem, że oto dorastam i ocieram się o coś nie do końca jeszcze dozwolonego…

Każdy ważny moment pachniał inaczej, a ja te wszystkie zapachy mam w pamięci. Szczególnie ten pierwszy, najwcześniej odnotowany – zapach choinki. Czas świąt, który wywoływał niebotyczne wyobrażenia i oczekiwania, ale też strach i presję. Strach przed tym tajemniczym gościem w czerwieni, z białą brodą i w dużych butach, który będzie ode mnie czegoś chciał. Presja – żeby udźwignąć ciężar jego wymagań. Inne zapachy z dzieciństwa to oczywiście pomarańcze, prawdziwy rarytas, czy oranżada w woreczkach, którą kupowaliśmy w cyrku. Jak ona pachniała, jak ona smakowała! Najbardziej na świecie! I ten smutek, że ona zaraz się skończy…

Często zastanawiałem się, czy szczęście ma zapach, a jeśli tak, to jaki. Poszukiwałem go nieustająco. Dzisiaj wiem, że szczęście pachnie każdego dnia inaczej. Raz będzie to woń bzu, raz świeżo koszonej trawy, a kiedy indziej rododendronu. Mogę je wymieniać bez końca, a wszystkie mają dwa wspólne mianowniki. Pierwszy to silna nuta spokoju, tak różna od lęku, który czułem przez niemal całe życie. Drugi to nuta piękna i słodyczy, tak inna od tej, którą pachną nieładni wewnętrznie ludzie.

*

W migawkach z lat dziecięcych często pojawiają się symbole ówczesnych lat. Kasety magnetofonowe czy VHS kupowane na rynku. Najprawdopodobniej „piraty”, bo niczego innego wtedy nie było. Wszystko zresztą można było tam kupić, nawet karabin! A zewsząd dobiegały dźwiękidisco-polo. Taki rynkowy klimat, doskonale wpisujący się w małomiasteczkowy koloryt. Pamiętam to dobrze, ponieważ mój dziadek swego czasu na tym rynku handlował. Ciekawy z niego człowiek – był nauczycielem, dyrektorem szkoły, a gdy skończył karierę nauczycielską, zajął się handlem rozmaitościami przywożonymi z Rosji. Nigdy nie zapomnę, jak działał na moją dziecięcą wyobraźnię jego neseser, który nazywałem neseserem szczęścia. Czego tam nie było! Scyzoryki, zegarki, brzytwy, długopisy, termometry, dziecięce kije do hokeja. Dziś można byłoby uznać to wszystko za pierdoły, ale wtedy, na początku lat 90., były one na wagę złota. Nikt tego nie miał.

Dla mnie na wagę złota był w tamtych czasach keyboard i aparat fotograficzny, na czarno-białe i kolorowe klisze. Rodzice kupili mi je za pieniądze otrzymane w prezencie komunijnym. Dostałem też rower, sygnet od dziadka, kilka zestawów: długopis, kalkulator + zegarek oraz… żółwia stepowego, który niedługo później zaginął. Znalazł się za lodówką. Kolejna ucieczka nie miała szczęśliwego finału. Wyszedł z ogrodu i przepadł.

Komunijnym aparatem zrobiłem swoje pierwsze w życiu zdjęcie. Czarno-biały obraz bloku, w którym wtedy mieszkaliśmy. Byłem dumny z tej fotografii, choć od mamy usłyszałem, że marnuję kliszę. Czarno-biały blok, czarno-biały świat. Tak go wtedy widziałem…

Pechowe były te moje prezenty. Pretensje o kliszę, ucieczka żółwia, a moje próby gry na keyboardzie… zakłócały spokój w domu. Było mi przykro. Tym bardziej że bardzo imponowały mi ówczesne występy muzykujących rodzin,