Maryla z Zielonego Wzgórza - Sarah McCoy - ebook + książka

Maryla z Zielonego Wzgórza ebook

Sarah McCoy

4,2

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Niezwykła, płynąca prosto z serca powieść dla miłośniczek serii Ania z Zielonego Wzgórza oraz mistrzowskiego pióra Sarah McCoy. Kreśli obraz codziennego życia mieszkańców Wyspy Świętego Edwarda w okresie, zanim przybyła tam Ania.

Każdy z nas na pewno pamięta Anię z Zielonego Wzgórza i jej przygody od momentu, kiedy w roku 1876 przybyła na farmę rodzeństwa Maryli i Mateusza Cuthbertów. Niejednemu z Was, drodzy Czytelnicy, przemknęły przez myśl pytania, dlaczego właściwie Maryla i jej brat pozostali samotni do końca życia? Co zaważyło na podjęciu takiej, a nie innej decyzji? Czy spowodował to splot niesprzyjających okoliczności, czy ich własne wybory? Dlaczego jako starsi ludzie wciąż mieszkali razem i wspólnie prowadzili gospodarstwo?

“Pozycja obowiązkowa dla miłośniczej Ani z Zielonego Wzgórza oraz powieści historycznych.”

POPSUGAR, Best New Books of Fall 2018

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału MARILLA OF GREEN GABLES

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyIwona Denkiewicz

RedakcjaMaria Wirchanowska

KorektaJadwiga Piller Irena Kulczycka

Copyright © 2018 by Sarah McCoy All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Hanna Kulczycka-Tonderska 2020

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9554-0

Skład wersji elektronicznej

Mojejmatce, doktor Eleane Norat McCoy za to, że zawsze stałau mego boku podczas podróży, od początku do końca, od ziarnka jabłka do owocu.

Wiosna po prostu unosiła się w powietrzu, a Maryla, oddychając nią, czuła się jakby lżejsza i radośniejsza, można by powiedzieć, wbrew swemu wiekowi i zdroworozsądkowemu usposobieniu.

Tkliwym spojrzeniem ogarniała rodzinny dom kryjący się w gęstwinie drzew i rozsiewający refleksy promieni słonecznych odbitych w szybach okien.[1]

Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza, rozdz. XXVII

1 W przekładzie Agnieszki Kuc, Wydawnictwo Literackie, 2018.

Prolog

1876

To był deszczowy, przejmująco zimny maj, który wydawał się porą bardziej zimową niż wiosenną. Jabłonie, wiśnie i śliwy były o wiele mniej strojne niż zwykle. Ich kwiaty obsypywały jak konfetti dwuspadowy dach i zsuwały się na brzegi okapów zupełnie niezauważalnie dla mieszkańców Zielonego Wzgórza. Maryla i Mateusz jak zawsze pracowali jedno u boku drugiego, jak dwa konie w zaprzęgu ciągnące pług ile sił. Wspólne systematyczne działanie niosło ich niezmiennie ku przyszłości. Codzienne prace na farmie należało wykonać, oderwany guzik należało przyszyć, partię zaczynu na chleb należało rozrobić i przygotować ciasto do pieczenia: dzień był wypełniony po brzegi. Jutro przychodziło niepostrzeżenie, co jak zawsze dawało się przewidzieć. Nie trzeba się było martwić na zapas, dopóki nie stanęło się z nim twarzą w twarz.

Tego dnia ta twarz okazała się pyskiem rudego lisa.

– Musiał biedak szukać schronienia przed deszczem – stwierdził dobrodusznie Mateusz.

Maryla tylko fuknęła z irytacją i zaczęła nakładać na ranę na czole brata papkę z liści oczaru. Skrzywił się, kiedy zaczęło szczypać. Mateusz był zbyt pobłażliwy. Ten lis na pewno nie szukał miejsca na drzemkę. Miał zamiar zapolować na jej kurczaki i jak nic pożarłby je żywcem z piórami i łapami, gdyby Mateusz mu nie przeszkodził. Tak też przedstawiła to bratu.

– A do naszego kurnika w zeszłym miesiącu wkradła się kuna – dodał na potwierdzenie morderczych instynktów drapieżnika stary doktor Spencer. – Wydusiła co do jednej wszystkie nioski.

– Wystraszyłem nasze krówki – pojękiwał Mateusz.

Leżał teraz w łóżku. Maryla znalazła go na klepisku obory, gdzie upadł bez przytomności. Krowy kręciły się nerwowo wokół niego jak stadko rozemocjonowanych staruszek przed kościołem.

– Na śmierć mnie przeraził, oj, oj... – mruczała Maryla.

Musiała zostawić brata leżącego na ziemi, by pobiec co sił w nogach do domu państwa Linde i prosić Tomasza, by pojechał do miasteczka po doktora Spencera. To było jedyne wyjście. Nieomal godzinę zajęło zorganizowanie pomocy. W młodości Maryla poruszała się zwinnie i żwawo, lecz teraz to się zmieniło. Kiedy w końcu wróciła, Mateusz szedł, słaniając się, przy ścianie obory. Z krwawiącą głową, ale mimo wszystko żywy. Co by to było, gdyby skończyło się inaczej? Szybkość działania jest najważniejsza, gdy w grę wchodzi życie lub śmierć. Tego nauczyło Marylę doświadczenie aż nadto dobrze.

– Uderzyłem głową o belkę – tłumaczył się Mateusz. – Każdemu może się przytrafić.

– Każdemu, każdemu... – burczała Maryla, płucząc przesiąkniętą krwią ściereczkę w misce z zimną wodą – ale musiało się przytrafić akurat tobie.

Rana zakrzepła w szkarłatną pręgę przecinającą brew Mateusza.

– Złamań nie ma, rana jest jednak poważna. – Doktor Spencer przechylił się nad Marylą i rozwarł szeroko powieki oka Mateusza. – Nie widzę żadnych nieprawidłowości w reakcji źrenic. Jesteś tylko poobijany i potrzebujesz wypoczynku.

Maryla wstała, żeby wylać brudną wodę z miski. Głosy mężczyzn niosły się za nią korytarzem aż do kuchni.

– Nie jesteś już taki młody i sprawny jak kiedyś, Mateuszu. Z sześćdziesiątką na karku trudno ci będzie prowadzić gospodarkę samemu. Mówię ci to jako przyjaciel, który zna cię od lat. Uwierz mi. Teraz może być tylko gorzej. Myślałeś może kiedyś o najęciu parobka na stałe, z zamieszkaniem?

Nastała długa cisza. Maryla przestała pluskać wodą, żeby lepiej słyszeć.

– Nie mógłby tu mieszkać inny mężczyzna – stwierdził w końcu Mateusz. – Nie z moją niezamężną siostrą pod jednym dachem. Tak nie przystoi.

– Masz rację, dorosły mężczyzna nie, ale może chłopak do pomocy na farmie? W Nowej Szkocji pełno jest sierot gotowych pracować za utrzymanie. Moja synowa wybiera się w przyszłym tygodniu, żeby przywieźć takiego chłopca dla siebie. Mogłaby przywieźć i dwóch.

– Muszę najpierw porozmawiać z siostrą.

W Maryli zapłonęła na nowo dawno pogrzebana nadzieja, skryta tak głęboko, że sama już nieomal o niej zapomniała, przekonana, że był to tylko sen. Dwaj mali chłopcy, śmiejący się do siebie podczas gry w szachy... Choinka przystrojona czerwonymi jagodami ostrokrzewu... Rękawiczki z jednym palcem przy kominku... Kakao i drobne pierniczki... Uśmiech prawdziwej miłości... Czerwona wyspa Abegweit... Kamyki rzucane na szczęście i Izzy – kochana ciocia Izzy.

Na samo wspomnienie Maryla poczuła łzy pod powiekami. Szybko osuszyła oczy i skończyła płukać miskę.

– Nic mu nie będzie, Marylo – zapewnił ją doktor Spencer, który właśnie wyszedł z pokoju Mateusza.

– Bogu dzięki, że nie skończyło się gorzej, tak jak pan mówił, doktorze.

– Niech na razie nie wstaje. – Doktor pokiwał głową w zadumie. – Jak się porządnie wyśpi, powinien dojść do siebie.

Maryla podała doktorowi Spencerowi ciasto anielskie na białkach, które upiekła z samego rana, oraz jedną z ostatnich butelek zeszłorocznej partii wina z czerwonych porzeczek. Ich nowy pastor potępił podczas niedzielnego nabożeństwa domowy wyrób napojów alkoholowych. Wszyscy obecni w kościele przyjęli to z entuzjazmem, a Maryla pomyślała ironicznie, czy równie ochoczo potępiliby Jezusa zamieniającego wodę w wino. Może i tak, biorąc pod uwagę temperament Małgorzaty, którą ostatnio wprost roznosiła energia. Maryla przestała więc robić wino, lecz doktor Spencer zbyt często u nich bywał, a jako wielki amator specjału Maryli nie poddawał się coraz mocniej propagowanej wstrzemięźliwości od alkoholu. Już jako młody lekarz odbierał porody jej matki, przez ostatnie czterdzieści lat opiekował się Cuthbertami przy każdym urazie i każdym zaziębieniu. Domowe wino było jego ulubionym trunkiem. Zresztą tylko tak Maryla mogła mu zapłacić za wizytę.

Z ulgą pożegnała doktora i wreszcie mogła spokojnie porozmawiać z Mateuszem.

– Usłyszałam niechcący, co mówił doktor Spencer.

W pierwszej chwili jej brat zrobił zdziwioną minę, lecz szybko odgadł, co miała na myśli.

– Ano tak. I co o tym sądzisz?

– Doktor jest mądrym człowiekiem i dobrym przyjacielem. – Maryla założyła ręce na piersi, manifestując nieugiętość w tej kwestii. – Chłopak byłby dla nas wielką wyręką. Nie musiałabym się wciąż martwić, że pracujesz sam gdzieś na farmie. Powinniśmy wziąć kogoś do pomocy w codziennych obowiązkach, kogoś do wykonywania różnych poleceń. Może i do odstraszania lisów, jeśli znów zajdzie taka potrzeba.

Mateusz odetchnął głęboko.

– Miałem nadzieję, że to właśnie powiesz. – Uśmiechnął się blado. – Zbyt wiele czasu upłynęło, odkąd...

– Upiekę ptysie mamy – przerwała mu siostra. – Te z kremem maślanym i odrobiną powideł.

Ciasteczka takie od zawsze przygotowywano u Cuthbertów na powitanie gości. Wypowiedziane przed laty życzenie miało się wreszcie spełnić.

Część pierwsza

I   Przyjeżdża gość

Luty 1837

Podczas gwałtownych śnieżyc i słońce, i księżyc dawały tyle samo światła. Rzucały na ziemię podobne cienie o miękkich krawędziach jak kule dmuchawców w lekkiej bryzie od morza. Maryla spostrzegła to podobieństwo, kiedy zobaczyła sanie ojca sunące w stronę domu zaśnieżonym gościńcem. Wprawdzie w Almanachu farmera przepowiadano lekką zimę, lecz był już koniec lutego, a zaspy wzdłuż traktów wciąż rosły, przyprawiając trzynastoletnią Marylę o poważny niepokój, czy wiosna kiedykolwiek powróci. Trudno było sobie wyobrazić zielony, pełen życia sad jabłoniowy, śpiący teraz pod grubą warstwą śnieżnej bieli w szarawych półcieniach.

Maryla wyglądała właśnie przez okno nowej bawialni. Największy pokój w domu służył poprzednio za sypialnię dla wszystkich czworga Cuthbertów: Maryli, jej matki Klary, ojca Hugona i starszego brata Mateusza, a także białego kota z jedną czarną pręgą o imieniu Szelma. Klara znalazła go kiedyś w parcianym worku na brzegu potoku, który płynął zakolami przez las za ich budynkiem gospodarczym. Ktoś próbował się pozbyć biednego maleństwa. Maryla na zmianę z mamą karmiły znajdę ciepłym mlekiem i świeżymi sardynkami, aż jego futro zaczęło lśnić jak lód w słońcu. Pozostał nieufny wobec obcych, lecz było to całkiem zrozumiałe po tym, co przeszedł.

Zanim nadeszły śnieżyce, ojciec Maryli zdążył skończyć ostatnią rozbudowę ich domu: nadbudował dwuspadowy dach. Pod skośnymi połaciami znalazły miejsce sypialnie i pokoje dla najemnych pracowników, choć jak do tej pory nikogo takiego nie zatrudniali. Odkąd Maryla sięgała pamięcią, jedyną osobą, która pomagała ojcu w gospodarstwie, był jej obecnie dwudziestojednoletni brat. Ponieważ farma składała się z jednego budynku gospodarczego, mieszczącego stodołę z oborą, stajnią i kurnikiem, oraz jednoizbowej chaty, otoczonych polem, większość farmerów z okolicy Avonlea mówiła o tym miejscu po prostu: „hen tam, u Cuthbertów”. Wszystko to miało się zmienić z nadejściem wiosny, kiedy mieszkańcy okolicy zobaczą pięknie wykończony dom z mieszkalnym poddaszem wznoszący się na wzgórzu – jeśli będą mieli chęć go obejrzeć.

Hugon, ku utrapieniu żony, wybrał miejsce na dom prawie pół kilometra od głównego traktu prowadzącego do Avonlea.

Żebyśmy mieli dość czasu na zaryglowanie drzwi, kiedy zobaczymy na drodze kogoś z klanu Pye’ów, zbliżającego się z zamiarem odwiedzin – zażartował kiedyś ojciec. Wywołało to wybuch śmiechu u Mateusza, który wstydził się nawet uśmiechać szerzej z powodu krzywych zębów.

Maryla któregoś razu podsłuchała w kościele rozmowę szacownych parafianek: jedna z nich określiła Pye’ów jako ludzi „o szczęśliwie przykrym usposobieniu”. Sama nigdy nie zdążyła zobaczyć nic więcej ponad rozwiane na wietrze poły płaszcza starej wdowy Pye, rozpostarte jak skrzydła wrony. Mogła tylko snuć jak najgorsze podejrzenia.

– A co zrobię, jeśli będę musiała pożyczyć szpulkę nici albo słoik powideł? – zamartwiała się Klara. – Taki kawał do przejścia, żeby spotkać się z sąsiadką.

– Ano w takim razie lepiej mieć zawsze wszystkiego na zapas.

Hugon, chorobliwie nieśmiały, zachowywał surowe religijne obyczaje. Dom stanowił dla niego prywatne sanktuarium. W bawialni na stole zawsze leżała Biblia i co wieczór czytał jeden wers na głos całej rodzinie, po czym Klara przynosiła mu herbatę i porcję whiskey. Do kościoła chadzał niechętnie, ale nie z powodu długich kazań, które nawet mu się podobały, lecz z powodu parafian, którzy po nabożeństwie gromadzili się przed kościołem, uniemożliwiając mu błyskawiczne dotarcie do bryczki. Mateusz odziedziczył usposobienie ojca i obaj stali się nierozłącznymi wspólnikami wyspecjalizowanymi w znikaniu z nabożeństwa przed jego końcem. Zwykle po ostatnim błogosławieństwie pastora wszyscy parafianie spędzali godzinkę na towarzyskich pogaduszkach. Dla Klary były to ulubione chwile niedzieli. Maryla uwielbiała stać u boku matki, w milczeniu przysłuchując się kobietom plotkującym o wydarzeniach tygodnia. Było to nieomal tak samo pasjonujące jak czytanie historyjek w pisemku Godeya Opowiastki dla pań, które podarował jej pan Blair, właściciel magazynu towarów różnych w miasteczku, ukrytym teraz bezpiecznie pod materacem łóżka Maryli. Rodzice uważali, że nie należy marnować czasu na bezwartościowe rozrywki, a czytanie w ich mniemaniu właśnie nią było. Jeśli nawet zdarzało się Maryli mieć wolną chwilkę, Klara zaraz napominała ją, że powinna zacząć dziergać na drutach kolejną parę rękawiczek z jednym palcem – tych nigdy za wiele – albo przysiąść nad kolejną wełnianą trójkątną chustą, które ich klasa ze szkółki niedzielnej wysyłała co roku dla sierot do Nowej Szkocji. „Aby pocieszone były serca ich, będąc spojone miłością”[2] – cytowała Klara, a Maryli nie wypadało przecież postępować wbrew temu, co głosiło Pismo Święte.

Czasami jednak zdarzało się Maryli nie mieć ochoty ani na robótki u boku matki, ani na zajęcia z bratem w ogrodzie graniczącym z pastwiskiem. Czasami, choć wiedziała, jak bardzo to jest grzeszne, miała przemożną chęć spędzić dzień na beztroskim leniuchowaniu gdzieś poza domem w taki sposób, jaki najbardziej ją w danym momencie pociągał. Kiedy udawało jej się skraść wolną chwilę, ginęła w balsamicznych lasach wraz z opowiadaniami Godeya. Szła z biegiem potoku aż do miejsca, gdzie spadał kaskadami i rozlewał się w małą sadzawkę rozdzieloną na pół pniem klonu, który jakimś cudem wyrósł w samym środku strumienia. Siadała na swojej małej wysepce otoczona pluskaniem wody, dopóki słońce nie skryło się za koronami drzew. Wtedy wracała do domu, zawsze zbierając po drodze do koszyka liście szczawiu na zupę.

Bardzo trudno znaleźć ładne listki – tłumaczyła się matce po powrocie, co zresztą było prawdą, bo dzikie króliki wyjadły wszystkie szczawiowe kępy z ich pól.

Teraz, na samą myśl o świeżym, nieco cytrynowym smaku rośliny, aż ślinka napłynęła jej do ust. Od tygodni jedli tylko rzepę, zgromadzoną na zimę w piwnicy, z warzywami konserwowanymi w occie.

Ciemne chmury znów skłębiły się nisko nad ziemią, przez co środek dnia bardziej przypominał noc. Koń ciągnący sanie Hugona, Eryk, z trudem brnął pod wiatr przez śnieżne zaspy.

– Mamo! – zawołała Maryla. – Ojciec już z nią jedzie! Widzę ich na drodze!

Klara była w kuchni. Piekła ptysie na powitanie gościa. Kiedy usłyszała, że zaraz będą, otarła mąkę z podbródka i podjęła próbę zdjęcia fartucha, opinającego wydatny ciążowy brzuch.

– Sama nie wiem, jak w ogóle udało mi się go zawiązać – mruczała pod nosem, przeginając się z trudem to na lewo, to na prawo i usiłując złapać za koniec któregoś troczka. – W końcu się poddała. – Marylko! – zawołała. – Przyjdź no tutaj i pomóż mi rozwiązać fartuch.

Klara oparła się ciężko o framugę okna. Chłód ciągnący przez szpary przyniósł ulgę. Z wysiłku na jej czoło wystąpiły drobniutkie kropelki potu. Doktor Spencer wciąż przestrzegał, żeby na siebie uważała. Zanim urodziła Marylkę, dwa razy poroniła, a po niej jeszcze raz. Dzieci, które przyszły martwe na świat, były tak maleńkie, że prawie niewidoczne w trumienkach wypełnionych wiosennymi kwiatami. Wielebny Patterson powiadał, że Bóg dostrzega każde serduszko, nawet to, którego jeszcze nie widać, więc stawiali kolejne pamiątkowe krzyże za budynkiem gospodarczym na małym zadrzewionym pagórku, z którego w prześwicie widać było morze. Doktor Spencer był zdecydowanym zwolennikiem nowoczesnej medycyny. Doradzał Klarze, by słuchała swego ciała. Mówił, że być może mogło donosić tylko dwie ciąże, dać jej dwoje dzieci, które i tak stały się dla niej wielkim błogosławieństwem, bo doktor znał kobiety, którym Bóg nie dał ani jednego potomka. Klara jednakże dobrze pamiętała czasy, gdy spotykali się z Hugonem przed ślubem i gdy narzeczony wciąż jej powtarzał, że chciałby mieć przynajmniej tylu synów co biblijny Abraham, by mogli razem z nim pracować na farmie. Byli wtedy młodzi i naiwni, lecz marzenia wytrzymały próbę czasu. Klara czuła ogromne rozczarowanie, że w tak niewielkim stopniu udało jej się je spełnić. Hugon nigdy nie wspomniał o tym nawet słowem, ponieważ z natury był człowiekiem małomównym.

Maryla w mgnieniu oka znalazła się za plecami matki, rozwiązała kokardkę, pomogła zdjąć fartuch, złożyła go starannie i odniosła na miejsce.

W całym domu rozniósł się zapach przyrumieniającego się zbyt mocno masła. Ptysie za chwilę mogły się nie nadawać do jedzenia. Klara otworzyła usta, żeby to powiedzieć, a Marylka już była przy piecu i wyciągała z niego rozgrzaną blaszaną formę ze zręcznością dorosłej kobiety. Na ten widok Klara dotknęła brzucha. Jak szybko te dzieci rosną!

– Czy mam napełnić ptysie powidłami śliwkowymi czy może konfiturą z rajskich jabłek? – spytała Maryla.

Miała dzisiaj po raz pierwszy zobaczyć swoją ciocię Elizabeth – Izzy, jak nazywała ją matka, a przynajmniej miał to być pierwszy raz, odkąd sięgała pamięcią. Izzy przeprowadziła się do Górnej Kanady, kiedy Marylka miała cztery lata, i od tamtej pory nie była na Wyspie Świętego Edwarda. Dziewczynka spytała kiedyś matkę dlaczego, a Klara wzruszyła ramionami i stwierdziła: Każdego zbyt zajmuje życie codzienne, jak sądzę. Powód równie dobry jak każdy.

Jednakże teraz, gdy kolejne dziecko było w drodze, Izzy miała pomóc siostrze przed porodem i po nim. Tak samo postąpiła przy narodzinach Mateusza i Maryli.

– Tylko krem z masła utartego z cukrem – odrzekła Klara. – Twoja ciotka przepada za prostymi wypiekami, za to wykonanymi perfekcyjnie.

Maryla się nachmurzyła. Co to za ptyś bez jakiegokolwiek owocowego nadzienia? Pusty ptyś! Na wykrochmalonej serwetce obok miseczek z przetworami postawiła garnuszek z kremem. Była niezmiernie podekscytowana nadchodzącym spotkaniem z ciotką, lecz nie opuszczało jej również zdenerwowanie. Krewna, nie krewna – Izzy była przede wszystkim gościem i kimś, kogo Maryla zupełnie nie znała.

– Czy dzieci i mąż cioci nie mają nic przeciwko temu, że tak długo będzie poza domem? – spytała Maryla.

Cuthbertowie nie mówili ze sobą zbyt wiele na temat przybywającego właśnie gościa. Hugon i Klara byli z nią bardzo zżyci, a Mateusz dorastał razem z ciotką aż do jej wyjazdu do Górnej Kanady. Wydawało się im więc, że po prostu nie ma o czym rozmawiać. Każdy z nich wiedział tyle, ile wiedzieć powinien – oprócz Maryli.

– Ona nie ma ani męża, ani dzieci. Zapomniałaś o tym, kochanie?

Racja! Matka kiedyś o tym wspominała, a jednak dziewczynie trudno było sobie wyobrazić dorosłą kobietę, która byłaby samotna. W całym Avonlea nie było żadnej kobiety w wieku matki, która nie miałaby męża czy dzieci. Nawet wdowy miały dzieci, a te bezdzietne też były zamężne. Fakt, że ciotka nie miała ani męża, ani dzieci, budził w Maryli podejrzenie, że Izzy musi być w jakiś sposób upośledzona.

– Siostra szyje suknie dla pań. Jej pracownia cieszy się dużym powodzeniem w St. Catharines. – Klara pociągnęła za koniec kołnierza z kraciastej bawełny, opadającego nieco krzywo na jej ramiona. – Może pomogłaby nam uszyć nowe dla nas na wiosnę?

Umiejętności Klary w operowaniu igłą pozostawiały wiele do życzenia, Maryla jednak nigdy nie wypominała tego matce. Brała w milczeniu uszyte przez nią ubrania i sama wyrównywała brzegi spódnic, obszywała powtórnie dziurki guzików i przewiązywała się w pasie szerokimi szarfami, żeby lepiej dopasować sukienki w talii. Stosunkowo łatwe poprawki, niewymagające wiele wysiłku zamiast ranienia uczuć matki.

Maryla wyobrażała sobie, że gdyby zrobić porównanie do życia w naturze, jej matka byłaby ślicznym, powabnym motylem, radośnie fruwającym nad łąkami, przenoszącym się z kwiatka na kwiatek, lecz nawet najmniejsza ludzka dłoń byłaby w stanie rozetrzeć ją na pył. Siebie widziała jako długą, cienką gąsienicę znajdującą się w ciągłym ruchu. Ojciec i Mateusz byliby jabłoniami, stale dostarczającymi pożywienia, w milczeniu znoszącymi ciężary każdego kolejnego sezonu zbiorów. W takich snach na jawie Maryla pogrążała się coraz częściej.

Jej nauczyciel, pan Murdock, twierdził, że brak umiaru w wymyślaniu niestworzonych historii jest gorszący. Potem jednak dziewczyna podsłuchała przypadkiem, jak ojciec mówił matce, że pan Murdock skończył jakąś ważną uczelnię w Yorku, stolicy Górnej Kanady, i uważał wszystkich w Avonlea za gorszych od siebie. Ojciec był tak małomówny, że kiedy coś powiedział, Maryla dobrze to zapamiętywała. Po tym, co usłyszała, już nigdy nie przyjmowała słów nauczyciela bezkrytycznie. Nigdy nie wierzyła w jego dwa plus dwa równa się cztery, dopóki nie sprawdziła tego sama.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi prowadzące z kuchni na zadaszony taras na tyłach domu. Do środka wpadł kłąb śniegu, zderzył się z gorącym powietrzem i opadł na podłogę kroplami wody.

– Już jadą! – zawołał Mateusz, który akurat wszedł z pełnym naręczem drewna. Tupnął kilka razy, żeby otrzepać śnieg z butów. – Pomyślałem, że najpierw dorzucę do ognia, zanim zaprowadzę Eryka do stajni. Ale mróz dzisiaj!

– Dziękuję ci, synu. – Klara rozprostowała plecy i przycisnęła dłoń do boku brzucha.

– Znowu te bóle? – spytała Maryla.

Choć matka zachowała spokój, córka dostrzegła jej przyćmione spojrzenie.

– Drobne ukłucie. To z zimna. Sądzę, że dziecko tego nie lubi.

Maryla szybko zamknęła i zaryglowała drzwi, a potem poruszyła pogrzebaczem żarzące się pod płytą kuchenną węgle, aż buchnęły jasnym płomieniem. Zaparzy czarną herbatę. Będzie doskonale pasować do „bezkonfiturowych” ciastek. Wprawdzie dopiero pół godziny temu minęło południe, lecz w taki dzień jak ten herbatę można wypić o dowolnej porze. Po wpadającym przez okna świetle trudno było poznać, która godzina.

– Usiądź przy kominku w bawialni – zaproponowała matce. – Ja przygotuję herbatę. – A potem zastanowiła się na głos: – Ciekawe, czy ciocia Izzy nie będzie miała nic przeciwko herbacie.

Pan Murdock mówił im, że niektórzy mieszkańcy Dolnej Kanady, osiedleni w pobliżu granicy ze Stanami, całkowicie zarzucili obyczaj siadania do popołudniowej herbaty po wydarzeniach bostońskiej „herbatki”[3] w Ameryce. Trzysta czterdzieści dwie skrzynie z liśćmi herbaty wyrzucono do basenu portowego. Trzy setki, cztery dziesiątki i dwie sztuki. Maryla miała dobrą pamięć do liczb i zawsze tworzyła sobie w głowie pewne skojarzenia. Herbata ma trzy sylaby: trójka. Skrzynia – cztery rogi: czwórka. Przy jednej skrzyni dwie osoby wrzucające ją do wody – jak herbatka dla dwojga – dwójka. Tego typu wyobrażenia pomogły jej zapamiętać liczbę trzysta czterdzieści dwa, kiedy pan Murdock przepytywał ich z historii Ameryki. Uczęszczała do szkoły od siódmego roku życia, lecz teraz uczyła się w domu. Zaraz po urodzeniu się dziecka miała nadzieję wrócić do szkoły i ją ukończyć. Zostały jej niecałe dwa lata nauki, a potem egzaminy końcowe.

– Oczywiście, że nie! – Klara się roześmiała. – Marylko, nie możesz się wciąż zamartwiać, jak idealnie zadowolić innych. Ciocia Izzy cię kocha, a będzie kochała jeszcze bardziej, kiedy zobaczy, jak wspaniale wyrosłaś. – Ucałowała córkę w czoło, otulając ją smugą słodkawego, mlecznego zapachu.

Maryla wcale nie miała na myśli idealnego spełniania oczekiwań innych. Nie chciała tylko urazić cioci.

Napełniła czajnik ze zbiornika wody w kuchni i postawiła na fajerce z cichym brzęknięciem. Klara obejrzała się przez ramię, słysząc ten odgłos, ale już szła do bawialni.

Maryla została w kuchni sama ze swoimi myślami. Drażniło ją, że najbliżsi znali tę obcą jej osobę i w dodatku ta obca osoba miała z nimi zamieszkać na kilka najbliższych miesięcy. Nigdy jeszcze nikt nie gościł u nich tak długo. W zasadzie jak dotąd nikt w ogóle u nich nie gościł. Pokoje na górze zostały dopiero co wykończone. Czasami zdarzało się, że zostawali na noc najęci do pomocy parobkowie, ale oni nocowali w sąsieku w stodole. Ciocia Izzy była pierwszym oficjalnym gościem, który miał spać z nimi pod jednym dachem, i Maryla zdawała się jedyną osobą nie do końca z tego zadowoloną.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

2 W cytacie angielskim występuje słowo knit (spojone), które oznacza również robienie na drutach. Wszystkie cytaty z Biblii pochodzą z tłumaczeń dostępnych w internecie, głównie z Biblii Tysiąclecia, a także Biblii Warszawskiej i Biblii Gdańskiej. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

3 Bostońska „herbatka” – zatopienie w 1773 roku przez amerykańskich kolonistów transportu herbaty w porcie na znak protestu przeciwko brytyjskiej polityce fiskalnej, uważane za początek rewolucji amerykańskiej.

Podziękowania

Pisanie książki to podróż serca i umysłu. Jestem nieskończenie wdzięczna wielu ludziom, którzy stawali u mojego boku, by pomóc mi napisać tę powieść najlepiej, jak to możliwe. Dziękuję Wam wszystkim!

Rachel Kahan – nigdy nie sądziłam, że partnerski układ pomiędzy autorem a wydawcą może odmienić życie człowieka... dopóki nie poznałam Ciebie. Dziękuję Ci za wiarę, którą we mnie pokładałaś, jeszcze zanim sama zdążyłam się zorientować, co wyrośnie z dopiero co zasianych ziaren tej historii. Jako osoba wierząca w boską interwencję jestem przekonana, że wszystkie ścieżki, które przeszłam w życiu, miały mnie doprowadzić do Ciebie, moja najbliższa, najserdeczniejsza przyjaciółko!

Podziękowania kieruję również ku M. J., A. i Taylorowi za niezliczone chwile radości, które przeżywaliśmy razem podczas oglądania filmów w trakcie całego procesu powstawania tej książki.

Jennifer Hart, Kelly Rudolph, Amelii Wood, Alivii Lopez oraz całemu najwspanialszemu zespołowi wydawnictwa HarperCollins za jego mistrzostwo w pracy przy tej książce, jak również Cynthii Buck, mojej redaktorce o sokolim wzroku.

Mollie Glick, mojej agentce i literackiej partnerce. Zahartowane w ogniu, wyszłyśmy z tej walki mądrzejsze, twardsze i bardziej ze sobą zgrane niż kiedykolwiek przedtem. Dziękuję Ci, że tak o mnie walczyłaś, nigdy nie odstępując mego boku. Uściski miłości przesyłam małym Glickom, którzy wyrastają na dżentelmenów podobnych do mężczyzn z rodziny Blythe’ów.

Emily Westcott – za to, że jest cichą bohaterką każdego dnia. Joy Fowlkes za zaraźliwy entuzjazm. Jamie Stockton za kierowanie kontaktami z całym światem, a pozostałej części rodziny CAA – za ogromne wsparcie.

Sumanowi Seewatowi oraz Melissie Brooks – kanadyjskim rodzicom chrzestnym tej powieści. Dziękuję Wam obojgu za wytrawne oko wydawcy. Wasz czas i akceptacja wiele dla mnie znaczyły.

George’u Campbell, Pamelo Campbell wraz z Towarzystwem Miłośników Ani z Wyspy Księcia Edwarda oraz wszystkimi z Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza – dziękuję Wam za powitanie mnie w świecie Maud jak członka rodziny. Wasza wspaniałomyślność przewyższała wszystkie moje nadzieje i wszelkie oczekiwania. Czuję się zaszczycona, mając Wasze błogosławieństwo dla tej powieści oraz Waszą przyjaźń na całe życie. To dopiero początek. Modlę się, byśmy mogli pewnego dnia dostarczyć światu jeszcze więcej wieści z Zielonych Wzgórz.

Przewodnikom z Muzeum Dziedzictwa Kulturowego Zielonego Wzgórza za odpowiedzi na wszystkie moje pytania oraz za to, że mogłam pozostawać w muzeum po zamknięciu, kiedy nie było tam już nikogo oprócz mnie, mojej mamy i wspomnień o Maud na ganku. Szczególne podziękowania dla Jacqueline i Emily ze Wzgórza na Wyspie Księcia Edwarda za to, że robiły, co w ich mocy, a nawet jeszcze więcej, jako moje gospodynie w okresie, gdy ukrywałam się na Wyspie.

Dozgonną wdzięczność winna jestem wszystkim moim przyjaciołom, którzy wysłuchiwali mnie z pełnym zrozumieniem, ośmielając mnie do pokonywania kolejnych przeszkód oraz podejmowania kolejnych wyzwań, którzy dzielili ze mną radości literackiego żywota. Jesteście z tego samego plemienia:

Sue Monk Kidd za przeczytanie niezredagowanego jeszcze manuskryptu; Susannie Kearsley, historyczce specjalizującej się w polityce Kanady, służącej mi zawsze pomocą w nagłej potrzebie; Pauli McLain, mojej duchowej siostrze, za to, że rozsyła wokół nitki miłości jak bezustannie kręcący się kołowrotek; Jennie Blum, mojej bliźniaczej siostrzanej duszy, za to, że tak pięknie jest sobą; Melanie Benjamin, za to, że trwała przy mnie jak najlepsza przyjaciółka przez okrągły rok pobytu w Chicago; M. J. Rose za chwile pełne radości; Lisie Wingate – za ważki z jej powieści – na zawsze; Darenowi Wangowi – pierwowzorowi Maryli w męskiej postaci. Jestem również niezmiernie wdzięczna przyjaciołom, którzy podtrzymywali mnie na duchu humorem, herbatą oraz bezustannym wsparciem: Christinie Baker Kline, Jane Green, Caroline Leavitt, Sandrze Scofield, Therese Walsh, Karen White oraz Alli Pataki – a to tylko część z nich.

Byłabym nikim bez całych armii księgarni, klubów książki oraz czytelników – niniejszym z głęboką wdzięcznością oddaję się w ich ręce. Za pomoc bez granic muszę podziękować następującym osobom: Carol Schmiedecke, najprawdziwszej pokrewnej duszy, wirtuozce życia i twórczości L.M. Montgomery; boskiej Jennifer O’Regan redagującej blog „Confessions of a Bookaholic”; mojej honorowej rodzinie z radiowego talk-show Reading with Robin: Robinowi Kallowi i Emily Homonoff; pięknym dziewczynom z księgarni Bookmarks NC: Beth Buss, Ginger Hendricks i Jamie Southern; Susan McBeth oraz Kennie Jone z firmy Adventures by the Book organizującej spotkania autorów książek z całego świata z czytelnikami w USA; mojej radiowej rodzinie z Winston-Salem North Carolina Radio oraz Jimowi Steele za to, że jest czadowym starszym bratem, którego nigdy nie miałam: nasze audycje na żywo Bookmarked with Sarah McCoy w radiu WSNC to jedne z moich najulubieńszych chwil w miesiącu. Mojej najbliższej na świecie Christy Fore i jej najbliższej na świecie JC Fore oraz moim nieomal-siostrzenicom Kelsey Grace i Lainey Faith. Odrobinę każdej z Was zawsze będę nosić – ukryte jak w medalionie – w swoim sercu.

Mojej Pierwszej Przenajlepszej Przyjaciółce na Wieki (PPPW) Andrei Hughes oraz najukochańszym Abigail i Alice Hughes. Obiecałam Wam coś przy herbatce pewnego czerwcowego dnia. Dotrzymuję słowa. Mam nadzieję, że ucieszy Was, gdy odnajdziecie cząstkę Was samych w Zielonym Wzgórzu, która zostanie tam już na zawsze.

Doktor Eleane Norat McCoy, której tę książkę zadedykowałam i której zawdzięczam najwięcej. Dla kogóż miałaby być ta historia Maryli, jak nie dla Ciebie? To Ty, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką, przedstawiłaś mi świat Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. To Ty towarzyszyłaś mi w podróży przez wyimaginowany świat i czasy stworzone przez autorkę serii powieściowej o Ani. To z Tobą zwiedziłam po raz pierwszy Wyspę Księcia Edwarda. Nasz wspólny krótki tam pobyt w październiku 2017 roku przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i najskrytsze marzenia. Twoje głębokie przemyślenia, przenikliwe spojrzenie pierwszego czytelnika oraz podzielane przez nas obie spojrzenie na prawdziwą duszę dzieła Lucy Maud Montgomery stały się nieocenionym przyczynkiem do wykreowania postaci Maryli Cuthbert. Wszystko, co robisz, stanowi dla mnie inspirację do dalszego działania.

Moim mężczyznom z rodu McCoyów: Curtisowi, Jasonowi oraz doktorowi Andrew McCoyowi – dziękuję Wam za Waszą niezłomną miłość do kobiet z naszej rodziny, dziękuję za to, że nieugięcie nas wspieraliście i traktowaliście nasze pasje z szacunkiem, jakby były Waszymi własnymi. Andrew, mieszkałeś razem ze mną w Chicago, kiedy przeżywałam najgorsze chwile w ferworze walki z tekstem, więc to Tobie ślę szczególne podziękowania za obdarowywanie mnie śmiechem i dodawanie odwagi nawet wtedy, kiedy padła klimatyzacja, zalało piwnicę, a całe życie zdawało mi się tak pełne niepewności, że nie mogłam powstrzymać łez. W czasach, kiedy rozpaczliwie potrzebujemy większej liczby mężczyzn wyrozumiałych i z wyobraźnią, dziękuję Wam za to, że byliście moimi trzema białymi rycerzami – a może raczej czarnymi, jak w mojej książce.

Moim abuelitos Marii i Wilfredowi Noratom – pozostawione przez Was dziedzictwo to bastion miłości. Te amo con todo mi corazón y alma. Bendiciones y besitos por siempre.

Titi Ivonne Tennent oraz cioci Glorii O’Brien – żeby napisać powieść o jednej z najwspanialszych cioć w literaturze, musiałam znać miłość kobiet, które wychowały mnie jak własną córkę. Dziękuję Wam obu za to, że dałyście mi poznać niewiarygodną, cudowną naturę matczynych serc. Jestem dzisiaj tym, kim jestem, tylko dzięki Waszym chroniącym mnie, zawsze pełnym łaskawości dłoniom, o czym nigdy nie wątpiłam.

Mojemu mężowi Brianowi Watermanowi (vel Doc B) – kiedy zaczęłam pisać tę książkę, nie miałeś pojęcia, kim są Maryla Cuthbert czy Ania Shirley, lecz mimo to entuzjastycznie wymachiwałeś transparentami ze słowami wsparcia dodającymi odwagi: Dziobem do przodu, nie rufą!, oraz wierzyłeś we mnie całkowicie, gdy popadałam w czarną rozpacz i moja wiara w siebie słabła. Siedziałeś nawet dzielnie u mego boku, oglądając całą telewizyjną wersję Ani z Zielonego Wzgórza w postaci wieloodcinkowego serialu z lat 1985–87 – i bawiłeś się przy tym świetnie. Oto prawdziwy mężczyzna! Nie zmieniłabym ani zgłoski w życiu, które razem zbudowaliśmy. Ciągłe wysiłki i zmienianie kształtu naszych marzeń przez minione lata sprawiły, że pokochałam Cię o wiele, wiele mocniej, niż mogłam przewidzieć, mając lat siedemnaście.