Wydawca: Wydawnictwo Świętego Wojciecha Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 102 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Maryja. Jej życie i świadectwo - Claus-Peter März, Martina Bär, Johanna Domek OSB, Manfred Becker-Huberti

Z osobą Maryi związanych jest wiele zwyczajów, tradycji i najróżniejszych form pobożności. Każde z czworga autorów spogląda na Matkę Bożą z zupełnie innej perspektywy. Czytelnik znajdzie w książce przystępną interpretację najważniejszych dotyczących Maryi tekstów biblijnych, a także rozważania na temat Jej roli jako wzoru wiary dla kobiet i mężczyzn oraz różnych form związanej na Nią pobożności.
W końcowym rozdziale omówione zostały zwyczaje i tradycje związane ze świętami maryjnymi. Książka, zawierająca pogłębiony wykład teologii, ale napisana dla w sposób zrozumiały dla każdego, kreśli wielobarwny obraz Maryi.

Opinie o ebooku Maryja. Jej życie i świadectwo - Claus-Peter März, Martina Bär, Johanna Domek OSB, Manfred Becker-Huberti

Fragment ebooka Maryja. Jej życie i świadectwo - Claus-Peter März, Martina Bär, Johanna Domek OSB, Manfred Becker-Huberti

Ma­ryja w No­wym Te­sta­men­cieClaus-Pe­ter März

Ma­ryja jest jed­ną z naj­bar­dziej zna­nych ko­biet w dzie­jach świa­ta. Przez wie­ki mi­lio­ny lu­dzi wzywa­ły Ją jako Wspo­mo­życiel­kę we wszyst­kich po­trze­bach. Teo­lo­go­wie pod­kre­śla­li Jej zna­cze­nie jako Bo­żej Ro­dzi­ciel­ki, ar­ty­ści przed­sta­wia­li Ją w nie­zli­czo­nych dzie­łach, a pro­sty lud w swej po­boż­no­ści zwra­cał się do Niej jako do Mat­ki, pod któ­rej opie­ką czło­wiek może czuć się bez­piecz­ny.

W Pi­śmie Świę­tym o Ma­ryi – nie li­cząc dwóch krót­kich wzmia­nek w Ga 4,4 i Dz 1,14 – mowa jest wy­łącz­nie w Ewan­ge­liach. Wy­zna­jąc swo­ją wia­rę, au­tor Li­stu do Ga­la­tów pod­kre­śla, że gdy się wy­peł­nił czas, Bóg ze­słał swo­je­go Syna: uro­dził się z ko­bie­ty, uro­dził się pod pa­no­wa­niem Pra­wa, aby zba­wił lu­dzi. W Dzie­jach Apo­stol­skich zaś Ma­ryja uka­za­na jest jako czło­nek Ko­ścio­ła kształ­tują­ce­go się po zmar­twych­wsta­niu Je­zusa: Wszyscy oni trwa­li na wspól­nej mo­dli­twie, a ra­zem z nimi były też ko­bie­ty, Ma­ryja, mat­ka Je­zusa i Jego bra­cia.

W Ewan­ge­liach Ma­ryja wspo­mi­na­na jest dzie­więt­na­ście razy w róż­nych kon­tek­stach, przy czym au­to­rzy kre­ślą bar­dzo róż­ne Jej „ob­ra­zy”. Są jed­nak zgod­ni co do tego, że po­cho­dzi­ła z ludu Izra­ela i była żoną męż­czyzny o imie­niu Jó­zef. Ewan­ge­li­ści wzmian­kują, że obok Je­zusa w ro­dzi­nie tej żyły jesz­cze inne dzie­ci[1]. Jó­zef był cie­ślą i za­wód ten wy­ko­nywał za­pew­ne rów­nież Je­zus do chwi­li, gdy udał się nad Jor­dan, by przy­jąć chrzest od Jana, po któ­rym to wy­da­rze­niu za­czął gło­sić Izra­elo­wi na­dej­ście kró­le­stwa Bo­że­go.

Szcze­gól­ne zna­cze­nie dla po­zna­nia Ma­ryi mają te frag­men­ty Ewan­ge­lii we­dług świę­tych Ma­te­usza i Łuka­sza, któ­re cza­sem na­zywa­ne są „Ewan­ge­lia­mi dzie­ciń­stwa Je­zusa”, po­nie­waż sądzono, że wier­nie opi­sują na­ro­dzi­ny i okres do­ra­sta­nia Syna Bo­że­go. Dziś nie po­strze­ga się już tych tek­stów jako źró­deł in­for­ma­cji o pierw­szych la­tach życia Je­zusa, lecz jako in­ter­pre­ta­cje Jego przyj­ścia w świe­tle obiet­nic Sta­re­go Te­sta­men­tu. I w nich znaj­du­je­my jed­nak nie­wie­le fak­tów do­tyczą­cych Ma­ryi – brak tam na przy­kład in­for­ma­cji o Jej po­cho­dze­niu, ro­dzi­nie, wie­ku i po­zycji spo­łecz­nej.

Na pierw­szy rzut oka wy­da­je się to nie­co dziw­ne, jed­nak po głęb­szym za­sta­no­wie­niu moż­na tę po­wścią­gli­wość ewan­ge­li­stów wy­tłuma­czyć tym, że ich ce­lem było uka­za­nie na­ro­dzin Je­zusa jako wy­peł­nie­nia pro­roctw Sta­re­go Te­sta­men­tu – pod­kre­śla­li oni, że uro­dzi się w mie­ście Da­wi­do­wym Be­tle­jem, a tym sa­mym zo­sta­nie uzna­ny za Syna Da­wi­da. Frag­men­ty te sta­no­wią ro­dzaj opo­wie­ści re­li­gij­nych, któ­rych naj­waż­niej­szym ce­lem nie jest prze­ka­za­nie fak­tów hi­sto­rycz­nych, lecz zwró­ce­nie uwa­gi na hi­sto­rio­zbaw­czy wy­miar „przyj­ścia” Je­zusa w świe­tle sta­ro­te­sta­men­to­wych obiet­nic. Czwar­ta Ewan­ge­lia po­sze­rza jesz­cze ten ho­ryzont, uka­zując Je­zusa jako Sło­wo po­cho­dzą­ce od Boga, któ­re za­miesz­ka­ło mię­dzy nami. Cha­rak­te­rystycz­ne jest też jej za­koń­cze­nie: Je­zus do­ko­nał jesz­cze wie­lu in­nych zna­ków na oczach swo­ich uczniów. Nie zo­sta­ły one spi­sa­ne w tej księ­dze. Te zaś spi­sa­no, aby­ście uwie­rzyli, że Je­zus jest Me­sja­szem, Sy­nem Bo­żym, i aby­ście wie­rząc mie­li życie w Jego imię (J 20,30n).

Je­że­li po­trak­tuje­my te sło­wa jako za­le­ce­nie, w jaki spo­sób na­le­ży czytać Ewan­ge­lie, to ich prze­kaz uka­że nam się z no­wej per­spek­tywy – nie jako bio­gra­fia Je­zusa, za­wie­ra­ją­ca hi­sto­rię Jego ro­dzi­ny, lecz świa­dec­twa o ukrytym w dzie­jach ludz­ko­ści dzia­ła­niu Boga w oso­bie Je­zusa Chrystusa. To wła­śnie ma na myśli au­tor czwar­tej Ewan­ge­lii, pi­sząc: (…) aby­ście uwie­rzyli, że Je­zus jest Me­sja­szem, Sy­nem Bo­żym, i aby­ście wie­rząc, mie­li życie w Jego imię.

Z tego po­wo­du nie na­le­ży trak­to­wać Ewan­ge­lii jako źró­dła in­for­ma­cji bio­gra­ficz­nych, lecz wła­śnie jako Do­brą No­wi­nę o zba­wie­niu, któ­rym Bóg ob­da­ro­wał lu­dzi w Je­zusie Chrystusie. W tym du­chu na­pi­sa­li swo­je księ­gi wszyscy czte­rej ewan­ge­li­ści, któ­rzy nie­ja­ko pro­wa­dzą czytel­ni­ka po­przez tekst, aby otwo­rzyć mu oczy na obiet­ni­cę no­we­go życia. Z tego też wzglę­du nie uka­zują oni ca­łej dro­gi życio­wej Je­zusa, lecz wy­bie­ra­ją z niej pew­ne waż­ne wy­da­rze­nia z dzia­łal­no­ści Mi­strza oraz Jego istot­ne na­uki. Wszyst­ko to za­pi­sują jed­nak po to, aby pod­kre­ślić praw­dę, że Je­zus jest Sy­nem Bo­żym oraz że w Nim Bóg otwie­ra przed ludź­mi, któ­rzy Go szuka­ją, dro­gę do szczę­ścia i zba­wie­nia. Kon­tekst hi­sto­rycz­ny i szcze­gól­ne wy­da­rze­nia epo­ki przy­wo­ływa­ne są wy­łącz­nie wte­dy, gdy w ja­kiś spo­sób wią­żą się z oso­bą Je­zusa i Jego życiem. Inne po­sta­ci po­zna­je­my tyl­ko o tyle, o ile styka­ją się z Na­uczycie­lem i idą za Nim, od­rzuca­ją Go lub znaj­du­ją się w ja­kiej­kol­wiek in­nej re­la­cji we­wnętrz­nej do Jego po­słan­nic­twa.

Je­że­li bę­dzie­my czytać tek­sty No­we­go Te­sta­men­tu od­no­szą­ce się do Ma­ryi z tej per­spek­tywy, to znaj­dzie­my od­po­wiedź na kil­ka istot­nych pytań, a zwłasz­cza na to, dla­cze­go za­wie­ra­ją one tak mało in­for­ma­cji bio­gra­ficz­nych na te­mat Mat­ki Bo­żej: Ewan­ge­lie nie mają na celu przed­sta­wia­nie życia Ma­ryi, lecz mó­wią o zba­wie­niu, któ­re­go Bóg do­ko­nuje w Jej Synu, Je­zusie Chrystusie. Ma­ryja po­ja­wia się w nich tyl­ko dla­te­go, że jako Mat­ka Je­zusa ma bez­po­śred­ni zwią­zek z Jego po­słan­nic­twem.

Po­ni­żej spró­bu­je­my prze­śle­dzić wi­ze­run­ki Ma­ryi na­szki­co­wa­ne przez czte­rech ewan­ge­li­stów. Przyj­mu­ją oni róż­ne per­spek­tywy i uka­zują inny aspekt zbaw­cze­go dzia­ła­nia Boga w Je­zusie Chrystusie, a w związ­ku z tym i każ­dy z nich po­strze­ga „rolę” Ma­ryi w tych wy­da­rze­niach z wła­sne­go punk­tu wi­dze­nia.

1. „Czyż On nie jest sy­nem Ma­ryi?” Ma­ryja w Ewan­ge­lii we­dług św. Mar­ka

Ewan­ge­lia we­dług św. Mar­ka jest star­sza od po­zo­sta­łych. Po­wsta­ła oko­ło roku 70, a za­tem oko­ło trzydzie­ści pięć lat po śmier­ci Je­zusa. Au­tor księ­gi opi­suje publicz­ną dzia­łal­ność Je­zusa, po­cząw­szy od Jego chrztu w Jor­da­nie aż po śmierć na krzyżu i pusty grób. Swój prze­kaz roz­po­czyna od mowy Jana Chrzci­cie­la i chrztu w Jor­da­nie, a na­stęp­nie, stresz­cza­jąc orę­dzie Na­uczycie­la, uka­zuje czytel­ni­ko­wi nową rze­czywi­stość, któ­ra ob­ja­wi­ła się na świe­cie wraz z przyj­ściem Je­zusa:

Nad­szedł już czas, zbli­ża się kró­le­stwo Boże, na­wróć­cie się i uwierz­cie w ewan­ge­lię (Mk 1,15).

W tych do­nio­słych sło­wach au­tor pró­bu­je od­dać szcze­gól­ny cha­rak­ter no­wej sy­tua­cji. Świat nie jest już taki sam, jak przed przyj­ściem Je­zusa – w dzie­jach roz­po­czę­ła się nowa epo­ka. O niej mówi w swo­im na­ucza­niu Je­zus, gdy uka­zuje kró­le­stwo Boże jako rze­czywi­stość już obec­ną i kon­kret­nie do­świad­czal­ną; jej ze­wnętrz­ny wy­raz sta­no­wią zna­ki i cuda Mi­strza, ob­ra­zują­ce sy­tua­cję bez pre­ce­den­su – zba­wie­nie świa­ta, któ­re­go do­ko­nuje Bóg.

La­ko­nicz­ny prze­kaz

Ewan­ge­lia we­dług św. Mar­ka jest krót­sza, a ję­zyk, w któ­rym ją spi­sa­no – bar­dziej po­wścią­gli­wy i la­ko­nicz­ny niż w trzech póź­niej­szych księ­gach. Jej treść obej­mu­je: po­cząt­ki publicz­nej dzia­łal­no­ści Je­zusa – Jego na­ucza­nie w Ga­li­lei; wę­drów­kę do Je­ro­zo­li­my i przy­bycie do tego mia­sta; wy­stą­pie­nie w świą­tyni; ostat­nią wie­cze­rzę z ucznia­mi; poj­ma­nie w ogro­dzie Get­se­ma­ni; pro­ces i śmierć na krzyżu. Ewan­ge­lia koń­czy się w spo­sób otwar­ty sce­ną przy pustym gro­bie, w któ­rej ta­jem­ni­czy po­sła­niec oznaj­mia przy­byłym na to miej­sce ko­bie­tom, że Je­zus zmar­twych­wstał; na­ka­zuje im też oznaj­mić uczniom, że idzie On przed nimi do Ga­li­lei, gdzie Go zo­ba­czą. Ko­bie­ty jed­nak, prze­lęk­nio­ne i zdez­o­rien­to­wa­ne tą wia­do­mo­ścią, ucie­ka­ją od gro­bu i nie mó­wią ni­ko­mu o spo­tka­niu. W tym miej­scu tekst Ewan­ge­lii na­gle się urywa.

Ma­rek świa­do­mie zde­cydo­wał się na tak nie­typo­we za­koń­cze­nie. Chciał za­zna­czyć w ten spo­sób, że nie zdo­ła­my zgłę­bić ta­jem­ni­cy Je­zusa Chrystusa, w związ­ku z czym po­win­ni­śmy za­ufać Mu rów­nież wte­dy, gdy Jego dro­ga wy­da­je się nam nie­zro­zumia­ła. Nie­ja­sne uwa­gi mają skła­niać czytel­ni­ków do do­cie­kań na te­mat oso­by Na­uczycie­la, a tym sa­mym co­raz bar­dziej zbli­żać ich do po­zna­nia ta­jem­ni­cy Je­zusa.

Z tego wła­śnie po­wo­du znaj­du­je­my u Mar­ka świa­do­mie po­zo­sta­wio­ne nie­ja­sno­ści, dy­so­nan­se, a nie­rzad­ko i alu­zyj­ne, nie za­wsze moż­li­we do wy­ja­śnie­nia in­for­ma­cje i ko­men­ta­rze. Cha­rak­te­rystycz­ny dla ta­kiej for­my prze­ka­zu jest rów­nież fakt, że ewan­ge­li­sta uka­zuje Je­zusa jako ko­goś, kto do pew­ne­go stop­nia dy­stan­suje się od wła­snej ro­dzi­ny, a cza­sem i wy­raź­nie się jej prze­ciw­sta­wia.

Re­flek­sja o ro­dzi­nie Je­zusa

Jak czyta­my w Mk 3,20n, lud był za­chwyco­ny na­ucza­niem Je­zusa do tego stop­nia, że nie­ustan­nie na­pie­rał na Nie­go i Jego uczniów, tak że ci nie byli w sta­nie na­wet się po­si­lić. Po tej in­for­ma­cji ewan­ge­li­sta do­łą­cza za­ska­kują­cą wzmian­kę o bli­skich Na­uczycie­la, któ­rzy, usłyszaw­szy o Jego dzia­łal­no­ści, wy­szli, aby Go po­wstrzymać, bo mó­wio­no: „Stra­cił ro­zum!” (Mk 3,21). I rze­czywi­ście, wkrót­ce przed do­mem, w któ­rym na­ucza Je­zus, po­ja­wia­ją się Jego Mat­ka i bra­cia. Naj­wyraź­niej ro­dzi­na chce uci­szyć krytykę, któ­ra spa­dła na nią wskutek wy­stą­pień Je­zusa, uza­sad­nia­jąc swe po­stę­po­wa­nie stwier­dze­niem: Stra­cił ro­zum!

Na­uczyciel nie pod­po­rząd­ko­wuje się jed­nak żą­da­niu bli­skich, aby po­wró­cił z nimi do Na­za­re­tu; wska­zuje na lu­dzi, któ­rzy zgro­ma­dzi­li się do­ko­ła, aby słuchać Jego słów, i oznaj­mia bez ogró­dek: „Któż jest moją mat­ką czy moim bra­tem?” I spoj­rzaw­szy na sie­dzą­cych wo­kół sie­bie, mówi: „Oto mat­ka moja i bra­cia moi. Bo ten, kto czyni wolę Boga, jest moim bra­tem i sio­strą, i mat­ką” (Mk 3,31nn).

Sło­wa te świad­czą, że dla Je­zusa naj­waż­niej­sza nie jest ro­dzi­na, lecz gło­szo­ne prze­sła­nie. Wy­raź­nie dy­stan­suje się od swo­ich bli­skich i ta­kie­go dy­stan­su – na co wszyst­ko wska­zuje – Je­zus do­ma­ga się rów­nież od swo­ich uczniów (por. np. Mk 1,16–20; 2,13n; 3,13–19).

„Pro­rok nie ma uzna­nia w swo­jej oj­czyź­nie”

Co cha­rak­te­rystycz­ne, Na­uczyciel – zgod­nie z re­la­cją Mk 6,1–6 – spo­tyka się z krytyką i od­rzuce­niem w Na­za­re­cie, swo­jej ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści – i to rów­nież z tego po­wo­du, że miesz­kań­cy mia­sta zna­ją Go, że wi­dzie­li, jak do­ra­stał. Słucha­cze są zdu­mie­ni i za­da­ją pyta­nie, ja­kim pra­wem ich zio­mek wy­stę­puje wśród nich jako na­uczyciel czy pro­rok, na­wo­łując ich do na­wró­ce­nia:

Czyż On nie jest cie­ślą, sy­nem Ma­ryi i bra­tem Ja­kuba i Jó­ze­fa, i Judy, i Szymo­na? I czyż Jego sio­stry nie żyją tutaj, wśród nas?

Je­zus tak ko­men­tuje tę po­sta­wę:

Tyl­ko w swo­jej oj­czyź­nie wśród swo­ich krew­nych i w swo­im domu nie ma pro­rok uzna­nia (Mk 6,4).

Oba tek­sty nie po­zo­sta­wia­ją wąt­pli­wo­ści, że za­rów­no miesz­kań­cy Na­za­re­tu, jak i wła­sna ro­dzi­na dy­stan­so­wa­li się od Je­zusa. Opi­sując te sy­tua­cje, Ma­rek z peł­ną świa­do­mo­ścią stwier­dza, że Mi­strza nie na­le­ży za­mykać w ka­te­go­riach ludz­kie­go po­cho­dze­nia, że On za­wsze je prze­kra­cza i że tak na­praw­dę moż­na Go zro­zu­mieć wy­łącz­nie po­przez od­nie­sie­nie do po­wie­rzo­nej Mu przez Boga mi­sji.

2. „Nada­dzą Mu imię Em­ma­nuel…!” Ma­ryja w Ewan­ge­lii we­dług św. Ma­te­usza

Pierw­sza księ­ga Ewan­ge­lii wspo­mi­na Mat­kę Je­zusa kil­ka­krot­nie. Naj­głęb­sze i naj­bar­dziej na­sy­co­ne tre­ścią tek­sty znaj­du­ją się na jej po­cząt­ku – w tak zwa­nym ro­do­wo­dzie Je­zusa (Mt 1,1–17) oraz w za­po­wie­dzi Jego na­ro­dzin (Mt 1,18–25). Oba sta­no­wią szcze­gól­ną for­mę opo­wia­da­nia – na­wią­zują do pro­roctw Sta­re­go Te­sta­men­tu i w ich świe­tle uka­zują Je­zusa jako obie­ca­ne­go wy­baw­cę, któ­ry przy­szedł, aby od­kupić lu­dzi. Nie prze­ka­zują „hi­sto­rii z dzie­ciństwa” Je­zusa, nie przy­ta­cza­ją epi­zo­dów z wcze­sne­go okre­su Jego życia i nie opi­sują oko­licz­no­ści Jego na­ro­dzin. Przy­po­mi­na­ją na­to­miast ob­ra­zy, na­dzie­je i obiet­ni­ce Sta­re­go Te­sta­men­tu, trak­tując je jako do­wód, że to wła­śnie Je­zus jest za­po­wie­dzia­nym w pro­roc­twach i ocze­ki­wa­nym przez lu­dzi Zba­wi­cie­lem. Ce­lem Ma­te­uszo­we­go prze­ka­zu nie jest ide­ali­za­cja hi­sto­rii Izra­ela i opo­wia­da­nie „daw­nych dzie­jów”, aby czytel­ni­cy mo­gli żyć prze­szło­ścią. Nie, au­tor uka­zuje, kim jest Je­zus po wszyst­kie cza­sy i na pod­sta­wie wła­snych do­świad­czeń daje świa­dec­two o tym, że lu­dzie, któ­rzy pój­dą za Nim, znaj­dą praw­dzi­we życie.

„Ro­do­wód” Je­zusa

Spi­sy przod­ków, taki jak ten, któ­ry po­da­je Mt 1,1–17, sta­no­wi­ły w ów­cze­snym spo­łe­czeń­stwie żydow­skim po­wszech­ny spo­sób le­gi­tymi­za­cji czło­wie­ka. Na przy­kład ka­pła­ni i le­wi­ci mu­sie­li wy­ka­zywać się od­po­wied­nim po­cho­dze­niem, a to umoż­li­wiał im wła­śnie ro­do­wód. Ewan­ge­li­sta na­wią­zuje do tej prak­tyki, nie po to jed­nak, aby udo­wod­nić, że Je­zuso­wi przy­sługuje god­ność ka­pła­na lub le­wi­ty. Wy­mie­nia­jąc Jego przod­ków, chce dać świa­dec­two, że jest On Me­sja­szem, któ­ry przy­szedł od Boga, aby wy­peł­nić dane oj­com obiet­ni­ce. „Ro­do­wód” taki au­tor umiesz­cza ce­lo­wo na po­cząt­ku księ­gi, aby czytel­nik po­strze­gał wszyst­kie póź­niej­sze wy­da­rze­nia przez pryzmat tego wy­zna­nia.

Cha­rak­te­rystycz­ne jest już wpro­wa­dze­nie, w któ­rym czyta­my: Ro­do­wód Je­zusa, Me­sja­sza, po­tom­ka Da­wi­da, po­tom­ka Abra­ha­ma (Mt 1,1). Do­ko­nuje się tutaj po­wią­za­nie Je­zusa z dwo­ma wy­bit­nymi po­sta­cia­mi z hi­sto­rii Izra­ela; wy­cze­ki­wa­ny Me­sjasz uka­za­ny jest jako „po­to­mek” Abra­ha­ma i Da­wi­da, to w Nim wy­peł­nia się obiet­ni­ca łą­czą­ca lud Izra­ela z tymi dwo­ma imio­na­mi.

Czytel­nik pro­lo­gu Ewan­ge­lii może mieć po­cząt­ko­wo wra­że­nie, że ewan­ge­li­sta przyj­mu­je bez za­strze­żeń żydow­skie wy­obra­że­nie o tym, iż życie prze­ka­zywa­ne jest przez męż­czyzn, a za­tem wzmian­ki o ko­bie­tach nie są po­trzeb­ne:

Abra­ham miał syna Iza­aka, Iza­ak miał syna Ja­kuba, Ja­kub miał syna Judę i jego bra­ci (…) (Mt 1,2).

Tak wła­śnie po­stę­po­wa­li zwykle au­to­rzy ge­ne­alo­gii w Izra­elu i w in­nych czę­ściach sta­ro­żyt­ne­go świa­ta. Ma­te­usz przy­jął po­dob­ny sche­mat, zła­mał go jed­nak, umiesz­cza­jąc w drze­wie ge­ne­alo­gicz­nym Je­zusa Ma­ryję oraz czte­ry ko­bie­ty, któ­re mia­ły ol­brzymie zna­cze­nie dla dzie­jów Izra­ela – Ta­ma­rę, Ra­hab, Rut oraz Bat­sze­bę[2]. Co cie­ka­we, oprócz Ma­ryi żad­na z owych ko­biet nie była z po­cho­dze­nia Żydów­ką – wszyst­kie zo­sta­ły włą­czo­ne do ludu Izra­ela jako cu­dzo­ziem­ki. Nie mia­ły za­tem wpływu na dzie­dzi­cze­nie, Bóg jed­nak wy­ko­rzystał je w swo­im pla­nie zbaw­czym. W Ma­te­uszo­wej Ewan­ge­lii peł­nią one je­dynie funk­cję ty­pów od­sy­ła­ją­cych do Ma­ryi, w któ­rej oso­bie do­ko­na­ło się coś jesz­cze więk­sze­go – łań­cuch po­ko­leń, w któ­rym przyj­ście na świat syna moż­na było wy­tłuma­czyć spło­dze­niem przez ziem­skie­go ojca, zo­stał prze­rwa­ny; au­tor w alu­zyj­ny spo­sób daje do zro­zu­mie­nia, że w hi­sto­rię wkra­cza tutaj sam Bóg. Dzię­ki temu Je­zus jawi się nie tyl­ko jako czło­wiek wy­bra­ny przez Boga, tak jak Da­wid, Sa­lo­mon, Je­re­miasz i Iza­jasz, lecz ktoś, kto na­ro­dził się z Boga. On jest tym, w któ­rym Bóg dał hi­sto­rii ludz­ko­ści nowy po­czą­tek.

Przyj­mu­jąc tę per­spek­tywę, moż­na stwier­dzić, że Ma­te­uszo­wy ro­do­wód uka­zuje Je­zusa wpraw­dzie jako po­stać, któ­ra ma miej­sce w ludz­kiej hi­sto­rii, ale za­ra­zem jako ko­goś, kto nie jest nią uwa­run­ko­wa­ny, kto swój po­czą­tek ma bez­po­śred­nio w Bogu. Ma­ryja sym­bo­li­zuje na­to­miast no­we­go czło­wie­ka, przyj­mu­ją­ce­go oka­za­ną przez Boga mi­łość i ro­dzą­cą ją w wy­mia­rze fi­zycz­nym. Au­tor Ewan­ge­lii za­chę­ca rów­nież w ten spo­sób czytel­ni­ków, aby i oni przyj­mo­wa­li w swo­im życiu Bożą mi­łość tak, jak przy­ję­ła ją Ma­ryja.

Na­ro­dzi­ny Je­zusa

Ewan­ge­li­sta koń­czy „ro­do­wód” śmia­łym stwier­dze­niem: Z któ­rej [Ma­ryi– przyp. aut.] na­ro­dził się Je­zus zwa­ny Me­sja­szem (Mt 1,16). To ra­dykal­ne stwier­dze­nie ro­dzi na­tural­ne pyta­nia: Jak się to mo­gło do­ko­nać, sko­ro w tym wy­pad­ku sy­no­wi nie prze­ka­zał życia oj­ciec? Od kogo po­cho­dzi Je­zus?

Od­po­wie­dzi na nie udzie­la ko­lej­na hi­sto­ria (Mt 2,1–12): w cen­trum wy­da­rzeń znaj­du­je się tym ra­zem nie­ocze­ki­wa­nie Jó­zef. Tre­ścią tego frag­men­tu jest w za­sa­dzie je­dynie pro­ces po­znaw­czy, któ­ry prze­cho­dzi mąż Ma­ryi, a któ­ry umoż­li­wia mu zro­zu­mie­nie Bo­że­go dzia­ła­nia. Jó­zef re­pre­zen­tuje jed­nak za­ra­zem czytel­ni­ka, któ­ry ma stać się nie­ja­ko „na­ocz­nym świad­kiem” wy­da­rzeń i prze­być wła­sną dro­gę do po­zna­nia praw­dy.

Opo­wieść za­czyna się od nie­zwykłe­go wy­da­rze­nia, któ­re­go lu­dzie nie po­tra­fią so­bie wy­ja­śnić, wo­bec któ­re­go sta­ją bez­rad­ni – Ma­ryja za­cho­dzi w cią­żę jesz­cze przed za­miesz­ka­niem w domu Jó­ze­fa i ob­co­wa­niem z nim na spo­sób wła­ści­wy mał­żon­kom. Mąż, chcąc po­zo­stać „spra­wie­dli­wym” we­dług wy­obra­żeń żydow­skich, musi ko­bie­tę od­da­lić. Nie­wy­ja­wie­nie wy­stęp­ku żony i po­ta­jem­ne ode­sła­nie jej do domu ro­dzin­ne­go sta­no­wi­ło w ów­cze­snym Izra­elu i tak naj­de­li­kat­niej­szą re­ak­cję z moż­li­wych. Wte­dy anioł prze­ka­zuje Jó­ze­fo­wi wia­do­mość, któ­rą cał­ko­wi­cie bu­rzy świat jego wy­obra­żeń: Ma­ryja nie była mu nie­wier­na, a Dzie­cię, któ­re nosi w ło­nie, po­cho­dzi od Boga – Ono ma dać ludz­kiej hi­sto­rii nowy po­czą­tek i jest w związ­ku z tym „po­da­run­kiem” Boga dla lu­dzi. W ten spo­sób od Jó­ze­fa, któ­ry chciał być w swo­ich czynach „spra­wie­dli­wy” przed Pa­nem, żąda się no­wej „spra­wie­dli­wo­ści”. Jej isto­tą nie jest już za­cho­wywa­nie prze­pi­sów Pra­wa, lecz otwar­tość na nie­ocze­ki­wa­ne i prze­kra­cza­ją­ce ludz­kie wy­obra­że­nia dzia­ła­nie Boga oraz go­to­wość do od­po­wie­dzi na nie.

Rów­nież czytel­ni­cy tych tek­stów do­wia­du­ją się w ten spo­sób, że „spra­wie­dli­wość” osią­gnąć moż­na wy­łącz­nie po­przez od­po­wiedź wia­ry na dzia­ła­nie Boga w Je­zusie Chrystusie oraz zgo­dę na to, aby to On był Pa­nem ich życia. Dla nich, ma­ją­cych „wi­dzieć” wy­da­rze­nia ocza­mi Jó­ze­fa i „słuchać” sło­wa Bo­że­go jego usza­mi, ewan­ge­li­sta za­miesz­cza w swo­jej księ­dze jesz­cze jed­no od­wo­ła­nie do Pi­sma, w któ­rym wy­ja­śnia po­czę­cie Dzie­cię­cia sło­wa­mi sta­ro­te­sta­men­to­wej obiet­ni­cy: „Oto pan­na po­cznie i po­ro­dzi Syna i nada­dzą Mu imię Em­ma­nuel, to zna­czy »Bóg z nami«” (Mt 1,23, por. Iz 7,14). Jest to orę­dzie, w któ­rym wy­peł­nia­ją się obiet­ni­ce dane oj­com – Dziec­ko, któ­re po­cho­dzi cał­ko­wi­cie od Boga, uka­że lu­dziom Jego bli­skość i mi­łość oraz spra­wi, że uwie­rzą oni, iż Bóg ten jest „Bo­giem z nami”.

3. „Uwiel­bia du­sza moja Pana…” Ma­ryja w Ewan­ge­lii we­dług św. Łuka­sza i Dzie­jach Apo­stol­skich

Je­że­li dać wia­rę sta­rej le­gen­dzie, ewan­ge­li­sta Łukasz był ma­la­rzem, któ­ry stwo­rzył ob­raz Ma­ryi – źró­dło, z któ­re­go czer­pa­li wszyscy póź­niej­si twór­cy przed­sta­wia­ją­cy Mat­kę Bożą. Choć tra­dycji tej nie po­twier­dza­ją żad­ne fak­ty hi­sto­rycz­ne, przy­po­mi­na ona, że to wła­śnie Łukasz na­kre­ślił naj­barw­niej­szy i naj­bar­dziej wy­ra­zi­sty wi­ze­runek Ma­ryi spo­śród wszyst­kich au­to­rów Ewan­ge­lii. Po­dob­nie jak u Ma­te­usza, i u nie­go naj­waż­niej­sze po­świę­co­ne Jej frag­men­ty znaj­dzie­my w tak zwa­nych „opi­sach dzie­ciń­stwa Je­zusa”.

Po­ni­żej zaj­mę się bar­dziej szcze­gó­ło­wo trze­ma tek­sta­mi: opi­sem sce­ny Zwia­sto­wa­nia (Łk 1,26–38) i na­wie­dze­nia Świę­tej Elż­bie­ty (Łk 1,39–56) oraz za­war­tą w Dzie­jach Apo­stol­skich wzmian­ką o przy­na­leż­no­ści Ma­ryi do pier­wot­ne­go Ko­ścio­ła (Dz 1,13n).

„Oto ja, służeb­ni­ca Pań­ska” (Łk 1,26–38)

Hi­sto­ria ta osnuta jest wo­kół wy­ra­zi­ste­go kon­tra­stu – Ga­briel, je­den z naj­wyż­szych anio­łów sto­ją­cych przed Bo­żym tro­nem, zo­sta­je po­sła­ny do dziew­czyny z Na­za­re­tu. Współ­cze­sny au­to­ro­wi czytel­nik od razu mu­siał zdać so­bie spra­wę, że ode­gra ona szcze­gól­ną rolę w za­mysłach Bo­żych. Sam ar­cha­nioł na­zywa ją prze­cież „ła­ski peł­ną”.

Po przy­to­cze­niu tego po­zdro­wie­nia Łukasz za­miesz­cza za­pis krót­kie­go dia­lo­gu, w któ­rym anioł wy­ja­wia Ma­ryi, ja­kie miej­sce prze­wi­dział dla niej Bóg w pla­nie zba­wie­nia czło­wie­ka. Ma­ryja jest po­ruszo­na tymi sło­wa­mi, go­dzi się jed­nak na to, co oznaj­mia Jej Bóg za po­śred­nic­twem anio­ła. Jej re­ak­cję do dzi­siaj wie­le osób uzna­je za je­dyną wła­ści­wą od­po­wiedź na dzia­ła­nie Boga wo­bec czło­wie­ka:

Otom ja, służeb­ni­ca Pań­ska, niech mi się sta­nie we­dług twe­go sło­wa (1,38).

Kon­tekst sce­ny nie po­zo­sta­wia wąt­pli­wo­ści, że nie cho­dzi w niej tyl­ko o Ma­ryję; re­pre­zen­tuje ona wszyst­kich lu­dzi, a po­przez swo­ją re­ak­cję po­ka­zuje, w jaki spo­sób wie­rzą­cy po­win­ni od­po­wie­dzieć na dzia­ła­nie Boga:

„(…) Niech mi się sta­nie we­dług twe­go sło­wa”.

Bóg chce dać hi­sto­rii świa­ta nowy po­czą­tek, wy­peł­nia­jąc w Je­zusie Chrystusie dane ludz­ko­ści obiet­ni­ce. Ma­ryja ma udział w tym zbaw­czym pla­nie, dla­te­go po­sła­niec z nie­ba na­zywa ją „ła­ski peł­ną”.

Na te­mat pyta­nia Ma­ryi: Jak­że to się sta­nie, sko­ro nie znam męża? snuto już wie­le do­mysłów. Bio­rąc pod uwa­gę kon­tekst, ma ono za­pew­ne pod­kre­ślać tutaj wy­łącz­nie fakt, że Mat­ka Je­zusa nie ob­co­wa­ła jesz­cze z Jó­ze­fem, w związ­ku z czym za­po­wie­dzia­ne Dzie­cię nie było owo­cem ich współ­życia mał­żeń­skie­go.

Za­strze­że­nie ko­bie­ty skła­nia jed­nak anio­ła do bar­dziej pre­cyzyj­ne­go sfor­mu­ło­wa­nia obiet­ni­cy; oznaj­mia on, że Dziec­ko na­ro­dzi się z Du­cha Bo­że­go. Bę­dzie Ono no­wym stwo­rze­niem, Świę­tym, Sy­nem Bo­żym. Ma­ryja re­aguje na to z za­ufa­niem, wy­po­wia­da­jąc de­cydu­ją­ce zda­nie:

„(…) Niech mi się sta­nie we­dług twe­go sło­wa”.

Je­zus, któ­ry może zo­stać przy­ję­ty tyl­ko w wie­rze, mógł zo­stać po­czę­ty rów­nież wy­łącz­nie dzię­ki wie­rze.

„Uwiel­bia du­sza moja Pana” (Łk 1,39–56)

Po­śród wiel­kich za­po­wie­dzi, któ­re łą­cząc nie­bo z zie­mią, spra­wia­ją, że obiet­ni­ce sprzed wie­ków sta­ją się rze­czywi­sto­ścią, spo­tka­nie Ma­ryi z Elż­bie­tą ce­chu­je kli­mat spo­ko­ju. Tutaj nic już się w za­sa­dzie nie „dzie­je”, ma miej­sce je­dynie po­głę­bio­na re­flek­sja nad wcze­śniej­szymi wy­da­rze­nia­mi.

Nar­ra­tor daje czytel­ni­ko­wi czas nie­ja­ko na za­czerp­nię­cie od­de­chu, we­wnętrz­ne za­trzyma­nie się i ogar­nię­cie umysłem tego, o czym była wcze­śniej, w trze­ciej Ewan­ge­lii, mowa. Na­stęp­nie Elż­bie­ta w pro­ro­czych sło­wach uzmysła­wia nam zna­cze­nie ma­cie­rzyń­stwa Ma­ryi dla ludz­ko­ści. Jej To­wa­rzysz­ka od­po­wia­da pie­śnią uwiel­bie­nia, w któ­rej przed­sta­wia Bogu wszyst­ko to, co Ją spo­tka­ło. Wy­sła­wia w niej nowy po­rzą­dek życia, któ­ry za­pa­nuje na świe­cie za spra­wą Me­sja­sza. Daw­ny świat, zde­ter­mi­no­wa­ny przez sys­te­my nie­spra­wie­dli­wej wła­dzy i nie­ludz­kie znie­wo­le­nie, dla śpie­wa­ją­cej ten hymn w za­sa­dzie jest już za­mknię­ty. Przez sło­wa pie­śni Ma­ryi prze­świ­tuje już nowa rze­czywi­stość; mło­da ko­bie­ta wy­śpie­wuje go jako wie­rzą­ca, któ­ra jako pierw­sza przy­ję­ła to, cze­go Bóg za­pra­gnął do­ko­nać wo­bec świa­ta (1,46–55):

Uwiel­bia du­sza moja Pana.

I roz­ra­do­wał się duch mój w Bogu,

Zba­wi­cie­lu moim.

Bo spoj­rzał na swo­ją po­kor­ną służeb­ni­cę.

I od­tąd na­zywać mnie będą szczę­śli­wą

wszyst­kie na­ro­dy.

Bo wiel­kie rze­czy uczynił dla mnie Wszech­moc­ny.

Świę­te jest Jego Imię.

A Jego mi­ło­sier­dzie z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie

dla żyją­cych w bo­jaź­ni Bo­żej.

Oka­zał moc swo­je­go ra­mie­nia.

Uda­rem­nił za­mysły pysz­nych.

Moż­nych usunął z tro­nu,

a wy­wyż­szył po­kor­nych.

Po­trze­bu­ją­cych ob­sy­pał do­bra­mi,

a bo­ga­czy ode­słał z ni­czym.

Wziął w opie­kę swe­go sługę Izra­ela,

pa­mię­ta­jąc o mi­ło­sier­dziu,

któ­re obie­cał na­szym pra­oj­com:

Abra­ha­mo­wi i po­tom­stwu jego na wie­ki.

„…Ma­ryja, mat­ka Je­zusa…” (Dz 1,13n)

Na po­cząt­ku Dzie­jów Apo­stol­skich au­tor za­zna­cza, że po wnie­bo­wstą­pie­niu Je­zusa ucznio­wie gro­ma­dzi­li się w sali „na gó­rze”:

Wszyscy oni trwa­li na wspól­nej mo­dli­twie, a ra­zem z nimi były też ko­bie­ty, Ma­ryja, mat­ka Je­zusa, i Jego bra­cia (Dz 1,14).

W ten spo­sób ewan­ge­li­sta bez wąt­pie­nia pra­gnie nam uka­zać wspól­no­tę uczniów jako za­lą­żek Ko­ścio­ła je­ro­zo­lim­skie­go. Waż­ny jest dla nie­go przy tym fakt, że do gro­na owych pierw­szych świad­ków wia­ry na­le­ży Ma­ryja. Łukasz sta­wia Ją na rów­ni z Apo­sto­ła­mi, po­nie­waż jest w jego oczach świad­kiem, któ­ry był przy Je­zusie od po­cząt­ku, a tym sa­mym uczest­ni­czy w hi­sto­rii Jego po­słan­nic­twa.

Ma­ryja, któ­ra z wia­rą otwo­rzyła się na dzia­ła­nie Du­cha Świę­te­go, jest też wśród tych, któ­rzy ocze­kują na ze­sła­nie Du­cha po wnie­bo­wstą­pie­niu. W niej uwi­dacz­nia się fakt, że ten sam Duch, któ­ry ufor­mo­wał na po­cząt­ku w Jej cie­le Je­zusa, two­rzy te­raz z gro­na uczniów Ko­ściół. Nie wy­po­wia­da­jąc żad­nych słów, Ma­ryja sta­je się świad­kiem, że na dzia­ła­nie tego Du­cha moż­na od­po­wie­dzieć wy­łącz­nie w je­den spo­sób – wia­rą, mo­dli­twą i uf­nym otwar­ciem się na Jego na­tchnie­nia.

W ten spo­sób ewan­ge­li­sta uka­zuje Ma­ryję jako wie­rzą­cą, któ­rej po­sta­wa sta­no­wi wzór dla wszyst­kich na­śla­du­ją­cych Chrystusa. Mat­ka Je­zusa re­pre­zen­tuje otwar­tość na dzia­ła­nie Boga, z któ­rej wy­pływa go­to­wość do służe­nia in­nym i któ­ra umoż­li­wia wzrost Ko­ścio­ła. Jest rów­nież zna­kiem dzia­ła­nia Du­cha Bo­że­go, któ­ry udzie­la lu­dziom wszyst­kich swo­ich da­rów i po­bu­dza wszyst­ko do wzro­stu.

4. „Oto two­ja Mat­ka” Ma­ryja w czwar­tej Ewan­ge­lii

Ewan­ge­lia we­dług św. Jana róż­ni się stylem i spo­so­bem ar­gumen­ta­cji od trzech po­zo­sta­łych. Czwar­ty ewan­ge­li­sta opo­wia­da hi­sto­rię życia Je­zusa na swój wła­sny spo­sób – do­bit­nie i alu­zyj­nie ak­cen­tując pier­wia­stek du­cho­wy, sta­ra­jąc się wy­pro­wa­dzić czytel­ni­ka poza ze­wnętrz­ny wy­miar wy­da­rzeń i uka­zać mu praw­dzi­wą rze­czywi­stość, ukrytą za tym, co po­wierz­chow­ne. Co praw­da Ewan­ge­lia przed­sta­wia za­le­d­wie sie­dem cu­dów Je­zusa, te jed­nak sta­no­wią już w oczach jej au­to­ra zna­ki zbli­ża­ją­ce­go się zba­wie­nia. Po­dob­nie o Mat­ce Je­zusa mowa jest u Jana za­le­d­wie dwukrot­nie, ale obie wzmian­ki two­rzą nie­ja­ko ramy ca­łej dzia­łal­no­ści Na­uczycie­la (J 2,1–11; 19,25–27), zna­cząc jej po­czą­tek i ko­niec. Mat­ka jest uczest­nicz­ką obu wy­da­rzeń – to­wa­rzyszy Je­zuso­wi pod­czas we­se­la w Ka­nie i stoi na koń­cu wraz z umi­ło­wa­nym uczniem Mi­strza pod Jego krzyżem. W obu wy­pad­kach ewan­ge­li­sta nie na­zywa Jej po pro­stu Ma­ryją, lecz z sza­cun­kiem dla szcze­gól­nej wię­zi łą­czą­cej ją z Sy­nem ty­tułuje ją „Mat­ką Je­zusa”.

We­se­le w Ka­nie (J 2,1–11)

Au­to­ra czwar­tej Ewan­ge­lii in­te­re­suje przede wszyst­kim we­wnętrz­ny sens hi­sto­rii Je­zusa. Ję­zyk, któ­rym się po­sługuje, jest w związ­ku z tym sym­bo­licz­ny i pe­łen alu­zji. Po­zor­ne sprzecz­no­ści i nie­po­ro­zumie­nia sta­no­wią przy tym nie­rzad­ko klucz do zro­zu­mie­nia praw­dzi­we­go zna­cze­nia po­słan­nic­twa Na­uczycie­la; sens ten au­tor jed­nak za­zwyczaj tyl­ko su­ge­ruje.

Tak jest rów­nież w sce­nie we­se­la w Ka­nie. Kie­dy koń­czy się wino, Ma­ryja zwra­ca Je­zuso­wi uwa­gę na za­ist­nia­łą sy­tua­cję; od­po­wiedź Syna ce­chu­je jed­nak oso­bli­wa re­zer­wa:

Cze­go chcesz ode Mnie, nie­wia­sto? (J 2,4).

Proś­ba Ma­ryi nie zo­sta­je po pro­stu od­rzuco­na, ale od­po­wiedź Je­zusa zdra­dza dy­stans. Ma ona praw­do­po­dob­nie na celu uka­za­nie fak­tu, że siłą na­pę­do­wą dzia­ła­nia Syna Ma­ryi jest wy­łącz­nie Bóg, że kie­ruje się On je­dynie wolą Bożą, a nie wolą lu­dzi – na­wet wła­snej Mat­ki. Z tego po­wo­du Je­zus mówi do Ma­ryi: Czyż nie na­de­szła moja go­dzi­na? (J 2,4)[3] – go­dzi­na ta na­dej­dzie, kie­dy zde­cydu­je o tym Oj­ciec.

Za po­mo­cą owych nie­typo­wych hi­per­bo­li ewan­ge­li­sta chce tak na­praw­dę uka­zać praw­dę do­tyczą­cą Je­zusa – praw­dę o tym, że re­pre­zen­tuje On rze­czywi­stość Bożą, jest cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wa­ny woli Ojca i ma w związ­ku z tym pe­wien dy­stans do spraw po­rusza­ją­cych ludz­kie ser­ca. Uwi­dacz­nia się to w opi­sie we­se­la w Ka­nie rów­nież w od­nie­sie­niu do Mat­ki Je­zusa. Oczywi­ście ewan­ge­li­sta wie, że na­ro­dził się On z Ma­ryi i jest praw­dzi­wym Czło­wie­kiem, chce jed­nak wy­raź­nie za­zna­czyć, że Je­zus jest za­ra­zem wiecz­nym Sło­wem Bo­żym.

Ma­ryja pod krzyżem (J 19,26n)

Tyl­ko czwar­ta Ewan­ge­lia za­wie­ra wzmian­kę, że Mat­ka Je­zusa wraz z uczniem, któ­re­go Pan mi­ło­wał, sta­ła pod krzyżem. W Ja­no­wym prze­ka­zie Je­zus po­wie­rza Ma­ryję swo­je­mu umi­ło­wa­ne­mu ucznio­wi, któ­ry w tej chwi­li przyj­mu­je Ją do domu (J 19,27).

Ten na­kaz od­po­wia­da dra­ma­tycz­nej sy­tua­cji, w któ­rej znaj­du­ją się uczest­ni­cy sce­ny: Je­zus, któ­ry od­tąd nie bę­dzie mógł trosz­czyć się o swo­ją Mat­kę, od­da­je Ją naj­bliż­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi, aby ten za­pew­nił Jej opie­kę i miesz­ka­nie. Mat­ka i uczeń nie mogą jesz­cze to­wa­rzyszyć Ukrzyżo­wa­ne­mu w dro­dze do wiecz­nej wspól­no­ty z Oj­cem, w związ­ku z czym zo­sta­ją po­wie­rze­ni so­bie na­wza­jem.

Je­zus mó­wił o tym rów­nież w mo­wie, w któ­rej że­gnał się z Apo­sto­ła­mi:

Dzie­ci, nie­długo już po­zo­sta­nę z wami. Bę­dzie­cie Mnie szukać, ale – jak już po­wie­dzia­łem Judej­czykom – tak te­raz i wam mó­wię: Tam, do­kąd Ja idę, wy pójść nie mo­że­cie. Daję wam nowe przy­ka­za­nie, aby­ście się wza­jem­nie mi­ło­wa­li. Mi­łuj­cie się wza­jem­nie, jak Ja was umi­ło­wa­łem. Po tej mi­ło­ści, któ­rą bę­dzie­cie mieć jed­ni do drugich, wszyscy po­zna­ją, że­ście ucznia­mi mo­imi (J 13,33–35).

Je­że­li spoj­rzymy na sce­nę pod krzyżem w świe­tle tej wy­po­wie­dzi, wy­raź­nie uka­że nam się in­ten­cja Mi­strza: co praw­da czas ziem­skiej wspól­no­ty uczniów z Je­zusem do­bie­ga koń­ca, Pan po­zo­sta­wia swo­im to­wa­rzyszom jed­nak spu­ści­znę, któ­ra umoż­li­wia trwa­nie w du­cho­wej wspól­no­cie z Nim – mi­łość, któ­rą Jego na­śla­dow­cy po­win­ni da­rzyć sie­bie na­wza­jem. Je­zus bę­dzie obec­ny w ich re­la­cjach, a w Nim będą oni złą­cze­ni rów­nież z Oj­cem. Trwa­ją­cy pod krzyżem Ma­ryja i umi­ło­wa­ny uczeń sta­no­wią za­tem nie­ja­ko za­lą­żek owej no­wej wspól­no­ty w Du­chu Świę­tym, któ­ra po zmar­twych­wsta­niu bę­dzie we wza­jem­nej mi­ło­ści po­szuki­wać wię­zi ze swo­im Mi­strzem.

Oka­zuje się za­tem, że ską­pe wzmian­ki, w któ­rych czwar­ta Ewan­ge­lia wspo­mi­na Mat­kę Je­zusa, mają zna­czą­cą wagę. Za ich po­mo­cą au­tor kre­śli bar­dzo in­dywi­du­al­ny wi­ze­runek Ma­ryi, któ­ra zyska­ła szcze­gól­ny udział w po­słan­nic­twie Syna, po­zo­sta­je jed­nak nie­ja­ko „po stro­nie lu­dzi”. Na­le­ży do tych, do któ­rych skie­ro­wa­ne jest orę­dzie Je­zusa. Jej wy­bra­nie na Mat­kę Je­zusa do­peł­nia się za­tem pod krzyżem – w oso­bach Ma­ryi i umi­ło­wa­ne­go ucznia Pana, jesz­cze przed wy­po­wie­dze­niem przez Nie­go słów: Wy­ko­na­ło się, uwi­dacz­nia się w peł­ni owoc, jaki wy­da­ła Jego śmierć.

[1] We­dług apo­kryficz­nej Pro­to­ewan­ge­lii Ja­kuba Jó­zef w chwi­li po­ślu­bie­nia Ma­ryi był wdow­cem i miał dzie­ci z wcze­śniej­szych mał­żeństw [przyp. red.].

[2] Na­zwa­ną w prze­kła­dach pol­skich „Uria­szo­wą” lub „daw­ną żoną Uria­sza”, por. Mt 1,6 [przyp. tłum.].

[3] Lub, jak to mają nie­któ­re pol­skie prze­kła­dy, na przy­kład Bi­blia Pau­li­stów: „Jesz­cze nie na­de­szła moja go­dzi­na” [przyp. tłum.].

Ma­ryja – Dzie­wi­ca, Boża Ro­dzi­ciel­ka i Świą­tynia Boga jako wzór wia­ry dla ko­biet i męż­czyznMar­ti­na Bär

Wszyst­ko za­czę­ło się od zgo­dy Ma­ryi: Otom ja, służeb­ni­ca Pań­ska, niech mi się sta­nie we­dług twe­go sło­wa (Łk 1,38). Tak brzmia­ła Jej od­po­wiedź na zwia­sto­wa­nie ar­cha­nio­ła Ga­brie­la, gdy oznaj­mił Jej, że zna­la­zła ła­skę u Pana i uro­dzi Dzie­cię, któ­re zo­sta­nie na­zwa­ne Sy­nem Naj­wyż­sze­go i jako król bę­dzie na wie­ki pa­no­wa­ło nad do­mem Ja­kuba. Ma­ryja wy­ra­zi­ła swo­je wąt­pli­wo­ści, mó­wiąc, że prze­cież nie jest jesz­cze na­wet za­męż­na, a więc nie zna współ­życia z męż­czyzną. W od­po­wie­dzi anioł prze­po­wie­dział Jej, że po­cznie w spo­sób cu­dow­ny: Duch Świę­ty zstą­pi na Nią i moc Naj­wyż­sze­go Ją osło­ni. Dla­te­go wła­śnie Dzie­cię bę­dzie świę­te i zo­sta­nie na­zwa­ne Sy­nem Bo­żym. Jak do­dał Boży po­sła­niec, rów­nież Elż­bie­ta, któ­rą uwa­ża­no za nie­płod­ną, mimo po­de­szłe­go wie­ku za­szła w cią­żę. Dla Boga nie ma prze­cież rze­czy nie­moż­li­wych. Usłyszaw­szy to, Ma­ryja była w sta­nie po­wie­dzieć „tak” woli Bo­żej i od­na­leźć w swym ser­cu Boże pra­gnie­nie, aby to nie­zwykłe Dziec­ko – dłu­go ocze­ki­wa­ny Me­sjasz – zo­sta­ło przez Nią przy­ję­te i dzię­ki Niej przy­szło na świat. Wte­dy anioł Ga­briel od­szedł od Niej. Ma­ryja tym­cza­sem bez­zwłocz­nie wy­ruszyła do swo­jej krew­nej Elż­bie­ty, w któ­rej życiu Bóg tak­że do­ko­nał cu­dow­nych rze­czy. Kie­dy ko­bie­ty się zo­ba­czyły i przy­wi­ta­ły, ra­dość z nie­zwykłych wy­da­rzeń zo­sta­ła jesz­cze spo­tę­go­wa­na: dzie­ciąt­ko w ło­nie Elż­bie­ty aż pod­sko­czyło z ucie­chy. W tym mo­men­cie Duch Świę­ty na­peł­nił Elż­bie­tę, a ona za­wo­ła­ła na po­wi­ta­nie Ma­ryi: Bło­go­sła­wio­naś Ty mię­dzy nie­wia­sta­mi i bło­go­sła­wio­ny owoc Two­je­go łona! Czym za­służyłam so­bie, że przy­cho­dzi do mnie mat­ka mo­je­go Pana? (…) O szczę­śli­wa, któ­ra uwie­rzyła, że speł­ni się to, co Jej Pan po­wie­dział (Łk 1,42–43.45). Na ta­kie, na­tchnio­ne przez Du­cha Świę­te­go, bło­go­sła­wień­stwo Ma­ryja mo­gła od­po­wie­dzieć tyl­ko pie­śnią uwiel­bie­nia: Uwiel­bia du­sza moja Pana. I roz­ra­do­wał się duch mój w Bogu, Zba­wi­cie­lu moim. Bo spoj­rzał na swo­ją po­kor­ną służeb­ni­cę. I od­tąd na­zywać mnie będą szczę­śli­wą wszyst­kie na­ro­dy. Bo wiel­kie rze­czy uczynił dla mnie Wszech­moc­ny. Świę­te jest Jego Imię (Łk 1,46–49). Jak­że praw­dzi­we były to sło­wa! Ma­ryja rze­czywi­ście we­szła na sta­łe do hi­sto­rii zba­wie­nia, za­ję­ła szcze­gól­ne miej­sce we wspól­no­cie świę­tych i po dziś dzień jest naj­waż­niej­szą ko­bie­tą czczo­ną w ko­ścio­łach chrze­ści­jań­skich. Mat­ka Je­zusa jest za­ra­zem za­pew­ne jed­ną z naj­bar­dziej zło­żo­nych po­sta­ci No­we­go Te­sta­men­tu, z jed­nej stro­ny ma­ją­cą barw­ną, zróż­ni­co­wa­ną tra­dycję i hi­sto­rię po­boż­no­ści, z drugiej zaś – po­zo­sta­wia­ją­cą przez wie­ki śla­dy wła­snej, nie­po­wta­rzal­nej du­cho­wo­ści na ścież­kach wia­ry wie­lu osób. Naj­le­piej praw­dę tę wy­ra­ził nie­miec­ki po­eta No­va­lis w swo­im wier­szu o Ma­ryi: W wie­lu ob­ra­zach, Mat­ko Pana mego, wi­dzę Cię cud­nie z wszech miar przed­sta­wio­ną, lecz ża­den ob­raz nie od­da­je tego, jak w du­szy mo­jej mam Cię uwiecz­nio­ną.

Dla­cze­go jed­nak już w cza­sach wcze­sno­chrze­ści­jań­skich Ma­ryja zyska­ła tak wiel­kie zna­cze­nie, i to za­rów­no wśród pro­ste­go ludu, jak i wy­bit­nych teo­lo­gów? Jaka jest Jej rola w hi­sto­rii zba­wie­nia? Na ile może stać się wzo­rem wia­ry dla męż­czyzn i ko­biet? Na te pyta­nia spró­bu­je­my so­bie od­po­wie­dzieć, zaj­mu­jąc się w na­szych roz­wa­ża­niach fun­da­men­tal­nymi kwe­stia­mi zwią­za­nymi z Ma­ryją – te­ma­ta­mi Jej dzie­wic­twa i na­ro­dzin Je­zusa.

1. Ma­ryja i na­ro­dzi­ny Dzie­ciąt­ka Je­zus w Pro­to­ewan­ge­lii Ja­kuba i le­gen­dach wcze­sno­chrze­ści­jań­skich

Po­wsta­ła w II wie­ku apo­kryficz­na[4] ewan­ge­lia dzie­ciń­stwa, zwa­na Pro­to­ewan­ge­lią Ja­kuba, ma od wie­ków duży wpływ na po­boż­ność lu­do­wą i spo­sób przed­sta­wia­nia Ma­ryi przez ar­tystów. Mimo że tekst ten nig­dy nie zo­stał ofi­cjal­nie uzna­ny przez Ko­ściół, był bar­dzo po­pular­ny ze wzglę­du na swój pe­łen po­boż­nych tre­ści prze­kaz[5]. Opo­wia­da hi­sto­rię życia Mat­ki Bo­żej. To tu wy­mie­nio­ne zo­sta­ły imio­na Jej ro­dzi­ców, Anny i Jo­achi­ma, opi­sa­ne są Jej na­ro­dzi­ny i dzie­ciń­stwo w świą­tyni je­ro­zo­lim­skiej, do­kąd zo­sta­ła od­da­na w wie­ku trzech lat. Ta apo­kryficz­na ewan­ge­lia opo­wia­da tak­że o za­rę­czynach Ma­ryi z wdow­cem Jó­ze­fem, któ­ry miał już dzie­ci z pierw­sze­go mał­żeń­stwa, o jego wąt­pli­wo­ściach i w koń­cu o cu­dow­nych na­ro­dzi­nach Je­zusa. O tych ostat­nich mówi świa­dec­two po­łoż­nej. Zo­ba­czyła ona, jak gro­tę na­ro­dze­nia okryła świe­tli­sta chmu­ra, z któ­rej roz­błysło olśnie­wa­ją­ce świa­tło. Kie­dy świa­tło znik­nę­ło, oczom ze­bra­nych uka­za­ło się Boże Dzie­cię, któ­re od razu za­czę­ło ssać z pier­si swo­jej mat­ki, Ma­ryi. Uj­rzaw­szy to wszyst­ko, po­łoż­na za­wo­ła­ła: „Dziś du­sza moja zo­sta­ła wy­wyż­szo­na, bo moje oczy uj­rza­ły dziś rze­czy prze­kra­cza­ją­ce wszel­kie po­ję­cia”[6]. Po­ród od­był się bez bólu, co zo­sta­ło wy­tłuma­czo­ne tym, że ro­dzą­ca w chwi­li po­ro­du była osło­nię­ta świa­tłem. Ba­da­nie gi­ne­ko­lo­gicz­ne prze­pro­wa­dzo­ne przez po­łoż­ną, a póź­niej­szą uczen­ni­cę Chrystusa, Sa­lo­me, wy­ka­za­ło, że Maryja tak­że po po­ro­dzie po­zo­sta­ła dzie­wi­cą (Pro­to­ewan­ge­lia Ja­kuba, 20). Pro­to­ewan­ge­lia Ja­kuba opo­wia­da na­stęp­nie o po­kło­nie trzech ma­gów, uciecz­ce do Egip­tu i o za­rzą­dzo­nej przez He­ro­da rze­zi nie­wi­nią­tek be­tle­jem­skich. Tekst prze­ciw­sta­wia się za­tem krą­żą­ce­mu w cza­sach wcze­sno­chrze­ści­jań­skich po­glą­do­wi, ja­ko­by Je­zus był nie­ślub­nym dziec­kiem.

Żad­na inna z apo­kryficz­nych ewan­ge­lii nie sta­wia tak bar­dzo w cen­trum uwa­gi oso­by Ma­ryi, Jej po­cho­dze­nia i życia, jak Pro­to­ewan­ge­lia Ja­kuba. Waż­nym te­ma­tem jest w niej tak­że po­czę­cie i dzie­wi­czy po­ród Ma­ryi, co po­zwa­la dziś zo­rien­to­wać się, jak wy­glą­dał kult ma­ryj­ny w pierw­szych dwóch wie­kach po Chrystusie. Ten apo­kryficz­ny tekst był wy­jąt­ko­wo po­pular­ny za­rów­no w Ko­ście­le za­chod­nim, jak i wschod­nim, gdzie jego frag­men­ty zo­sta­ły na­wet włą­czo­ne do li­tur­gii. Mimo to Ko­ściół nie uznał go nig­dy ofi­cjal­nie; nie wszedł on do ka­no­nu świę­tych ksiąg z uwa­gi na swo­ją do pew­ne­go stop­nia gno­styc­ką wy­mo­wę – uka­za­nie Je­zusa nie jako praw­dzi­we­go czło­wie­ka, ale isto­tę o wy­łącz­nie Bo­skiej na­turze. Tym­cza­sem w II wie­ku oj­co­wie Ko­ścio­ła do­bit­nie pod­kre­śla­li, że Chrystus po­sia­dał tak­że na­turę ludz­ką, że był wcie­lo­nym Sło­wem Bo­żym, a więc i praw­dzi­wym czło­wie­kiem. W związ­ku z tym rze­czywi­ste na­ro­dzi­ny Je­zusa z cia­ła Ma­ryi i na­ucza­nie o wcie­le­niu (in­kar­na­cji) Syna Bo­że­go mia­ły w tym cza­sie ogrom­ne zna­cze­nie. Z drugiej jed­nak stro­ny do­gmat o dzie­wi­czym po­czę­ciu się Je­zusa z Du­cha Świę­te­go wzmac­niał wia­rę w bo­skość Je­zusa Chrystusa.

Praw­dzi­we, a nie sym­bo­licz­ne na­ro­dzi­ny Je­zusa z Jego mat­ki Ma­ryi, a tak­że pod­kre­śle­nie Jej dzie­wi­czej czysto­ści mia­ły rów­nież istot­ne zna­cze­nie dla do­gma­tycz­nej de­fi­ni­cji oso­by Zba­wi­cie­la. So­bór w Chal­ce­do­nie w roku 451 za­koń­czył w sta­ro­żyt­nym Ko­ście­le spo­ry teo­lo­gicz­ne o to, kim tak na­praw­dę był Je­zus Chrystus i w jaki spo­sób łą­czyła się w Nim bo­skość i czło­wie­czeń­stwo. So­bór ten stwier­dził, że Je­zus jako jed­na oso­ba (tzw. unia hi­po­sta­tycz­na) po­sia­dał dwie na­tury (tzw. na­uka o dwóch na­turach), a mia­no­wi­cie bo­ską i ludz­ką. W ten spo­sób, prze­bywa­jąc na zie­mi, Je­zus Chrystus był w jed­nej oso­bie „praw­dzi­wym Czło­wie­kiem i praw­dzi­wym Bo­giem”.

Oj­co­wie Ko­ścio­ła z II wie­ku, dzię­ki temu, że tak kon­se­kwent­nie kła­dli na­cisk na praw­dzi­wość wcie­le­nia Je­zusa i dzie­wi­czość Ma­ryi, w du­żej mie­rze przy­go­to­wa­li grunt pod sfor­mu­ło­wa­nia chrysto­lo­gicz­ne póź­niej­szych so­bo­rów. W ob­li­czu sze­rzą­cych się he­re­zji gno­stycz­nych mu­sie­li oni i pra­gnę­li utwier­dzić na­ukę o wy­da­rze­niach zbaw­czych w dwóch waż­nych aspek­tach: z jed­nej stro­ny na­le­ża­ło pod­kre­ślić, że Je­zus z Na­za­re­tu na­praw­dę był Sy­nem Bo­żym, z drugiej zaś – ja­sno po­wie­dzieć, że stał się w spo­sób re­al­ny czło­wie­kiem, zro­dzo­nym przez ko­bie­tę, choć pod jed­nym waż­nym wzglę­dem róż­nił się od nas, lu­dzi: (…) do­znał tego wszyst­kie­go, cze­go my do­zna­je­my, z wy­jąt­kiem grze­chu (Hbr 4,15). Mu­sia­ło to zo­stać wy­raź­nie stwier­dzo­ne, praw­dy te bo­wiem na­da­ją za­sad­ni­czo sens wiel­kiej Bo­żej ini­cja­tywie po­sła­nia na zie­mię Syna i ta­jem­ni­cy Jego wcie­le­nia dla na­sze­go zba­wie­nia. Oj­ciec Ko­ścio­ła, św. Grze­gorz z Na­zjan­zu, ujął to tak: Co nie zo­sta­ło przy­ję­te, nie zo­sta­ło ule­czo­ne; co zjed­no­czo­ne jest z Bo­giem, do­zna­je zba­wie­nia. Taki po­gląd i tego ro­dza­ju sfor­mu­ło­wa­nia sta­ły się wzor­co­we dla so­bo­rów chrysto­lo­gicz­nych. Po­nie­waż zaś Pro­to­ewan­ge­lia Ja­kuba przed­sta­wia na­ro­dze­nie Pań­skie w spo­sób za­wo­alo­wa­ny, mó­wiąc tyl­ko o ośle­pia­ją­cym świe­tle i po­ja­wie­niu się Dzie­cię­cia, po­zo­sta­je w niej nie­wy­ja­śnio­ne, czy po­ród miał rze­czywi­ście miej­sce, a je­śli tak, to jaki był jego prze­bieg. Z tego wła­śnie po­wo­du tekst ten nie mógł zo­stać ofi­cjal­nie uzna­ny i tra­fić do ka­no­nu ksiąg No­we­go Te­sta­men­tu.

2. Praw­dy o dzie­wic­twie i Bo­żym ro­dzi­ciel­stwie Ma­ryi jako de­po­zyt wia­ry i te­mat roz­wa­żań teo­lo­gicz­nych w Ko­ście­le sta­ro­żyt­nym

W tra­dycji Ko­ścio­ła z Pro­to­ewan­ge­lii Ja­kuba prze­trwa­ło wy­obra­że­nie o nie­po­ka­la­nym dzie­wic­twie Ma­ryi i prze­ko­na­nie o Jej szcze­gól­nej roli w wy­da­rze­niach zbaw­czych. Po­sta­cie Ma­ryi i Je­zusa są nie­ro­ze­rwal­nie ze sobą zwią­za­ne. Kult Ma­ryi jako dzie­wi­cy i Bo­żej Ro­dzi­ciel­ki czy też Mat­ki Bo­żej szyb­ko sze­rzył się we wspól­no­tach chrze­ści­jań­skich i stał się de­po­zytem wia­ry sta­ro­żyt­ne­go Ko­ścio­ła. Przyj­rzyj­my się na po­czą­tek po­krót­ce prze­ka­zom do­tyczą­cym do­gma­tu o dzie­wic­twie Ma­ryi w okre­sie wcze­sno­chrze­ści­jań­skim. Pod­czas gdy oj­ciec Ko­ścio­ła za­chod­nie­go Ter­tulian (zm. ok. 220) nie od­no­sił po­ję­cia dzie­wic­twa do prze­bie­gu po­ro­du Ma­ryi, lecz ro­zu­miał je jako rze­czywi­stość bra­ku współ­życia z mę­żem, teo­lo­go­wie wschod­ni, tacy jak św. Kle­mens z Alek­san­drii (zm. ok. 215), for­so­wa­li po­gląd, ja­ko­by Je­zus uro­dził się w cu­dow­ny spo­sób, tak że dzie­wic­two Ma­ryi po­zo­sta­ło nie­na­ruszo­ne (vir­gi­ni­tas par­tu)[7]. Osta­tecz­nie oj­ciec Ko­ścio­ła Oryge­nes (zm. ok. 254) wpro­wa­dził do teo­lo­gii po­gląd, że Ma­ryja za­wsze była dzie­wi­cą – za­rów­no przed, jak i po na­ro­dzi­nach Chrystusa (vir­gi­ni­tas ante par­tum et post par­tum) – i, co zna­mien­ne, po­dob­nie jak Ter­tulian od­niósł dzie­wic­two Ma­ryi do wstrze­mięź­li­wo­ści sek­sual­nej Jej męża, co nie może zresz­tą dzi­wić wo­bec po­wszech­nie zna­ne­go asce­tyzmu Oryge­ne­sa. Do­pie­ro św. Au­gustyn (zm. 430) uznał nie­po­ka­la­ne po­czę­cie Je­zusa za nie­zbęd­ny wa­runek zba­wie­nia. W swo­im na­ucza­niu o grze­chu pier­wo­rod­nym za­warł po­gląd, że Je­zus jako czło­wiek bez­grzesz­ny i świę­ty ab­so­lut­nie mu­siał po­cząć się i na­ro­dzić w spo­sób dzie­wi­czy, po­nie­waż isto­tę grze­chu Ada­ma teo­log ten do­strze­gał we współ­życiu sek­sual­nym. Au­gustyn są­dził, że pierw­si ro­dzi­ce prze­ka­za­li grzech pier­wo­rod­ny ko­lej­nym lu­dziom dro­gą płcio­wą. Kie­rując się tą lo­gi­ką, teo­log ten do­szedł do wnio­sku, że Je­zus mu­siał zo­stać nie­po­ka­la­nie po­czę­ty oraz uro­dzo­ny i nie mógł po­sia­dać ziem­skie­go ojca, po­nie­waż aby wy­zwo­lić lu­dzi od grze­chu Ada­ma, nie mógł przyjść na świat w efek­cie cie­le­sne­go po­żą­da­nia. W spo­sób oczywi­sty jest to teo­lo­gia i lo­gi­ka wy­mie­rzo­na prze­ciw­ko ludz­kiej sek­sual­no­ści. „Z tego po­wo­du krę­gi asce­tycz­ne przy­ję­ły teo­rię Au­gustyna z wdzięcz­no­ścią”[8]. Owo „zgrab­ne” teo­lo­gicz­ne uza­sad­nie­nie po­tę­pie­nia sto­sun­ków płcio­wych wy­war­ło ogrom­ny wpływ na całą chrze­ści­jań­ską mo­ral­ność sek­sual­ną oraz na chrze­ści­jań­ski ob­raz ko­bie­ty i za­owo­co­wa­ło za­ka­za­mi, któ­re z pew­no­ścią nie służyły ani męż­czyznom, ani ko­bie­tom.

3. The­oto­kos, Dzie­wi­ca i Za­wsze Dzie­wi­ca – do­gma­tycz­ne ty­tuły Ma­ryi, nada­ne Jej przez ekume­nicz­ne so­bo­ry sta­ro­żyt­ne­go Ko­ścio­ła

W IV i V wie­ku wiel­kie so­bo­ry ekume­nicz­ne za­ję­ły się w koń­cu szcze­gó­ło­wo na­ucza­niem o oso­bie Je­zusa Chrystusa i sfor­mu­ło­wa­niem obo­wią­zują­ce­go cały świat chrze­ści­jań­ski wy­zna­nia wia­ry. W związ­ku z tym po raz pierw­szy po­ja­wi­ły się do­gma­tycz­ne sfor­mu­ło­wa­nia do­tyczą­ce roli Ma­ryi w wy­da­rze­niach zbaw­czych, a tak­że ści­słe­go po­wią­za­nia Je­zusa i Jego Mat­ki. I tak, w roku 431 so­bór w Efe­zie przy­znał osta­tecz­nie Ma­ryi ty­tuł Bo­żej Ro­dzi­ciel­ki (gr. the­oto­kos). Tego sfor­mu­ło­wa­nia używa­ło w od­nie­sie­niu do Ma­ryi już przed tym so­bo­rem kil­ka po­ko­leń chrze­ści­jan (za­rów­no oj­co­wie Ko­ścio­ła, jak i lud Boży). Po­wsta­ło ono praw­do­po­dob­nie pod ko­niec I wie­ku w egip­skiej Alek­san­drii. Już uczest­ni­cy sy­no­du w An­tio­chii z lat 324–325 za­war­li ten ty­tuł Ma­ryi w uło­żo­nym przez sie­bie wy­zna­niu wia­ry, a od cza­su ekume­nicz­ne­go so­bo­ru w Efe­zie na sta­łe zna­lazł on miej­sce w ofi­cjal­nej na­uce Ko­ścio­ła. Nadaw­szy Ma­ryi ów chwa­leb­ny ty­tuł „Bo­żej Ro­dzi­ciel­ki”, oj­co­wie so­bo­ro­wi pod­kre­śla­li, że „Świę­ta Dzie­wi­ca zro­dzi­ła we­dług cia­ła Sło­wo Boże, któ­re sta­ło się cia­łem”. Nowy ty­tuł Ma­ryi stał się tak­że teo­lo­gicz­nym uza­sad­nie­niem fak­tu, że rze­czywi­ście zro­dzi­ła Ona Sło­wo Boże, Syna Bo­że­go, któ­ry stał się praw­dzi­wym Czło­wie­kiem. Okre­śle­nie „Boża Ro­dzi­ciel­ka” wy­ra­ża rów­nież praw­dę, że Ma­ryja uro­dzi­ła Boga, ale sama nie była Bo­giem. Za­ak­cen­to­wa­nie tego fak­tu jest waż­ne dla dia­lo­gu ekume­nicz­ne­go. Ty­tuł The­oto­kos od­zwier­cie­dla ogrom­ne zna­cze­nie Ma­ryi w hi­sto­rii zba­wie­nia oraz zwra­ca uwa­gę na Jej ści­sły zwią­zek z Je­zusem Chrystusem. W cyto­wa­nym po­wyżej uza­sad­nie­niu uczest­ni­ków so­bo­ru Mat­kę Bożą na­zywa się „Świę­tą Dzie­wi­cą”. Okre­śle­nie to we­szło wów­czas do cre­do jako waż­na ta­jem­ni­ca wia­ry chrze­ści­jań­skiej, aby uwydat­nio­na zo­sta­ła bo­skość Dzie­ciąt­ka Je­zus. W tym okre­sie ty­tuł Dzie­wi­cy był już ele­men­tem kul­tu Ma­ryi w liturgii. Do­gmat o dzie­wic­twie Ma­ryi pro­pa­go­wa­ły szcze­gól­nie krę­gi asce­tycz­ne.

W ten spo­sób okre­śle­nie „Dzie­wi­ca Ma­ryja” we­szło do ni­cej­sko-kon­stan­tyno­po­li­tań­skie­go wy­zna­nia wia­ry (381 r.) w brzmie­niu: „przy­jął cia­ło z Ma­ryi Dzie­wi­cy”. Upo­wszech­nie­nie się tego ty­tułu Ma­ryi, jak rów­nież drugie­go, Theo­to­kos, sta­ło się punk­tem wyj­ścia do po­ja­wie­nia się ko­lej­ne­go – Ma­ryja „za­wsze Dzie­wi­ca”. Kie­dy sfor­mu­ło­wa­no już ofi­cjal­nie naj­waż­niej­sze praw­dy do­gma­tycz­ne o Je­zusie Chrystusie, w cią­gu ko­lej­nych dzie­się­cio­le­ci wśród teo­lo­gów w na­tural­ny spo­sób po­ja­wi­ła się po­trze­ba do­kład­niej­szej ana­li­zy wąt­ków zwią­za­nych z Ma­ryją. Tak­że tym ra­zem waż­ne oka­za­ło się pyta­nie, jak de­fi­nio­wać dzie­wic­two Bo­żej Ro­dzi­ciel­ki oraz co do­kład­nie ozna­cza to po­ję­cie. W roku 553 w cza­sie drugie­go so­bo­ru kon­stan­tyno­po­li­tań­skie­go do li­sty ty­tułów Ma­ryi do­łą­czo­no „za­wsze Dzie­wi­ca” (gr. aeipar­the­nos). W do­kumen­tach tego so­bo­ru zna­lazł się za­pis wy­zna­nia wia­ry we wcie­le­nie Sło­wa Bo­że­go, zro­dzo­ne­go „ze świę­tej, chwa­leb­nej Bo­żej Ro­dzi­ciel­ki Ma­ryi, za­wsze Dzie­wi­cy”. Jak już była o tym mowa, mo­tyw Ma­ryi „za­wsze Dzie­wi­cy” jako pierw­szy wpro­wa­dził do teo­lo­gii Oryge­nes. Na­to­miast wła­śnie w roku 553 okre­śle­nie to pod­nie­sio­no do ran­gi ko­lej­ne­go ofi­cjal­ne­go ty­tułu Mat­ki Zba­wi­cie­la. Z ko­lei sto lat póź­niej, w roku 649, sy­nod la­te­rań­ski ogło­sił jako ofi­cjal­ny do­kument Ko­ścio­ła ka­non, w któ­rym stwier­dza się, że Ma­ryi na­le­ży od­da­wać cześć jako „za­wsze dzie­wi­czej i nie­ska­la­nej (…) Bo­żej Ro­dzi­ciel­ce” oraz że „Sło­wo, zro­dzo­ne z Boga Ojca przed wszyst­ki­mi wie­ka­mi, w ostat­nich zaś cza­sach w spo­sób szcze­gól­ny i praw­dzi­wy bez na­sie­nia z Du­cha Świę­te­go po­czę­te, [Ma­ryja] bez na­rusze­nia dzie­wic­twa po­ro­dzi­ła i po­zo­sta­ła tak­że dzie­wi­cą po na­ro­dze­niu”. Wi­dzi­my za­tem wy­raź­nie, że ty­tułów Bo­żej Ro­dzi­ciel­ki i Dzie­wi­cy Ma­ryi nie spo­sób me­ryto­rycz­nie roz­dzie­lić. Okre­śle­nie Ma­ryi jako „za­wsze Dzie­wi­cy” oraz de­fi­nio­wa­nie owe­go dzie­wic­twa jako nie­na­ruszo­nej czysto­ści płcio­wej za­rów­no przed po­ro­dem, jak i w trak­cie, a tak­że po wy­da­niu na świat Chrystusa (vir­gi­ni­tas ante par­tum, in par­tu, post par­tum), jest świa­dec­twem zmie­nia­ją­cej się wy­kład­ni teo­lo­gicz­nej oraz wzmo­żo­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia oso­bą Ma­ryi. Przed­sta­wia­na była te­raz przez Ko­ściół jako wzór dzie­wic­twa i czysto­ści w ro­zu­mie­niu sek­sual­nym, a więc jako swo­iste we­zwa­nie do ta­kiej po­sta­wy. Dzię­ki zyska­niu ty­tułu The­oto­kos zo­sta­ła z ko­lei uka­za­na jako ide­ał ko­bie­ty i mat­ki. Czy jed­nak to wszyst­ko, co moż­na o Niej po­wie­dzieć? Spójrz­my te­raz na pe­wien ob­raz Ma­ryi, a tak­że na Jej wi­ze­runek na­szki­co­wa­ny w dzie­łach Mi­strza Ec­khar­ta, aby zyskać po­głę­bio­ną in­ter­pre­ta­cję tych ty­tułów, a tak­że ich zna­cze­nia dla na­szej oso­bi­stej wia­ry.

4. Ma­ryja jako pierw­sze ta­ber­na­kulum – teo­lo­gia pew­ne­go ob­ra­zu

Ty­tuł „Boża Ro­dzi­ciel­ka” kryje w so­bie nie­zwykle cen­ny skarb wia­ry chrze­ści­jań­skiej. Ozna­cza on bo­wiem, że Ma­ryja była pierw­szym czło­wie­kiem, któ­ry stał się „świą­tynią Boga”. W swym ko­bie­cym cie­le, wszę­dzie tam, do­kąd szła, no­si­ła Syna Bo­że­go. Ist­nie­je wie­le ob­ra­zów przed­sta­wia­ją­cych Ma­ryję jako Bożą Ro­dzi­ciel­kę, a więc jako Mat­kę Boga. Z pew­no­ścią naj­czę­ściej bywa przed­sta­wia­na jako mat­ka z dziec­kiem na ręku. Inne zna­ne wi­ze­run­ki to ty­po­we dla sztuki bi­zan­tyj­skiej ob­ra­zy Ma­ryi za­sia­da­ją­cej na tro­nie z Je­zusem, sym­bo­li­zują­cym wcie­lo­ną mą­drość Bożą, na ko­la­nach. Do zna­nych wi­ze­run­ków na­le­ży też czczo­na na Rusi iko­na Mat­ki Bo­żej Wło­dzi­mier­skiej z prze­ło­mu XI i XII wie­ku. Przed­sta­wia ona Ma­ryję z Dzie­ciąt­kiem, któ­re czule przy­tula po­li­czek do Jej po­licz­ka. Ma­ryja pa­trzy jed­no­cze­śnie w dal – ku Gol­go­cie. Przy­kła­dy zna­nych ob­ra­zów moż­na mno­żyć. Po­ni­żej będę od­wo­ływać się do wi­ze­run­ku Ma­ryi au­tor­stwa XX-wiecz­ne­go szwaj­car­skie­go ma­la­rza Ja­ko­ba Häne­go (1913–1978), któ­ry w spo­sób szcze­gól­ny wy­do­bywa aspekt jed­no­ści Dzie­ciąt­ka Je­zus i Jego Mat­ki. Ma­ryja zo­sta­ła tu przed­sta­wio­na jak­by na mo­za­ice i oto­czo­na żół­tą po­świa­tą. Po­środ­ku Jej po­sta­ci, na wy­so­ko­ści ser­ca, ma­larz umie­ścił ma­łe­go Je­zusa, tak jak­by Mat­ka Boża no­si­ła Go w so­bie. Dzie­cię sie­dzi w cen­trum ca­łe­go ob­ra­zu jako pięk­ny chłop­czyk, pro­mie­niu­ją­cy bia­łym świa­tłem. Bło­go się uśmie­cha i uno­si rącz­ki w ge­ście mo­dli­twy (po­sta­wa oran­ta). Wy­ra­ża ona otwar­cie się i od­da­nie. Rów­nież Ma­ryja wy­cią­ga ręce w ten spo­sób. Ma gło­wę lek­ko po­chylo­ną w bok, a Jej twarz wy­ra­ża we­wnętrz­ny po­kój i otwar­tość. Na Jej pra­wej, otwar­tej dło­ni spo­czywa bia­ły snop świa­tła, któ­ry Ma­ryja otrzymu­je od Du­cha Świę­te­go, wy­obra­żo­ne­go w le­wym gór­nym rogu ob­ra­zu pod po­sta­cią go­łę­bi­cy. Świa­tło to ko­re­spon­du­je z po­świa­tą ota­cza­ją­cą sie­dzą­ce­go w cen­trum ob­ra­zu Je­zusa. Duch Świę­ty z mocą na­peł­nia swo­im świa­tłem dłoń Ma­ryi. Stąd znaj­du­je ono dro­gę do Jej cia­ła, wpływa­jąc do jego wnę­trza, co ar­tysta na­ma­lo­wał tak­że w stylu mo­zai­ko­wym. W ten spo­sób cała po­stać Mat­ki Bo­żej ską­pa­na jest w żół­tym i bia­łym świe­tle. Nad Jej gło­wą do­strzec moż­na au­re­olę, a wo­kół ca­łej po­sta­ci, w for­mie nie­bie­skich ka­mie­ni mo­zai­ki, przy­po­mi­na­ją­cych klej­no­ty, roz­po­ście­ra się płaszcz ochron­ny – sym­bol bez­pie­czeń­stwa.

Au­tor ob­ra­zu za­tytuło­wał go Ma­ryja – pierw­sze ta­ber­na­kulum. Wy­mo­wa tego wi­ze­run­ku jest ja­sna, a za­ra­zem daje do myśle­nia: Ma­ryja jako pierw­sza no­si­ła w so­bie Dzie­ciąt­ko Je­zus – i to w do­dat­ku w cen­trum swo­je­go je­ste­stwa, w ser­cu. Stam­tąd mały Je­zus pro­mie­nie­je na ze­wnątrz, tak że Ma­ryję cał­ko­wi­cie wy­peł­nia to we­wnętrz­ne świa­tło oraz rze­czywi­stość Jego obec­no­ści. Świa­tło Bo­że­go Dzie­cię­cia prze­bi­ja się na ze­wnątrz. Tak­że z ze­wnątrz Ma­ryję opro­mie­nia Boże świa­tło – Duch Świę­ty dzia­ła tu mocą swo­jej świa­tło­ści, któ­ra z ko­lei wpływa do wnę­trza Mat­ki Bo­żej. W ten spo­sób jest Ona cał­ko­wi­cie prze­nik­nię­ta świa­tłem, czyli ła­ską Bożą. Mo­dli­tew­na po­sta­wa orant­ki nie ozna­cza nic in­ne­go, jak Jej życio­wą po­sta­wę cał­ko­wi­te­go od­da­nia się Bogu. Taką po­sta­wę wy­ra­ża rów­nież gest Dzie­ciąt­ka w Jej wnę­trzu. Dzię­ki mocy Du­cha Świę­te­go Ma­ryja była w sta­nie po­cząć Je­zusa i no­sić Go w so­bie. Ma­leń­stwo i Jego Mat­ka pro­mie­nie­ją ra­do­ścią.

Kie­dy ar­tysta mówi o Ma­ryi jako o pierw­szym ta­ber­na­kulum, su­ge­ruje, że ist­nia­ły i ist­nie­ją tak­że inne. Nie ma jed­nak na myśli zdob­nych dro­gi­mi ka­mie­nia­mi sza­fek, lecz in­nych świę­tych, któ­rzy, po­dob­nie jak Ma­ryja, cał­ko­wi­cie po­wie­rzyli swo­je życie Bogu. Sta­li się oni jed­no­ścią z Chrystusem i mocą tego zjed­no­cze­nia żyli i dzia­ła­li. Ob­raz po­bu­dza więc oglą­da­ją­cych go do po­wie­dze­nia Bogu „tak” z peł­nym za­ufa­niem w Jego wiel­ką moc, tak jak Ma­ryja, żeby przy­jąć Je­zusa z całą ra­do­ścią, któ­rą On przy­no­si, i po­zwo­lić, aby uka­zał On w nas w peł­ni Jego dzia­ła­nie. Z tego wzglę­du Ma­ryja wy­da­je się być dla nas do­sko­na­łym wzo­rem wia­ry. Jako pierw­sza z lu­dzi po­ka­za­ła, od cze­go za­czyna się życie du­cho­we oraz na­sza oso­bi­sta hi­sto­ria re­la­cji z Bo­giem. Pa­trząc na Jej życie, wie­my już, co zna­czy na­ro­dzić się z Du­cha (J 3,5), a tak­że od­krywa­my zna­cze­nie zda­nia: Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2,20). Ma­ryja jest też pierw­szym czło­wie­kiem, któ­ry dzię­ki świa­tłu Du­cha Świę­te­go świa­do­mie przy­jął obec­ność Chrystusa. No­si­ła ją w so­bie w spo­sób do­sko­na­ły, ofia­ro­wując jej hoj­nie miej­sce w swym ser­cu i osta­tecz­nie da­jąc ją świa­tu. Z tego po­wo­du jest pierw­szą chrze­ści­jan­ką i wzo­rem wia­ry dla nas. Ta­kie stwier­dze­nie ozna­cza oczywi­ście, że bi­blij­ną opo­wieść o po­czę­ciu z Du­cha Świę­te­go na­le­ży ro­zu­mieć dwo­ja­ko. Z jed­nej bo­wiem stro­ny mamy do czynie­nia z re­al­nym po­czę­ciem się Syna Bo­że­go w ło­nie Ma­ryi, a co za tym idzie, z fi­zjo­lo­gicz­nie ro­zu­mia­ną cią­żą i po­ro­dem. Dzię­ki owej go­to­wo­ści do przy­ję­cia woli Bo­żej, któ­ra po­skut­ko­wa­ła otrzyma­niem naj­wspa­nial­sze­go z moż­li­wych daru, Mat­ka Je­zusa zyska­ła wy­jąt­ko­we miej­sce w hi­sto­rii zba­wie­nia i we wspól­no­cie Świę­tych. Z drugiej zaś stro­ny za­po­wie­dzia­ne przy zwia­sto­wa­niu po­czę­cie z Du­cha Świę­te­go moż­na też ro­zu­mieć jako me­ta­fo­rę i nadać mu jesz­cze głęb­sze zna­cze­nie. Wy­da­je się, że o to zna­cze­nie wła­śnie cho­dzi, kie­dy mó­wi­my o roli Ma­ryi w na­szym kon­kret­nym życiu wia­ry. Cho­dzi ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko o we­zwa­nie do na­śla­do­wa­nia Jej czynów i do bycia świę­tym, tak jak Bóg jest świę­ty (por. 1 P 1,16), a w ten spo­sób uświę­ca­nie ca­łe­go stwo­rze­nia.

5. Na­ro­dzi­ny Boga i dzie­wic­two u Mi­strza Ec­khar­ta

Te­mat na­ro­dzin Boga i dzie­wic­twa od­grywa u Mi­strza Ec­khar­ta (ok. 1260–1328) bar­dzo istot­ną rolę. I on ro­zu­mie na­ro­dzi­ny Dzie­ciąt­ka Je­zus i dzie­wic­two Ma­ryi jako me­ta­fo­ry – rze­czywi­stość, któ­ra od­no­si się do na­sze­go życia wia­ry, a nie tyl­ko do jed­no­ra­zo­we­go wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne­go w dzie­jach zba­wie­nia. Poj­mo­wa­nie na­ro­dzin Syna Bo­że­go jako me­ta­fo­ry nie jest w hi­sto­rii teo­lo­gii ni­czym no­wym. Ta­kie po­dej­ście re­pre­zen­to­wa­li już oj­co­wie Ko­ścio­ła, któ­rzy twier­dzi­li, że Chrystus, że Bóg po­wi­nien na­ro­dzić się w ludz­kim ser­cu i ludz­kiej du­szy. Mistrz Eck­hart, wy­bit­ny fi­lo­zof i teo­log, któ­ry na­tural­nie znał ich pi­sma, na­wią­zał do owej ale­go­rycz­nej in­ter­pre­ta­cji słów Pi­sma Świę­te­go, mo­dyfi­kując ją jed­nak w nie­licz­nych, ale waż­nych punk­tach[9]. Śre­dnio­wiecz­ny nie­miec­ki uczo­ny pi­sze, że na­ro­dzi­ny Boga w czło­wie­ku nie są jed­no­ra­zo­wym wy­da­rze­niem, lecz do­ko­nują się nie­ustan­nie (ka­za­nie 101)[10]. Po­ję­cie nie­ustan­nych na­ro­dzin od­no­si się do cią­głe­go pro­ce­su ro­dze­nia i kształ­to­wa­nia się na nowo jako aktu in­te­lek­tual­ne­go sa­mo­po­zna­nia czło­wie­ka, czy też – mó­wiąc za św. Au­gustynem – do jego od­ro­dze­nia się na spo­sób du­cho­wy. W pro­ce­sie tym czło­wiek co­raz bar­dziej wni­ka w głąb swe­go praw­dzi­we­go „ja”, od­krywa­jąc swo­je po­do­bień­stwo do Boga, a tym sa­mym fakt, że jest Jego dziec­kiem. Ec­khart mówi, że Bóg ro­dzi Syna w czło­wie­ku do­kład­nie w ten sam spo­sób, jak czyni to w wiecz­no­ści[11].

Gdzie jed­nak do­ko­nują się owe na­ro­dzi­ny Boga w czło­wie­ku? Jak twier­dzi teo­log, mają one miej­sce w naj­czyst­szej, naj­szla­chet­niej­szej i naj­sub­tel­niej­szej war­stwie na­szej du­szy, jej naj­do­sko­nal­szej czę­ści, któ­ra – w od­róż­nie­niu od sił du­szy ukie­run­ko­wa­nych na po­strze­ga­nie świa­ta ze­wnętrz­ne­go – sta­no­wi nie­ja­ko du­cho­wy fun­da­ment du­szy (niem. Se­elen­grund)[12]. Owa pod­sta­wa du­szy jest jej sub­stan­cją, isto­tą, toż­sa­mą z ludz­kim umysłem sub­stan­cjal­nym czy też – mó­wiąc in­a­czej – świa­do­mo­ścią. Ów rdzeń du­szy czy też umysł Ec­khart na­zywa rów­nież „ser­cem du­szy”. W ten spo­sób czyn­ny ludz­ki in­te­lekt okre­ślał Teo­do­ryk z Fre­iber­gu[13], poj­mu­jąc go, po­dob­nie jak Mistrz Ec­khart, jako sub­stan­cję du­szy. Po­ję­cie Se­elen­grund ma do­dat­ko­wo iden­tycz­ne zna­cze­nie co duch (mens) w ro­zu­mie­niu św. Au­gustyna. Ów wcze­sno­chrze­ści­jań­ski fi­lo­zof opi­sy­wał du­cha jako atrybut czło­wie­ka, z jed­nej stro­ny do­stęp­ny dla jego świa­do­mo­ści, z drugiej zaś – ukryty w głę­bi du­szy (por. te­goż, O Trój­cy Świę­tej). Au­gustyn był zda­nia, że owo źró­dło tłumio­ne jest przez sa­me­go czło­wie­ka, pod­da­ją­ce­go się roz­pro­sze­niom po­cho­dzą­cym ze świa­ta ze­wnętrz­ne­go i tra­cą­ce­go w ten spo­sób urze­czywist­nia­ją­cą się w głę­bi du­szy we­wnętrz­ną jed­ność z sa­mym sobą. Ec­khart prze­jął ten po­gląd, pre­cyzując, że dzię­ki przy­ro­dzo­ne­mu umysło­wi czło­wiek może po­znać ukryty w so­bie rdzeń du­szy (umysł sub­stan­cjal­ny), czyli praw­dzi­we wła­sne „ja”. To wła­śnie na owym pro­ce­sie sa­mo­po­zna­nia po­le­ga­ją na­ro­dzi­ny Boga w czło­wie­ku. Czło­wiek, po­znaw­szy sa­me­go sie­bie, od­krywa swo­je dzie­cięc­two Boże, al­bo­wiem głę­bia na­szej du­szy jest du­chem, po­dob­nie jak du­chem jest Bóg (por. J 4,24). Czło­wiek zo­stał ob­da­rzo­ny Bo­skim uspo­so­bie­niem, Bo­ską na­turą, któ­ra pro­mie­niu­je Bo­skim świa­tłem. Gdy od­kryje dno wła­snej du­szy, świa­tło to za­cznie prze­ni­kać wszyst­kie jej siły. Choć jej „ser­ce” po­zo­sta­nie nie­zmie­nio­ne, du­sza bę­dzie się sys­te­ma­tycz­nie prze­obra­żać. W ten wła­śnie spo­sób czło­wiek ro­dzi się „na nowo” – czyli, in­nymi sło­wy, ro­dzi się w nim Bóg – sta­jąc się isto­tą na ob­raz Boży. Nowe świa­tło prze­ni­ka ca­łe­go czło­wie­ka nie­ustan­nie (ka­za­nie 102), zmie­nia­jąc spo­sób, w jaki po­strze­ga on świat ze­wnętrz­ny. Per­spek­tywę taką uka­zują wy­ra­że­nia z ję­zyka po­tocz­ne­go: w chwi­lach, w któ­rych do­świad­cza­my wiel­kie­go szczę­ścia lub wy­jąt­ko­wo wspa­nia­łych prze­żyć, mó­wi­my czę­sto, że „zo­ba­czyli­śmy świat w in­nym świe­tle”. A prze­cież świat tak na­praw­dę się nie zmie­nił – tym, co ule­gło zmia­nie, jest stan na­sze­go du­cha, któ­ry umoż­li­wia nam zmia­nę spo­so­bu pa­trze­nia na zja­wi­ska ze­wnętrz­ne.

Pod­sumuj­my za­tem: dno du­szy (umysł sub­stan­cjal­ny) sta­no­wi dla Ec­khar­ta miej­sce cią­głych na­ro­dzin Boga. Do­ko­nać się mogą one jed­nak wy­łącz­nie wte­dy, gdy czło­wiek go­to­wy jest do zwró­ce­nia się ku wła­sne­mu wnę­trzu. Może do nich dojść tyl­ko pod wa­run­kiem, że kon­se­kwent­nie za­nurzy się w swo­jej we­wnętrz­nej głę­bi, uwal­nia­jąc się w ten spo­sób od dyk­ta­tu peł­ne­go cha­osu świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Śre­dnio­wiecz­ny myśli­ciel wy­raź­nie za­zna­cza, że istot­nymi ele­men­ta­mi pro­ce­su na­ro­dzin Boga jest zdol­ność czło­wie­ka do mil­cze­nia i go­to­wość do przy­ję­cia Boga. Zjed­no­cze­nie mię­dzy Bo­giem a dnem du­szy może na­stą­pić je­dynie w at­mos­fe­rze mil­cze­nia, al­bo­wiem w chwi­li, w któ­rej do ludz­kiej du­szy zstę­puje Duch Świę­ty, czło­wiek milk­nie w spo­sób au­to­ma­tycz­ny. Za­czyna on wów­czas otwie­rać się na przyj­mo­wa­nie da­rów oraz słuchać sło­wa Bo­że­go, dzię­ki cze­mu jest w sta­nie po­znać wolę Boga wzglę­dem sie­bie. Mil­cze­nie od­no­si Ec­khart rów­nież do wy­obra­że­nia, że na­ro­dzi­ny Boga do­ko­nują się w ciem­no­ści ludz­kie­go „ja”. Dno du­szy teo­log po­rów­nuje z gle­bą zie­mi lub ko­bie­cą ma­ci­cą, w któ­rej po­śród ciem­no­ści roz­wi­ja się na­sie­nie. Je­dynym dzia­ła­niem, ja­kie pod­jąć może czło­wiek, jest świa­do­ma zgo­da na przy­ję­cie Boga. Za naj­wyż­szą for­mę ludz­kiej ak­tyw­no­ści Ec­khart uwa­ża za­tem go­to­wość na to, aby Bóg Oj­ciec zro­dził Syna w naj­głęb­szym wnę­trzu ludz­kie­go du­cha, na dnie du­szy (ka­za­nie 5b)[14]. Tutaj głę­bia Boga jest moją głę­bią, a moja – Jego. Tutaj żyję moim wła­snym życiem, tak jak Bóg swo­im. Wy­da­rze­nie to samo w so­bie jest we­dług Ec­khar­ta źró­dłem szczę­śli­wo­ści. Jako szczę­śli­wość uczo­ny teo­log de­fi­niu­je jed­no­cze­sne ob­da­ro­wa­nie da­rem i jego Daw­cą. Obej­mu­je ona rów­nież in­te­lek­tual­ne zro­zu­mie­nie fak­tu, że naj­głęb­sza war­stwa mo­jej du­szy ob­da­ro­wa­na jest, po­dob­nie jak sam Bóg, Bo­ską na­turą; sta­ło się to moż­li­we dzię­ki temu, że po­przez Wcie­le­nie przy­jął On praw­dzi­wą ludz­ką na­turę, a tym sa­mym ją uzdro­wił. Szczę­śli­wo­ścią ob­da­rza czło­wie­ka wresz­cie moż­li­wość wy­ra­że­nia zgo­dy na na­ro­dzi­ny Boga w głę­bi swe­go du­cha. Owa po­sta­wa otwar­to­ści sta­no­wi za­ra­zem naj­wyż­szą for­mę ak­tyw­no­ści du­cha. Na tym po­le­ga wła­śnie, we­dług Ec­khar­ta, zjed­no­cze­nie z Bo­giem, któ­re do­ko­nuje się za po­śred­nic­twem du­cha (dna du­szy), po­nie­waż w sfe­rze tej na­tura czło­wie­ka i Boga jest jed­na­ko­wa. Umysł uj­mu­je Boga – jak to okre­śla Ec­khart – „na­gim”, do­tyka Go i łą­czy się z Nim. Umysł jest we­dług Ec­khar­ta świą­tynią Boga (ka­za­nie 9). To tutaj, w naj­głęb­szym wnę­trzu du­szy, Bóg po­zna­je sa­me­go sie­bie czy też – uj­mu­jąc to in­a­czej – czło­wiek od­krywa swo­je po­do­bień­stwo do Nie­go.

Ko­niecz­ną po­sta­wę go­to­wo­ści do przy­ję­cia Boga Ec­khart opi­suje za po­mo­cą me­ta­fo­ry dzie­wi­cy (ka­za­nie 2). Po­ję­cie to wy­bit­ny teo­log od­no­si do każ­de­go czło­wie­ka, któ­ry przy­jął – czyli „po­czął”[15] w sen­sie du­cho­wym – Je­zusa. Okre­śla­ny jest tak ktoś wol­ny od ze­wnętrz­nych prze­szkód, w tej obec­nej chwi­li wol­ny i ode­rwa­ny ze wzglę­du na umi­ło­wa­ną wolę Bożą, w pra­gnie­niu nie­ustan­ne­go jej wy­peł­nia­nia. Wol­ność ozna­cza dla Ec­khar­ta brak przy­wią­za­nia do wła­sne­go „ja”, czyli ego­cen­tryzmu. W oczach myśli­cie­la po­sta­wa ego­cen­tryzmu jest w czło­wie­ku ele­men­tem nie-Bo­skim, gdyż ma cha­rak­ter czysto przy­ro­dzo­ny. Ode­rwa­nie od­no­si się z ko­lei do prze­zwycię­że­nia przez czło­wie­ka ob­ra­zów, któ­re stwo­rzył on w so­bie dzię­ki wy­obraź­ni, sta­no­wią­cej jed­ną z sił jego du­szy, lub zo­ba­czył na ze­wnątrz (w rze­czywi­sto­ści życia spo­łecz­ne­go) i przy­jął za swo­je, pod­po­rząd­ko­wując się im. Je­że­li czło­wie­ko­wi uda się wy­zwo­lić od tych ob­ra­zów i róż­nych form przy­wią­za­nia do wła­sne­go „ja”, na­bie­ra on zdol­no­ści do usłysze­nia w so­bie woli Bo­żej i wy­peł­nia­nia jej. Taki wła­śnie czło­wiek jest „dzie­wi­cą”. „Dzie­wi­czym” i „wol­nym” czło­wie­kiem był w oczach Ec­khar­ta Je­zus, któ­re­go ce­cho­wa­ła peł­na otwar­tość na wolę Bożą. „Dzie­wi­czość” Je­zusa prze­ja­wia­ła się rów­nież w tym, że – jak stwier­dza Ec­khart – nie prze­szka­dzał mu ża­den ob­raz. Aby czło­wiek mógł przy­jąć Je­zusa, sam musi być „wol­ny” i „dzie­wi­czy”, al­bo­wiem „bez­względ­nym wa­run­kiem zjed­no­cze­nia jest po­do­bień­stwo”. W tym stwier­dze­niu Ec­khart na­wią­zuje do sta­rej for­mu­ły św. Ire­ne­usza z Lyonu, któ­rą po­sługi­wa­no się na so­bo­rach chrysto­lo­gicz­nych, a któ­ra brzmi: po­dob­ne jest po­zna­wa­ne przez po­dob­ne so­bie[16].

Je­zus ro­dzi się w głę­bi du­szy, w du­chu – ob­da­rzo­nym, po­dob­nie jak On, Bo­ską na­turą. Tam Oj­ciec nie­ustan­nie ro­dzi swo­je wiecz­ne Sło­wo, tam pa­nuje „ser­decz­na” ra­dość, tak nie­wy­po­wie­dzia­nie wiel­ka, że nikt nie zdo­ła jej w peł­ni wy­ra­zić. I tutaj śre­dnio­wiecz­ny teo­log opi­suje in­nymi sło­wa­mi szczę­ście chwi­li, w któ­rej dno ludz­kiej du­szy jed­no­czy się z Bo­giem. Czło­wiek otrzymu­je Boży dar, sta­jąc się płod­ną „nie­wia­stą”, któ­ra wraz z Bo­giem „ro­dzi” owo­ce du­cho­we. Ec­khart opi­suje tutaj naj­głęb­sze wnę­trze du­szy za po­mo­cą daw­ne­go po­ję­cia „nie­wia­sty”. Dziś po­służyli­byśmy się okre­śle­niem „ko­bie­ta”. Teo­log chce wy­ra­zić w ten spo­sób, że dno du­szy czło­wie­ka czy też jego duch nie może po­zo­sta­wać „dzie­wi­cą” – trwa­jąc wy­łącz­nie w otwar­ciu na Boże dary – lecz po­wi­nien stać się doj­rza­łą ko­bie­tą czy też „nie­wia­stą”, płod­ną na po­do­bień­stwo Boga, ba! uczest­ni­czą­cą w Jego dzie­le „ro­dze­nia”. Na tym po­le­ga ludz­ka twór­czość. Je­śli czło­wiek przyj­mu­je w so­bie Boga, – pi­sze Ec­khart – do­brze po­stę­puje, w przyj­mo­wa­niu tym oka­zuje się on dzie­wi­cą. Le­piej jed­nak, je­śli Bóg sta­nie się w nim płod­ny, je­dyną bo­wiem for­mą wdzięcz­no­ści za dar jest jego płod­ność. Wte­dy, w tej płod­nej wdzięcz­no­ści, duch jest nie­wia­stą, któ­ra sama z ko­lei ro­dzi Je­zusa Oj­cow­skie­mu ser­cu Boga.

Jak za­tem wi­dzi­my, za po­mo­cą me­ta­fo­ry dzie­wi­cy Ec­khart nie opi­suje ni­cze­go in­ne­go, jak mi­stycz­ne zjed­no­cze­nie ludz­kiej du­szy du­cho­wej – jako „dzie­wi­czej” ob­lu­bie­ni­cy – z Ob­lu­bień­cem, Je­zusem. Są oni so­bie prze­zna­cze­ni, a ich po­łą­cze­nie do­ko­nuje się dzię­ki temu, że we wnę­trzu du­szy czy też w ludz­kim du­chu ro­dzi się Bóg. Jed­ność ob­lu­bie­ni­cy i Ob­lu­bień­ca wy­wo­łuje w czło­wie­ku ser­decz­ną ra­dość, uczucie szczę­śli­wo­ści. Jest to mo­ment prze­zwycię­że­nia przy­ro­dzo­nej na­tury czło­wie­ka, al­bo­wiem od­tąd Bóg wy­peł­nia całą jego we­wnętrz­ną prze­strzeń, prze­obra­ża­jąc go od we­wnątrz. Stwo­rzo­na na po­do­bień­stwo Boże na­tura czło­wie­ka ob­ja­wia się w ca­łej peł­ni dzię­ki wy­peł­nia­ją­ce­mu ludz­kie­go du­cha Bogu. Wte­dy ludz­ka wola zwra­ca się ku swe­mu pier­wot­ne­mu Źró­dłu i od­zyskuje na po­wrót swój praw­dzi­wy wol­ny spo­sób bycia (ka­za­nie 5b). Czło­wiek sta­je się wol­ny, po­nie­waż wy­rzekł się wła­snej woli, pod­da­jąc się cał­ko­wi­cie woli Bo­żej. Taką wła­śnie po­sta­wę przy­ję­ła Ma­ryja, od­po­wia­da­jąc anio­ło­wi: „Niech mi się sta­nie we­dług twe­go sło­wa”. Po­ka­za­ła w ten spo­sób, w jaki spo­sób zgo­da na zjed­no­cze­nie z wolą Bożą może wy­dać w życiu czło­wie­ka owo­ce i ob­da­rzyć go szczę­ściem.

W swym trak­ta­cie An­we­isun­gen zum se­li­gen Le­ben („Przy­ka­za­nia szczę­śli­we­go życia”, 1806) nie­miec­ki fi­lo­zof Jo­hann Got­tlieb Fich­te (1762–1814) uka­zał w po­dob­ny spo­sób przej­ście czło­wie­ka od au­to­no­mii do teo­no­mii. Jak wy­wo­dził, w cią­gu swo­je­go życia czło­wiek prze­cho­dzi róż­ne sta­dia roz­wo­ju. Ro­dzi się jako isto­ta he­te­ro­no­micz­na, czyli za­leż­na od po­mo­cy in­nych lu­dzi oraz for­mu­ło­wa­nych przez nich na­ka­zów. Do­pie­ro póź­niej roz­po­czyna się okres au­to­no­mii – bu­dzi się w nim in­dywi­du­al­ność i uczy się wy­ra­żać wła­sną wolę, ale wskutek tego gro­zi mu po­pad­nię­cie w ego­cen­tryzm. Wła­sna wola jest u czło­wie­ka uwa­run­ko­wa­na rów­nież wzglę­da­mi bar­dzo prak­tycz­nymi – sta­no­wi ona bo­dziec do wal­ki o prze­życie, do dzia­ła­nia i do po­zna­wa­nia świa­ta. Czło­wiek jest świa­dom swo­jej wol­no­ści i wie, że dzię­ki niej może kształ­to­wać swo­je życie i swe re­la­cje. Trze­cim eta­pem roz­wo­ju oso­by ludz­kiej jest sta­dium od­krywa­nia wła­sne­go „ja”. Dzię­ki nie­mu czło­wiek zyskuje co­raz więk­szą świa­do­mość w sfe­rze etycz­no-re­li­gij­nej. Co­raz wy­raź­niej do­strze­ga wła­sne praw­dzi­we „ja” i za­czyna zda­wać so­bie spra­wę, jaka rze­czywi­stość ota­cza go mi­ło­ścią i umoż­li­wia mu ist­nie­nie. W wy­ni­ku tego pro­ce­su osta­tecz­nie prze­zwycię­ża rów­nież wła­sne „ja”, czy też – jak okre­ślił­by to Mistrz Ec­khart – swój „byt przy­ro­dzo­ny” i re­zygnuje z au­to­no­micz­nych dą­żeń oraz poj­mo­wa­nej na spo­sób he­do­ni­stycz­ny sa­mo­re­ali­za­cji. Ostat­ni etap doj­rze­wa­nia po­le­ga na wy­rze­cze­niu się przez czło­wie­ka wła­sne­go „ja”, przy­ję­ciu woli Bo­żej i peł­nym zjed­no­cze­niu z nią. Na tym wła­śnie po­le­ga teo­no­mia, któ­rej prze­ja­wem było wy­po­wie­dze­nie przez Ma­ryję: Niech mi się sta­nie we­dług twe­go sło­wa; w nich to, zdo­bywa­jąc się na akt naj­wyż­szej wol­no­ści, przy­szła Mat­ka Je­zusa oka­za­ła go­to­wość do wy­rze­cze­nia się wła­snej woli.

Na eta­pie teo­no­mii czło­wiek nie kie­ruje się już wła­sną wolą, lecz mi­ło­ścią i wolą Boga. Na tym eta­pie kształ­tuje się w nim wyż­sza etyka po­świę­ce­nia, wy­ra­ża­ją­ca się w tym, że ludz­kie „ja”, któ­re od­zyska­ło wol­ność we­wnętrz­ną, ustę­puje miej­sca woli Bo­żej i czer­piąc z tego źró­dła, od­da­je się w mi­ło­ści jako bez­in­te­re­sow­ny dar dla in­nych. Fich­te nie pro­pa­guje za­tem nie­doj­rza­łe­go, na­iw­ne­go i śle­pe­go po­słuszeń­stwa, lecz wy­raź­nie stwier­dza, że wy­rze­cze­nie się wła­snej woli po­win­no do­ko­nać się w peł­nej wol­no­ści. Czło­wiek, któ­ry osią­gnął sta­dium teo­no­mii, uświa­da­mia so­bie rów­nież, że przy­czyną jego bytu i in­dywi­du­al­no­ści jest sam Bóg. Jest to mo­ment po­zna­nia sie­bie, w któ­rym ludz­kie „ja” za­czyna po­strze­gać sie­bie jako stwo­rzo­ny przez Boga na jego po­do­bień­stwo nie­po­wta­rzal­ny ob­raz i poj­mo­wać, że jest w ten spo­sób uczest­ni­kiem Bo­skiej na­tury. Od­krywa­jąc w so­bie ob­raz Boży, zda­je so­bie jed­no­cze­śnie spra­wę, że no­szą go w so­bie rów­nież inni lu­dzie, w któ­rych tak­że ob­ja­wia się Bóg. Poj­mu­je dzię­ki temu, że musi sza­no­wać in­nych i uzna­wać w nich ob­raz Boży, na jaki zo­sta­li stwo­rze­ni. I tak wresz­cie czło­wiek uświa­da­mia so­bie, że jego po­do­bień­stwo do Boga musi urze­czywist­niać się w wy­mia­rze prak­tycz­nym. W ten spo­sób wra­ca­my do Mi­strza Ec­khar­ta. Z wdzięcz­no­ści za dar na­ro­dzin Boga czło­wiek – jak pi­sze śre­dnio­wiecz­ny myśli­ciel – sta­je się dla Nie­go płod­ny, a jego uczyn­ki wy­pływa­ją nie­ustan­nie z owe­go Bo­skie­go źró­dła, „bez żad­ne­go »dla­cze­go«” (ka­za­nie 5b).

6. Ma­ryja – wzór za­rów­no dla ko­biet, jak i dla męż­czyzn

Psy­cho­log głę­bi Carl Gustav Jung zwró­cił uwa­gę na to, że z chrze­ści­jań­skie­go ob­ra­zu Boga wy­par­ty zo­stał pier­wia­stek ko­bie­cy. Wy­zna­jąc wia­rę, mó­wi­my o Bogu Ojcu i Jego Synu. Spo­sób przed­sta­wia­nia Boga opie­ra się głów­nie na myśle­niu o Nim jako o męż­czyź­nie: wy­po­sa­ża się go w ce­chy sym­bo­li­zują­ce mę­skość lub oj­co­stwo; tak na przy­kład w Sta­rym Te­sta­men­cie opi­sy­wa­ne jest dzia­ła­nie Boga jako „Ojca”. Na­to­miast o ko­bie­cych ce­chach i spo­so­bach Jego dzia­ła­nia w za­sa­dzie się w Ko­ścio­łach chrze­ści­jań­skich nie mówi. Mistrz Ec­khart był tu wy­jąt­kiem, kie­dy pi­sał o Bogu, któ­ry zro­dził swe­go Syna. Pro­blem owej ma­skuli­ni­za­cji ob­ra­zu Boga pod­nio­sły rów­nież teo­loż­ki fe­mi­ni­stycz­ne, któ­re wpro­wa­dzi­ły do teo­lo­gii za­czerp­nię­te z Bi­blii ko­bie­ce me­ta­fo­ry i ce­chy Boga.

Jung po­stulo­wał otwar­cie się na to, co ko­bie­ce, gdyż, jego zda­niem, przy­czyni­ło­by się to do zin­te­gro­wa­nia ludz­kiej du­szy. Ele­men­ty ko­bie­ce mu­szą tak­że być czę­ścią ob­ra­zu Boga, aby po­wsta­ła żeń­sko-mę­ska peł­nia. Z punk­tu wi­dze­nia psy­cho­lo­gii od­rzuce­nie cech ko­bie­cych może być szko­dli­we. Prze­cież każ­dy czło­wiek po­trze­bu­je w rów­nym stop­niu pier­wiast­ka oj­cow­sko-mę­skie­go i ma­cie­rzyń­sko-ko­bie­ce­go. Taki po­gląd wpro­wa­dził do psy­cho­lo­gii wła­śnie Jung, któ­ry twier­dził, że w psy­chi­ce każ­de­go czło­wie­ka ukryte są dwa ar­che­typy: ani­my (ko­bie­cy) i ani­mu­sa (mę­ski). Ani­ma i ani­mus od­dzia­łują na „ja” czło­wie­ka za­rów­no w spo­sób po­zytyw­ny, jak i ne­ga­tyw­ny. Po­zytyw­ne stro­ny do­cho­dzą do gło­su, gdy dzia­ła­ją­ce na po­zio­mie pod­świa­do­mo­ści ar­che­typy prze­nio­są się na po­ziom świa­do­mo­ści. Jak jed­nak przy­znał Jung, taki pro­ces może trwać przez całe życie. Je­śli na­to­miast ani­ma lub ani­mus nie tra­fią do sfe­ry świa­do­mo­ści, czło­wiek bę­dzie pro­jek­to­wał je na ze­wnątrz, co może mieć ne­ga­tyw­ny wpływ na jego „ja” i na in­nych lu­dzi.

Ma­ryja jest jak lu­stro, w któ­rym od­bi­ja się ko­bie­ca stro­na każ­dej oso­by – ani­ma, u męż­czyzn naj­czę­ściej po­zo­sta­ją­ca nie­świa­do­ma i stłumio­na. To wła­śnie jest po­wo­dem, dla któ­re­go Mat­ka Boża jest tak waż­ną oso­bą w życiu du­cho­wym wie­lu męż­czyzn. Do­pó­ki jed­nak ani­ma bę­dzie wy­łącz­nie przed­mio­tem pro­jek­cji, ko­bie­ca część psy­chi­ki, wy­ra­ża­ją­ca się w zdol­no­ści przyj­mo­wa­nia, ła­god­no­ści i em­pa­tii, nie bę­dzie mo­gła się od­po­wied­nio roz­wi­jać. Jun­go­wi cho­dzi jed­nak o to, żeby od­róż­nić tę „w wie­lu ob­ra­zach”, jak pi­sał No­va­lis, pro­jek­to­wa­ną na ze­wnątrz Ma­ryję od tej, któ­rą no­si­my „uwiecz­nio­ną we wnę­trzu du­szy”. Jej dzia­ła­nie bę­dzie wte­dy ob­ja­wiać się w nas co­raz wy­raź­niej w po­sta­wie ła­god­no­ści (i in­nych „ko­bie­cych” ce­chach).

Mimo tych za­strze­żeń Jung twier­dził, że Ma­ryja w spo­sób istot­ny rów­no­wa­ży w Ko­ście­le ka­to­lic­kim brak ko­bie­cych rysów ob­ra­zu Boga. To dzię­ki niej w ten mę­sko-oj­cow­ski wi­ze­runek zo­stał wpi­sa­ny, jako in­te­gral­na część, rys ma­cie­rzyń­sko-ko­bie­cy. Co wię­cej, za po­śred­nic­twem Ma­ryi do­ko­na­ło się też włą­cze­nie tego, co ko­bie­ce, w nurt ca­łej eu­ro­pej­skiej kul­tury Za­cho­du, któ­ra przez stule­cia była na­zna­czo­na lo­gi­ką pa­triar­cha­tu.

Dla­cze­go Ma­ryja jest tak waż­na dla ko­biet? Ko­ściół ka­to­lic­ki bar­dzo kon­se­kwent­nie sta­rał się uwydat­niać szcze­gól­ną rolę Ma­ryi i uka­zać Ją jako prze­ci­wień­stwo pra­mat­ki Ewy. Za po­mo­cą do­gma­tów, któ­re for­mu­ło­wa­li prze­cież męż­czyź­ni, stwo­rzo­no nowy ide­ał ko­bie­ty, na­kła­da­ją­cy na nią ja­sno okre­ślo­ne nor­my obycza­jo­we i mo­ral­ne. Ko­bie­ty mia­ły przede wszyst­kim na­śla­do­wać cno­tę i czystość Ma­ryi. W ostat­nich la­tach wie­le teo­lo­żek, któ­re po­sta­wi­ły so­bie za cel pa­trze­nie na Mat­kę Zba­wi­cie­la z au­ten­tycz­nie ko­bie­cej per­spek­tywy, stwier­dzi­ło, że kon­cen­tro­wa­nie się je­dynie na dzie­wi­czych na­ro­dzi­nach za­wę­ża zna­cze­nie Jej oso­by. W związ­ku z tym ba­dacz­ki te pod­ję­ły re­flek­sję nad tym, co tak na­praw­dę w cza­sach Ma­ryi, w ów­cze­snym kon­tek­ście spo­łecz­nym, ozna­cza­ło zajść w cią­żę, nie ma­jąc męża, a tak­że być mat­ką czło­wie­ka, któ­ry w swo­jej oj­czyź­nie wzbu­dził tak wiel­kie po­rusze­nie za­rów­no w po­zytyw­nym, jak i ne­ga­tyw­nym tego sło­wa zna­cze­niu. Teo­loż­ki zo­ba­czyły Ma­ryję z ca­łym bo­gac­twem Jej oso­bo­wo­ści, na przy­kład fakt, że wy­śpie­wując swą pieśń uwiel­bie­nia, Ma­gni­fi­cat, ode­gra­ła rolę pro­ro­ki­ni, albo fakt, że w cza­sie pierw­szych trzech mie­się­cy cią­ży po­zo­sta­ła u Elż­bie­ty, wi­dząc, że u boku tej peł­nej em­pa­tii krew­nej za­spo­koi od­czuwa­ną przez sie­bie po­trze­bę bez­pie­czeń­stwa[17].

Z teo­lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia owo ko­bie­ce spoj­rze­nie na Ma­ryję po­ka­za­ło, jak ogrom­ne zna­cze­nie ma do­gmat o wcie­le­niu Chrystusa. Jego wy­mo­wa jest prze­cież taka, że cia­ło czło­wie­ka jest przez Boga w peł­ni afir­mo­wa­ne. Tej bez­gra­nicz­nej ak­cep­ta­cji jako pierw­sze do­świad­czyło cia­ło ko­bie­ty, a kon­kret­nie cia­ło Ma­ryi po­przez po­czę­cie się w Niej Je­zusa. Ozna­cza to, że ko­bie­ce cia­ło, któ­re w hi­sto­rii teo­lo­gii i Ko­ścio­ła tak dłu­go po­strze­ga­ne było jako źró­dło grze­chu, zo­sta­ło raz na za­wsze uspra­wie­dli­wio­ne. Jest to o tyle waż­ne, że to, co przy­tra­fi­ło się Ma­ryi, sta­ło się po­cząt­kiem re­ha­bi­li­ta­cji ko­bie­ty i jej cia­ła w kon­tek­ście hi­sto­rii re­la­cji mię­dzy Bo­giem a czło­wie­kiem. Afir­mo­wa­ne przez Boga w ca­ło­ści jest jed­nak nie tyl­ko ko­bie­ce cia­ło, lecz wraz z nim rów­nież cała zie­mia, o ile od­no­si­my do ma­te­rii me­ta­fo­rę ko­bie­co­ści („mat­ka zie­mia”), któ­rą od wie­ków po­sługują się lu­dzie w hi­sto­rii idei. To po­mo­że nam zro­zu­mieć, dla­cze­go w Apo­ka­lip­sie Świę­te­go Jana Ma­ryja od­grywa tak istot­ną rolę. To Ona jest Nie­wia­stą, któ­ra zstą­piw­szy z nie­ba, ro­dzi Me­sja­sza (Ap 12), ma­ją­ce­go zba­wić ludz­kość. Nie peł­ni Ona jed­nak tyl­ko funk­cji łona, z któ­re­go po­cho­dzi Me­sjasz. Rola Ma­ryi w hi­sto­rii zba­wie­nia nie­ro­ze­rwal­nie wią­że się z ob­wiesz­cze­niem lu­dziom do­brej no­wi­ny: oto do­ko­nuje się nowe stwo­rze­nie świa­ta i czło­wie­ka, dzie­ło, któ­re prze­nik­nię­te bę­dzie na wskroś wy­ro­zumia­ło­ścią i ła­god­no­ścią.

[4] Ewan­ge­lia apo­kryficz­na to tekst, któ­ry nie zo­stał włą­czo­ny do ka­no­nu No­we­go Te­sta­men­tu. Pro­ces usta­la­nia tego ka­no­nu roz­po­czął się w II wie­ku. Teo­lo­go­wie i oj­co­wie Ko­ścio­ła to­czyli wów­czas de­ba­ty na te­mat tego, któ­rym z licz­nych znaj­du­ją­cych się w obie­gu pism po­win­na zo­stać nada­na ran­ga Ewan­ge­lii No­we­go Te­sta­men­tu. Kryte­rium włą­cze­nia do tego zbio­ru była zgod­ność da­nej księ­gi z na­uką Ko­ścio­ła, kie­rują­ce­go się tra­dycją apo­stol­ską, a tym sa­mym moż­li­wość uzna­nia jej nor­ma­tyw­ne­go cha­rak­te­ru dla dok­tryny wia­ry. Por. M. Eb­ner, Der chri­stli­che Ka­non, w: Ein­le­itung in das Neue Te­sta­ment, (red.) M. Eb­ner S. Schre­iber, Stut­t­gart 2008, s. 9–52, zwłasz­cza s. 31nn.

[5] K. Ce­ming, J. We­rlitz, Das Pro­to­evan­ge­lium des Ja­ko­bus, w: Die ver­bo­te­nen Evan­ge­lien. Apo­kryphe Schri­ften, Wies­ba­den 2004, s. 67–92, tutaj s. 67.

[6] Ten i po­niż­sze cyta­ty za: Pro­to­ewan­ge­lia Ja­kuba, przeł. M. Sta­ro­wiey­ski, w: Ewan­ge­lie apo­kryficz­ne. Cz. 1. Frag­men­ty, na­ro­dze­nie i dzie­ciń­stwo Ma­ryi i Je­zusa, (red.) M. Sta­ro­wiey­ski, Kra­ków 2003.

[7] D. Sat­tler, A. Mül­ler, Ma­rio­lo­gie, w: Hand­buch der Do­gma­tik, t. 2, (red.) T. Schne­ider, Düs­sel­dorf 2002, 155–187, s. 168.

[8] K.S. Frank, „Ge­bo­ren von der Jung­frau Ma­ria”. Das Zeu­gnis der Al­ten Kir­che, w: Zum The­ma Jung­frau­en­ge­burt, Stut­t­gart 1970, s. 91–120, 115; cyt. za: D. Sat­tler, A. Mül­ler, Ma­rio­lo­gie…, s. 169.

[9] Por. K. Flasch, Me­ister Ec­khart. Phi­lo­soph des Chri­sten­tums, Mün­chen 2010, s. 82nn.

[10] Cyta­ty z ka­zań 101 i 102 za: Me­ister Ec­khart, Deut­sche Pre­dig­ten und Trak­ta­te, przeł. J. Quint, Zürich 1979; z po­zo­sta­łych ka­zań za: Mistrz Ec­khart, Ka­za­nia, przeł. W. Szymo­na, Po­znań 1986.

[11] Owej iden­tycz­no­ści za­prze­czał Piotr Lom­bard, twier­dząc, że obie rze­czywi­sto­ści nie są toż­sa­me, a je­dynie ist­nie­je mię­dzy nimi pew­ne po­do­bień­stwo. Sta­no­wi­sko to sta­ło się w teo­lo­gii po­wszech­nie obo­wią­zują­cym.

[12] Au­tor pol­skie­go prze­kła­du Ka­zań Ec­khar­ta po­sługuje się ter­mi­na­mi „wnę­trze du­szy” lub „głę­bia du­szy”. W li­te­ra­turze spo­tyka się na jej okre­śle­nie róż­ne po­ję­cia, m.in. „pod­sta­wa du­szy” lub „dno du­szy” [przyp. tłum.].

[13] Teo­do­ryk z Fre­iber­gu (1240/1245 – po 1310) – nie­miec­ki do­mi­ni­ka­nin, fi­lo­zof, teo­log i znaw­ca nauk przy­rod­ni­czych, wpłynął m.in. na po­glą­dy Ec­khar­ta [przyp. tłum.].

[14] Nume­ra­cja wg pol­skie­go prze­kła­du Ka­zań.

[15] Niem. po­ję­cie emp­fan­gen, któ­rym po­sługuje się Ec­khart, ozna­cza za­rów­no „przy­jąć”, jak i „po­cząć” [przyp. tłum.].

[16] Przy­pi­sy­wa­na bywa ona rów­nież św. Grze­go­rzo­wi z Nys­sy [przyp. tłum.].

[17] Por. D. Söl­le, Ma­ria. Eine Be­ge­gnung mit der Mut­ter­got­tes, Fre­iburg-Ba­sel-Wien 2005, s. 57nn.