Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody - Stefan Petrucha - ebook

Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody ebook

Stefan Petrucha

4,0

Opis

Skocz na pajęczej nici w przeszłość Spider-Mana!

Peter Parker postanawia strzelić kilka fotek swojemu pajęczemu alter ego w akcji, żeby zarobić na czynsz. Pakuje się przy tym w kłopoty za sprawą tajemniczej legendarnej tabliczki, którą pragnie zdobyć zarówno Kingpin, jak i Maggia.

Peter zadziera z najgroźniejszymi przestępcami Nowego Jorku, a na dodatek ma również na pieńku ze swoimi przyjaciółmi – i z policją! Nie układa mu się też z dziewczyną, Gwen Stacy.

Po latach znowu zaczyna go prześladować własna przeszłość:

oto uznany za martwego przywódca Maggii powraca, by odnaleźć feralną tabliczkę. Jakby tego było mało, ciocia May jest umierająca…

Czyżby Spider-Mana już na zawsze opuściło szczęście?

Nowość na podstawie klasycznej „Stone Tablet Saga”, uwspółcześniona i wzbogacona o nowe wątki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (42 oceny)
16
15
6
3
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
beavo

Nie polecam

Zero akcji nic ciekawego
00
Alexa_12124678

Dobrze spędzony czas

Daje 3.5 gwiazdki
00
tomek770

Nie oderwiesz się od lektury

ktas
01

Popularność




Tytuł oryginału Spider-Man. Forever Young

First published in May 2019 by Titan BooksA division of Titan Publishing Group Ltd144 Southwark Street, London SE1 0UP

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Imiona, nazwiska, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autora i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami, instytucjami, przedsiębiorstwami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez zgody posiadacza praw. Niniejsza publikacja nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek oprawie lub okładce innej niż ta, w której została opublikowana, oraz bez podobnego zastrzeżenia nałożonego na kolejnego nabywcę.

Cytat: William Shakespeare, Sen nocy letniej, przeł. S. Barańczak, w: Komedie, Kraków 2012, s. 419–420.

© 2019 MARVEL

Marvel Publishing: Stuart Moore (redaktor), Humberto Ramos i Wayne Faucher oraz Jay Bowen i Salena Mahina (grafika w książce), Ed McGuinness i Teo Gonzales (grafika na okładce), Jeff Youngquist (wicedyrektor produkcji, projekty specjalne), Caitlin O’Connell (zastępczyni redaktora), Sarah Brunstad (zastępczyni redaktora), Sven Larsen (dyrektor działu licencji), David Gabriel (wicedyrektor działu sprzedaży publikacji drukowanych i cyfrowych), C.B. Cebulski (redaktor naczelny), Joe Quesada (dyrektor kreatywny), Dan Buckley (prezes Marvel Entertainment), Alan Fine (producent)

Twórcy Spider-Mana Stan Lee i Steve Ditko

Przekład Tomasz Macios

Redakcja Marcin Piątek, Julia Diduch

Korekta Małgorzata Kłosowicz

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN pełnej wersji 978-83-66360-55-6

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Dedykuję Stanowi Lee, bez którego…

Albo gdy wybór zrodził się z uczucia, Wojna, choroba, śmierć staje na drodze I czyni miłość ulotną jak dźwięk, Przemijającą jak sen, nieuchwytną Jak cień, nietrwałą niczym błyskawica W smolistej nocy – gwałtowne rozdarcie Zasłon kryjących niebiosa i ziemię, Olśnienie, które, zanim człowiek zdąży Krzyknąć „Spójrz!”, niknie w głodnej paszczy mroku. Tak gaśnie każda żywa jasność świata.

William Shakespeare, Sen nocy letniej

1

PETER PARKER błyskawicznie rozwarł dłoń i chwycił koniec grubej pajęczej nici, która wystrzeliła z sieciowodu przytwierdzonego do nadgarstka. Lina naprężyła się i wyrzuciła go w powietrze, a Nowy Jork w dole stał się niewyraźną plamą.

Peter zaczął walczyć z przestępczością jako Spider-Man z powodu śmierci wuja, ale także dlatego, że po prostu to lubił. Czuł się jak ryba w wodzie, huśtając się na pajęczej nici, dając nura, chwytając się gzymsów, skacząc z iglicy jednego budynku na drugi i przemykając wzdłuż ścian. Jednak kiedy na co dzień musiał udawać, że jest zwykłym Kowalskim, czuł się jak biegacz w ołowianych butach. Nie chodziło o to, że był bardziej sobą jako Spidey… pozwalało mu to jednak bardziej czuć się sobą.

Dziś wieczorem kłopoty finansowe tak bardzo zepsuły mu nastrój, że nie mógł wyluzować się nawet na tyle, by szalony rollercoaster sprawił mu choć odrobinę radości. Chociaż jego błyskotliwy umysł stworzył pajęczynę w płynie i sieciowody, a dzięki ukąszeniu radioaktywnego pająka w szkole średniej Spider-Man uzyskał odpowiednią siłę, szybkość i zwinność – wciąż myślał o tych wszystkich kwestiach, z którymi sobie nie radził.

Nie mogę uwierzyć, że sprzedałem swój skuter i wciąż mnie nie stać na wyjście do kina, nawet na seans za pół ceny! Ani na książki. Ani na jedzenie. Nie wspominając o czynszu.

Na szczycie łuku wahadła puścił linę, przez moment cieszył się lotem, po czym wylądował płasko na białej ceglanej powierzchni przedwojennego budynku.

Gdybym nie miał bieżącej wody w mieszkaniu, umarłbym z odwodnienia.

Usiadł na gzymsie i poprawił fałd na masce, która uwierała go w kark.

Przestań marudzić, Parker! Wielu ludzi nie ma nawet czystej wody.

Omiótł wzrokiem ciche budynki, ulice i chodniki rozjaśnione światłem latarni, ale nic się tam nie działo. Zwykle mógł liczyć na to, że usłyszy „Zniszczę cię” z ust jakiegoś nadętego bandziora lub „O rany, to Spider-Man” wypowiadane przez chuligana, któremu na jego widok zaparło dech, i będzie miał na czym skupić swój gadatliwy umysł.

Ale w tej ciszy nie było nikogo, kto by mu odpowiedział.

I co teraz? Mam nadzieję, że trafi się jakieś przestępstwo, żebym chociaż mógł strzelić kilka fotek do„Bugle”.Cóż… może… coś w tym stylu.

Wsłuchiwał się uważnie, na wypadek gdyby miejski gwar zagłuszył wołanie o pomoc, ale nawet ruch samochodowy przebiegał płynnie i bez problemów.

Po rozpoznaniu przeprowadzonym w okolicy nie znalazł nic poza kilkoma samochodami zaparkowanymi w niewłaściwych miejscach. Jeśli nie brać ich pod uwagę, zgodnie z jego wiedzą w Nowym Jorku po raz pierwszy w historii nikt nie popełniał przestępstwa.

Poczekał jeszcze, aż skończyły się nocne seanse i chodniki zapełniły się grupkami przyjaciół oraz zakochanymi parami.

Pora ruszać do domu, zanim Harry wróci z randki z Mary Jane. Nie chcę, by mój współlokator i jego dziewczyna zobaczyli, jak wchodzę do naszego mieszkania przez okno.

Wybrał najkrótszą drogę, skacząc obok wielkich magazynów Garment District. Gdy mijał jeden, szczególnie stary, lekkie mrowienie przebiegło od opuszek jego palców u rąk i nóg przez kończyny, spotykając się w krzyżu. Pajęczy zmysł, który ostrzegał przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, był zazwyczaj czymś więcej niż budzikiem i czasami zmuszał Spider-Mana do skoku, jeszcze zanim zdał sobie sprawę, czego unika. Tym razem przypominał raczej gęsią skórkę wywołaną chłodnym powiewem, cień niepewności.

Jestem taki nadgorliwy, podskakuję z byle powodu. Parker, kiedy wreszcie dorośniesz?

SILVIO MANFREDI stał w pustym walącym się budynku. Przemknęło mu przez myśl, że ma osiemdziesiąt dziewięć lat i już dawno, dawno temu zapomniał o czymś takim jak dorastanie. Jego ksywa – Silvermane – mówiła wszystko. Stał na czele Maggii, największej organizacji przestępczej w mieście. Był przywódcą stada, samcem alfa i – od dziesięcioleci – celem intryg każdego, kto chciał zająć jego miejsce.

W jego branży najmniejsza oznaka słabości oznaczała wyrok śmierci. Silvermane nie mógł po prostu znajdować się na szczycie, musiał dbać o to, by wszyscy go tam widzieli – nawet kiedy chodziło o modę. Odpowiedni garnitur był oznaką władzy. Odpowiednia broń oznaczała, że facet, który ją nosi, wie, jak jej użyć. To dlatego – chociaż tęsknił za swoim starym kapeluszem homburg, ciemnoszarym garniturem w paski i czarno-białymi półbutami – teraz wkładał najnowsze brioni. Z tego samego powodu nie miał ze sobą starego thompsona. W jego kieszeni zawsze tkwiła mała zabawka wypluwająca czterysta dwadzieścia pocisków na sekundę.

Doświadczenie nauczyło go również wyczuwać zagrożenie. Tak więc, kiedy adwokat o twarzy mopsa Caesar Cicero błagał go, aby nie przychodził do tego magazynu bez wsparcia, nozdrza Silvermane’a się rozszerzyły. Dobra rada? Tak, jasne, ale gadka prawnika zawsze miała drugie dno. Cicero, jego ambitny zastępca, wypatrywał dowodów na to, że starzec stał się na tyle słaby, by on mógł zrobić ruch.

Ale Silvermane nie dał się przyłapać. W zakamarkach miasta spoczywały ciała setek facetów, którzy powierzyli pewne sprawy – takie jak to spotkanie twarzą w twarz – jakimś sługusom. Któż miałby wiedzieć o tym lepiej niż on? To dzięki niemu połowa z tych facetów wącha kwiatki od spodu.

Dlatego też mimo obolałego ciała, skrzypiącego przy każdym kroku biodra i chorego serca, które mogło go wysłać na tamten świat szybciej niż kula mordercy, Silvio Manfredi przyszedł sam, nie zabrawszy ze sobą nawet jednego ochroniarza.

Gdyby to była pułapka, też by to wyczuł.

Minuty mijały i nikt się nie pojawiał. Zimno przeniknęło do jego kości i musiał przyznać, że niezależnie od tego, jak się teraz czuje, pewnego dnia nadejdzie śmierć. Prędzej czy później dotrze do punktu, kiedy nie będzie już mógł polegać na swoich starzejących się instynktach. Trzy razy zapomniał adresu. Gdy zajrzał do notatnika z informacjami o szczególnym znaczeniu, które tylko głupiec powierzyłby jakiemuś cyfrowemu ustrojstwu, ledwie mógł rozczytać własne bazgroły.

W obawie, że drgawki powróciły, wyciągnął rękę. Niemal się nie poruszyła, ale skóra na palcach – kiedyś zdolnych łamać kości – była tak pomarszczona, że przypomniały mu o babci.

Na samą myśl o tej sadystycznej czarownicy stracił humor. Gdyby miał pod ręką jednego ze swoich ludzi, pobiłby go, by przegnać to wspomnienie. Kiedy zmarła jego świątobliwa matka, osłaniając go przed wendetą sycylijskiego mafiosa, Silvio został odesłany do swojej jedynej żyjącej krewnej.

Ta wiedźma chyba urodziła się stara. Kiedy do niej przyjechał, była już całkiem zgrzybiała. Na powitanie wycedziła:

„Se non fosse per te, mia figlia sarebbe ancora vivo!”

Gdyby nie ty, moja córka nadal by żyła!

Zbyt artretyczna, by zgiąć dłoń w pięść, stłukła go drewnianą łyżką.

Jednak w nocy, gdy myślała, że Silvio nie słyszy, śpiewała sobie kołysankę, na wpół zapamiętaną melodię z surowej krainy jej dzieciństwa, gdzie tylko szybki i silny mógł przeżyć, a przetrwanie było cenione ponad wszystko.

Mówią, że przyszliśmy na ten świat, by zaraz z niego zejść, Ale ja pytam, jaki w tym miałby być sens? Ci z nas, którzy prawdę znają, Nektar młodości bez ustanku spijają.

Kiedy drewniana łyżka pękła, babka ukradła kilka miedziaków, które zostawiła mu matka, i kupiła sobie nową ze stali. Po roku codziennego bicia ta też się wygięła.

A jego babka potrząsnęła nią, mówiąc: „Anche sarai la mia morte!”.

Mnie też wpędzisz do grobu!

Kiedy wreszcie umarła na rozległy zawał serca, miał nadzieję, że to prawda.

Silvermane próbował przypomnieć sobie drugą zwrotkę, kiedy kaszel zmusił go do odwrócenia się. Za nim stała zakapturzona postać. Najwyraźniej weszła, kiedy Silvermane zagubił się w głupich wspomnieniach – błąd, na który nie mógł sobie więcej pozwolić. Nieznajomy był już za blisko, by mafioso czuł się swobodnie.

– Spóźniłeś się – rzucił Silvermane z szyderczym uśmiechem, by ukryć zaskoczenie.

Typ w jaskrawym zielonożółtym płaszczu obojętnie wzruszył ramionami. Ubranie pewnie miało odwrócić uwagę od twarzy tylko częściowo zakrytej przez duży kaptur.

– Krążyły wieści, że przyjdziesz z obstawą. Musiałem mieć pewność, że jesteś sam – odparł ochrypłym głębokim głosem, po którym trudno było określić wiek.

– Myślałeś, że nie dotrzymam słowa? – Manfredi udał oburzenie.

– Z tego, co o tobie wiem, przeżyłeś tak długo po części dlatego, że dotrzymujesz słowa tylko wtedy, kiedy leży to w twoim najlepszym interesie. Cieszę się, że zrozumiałeś, że tym razem tak właśnie jest – odpowiedział, nie kryjąc pogardy.

Silvermane uśmiechnął się lekko i przystąpił o krok do przybysza.

– Twoje informacje na temat harmonogramu dostaw Kingpina były na wagę złota. Nie masz się czego obawiać ze strony Maggii, eee… jak mam się do ciebie zwracać?

– Schemer.

Żeby się nie roześmiać, Silvermane wyssał spomiędzy zębów kawałek kurczaka, który tkwił tam od lunchu.

– W porządku. Dla mnie możesz być nawet Lady Gagą. A teraz, kiedy już mamy wspólne interesy, co mogę dla ciebie zrobić, Schemer?

– Raczej co ja mogę zrobić dla ciebie – odparł, wyciągając gruby plik kartek. – Wiem, że wolisz wydruki.

Mały druk był trudny do odczytania, ale to, co Manfredi zobaczył w nagłówkach, sprawiło, że znowu poczuł się młody.

– To jest cała sieć dystrybucji Fiska! Mogę go wyłączyć z gry na zawsze, jeśli dobrze to rozegram. – Silvermane zmrużył oczy. – Co ci zrobił Kingpin? Zabił twoją ukochaną czy coś w tym stylu?

– To moja sprawa.

– Jasne, że tak. Tylko…

Doświadczenie nauczyło go także nie ufać nikomu, dopóki nie pozna jego słabości. Więc udając niedołężnego starca, potknął się, mając zamiar ściągnąć Schemerowi kaptur.

– …Nie lubię tajemnic!

Albo stał się wolniejszy, niż sądził, albo Schemer był szalenie szybki. Silvermane poczuł pod palcami tylko powietrze. Gość w kapturze już się odsunął. Silvermane napiął się, oczekując kontrataku. Ale Schemer, po szybkim oddaleniu się na bezpieczną odległość, czekał, aż Silvermane wykona następny ruch.

– To było głupie – powiedział Schemer.

On ma rację. Wyszedłem na idiotę. Jeśli ten palant zacznie o tym paplać w barze, za godzinę całe miasto będzie o tym wiedzieć. Jeśli to dojdzie do Cicera…

Palec Silvermane’a drgnął na spuście pukawki w kieszeni. Z jednej strony chciał rąbnąć Schemera tu i teraz. Z drugiej jednak pragnął zachować połączenie z Kingpinem. Co byłoby rozsądnym posunięciem? Niezdecydowanie wzbudziło w nim chory, paraliżujący strach.

Nagle poczuł się, jakby niewidzialny słoń usiadł mu na klatce piersiowej. Silvermane jęknął, chwycił się za pierś i upadł na kolana.

Dopiero agonia przywódcy Maggii, który zaczął się klepać po lewym ramieniu, skłoniła Schemera do podejścia bliżej, w przekonaniu, że atak serca jest prawdziwy.

– Potrzebujesz pomocy? Lekarza?

Rozwścieczony litością w jego głosie, Silvermane odwrócił się, spoglądając łzawiącymi oczyma w cień wewnątrz kaptura.

– Odsuń się! Co cię to obchodzi, czy przeżyję, czy umrę?

– Nic. – Pogarda w głosie Schemera powróciła. – Chcę się tylko upewnić, że te informacje zostaną wykorzystane. Jeśli nie przez ciebie, to przez twojego następcę.

– Następcę? Nie będzie żadnego następcy. Ja je wykorzystam. A teraz idź, wyjdź. WON!

SALĘ KONFERENCYJNĄ Kingpina w eleganckim biurowcu wznoszącym się nad Hell’s Kitchen wypełniali zarówno zaufani doradcy, jak i dobrze opłaceni ochroniarze. Osiłki wiedziały, że tylko ci pierwsi mogą się tutaj odzywać, ale najnowszy pracownik o wystających kościach policzkowych, Tommy Tuttle, musiał się jeszcze tego nauczyć.

– Co my tu oglądamy, szefie?

Wilson Fisk, znany też jako Kingpin, któremu ochroniarz właśnie przerwał ciąg myśli, przesunął się, by spojrzeć na Tommy’ego. W tym momencie skórzany fotel Fiska zaskrzypiał jak kadłub szkunera z Nowej Anglii. Mając nadzieję, że gniewne spojrzenie będzie wystarczająco wymowne, Kingpin odwrócił się w stronę wyświetlanego na ścianie obrazu.

– Te delikatnie wyryte hieroglify są piękne, Wesley, nawet hipnotyzujące. Rozumiem twoją obsesję na ich punkcie. Ale jak ten… muzealny obiekt może sprawić, że moja organizacja powróci na szczyt?

– To mapa skarbów, panie Fisk, klucz do największej tajemnicy wszech czasów. Przez wieki ludzie ginęli dla niej, ale poza najdziwniejszymi spekulacjami nikt nie wie na pewno, cóż to za sekret, ponieważ nikt nie potrafił rozszyfrować tabliczki.

Odpowiedź była oczywiście niekompletna. Bez wątpienia mężczyzna w okularach oczekiwał, że jego pracodawca wyjaśni resztę. Między innymi za to Wilson lubił Wesley’ego.

– A ty uważasz, że to potrafisz?

– Nie sam, ale sprawdziłem wielu kandydatów i znalazłem tego właściwego. Nie powinno być problemów z… nakłonieniem go.

Fisk podrapał się po brodzie.

– Gdzie to teraz jest?

– National Science Foundation wysyła tabliczkę na różne uniwersytety, mając nadzieję, że ktoś będzie w stanie złamać szyfr. W tej chwili znajduje się ona na wystawie w Empire State University.

Tommy znów się wtrącił.

– Łatwo będzie ją stamtąd wyciągnąć. Kogo oni tam mają, brodatych profesorków z łatami na łokciach?

Mimo kolejnej obrazy Fisk nie odrywał oczu od tabliczki. Smutne wysiłki mężczyzny, by zyskać sobie przydomek Tommy Gaduła, pozostały daremne. Ale coś w tym chłopaku przypominało żonie Fiska ich syna, więc Kingpin ponownie zignorował głupi komentarz.

Na szczęście w tym momencie wkroczył Wesley.

– Właściwie uniwersytet zatrudnił do pilnowania tabliczki zewnętrzną firmę ochroniarską Tech-Vault. Na pierwszy rzut oka wygląda na legalną, ale jest własnością Maggii. W dziewięćdziesięciu procentach przypadków wykonuje dla swoich klientów uczciwą pracę, ale daje swym właścicielom cynk, kiedy przez miasto są przewożone przedmioty o szczególnej wartości.

– Kontynuuj. – Słowa Wesley’ego zwróciły uwagę Fiska.

– Z tego, co wiem, Caesar Cicero, consigliere, stwierdził, że tabliczka jest zbyt znana, by mieć jakąkolwiek czarnorynkową wartość. Wątpię, żeby choć wspomniał o niej Silvermane’owi.

– Ale Maggia nie ma pojęcia, jak ją rozszyfrować, a my tak. – Oczy Fiska błysnęły. – Przeszedłeś samego siebie, Wesley. Szukałem okazji, by wystrychnąć ich na dudka. Sprzątnięcie im tego sprzed nosa upokorzy Maggię. A jeśli ta legenda okaże się prawdziwa, największy na świecie sekret, nieważne, czego dotyczy, będzie dodatkowym bonusem.

– Dziękuję panu. Teraz musimy tylko…

Wesley przerwał. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę drzwi. W pierwszej chwili Kingpin był zirytowany kolejnym rozproszeniem uwagi, ale kiedy obrócił się i zobaczył jego źródło, poczuł, że jego surowy wzrok staje się łagodny jak spojrzenie bezbronnego dziecka. Wejście wysokiej, zgrabnej kobiety z nieskazitelnie czarnymi włosami przedzielonymi pośrodku zaskakującą, równie doskonałą bielą w zupełności wystarczyło, by jego pracownicy zamilkli.

– Vanesso, kochanie…

– Wybacz, że ci przeszkadzam… – Vanessa Fisk odpowiedziała mu chłodniejszą wersją swojego przepełnionego miłością spojrzenia.

Kingpin przypomniał sobie o rzadko okazywanych dobrych manierach i wstał, o kilka centymetrów odsuwając brzuchem stół.

– Nie. Nigdy nie będziesz musiała prosić mnie o przebaczenie.

Już miała go dotknąć, jednak się powstrzymała.

– Chciałam zaczekać, ale czuję się, jakbym zaraz miała zwariować. Właśnie dzwonił jeden z dawnych szkolnych kolegów naszego syna. Powiedział, że Richard był przygnębiony, zanim pojechał na narty, i nie mogę przestać się o niego martwić.

Osobisty temat rozmowy nikogo nie zaskoczył. Fisk i jego żona często zachowywali się tak, jakby byli sami – nie dlatego, że nie liczyli się z innymi, ale dlatego, że mogli ich kontrolować.

– Czy każdy, kto wyleciał ze studiów, dostaje dzisiaj licencję terapeuty? – Uśmiechnął się do niej błagalnie. – Jesteś taka wrażliwa, widziałem, jak płaczesz o zachodzie słońca. Richard po prostu wypoczywa, to wszystko; myśli o rzeczach, które kręcą wszystkich młodych mężczyzn, zanim rozpoczną dorosłe życie.

Brak natychmiastowej odpowiedzi zaskoczył go. Wyglądała, jakby starała się odpędzić czarne myśli, lęk albo… wątpliwości.

– Wilson, czy ty coś przede mną ukrywasz?

– Oczywiście, że nie, Vanesso, przecież nigdy bym cię nie okłamał – odparł, kilkakrotnie mrużąc powieki.

Tommy Gaduła wymamrotał coś, jakby chciał przytaknąć słowom szefa. Fisk zagryzł zęby. Kątem oka dostrzegł, jak Wesley chwycił młodzieńca za nadgarstek i mocno go ścisnął.

– Jak mogę mieć co do tego pewność, skoro tak dobrze idzie ci okłamywanie innych?

Jej słowa dotknęły go do żywego.

– Co? Ponieważ cię kocham. Ty i Richard jesteście sensem mego życia. Tylko wasze szczęście motywuje mnie do działania.

Zmarszczyła brwi, jakby nie do końca usatysfakcjonowana jego odpowiedzią, i wyszła. Sposób, w jaki sukienka zafalowała wokół jej sylwetki, sprawił mu ból. Jako dziewczynka zmagała się z depresją. Teraz za sprawą tego minorowego nastroju wyglądała jak szary duch, który po krótkim pobycie wśród żywych musi zniknąć z pola widzenia. Mógł rzucić świat do stóp żony, ale nie był w stanie jej ochronić przed otchłanią jej własnych uczuć.

W POKOJU było tak cicho, że nikt nie mógł nie słyszeć szeptu Tommy’ego Tuttle’a.

– Jezu. Chyba tylko ona potrafi przestraszyć Kingpina.

Obracając się jak wielki glob wokół własnej osi, Fisk wbił wzrok w młodzieńca.

– Ja ci pokażę strach.

Ruszył naprzód, bez wysiłku odsuwając na bok stół konferencyjny. Tommy oglądał ataki hipopotamów na wideo i wiedział, jak śmiertelnie niebezpieczne mogą być te ciężkie bestie. Ale Kingpin był dwa razy szybszy. Mimo to, gdy pierwszy cios nie wysłał chłopaka prosto w błogą nieświadomość, Tommy miał nadzieję, że za mocno nie oberwie. Wiedział, że zasługuje na nauczkę. Nigdy nie potrafił zamknąć ust nawet na chwilę.

Dopiero kiedy piąte uderzenie zaczęło spłaszczać jego wystającą kość policzkową, zdał sobie sprawę, że Fisk celowo nie pozbawia go przytomności, by mógł poczuć każdą sekundę bólu.

– Nikt nie ośmieli się gadać o mojej żonie. Nikt.

2

JUŻ SPÓŹNIONY na najważniejsze tego dnia spotkanie, Peter raźno ruszył przez obszerny dziedziniec Empire State University. Koncentrował się na tym, żeby nie biec zbyt szybko, gdy zaskoczyło go klepnięcie w plecy.

– Peter Parker, prawda?

Twarz, która go przywitała, była przyjazna, ale nieznajoma.

– Jasne, jeśli nie jesteś komornikiem…?

– Randy Robertson. Robbie Robertson to mój tata – powiedział nieznajomy, wyciągając dłoń.

Peter uśmiechnął się i uścisnął ją, próbując sobie przypomnieć, czy redaktor działu miejskiego „Daily Bugle” wspomniał o tym, że jego syn studiuje na ESU.

– Wporzo!

– Tata powiedział, że jeden z jego fotografów freelancerów jest tutaj VIP-em.

– VIP-em? Nikt mnie tu nawet nie rozpoznaje. Super, że się poznaliśmy, ale… – Słowa „jestem spóźniony” nie przeszły mu przez gardło. Randy wyglądał na równie nowego na kampusie jak jego sneakersy. Minuta w jedną czy w drugą stronę i tak już nie miała znaczenia.

– Jak leci? Potrzebujesz pomocy w znalezieniu czegoś? Kawiarni? Łazienki? Jednego i drugiego?

– Jest okej, niczego nie potrzebuję – odparł Randy, wzruszając ramionami. – Chciałem tylko zobaczyć, jak wyglądasz. Też przyszedłeś tutaj na protest, nie? – Skinął głową w kierunku dużej grupy przygotowującej transparenty zaledwie kilka metrów dalej.

Łał. Jak mogłem to przegapić? Musi tu być setka ludzi.

Aktywista Josh Kittling, prawdziwy VIP, stał otoczony tłumem. Zwracając się do Petera, przemówił mocnym głosem, który nie pasował do jego drobnej sylwetki.

– Parker, weź pisak w dłoń. Jeśli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam!

Peter czuł, że połowa tłumu przerwała pracę, by na niego spojrzeć.

– Ech… a właściwie za czym lub przeciw czemu mam być?

– Za tym, żeby dbać o nasze interesy. – Kittling wskazał na salę wystawową po drugiej stronie dziedzińca. – Ten stary kawałek kamienia na ekspozycji nie przyciąga darowizn, na które liczyła administracja, więc planuje ona wydać dziesięć milionów na remont budynku. A my chcemy, żeby te pieniądze poszły na stypendia socjalne.

Kittling zazwyczaj miał rację, ale jednak nie zawsze. W obawie o to, jaki diabeł może tkwić w szczegółach, Peter zawahał się przed zadeklarowaniem pełnego poparcia.

– No nie wiem, być może odremontowanie starego budynku przyciągnie pieniądze na pomoc dla studentów. Dwie pieczenie na jednym ogniu, nie?

– Skończyliśmy już z kalkulacjami, przyjacielu. Nadszedł czas na działanie.

Do licha. Lubię faceta, lecz ostatnim razem, kiedy rozmawialiśmy, prawie wylądowałem na pontonowej łodzi goniącej przeciekające tankowce. Z całego serca popieram ochronę środowiska, ale ktoś musi tu zostać i walczyć z superzłoczyńcami.

– Chciałbym dowiedzieć się więcej, Josh, ale jestem spóźniony.

– Dobra. Na pewno to coś o wiele ważniejszego niż powstrzymanie kultury korporacyjnej przed zniszczeniem naszej edukacji.

Tym razem tłum syknął na Petera, aż odezwał się Randy.

– Wyluzuj. Nie wiesz, co on ma do zrobienia.

Protekcjonalne kiwnięcie głową Kittlinga było naprawdę wkurzające.

– Wystarczy, że wiem, że nie chce bronić wartości, które są ważne dla jego kolegów.

Po latach prześladowania za bycie molem książkowym Peter bardzo chciał powiedzieć wszystkim, jakich dokładnie wartości broni jako Spider-Man, ale nie mógł. Próbując zignorować gwizdy, zagryzł zęby i odszedł.

Równie mocno jak ją zacisnął, kiedy opuszczał dziedziniec uniwersytetu, opadła mu szczęka na widok Gwen Stacy. Stała oparta o witrynę Coffee Bean, przyciskając książki do piersi. Gdy go ujrzała, jej twarz rozjaśniła się tak, że nagle dotarło do niego, jak ładna jest pogoda.

– Hej, wygwizdany! – zawołała.

Przytruchtał do niej. Nadstawiła policzek do pocałunku, a on ochoczo ją cmoknął.

– Protest się rozkręca, widzisz?

– Tak – mruknął. – Na pewno nie chcesz tu zostać i wziąć w tym udziału? Zanim wrócimy z Queens, Josh i spółka prawdopodobnie zdobędą Manhattan, Bronx i Staten Island.

– Miałabym przegapić twoje cytaty ze starych piosenek? Nigdy. Poza tym podpisałam już petycję i napisałam do dziekana.

– Jest jakaś petycja? Mamy dziekana?

Złapała go za rękę i pociągnęła w stronę metra.

– Mamy też sale wykładowe. Opowiem ci o nich w drodze do ciotki.

Łoskot pędzącego pociągu był zbyt głośny, żeby dało się rozmawiać, więc Peter zadowolił się patrzeniem na Gwen. Nawet gdyby nie miała platynowoblond włosów, sarnich oczu i pełnej wdzięku sylwetki, zakochałby się w niej na zabój. Bycie córką kapitana policji dało jej silne przekonanie, co jest dobre, a co złe, i jeszcze silniejszy kręgosłup, by bronić tego, w co wierzyła. W związku z Gwen dręczyła go tylko jedna wątpliwość: co, do cholery, ta dziewczyna robiła z kimś takim jak on?

Oczywiście ich relacja nie była zwykłym związkiem chłopaka i dziewczyny. Bardziej przypominali parę o ukrytych tożsamościach, której na każdym kroku uprzykrzają życie superzłoczyńcy. Meteor, Rhino, Molten Man, Vulture, Zielony Goblin, Shocker, Lizard. Prędzej czy później Peter zmierzy się z jakimś przestępcą, który przedstawi się jako JeszczeDziwniejszy Stwór.

Kiedy był na pierwszym roku studiów na ESU, tuż po całej historii z Spideym, kiedy jego życie wywróciło się do góry nogami, wszyscy mieli go za snoba. Ale dziewczyna, która teraz przytulała się do niego, zignorowała awanse Flasha Thompsona i pierwsza zbliżyła się do Pete’a. Dlaczego? Może również odziedziczyła smykałkę do tajemnic. Jednak zawsze, gdy „tajemniczo” uciekał przed zagrożeniem, uznawała go za tchórza, tak jak wszyscy inni.

W połowie drogi drzwi się otwarły. Korzystając z chwili ciszy, Gwen pochyliła się i coś wyszeptała.

– Co powiedziałaś?

– Powiedziałam, że cieszę się, że mogę być z tobą.

Przyciągnął ją do siebie.

– Tak, usłyszałem te słowa. Chciałem tylko, żebyś je powtórzyła.

Kiedy Mary Jane zaczęła napomykać, że Gwen darzy go więcej niż przyjaznymi uczuciami, nie mogło mu się to pomieścić w głowie. Nawet gdy sama Gwen powiedziała, że podkochuje się w „nieśmiałym rowerzyście o brązowych włosach”, on myślał, że to żart.

Szturchnięcie w ramię przywróciło go do teraźniejszości.

– Jesteśmy na miejscu, piękny marzycielu.

– Hę?

– Myślałam, że lubisz stare piosenki.

– Tak. Jasne.

Wyszli na wysoki peron w Forest Hills w środku przerwy na lunch. Peter próbował zapunktować, z poświęceniem torując im drogę wśród tłumu.

Nie żeby kiedykolwiek był idealnym amantem. Na ich pierwszej randce zapomniał, że była magistrem nauk ścisłych. Tym razem jednak, kiedy wrócił po tym, jak zniknął, by walczyć z Doktorem Octopusem, nie nazwała go tchórzem – ale przytuliła mocno, naprawdę przestraszona, że został ranny.

To dało mu do myślenia.

Albo raczej sprawiło, że dla odmiany przestał myśleć.

Kiedy tak szli, trzymając się za ręce, wzdłuż obsadzonych drzewami ulic jego starej dzielnicy, zastanawiał się, dlaczego jej o tym nie powiedział. Chociaż rozmawiali na wszystkie możliwe tematy, zawsze się powstrzymywał, nigdy całkiem się przed nią nie otworzył. Ten sam dystans, który musiał teraz utrzymywać w relacjach z innymi, uprzykrzał mu życie z Gwen.

Oczywiście to wyczuła. Zaprzeczanie oczywistości stało się niemal jego znakiem rozpoznawczym.

– Grosik za twoje myśli?

– Stracisz na tym, Gwen.

Mógłby powiedzieć, że martwi się o ciotkę May. Zresztą to prawda. Kiedy Peter opuścił dom, by zamieszkać z Harrym w Village, Anna Watson, ciotka Mary Jane, wprowadziła się do kobiety, która go wychowała. Kilka dni temu pani Watson poinformowała go, że ciotka May źle się czuje, a on aż do dziś nie znalazł czasu, by ją odwiedzić.

Ale myślał nie tylko o tym i powiedzenie Gwen mniej niż całej prawdy byłoby jak zniewaga.

– Dlaczego zawsze wybieram takich milczków?

– Hę?

– Nieważne.

Kiedy doszli do skromnego dwupiętrowego domu, jego rzekomo złożona chorobą ciotka otworzyła drzwi, zanim zdążył zapukać.

– Peter!

Mimo zasłużonych zmarszczek jej twarz była jasna, rozpromieniona uśmiechem.

Cmoknął ją w policzek.

– Gotowa na bal? Pani Watson powiedziała, że nie czujesz się za dobrze.

– Bzdura, nie słuchaj jej! Jestem zdrowa jak ryba, zwłaszcza gdy odwiedza mnie mój bratanek!

Przeniosła wzrok z niego na Gwen.

– Rany, wygląda na to, że wy dwoje jesteście nierozłączni!

– Mam nadzieję, że nie ma mi pani tego za złe, pani Parker. – Odparła Gwen i uściskała ją, gdy weszli do środka.

Ciotka May zakryła usta dłonią.

– Mieć za złe? To zabrzmiało strasznie poważnie. Mogę tylko powiedzieć, że uszczęśliwiłaś głupiutką, sentymentalną staruszkę.

Dołączyła do nich dziwnie milcząca Anna Watson. Peter odłożył swoje sekrety na kilka następnych godzin. Popijając herbatę i jedząc ciasteczka, pozwolił sobie cieszyć się rzadkim uczuciem bycia częścią rodziny. Tym bardziej że Gwen też się nią stała.

Idealnie.

Kiedy wyszli, dziewczyna chwyciła go za rękę.

– Oczy tej kobiety są jasne jak u noworodka. Nic dziwnego, że jesteś trochę wyjątkowy, jeśli wychowała cię taka osoba.

GDY TYLKO jedyna żyjąca krewna Petera zamknęła drzwi, Anna Watson podbiegła, żeby ją złapać, zanim upadnie na podłogę, a potem pomogła jej położyć się na kanapie.

Kiedy skończyła wygodnie układać swoją przyjaciółkę, Anna skrzywiła się.

– May Parker! Dlaczego nie powiedziałaś mu o wynikach badań? Nie możesz wiecznie tego przed nim ukrywać. On jest dorosły. Ma prawo wiedzieć.

May słabo machnęła ręką, jakby chciała się od niej opędzić.

– Wiem, Anno, wiem. – Odwróciła twarz w kierunku popołudniowego słońca, które wpadało przez okno, odsłaniając żółte plamki w białkach jej oczu. – Ale Peter od małego zawsze był taki znękany, a teraz wyglądał na tak szczęśliwego ze swoją dziewczyną. Nie chciałam tego zepsuć.

Anna Watson prychnęła, ale nie odezwała się już ani słowem.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

PODZIĘKOWANIA

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

O AUTORZE

Rozdział dostępny w wersji pełnej.