Marzenia i koszmary - Stephen King - ebook
Opis

Wybór dwudziestu pięciu znakomitych opowiadań mistrza grozy uzupełniony jego osobistym komentarzem, w którym autor wyjaśnia źródła swojej twórczej inspiracji. Stephen King w najwyższej pisarskiej formie!

  • Dziennikarz poszukujący sensacyjnego tematu do reportażu natrafia na ślad pilota-wampira, którego zagadkowe pojawienia się na odległych od siebie lotniskach są zawsze zwiastunami kolejnych morderstw..
  • Podstarzały nauczyciel poświęca siedem lat życia, by w bardzo niecodzienny sposób zemścić się na zabójcy swojej żony...
  • W gabinecie detektywa Umneya zjawia się tajemniczy gość twierdząc, iż Umney jest jedynie tworem jego pisarskiej wyobraźni...
  • Czterdzieści lat po śmierci Sherlocka Holmesa doktor Watson wspomina zagadkę morderstwa, którą rozwikłał szybciej od swego sławnego przyjaciela...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1220

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Ty­tuł ory­gi­na­łu:

NI­GHT­MA­RES AND DRE­AM­SCA­PES

Co­py­ri­ght © Ste­phen King 1993

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2003

Po­lish trans­la­tion

co­py­ri­ght © Mi­chał Wro­czyń­ski 1995 & Mo­ni­ka No­wa­kow­ska 2008

Re­dak­cja: Anna Ca­li­kow­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ja­cek Ko­pal­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-009-0

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2012. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp:Mit, prze­ko­na­nie, wia­ra oraz „Wierz­cie w to lub nie!” Ri­pleya

Kie­dy by­łem dziec­kiem, wie­rzy­łem we wszyst­ko, co mi mó­wio­no, we wszyst­ko, co czy­ta­łem, i w każ­dą rzecz, jaką two­rzy­ła moja nad­mier­nie wy­bu­ja­ła wy­obraź­nia. Sta­ło się to po­wo­dem wie­lu bez­sen­nych nocy, ale rów­nież nada­wa­ło ota­cza­ją­ce­mu mnie świa­tu barw i wy­ra­zu, któ­rych nie miał­by z pew­no­ścią, gdy­bym całe noce spę­dzał po­grą­żo­ny w ka­mien­nym śnie. Już wte­dy zda­wa­łem so­bie spra­wę z tego, że ist­nie­ją lu­dzie – tak, na­praw­dę bar­dzo wie­lu lu­dzi – któ­rych wy­obraź­nia po­zo­sta­je kom­plet­nie ja­ło­wa, odrę­twia­ła, przy­tę­pio­na, i w re­zul­ta­cie stan ich umy­słów ko­ja­rzy się z przy­pa­dło­ścią, na jaką cier­pią dal­to­ni­ści. Za­wsze ta­kim oso­bom współ­czu­łem i na­wet do gło­wy mi nie przy­szło (w każ­dym ra­zie nie wte­dy), że lu­dzie ci z ko­lei współ­czu­ją mnie, a bywa, iż mną gar­dzą, i to nie dla­te­go, że drę­czą mnie róż­ne ir­ra­cjo­nal­ne lęki, ale głów­nie z tego wzglę­du, że za­wsze cier­pia­łem na głę­bo­ką i nie­ule­czal­ną ła­two­wier­ność. „Ten chło­piec – mu­siał my­śleć ten czy ów (wiem, że tak rów­nież uwa­ża­ła moja mat­ka) – kupi most bro­oklyń­ski; i to nie raz. Bę­dzie go nie­ustan­nie ku­po­wał przez całe ży­cie”.

Po­dej­rze­wam, że tkwi­ło w tym stwier­dze­niu ziar­no praw­dy, a szcze­rze mó­wiąc, są­dzę, iż tkwi do dzi­siaj. Moja żona z upodo­ba­niem roz­po­wia­da na lewo i pra­wo, że w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich po raz pierw­szy wzią­łem udział, ma­jąc dwa­dzie­ścia je­den lat, i gło­so­wa­łem na Ri­char­da Ni­xo­na. „Ni­xon obie­cy­wał, że za­koń­czy woj­nę w Wiet­na­mie – cią­gnie za­zwy­czaj z we­so­łym bły­skiem w oku moja żona – a Ste­ve mu uwie­rzył!”.

To praw­da, Ste­ve mu uwie­rzył. Po­dob­nie jak w cią­gu swe­go czter­dzie­sto­pię­cio­let­nie­go, czę­sto eks­cen­trycz­ne­go ży­cia wie­rzył w wie­le in­nych rze­czy. Na przy­kład, jako ostat­ni z miesz­ka­ją­cych w są­siedz­twie dzie­cia­ków za­de­cy­do­wał, że ogrom­na licz­ba ulicz­nych świę­tych Mi­ko­ła­jów ozna­cza, że praw­dzi­we­go świę­te­go Mi­ko­ła­ja nie ma (do dziś nie wi­dzę żad­nej lo­gi­ki w twier­dze­niu, że sko­ro ist­nie­je mi­lion uczniów, to na­uczy­ciel nie ist­nie­je). Nig­dy nie kwe­stio­no­wa­łem za­pew­nień mego wuja Ore­na, że moż­na me­ta­lo­wym śle­dziem od na­mio­tu ode­rżnąć ko­muś cień (trze­ba tyl­ko zro­bić to w chwi­li, gdy słoń­ce stoi w ze­ni­cie), ani też stwier­dze­nia jego żony, że za każ­dym ra­zem, kie­dy mam dresz­cze, ozna­cza to, że po miej­scu, w któ­rym pew­ne­go dnia wy­ko­pią mi grób, spa­ce­ru­je gęś. Je­śli wziąć pod uwa­gę prze­bieg ca­łe­go mego do­tych­cza­so­we­go ży­cia, ozna­cza to, że pły­tą gro­bo­wą zo­sta­nę przy­kry­ty za sto­do­łą ciot­ki Rho­dy w Go­ose Wal­low w sta­nie Wy­oming.

Wie­rzy­łem rów­nież we wszyst­ko, co usły­sza­łem na szkol­nym po­dwór­ku. Z rów­ną ła­two­ścią prze­ły­ka­łem ma­leń­kie ni­czym pi­sko­rzy­ki kłam­stew­ka i gi­gan­tycz­ne łgar­stwa roz­mia­rów wie­lo­ry­ba. Pew­ne dziec­ko oświad­czy­ło mi z ab­so­lut­nym prze­ko­na­niem, że je­śli po­ło­żę na szy­nach ko­le­jo­wych dzie­się­cio­cen­tów­kę, to wy­ko­lei się na niej pierw­szy prze­jeż­dża­ją­cy po­ciąg. Inne dziec­ko po­in­for­mo­wa­ło mnie, że je­śli zo­sta­wię na szy­nie tę mo­ne­tę, to ko­lej­ny po­ciąg kom­plet­nie ją spra­su­je (tak do­kład­nie po­wie­dzia­ło: „kom­plet­nie ją spra­su­je”) i je­śli zdej­mę póź­niej ten pie­nią­żek z szy­ny, bę­dzie on gięt­ki, pra­wie prze­zro­czy­sty i duży jak srebr­na do­la­rów­ka. Świę­cie wie­rzy­łem w te re­we­la­cje: że dzie­się­cio­cen­tów­ki są kom­plet­nie spra­so­wa­ne, a poza tym wy­rzu­ca­ją z szyn po­cią­gi, któ­re je spra­so­wa­ły.

Inne fa­scy­nu­ją­ce hi­sto­rie, któ­re usły­sza­łem na szkol­nym dzie­dziń­cu w Cen­tral Scho­ol w Strat­ford w sta­nie Con­nec­ti­cut oraz w szko­le pod­sta­wo­wej w Dur­ham w Ma­ine, wią­żą się z tak róż­no­rod­ny­mi te­ma­ta­mi jak pi­łecz­ki do gol­fa (za­tru­te i sko­ro­do­wa­ne od środ­ka), po­ro­nie­nia (dzie­ci, któ­re, choć ro­dzą się żywe, są tak po­twor­nie zde­for­mo­wa­ne, że mu­szą zo­stać za­bi­te przez pew­nych osob­ni­ków ze służ­by zdro­wia, okre­śla­nych zło­wiesz­czym mia­nem „pie­lę­gnia­rek spe­cjal­nych”), czar­ne koty (je­śli prze­bie­gnie ci dro­gę, mu­sisz na­tych­miast skrzy­żo­wać pal­ce i od­pę­dzić zły urok, bo w prze­ciw­nym ra­zie pra­wie na pew­no do koń­ca dnia umrzesz), pęk­nię­cia w pły­tach chod­ni­ko­wych. Nie mu­szę za­pew­ne wy­ja­śniać nie­bez­piecz­ne­go związ­ku tych ostat­nich z krę­go­słu­pa­mi kom­plet­nie nie­win­nych ma­tek.

Moim pod­sta­wo­wym źró­dłem cu­dow­nych i za­dzi­wia­ją­cych in­for­ma­cji w tam­tych cza­sach była wy­da­na przez ofi­cy­nę Po­cket Bo­oks w bro­szu­ro­wej opra­wie kom­pi­la­cja książ­ki Ri­pleya Ri­pley’s Be­lie­ve It or Not! („Wierz­cie w to lub nie!”). To od Ri­pleya do­wie­dzia­łem się, że moż­na stwo­rzyć po­tęż­ny ma­te­riał wy­bu­cho­wy, ze­skro­bu­jąc ce­lu­lo­id z od­wrot­nych stron kart do gry, a na­stęp­nie upy­cha­jąc go w dłu­giej rur­ce. Tą rur­ką wier­ci się w czasz­ce otwór i wty­ka tam świe­cę, dzię­ki cze­mu czasz­ka sta­je się isto­tą ludz­ką, któ­ra wi­dzi w nocy (py­ta­nie, po co kto­kol­wiek miał­by zro­bić taką rzecz, przy­szło mi do gło­wy do­pie­ro znacz­nie póź­niej). Do­wie­dzia­łem się, że ist­nie­ją praw­dzi­wi gi­gan­ci (pe­wien męż­czy­zna miał do­brze po­nad dwa i pół me­tra wzro­stu), że ist­nie­ją kra­sna­le (ko­bie­ta ma­ją­ca za­le­d­wie dwa­dzie­ścia osiem cen­ty­me­trów wzro­stu) i praw­dzi­we PO­TWO­RY ZBYT OKROP­NE, ŻEBY JE OPI­SY­WAĆ… z tym tyl­ko, że Ri­pley opi­sał je z lu­bo­ścią i z naj­drob­niej­szy­mi szcze­gó­ła­mi, za­łą­cza­jąc przy tym za­zwy­czaj fo­to­gra­fię (gdy­bym na­wet żył sto lat, nie za­po­mnę pew­ne­go typa ze świe­cą wbi­tą w śro­dek wy­go­lo­nej czasz­ki).

Cała se­ria tych bro­szur sta­no­wi­ła – w moim po­ję­ciu – naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cy prze­jaw bocz­nych to­rów, któ­ry­mi to­czy się świat. No­si­łem te ksią­żecz­ki w tyl­nej kie­sze­ni i wy­cią­ga­łem je w desz­czo­we po­po­łu­dnia, kie­dy nie moż­na było grać w ba­se­ball, a wszy­scy mie­li chwi­lo­wo do­syć „mo­no­po­lu”. Czy wszyst­kie te baj­ko­we cuda i ludz­kie po­two­ry z ksią­że­czek Ri­pleya ist­nie­ją na­praw­dę? Te­raz nie ma to więk­sze­go zna­cze­nia. Dla mnie ist­nia­ły – w okre­sie mię­dzy szó­stym a je­de­na­stym ro­kiem ży­cia, a więc pod­czas kry­tycz­nych lat, kie­dy for­mu­je się wy­obraź­nia czło­wie­ka – co wię­cej były czymś aż nad­to praw­dzi­wym. Wie­rzy­łem w nie rów­nie moc­no jak w dzie­się­cio­cen­tów­kę, któ­ra wy­ko­le­ja po­ciąg to­wa­ro­wy, czy w to, że wy­cie­ka­ją­ce z pi­łecz­ki gol­fo­wej ja­kieś płyn­ne pa­skudz­two może, je­śli czło­wiek nie bę­dzie uwa­żać, ze­żreć mu dłoń. Bro­szu­ry „Wierz­cie w to lub nie!” Ri­pleya po raz pierw­szy po­ka­za­ły mi, jak cien­ka li­nia od­dzie­la cza­sa­mi baj­ko­wy świat od co­dzien­nej sza­rzy­zny. Po­zwo­li­ły zro­zu­mieć, że ze­sta­wie­nie tych dwóch świa­tów rzu­ca nie­raz wie­le świa­tła na po­wsze­dnie aspek­ty ży­cia oraz na spo­ra­dycz­ne wy­bu­chy zja­wisk nie­sa­mo­wi­tych. Pro­szę pa­mię­tać, że mó­wi­my te­raz o prze­ko­na­niu, a prze­ko­na­nie sta­no­wi ko­leb­kę mitu. Za­py­ta­cie: a co z rze­czy­wi­sto­ścią? Je­śli o mnie cho­dzi, rze­czy­wi­stość może wziąć so­bie dupę w tro­ki i wejść na­wet do ko­mo­ry ak­ce­le­ra­cyj­nej. Nig­dy nie przy­kła­da­łem więk­szej wagi do rze­czy­wi­sto­ści, w każ­dym ra­zie w swo­im pi­sar­stwie. Zbyt czę­sto rze­czy­wi­stość jest dla wy­obraź­ni tym, czym dla wam­pi­ra osi­no­wy ko­łek.

Uwa­żam, że tak na­praw­dę mit i wy­twór wy­obraź­ni to pra­wie to samo, a prze­ko­na­nie sta­no­wi dla nich nie­ustan­ne źró­dło ener­gii. Prze­ko­na­nie o czym? Szcze­rze mó­wiąc, nie są­dzę, żeby mia­ło to zna­cze­nie. Je­den bóg czy wie­lu. Albo to, czy na dzie­się­cio­cen­tów­ce może wy­ko­le­ić się po­ciąg to­wa­ro­wy.

Owe moje prze­ko­na­nia nie mają nic wspól­ne­go z wia­rą. Po­staw­my spra­wę ja­sno. Wy­cho­wa­łem się w cie­niu Ko­ścio­ła Me­to­dy­stów i ode­bra­łem w dzie­ciń­stwie wy­star­cza­ją­co wie­le fun­da­men­ta­li­stycz­nych nauk, żeby wie­rzyć, iż ta­kie prze­ko­na­nie w naj­lep­szym przy­pad­ku po­czy­ta­ne zo­sta­nie za za­ro­zu­mial­stwo i aro­gan­cję, a w naj­gor­szym za ist­ne bluź­nier­stwo. Moje prze­ko­na­nie o ist­nie­niu tych wszyst­kich dzi­wacz­nych rze­czy bra­ło się stąd, że zo­sta­łem ukształ­to­wa­ny tak, żeby w nie wie­rzyć. Inni lu­dzie zo­sta­ją szyb­ko­bie­ga­cza­mi, bo zo­sta­li ukształ­to­wa­ni na szyb­ko­bie­ga­czy; albo gra­ją w ba­se­ball, po­nie­waż Bóg ob­da­rzył ich dwu­me­tro­wym wzro­stem; albo roz­wią­zu­ją na ta­bli­cy skom­pli­ko­wa­ne rów­na­nia ma­te­ma­tycz­ne, gdyż są ukształ­to­wa­ni tak, iż do­strze­ga­ją miej­sca, w któ­rych za­zę­bia­ją się licz­by.

Ale w któ­rymś miej­scu wkra­cza w to wszyst­ko wia­ra i my­ślę, że to wła­śnie miej­sce ma zwią­zek z po­now­nym ro­bie­niem wszyst­kie­go od po­cząt­ku, ob­ra­bia­niem cią­gle od nowa tej sa­mej rze­czy, jak­kol­wiek czło­wiek jest naj­głę­biej prze­ko­na­ny, że nie wy­ko­na już tego le­piej, że już wy­czer­pał te­mat i je­śli jesz­cze moc­niej na­ci­śnie, nie bę­dzie już miał do­kąd iść; może zmie­rzać wy­łącz­nie w dół. Nie masz nic do stra­ce­nia, po­dej­mu­jąc pierw­szą pró­bę roz­bi­cia pi­na­ty, ale pod­ję­cie dru­giej (i trze­ciej… czwar­tej… i trzy­dzie­stej czwar­tej) zwięk­sza tyl­ko ry­zy­ko po­raż­ki, de­pre­sji, a w przy­pad­ku twór­cy opo­wia­dań, któ­ry two­rzy do­sko­na­le zde­fi­nio­wa­ny ga­tu­nek, pro­wa­dzi do upra­wia­nia pa­ro­dii tego ga­tun­ku. Ale my tak wła­śnie ro­bi­my, w każ­dym ra­zie więk­szość z nas, i jest to bar­dzo trud­ne. Nie uwie­rzył­bym w to dwa­dzie­ścia lat temu, a na­wet dzie­sięć, ale tak wła­śnie jest. To bar­dzo trud­ne. By­wa­ją dni, kie­dy my­ślę o tym sta­rym pro­ce­so­rze mowy mar­ki Wang, któ­ry przed pię­cio­ma laty prze­stał re­ago­wać na elek­trycz­ność; ten z „Mrocz­nej po­ło­wy” dzia­ła wy­łącz­nie na za­sa­dzie wia­ry. No i do­brze; je­śli tyl­ko wy­świe­tla sło­wa na ekra­nie, to wszyst­ko w po­rząd­ku, praw­da?

Po­mysł każ­de­go opo­wia­da­nia za­war­te­go w tej książ­ce zro­dził się w chwi­li prze­ko­na­nia, a każ­de na­pi­sa­łem w przy­pły­wie wia­ry, ra­do­ści i opty­mi­zmu. Owe po­zy­tyw­ne uczu­cia mają jed­nak swo­je mrocz­ne ana­lo­gie i lęk przed fia­skiem jest tu­taj rze­czą naj­mniej istot­ną. Naj­gor­szą rze­czą – w każ­dym ra­zie dla mnie – jest wał­ko­wa­nie spraw, o któ­rych po­wie­dzia­łem już wszyst­ko, co mia­łem do po­wie­dze­nia, a te­raz wsłu­chu­ję się je­dy­nie w nie­ustan­ne traj­ko­ta­nie wła­sne­go gło­su, po­nie­waż ci­sza, jaka za­pa­dła­by, gdy­bym prze­stał mó­wić, by­ła­by zbyt upior­na.

W ostat­nich la­tach co­raz trud­niej wy­krze­sać z sie­bie wia­rę nie­zbęd­ną do na­pi­sa­nia opo­wia­da­nia; każ­dy chce stwo­rzyć po­wieść, a każ­da z nich po­win­na li­czyć czte­ry ty­sią­ce stron. Po­kaź­na licz­ba kry­ty­ków za­uwa­ży­ła już to zja­wi­sko i oce­ni­ła­je nie­zbyt po­chleb­nie. W re­cen­zjach każ­dej dłu­giej po­wie­ści, jaką wy­da­łem, od „Ba­stio­nu” po­czy­na­jąc, a na „Skle­pi­ku z ma­rze­nia­mi” koń­cząc, oskar­ża­no mnie o na­bi­ja­nie tek­stu. Cza­sa­mi kry­ty­ka ta była uza­sad­nio­na; cza­sa­mi spro­wa­dza­ła się wy­łącz­nie do gniew­ne­go traj­ko­ta­nia męż­czyzn i ko­biet, któ­rzy za­ak­cep­to­wa­li li­te­rac­ką ano­rek­sję ostat­nich trzy­dzie­stu lat w spo­sób za­dzi­wia­ją­co (w każ­dym ra­zie dla mnie) bez­kry­tycz­ny i jed­no­myśl­ny. Ci sa­mo­zwań­czy dia­ko­ni w Świą­ty­ni Li­te­ra­tu­ry Ame­ry­kań­skiej Ostat­nich Cza­sów wy­da­ją się wiel­ko­dusz­ność trak­to­wać po­dejrz­li­wie, struk­tu­rę z nie­chę­cią, a ja­ki­kol­wiek roz­mach li­te­rac­ki z nie­skry­wa­ną nie­na­wi­ścią. Wy­nik jest dzi­wacz­ny, wy­ja­ła­wia kli­mat li­te­rac­ki, utwor­ki w ro­dza­ju Vox pió­ra Ni­chol­so­na Ba­ke­ra, w któ­rym au­tor bez­sen­sow­nie roz­dzie­la włos na czwo­ro, sta­ją się obiek­tem za­żar­tych dys­ku­sji i ana­liz, a na­praw­dę am­bit­na ame­ry­kań­ska po­wieść Gre­ga Mat­thew­sa pod ty­tu­łem He­art of the Co­un­try zo­sta­je kom­plet­nie zi­gno­ro­wa­na.

Ale to spra­wy mar­gi­nal­ne – dy­gre­sja, w któ­rej chcia­łem wy­lać tro­chę swo­ich ża­lów. Przede wszyst­kim, czy ist­niał kie­dy­kol­wiek pi­sarz lub pi­sar­ka, któ­rzy nie czu­li­by się źle po­trak­to­wa­ni przez kry­ty­kę? Chcia­łem wła­śnie po­wie­dzieć, i sam so­bie bar­dzo nie­de­li­kat­nie prze­rwa­łem, że w ostat­nich la­tach z nie­ja­kim tru­dem przy­cho­dzi mi do­peł­nić owe­go aktu wia­ry nie­zbęd­nej do za­mia­ny prze­ko­na­nia w coś kon­kret­ne­go – to zna­czy w opo­wia­da­nie, któ­re lu­dzie na­praw­dę ze­chcą czy­tać.

„Cóż, więc nie pisz opo­wia­dań” – mógł­by ktoś po­wie­dzieć (z tym, że za­zwy­czaj sły­szę ta­kie gło­sy tyl­ko w swo­jej gło­wie, ta­kie same jak te, któ­re sły­sza­ła Jes­sie Bur­lin­ga­me w „Grze Ge­ral­da”). – „Osta­tecz­nie nie po­trze­bu­jesz już, jak kie­dyś, tyle pie­nię­dzy”.

Tak, to praw­da. Cza­sy, kie­dy czek za czte­ry ty­sią­ce na­pi­sa­nych słów mógł w ma­gicz­ny spo­sób za­ła­twić spra­wę pe­ni­cy­li­ny dla mego dzie­cia­ka, któ­ry do­stał za­pa­le­nia ucha, lub spła­ce­nia dłu­gów, mi­nę­ły już daw­no. Ale lo­gi­ka jest rze­czą bar­dziej niż my­lą­cą; jest nie­bez­piecz­na. Bo wi­dzi­cie, tak na­praw­dę to wca­le nie cho­dzi o te pie­nią­dze, któ­re przy­no­szą mi po­wie­ści. Gdy­by cho­dzi­ło tyl­ko o pie­nią­dze, od­wie­sił­bym mun­dur na ko­łek i po­szedł pod prysz­nic… albo spę­dził­bym resz­tę ży­cia na Ka­ra­ibach, wy­grze­wa­jąc się w słoń­cu i ob­ser­wu­jąc, jak ro­sną mi pa­znok­cie.

Ale bez wzglę­du na to, co są­dzi o tym pra­sa bru­ko­wa, nie cho­dzi mi o pie­nią­dze ani o na­kła­dy, co z ko­lei za­rzu­ca mi wie­lu aro­ganc­kich kry­ty­ków. Rze­czy pod­sta­wo­we opar­ły się pró­bie cza­su, a dla mnie głów­ny cel nie uległ zmia­nie – moja pra­ca cią­gle cię bie­rze, Wy­trwa­ły Czy­tel­ni­ku, przej­mu­ję nad tobą bez resz­ty kon­tro­lę i mam na­dzie­ję, że po­tra­fi tak cię wy­stra­szyć, że za­sy­piasz tyl­ko przy za­pa­lo­nym świe­tle. Cią­gle po raz pierw­szy do­strze­gam coś nie­moż­li­we­go… a na­stęp­nie wy­sła­wiam to. Cią­gle spra­wiam, że za­czy­nasz wie­rzyć w to samo co ja – przy­najm­niej przez ja­kiś czas.

Nie­czę­sto o tym mó­wię, po­nie­waż jest to krę­pu­ją­ce i brzmi pom­pa­tycz­nie, ale nadal uwa­żam opo­wia­da­nie za naj­wspa­nial­szą rzecz, za coś, co nie tyl­ko wzbo­ga­ca lu­dzi we­wnętrz­nie, ale też ich chro­ni. I nie mó­wię tego w sen­sie me­ta­fo­rycz­nym. Moim zda­niem do­bre pi­sar­stwo – do­bre opo­wia­da­nia – sta­no­wi cu­dow­ny gej­zer wy­obraź­ni, a wy­obraź­nia, w moim po­ję­ciu, ma przy­no­sić uko­je­nie i ra­tu­nek w sy­tu­acjach krań­co­wych, na gwał­tow­nych wi­ra­żach ży­cia, któ­re, bez ta­kiej po­cie­chy, sta­ło­by się nie do znie­sie­nia. Mogę, na­tu­ral­nie, mó­wić tyl­ko za sie­bie i opie­ra­jąc się wy­łącz­nie na wła­snym do­świad­cze­niu, ale wła­śnie w moim przy­pad­ku wy­obraź­nia, któ­ra po wie­le­kroć po­wo­do­wa­ła, iż w dzie­ciń­stwie nie mo­głem ze stra­chu za­snąć, póź­niej, kie­dy już wkro­czy­łem w wiek mę­ski, prze­pro­wa­dzi­ła mnie bez­piecz­nie przez wie­le strasz­li­wych za­ko­li ży­cio­wych i mrocz­nych kra­jo­bra­zów rze­czy­wi­sto­ści. Je­śli opo­wia­da­nia, któ­re zro­dzi­ły się z tej wła­śnie wy­obraź­ni, wy­wrą po­dob­ny sku­tek na nie­któ­rych czy­tel­ni­kach, będę ab­so­lut­nie szczę­śli­wy i ab­so­lut­nie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny – po­czu­ję ra­dość, ja­kiej nie wzbu­dzi­ło­by we mnie na­pi­sa­nie sce­na­riu­sza do naj­bar­dziej ka­so­we­go fil­mu czy za­war­cie umo­wy au­tor­skiej opie­wa­ją­cej na mi­lio­ny do­la­rów.

Nie­mniej opo­wia­da­nie jest nie­zwy­kle trud­ną i wy­ma­ga­ją­cą for­mą li­te­rac­ką. Z tego też wzglę­du ogar­nę­ła mnie duma – i zdu­mie­nie – kie­dy w pew­nej chwi­li skon­sta­to­wa­łem, że stwo­rzy­łem ich wy­star­cza­ją­co dużo, żeby zło­żyć z nich trzy zbio­ry. Uświa­do­mie­nie tego fak­tu przy­szło rów­nież w naj­bar­dziej od­po­wied­niej chwi­li, po­nie­waż jako dziec­ko wie­rzy­łem świę­cie (wzię­ło się to za­pew­ne z lek­tu­ry „Wierz­cie w to lub nie!” Ri­pleya), że lu­dzie co sie­dem lat kom­plet­nie się od­mie­nia­ją; cała tkan­ka, każ­dy mię­sień, za­stę­po­wa­ny zo­sta­je no­wy­mi ko­mór­ka­mi.

„Ma­rze­nia i kosz­ma­ry” uło­ży­łem la­tem ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku, sie­dem lat po wy­da­niu mego po­przed­nie­go zbio­ru pod ty­tu­łem Ske­le­ton Crew, opu­bli­ko­wa­ne­go z ko­lei sie­dem lat po „Noc­nej zmia­nie”, moim pierw­szym to­mie opo­wia­dań. Ale naj­faj­niej­sza w tym wszyst­kim jest świa­do­mość, że mimo iż wia­ra w prze­two­rze­nie po­my­słu w rze­czy­wi­stość przy­cho­dzi mi z co­raz więk­szym tru­dem (jak wia­do­mo, z każ­dym dniem na­sze mię­śnie sta­ją się star­sze), to cią­gle jest to jesz­cze moż­li­we. Ko­lej­ną krze­pią­cą rzecz sta­no­wi to, że ktoś cią­gle jesz­cze chce czy­tać te opo­wia­da­nia – i to wła­śnie, Wy­trwa­ły Czy­tel­ni­ku, mnie za­chwy­ca.

Naj­star­sze (moja wer­sja o mor­der­czej pi­łecz­ce gol­fo­wej i po­twor­nych po­ro­nie­niach, je­śli so­bie ży­czy­cie) jest opo­wia­da­nie „To żyje w nas”, po raz pierw­szy opu­bli­ko­wa­ne w ma­ga­zy­nie li­te­rac­kim Uni­wer­sy­te­tu Ma­ine za­ty­tu­ło­wa­nym Mar­sh­ro­ots…, jak­kol­wiek dla po­trzeb tego zbio­ru zo­sta­ło w pew­nym stop­niu zmo­dy­fi­ko­wa­ne i zmie­nio­ne tak, żeby wy­raź­niej po­ka­zać, o co mi głów­nie cho­dzi­ło – osta­tecz­ne spoj­rze­nie wstecz na ska­za­ne na za­gła­dę małe mia­stecz­ko Ca­stle Rock. Naj­now­szym utwo­rem jest „Lu­dzie go­dzi­ny dzie­sią­tej”, któ­re ni­czym w go­rącz­ce na­pi­sa­łem w trzy dni la­tem ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku.

Znaj­du­je się tu­taj kil­ka praw­dzi­wych cie­ka­wo­stek – pier­wot­na wer­sja mo­jej je­dy­nej sztu­ki te­le­wi­zyj­nej („Prze­pra­szam, to nie po­mył­ka”); opo­wia­da­nie o Sher­loc­ku Hol­me­sie („Spra­wa dok­to­ra”), w któ­rym do wy­ja­śnie­nia spra­wy ru­sza dok­tor Wat­son; hi­sto­ria ro­dem z mi­to­lo­gii Cthul­hu (Cro­uch End), któ­rej ak­cja roz­gry­wa się na przed­mie­ściach Lon­dy­nu, tam gdzie miesz­kał Pe­ter Straub, kie­dy za­war­łem z nim zna­jo­mość; ostre, „kry­mi­nal­ne” opo­wia­da­nie w sty­lu Ri­char­da Bach­ma­na („Pią­ty ele­ment”); i nie­co zmie­nio­na wer­sja opo­wiast­ki „Mój ślicz­ny ku­cyk”. To opo­wia­da­nie po raz pierw­szy wy­da­ło w nie­wiel­kim na­kła­dzie Whit­ney Mu­seum, z ilu­stra­cja­mi Bar­ba­ry Kru­ger.

Po dłu­gim i głę­bo­kim na­my­śle po­sta­no­wi­łem rów­nież włą­czyć do zbio­ru dłu­gi ka­wa­łek nie­be­le­try­stycz­ny, za­ty­tu­ło­wa­ny „Pał­ka ni­żej!” trak­tu­ją­cy o dzie­ciach i ba­se­bal­lu. Po raz pierw­szy uka­zał się dru­kiem na ła­mach The New Yor­ker, a pra­ca nad nim spra­wi­ła mi więk­szą trud­ność, niż przez ostat­nich pięt­na­ście lat na­strę­czył mi ja­ki­kol­wiek utwór. Za­pew­ne nie po­wi­nie­nem go tu za­miesz­czać, ale pi­sa­nie i pu­bli­ka­cja mo­ich tek­stów spra­wia mi nie­praw­do­po­dob­ną sa­tys­fak­cję, to­też zde­cy­do­wa­łem się na „Pał­kę ni­żej!”. Bo tak na­praw­dę to ten tekst nie pa­su­je do zbio­ru opo­wia­dań trak­tu­ją­cych głów­nie o spra­wach nie­ja­snych i nad­na­tu­ral­nych… z tym tyl­ko, że esej ten rów­nież za­wie­ra wszyst­kie te ele­men­ty. Struk­tu­ra jest ta sama. Je­śli nie wie­rzy­cie, sprawdź­cie sami.

Przede wszyst­kim jed­nak jak ognia uni­ka­łem sta­rych utwo­rów trzy­ma­nych w róż­nych ku­frach i na dnie szu­flad. Mniej wię­cej od roku 1980 nie­któ­rzy kry­ty­cy za­rzu­ca­ją mi, że spi­sy brud­nej bie­li­zny, któ­rą od­da­ję do pral­ni, mógł­bym wy­dać w mi­lio­no­wym na­kła­dzie. Wie­lu uwa­ża wręcz, że przez cały czas do­kład­nie to ro­bię. Lu­dzie na­to­miast, któ­rzy czy­ta­ją moje utwo­ry dla przy­jem­no­ści, są­dzą coś in­ne­go i książ­kę tę wy­my­śli­łem wła­śnie dla nich, a nie dla kry­ty­ków. W su­mie po­wsta­ła nowa, książ­ko­wa ja­ski­nia Ala­dy­na, gdzie każ­dy znaj­dzie swe­go de­mo­na; książ­ka, któ­ra za­my­ka ca­łość roz­po­czę­tą „Noc­ną zmia­ną” i Ske­le­ton Crew. Zna­la­zły się w niej wszyst­kie moje do­bre opo­wia­da­nia. Złe we­pchną­łem pod dy­wan naj­głę­biej, jak się dało, i zo­sta­ną tam do dnia Sądu Osta­tecz­ne­go. Je­śli w przy­szło­ści po­ja­wi się ko­lej­ny zbiór, za­wie­rać bę­dzie wy­łącz­nie utwo­ry, któ­rych do­tąd nie na­pi­sa­łem, a na­wet ta­kie, o któ­rych na­wet jesz­cze nie my­śla­łem (in­a­czej: hi­sto­rie, w któ­re jesz­cze nie uwie­rzy­łem). Po­dej­rze­wam, że sta­nie się to już w roku, któ­re­go pierw­szą cy­frą bę­dzie 2.

A na ra­zie mamy dwa­dzie­ścia kil­ka oso­bli­wych opo­wia­dań (ostrze­gam, kil­ka jest bar­dzo oso­bli­wych). W każ­dym za­war­łem cząst­kę cze­goś, w co przez ja­kiś czas wie­rzy­łem, i choć wiem, że nie­któ­re z tych rze­czy – wy­nu­rza­ją­cy się z umy­wal­ki pa­lec, po­że­ra­ją­ce czło­wie­ka ro­pu­chy („Pora desz­czo­wa”), kła­pią­ce zęby – nie są za­nad­to strasz­ne, to są­dzę, że le­piej bę­dzie, je­śli pój­dzie­my tam ra­zem. Ale naj­pierw po­wtórz za mną ka­te­chizm:

Wie­rzę, że dzie­się­cio­cen­tów­ka może wy­ko­le­ić po­ciąg to­wa­ro­wy.

Wie­rzę, że w ka­na­łach No­we­go Jor­ku żyją ali­ga­to­ry i szczu­ry wiel­ko­ści sze­tlandz­kich ku­cy­ków.

Wie­rzę, że sta­lo­wym śle­dziem od na­mio­tu moż­na od­ciąć ko­muś jego cień.

Wie­rzę w świę­te­go Mi­ko­ła­ja; wie­rzę, że po­prze­bie­ra­ni w czer­wo­no-bia­łe stro­je osob­ni­cy, któ­rych spo­ty­ka się przed Bo­żym Na­ro­dze­niem na uli­cach, są na­praw­dę jego po­moc­ni­ka­mi.

Wie­rzę, że ota­cza nas nie­wi­dzial­ny świat.

Wie­rzę, że pi­łecz­ka gol­fo­wa jest wy­peł­nio­na tru­ją­cym ga­zem, więc je­śli ktoś ją prze­tnie i wcią­gnie ten gaz do płuc, umrze.

Ale przede wszyst­kim wie­rzę w du­chy, wie­rzę w du­chy, wie­rzę w du­chy.

W po­rząd­ku? Go­to­wy? Świet­nie! Pro­szę, oto moja dłoń.

Ru­sza­my. Znam dro­gę. Ty mu­sisz tyl­ko wziąć się w garść… i uwie­rzyć.

Ma­ine

Ban­gor, 6 li­sto­pa­da 1992 roku

Jawa? Sen?

Po któ­rej stro­nie li­nii miesz­czą się sny?

Ca­dil­lac Do­la­na

Ze­msta jest po­tra­wą, któ­rą naj­le­piej spo­ży­wać na zim­no.

Przy­sło­wie hisz­pań­skie

Cze­ka­łem i ob­ser­wo­wa­łem przez sie­dem lat. Do­lan. Wi­dzia­łem go, jak przy­cho­dzi i od­cho­dzi. Ob­ser­wo­wa­łem, jak uczęsz­cza do wy­twor­nych re­stau­ra­cji, ubra­ny w smo­king, za­wsze z inną ko­bie­tą ucze­pio­ną jego ra­mie­nia, za­wsze w to­wa­rzy­stwie dwóch ochro­nia­rzy. Ob­ser­wo­wa­łem, jak jego sta­lo­wo­sza­re wło­sy sta­wa­ły się ele­ganc­ko i mod­nie siwe, pod­czas gdy moje stop­nio­wo wy­pa­da­ły, aż za­czą­łem świe­cić łysą pałą. Ob­ser­wo­wa­łem, jak opusz­cza Las Ve­gas, uda­jąc się w swe re­gu­lar­ne piel­grzym­ki na Za­chod­nie Wy­brze­że; ob­ser­wo­wa­łem jego po­wro­ty. Dwa czy trzy razy ob­ser­wo­wa­łem z po­bo­cza szo­sy, jak jego se­dan ca­dil­lac De Vil­le, w ko­lo­rze ta­kim sa­mym jak wło­sy wła­ści­cie­la, prze­my­ka szo­są 71 w kie­run­ku Los An­ge­les. Kil­ka­krot­nie ob­ser­wo­wa­łem, jak tą samą sza­rą li­mu­zy­ną opusz­cza swój dom na Hol­ly­wo­od Hills, żeby wró­cić do Las Ve­gas – ale to zda­rza­ło mi się nie­czę­sto. Je­stem na­uczy­cie­lem. Na­uczy­cie­le nie mają tyle wol­ne­go cza­su i ta­kiej swo­bo­dy ru­chów jak bo­ga­ci gang­ste­rzy. Jest to po pro­stu czy­sto eko­no­micz­ny aspekt ży­cia.

Nie wie­dział, że go ob­ser­wu­ję. Nig­dy nie zbli­ży­łem się do nie­go na tyle, żeby mógł mnie do­strzec. Za­cho­wy­wa­łem ostroż­ność.

Za­bił moją żonę, czy ra­czej do­pro­wa­dził do jej śmier­ci; na jed­no wy­cho­dzi. Chce­cie po­znać szcze­gó­ły? Ode mnie się ich nie do­wie­cie. Je­śli pra­gnie­cie je po­znać, zaj­rzyj­cie do sta­rych ga­zet. Mia­ła na imię Eli­za­beth. Uczy­ła w tej sa­mej szko­le co ja. Zresz­tą uczę tam do dzi­siaj. Pro­wa­dzi­ła lek­cje z pierw­szy­mi kla­sa­mi. Dzie­cia­ki ją uwiel­bia­ły i my­ślę, że nie­któ­re nie za­po­mnia­ły uko­cha­nej na­uczy­ciel­ki, choć dzi­siaj mają już po kil­ka­na­ście lat. Ja rów­nież ją ko­cha­łem i ko­cham do te­raz. Nie mia­ła osza­ła­mia­ją­cej uro­dy, ale była ład­na. Była ci­cha i spo­koj­na, ale umia­ła się śmiać. Śnię o niej. Śnię o jej orze­cho­wych oczach. Nig­dy nie ist­nia­ła dla mnie inna ko­bie­ta. I nig­dy już się nie po­ja­wi.

Po­wi­nę­ła mu się noga. Do­la­no­wi. To wszyst­ko, co mu­si­cie wie­dzieć. Jed­no­cze­śnie zna­la­zła się tam Eli­za­beth. W nie­wła­ści­wym miej­scu i o nie­wła­ści­wym cza­sie. Była świad­kiem tego, jak po­wi­nę­ła mu się noga. Po­szła na po­li­cję, stam­tąd ode­sła­no ją do FBI. Zo­sta­ła prze­słu­cha­na i wy­ra­zi­ła zgo­dę, oświad­czy­ła, że bę­dzie ze­zna­wać jako świa­dek. Za­pew­nio­no jej wpraw­dzie ochro­nę, lecz i FBI po­wi­nę­ła się noga albo nie do­ce­ni­ło Do­la­na. A może i jed­no, i dru­gie. Tak czy owak, pew­ne­go wie­czo­ru Eli­za­beth wsia­dła do sa­mo­cho­du, a pod­łą­czo­ny do sta­cyj­ki ła­du­nek dy­na­mi­tu spra­wił, że zo­sta­łem wdow­cem. To on zro­bił ze mnie wdow­ca – Do­lan.

Kie­dy za­bra­kło je­dy­ne­go świad­ka, zo­stał zwol­nio­ny. On wró­cił do swe­go świa­ta, ja do swe­go. Wy­twor­ny apar­ta­ment na da­chu wie­żow­ca dla nie­go, dla mnie pu­sty nie­wiel­ki do­mek. Dla nie­go pięk­ne ko­bie­ty w fu­trach i błysz­czą­cych wie­czo­ro­wych stro­jach, dla mnie ci­sza. Czte­ry sza­re li­mu­zy­ny mar­ki Ca­dil­lac rocz­nie dla nie­go, dla mnie sta­ry bu­ick ri­vie­ra. Jemu wło­sy po­si­wia­ły, mnie po pro­stu wy­szły.

Ale ob­ser­wo­wa­łem.

O tak, by­łem bar­dzo ostroż­ny! Bar­dzo. Wie­dzia­łem, kim jest i na co go stać. Wie­dzia­łem, że zgnió­tł­by mnie jak ro­ba­ka, gdy­by do­wie­dział się lub do­my­ślił, co dla nie­go szy­ku­ję. Dla­te­go by­łem ostroż­ny.

Pod­czas let­nich wa­ka­cji przed trze­ma laty to­wa­rzy­szy­łem mu (w roz­trop­nej od­le­gło­ści) w dro­dze do Los An­ge­les, do­kąd jeź­dził re­gu­lar­nie. Za­trzy­mał się w swej ele­ganc­kiej re­zy­den­cji i wy­da­wał przy­ję­cia (skry­ty w bez­piecz­nym cie­niu na naj­bliż­szej prze­czni­cy, ob­ser­wo­wa­łem przy­jeż­dża­ją­cych i od­jeż­dża­ją­cych go­ści i jesz­cze bar­dziej wsią­ka­łem w mrok, kie­dy po­ja­wia­ły się od­by­wa­ją­ce pa­trol po­li­cyj­ne ra­dio­wo­zy). Za­trzy­ma­łem się w ta­nim ho­te­li­ku, gdzie go­ście za gło­śno na­sta­wia­li ra­dia, a w oknach mego po­ko­ju lśni­ły ja­skra­we świa­tła neo­nu miesz­czą­ce­go się po dru­giej stro­nie uli­cy baru, w któ­rym wy­stę­po­wa­ły dziew­czę­ta w to­ples­sach. No­ca­mi, kie­dy już za­pa­da­łem w sen, śni­ły mi się orze­cho­we oczy Eli­za­beth, śni­łem, że wca­le się to wszyst­ko nie wy­da­rzy­ło, i cza­sa­mi, gdy się bu­dzi­łem, na twa­rzy mia­łem śla­dy łez.

Po­wo­li tra­ci­łem na­dzie­ję.

Ro­zu­mie­cie, cią­gle był do­brze strze­żo­ny; tak do­brze strze­żo­ny. Nie ru­szał się z domu na krok bez dwóch uzbro­jo­nych po zęby go­ry­li, a jeź­dził opan­ce­rzo­nym ca­dil­la­kiem. A tak­że wy­po­sa­żo­nym w ogrom­ne, ra­dial­ne, sa­mo­usz­czel­nia­ją­ce opo­ny, tak lu­bia­ne przez awan­tur­ni­czych dyk­ta­to­rów nie­wiel­kich, nie­spo­koj­nych pań­ste­wek.

I wte­dy wła­śnie, gdy to­wa­rzy­szy­łem mu po raz ostat­ni, wy­my­śli­łem spo­sób, w jaki moż­na to zro­bić… Zna­la­złem spo­sób i okrop­nie się wy­stra­szy­łem.

To­wa­rzy­szy­łem mu w dro­dze po­wrot­nej do Las Ve­gas, ale trzy­ma­łem się za nim w od­le­gło­ści pół­to­ra, a cza­sem trzech lub czte­rech ki­lo­me­trów. Kie­dy prze­ci­na­li­śmy pu­sty­nię, ja­dąc w kie­run­ku wschod­nim, jego sa­mo­chód był za­le­d­wie lśnią­cym na ho­ry­zon­cie ma­leń­kim punk­ci­kiem od­bi­te­go od ka­ro­se­rii sło­necz­ne­go świa­tła, a ja my­śla­łem o Eli­za­beth i o tym, jak cu­dow­nie słoń­ce skrzy­ło się w jej wło­sach.

Trzy­ma­łem się w bar­dzo du­żej od­le­gło­ści. Był śro­dek ty­go­dnia i na au­to­stra­dzie US 71 pa­no­wał nie­wiel­ki ruch. Na pu­stej szo­sie tro­pie­nie in­ne­go sa­mo­cho­du sta­je się uciąż­li­we i nie­bez­piecz­ne – o tym wie na­wet na­uczy­ciel ze szko­ły pod­sta­wo­wej. Mi­ną­łem po­ma­rań­czo­wy znak z na­pi­sem: OB­JAZD ZA 8 KI­LO­ME­TRÓW i zwięk­szy­łem dzie­lą­cy nas dy­stans. Na pu­styn­nych ob­jaz­dach wszy­scy po­ru­sza­ją się bar­dzo po­wo­li, a ja nie chcia­łem za­nad­to zbli­żyć się do sza­re­go ca­dil­la­ca for­su­ją­ce­go ja­kąś dru­go­rzęd­ną, po­rż­nię­tą ko­le­ina­mi dro­gę.

OB­JAZD ZA 5 KI­LO­ME­TRÓW – po­ja­wił się ko­lej­ny na­pis, a pod nim: RO­BO­TY DRO­GO­WE PRZY UŻY­CIU DY­NA­MI­TU. WY­ŁĄ­CZYĆ RA­DIA CB.

Przy­po­mniał mi się film, któ­ry oglą­da­łem dwa lata wcze­śniej. Na fil­mie tym uzbro­je­ni ra­bu­sie, usta­wiw­szy przy dro­dze fał­szy­we zna­ki, zwa­bi­li opan­ce­rzo­ną li­mu­zy­nę na pu­sty­nię. Kie­dy kie­row­ca, zma­mio­ny fał­szy­wy­mi zna­ka­mi, skrę­cił w opu­sto­sza­łą, wiej­ską dro­gę (na pu­sty­ni ist­nie­je wie­le ta­kich szla­ków wy­dep­ta­nych przez sta­da owiec, dróg pro­wa­dzą­cych do od­le­głych rancz oraz sta­rych, rzą­do­wych trak­tów wio­dą­cych do­ni­kąd), zło­dzie­je usu­nę­li zna­ki, żeby się upew­nić, że nie po­ja­wi się ja­kiś inny, przy­pad­ko­wy sa­mo­chód, i tak dłu­go ob­le­ga­li zwa­bio­ny w pu­łap­kę opan­ce­rzo­ny wóz, aż wy­leź­li z nie­go ochro­nia­rze.

Za­bi­li ochro­nia­rzy.

Pa­mię­tam ten szcze­gół.

Za­bi­li ochro­nia­rzy!

Do­tar­łem do ob­jaz­du i skrę­ci­łem w wy­bo­isty szlak. Dro­ga, jak to prze­wi­dy­wa­łem, była w fa­tal­nym sta­nie – za­sy­pa­na pia­skiem, wą­ska dwu­pa­smów­ka, peł­na dziur i ko­le­in, na któ­rych mój sta­ry bu­ick trząsł się i ję­czał. Wy­ma­gał no­wych amor­ty­za­to­rów, a to bar­dzo po­waż­ny wy­da­tek dla na­uczy­cie­la, na­wet dla bez­dziet­ne­go wdow­ca, któ­ry nie ma żad­ne­go hob­by z wy­jąt­kiem pra­gnie­nia ze­msty.

Po­mysł przy­szedł mi do gło­wy w chwi­li, gdy bu­ick trząsł się i pod­ska­ki­wał na nie­rów­nej dro­dze. Za­miast na­stęp­nym ra­zem po­dą­żać za ca­dil­la­kiem Do­la­na w dro­dze z Las Ve­gas do Los An­ge­les albo z Los An­ge­les do Las Ve­gas, po­wi­nie­nem go wy­prze­dzić – po­je­chać przo­dem. Po­wi­nie­nem po­sta­wić fał­szy­we zna­ki ob­jaz­du, ta­kie same jak na fil­mie, i wy­wieść Do­la­na na od­lu­dzie, w pu­ste, ci­che i oto­czo­ne gó­ra­mi roz­cią­ga­ją­cy­mi się na wschód od Las Ve­gas miej­sce. Po­tem na­tych­miast usu­nąć zna­ki, jak zro­bi­li to ra­bu­sie na fil­mie…

Bru­tal­nie wró­ci­łem do rze­czy­wi­sto­ści. Przed sobą, tuż przed sobą, uj­rza­łem za­par­ko­wa­ne­go na py­li­stym po­bo­czu ca­dil­la­ca Do­la­na. Jed­na opo­na, sa­mo­usz­czel­nia­ją­ca się albo i nie, była pła­ska. Nie, nie pła­ska. Zo­sta­ła ro­ze­rwa­na na strzę­py. Za­pew­ne winę za to po­no­sił ja­kiś ostry ka­wa­łek ska­ły, któ­ry ude­rzył w opo­nę ni­czym mi­nia­tu­ro­wa mina prze­ciw­czoł­go­wa. Je­den z dwóch ochro­nia­rzy po­chy­lo­ny był przy usta­wio­nym z przo­du pod­no­śni­ku. Dru­gi – ol­brzym ze spo­co­ną, świń­ską twa­rzą, stał obok sa­me­go Do­la­na, za­pew­nia­jąc mu bez­pie­czeń­stwo. Wi­dzi­cie sami, na­wet na środ­ku pu­sty­ni nikt nie miał szans zbli­żyć się do Do­la­na.

Do­lan stał obok auta, szczu­pły, w roz­pię­tej pod szy­ją ko­szu­li i w czar­nych spodniach, pu­styn­ny wiatr roz­wie­wał mu siwe wło­sy. Pa­lił pa­pie­ro­sa i spo­glą­dał na męż­czyzn zu­peł­nie tak, jak­by znaj­do­wa­li się w re­stau­ra­cji, na sali ba­lo­wej lub w sa­lo­nie.

Jego wzrok spo­czął na chwi­lę na przed­niej szy­bie bu­ic­ka. Na­sze oczy spo­tka­ły się, ale po chwi­li Do­lan od­wró­cił gło­wę. Naj­wy­raź­niej mnie nie po­znał, jak­kol­wiek raz już wi­dział mnie przed sied­mio­ma laty (wte­dy mia­łem jesz­cze wło­sy!), gdy pod­czas wstęp­ne­go prze­słu­cha­nia sie­dzia­łem obok żony.

Prze­ra­że­nie, ja­kie ogar­nę­ło mnie w chwi­li nie­ocze­ki­wa­ne­go spo­tka­nia, za­mie­ni­ło się w śle­pą fu­rię.

Przez gło­wę prze­mknę­ła mi myśl, żeby opu­ścić okno po stro­nie pa­sa­że­ra i wrza­snąć: „Jak śmia­łeś mnie za­po­mnieć? Jak śmia­łeś mnie tak zbyć?”. Och, na­tu­ral­nie, był­by to czyn sza­leń­czy. To bar­dzo do­brze, że mnie za­po­mniał, to miło, że tak mnie zbył. Le­piej być my­szą kry­ją­cą się za bo­aze­rią i prze­gry­za­ją­cą prze­wo­dy. Le­piej być pa­ją­kiem snu­ją­cym wy­so­ko pod ryn­ną swo­ją za­bój­czą sieć.

Mo­zo­lą­cy się w po­cie czo­ła przy pod­no­śni­ku ochro­niarz za­ma­chał ręką. Nie tyl­ko Do­lan mnie za­po­mniał. Po­pa­trzy­łem obo­jęt­nie na ge­sty­ku­lu­ją­ce­go w moją stro­nę męż­czy­znę, ży­cząc mu w du­chu za­wa­łu lub wy­le­wu, naj­le­piej obu tych przy­pa­dło­ści jed­no­cze­śnie. Po­je­cha­łem da­lej – ale w gło­wie hu­cza­ło mi i pul­so­wa­ło, a przez kil­ka chwil góry na ho­ry­zon­cie fa­lo­wa­ły mi w oczach i wi­dzia­łem je po­dwój­nie.

Gdy­bym miał pi­sto­let! – po­my­śla­łem. – Gdy­bym tyl­ko miał pi­sto­let! Gdy­bym tyl­ko miał pi­sto­let, ode­brał­bym mu raz na za­wsze jego par­szy­we, od­ra­ża­ją­ce ży­cie!

Kie­dy prze­je­cha­łem kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów, wró­cił mi zdro­wy roz­są­dek. Gdy­bym miał pi­sto­let, je­dy­nym moim zy­skiem by­ła­by wła­sna śmierć. Gdy­bym miał pi­sto­let, mógł­bym je­dy­nie za­trzy­mać się obok pra­cu­ją­ce­go przy le­war­ku go­ry­la, któ­ry do mnie ma­chał, wy­siąść z sa­mo­cho­du i na oślep za­sy­pać pu­styn­ny kra­jo­braz gra­dem kul. Może na­wet ko­goś bym zra­nił. Ale po­tem oni za­strze­li­li­by mnie i po­cho­wa­li w bez­i­mien­nym, płyt­kim gro­bie. Wte­dy Do­lan znów cią­gał­by się z pięk­ny­mi ko­bie­ta­mi, od­by­wał swo­je piel­grzym­ki sre­brzy­stym ca­dil­la­kiem z Las Ve­gas do Los An­ge­les i z po­wro­tem, a w tym cza­sie pu­styn­ne zwie­rzę­ta od­grze­ba­ły­by moje szcząt­ki i wal­czy­ły o ko­ści w zim­nym świe­tle księ­ży­ca. I nikt nie po­mścił­by Eli­za­beth… Nikt.

To­wa­rzy­szą­cy mu męż­czyź­ni po­tra­fi­li tyl­ko za­bi­jać. Ja po­tra­fi­łem tyl­ko uczyć trze­cio­kla­si­stów.

To nie film – na­po­mnia­łem się w du­chu, kie­dy z po­wro­tem wjeż­dża­łem na au­to­stra­dę i mi­ja­łem po­ma­rań­czo­wą ta­bli­cę z na­pi­sem: KO­NIEC RO­BÓT DRO­GO­WYCH. STAN NE­VA­DA DZIĘ­KU­JE­MY. Gdy­bym kie­dy­kol­wiek po­my­lił film z rze­czy­wi­sto­ścią, są­dząc, że ły­sie­ją­cy, cier­pią­cy na krót­ko­wzrocz­ność na­uczy­ciel trze­ciej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej mógł­by prze­kształ­cić się w Dir­ty’ego Har­ry’ego na­praw­dę, a nie wy­łącz­nie w ma­rze­niach, nikt nig­dy nie po­mścił­by Eli­za­beth. Nig­dy.

Ale czy w ogó­le moż­na się ze­mścić? Czy moż­na?

Po­mysł usta­wie­nia fał­szy­wych zna­ków był rów­nie ro­man­tycz­ny i nie­re­al­ny jak po­mysł wy­sko­cze­nia z sa­mo­cho­du i po­ło­że­nia tru­pem ca­łej trój­ki. Kto niby miał to zro­bić? Ja? Ja, któ­ry ostat­ni raz strze­la­łem w wie­ku szes­na­stu lat, a na do­da­tek nig­dy nie mia­łem w ręku pi­sto­le­tu.

Na­wet na fil­mie taka rzecz jest nie­moż­li­wa do zre­ali­zo­wa­nia bez ca­łej do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­py. To oczy­wi­ste na­wet dla ta­kie­go ro­man­ty­ka jak ja. Na fil­mie było ich ośmiu czy dzie­wię­ciu, po­dzie­lo­nych na dwa od­dzia­ły, któ­re kon­tak­to­wa­ły się ze sobą za po­mo­cą ra­dio­te­le­fo­nów. Je­den krą­żył na­wet nad au­to­stra­dą w nie­wiel­kim sa­mo­lo­cie, żeby się upew­nić, że opan­ce­rzo­ne­mu po­jaz­do­wi, kie­dy zbli­żał się do fał­szy­we­go ob­jaz­du, nie to­wa­rzy­szy ża­den inny sa­mo­chód.

Bez wąt­pie­nia całą in­try­gę wy­my­ślił ja­kiś oty­ły sce­na­rzy­sta sie­dzą­cy na brze­gu ba­se­nu z piña co­la­da w jed­nym ręku, dłu­go­pi­sem Pen­te­la w dru­gim i z roz­ło­żo­ną przed no­sem pra­wie pod­ręcz­ni­ko­wo trak­to­wa­ną książ­ką Ed­ga­ra Wal­la­ce’a. Po­nad­to ów je­go­mość miał jesz­cze całą ar­mię asy­sten­tów, któ­rzy po­mo­gli mu do­pra­co­wać po­mysł. Ja by­łem sam.

Plan do ni­cze­go. Po pro­stu chwi­lo­wy, po­ro­nio­ny po­mysł, ja­kich tyle przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy przez te wszyst­kie lata, jak po­mysł z tru­ją­cym ga­zem wpusz­czo­nym do prze­wo­dów sys­te­mu kli­ma­ty­za­cyj­ne­go Do­la­na, po­mysł pod­ło­że­nia bom­by w jego re­zy­den­cji w Los An­ge­les czy też idea zdo­by­cia ja­kiejś mor­der­czej bro­ni, na przy­kład ba­zo­oki, z któ­rą, gdy je­chał­by szo­są 71 na wschód do Ve­gas lub na za­chód do Los An­ge­les, za­mie­nił­bym jego prze­klę­te­go srebr­ne­go ca­dil­la­ca w kulę ognia.

Le­piej tego za­nie­chać. Od­rzu­cić to wszyst­ko.

Ale to nie­moż­li­we. Bo to nie chce odejść.

Ode­tnij go – wsta­wiał się w mo­jej gło­wie za Eli­za­beth ja­kiś we­wnętrz­ny głos. – Ode­tnij go tak, jak wy­szko­lo­ny owcza­rek od­ci­na od sta­da wska­za­ne przez wła­ści­cie­la ja­gnię. Wy­pro­wadź go na ma­now­ce, na od­lu­dzie, i tam za­bij. Za­bij ich wszyst­kich.

Do ni­cze­go. Mu­sia­łem po­go­dzić się z praw­dą, że sko­ro czło­wiek taki jak Do­lan po­zo­sta­wał przy ży­ciu, mu­siał szcze­gól­nie wy­ostrzyć w so­bie in­stynkt prze­trwa­nia – wy­ostrzyć za­pew­ne do sta­nu pa­ra­noi. On i jego lu­dzie w jed­nej chwi­li zo­rien­tu­ją się w pod­stę­pie z ob­jaz­dem.

A jed­nak dzi­siaj skrę­ci­li – od­parł we­wnętrz­ny głos wsta­wia­ją­cy się za Eli­za­beth. – Na­wet się nie za­wa­ha­li. Skrę­ci­li po­tul­nie jak ba­ran­ki.

Ale wie­dzia­łem też – tak, skądś to wie­dzia­łem – że lu­dzie po­kro­ju Do­la­na, lu­dzie przy­po­mi­na­ją­cy bar­dziej wil­ki niż czło­wie­ka, po­tra­fią ja­kimś szó­stym zmy­słem zwę­szyć nie­bez­pie­czeń­stwo. Mógł­bym wy­kraść z ja­kie­goś przy­droż­ne­go ba­ra­ku praw­dzi­we ta­bli­ce na­ka­zu­ją­ce ob­jazd i usta­wić je we wła­ści­wych miej­scach. Mógł­bym na­wet usta­wić owe flu­ore­scen­cyj­ne, po­ma­rań­czo­we pa­choł­ki dro­go­we i wy­ma­lo­wać kil­ka zna­ków na sa­mej szo­sie. Mógł­bym to wszyst­ko zro­bić, a mimo to Do­lan zwę­szył­by za­pach potu po­cho­dzą­cy z mo­ich rąk. Zwę­szył­by go na­wet przez pan­cer­ne szy­by swo­jej li­mu­zy­ny. Za­mknął­by oczy, ode­brał­by te­le­pa­tycz­nie gdzieś w naj­głęb­szych ot­chła­niach swe­go umy­słu wy­ma­wia­ne prze­ze mnie imię Eli­za­beth.

Głos, któ­ry pod moją czasz­ką wsta­wiał się za Eli­za­beth, za­milkł i nie od­zy­wał się dłuż­szy czas. Kie­dy jed­nak w za­się­gu wzro­ku po­ja­wi­ło się Ve­gas – spo­wi­te błę­kit­na­wą mgieł­ką i drżą­ce na krań­cach w bi­ją­cym z pu­sty­ni upa­le – za­brzmiał po­now­nie.

Za­tem nie pró­buj zwo­dzić go fał­szy­wym ob­jaz­dem – szep­nę­ło mi coś pod czasz­ką. – Zwiedź go praw­dzi­wym.

Wje­cha­łem bu­ic­kiem na po­bo­cze i z ca­łych sił na­ci­sną­łem ha­mul­ce. Roz­war­ty­mi ze zdu­mie­nia oczy­ma ga­pi­łem się we wstecz­ne lu­ster­ko.

W gło­wie wsta­wia­ją­cy się za Eli­za­beth głos wy­buch­nął śmie­chem. Dzi­kim, obłą­kań­czym śmie­chem. Po chwi­li mu za­wtó­ro­wa­łem.

Kie­dy po­ja­wi­łem się w klu­bie re­kre­acyj­nym przy Dzie­wią­tej Uli­cy, zgro­ma­dze­ni tam na­uczy­cie­le wy­buch­nę­li na mój wi­dok śmie­chem. Któ­ryś chciał wie­dzieć, kto wy­sma­ro­wał mi pia­skiem twarz. Też od­po­wie­dzia­łem śmie­chem. Osob­ni­ków ta­kich jak ja lu­dzie nie po­dej­rze­wa­ją o nic tak dłu­go, do­pó­ki ci śmie­ją się wraz z in­ny­mi. A poza tym, dla­cze­go mia­łem się nie śmiać? Osta­tecz­nie moja żona nie żyła już od sied­miu lat, praw­da? Po­zo­stał z niej w trum­nie tyl­ko proch, wło­sy i kil­ka ko­ści! Dla­cze­go więc nie miał­bym się śmiać? Kie­dy czło­wiek na­gle prze­sta­je to ro­bić, lu­dzie za­czy­na­ją po­dej­rze­wać, że coś jest z nim nie tak.

Śmia­łem się wraz z nimi, jak­kol­wiek przez całą je­sień i zimę bo­la­ły mnie mię­śnie. Śmia­łem się, mimo że nie­ustan­nie by­łem głod­ny – żad­nych dru­gich śnia­dań, żad­nych prze­ką­sek póź­nym wie­czo­rem, żad­ne­go piwa, żad­nych przed­obied­nich gi­nów z to­ni­kiem. Wy­łącz­nie wo­ło­wi­na lub ba­ra­ni­na i dużo, dużo, dużo wa­rzyw.

Na Boże Na­ro­dze­nie ku­pi­łem so­bie na­uti­lu­sa.

Nie, nie­zu­peł­nie tak. To Eli­za­beth ku­pi­ła mi na Boże Na­ro­dze­nie ten przy­rząd do ćwi­czeń si­ło­wych.

Już nie wi­dy­wa­łem Do­la­na tak re­gu­lar­nie. By­łem zbyt za­ję­ty przy­go­to­wa­nia­mi, zrzu­ca­niem brzu­cha, roz­wi­ja­niem mię­śni ra­mion, klat­ki pier­sio­wej i nóg. Przy­cho­dzi­ły jed­nak chwi­le, gdy ogar­nia­ło mnie znie­chę­ce­nie, opa­da­ły czar­ne my­śli, że już nie zdo­łam od­zy­skać peł­nej spraw­no­ści fi­zycz­nej, że nie po­tra­fię funk­cjo­no­wać bez dru­gie­go śnia­da­nia, bez pier­nicz­ków w cze­ko­la­dzie i, od cza­su do cza­su, so­lid­nej por­cji śmie­tan­ki do kawy. Kie­dy na­cho­dził mnie taki na­strój, par­ko­wa­łem sa­mo­chód na­prze­ciw­ko któ­rejś z ulu­bio­nych re­stau­ra­cji Do­la­na albo sze­dłem do któ­re­goś z klu­bów, gdzie czę­sto by­wał, i cze­ka­łem, aż po­ja­wi się z uwie­szo­ną na ra­mie­niu aro­ganc­ką, zim­ną blon­dyn­ką lub ro­ze­śmia­nym, ru­do­wło­sym wam­pem – albo z obie­ma tego ro­dza­ju ko­bie­ta­mi – i wy­sią­dzie z si­we­go ni­czym mgła ca­dil­la­ca. Oto on, czło­wiek, któ­ry za­bił moją Eli­za­beth, oto on w ośle­pia­ją­co bia­łej ko­szu­li od Bi­ja­na, ze zło­tym ro­le­xem ci­ska­ją­cym mi­go­tli­we lśnie­nia w świa­tłach noc­ne­go lo­ka­lu. Kie­dy by­łem znie­chę­co­ny i zmor­do­wa­ny, sze­dłem do Do­la­na ni­czym umie­ra­ją­cy z pra­gnie­nia na pu­sty­ni czło­wiek do oazy. Spi­ja­łem jego za­tru­tą wodę, któ­ra w jed­nej chwi­li orzeź­wia­ła mnie i sta­wia­ła na nogi.

W lu­tym za­czą­łem co­dzien­nie bie­gać, a ko­le­dzy na­uczy­cie­le śmia­li się z mo­jej ły­sej gło­wy, bo po­ró­żo­wia­ła od słoń­ca i za­czę­ła się łusz­czyć z niej skó­ra. Póź­niej ró­żo­wia­ła co­raz moc­niej i jesz­cze bar­dziej się łusz­czy­ła bez wzglę­du na to, ile kre­mu prze­ciw­sło­necz­ne­go bym na nią nie na­ło­żył. Wtó­ro­wa­łem im śmie­chem, choć wie­lo­krot­nie bli­ski by­łem utra­ty przy­tom­no­ści, a przez dłu­gie mi­nu­ty przed koń­cem bie­gu drę­czy­ły mnie po­twor­ne skur­cze mię­śni ści­ska­ją­ce łyd­ki i uda ni­czym sta­lo­we ima­dło.

Kie­dy przy­szło lato, zło­ży­łem w Wy­dzia­le Dróg i Au­to­strad w Ne­va­dzie po­da­nie o przy­ję­cie do pra­cy. Miej­ski urząd pra­cy nie­chęt­nie pod­stem­plo­wał for­mu­larz i skie­ro­wał do okrę­go­we­go nad­zor­cy, nie­ja­kie­go Ha­rveya Bloc­ke­ra. Bloc­ker był wy­so­kim męż­czy­zną o skó­rze spa­lo­nej słoń­cem Ne­va­dy pra­wie na czar­no. Miał na so­bie dżin­sy, za­ku­rzo­ne buty ro­bo­cze i nie­bie­ski pod­ko­szu­lek z ob­cię­ty­mi rę­ka­wa­mi. Na przo­dzie ko­szul­ki wid­niał na­pis: ZŁE NA­STA­WIE­NIE. Pod skó­rą gra­ły mu splo­ty wspa­nia­le roz­wi­nię­tych mię­śni. Po­pa­trzył na moje po­da­nie. Po­tem spoj­rzał na mnie i wy­buch­nął śmie­chem. Pa­pier wy­glą­dał bar­dzo za­baw­nie w jego ol­brzy­miej dło­ni.

– Chy­ba stro­isz so­bie żar­ty, przy­ja­cie­lu. Tak, na pew­no! Mó­wi­my o pu­styn­nym słoń­cu i pu­styn­nym ża­rze, a nie o tych gów­nia­nych so­la­riach dla yup­pies. Co tak na­praw­dę ro­bisz w ży­ciu, bra­cisz­ku?

– Je­stem na­uczy­cie­lem – od­par­łem. – Uczę w trze­ciej kla­sie.

– Och, sło­necz­ko ty moje – od­parł i po­now­nie ryk­nął śmie­chem. – Zejdź mi z oczu, do­brze?

Mia­łem ze­ga­rek kie­szon­ko­wy. Otrzy­ma­łem go od pra­dziad­ka, któ­ry pra­co­wał przy bu­do­wie ostat­nie­go od­cin­ka ogrom­nej li­nii ko­lei trans­kon­ty­nen­tal­nej. Ro­dzin­na le­gen­da gło­si, że pra­co­wał tam aż do chwi­li, kie­dy wbi­to w pod­kład ostat­ni, zło­ty gwóźdź. Wy­ją­łem ze­ga­rek za de­wiz­kę i za­dyn­da­łem nim przed no­sem Bloc­ke­ra.

– A to pan wi­dzi? – za­py­ta­łem. – Jest war­te sześć­set, może sie­dem­set do­la­rów.

– Czy ma to być ła­pów­ka? – Bloc­ker znów do­stał pa­rok­sy­zmu we­so­ło­ści. Był z nie­go strasz­li­wy śmie­szek. – Czło­wie­ku, sły­sza­łem o lu­dziach, któ­rzy wcho­dzi­li w ukła­dy z dia­błem, ale po raz pierw­szy spo­ty­kam ko­goś, kto za po­mo­cą ła­pów­ki sam chce się do­stać do pie­kła. – Po­pa­trzył na mnie ze współ­czu­ciem.

– Może ci się tyl­ko wy­da­je, że wiesz, w co chcesz wdep­nąć, ale ja je­stem tu­taj po to, żeby ci po­wie­dzieć, że nie masz o tym zie­lo­ne­go po­ję­cia. Na za­chód od In­dian Springs spo­ty­ka­łem już w lip­cu tem­pe­ra­tu­ry do­cho­dzą­ce do sześć­dzie­się­ciu pię­ciu stop­ni. Naj­sil­niej­si wy­mię­ka­ją. A ty, bra­cisz­ku, do naj­sil­niej­szych nie na­le­żysz. Nie mu­sisz ścią­gać ko­szu­li, żeby wy­prę­żyć tych kil­ka nędz­nych mu­sku­łów wy­ro­bio­nych w klu­bie kul­tu­ry­stycz­nym dla yup­pie. Zresz­tą na­tych­miast byś so­bie te mię­śnie na­de­rwał.

– Pro­szę spraw­dzić mnie przez je­den dzień. Nie na­de­rwę so­bie mię­śni, a po pro­stu odej­dę. Pro­szę za­trzy­mać ten ze­ga­rek. Nie kłóć­my się.

– Pie­przysz.

Po­pa­trzy­łem na Bloc­ke­ra, a on przez dłuż­szą chwi­lę spo­glą­dał na mnie.

– Fak­tycz­nie nie pie­przysz – po­wie­dział w koń­cu ze zdzi­wie­niem.

– Nie.

– Dasz ten ze­ga­rek na prze­cho­wa­nie Tin­ke­ro­wi? – za­py­tał, wska­zu­jąc kciu­kiem Mu­rzy­na o cy­klo­piej po­stu­rze, któ­ry w far­bo­wa­nej weł­nia­nej ko­szu­li sie­dział nie opo­dal w ka­bi­nie spy­char­ki, za­ja­dał pla­cek owo­co­wy od McDo­nal­da i przy­słu­chi­wał się na­szej roz­mo­wie.

– Moż­na mu za­ufać?

– Masz nie­wy­pa­rzo­ną gębę, ko­leś.

– A więc niech prze­cho­wa go do chwi­li, kie­dy zde­cy­du­je pan, czy mam wy­no­sić się na­tych­miast, czy do­pie­ro we wrze­śniu, kie­dy będę mu­siał wra­cać do szko­ły.

– Co mam zro­bić?

Wska­za­łem for­mu­larz z biu­ra pra­cy.

– Pod­pi­sać to. Nic wię­cej.

– Upa­dłeś na gło­wę.

Po­my­śla­łem o Do­la­nie, o Eli­za­beth i nie ode­zwa­łem się sło­wem.

– Za­czniesz od naj­bar­dziej gów­nia­nej ro­bo­ty – ostrzegł Bloc­ker. – Bę­dziesz zrzu­cał ło­pa­tą z tyłu cię­ża­rów­ki go­rą­cy as­falt i za­le­wał nim dziu­ry. Nie dla­te­go, że za­le­ży mi na two­im prze­klę­tym ze­gar­ku, choć był­bym bar­dziej niż rad, gdy­by tra­fił w moje ręce, ale dla­te­go, że w ten spo­sób za­czy­na­ją tu wszy­scy.

– W po­rząd­ku.

– Tak dłu­go, aż zro­zu­miesz, bra­cisz­ku.

– Ro­zu­miem.

– Nie ro­zu­miesz – od­parł Bloc­ker. – Do­pie­ro zro­zu­miesz.

No i miał ra­cję.

Z na­stęp­nych dwóch ty­go­dni pa­mię­tam tyle co nic – zgar­nia­łem ło­pa­tą go­rą­cy as­falt, za­le­pia­łem nim dziu­rę w jezd­ni i ze zwie­szo­ną gło­wą wlo­kłem się za cię­ża­rów­ką, do­pó­ki nie za­trzy­ma­ła się przy ko­lej­nym wy­bo­ju. Cza­sa­mi pra­co­wa­li­śmy na Stri­pie i wte­dy do­bie­gał mnie dźwięk dzwon­ków oznaj­mu­ją­cych peł­ną pulę przy sto­li­kach po­ke­ro­wych w ka­sy­nach. Od­no­si­łem wra­że­nie, że to dzwo­ni mi pod czasz­ką. Uno­si­łem gło­wę i wi­dzia­łem, że Ha­rvey Bloc­ker ob­ser­wu­je mnie z wy­ra­zem oso­bli­wej li­to­ści, jego twarz lśni­ła w bi­ją­cym od roz­pa­lo­nej szo­sy upa­le. Nie­kie­dy przy­glą­da­łem się Tin­ke­ro­wi sie­dzą­ce­mu pod bre­zen­tem skry­wa­ją­cym ka­bi­nę bul­do­że­ra. Tin­ker wy­cią­gał ze­ga­rek mego dziad­ka i bu­jał go na łań­cusz­ku. Ze­ga­rek lśnił w pro­mie­niach słoń­ca.

To­czy­łem ze sobą strasz­li­wą wal­kę, żeby nie ze­mdleć, żeby za­cho­wać przy­tom­ność. Wy­trzy­ma­łem cały czer­wiec, mi­nął pierw­szy ty­dzień lip­ca. Pew­ne­go dnia pod­czas prze­rwy na lunch, kie­dy ja­dłem ka­nap­kę trzy­ma­ną w drżą­cej dło­ni, przy­siadł się do mnie Bloc­ker. Po­tra­fi­łem tak nie­raz drżeć do dzie­sią­tej wie­czo­rem. To od upa­łu. Drża­łem i nie­wie­le bra­ko­wa­ło, że­bym ze­mdlał. Ale w ta­kich chwi­lach my­śla­łem o Do­la­nie i uda­wa­ło mi się tyl­ko drżeć.

– Cią­gle bra­ku­je ci siły, bra­cisz­ku – ode­zwał się Bloc­ker.

– Nie – od­par­łem. – Ale jak ktoś po­wie­dział, trze­ba wziąć pod uwa­gę su­ro­wiec wyj­ścio­wy.

– W każ­dej chwi­li się spo­dzie­wam, że po­pa­trzę w two­ją stro­nę, a ty bę­dziesz le­żał nie­przy­tom­ny na środ­ku dro­gi. Ale ty naj­wy­raź­niej wca­le nie za­mie­rzasz mdleć.

– Nie, nie za­mie­rzam.

– Tak, nie za­mie­rzasz. Tyle że je­śli w dal­szym cią­gu bę­dziesz szedł z ło­pa­tą za cię­ża­rów­ką, to w koń­cu ze­mdle­jesz.

– Nie.

– Bra­cisz­ku, naj­więk­sze upa­ły do­pie­ro się zbli­ża­ją. Tink na­zy­wa tę po­go­dę pie­kar­ni­kiem.

– Wy­trzy­mam.

Wy­cią­gnął coś z kie­sze­ni. Był to ze­ga­rek mego pra­dziad­ka. Po­ło­żył mi go na ko­la­nach.

– Za­bierz ten pie­przo­ny ze­ga­rek – po­wie­dział z nie­sma­kiem.

– Nie po­trze­bu­ję go.

– Prze­cież do­bi­li­śmy tar­gu.

– Od­wo­łu­ję to.

– Je­śli wy­rzu­cisz mnie z ro­bo­ty, po­zwę cię do sądu ar­bi­tra­żo­we­go – od­rze­kłem. – Pod­pi­sa­łeś mój for­mu­larz. Je­śli…

– Wca­le cię nie wy­wa­lę – od­parł i od­wró­cił twarz. – Chcę, żeby Tink na­uczył cię ob­słu­gi­wać ła­do­war­kę czo­ło­wą.

Przy­pa­try­wa­łem mu się dłu­go, nie wie­dząc, co od­po­wie­dzieć. Moja sala lek­cyj­na w trze­ciej kla­sie, tak chłod­na i przy­jem­na, nig­dy jesz­cze nie wy­da­wa­ła mi się rów­nie od­le­gła… i cią­gle nie mia­łem naj­mniej­sze­go po­ję­cia, co taki czło­wiek jak Bloc­ker so­bie my­śli ani jak ro­zu­mie to, co po­wie­dział. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że mnie po­dzi­wia, a za­ra­zem mną po­gar­dza, ale zu­peł­nie nie mia­łem po­ję­cia, co na­praw­dę my­śli.

I nie musi cię to ob­cho­dzić, ko­cha­nie – ode­zwał się nie­ocze­ki­wa­nie w mo­jej gło­wie głos Eli­za­beth. – Tu cho­dzi o Do­la­na. Pa­mię­taj, o Do­la­na.

– Dla­cze­go chcesz to zro­bić? – za­py­ta­łem w koń­cu. Po­pa­trzył na mnie. W oczach bły­snę­ły mu złość i roz­ba­wie­nie.

Ale prze­wa­ża­ła chy­ba złość.

– O co cho­dzi, bra­cisz­ku? Jak my­ślisz, kim je­stem?

– Nie…

– My­ślisz, że chcę cię za­bić, żeby mieć ten twój pier­dzie­lo­ny ze­ga­rek? Tak wła­śnie my­ślisz?

– Prze­pra­szam.

– Tak, pew­nie. Naj­ża­ło­śniej­szy skur­wiel, ja­kie­go w ży­ciu spo­tka­łem.

Odło­ży­łem ze­ga­rek pra­dziad­ka.

– Nig­dy już, bra­cisz­ku, nie na­bie­rzesz krze­py. Nie­któ­re ro­śli­ny i nie­któ­rzy lu­dzie wy­trzy­mu­ją na słoń­cu. Inni więd­ną i umie­ra­ją. Ty umie­rasz. Do­brze o tym wiesz, a mimo to nie szu­kasz cie­nia. Dla­cze­go? Dla­cze­go wła­zisz w ta­kie gów­no?

– Mam swo­je po­wo­dy.

– Ba, o to mogę się za­ło­żyć. I niech Bóg ma w swej opie­ce każ­de­go, kto ci sta­nie na dro­dze.

Pod­niósł się i od­szedł.

Zbli­żył się uśmiech­nię­ty Tin­ker.

– Jak my­ślisz, po­tra­fisz na­uczyć się ob­słu­gi­wać ła­do­war­kę czo­ło­wą?

– Wy­da­je mi się, że tak – od­rze­kłem.

– Mnie też się tak wy­da­je. Sta­ru­szek Bloc­khe­ad bar­dzo cię lubi, tyl­ko nie po­tra­fi tego oka­zać.

– Za­uwa­ży­łem.

Tink ro­ze­śmiał się.

– Twar­dziel z cie­bie, skur­wie­lu.

– Mam na­dzie­ję – od­rze­kłem.

Resz­tę lata spę­dzi­łem na ła­do­war­ce czo­ło­wej, a kie­dy je­sie­nią wró­ci­łem do szko­ły, pra­wie tak czar­ny jak Tin­ker, na­uczy­cie­le prze­sta­li się ze mnie pod­śmie­wać. Cza­sa­mi, gdy ich mi­ja­łem, ob­ser­wo­wa­li mnie ką­tem oka, ale prze­sta­li się śmiać.

„Mam swo­je po­wo­dy”. Tak wła­śnie mu po­wie­dzia­łem. Bo mia­łem. Dla ka­pry­su nie spę­dził­bym ca­łe­go lata w pie­kle. Ro­zu­mie­cie, mu­sia­łem dojść do for­my. Przy­go­to­wa­nie się do tego, żeby wy­ko­pać grób męż­czyź­nie czy ko­bie­cie, nie wy­ma­ga… aż tak dra­koń­skich me­tod, ale ja wca­le nie za­mie­rza­łem grze­bać ani męż­czy­zny, ani ko­bie­ty.

Za­mie­rza­łem po­grze­bać tego prze­klę­te­go ca­dil­la­ca.

Do kwiet­nia na­stęp­ne­go roku znaj­do­wa­łem się na li­ście pre­nu­me­ra­to­rów biu­le­ty­nu za­ty­tu­ło­wa­ne­go „Zna­ki dro­go­we w Ne­va­dzie”, wy­sy­ła­ne­go przez Ko­mi­sję do spraw Au­to­strad Sta­no­wych. Wszel­kie ma­te­ria­ły na te­mat bie­żą­cych ra­chun­ków za na­pra­wy dróg, nowo za­ku­pio­ne­go sprzę­tu do prac dro­go­wych, wszel­kich ak­cji do­ty­czą­cych kon­tro­li szos po­pro­wa­dzo­nych mię­dzy piasz­czy­sty­mi wy­dma­mi czy ar­ty­ku­ły o naj­now­szych tech­ni­kach za­po­bie­ga­nia ero­zji szos stu­dio­wa­łem po­bież­nie. Głów­nie in­te­re­so­wa­ły mnie dwie ostat­nie stro­ny biu­le­ty­nu. Dział za­ty­tu­ło­wa­ny po pro­stu „Ka­len­da­rium”, w któ­rym po­da­wa­no miej­sca oraz daty pla­no­wa­nych prac dro­go­wych w nad­cho­dzą­cym mie­sią­cu. Szcze­gól­nie przy­ku­wa­ły mą uwa­gę miej­sca i daty wy­mie­nia­ne po pro­stym, pię­cio­li­te­ro­wym skró­cie: PRZEB. Ozna­cza on sło­wo „prze­bu­do­wa”, a do­świad­cze­nie wy­nie­sio­ne z pra­cy w eki­pie Ha­rveya Bloc­ke­ra mó­wi­ło mi, że przy tego ro­dza­ju ro­bo­tach pra­wie za­wsze robi się ob­jaz­dy. Ale nie za­wsze. De­cy­zję o za­mknię­ciu ja­kie­goś od­cin­ka dro­gi Ko­mi­sja do spraw Au­to­strad po­dej­mu­je bar­dzo nie­chęt­nie i w osta­tecz­no­ści. Ale wcze­śniej czy póź­niej – my­śla­łem – tych pięć li­ter ozna­czać bę­dzie ko­niec Do­la­na. Tyl­ko pięć li­ter, ale jak­że czę­sto wi­dy­wa­łem je w snach: PRZEB.

Nie łu­dzi­łem się, że przyj­dzie mi to ła­two, albo że na­stą­pi w naj­bliż­szym cza­sie – zda­wa­łem so­bie świet­nie spra­wę z tego, iż za­pew­ne będę mu­siał cze­kać lata, a w tym cza­sie ktoś inny może do­stać Do­la­na w swo­je ręce. Był zło­czyń­cą, a zło­czyń­cy pro­wa­dzą nie­bez­piecz­ne ży­cie. Ni­czym rzad­ka ko­niunk­cja pla­net, mu­sia­ły­by jed­no­cze­śnie wy­stą­pić czte­ry nie­za­leż­ne od sie­bie czyn­ni­ki: po­dróż Do­la­na, moje wa­ka­cje, świę­to pań­stwo­we, trzy­dnio­wy week­end.

Miną całe lata. Może nig­dy to nie na­stą­pi. Ale czu­łem we­wnętrz­ny spo­kój, mia­łem oso­bli­wą pew­ność, że taka chwi­la na­dej­dzie, a wte­dy ja będę go­to­wy. I w koń­cu rze­czy­wi­ście na­de­szła. Nie tego lata, nie tej je­sie­ni ani nie na­stęp­nej wio­sny. Ale w czerw­cu ze­szłe­go roku otwo­rzy­łem nowy nu­mer „Zna­ków dro­go­wych w Ne­va­dzie” i uj­rza­łem w ka­len­da­rium:

1 LIP­CA–22 LIP­CA (po­szerz.):

US 71 704–755 km (PA­SMO ZA­CHOD­NIE) PRZEB.

Trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi za­czą­łem kart­ko­wać sto­ją­cy na biur­ku ka­len­darz. Czwar­ty lip­ca wy­pa­dał w po­nie­dzia­łek.

A więc wy­stą­pi­ły trzy czyn­ni­ki z czte­rech, a pod­czas ro­bót pro­wa­dzo­nych na dłu­gim od­cin­ku au­to­stra­dy z pew­no­ścią zro­bią ob­jazd.

Ale Do­lan… co z Do­la­nem? Co z czwar­tym czyn­ni­kiem? Pa­mię­ta­łem, że do­tąd trzy­krot­nie wy­brał się do Los An­ge­les w ty­go­dniu, w któ­rym wy­pa­dał Czwar­ty Lip­ca – w świą­tecz­nym ty­go­dniu w Las Ve­gas w in­te­re­sach pa­no­wał za­stój. Pa­mię­ta­łem rów­nież, iż trzy­krot­nie wy­brał się gdzieś in­dziej – raz do No­we­go Jor­ku, raz do Mia­mi, a raz do Lon­dy­nu. Raz po pro­stu nie ru­szał się z Las Ve­gas.

Gdy­by się tym ra­zem wy­brał…

Czy ist­niał spo­sób, żeby to ja­koś spraw­dzić?

Dłu­go się nad tym za­sta­na­wia­łem i nie­po­ko­iły mnie dwie wi­zje. W pierw­szej oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­łem ca­dil­la­ca Do­la­na po­my­ka­ją­ce­go o zmierz­chu au­to­stra­dą US 71 w kie­run­ku za­chod­nim, do Los An­ge­les. W pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca pro­wa­dził za sobą dłu­gi cień. Wi­dzia­łem, jak mija sze­reg ta­blic z na­pi­sem: OB­JAZD, z któ­rych ostat­nia na­ka­zy­wa­ła wy­łą­czyć ra­dia CB. Wi­dzia­łem, jak mija po­zo­sta­wio­ny na skra­ju szo­sy sprzęt – bul­do­że­ry, rów­niar­ki, ła­do­war­ki czo­ło­we. Ma­szy­ny sto­ją w bez­ru­chu nie dla­te­go, że za­koń­czo­no już dzien­ną pra­cę, ale ze wzglę­du na week­end; trzy­dnio­wy week­end.

W dru­giej wi­zji wszyst­ko było tak samo, tyle że na czas week­en­du zo­sta­ły po­zdej­mo­wa­ne ta­bli­ce in­for­mu­ją­ce o ob­jeź­dzie.

Zo­sta­ły po­zdej­mo­wa­ne, bo ja je zdją­łem.

Do­pie­ro ostat­nie­go dnia za­jęć w szko­le nie­ocze­ki­wa­nie przy­szło mi do gło­wy, w jaki spo­sób mam się do­wie­dzieć, czy Do­lan za­mie­rza je­chać na świę­to do Los An­ge­les, czy nie. Pra­wie za­sy­pia­łem już i umysł mój znaj­do­wał się w od­le­gło­ści ty­się­cy ki­lo­me­trów za­rów­no od szko­ły jak od Do­la­na, kie­dy na­gle usia­dłem pro­sto jak ra­żo­ny prą­dem, strą­ca­jąc sto­ją­cy na skra­ju ka­te­dry wa­zon (były w nim ja­kieś prze­pięk­ne pu­styn­ne kwia­ty, któ­re wrę­czy­li mi ucznio­wie na ko­niec roku szkol­ne­go). Na­czy­nie spa­dło z hu­kiem na pod­ło­gę i po­tłu­kło się. Kil­ku uczniów, któ­rzy rów­nież drze­ma­li, też wy­pro­sto­wa­ło się w ław­kach jak ra­że­ni prą­dem, a na mo­jej twa­rzy za­pew­ne ma­lo­wa­ło się prze­ra­że­nie, bo mały Ti­mo­thy Urich wy­buch­nął pła­czem i mu­sia­łem go dłu­go uspo­ka­jać.

Prze­ście­ra­dła – my­śla­łem, gła­dząc Tim­my’ego po gło­wie.

– Prze­ście­ra­dła, po­szew­ki, po­ściel i srebr­na za­sta­wa sto­ło­wa… dy­wa­ny… oto­cze­nie domu. Wszyst­ko musi być za­pię­te na ostat­ni gu­zik. Do­lan z całą pew­no­ścią chce, żeby wszyst­ko było za­pię­te na ostat­ni gu­zik.

Na­tu­ral­nie. To wszyst­ko sta­no­wi­ło w tym sa­mym stop­niu część Do­la­na co jego ca­dil­lac.

Uśmiech­ną­łem się, a Tim­my Urich od­po­wie­dział mi uśmie­chem. Ale ja uśmie­cha­łem się nie do nie­go.

Uśmie­cha­łem się do Eli­za­beth.

W tym roku szko­ła koń­czy­ła się dzie­sią­te­go czerw­ca. Dwa­na­ście dni póź­niej po­le­cia­łem do Los An­ge­les. Wy­na­ją­łem sa­mo­chód i za­trzy­ma­łem się w tym sa­mym ta­nim ho­te­lu, z któ­re­go ko­rzy­sta­łem przy in­nych oka­zjach. Przez ko­lej­ne trzy dni jeź­dzi­łem na Hol­ly­wo­od Hills i ob­ser­wo­wa­łem po­sia­dłość Do­la­na. Nie mo­głem tego ro­bić bez prze­rwy, po­nie­waż ktoś mógł w koń­cu zwró­cić na mnie uwa­gę. Bo­ga­cze za­wsze zwra­ca­ją uwa­gę na krę­cą­cych się w oko­li­cy ob­cych, po­nie­waż obcy aż za czę­sto oka­zu­ją się nie­bez­piecz­ni.

Jak ja.

Po­cząt­ko­wo po­se­sja była jak wy­mar­ła. Okien­ni­ce otwar­te, traw­ni­ki nie­za­ro­śnię­te – Boże broń! – woda w ba­se­nie czy­sta i chlo­ro­wa­na. Ale poza tym do­mo­stwo spra­wia­ło wra­że­nie opu­sto­sza­łe­go. Ża­lu­zje w oknach były opusz­czo­ne, na pod­jeź­dzie nie sta­ły żad­ne sa­mo­cho­dy, nikt nie pły­wał w ba­se­nie, któ­re­go brze­gi każ­de­go ran­ka sta­ran­nie mył ja­kiś mło­dzian z wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w kit­kę.

Za­czą­łem po­dej­rze­wać, że cały mój plan wziął w łeb. Mimo to nie opusz­cza­łem Los An­ge­les w na­dziei, że jed­nak po­ja­wi się w koń­cu ów czwar­ty czyn­nik.

Dwu­dzie­ste­go dzie­wią­te­go czerw­ca, kie­dy by­łem już pra­wie go­tów dać za wy­gra­ną i roz­po­cząć ko­lej­ny rok ob­ser­wa­cji, ocze­ki­wa­nia, ćwi­czeń i wa­ka­cyj­nej pra­cy na ła­do­war­ce czo­ło­wej dla Ha­rveya Bloc­ke­ra (je­śli, na­tu­ral­nie, za­trud­nił­by mnie po­now­nie), przed po­sia­dło­ścią Do­la­na po­ja­wił się nie­bie­ski sa­mo­chód z na­pi­sem AGEN­CJA OCHRO­NY LOS AN­GE­LES. Wy­siadł z nie­go ja­kiś męż­czy­zna, otwo­rzył klu­czem bra­mę, wpro­wa­dził do środ­ka sa­mo­chód, na­stęp­nie wró­cił pie­cho­tą i po­now­nie do­kład­nie za­mknął bra­mę na klucz.

Było to wy­raź­ne od­stęp­stwo od pa­nu­ją­cych tu na co dzień zwy­cza­jów. Po­czu­łem przy­pływ na­dziei. Od­je­cha­łem pra­wie na dwie go­dzi­ny, po czym znów wró­ci­łem, ale tym ra­zem za­par­ko­wa­łem przy są­sied­niej prze­czni­cy, a nie na­prze­ciw­ko domu. W kwa­drans póź­niej przed bra­mę za­je­chał ko­lej­ny nie­bie­ski van. Na boku po­jaz­du wid­niał na­pis: USŁU­GI PO­RZĄD­KO­WE DU­ŻE­GO JOE. Ser­ce moc­niej za­bi­ło mi w pier­si. Ob­ser­wo­wa­łem to we wstecz­nym lu­ster­ku. Pa­mię­tam, jak moc­no za­ci­ska­łem dło­nie na kie­row­ni­cy wy­na­ję­te­go sa­mo­cho­du.

Z pół­cię­ża­rów­ki wy­sia­dły czte­ry ko­bie­ty, dwie bia­łe, Mu­rzyn­ka i Chi­ca­na1. Mia­ły na so­bie bia­łe stro­je, jak kel­ner­ki. Ale oczy­wi­ście kel­ner­ka­mi nie były. Były sprzą­tacz­ka­mi.

Któ­raś na­ci­snę­ła dzwo­nek umiesz­czo­ny przy bra­mie, a wte­dy na­tych­miast po­ja­wił się ochro­niarz i otwo­rzył wro­ta. Cała piąt­ka wśród wy­bu­chów śmie­chu za­czę­ła się prze­ko­ma­rzać. Ochro­niarz pró­bo­wał po­ło­żyć jed­nej z ko­biet rękę na po­ślad­ku, ale ona dała mu klap­sa po dło­ni.

Jed­na wró­ci­ła do nie­bie­skiej fur­go­net­ki i wpro­wa­dzi­ła ją na pod­jazd. Po­zo­sta­łe, gło­śno roz­ma­wia­jąc, ru­szy­ły w stro­nę domu, a straż­nik za­my­kał bra­mę.

Pot spły­wał mi po twa­rzy. Mia­łem wra­że­nie, że to tłuszcz. Ser­ce wa­li­ło mi jak mło­tem.

Kie­dy znik­nę­li z za­się­gu wstecz­ne­go lu­ster­ka, od­wa­ży­łem się od­wró­cić w stro­nę domu.

Zo­ba­czy­łem, że tyl­ne drzwi fur­go­net­ki są otwar­te.

Jed­na sprzą­tacz­ka nio­sła stos schlud­nie zło­żo­nej po­ście­li, dru­ga ręcz­ni­ki. Trze­cia dźwi­ga­ła dwa od­ku­rza­cze.

Za­trzy­ma­ły się przed drzwia­mi wej­ścio­wy­mi i straż­nik wpu­ścił je do środ­ka.

Od­je­cha­łem. By­łem tak po­ru­szo­ny, że z naj­wyż­szym tru­dem mo­głem sku­pić uwa­gę na kie­row­ni­cy.

Otwie­ra­no dom. Do­lan nad­jeż­dżał.

Do­lan nie ku­po­wał co roku no­we­go ca­dil­la­ca; nie ku­po­wał go na­wet co dwa lata. Sza­ry se­dan De­Vil­le, któ­rym po­ja­wił się pod ko­niec tego czerw­ca, miał już trzy. Zna­łem do­kład­nie wszyst­kie jego pa­ra­me­try. Na­pi­sa­łem list do Ge­ne­ral Mo­tors z proś­bą o przy­sła­nie mi da­nych tech­nicz­nych tej mar­ki sa­mo­cho­du. Przed­sta­wi­łem się jako pi­sarz pra­cu­ją­cy nad nową po­wie­ścią. Przy­sła­li mi całą książ­kę ob­słu­gi wraz z pro­spek­tem te­go­rocz­ne­go mo­de­lu ca­dil­la­ca. Zwró­ci­li na­wet za­adre­so­wa­ną prze­ze mnie ko­per­tę zwrot­ną ze znacz­kiem. Naj­wy­raź­niej wiel­kie przed­się­bior­stwa za­cho­wu­ją kla­sę na­wet wte­dy, gdy mają de­fi­cyt.

Po­trzeb­ne mi były trzy pa­ra­me­try – mak­sy­mal­na sze­ro­kość, wy­so­kość i dłu­gość ca­dil­la­ca. Uda­łem się z nimi do zna­jo­me­go na­uczy­cie­la z li­ceum w Las Ve­gas. Chy­ba już wam wspo­mi­na­łem, że przy­go­to­wy­wa­łem się do tego nie tyl­ko pod ką­tem for­my fi­zycz­nej. Z całą pew­no­ścią nie.

Przed­sta­wi­łem mu pro­blem jako czy­sto teo­re­tycz­ne za­da­nie. Oświad­czy­łem, że pra­gnę na­pi­sać opo­wia­da­nie scien­ce fic­tion i chciał­bym, żeby wszyst­kie wy­li­cze­nia w nim były nie­zwy­kle do­kład­ne. Po­da­łem mu na­wet za­rys wia­ry­god­ne­go sche­ma­tu in­try­gi opo­wia­da­nia – wła­sna po­my­sło­wość wręcz mnie za­sko­czy­ła.

Mój przy­ja­ciel chciał wie­dzieć, z jaką pręd­ko­ścią ma się po­ru­szać ów wy­my­ślo­ny po­jazd zwia­dow­czy ob­cych. Ta­kie­go py­ta­nia nie prze­wi­dzia­łem i spy­ta­łem, czy to ta­kie waż­ne.

– Na­tu­ral­nie, że waż­ne – od­parł. – Bar­dzo waż­ne. Je­śli za­pla­no­wa­łeś, że wy­my­ślo­ny przez cie­bie po­jazd zwia­dow­czy ma wpaść w za­sta­wio­ną pu­łap­kę, pu­łap­ka musi mieć do­kład­nie wy­li­czo­ne wy­mia­ry. Z tego, co po­wie­dzia­łeś, wy­ni­ka, że ma pięć­set osiem­na­ście cen­ty­me­trów na sto pięć­dzie­siąt dwa.

Otwo­rzy­łem usta, żeby od­po­wie­dzieć, że nie­do­kład­nie tyle, ale uci­szył mnie mach­nię­ciem ręki.

– No do­brze – stwier­dził. – To uła­twi mi wy­li­cze­nie łuku.

– Cze­go?

– Łuku spa­da­nia – od­rzekł, a mnie zro­bi­ło się zim­no.

Usły­szaw­szy taki zwrot, męż­czy­zna ogar­nię­ty żą­dzą ze­msty mógł wpaść w si­dła mi­ło­ści. Sło­wa brzmia­ły mrocz­nie i zło­wiesz­czo: łuk spa­da­nia.

Za­kła­da­łem, że wy­star­czy, je­śli wy­ko­pię mo­gi­łę, któ­ra bę­dzie pa­so­wa­ła do wy­mia­rów ca­dil­la­ca. I do­pie­ro mój zna­jo­my na­uczy­ciel ma­te­ma­ty­ki uświa­do­mił mi, że za­nim dół po­słu­ży za grób, wcze­śniej musi speł­nić rolę sku­tecz­nej pu­łap­ki.

Oświad­czył, że istot­ny jest kształt. Do­dał, że jama, jaką so­bie wy­my­śli­łem, nie speł­ni­ła­by po­kła­da­nej w niej na­dziei… Tak na­praw­dę szan­se, że jej nie speł­ni, były znacz­nie więk­sze, niż szan­sa, że to zro­bi.

– Je­śli po­jazd nie tra­fi do­kład­nie na sam po­czą­tek dołu i na­tych­miast w nie­go nie wpad­nie – oświad­czył mój zna­jo­my na­uczy­ciel – to może wca­le w nie­go nie wpaść. Prze­śli­zgnie się nad nim, po­chy­li pod pew­nym ką­tem, a kie­dy sta­nie, obcy wy­do­sta­ną się lu­kiem pa­sa­żer­skim i do­pad­ną two­ich bo­ha­te­rów.

Wy­ja­śnił, że roz­wią­za­niem jest po­sze­rze­nie przed­niej czę­ści pu­łap­ki i nada­nie ca­ło­ści kształ­tu zwę­ża­ją­ce­go się ko­mi­na.

Póź­niej wy­nik­nął pro­blem szyb­ko­ści.

Je­śli ca­dil­lac Do­la­na bę­dzie je­chał za szyb­ko, a dziu­ra w zie­mi bę­dzie za krót­ka, po­jazd prze­le­ci po pro­stu nad nią i za­ha­czy pod­wo­ziem lub tyl­ny­mi ko­ła­mi o kra­wędź dołu po prze­ciw­nej stro­nie. Może na­wet da­chu­je, ale cały do jamy nie wpad­nie. Je­śli na­to­miast ca­dil­lac po­su­wać się bę­dzie zbyt wol­no, a dół oka­że się za dłu­gi, auto może wy­lą­do­wać uko­sem, oprzeć się na ma­sce, nie spaść do środ­ka czte­re­ma ko­ła­mi i pu­łap­ka w ta­kim przy­pad­ku rów­nież nie speł­ni swe­go za­da­nia. Nie moż­na prze­cież po­grze­bać ca­dil­la­ca z wy­sta­ją­cy­mi na pół me­tra nad zie­mię ba­gaż­ni­kiem i tyl­nym zde­rza­kiem. To tak, jak­by chcia­ło się po­cho­wać czło­wie­ka z no­ga­mi ster­czą­cy­mi w górę.

– No więc jak szyb­ko za­mie­rza je­chać ten twój po­jazd zwia­dow­czy? – za­py­tał mój zna­jo­my.

Za­czą­łem szyb­ko do­ko­ny­wać w my­ślach ob­li­czeń. Na au­to­stra­dzie kie­row­ca Do­la­na je­chał z szyb­ko­ścią stu, stu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. W miej­scu, gdzie za­mie­rza­łem za­sta­wić pu­łap­kę, za­pew­ne bę­dzie się wol­niej po­su­wać. Mo­głem wpraw­dzie za­brać zna­ki in­for­mu­ją­ce o ob­jeź­dzie, ale nie zdo­łam ukryć ma­szyn dro­go­wych.

– Oko­ło dwu­dzie­stu rull – od­par­łem.

Na­uczy­ciel uśmiech­nął się.

– Prze­tłu­macz to.

– Po­wiedz­my, osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzi­nę.

– Aha.

Bez­zwłocz­nie za­brał się do pra­cy, a ja usia­dłem obok i z sze­ro­kim, po­god­nym uśmie­chem roz­my­śla­łem o cu­dow­nym zwro­cie „łuk spa­da­nia”.

Ma­te­ma­tyk pra­wie na­tych­miast uniósł gło­wę i po­pa­trzył na mnie.

– Wiesz, bra­cie – ode­zwał się – po­wi­nie­neś po­my­śleć o zmniej­sze­niu roz­mia­rów tego po­jaz­du.

– Tak? A to dla­cze­go?

– Pięć me­trów na pół­to­ra to bar­dzo dużo jak na po­jazd zwia­dow­czy – oświad­czył ze śmie­chem. – To, do li­cha, pra­wie roz­mia­ry wozu Lin­coln Mark IV.

Rów­nież się ro­ze­śmia­łem. Obaj chi­cho­ta­li­śmy dłuż­szą chwi­lę.

Za­raz po tym, jak uj­rza­łem wcho­dzą­ce do po­sia­dło­ści Do­la­na sprzą­tacz­ki z po­ście­lą i ręcz­ni­ka­mi, wró­ci­łem sa­mo­lo­tem do Las Ve­gas.

Wsze­dłem do swe­go miesz­ka­nia, uda­łem się do sa­lo­nu i się­gną­łem po te­le­fon. Ręka lek­ko mi drża­ła. Dzie­więć lat cza­iłem się, cze­ka­łem i ob­ser­wo­wa­łem; jak pa­jąk wy­so­ko pod ryn­ną; jak mysz za bo­aze­rią. Zro­bi­łem wszyst­ko, żeby Do­lan nie miał naj­mniej­sze­go po­ję­cia o tym, że mąż Eli­za­beth cią­gle jest nim za­in­te­re­so­wa­ny. Obo­jęt­ny wzrok, ja­kim ob­rzu­cił mnie tam­te­go dnia, gdy mi­ja­łem jego unie­ru­cho­mio­ny sa­mo­chód, i wście­kłość, któ­ra mnie wte­dy ogar­nę­ła, były moją na­gro­dą.

Ale te­raz mu­sia­łem pod­jąć ry­zy­ko. Mu­sia­łem je pod­jąć, po­nie­waż nie mo­głem być w dwóch miej­scach jed­no­cze­śnie i mu­sia­łem mieć ab­so­lut­ną pew­ność, że Do­lan wy­bie­ra się w dro­gę, żeby już na nie­go cze­kać, usu­nąw­szy na chwi­lę zna­ki in­for­mu­ją­ce o ob­jeź­dzie.

Za­pla­no­wa­łem, że do domu wró­cę sa­mo­lo­tem. Wie­rzy­łem, że mi się uda. Wie­rzy­łem, że zdo­łam spra­wić, że mi się to uda.

Za­dzwo­ni­łem do biu­ra nu­me­rów w Los An­ge­les i po­pro­si­łem o te­le­fon fir­my po­rząd­ko­wej Du­że­go Joe. Kie­dy już mi po­da­no ten nu­mer, na­tych­miast go wy­krę­ci­łem.

– Tu Bill z fir­my do­staw­czej Ren­nie­go – po­wie­dzia­łem.

– W so­bo­tę wie­czo­rem mamy przy­ję­cie w Hol­ly­wo­od Hills na Aster Dri­ve pod nu­me­rem ty­siąc sto dwa­dzie­ścia je­den. Czy któ­raś z wa­szych dziew­cząt nie mo­gła­by spraw­dzić w domu pana Do­la­na, czy w szaf­ce nad ku­chen­ką stoi taka ogrom­na waza na poncz? Mo­gli­by­ście to dla nas zro­bić?

Po­pro­szo­no, że­bym chwi­lę za­cze­kał przy te­le­fo­nie. Cze­ka­łem, ale z każ­dą upły­wa­ją­cą se­kun­dą, z któ­rych każ­da wy­da­wa­ła mi się wiecz­no­ścią, by­łem co­raz bar­dziej pe­wien, że tam­ten coś zwą­chał i z dru­giej li­nii te­le­fo­nu­je do Ren­nie­go.

W koń­cu – po bar­dzo, bar­dzo dłu­gim „w koń­cu” – ode­zwał się. Spra­wiał wra­że­nie za­kło­po­ta­ne­go, a to był już dla mnie do­bry znak.

– W so­bo­tę wie­czo­rem?

– Tak, zga­dza się. Nie mam tak wiel­kiej wazy, jaka jest po­trzeb­na, i mu­siał­bym ob­dzwo­nić całe mia­sto. Wy­da­je mi się, że on ma. Chcę się po pro­stu upew­nić.

– Niech pan po­słu­cha. Z mo­jej li­sty zle­ceń wy­ni­ka, że pan Do­lan ma po­ja­wić się w na­szym mie­ście do­pie­ro w nie­dzie­lę po po­łu­dniu, oko­ło trze­ciej. Oczy­wi­ście, któ­raś z dziew­cząt może tej wazy po­szu­kać, ale naj­pierw chciał­bym pew­ną rzecz wy­ja­śnić. Pan Do­lan nie jest czło­wie­kiem, któ­re­go moż­na trak­to­wać jak ciu­la, je­śli wy­ba­czy mi pan mój sa­lo­no­wy ję­zyk…

– W peł­ni po­dzie­lam tę opi­nię – wtrą­ci­łem.

– …więc sko­ro ma się tu­taj po­ja­wić dzień wcze­śniej, na­tych­miast wy­ślę do jego domu jesz­cze kil­ka sprzą­ta­czek.

– Pro­szę chwi­lę za­cze­kać. Spraw­dzę jesz­cze raz – od­rze­kłem.

Na sto­li­ku obok mnie le­ża­ła czy­tan­ka dla klas trze­cich za­ty­tu­ło­wa­na: „Dro­gi do wszyst­kich miejsc na świe­cie”. Się­gną­łem po książ­kę i trzy­ma­jąc ją tuż przy słu­chaw­ce, za­czą­łem gło­śno kart­ko­wać.

– Och, Boże! – jęk­ną­łem. – To mój błąd. Przy­ję­cie rze­czy­wi­ście ma się od­być w nie­dzie­lę. Strasz­nie mi głu­pio. Pro­szę wy­ba­czyć, że na­ro­bi­łem tyle za­mie­sza­nia.

– Nie szko­dzi. Pro­szę jesz­cze chwi­lę za­cze­kać… Po­le­cę któ­rejś z dziew­cząt, żeby spraw­dzi­ła tę wazę w.

– Sko­ro ma się od­być w nie­dzie­lę, to nie ma spra­wy – prze­rwa­łem szyb­ko. – W nie­dzie­lę rano od­da­dzą mi moją wazę, któ­rą wy­po­ży­czy­łem na przy­ję­cie we­sel­ne w Glen­da­le.

– W ta­kim ra­zie w po­rząd­ku. I niech się pan nie przej­mu­je.

– Po­god­ny, po­zba­wio­ny po­dejrz­li­wo­ści ton; ton czło­wie­ka, któ­ry nie za­mie­rza prze­tra­wiać wszyst­kie­go dwa razy.

Taką mia­łem na­dzie­ję.

Od­wie­si­łem słu­chaw­kę i sie­dzia­łem bez ru­chu, ukła­da­jąc so­bie wszyst­ko w gło­wie na tyle, na ile po­tra­fi­łem. Kal­ku­lo­wa­łem.

Do­lan, żeby zdą­żyć do Los An­ge­les na pięt­na­stą, po­wi­nien opu­ścić Las Ve­gas w nie­dzie­lę oko­ło dzie­sią­tej rano. Do miej­sca ro­bót dro­go­wych do­trze mniej wię­cej kwa­drans po je­de­na­stej, wpół do dwu­na­stej. Wte­dy na au­to­stra­dzie prak­tycz­nie nie bę­dzie żad­ne­go ru­chu.

Zde­cy­do­wa­łem, że do­syć tych ja­ło­wych spe­ku­la­cji, że na­le­ży przy­stą­pić do dzia­ła­nia.

Przej­rza­łem mnó­stwo ogło­szeń, wy­ko­na­łem kil­ka te­le­fo­nów, a na­stęp­nie uda­łem się do han­dla­rza uży­wa­ny­mi sa­mo­cho­da­mi, gdzie obej­rza­łem pięć po­jaz­dów, któ­re były w za­się­gu mo­ich moż­li­wo­ści fi­nan­so­wych. Zde­cy­do­wa­łem się na zde­ze­lo­wa­ne­go for­da po­cho­dzą­ce­go z tego roku, kie­dy za­bi­ta zo­sta­ła Eli­za­beth. Za­pła­ci­łem go­tów­ką. Gdy opu­ści­łem han­dla­rza, zo­sta­ło mi na kon­cie tyl­ko dwie­ście pięć­dzie­siąt sie­dem do­la­rów, lecz nic mnie to nie ob­cho­dzi­ło. W dro­dze do domu wstą­pi­łem do wy­po­ży­czal­ni miesz­czą­cej się w bu­dyn­ku o roz­mia­rach nie­wiel­kie­go domu to­wa­ro­we­go i wy­po­ży­czy­łem sprę­żar­kę po­wietrz­ną, do­pła­ca­jąc bra­ku­ją­cą go­tów­kę z Ma­ster­Card.

W pią­tek, póź­nym po­po­łu­dniem, za­ła­do­wa­łem fur­go­net­kę. Ki­lo­fy, ło­pa­ty, sprę­żar­ka, ręcz­ne ko­wa­dło bla­char­skie, skrzyn­ka z na­rzę­dzia­mi, lor­net­ka, wy­po­ży­czo­ny w Wy­dzia­le Dróg i Au­to­strad młot pneu­ma­tycz­ny do roz­bi­ja­nia as­fal­tu, kom­plet ostrzy w kształ­cie gro­ta do strza­ły, wiel­ka płach­ta bre­zen­to­wa pia­sko­we­go ko­lo­ru oraz duży zwój bre­zen­tu, któ­ry oso­bi­ście przy­cią­łem jesz­cze po­przed­nie­go lata. Do tego dwa­dzie­ścia je­den cien­kich roz­pór drew­nia­nych, każ­da dłu­ga na pół­to­ra me­tra, a na koń­cu prze­my­sło­wy zszy­wacz do sta­lo­wych kla­mer.

Na skra­ju pu­sty­ni za­trzy­ma­łem się w cen­trum han­dlo­wym, skąd ukra­dłem ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne, któ­re nie­zwłocz­nie za­mon­to­wa­łem do swo­jej fur­go­net­ki.

Sto dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na za­chód od Ve­gas uj­rza­łem pierw­szą po­ma­rań­czo­wą ta­bli­cę. RO­BO­TY DRO­GO­WE. JAZ­DA NA WŁA­SNE RY­ZY­KO. Oko­ło dwóch ki­lo­me­trów da­lej sta­ła ta, na któ­rą cze­ka­łem od… no cóż… cze­ka­łem od dnia śmier­ci Eli­za­beth, jak­kol­wiek wte­dy jesz­cze nie mia­łem o tym naj­mniej­sze­go po­ję­cia.

OB­JAZD ZA 10 KI­LO­ME­TRÓW.

Kie­dy po­ja­wi­łem się na miej­scu, żeby do­kład­nie oce­nić sy­tu­ację, zmierzch prze­cho­dził już w noc. Po­wi­nie­nem był to za­wcza­su prze­wi­dzieć. Tro­chę ża­ło­wa­łem; ale nie bar­dzo.

Ob­jazd pro­wa­dził w pra­wo, mię­dzy dwo­ma gar­ba­mi wznie­sień, przez któ­re prze­cho­dzi­ła au­to­stra­da. Była to ty­po­wa, nie­gdyś za­bez­pie­czo­na po bo­kach pło­tem sta­ra dro­ga, któ­rą Wy­dział Dróg i Au­to­strad wy­gła­dził i po­sze­rzył, przy­sto­so­wu­jąc do chwi­lo­wo zwięk­szo­ne­go ru­chu. Wjazd ozna­cza­ła świetl­na strzał­ka za­si­la­na z bu­czą­ce­go agre­ga­tu za­mknię­te­go na kłód­kę w sta­lo­wej skrzy­ni.

Tuż za miej­scem, gdzie roz­po­czy­nał się ob­jazd, au­to­stra­dę, któ­ra pię­ła się tam na szczyt ko­lej­ne­go pa­gór­ka, blo­ko­wał po­dwój­ny rząd pa­choł­ków. Za nimi (na wy­pa­dek, gdy­by ktoś był wy­jąt­ko­wym gapą, mi­nął świetl­ną strzał­kę i prze­je­chał po rzę­dach pa­choł­ków; a po­dej­rze­wam, że nie­któ­rzy kie­row­cy są tak nie­bo­tycz­ny­mi głup­ca­mi) po­sta­wio­no po­ma­rań­czo­wą ta­bli­cę, wiel­ko­ści ta­bli­cy szkol­nej, z na­pi­sem: DRO­GA ZA­MKNIĘ­TA. KO­RZY­STAĆ Z OB­JAZ­DU.

Bar­dzo się ucie­szy­łem, że wznie­sie­nie za­sła­nia­ło miej­sce ro­bót. Nie chcia­łem, żeby Do­lan miał oka­zję zwę­szyć pu­łap­kę, za­nim w nią wpad­nie.

Szyb­ko, by nikt mnie nie za­uwa­żył, wy­sko­czy­łem z fur­go­net­ki i prze­sta­wi­łem tu­zin pa­choł­ków, two­rząc prze­jazd ta­kiej sze­ro­ko­ści, by zmie­ścił się w nim mój sa­mo­chód. Ta­bli­cę z na­pi­sem: DRO­GA ZA­MKNIĘ­TA prze­wlo­kłem na pra­wą stro­nę, bie­giem wró­ci­łem do auta, wsko­czy­łem do szo­fer­ki i prze­je­cha­łem na dru­gą stro­nę za­po­ry.

Usły­sza­łem dźwięk nad­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du.

Znów wy­sko­czy­łem z fur­go­net­ki i za­czą­łem go­rącz­ko­wo usta­wiać pa­choł­ki na miej­sce. Dwa wy­le­cia­ły mi z rąk i po­to­czy­ły się do przy­droż­ne­go rowu. Dy­sząc cięż­ko, zbie­głem po nie, ale w mro­ku po­tkną­łem się o ka­mień i roz­cią­gną­łem jak dłu­gi na zie­mi. Na­tych­miast ze­rwa­łem się na nogi. Na twa­rzy osia­dła mi gru­ba war­stwa ku­rzu, z dło­ni ka­pa­ła krew. Sa­mo­chód się zbli­żał. Nie­ba­wem miał po­ja­wić się na wznie­sie­niu przed ob­jaz­dem, a wte­dy jego kie­row­ca w świe­tle re­flek­to­rów uj­rzał­by męż­czy­znę w dżin­sach i pod­ko­szul­ku pró­bu­ją­ce­go prze­sta­wiać pa­choł­ki, a obok, tam, do­kąd pra­wo wjaz­du mia­ły tyl­ko wozy na­le­żą­ce do Wy­dzia­łu Dróg i Au­to­strad, za­par­ko­wa­ny cy­wil­ny sa­mo­chód. Po­sta­wi­łem na miej­sce ostat­ni pa­cho­łek i co sił w no­gach po­bie­głem po ta­bli­cę. Po­cią­gną­łem za moc­no, to­też o mały włos jej nie prze­wró­ci­łem.

Kie­dy blask re­flek­to­rów nad­jeż­dża­ją­ce­go ze wschod­niej stro­ny sa­mo­cho­du sta­wał się co­raz sil­niej­szy, nie­ocze­ki­wa­nie na­bra­łem pew­no­ści, że jest to pa­trol sta­no­wej po­li­cji Ne­va­dy.

Znak stał już tam, gdzie po­przed­nio. A je­śli na­wet nie­do­kład­nie tam, to wy­star­cza­ją­co bli­sko szo­sy, żeby nie wzbu­dzać po­dej­rzeń. Pę­dem ru­szy­łem do fur­go­net­ki, wsko­czy­łem do środ­ka i od­je­cha­łem, by skryć się za wznie­sie­niem. Gdy tam do­tar­łem, pierw­szą gór­kę za­la­ło świa­tło re­flek­to­rów nad­jeż­dża­ją­ce­go auta. Czy jego kie­row­ca do­strzegł mój sa­mo­chód, któ­ry stał z wy­ga­szo­ny­mi świa­tła­mi?

Nie są­dzę.

Roz­par­łem się w fo­te­lu, za­mkną­łem oczy i cze­ka­łem, aż ser­ce za­cznie mi nor­mal­nie bić. W koń­cu, gdy war­kot i kle­kot pod­ska­ku­ją­ce­go na wy­bo­istym ob­jeź­dzie sa­mo­cho­du ucichł, bi­cie ser­ca i od­dech wró­ci­ły mi do nor­my.

A więc by­łem na miej­scu – bez­piecz­ny i za ob­jaz­dem.

Mu­sia­łem wziąć się do ro­bo­ty.

Za dru­gim wznie­sie­niem szo­sa scho­dzi­ła ła­god­nie i da­lej, jak okiem się­gnąć, cią­gnę­ła się rów­ni­ną. Ale dwie trze­cie tego pła­skie­go od­cin­ka au­to­stra­dy po pro­stu nie ist­nia­ły. Pię­trzy­ły się tam aż po ho­ry­zont pry­zmy zie­mi oraz kopy żuż­lu i żwi­ru.

Czy nie za­uwa­żą tego w porę i nie za­trzy­ma­ją się? Czy nie za­wró­cą? A może po­ja­dą da­lej, je­śli nie do­strze­gą żad­nych zna­ków ostrze­gaw­czych?

Było już za póź­no na ta­kie spe­ku­la­cje.

Wy­bra­łem te­ren od­le­gły o dwa­dzie­ścia me­trów od miej­sca, gdzie za­czy­nał się pła­ski od­ci­nek dro­gi. Ja­kieś czte­ry­sta me­trów da­lej as­falt się ury­wał. Za­trzy­ma­łem się na po­bo­czu, wy­sko­czy­łem z ka­bi­ny i prze­sze­dłem na tył po­jaz­du. Otwo­rzy­łem drzwi. Uło­ży­łem kil­ka de­sek i po nich wy­nio­słem z auta sprzęt. Chwi­lę od­po­czy­wa­łem, pa­trząc w zim­ne, pu­styn­ne gwiaz­dy.

– Je­ste­śmy, Eli­za­beth – szep­ną­łem do tych gwiazd.

Od­nio­słem wra­że­nie, że ja­kaś zim­na dłoń mu­snę­ła mi kark.

Sprę­żar­ka za­grzmia­ła ni­czym sil­nik ra­kie­to­wy, a huk mło­ta pneu­ma­tycz­ne­go był jesz­cze gor­szy. Ale nic na to nie mo­głem po­ra­dzić. Mo­głem je­dy­nie ży­wić na­dzie­ję, że przed pół­no­cą upo­ram się z pierw­szą czę­ścią za­da­nia. Gdy­by pra­ca się prze­cią­gnę­ła, był­bym w krop­ce, gdyż mia­łem ogra­ni­czo­ny za­pas pa­li­wa do kom­pre­so­ra.

Nie­waż­ne. Po co przej­mo­wać się tym, czy ktoś słu­cha i za­sta­na­wia się, co za idio­ta w środ­ku nocy pra­cu­je mło­tem pneu­ma­tycz­nym. My­śla­łem o Do­la­nie. My­śla­łem o sza­rym se­da­nie De­Vil­le.

My­śla­łem o łuku spa­da­nia.

Naj­pierw za po­mo­cą kre­dy, ta­śmy mier­ni­czej i wy­li­czeń mego zna­jo­me­go ma­te­ma­ty­ka wy­zna­czy­łem za­rys gro­bu. W mro­ku bie­lał na­szki­co­wa­ny z grub­sza pro­sto­kąt o sze­ro­ko­ści oko­ło pół­to­ra me­tra i o dłu­go­ści trzy­na­stu. Bliż­szy mnie ko­niec był nie­co szer­szy. W mro­ku ry­su­nek nie przy­po­mi­nał kształ­tem zwę­ża­ją­ce­go się ko­mi­na, tak jak to było na wy­kre­sie, któ­ry wy­ry­so­wał mój zna­jo­my. Przy­po­mi­nał bar­dziej sze­ro­ki wlot do dłu­giej, pro­stej tcha­wi­cy. A wszyst­ko po to, żeby cię le­piej po­żarł, mój dro­gi – po­my­śla­łem i uśmiech­ną­łem się w ciem­no­ściach.

W po­przek na­szki­co­wa­ne­go kre­dą tego pra­wie pro­sto­ką­ta prze­cią­gną­łem dwa­dzie­ścia li­nii, two­rząc pasy o sze­ro­ko­ści mniej wię­cej sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów każ­dy. Póź­niej wy­ry­so­wa­łem po­je­dyn­czą pio­no­wą kre­chę przez śro­dek, dzię­ki cze­mu po­wsta­ła kra­ta zło­żo­na z czter­dzie­stu fi­gur zbli­żo­nych do kwa­dra­tu. Każ­da z nich mia­ła wy­mia­ry sześć­dzie­siąt na sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów. Seg­ment czter­dzie­sty trze­ci, pierw­szy i nie­prze­kre­ślo­ny roz­sze­rza­ły się ni­czym szu­fla.

Za­ka­sa­łem rę­ka­wy, uru­cho­mi­łem sprę­żar­kę i za­bra­łem się do pierw­sze­go.

Pra­ca po­su­wa­ła się żwa­wiej, niż za­kła­da­łem, ale wol­niej, niż mia­łem na­dzie­ję. Czy tak jest za­wsze? Wszyst­ko na­bie­rze tem­pa, gdy przyj­dzie ko­lej na cięż­ki sprzęt, ale to na­stą­pi póź­niej. Naj­pierw mu­sia­łem ze­rwać na­wierzch­nię szo­sy. Nie skoń­czy­łem do pół­no­cy. Nie skoń­czy­łem na­wet do trze­ciej nad ra­nem, kie­dy wy­czer­pa­ło mi się pa­li­wo. Prze­wi­dzia­łem taką oko­licz­ność i za­bra­łem ze sobą pomp­kę do prze­le­wa­nia ben­zy­ny z baku fur­go­net­ki. Ale kie­dy od­krę­ci­łem na­kręt­kę i w noz­drza ude­rzył mnie za­pach ropy, po pro­stu za­krę­ci­łem bak i po­ło­ży­łem się na pace sa­mo­cho­du.

Do­syć, na dzi­siaj do­syć. Nie mo­głem. Cho­ciaż pra­co­wa­łem w ro­bo­czych rę­ka­wi­cach, na dło­niach po­ro­bi­ły mi się bą­ble; wie­le krwa­wi­ło. Od wi­bra­cji, w któ­re wpra­wiał je młot pneu­ma­tycz­ny, cia­ło dy­go­ta­ło jak w fe­brze, a ra­mio­na drża­ły ni­czym osza­la­ły ka­mer­ton. Bo­la­ła mnie gło­wa, kark mia­łem zdrę­twia­ły i czu­łem, że krę­go­słup wy­peł­nia mi sprosz­ko­wa­ne szkło.

Wy­cią­łem dwa­dzie­ścia osiem kwa­dra­tów.

Dwa­dzie­ścia osiem.

Zo­sta­ło czter­na­ście.

A to prze­cież za­le­d­wie po­czą­tek za­da­nia.

Nig­dy – po­my­śla­łem. – To nie­re­al­ne. Nie dam rady.

I znów do­tyk lo­do­wa­tej dło­ni.

Dasz radę, ko­cha­nie, dasz.

Dzwo­nie­nie w uszach nie­co uci­chło. Co pe­wien czas sły­sza­łem dźwięk sil­ni­ka sa­mo­cho­do­we­go… po chwi­li nik­nął po pra­wej stro­nie, kie­dy po­jazd skrę­cał w ob­jazd i sze­ro­kim łu­kiem omi­jał od­ci­nek au­to­stra­dy, na któ­rym trwa­ły pra­ce.

Ju­tro so­bo­ta… prze­pra­szam, już dziś jest so­bo­ta – po­my­śla­łem.

– Dziś jest so­bo­ta. A Do­lan po­ja­wi się w nie­dzie­lę. Mam nie­wie­le cza­su.

Zga­dza się, ko­cha­nie.

Eks­plo­zja roz­dar­ła Eli­za­beth na strzę­py.

Moja naj­droż­sza ro­ze­rwa­na zo­sta­ła na strzę­py za to, że chcia­ła po­wie­dzieć po­li­cji o tym, cze­go była świad­kiem; zo­sta­ła roz­dar­ta na strzę­py za to, że nie dała się za­stra­szyć, za od­wa­gę. A Do­lan cią­gle jeź­dził po świe­cie swo­im se­da­nem, pi­jał dwu­dzie­sto­let­nią whi­sky, a na ręce lśnił mu ro­lex.

Spró­bu­ję – po­my­śla­łem i za­pa­dłem w ka­mien­ny, po­zba­wio­ny ja­kich­kol­wiek ma­ja­ków sen, któ­ry bar­dziej przy­po­mi­nał śmierć.

Obu­dzi­łem się o ósmej, kie­dy upal­ne słoń­ce za­świe­ci­ło mi w twarz. Usia­dłem i z krzy­kiem przy­ło­ży­łem pul­su­ją­ce bó­lem dło­nie do krzy­ża. Pra­ca? Wy­ciąć po­zo­sta­łe czter­na­ście kwa­dra­tów as­fal­tu? Prze­cież nie by­łem na­wet w sta­nie cho­dzić.

Ale mu­sia­łem. Mu­sia­łem cho­dzić, więc cho­dzi­łem.

Po­ru­sza­jąc się jak gra­ją­cy w shuf­fle­bo­ard sta­rzec, po­czła­pa­łem do szo­fer­ki i ze skryt­ki wy­cią­gną­łem bu­te­lecz­kę z eto­pi­ry­ną, któ­rą za­bra­łem ze sobą na wy­pa­dek ta­kie­go wła­śnie prze­bu­dze­nia.

Czyż­bym na­praw­dę są­dził, że je­stem w for­mie? Czy na­praw­dę tak są­dzi­łem?

Śmiesz­ne, praw­da?

Po­pi­łem wodą czte­ry ta­blet­ki, od­cze­ka­łem kwa­drans, żeby roz­pu­ści­ły się w żo­łąd­ku, a na­stęp­nie z wil­czym ape­ty­tem po­chło­ną­łem śnia­da­nie zło­żo­ne z su­szo­nych owo­ców i obrzy­dli­wych na zim­no pie­roż­ków z mię­sem.

Po­pa­trzy­łem w stro­nę kom­pre­so­ra i mło­ta pneu­ma­tycz­ne­go. Żół­ta bla­sza­na obu­do­wa sprę­żar­ki już te­raz zda­wa­ła się skwier­czeć w pro­mie­niach ostro grze­ją­ce­go, po­ran­ne­go słoń­ca. Po­tem skie­ro­wa­łem wzrok na sta­ran­nie wy­cię­te po­przed­nie­go wie­czo­ru kwa­dra­ty w as­fal­cie.

Wca­le nie chcia­ło mi się tam iść i po­now­nie chwy­tać za młot. Przy­po­mnia­ły mi się sło­wa Bloc­ke­ra: „Nig­dy już, bra­cisz­ku, nie na­bie­rzesz krze­py. Nie­któ­re ro­śli­ny i nie­któ­rzy lu­dzie wy­trzy­mu­ją na słoń­cu. Inni więd­ną i umie­ra­ją… Dla­cze­go wła­zisz w ta­kie gów­no?”.

– Bo ro­ze­rwa­ło ją na strzę­py – za­skrze­cza­łem. – Ja ją ko­cha­łem, a ona zo­sta­ła roz­dar­ta na strzę­py.

Nie była to za­chę­ta w ro­dza­ju okrzy­ku: „Da­waj, sta­ry!” czy „Do­łóż mu!”, nie­mniej skło­ni­ło mnie do dzia­ła­nia. Krztu­sząc się od sma­ku i smro­du pa­li­wa, naj­wyż­szym wy­sił­kiem woli za­trzy­mu­jąc w żo­łąd­ku nie­daw­no zje­dzo­ne śnia­da­nie, prze­pom­po­wa­łem ropę z baku fur­go­net­ki. Bły­snę­ło mi w gło­wie py­ta­nie, co bę­dzie, je­śli przed dłu­gim week­en­dem dro­go­wcy usu­nę­li z ma­szyn pa­li­wo, ale na­tych­miast od­su­ną­łem od sie­bie tę myśl. Nie było sen­su mar­twić się na za­pas tym, na co i tak nie mia­łem wpły­wu. Co­raz bar­dziej czu­łem się jak czło­wiek, któ­ry wy­sko­czył z B-52 z pa­ra­so­lem za­miast spa­do­chro­nu.

Za­nio­słem pe­łen ka­ni­ster do kom­pre­so­ra i na­peł­ni­łem jego bak. Lewą dło­nią mu­sia­łem za­ci­snąć pal­ce pra­wej ręki na lin­ce star­to­wej sprę­żar­ki. Po­cią­gną­łem za sznu­rek, a wte­dy więk­szość pę­che­rzy pę­kła. Urzą­dze­nie już pra­co­wa­ło, gdy spo­strze­głem, że z pra­wej dło­ni ciek­nie mi ropa.

Nie uda się.

Bła­gam, ko­cha­nie.

Się­gną­łem po młot. Uru­cho­mi­łem go.

Naj­gor­sza była pierw­sza go­dzi­na, póź­niej nie­ustan­ny ło­skot i wi­bra­cje w po­łą­cze­niu z eto­pi­ry­ną spra­wi­ły, że cały zdrę­twia­łem – ple­cy, ręce, gło­wa. O je­de­na­stej wy­cią­łem ostat­ni blok as­fal­tu. Na­de­szła chwi­la, kie­dy mia­łem się prze­ko­nać, ile za­pa­mię­ta­łem z nauk Tin­ke­ra na te­mat, jak uru­cha­mia się ma­szy­ny dro­go­we za po­mo­cą krót­kie­go spię­cia.

Na mięk­kich no­gach, za­ta­cza­jąc się, pod­sze­dłem do fur­go­net­ki, po czym po­je­cha­łem nią dwa i pół ki­lo­me­tra da­lej, do miej­sca, gdzie pro­wa­dzo­no pra­ce dro­go­we.