Wydawca: Świat Książki Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 130 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Marysiu, jak myślisz - Manuela Gretkowska

To książka rodzinna, tak jak jest kino familijne. Młodsi wciągną się w przygody Marysi i jej braciszka Maksia wędrujących z mamą  przez czas. Dorosłych rozbawi  inne widzenie świata. Wszyscy będą mieli okazję zapoznać się z wiedzą filozoficzną starożytności i średniowiecza. Idee Platona zrozumieją nawet dzieci bawiące się w piasku.  Cynicy okażą się pierwszymi hippisami,  Marek Aureliusz postacią z "Gladiatora", natomiast Święta Hildegarda z Bingen gwiazdą rocka.  "Jak myślisz Marysiu" gwarantuje dobrą zabawę,

Opinie o ebooku Marysiu, jak myślisz - Manuela Gretkowska

Fragment ebooka Marysiu, jak myślisz - Manuela Gretkowska

Wydawca: DARIA KIELAN
Opracowanie graficzne: MAGDALENA WOSIK
Redaktor prowadzący: KATARZYNA KRAWCZYK
Redakcja: SYLWIA BARTKOWSKA
Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK AGNIESZKA TRZESZKOWSKA-BEREZA
Cytaty z Biblii: „Biblia Tysiąclecia”, Poznań, Wydawnictwo Pallotinum, 2003 Modlitwa przy grobie świętego Tomasza w Tuluzie: http://glosojcapio.pl/index. php?option=com_content&task=view&id=3124&Itemid=95; 6.07.2013
Copyright © by Manuela Gretkowska 2013 Copyright © Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2013
ISBN 978-83-7943-453-4
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Moja mama była modelką. Podczas pokazu mody, gdy w przepięknej sukni i zwariowanej fryzurze szła po wybiegu, olśniło ją: Gdzie ja idę? Do sklepu? Do domu i zawracam? – zastanawiała się. – Co ludzie oklaskują? Suknię słynnego projektanta? Nie chcę być wieszakiem. A jeżeli ludzie oklaskują mnie za to, że jestem piękna? – pomyślała mama. Dla jednych piękne są wampiry, dla innych Królewna Śnieżka. Co jest naprawdę piękne? Nie wiem. Czy umiem tylko gapić się w lustro albo zazdrościć innym dziewczynom urody?

Według mojej mamy, skoro ludzie uważali ją za piękną, powinna wiedzieć, czym jest piękno. Zaczęła czytać o tym książki. Dotąd nie przestała. Została bibliotekarką.

Sięga najwyższej półki, do tego służą jej teraz wysokie obcasy. I jest trochę inna od reszty mam. Sama piecze nam chleb, ale nie ciasta. Uważa, że ciastkowe wypieki są staromodne, no LOL!

Żeby upiec ciasto, trzeba mieć przepis i filozofię życiową. Przepis podaje proporcje: ile jajek, mąki. A filozofia życiowa mówi, czy jest sens piec, babrać się w mące, czy kupić gotowe ciastko w cukierni.

Kupujemy więc ciasta z powodów filozoficznych, najchętniej jabłecznik. Gdyby piekła go moja mama... upiekłaby całą jabłoń. Ona widzi świat całościowo, czyli holistycznie. Wszystko się styka ze wszystkim, holistycznie: pestka z jabłkiem, jabłko z ogonkiem, ogonek z pniem. Nic się nie zmarnuje, niczego nie odrzucamy. Co z tego, że kora jest twarda. Taka jest Natura, twarda i czuła. Na spacerach tulimy się czule do drzew, dziękując im za owoce, drewno, cień i tlen, czyli świeże powietrze. Jak ono powstaje?

To proste. Też możesz być drzewem. Stajesz na ławce w parku. Twoim pniem są związane nogi. Masz rurkę od ust do pięt. Pod tobą jest miska z wodą. Robi się gorąco, chce ci się pić. Z pragnienia popychasz rurkę, aż dosięgnie miski. Tak rosną korzenie. Docierają do wody i rurkami naczyń dają pić całemu drzewu. Ale trzeba też coś jeść. Nie pójdziesz do restauracji na obiad, mając nogi związane w pień. Nie masz też rąk. Natura pomyślała i o tym. Dała ci od razu małe, zielone patelnie o kształcie liści. Co można na nich ugotować? To, co już jest: wodę z deszczu albo z rurki i leżące na patelniach powietrze. Podgrzewa je światło słoneczne. Można użyć światła lampy aparatu fotograficznego. Błysk, trzask jak w zapalniczce, i nie robimy fotki, ale fotosyntezę. Z wody i brudnego powietrza na patelni z liści ogrzewanej światłem powstaje czyste, dotlenione powietrze oraz cukier. Bo za swoją ciężką pracę przy produkowaniu tlenu drzewo musi mieć nagrodę – cukierek.

Cukierki uwielbia nasz pies Ciapek. Prosi o nie, patrząc w oczy, i pomaga sobie machaniem ogonka. Nagania nim naszą litość. Kocham Ciapka od ogonka po nosek, ale cukierki nie są dla psa.

Mój braciszek Maksio też jest kochany w całości, chociaż jest tak mały, że nie wie, gdzie się kończy. Boi się własnej czkawki. Dla niego trzęsie się wtedy ziemia, nie on. Mama mówi o Maksiu „nasz profesor”. Zamiast białego fartucha naukowca nosi białe pieluchy. Jego buzia to laboratorium smaku, a nos węchu. Biedaczek nie wie jeszcze, czym pachnie świat. Wylądował tu niedawno. Raczkuje jak początkujący statek kosmiczny, zbierając z podłogi próbki do analizy. Trzeba uważać, żeby nie połykał niebezpiecznych rzeczy. Małe guziki i klocki mogą go udusić. Maksio o tym jeszcze nie wie.

Nie ma pojęcia o dużo prostszych sprawach. Na przykład, że nie jest psem. Próbuje podnosić nogę do sikania, naśladuje szczekanie Ciapka i liże. Według mądrych książek naszego weterynarza Maksio dorównuje inteligencją Ciapkowi. Psy mają mądrość dwuletnich dzieci. Dlatego Maksio czasem gryzie. Mądre psy nie gryzą. Przynajmniej swoich właścicieli. Maksio należy do mamy i do mnie. Tatuś nie mieszka z nami ani nas nie odwiedza, ale gdzieś jest. Chce mi się płakać, kiedy o tym piszę.

I kiedy myślę o szkole, też. Są fajni nauczyciele, ale niektórzy wrzeszczą. Krzyczą na dzieci: „Ty gówniarzu! Nic nie umiesz, matole!”.

Ciekawe, jak by się czuli, gdyby musieli wkuwać coś trudnego i całkiem nowego. Na przykład musieliby nauczyć się żonglowania, a nauczyciel by wołał: „Ty idioto! Postawię ci 0!” zamiast: „Trudno, zdarza się, piłka upada. Wytłumaczę ci, na pewno się uda, powoli”. Mama mówi, że muszę przebrnąć przez szkołę. Znajdę pracę, w której będą mnie cenić za to, co lubię robić, a nie za to, z czego mam zero albo jedynkę. Na razie do szkoły muszę chodzić.

Kiedy z niej wracam, odpoczywam, przeglądając swoją kolekcję miniatur. Z modeliny lepię maluteńkie owoce, ciasteczka, koraliki. Najcenniejsze zbiory trzymam w drewnianej szafce z szybkami. Maksio chętnie by ją otworzył i wszystko pogryzł. Marudzi, gdy mu na to nie pozwalam. Chciałby też coś zbierać. Ale co? Dwuroczny dzidziuś...

– Maksiu! – Otarłam mu nos. – Nie płacz. Możesz mieć kolekcję smarków. Zobacz! – Przykleiłam do szyby balkonowej cieknący mu z nosa katar. Podpisałam na samoprzylepnych papierkach: „Gil żółty”, obok „Gil zielony”, „Suchy smark ”, „Baba”. Powstała piękna kolekcja.

Zastanawiałam się, czy dodać jeden smark Maksia do naszej kolekcji „Mama i córka”. Od kilku lat robimy specjalne zapasy. Inne mamy wsypują do słoików cukier i owoce, żeby mieć na zimę maliny, śliwkowe konfitury. My robimy konfitury nie z tego, co dobre do zjedzenia, ale z dobrych wspomnień. Latem zbieramy muszle, kamyki, suche kwiaty. Dodajemy nasze wakacyjne zdjęcie, a potem zakręcamy mocno słoik. Oklejamy go taśmą z napisem: „Lato” i rok. Do „Jesieni” wsypujemy zasuszone liście, nieprzymocowane przed odlotem piórka ptaków. Wrzucamy bilety z filmów, na których byłyśmy, albo do muzeów, nasze zdjęcia i szczyptę kurzu. Mama powiedziała, że będziemy otwierać nasze konfitury z czasu za ileś lat, żeby wąchać szczęście pachnące wspomnieniami. Jest nam tak dobrze razem.

Ale tego popołudnia mama nie była wesoła. Przyszła zmęczona z pracy i przyniosła zakupy. Wkładając je do lodówki, wyrzuciła z zamrażalnika auto strażackie Maksia, a misie przesunęła. Lubimy wkładać do zamrażarki zabawki. Polewamy je wodą i czekamy, aż się oblodzą. To nasza zabawa w mrożonki. Czasem o nich zapominamy. Przymarzają wtedy do lodówki i wyglądają jak kosmonauci. Widziałam taki film o wyprawie na inną planetę. Ludzie mieli łóżka z lodu i szron na twarzach. Gdy ktoś wypadł z rakiety, też natychmiast zamarzał.

Mama włożyła do lodówki zakupy na cały tydzień. Usiadła ze mną przy kuchennym stole.

– Marysiu – powiedziała – jesteś już duża, masz jedenaście lat.

To prawda, wyrastam z sukienek i butów. Niedługo wyrosnę ze swojego imienia. Będę wtedy nazywać się doroślej. Na przykład Anastazja albo Marilyn Monroe. Ale zawsze będę lubić zabawę w mrożonki.

Był już wieczór, mama, mówiąc, zapaliła lampę. Zauważyłam długi, jasny włos. Wypadł jej z koka, leżał na ramieniu. Boję się wypadniętych włosów mamy. A co, jeżeli to są nitki, jak ze swetra? Pociągnąć za jedną i spruje się cała mama? Zostalibyśmy wtedy sami: Maksio, Ciapek, ja. Oczywiście to niemożliwe. Tak myślałam w przedszkolu... Ale, kto wie, co jest możliwe?

– Marysiu, nie płacz. Nie zdarzyło się nic strasznego. – Mama nie wiedziała, dlaczego płyną mi łzy. – Ze wszystkiego jest wyjście. Chciałam ci powiedzieć, że zamykają moją bibliotekę. Nie będę mieć przez jakiś czas pracy, ale...

– Ale znajdziesz inną.

– Jest coraz mniej bibliotek. Więcej e-booków i książek w internecie. Będziemy musieli się przenieść.

– Przeprowadzić? Daleko?

Mina mamy wskazywała, że daleko, może nawet do innego miasta. Będę nowa w nowej szkole.

– Przynieś mapę, córeczko.

– Polski?

– Obojętne.

Pojedziemy za granicę?! Może tak daleko, że nie ma tam szkół? Według mamy zawsze trzeba mieć nadzieję. Biblioteka w dżungli ma sens. Na szkołę za gorąco. Leżysz cały dzień w hamaku i czytasz. Banany same spadają z drzew. Mleko płynie z kokosów. Czego chcieć więcej? Matematyk by się do mnie nie przedarł przez dżunglę. Zjadłby go wąż o długości ośmiu metrów, co daje osiemset centymetrów lekcji podzielonych na równe, strawne odcinki. Jeżeli matematyk podróżowałby z punktu A do punktu B węża... Wiem, jestem okropna, maluję paznokcie na czarno.

Wyciągnęłam gruby atlas wysoko z półki. Niższe są w zasięgu łapek Maksia. Do mamy zadzwoniła ciocia Wanda. Jest ważną osobą w sejmie. Rządzi Polską, chociaż na studiach uczyła się tylko o dawnej, starożytnej Grecji i o Rzymie. Widocznie z Polski jest lepsza.

Mama nie lubi trzymać komórki przy uchu. Woli rozmawiać przez głośnik, słyszę więc jej rozmowę z ciocią Wandą.

– Znajdziesz tam pracę i dzieci nauczą się czegoś nowego. – Zna dłużej mamę niż ja, ale chyba nie lepiej ode mnie. Mogę zgadnąć, co mama odpowie:

– Wanda, nie narzekam.

Wiedziałam. Ona nigdy nie narzeka. Ciocia Wanda za to lubi opowiadać o historii.

– Mieszkaniec starożytnego Rzymu dostawał od senatu truciznę za darmo, jeśli w liście dobrze uzasadnił powód swojego samobójstwa.

Mama popatrzyła zdziwiona na telefon. Powiedziała bardzo powoli, wyraźnie:

– Wanda, złożyłam podanie o wyjazd, nie o samobójstwo, i to wczoraj, nie dwa tysiące lat temu, w starożytności.

– Nie zrozum mnie źle... Rząd, to znaczy senat, sejm powinny dbać o ludzi, o ich życie, a nie skazywać na ciężki los. Złożyłaś podanie o pracę i dostałaś niezbyt bezpieczne miejsce. Na pewno będziecie w Rzymie. Zadzwoń po powrocie.

Jedziemy jednak za granicę! Przydźwigałam atlas. Otworzyłam na mapie Europy.

– Mamo, pojedziemy tam? – Pokazałam palcem drogę z Warszawy w Polsce do Rzymu we Włoszech.

Mama nawet nie spojrzała na atlas.

– Wejdziesz do środka? – Otworzyła szafę.

– Po co? – Znam jej pomysły. – Coś dla mnie schowałaś? Żeby Maksio nie widział? – zgadywałam.

Natychmiast wcisnęłam się do szafy, pod półki. Ciemno i niczego nie znalazłam w kieszeniach płaszczy.

– Możesz podskoczyć, Marysiu?

– Nie.

– Skoczyć w dół?

– Mamo, no coś ty, pode mną jest podłoga.

– Pobiec w tył albo do przodu?

– Nawet rąk nie mogę rozłożyć.

– Dlaczego?

– Bo nie ma miejsca.

– Dokładnie tak. Wychodź.

– A niespodzianka? A prezent? – Zatrzymałam się w drzwiach szafy.

– Tu jest prezent, wychodź.

Rozejrzałam się po pokoju.

– Nic ci nie przeszkadza, wszędzie jest co? – zapytała mama.

– Miejsce. Ale gdzie prezent?

– Miejsce wokół nazywamy przestrzenią, córeczko. Przyzwyczaiłaś się do przestrzeni. Czy to nie wspaniały prezent – przestrzeń? Możemy się nią cieszyć, skakać, klaskać i jest miejsce! Żadnych półek nad głową, ścian. Wyciągnij rękę, w górę, w dół, w bok. Jesteś królową przestrzeni. Ile jest królowych?

– Królowa jest tylko jedna – dumnie odpowiedziałam, ukrywając rozczarowanie brakiem prezentu.

– Zawsze jedna. I sama siedzi na tronie. Na tym krześle też może siedzieć tylko jedna osoba. Chyba że wstanie i ustąpi komuś starszemu, bardziej zmęczonemu. Ale na to potrzeba czasu, chociażby sekundy.

– Mamo, więc czas jest uprzejmością. Żeby ustąpić komuś miejsca?

– Tak, czas jest formą grzeczności przestrzeni. Gdyby go nie było... – Mama otworzyła lodówkę.

Z zamrażalnika wyjęła misie. Maksio wpakował je tam po kąpieli. Zamieniły się w misiowe lody.

– Da się ruszyć łapką misia albo jego głową? – zapytała.

– Nie, zmarznięte na kość, ogonową. – Spod lodu wystawały ogonki.

– Gdyby nie było czasu, przestrzeń byłaby jak zamarznięta. Nie dałoby się w niej nic zmienić. Podnieść łapki misia, chociaż byłoby miejsce. Każdy ruch wymaga czasu, nawet najszybszy. Bez czasu żylibyśmy w świecie, gdzie nic by się nie zmieniało, jeden miś nie mógłby przytulić drugiego. Nie dlatego, że brakowałoby na to czasu, ale dlatego, że nie byłoby go w ogóle. Zamarzłby wokół każdej rzeczy, wszystko połączyłoby się lodem – tą samą chwilą. I trwało, trwało, nie mogąc się poruszyć.

– Mamo, czy my pojedziemy na Antarktydę albo Grenlandię, do niedźwiedzi polarnych?

– Zobacz mapę. – Mama postawiła oszronionego misia przy atlasie. – Tu nie ma dla mnie pracy. – Pokazała Polskę. – Ani pod ziemią w kopalni soli – znalazła Wieliczkę – ani na szczycie Gór Świętokrzyskich. Tu, w bok, też nie. – Przewróciła strony z Australią, Ameryką i Azją. – Nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie znalazłabym pracę. Dlatego przeniesiemy się do przeszłości. Tam są wolne miejsca, może w największej bibliotece świata. Cofniemy się o dwa tysiące lat.