Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 435 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Maruderzy - Sandor Marai

W ostatnim tomie sagi Sándora Máraiego towarzyszymy Péterowi Garrenowi w jego podróży do Berlina, gdzie jesteśmy świadkami wielkiego wiecu Hitlera. Opis i analiza tego wydarzenia są czymś wyjątkowym w literaturze. Po wiecu Péter, uzyskawszy uprzednio specjalne pozwolenie, odwiedza przebywającego w areszcie domowym pisarza Bertena (jego pierwowzorem jest Tomasz Mann). Rozmowa między nimi to błyskotliwa analiza niemieckiego ducha, ale też niewesoła prognoza dla świata. Wreszcie pod koniec powieści wracamy z Péterem do miasta, które tymczasem opuścili obcy, spotykamy pozostałych członków rodu Garrenów, poznajemy ich losy i obserwujemy trudne wybory, jakich muszą dokonywać w drugiej połowie lat trzydziestych.

 

Opinie o ebooku Maruderzy - Sandor Marai

Fragment ebooka Maruderzy - Sandor Marai

Sándor Márai

Maruderzy

Przekład Teresa Worowska

Czytelnik

Warszawa 2014

Znaczek i meldunek

Podziemna podróż

Pewnego dnia wyruszyłem w drogę przez znajome okolice, gdzie na cmentarzach próchnieją kości koronowanych głów, w kościołach można zobaczyć sławne obrazy, w pokojach na brzegu starych pucharów pozostał jeszcze ślad warg przodków, a w sercach ludzi zachodzą zmiany, które zaniepokoiły Emmánuela.

Podróżowałem powoli; inaczej niż wtedy, gdy samolotem spieszyłem do śmiertelnie chorego ojca niczym skrzydlaci bohaterowie z legend ludów północnych, gdy otrzymają alarmującą wieść, że król czy szaman jest chory. Ja też podróżowałem wówczas przez mit. Samolot leciał wysoko nad górami i miastami, ale ja i moi bliscy żyliśmy pół metra nad ziemią, unosząc się jak zaczarowani, bo choć mieliśmy w kieszeniach proszki od bólu głowy i wyciągi hipoteczne, nie stąpaliśmy po ziemi. To był nasz mit: ojciec umierał, a Dzieło Garrenów zostało zagrożone. Ale teraz, gdy szaman już nie żył, a Dzieło dostało się w ręce diabła, lichwiarzy i obcych, jak harfa – Kalbowi, podróżuję, czując twardy grunt pod stopami, myślałem.

Dlatego jechałem powoli, pociągiem pospiesznym. Byłem jak zgrany karciarz, który po nocy spędzonej w szulerni, gdzie stracił miliony, wyjmuje starą, pogniecioną talię i w domu gra z członkami rodziny na ziarna fasoli. Podróżowałem z uwagą i niepokojem, podobnie jak ów szuler, który równie uważnie gra na pieniądze, co na ziarna fasoli, bo w ludzkim losie ważny jest nie wynik, tylko gra, jej dziki i groźny przymus. Czasami ręką w rękawiczce przecierałem zaparowaną szybę i odczytywałem nazwy stacji. Miasta Europy pojawiały się posłusznie i z gotowością, Belfort, Zurych, potem jakieś miasto nad rzeką, którego nie rozpoznałem od razu, ponieważ dworzec kolejowy przebudowano: jakby znajomy przebrał się nagle w mundur. Kiedy pociąg opuścił dworzec, miasto mrugnęło do mnie szelmowsko, jakby ten znajomy zerwał nagle z ogolonej głowy żołnierską czapkę, zdradzając, że to on kryje się pod mundurem; tym dobrym znajomym było miasto, w którym chodziłem na uniwersytet i w podmiejskim lesie śpiewałem z młodymi niemieckimi studentami. Las również widziałem, z teutońskim dostojeństwem trwał wysoko nad zabudowaniami w dumnej i uporządkowanej dzikości jak oswojona bestia, którą dyrekcja ogrodu zoologicznego ma już odwagę wypuścić na wolność. Przypomniało mi się letnie popołudnie, kiedy jasnowłosy, niebieskooki młodzieniec oparty o pień dębu deklamował fragmenty Zbójców. Studenci, z którymi tam byłem, siedzieli na pachnącej ściółce z liści i słuchali słów o wolności. Później ktoś grał na mandolinie i piliśmy piwo. Podnosiliśmy kufle naraz, na dany znak i wszyscy razem. Słowo „wolność” niosło się daleko po lesie, drżało wśród dębów jak metaliczny dźwięk strun instrumentu. Pomyślałem, że wszystko jest na swoim miejscu, a Emmánuel i Mirza mają zwidy.

Pociąg jechał szybko, z właściwą mechanizmom nieustępliwością i niepowstrzymaną siłą, jakby duch szaleńca oblókł się w stal i parę. Poczucie, że posuwam się naprzód celowym ruchem, wydało mi się tu znacznie silniejsze niż w samolocie. W pociągu czuło się, że zmierza on ku jakiemuś celowi, w samolocie zaś, który przecież także miał swój dokładny cel i określony czas przelotu, człowiek czuł tylko, że unosi się w powietrzu. Pociąg zmagał się z ziemią, która stawiała mu opór, przyciągała stal, żelazne szyny usiłowały kurczowo zatrzymać i pohamować w pędzie stalowe koła, jakby w głębi ziemi działały tajemnicze magnesy, którymi bawią się zmarli, wszyscy ci Burgundczycy, Niemcy i Francuzi, którzy leżą w miękkich i twardych warstwach gruntu pod szynami. Ziemia wiązała ze sobą, poczułem, że pędzący pociąg przylega tu do niej bardziej niż gdzie indziej, w tej okolicy gleba była ciężka, pod żelaznymi szynami działały moce, które ściągały ku sobie wszystko. I odczułem nagle, że moja młodość się skończyła. Ja też jestem już bliżej ziemi.

Potem przyszło mi do głowy, że młodość Europy może również się skończyła. Trzeba by o tym porozmawiać z Mirzą Reyem. To była jego profesja, Europa, wiek ludów, ich młodość i zmierzch. Ja nie lubiłem tych pojęć rodem z map i książek historycznych. Rzeczywista Europa to były lasy, rzeki, stare kościoły i nowe gmachy fabryk. Istniało jednak tysiąclecie, w którym były one bliżej nas; gniewne, niedojrzałe narody oddawały hołd swoim kudłatym bóstwom, cały kontynent przypominał straszny i wspaniały pokój dziecinny, w którym grasowały młode ludy, Celtowie, Galowie, Grecy, Rzymianie i Germanie składali krwawe ofiary coraz to nowym bożkom. To dopiero musiało być widowisko, pomyślałem. Później ludy zwątpiły w nich, zaczęły spoglądać na Boga, ich ofiary też stały się łagodniejsze. Władzę bożków przejęło prawo. Świat stał się nudny i bez smaku jak niedzielne popołudnie w Birmingham. Na każdym rogu ulicy stał policjant, za każdą myślą książka, a za każdym uczynkiem – teoria. Człowiek mógł unosić się kilka centymetrów nad ziemią, póki miał kontakt z Bogiem, tak sądziłem. A teraz pozostały już tylko religie i kapłani. Nie można wzlecieć. Dlatego ziemia ma taką siłę przyciągania.

A potem pomyślałem, że ziemia to także podziemne czeluści, i poczułem niepokój. Oparłem głowę o pokryte czerwonym aksamitem oparcie. Na przeciwległej ścianie wisiało lustro i fotografie przedstawiające berliński pałac królewski i drezdeński Zwinger. Siedzenia w przedziale pierwszej klasy były wygodne, podróżny mógł odpoczywać na grubych, obciągniętych aksamitem poduszkach. Takiej wygody nie miał nawet Ludwik XIV, choć był kimś w rodzaju półboga, jednym z ziemskich objawień Słońca. Za oknem pojawiła się fabryka, jej szklany dach żarzył się zielonym światłem. Wszędzie panował prawdziwy porządek. W teatrach aktorzy rozpoczynali właśnie charakteryzację, podczas gdy poeci, którzy napisali dla nich dramaty, spoczywali w ziemi. W tym wszystkim było coś anarchicznego, może właśnie z powodu widocznego porządku, który z kurczowym wysiłkiem ogarniał i utrzymywał całość. Jak długo trwa porządek zwany kulturą? Nie wiedziałem. Więc odpowiedziałem jak pilny, dobry uczeń: trwa dopóty, dopóki utrzymuje więź z naturą i Bogiem. W przeciwnym razie to tylko magazyn; jeśli w świecie brak momentu tworzenia, tego boskiego elementu, jeśli przedmioty i zjawiska nie potrafią się zwrócić do Boga po imieniu, cały świat jest tylko magazynem rekwizytów. To proste jak dwa razy dwa. Rozmyślałem z rozdrażnieniem. Ziewałem.

Do drzwi zapukał kelner w białej marynarce ze złotymi guzikami, w jednej ręce ostrożnie trzymał tacę, na niej gorący rosół, ciemny chleb, masło, mleko i buteleczkę mocnego, słodkiego, ciemnego piwa. Potem korytarzem przeszła do toalety kobieta. Zajrzała przez szybę do przedziału z niewinną, surową miną, jakby z góry dementowała podejrzenie, że może posiadać potrzeby naturalne. Miała na sobie szarą spódnicę w kratę, białą bluzkę i jasnopopielatą kamizelkę zrobioną na drutach, a włosy lekko potargane, jakby podróżowanie było odmianą randki, kiedy człowiek zdejmuje buty, a namiętność burzy fryzury uczestnikom czułego pojedynku. Była nim teraz podróż: dal niczym stęskniony kochanek przygarniała do siebie pasażerów. Nawet w kołysaniu pociągu było coś zmysłowego i namiętnego, jakby ciała kochanków poruszały się w rytm aktu miłosnego.

Krajobraz pociemniał, kiedy ramiona mostu przyciągnęły pociąg ku sobie. Wszystko nagle zaczęło dudnić i huczeć. Materia odpowiadała materii w amoku szybkości, jak ciała reagujące spazmem na chwilę poznania. Podróż jest w istocie czymś zmysłowym, poczułem to teraz zupełnie bezpośrednio, kiedy młoda kobieta zniknęła w niebieskawym mroku słabo oświetlonego korytarza. Tli się w niej łagodne, mgliste wspomnienie kazirodcze: człowiek, który wyrusza w podróż, zespala się z ziemią, która jest boginią i pramatką jednocześnie. Jacy my jesteśmy ciekawi! – pomyślałem i przeszedł mnie dreszcz. Kiedyś człowiek padał na ziemię w religijnym uniesieniu i z ciekawością. Ale jednocześnie był bliżej nieba. A może to niebo było bliżej człowieka? Na przykład w czasach starożytnych. Sokrates miał bliżej do nieba niż Mirza Rey. Kultura nigdy nie może być wyłącznie sprawą ludzi lub Boga. Albo się zjednoczą, by tworzyć wspólne dzieła, albo nic nie wyniknie z eksperymentów. Bóg nie potrafi tworzyć bez człowieka, a człowiek czasem się przeciw temu buntuje albo po prostu głupieje, nie rozumie, czego oczekuje Bóg. Czasem Bóg nie ma nic wspólnego z ziemią. I wtedy ziemia staje się ciężka.

Kraj widoczny z okna pociągu nawet w nocy trwał w kurczowym przymusie działalności. Wszędzie paliły się lampy. Jakiś człowiek siedział za oświetlonym oknem, rysował linie na białym kartonie i zapisywał liczby. Huty wydzielały z siebie płynną surówkę, ciężką materię o zgaszonym blasku, jakby bogowie przecięli brzuch jakiejś pradawnej bestii z brązu i właśnie wylewała się metalowa krew tajemniczego stwora. Pod mostem kolejowym przemykającego za oknem miasta w świetle latarni gazowej stał policjant w śmiesznie poważnej pozie niczym drewniana figurka w mieście zabawek. Przez okolicę przepływała srebrzyście falująca rzeka. Na jej brzegu przesuwały się zamki, ruiny, małe miasteczka, kościoły, domki obrośnięte dzikim winem, winnice i skały. Na jednej z nich siedziała w świetle księżyca naga młoda kobieta, zaplatała warkocz i śpiewała. To była Lorelei, poznałem ją. Potem poczułem zapach smoły; buchając dymem, przez noc płynęła powoli pękata barka, na pokładzie, przed małym domkiem sternika, w czworokątnej drewnianej donicy rosło drzewko oliwne, samotnie podróżując w świetle księżyca niczym wytworny banita. Pomimo nocnej pory pejzaż żył. Oddychał ciężko, jak chory na serce zapaśnik w bezsenną noc.

Jego oddech był wysilony, powolny, jakby wszystko wprawiały tu w ruch niewidzialne koła zamachowe, jakby bezszmerowe pasy transmisyjne poruszały do przodu rzekę, samotnego mężczyznę, który kreślił tuszem linie, rękę, w której Lorelei trzymała grzebień, huty, których ciężkie ciała pochylały się nad ziemią, a z ich brzuchów wypływał gorący, płynny metal. Pomyślałem, że tutejsi ludzie nie lubią pracować. Zasnąłem. Zbudziłem się o świcie, za oknem pociągu wszystko tonęło w białej mgle, skądś dochodziła przez chwilę muzyka orkiestry dętej, potem mgła się podniosła, przez ukwieconą łąkę szły chłopki w czerwonych pończochach i okrągłych kapeluszach albo chustkach, na cmentarzu położonym na wzgórzu krzyże stały w nierównych rzędach, jakby wokół niewysokiego kościółka z jedną wieżą pasło się zbłąkane stado kóz. Tu ludzie pracują najwięcej, ale naprawdę nie lubią pracować – tak pomyślałem i przetarłem z oczu resztki snu. Tu ludzie uciekają w pracę, uciekają przed czymś. Kelner w kurtce ze złotymi guzikami przyniósł cienką gorącą kawę, życzył mi dobrego dnia, mówił w dialekcie; konduktor jakby przytył w nocy, był uprzejmy i przyjazny. Co oni lubią? – zastanawiałem się, popijając gorącą kawę bez smaku. Wreszcie przypomniało mi się: śmierć! Kochają tylko śmierć. Praca też jest dla nich jedynie drogą prowadzącą do śmierci. Podobnie jak miłość i myślenie. Dlatego pracują tak zajadle. Jak gdyby całe życie przebywali na przymusowych robotach: chcą już mieć za sobą jakieś straszliwie trudne zadanie; ziemia jest dla nich za ciężka i przyciąga ich do siebie, nie potrafią się wznieść ponad nią ani na centymetr, dlatego tą nieustanną pracą próbują się przebić przez życie, którego nie lubią, do śmierci, której pragną. Kiedy mówią „wolność”, przechodzi ich rozkoszny dreszcz, bo myślą „śmierć”. Dziwny naród, trzeba im się porządnie przyjrzeć.

Był już ranek. Miasta wyrastały z ziemi tak nagle, jak legendarne śpiące olbrzymy z czasów wędrówki ludów, gdy na głos rogu ogłaszającego świt zrywają się i chwytają za broń. Przesuwały się za oknem pociągu kolejno, z gotowością, jakby na komendę ustawiały się w szpaler przed wyrokiem przeznaczenia. Ogromne kominy fabryczne strzelały w niebo, za wieżami kościelnymi wzdłuż nasypu kolejowego ciągnęły się długie rzędy przedmiejskich proletariackich kamienic z burymi ścianami, żelaznymi schodami, niewielkimi oknami zasłoniętymi szmatą i ze smutnymi, cherlawymi kwiatami w doniczkach; stały tam, jakby nagimi ciałami miały osłonić miasto przed skutkiem jakiegoś rozkazu, któremu nie można się sprzeciwić, póki rewolucja lub jeszcze mocniejsza od niej ustawa go nie odwoła. Na ślepych ścianach widniały wypisane literami o wysokości jednego piętra reklamy maszyn do pisania, talku dla dzieci, gazet i towarzystw ubezpieczeniowych. W każdym mieście tramwaje były w innym kolorze, niebieskim, żółtym albo ciemnoczerwonym, jak dawne sztandary cechów czy książąt. Wydawało się, że miasta już nie mieszczą się obok siebie, stłoczone rozpychają się, tak pełno w nich terenów fabrycznych, kamienic, sklepów z rękawiczkami, gabinetów psychoanalitycznych, teatrów i kin, biur partii, zakładów metalurgicznych, komend policji, parlamentów, piwiarni, świątyń, urzędów hipotecznych i domów publicznych. Były przeładowane i wypełniały krajobraz tak samo, jak wszystko, czego mogły potrzebować, wypełniało do reszty place i budynki. Czasem migał jakiś pomnik: spiżowy generał na koniu czy wysoki jak piętro kamienicy marmurowy anioł z gałązką lauru. Wszystko to przesuwało się za oknami wagonu prędko, bezładnie i niezrozumiale, jak na przerwanej i sklejonej taśmie filmowej w dziwacznej deszczowej szarości nakładają się na siebie przez krótki czas koń, aktorka, miejsce straceń i seksapil.

Przyszło mi do głowy, że trzeba poszukać poetów. Widziałem swoją bladą twarz w lustrze, była zmęczona podróżą.

Konduktor wszedł do przedziału, uprzejmie i bez słowa zdjął z półki moje walizki.

To, co widziałem teraz za oknem, wydawało mi się niespokojne i wysilone aż do przesady. Nie miało jeszcze imienia, ale już czuło się, że i bez imienia to coś ogromnego jak morze czy tłum. Koła stukotały na zwrotnicach, pociąg sunął teraz gładko i elegancko, jak śpiewak, który wykonuje ostatnie frazy wielkiej arii. Szyny, po których dotąd jechał, rozgałęziały się coraz bardziej, czterdzieści rozwidleń rozbiegało się po terenie niczym potoki, które spływają z gór i zalewają pola; użyteczność i celowość wszystkiego była smutna i pospolita jak przejmujący fragment wiersza przekuty w hasło polityczne czy slogan reklamujący gorsety. Wszystko cudownie się ze sobą zgadzało: zwrotnice, spojrzenia ludzi spieszących do wyjścia, napisy na ścianach poczekalni. Wszędzie widziałem sztandary, jakby to było święto. Szedłem wśród nich ku wyjściu i czułem niepokój. Za dużo tych sztandarów. Pomyślałem: „Dziś jest wtorek. Chyba coś się tu szykuje”. Ciężka ziemia ciągnęła mnie ku sobie, w głąb. Rozejrzałem się podejrzliwie. Byłem w Berlinie.

Poeci milczą

Poszedłem do hotelu i stanąłem przed oknem. Oblane światłem słonecznym lipy unosiły liściaste głowy ku bladoniebieskiemu niebu. Duża, szeroka ulica w dole szumiała, jak wszędzie na świecie, gdzie zbiera się wielu ludzi, by, porzuciwszy życie pasterskie, omówić wspólne sprawy, stworzyć miasto, agorę i system prawny. Kobiety były smukłe i eleganckie, pogodne. Ale nigdzie nie widziałem poetów.

Szukałem ich po kawiarniach i w książce telefonicznej. W mieszkaniu Bertena nikt nie podniósł słuchawki. Telefon dzwonił długo, wytrwale, niczym sumienny urzędnik, który nie przestaje dobijać się do drzwi, za którymi dzieje się coś tajemniczego, ktoś umiera albo pisze wiersz i nie pozwala, by mu przeszkadzano. Tak było o drugiej po południu. Zadzwoniłem do Bertena również o trzeciej w nocy, tym razem ktoś odezwał się obcym głosem: „Już tu nie mieszka. Wyprowadził się”. I rzucił słuchawkę, nim wybąkałem przeprosiny. To był głos człowieka, który na pewno, byłem o tym przekonany, nie mógł należeć do kręgu krewnych czy przyjaciół Bertena. Przemówił butnie, choć był zaskoczony, musiał to być ktoś bezczelny i wyniosły, choć zmieszany i podejrzliwy. W kawiarni, w której w minionych latach Berten przekładał wiersze Shelleya, pracowali nowi kelnerzy. Zapytałem najstarszego z nich, czy coś wie o Bertenie. Pokręcił głową:

– Poeci już tu nie przychodzą.

I z gniewną miną zwrócił spojrzenie gdzieś ponad moją głową, krótkowzrocznie mrużąc oczy. O poetach mówili tu jak o gatunku zwierząt, który z powodu nieznanej zarazy z dnia na dzień zniknął z powierzchni ziemi. Jak o czaplach, które odleciały, ponieważ nad jeziorem i w trzcinach odbywa się polowanie. Poeci, no tak, powtórzył sprzedawca w księgarni, poprawił okulary na pryszczatym nosie i zawołał kierownika. – Niech pan zaczeka – powiedział trochę głośniej, jakby chciał mnie zatrzymać. Kierownik wyszedł z mrocznych głębin sklepu, zza osłoniętego mleczną szybą kantorka. Był grubym, niskim mężczyzną w marynarce z lustryny.

– A więc poeci – powtórzył z gotowością, jak właściciel sklepiku kolonialnego: „Imbir? Już panu służę”. – A jacy poeci? – Niepewnie rozejrzał się dokoła. – Klasyczni czy współcześni? Proszę wybierać. Mamy tu wszystkich. – Rozpostarł ramiona jak treser zwierząt po udanym numerze i wskazał na półki wypełnione po sufit książkami. – Schiller? Hölderlin?… Liliencron?… – wyliczał z dumą.

– Nie, Berten.

– Ach, Berten – powtórzył i spojrzał na mnie, a potem na młodego sprzedawcę z obłudą wspólnika. – Bertena – powiedział powoli, zimno – nie mamy.

– Wszystko sprzedane?

– Może. On jest nie na czasie, proszę pana – dodał zdecydowanie i skłonił się.

– Rozumiem – powiedziałem zmieszany, trochę bez sensu. Lecz rozumiałem, odpowiedź kierownika księgarni nie zaskoczyła mnie – w tym świecie Berten nie mógł być na czasie. Ale dlaczego? – pomyślałem zaraz. Berten nigdy nie zajmował się polityką. Był zresztą nie na czasie również w poprzedniej epoce. Po Szekspirze też pozostało nie to, co wtedy było na czasie, tylko te słowa, które załamującym się z namiętności głosem mężczyzna mówi do kobiety czy do innego mężczyzny: „Jesteś dla myśli jak dla życia jadło”1. Oczywiście, Berten jest całkowicie nie na czasie, zrozumiałem to. Nachyliłem się do starszego mężczyzny i z mimowolną poufałością powiedziałem cicho:

– Ale ja nie mówię o jego książkach, tylko o nim samym. Gdzie jest teraz? Bo telefon w jego mieszkaniu nie odpowiada.

Sprzedawca mechanicznie powtórzył:

– Nie odpowiada! No, jak nie odpowiada, proszę pana… – i rozłożył dłonie, jakby chciał powiedzieć: „Towar wyprzedany, bardzo żałuję, proszę wybrać coś innego”.

– Ale przecież Berten musi gdzieś być – nie ustępowałem. – Berten i inni poeci. Chyba w Niemczech są jeszcze gdzieś poeci? – I dodałem: – Jestem cudzoziemcem. Proszę o jakąś wskazówkę, gdzie można ich znaleźć…

Rozmawialiśmy jak dwaj myśliwi, którzy poszukują kryjówki rzadkiego zwierza czy śledzą tropy do wodopoju, który odwiedza on o świcie. No tak, poeci, powtarzał sprzedawca w coraz większej konfuzji i błyszczącym rękawem marynarki z lustryny otarł spocony czubek łysej głowy. Najwyraźniej speszyło go, że nie potrafi mi odpowiedzieć. Był uczciwym, starszym mężczyzną, dokładnie rozumiejącym znaczenie pytania, w tamtej chwili cierpiała również jego profesjonalna godność. Widziałem, że chciałby mi, cudzoziemcowi, odpowiedzieć rzeczowo i solidnie. Niemiecki księgarz uważa za swój naturalny obowiązek udzielić dokładnej i szczegółowej odpowiedzi, gdy pytają go, gdzie są niemieccy poeci. Odkasływał, wydmuchiwał nos, przestępował z nogi na nogę z dziecięcym i budzącym współczucie zakłopotaniem. Młodszy sprzedawca w okularach na pryszczatym nosie stał obok szefa nieruchomo i poważnie, niczym żołnierz na służbie.

– Pan może sobie wybrać – odezwał się nieoczekiwanie tonem pogróżki. – Mamy pełne wydanie Schillera. Mamy też wszystkie dzieła Hölderlina. Mogę polecić wiersze Nietzschego – dodał surowo. Potakiwałem uprzejmie i bezradnie. Splótłszy ręce za plecami, przespacerowałem powoli wzdłuż półek pełnych książek ustawionych w surowym wojskowym porządku. Czułem, że to, co się tu dzieje, nie jest czymś zwykłym, Emmánuela na pewno też zainteresuje, może właśnie po to mnie tu wysłał.

– Goethe – powiedziałem na chybił trafił. – Czy jest jakieś nowe wydanie Goethego?

Obaj odchrząknęli jak na komendę i niemal unisono odpowiedzieli:

– Goethe, tak. Naturalnie. Goethe.

I stali nadal.

– A czy mógłbym obejrzeć? – spytałem mimochodem, przyglądając się półkom.

– Obejrzeć? Oczywiście – odpowiedzieli, nie ruszając się z miejsca. A kiedy odwróciłem się i spojrzałem na nich ze zdumieniem, kierownik zaczął pospiesznie:

– W tej chwili nie mamy w magazynie całego Goethego. Może w miesiącach zimowych… – Spuścił wzrok, patrzył na podłogę i na czubki swych dużych butów. Mina pomocnika pozostała niezmienna, spoglądał na mnie zimno, podejrzliwie i z uwagą. Spytałem mimowolnie:

– Mam nadzieję, że Goethe jest jeszcze na czasie w Niemczech? – A kiedy milczeli, coś mnie podkusiło, jakiś rodzaj irytacji, jak u kogoś, kto bawi się pudełkiem z ekrazytem i choć wie, że to niebezpieczna zabawa, nie potrafi przestać. – Bo Schiller i Nietzsche, jak widzę, są na czasie?

Pomocnik poruszył się. Niczym bestia w okularach, która szykuje się do skoku, pochylił się lekko, górną część ciała wysunął do przodu i postąpił krok w moją stronę.

– Schiller i Nietzsche tak, proszę pana – odparł wrogo zduszonym głosem. – Naród ma prawo wybrać sobie pokarm duchowy, proszę pana. Naród, który jest młody i szuka swojego miejsca w świecie, ma prawo wybrać sobie poetów, proszę pana – powtórzył z emfazą i odrzucił głowę do tyłu jak ktoś, kto dokonał bohaterskiego czynu, w trudnej chwili wypełnił patriotyczny obowiązek. Było to zaskakujące, dziecinne i śmieszne. Starszy sprzedawca próbował uspokoić młodego, wojowniczo nastawionego pomocnika.

– Pan ma rację, Hillmeyer. Pan chciał czytać wiersze Bertena. Ale już go nie mamy w magazynie. Natomiast co się tyczy Goethego… Goethe jest naturalnie skarbem niemieckiej kultury. To książę poetów. Tak jest – dodał żywo. – Póki żyją Niemcy, żyje Goethe – zakończył uspokajającym, pełnym otuchy tonem, jakby w obronie honoru ducha niemieckiego spieszył uspokoić mnie, cudzoziemca, że w nowych okolicznościach Goethego też nie może spotkać żaden despekt, przed jego domem w Weimarze stoi warta honorowa, a naród niemiecki będzie znosił Goethego, cokolwiek się stanie. – Ale nowego wydania nie ma – powtórzył z żalem – a dawne wydania wykupiono. Nie mówmy już o Goethem – dodał pojednawczo i wykonał odmowny gest. – Może życzy pan sobie jakąś mapę? Pokażę panu nasze nowe książki – i wyciągnął rękę w stronę uszeregowanych na półkach grubych tomów w barwnych obwolutach.

Przyjrzałem się nowym książkom. Były to potężne, masywne tomiszcza, na okładkach niektórych widniał Budda albo posążek jakiegoś uśmiechniętego dalekowschodniego bożka. Następną grupę stanowiły książki z demonstracyjnie wielkimi spiczastymi literami gotyckimi w tytułach, które sugerowały jakiś specyficzny mistycyzm. Niektóre z nich trudno było zrozumieć. Nieustannie powracało w nich pojęcie „Drogi”. Droga do Boga, Droga do Niemieckiego Boga, Droga do Istoty Niemieckości, Droga Wstecz i Droga Naprzód. Z okładek tych książek płynęła ku czytelnikowi mglista, niejasna sugestia, że wszyscy mówiący po niemiecku zabłądzili w puszczy zwanej życiem i muszą teraz znaleźć Drogę, to ich najważniejsze i najpilniejsze zadanie. Tytuły były patetyczne, a jednocześnie infantylnie krzykliwe, wyrażające dezorientację i wołające o pomoc. Ich autorzy i czytelnicy rzeczywiście musieli szukać jakiejś drogi, w przeciwnym razie nie napisano by i nie sprzedawano tych opasłych tomów.

– Czy to literatura religijna? – spytałem, mimowolnie starając się mówić cicho i przyjaźnie, uspokajającym tonem, wskazanym w kontaktach z podnieconymi dzikimi ludźmi czy z niespokojnym dzieckiem, kiedy intonacją sugerujemy treść tego, co chcemy powiedzieć.

– Religijna? – powtórzył zdumiony kierownik. – Czy pan słyszy, Hillmeyer? Pan pyta, czy mamy książki religijne.

Pytanie zaskoczyło również pomocnika. Zamyślił się w postawie pełnej szacunku, ze zmarszczonym czołem, na wpół otwartymi ustami; poruszając bezwiednie wąskimi rybimi wargami, poszukiwał odpowiedzi.

– W sensie dogmatycznym – odezwał się po chwili, ważąc słowa z namaszczeniem – te książki zapewne nie są religijne. Ale jeśli pan rozumie religię jako drogę narodu do samego siebie… – Zaplątał się w odpowiedzi, cicho odchrząknął i zamilkł. Patrzyłem na niego życzliwie, ze zrozumieniem i chęcią pomocy. Młody Niemiec poruszał bezdźwięcznie wargami jak tonący. Wreszcie odzyskał mowę, jakby jakiś podwodny prąd nieoczekiwanie wyrzucił go na powierzchnię, gdzie znów mógł zaczerpnąć tchu. – Te książki są bez wątpienia religijne – powiedział trochę wysilonym tonem i uśmiechnął się niespokojnie. – Bo kiedy naród dociera do swej własnej istoty, postępuje religijnie. Ma swoją religię ciało, ma ją i władza. Na przykład ta… – i wskazał na grubą książkę drukowaną gotykiem – wytycza drogę Niemców pomiędzy chrześcijaństwem, krwią i rasą.

Milczeliśmy. Próbowałem w dalszym ciągu być uprzejmy.

– To pewnie bardzo interesujące.

– To więcej niż interesujące – odparł pomocnik złowróżbnie. – To już jest odpowiedź, proszę pana.

Jego wąskie, jasne brwi drgały nerwowo. Najwyraźniej nie książkę chciał sprzedać, tylko coś innego: przekonanie, manię, pasję. Stał tak jeszcze przez chwilę, poruszając bezgłośnie ustami, z palcem ostrzegawczo wzniesionym do góry, po czym wrócił za kontuar.

Kierownik sklepu odprowadził mnie do drzwi. Szeptał:

– Sam pan słyszał. Młodzi są niespokojni. Wszyscy oni tacy dzisiaj… – mówił bardzo cicho, szczerze, z przestrachem i smutną rezygnacją starego człowieka. – Czegoś szukają. Pewnie własnej drogi – dodał usprawiedliwiająco, zezując jednocześnie kątem oka w stronę pomocnika. – Do widzenia panu – zakończył głośno, oficjalnym tonem, jakby przedstawiał alibi.

Ulicą płynęła wielka rzeka samochodów, z tak dziką radością, z jaką prastwory kąpały się w praoceanie. Samochody o opływowych liniach, wielkie jak lokomotywy, głośnym dźwiękiem klaksonu przepędzały z drogi mniejsze auta, ludzi i inne środki komunikacji, również powolne autobusy. Trąbiły, warczały, błyszczały, wystawiały na światło słoneczne swoje ogromne kształty, płynąc i kołysząc się w pijanej ekstazie istnienia. Na samochodach migały rozmaite flagi, błyskały prostokątne i trójkątne tabliczki oraz znaczki w różnych kolorach, jakby te mechaniczne arcydzieła również miały swoje rangi – podporucznika, majora czy generała, coś w rodzaju hierarchii, jak w wojsku. Głosy klaksonów, warkot silników i pisk hamulców przypominały mi hałas pokoju dziecinnego, w którym odbywają się jakieś szaleństwa. I była w tym rzeczywiście młodość – młodość mechaniczna, radość nowego gatunku, nowoczesna zabawa bardzo starych sił. Jakby błyskawice, wiatr, para, wszystko, co porusza i napędza zjawiska ziemskie, nagle przywdziały błyszczący pancerz, a bożek Pan otrzymał żelazne płuca i stalowe serce – tak buzowały, hałasowały i szalały na ulicach te dziwne, silne istoty, funkcjonujące według czterotaktowej pracy serca. Ludzie siedzieli w pędzących samochodach z zadowolonymi i chełpliwymi minami dzieci w wagonikach wznoszącej się i opadającej kolejki wesołego miasteczka; i rzeczywiście, wydawało się, że ten powszechny pęd wypełnia życie jakąś nieznaną radością, niespodzianką i zabawą. Czasami nad szerokimi alejami przelatywał samolot i ludzie spoglądali na skrzydlate metalowe zwierzę z zainteresowaniem i uśmiechem, ale trwało to tylko chwilę, prędko przechodzili nad tym do porządku dziennego, niebo traktowali jak swojską przestrzeń, w której człowiek już nieuchronnie i ostatecznie jest u siebie. Na sunące niebem do Amsterdamu, Paryża czy Hamburga samoloty patrzyli jak dziecko, które z odwieczną naturalnością woła „pa, pa” do przesuwających się po niebie obłoków. Pasażerowie wychodzili z podziemi metra i przynosili ze sobą jakąś część duszności szybów, jakby w ciepłej głębi ziemi pomiędzy ludźmi a maszynami tworzyła się specyficzna więź, powstawał inny ludzki zapach. Żwawo, z błyszczącymi oczyma wchodzili po schodach, jakby szli na majówkę. I wskakiwali do nadjeżdżającego autobusu.

Wszyscy się spieszyli. Przypominali termity w podziemnej metropolii, gdzie każdy osobnik ma dokładnie określoną rolę, tak samo gnali do swoich nieznanych, ale najwyraźniej dokładnie wyznaczonych zadań. Tym zadaniem mogła być produkcja ołówków, akt miłosny czy lot wojskowy; najwyraźniej wszyscy traktowali życie jak zadanie w tym wielkim, hałaśliwym, wypełnionym rozmaitymi pasjami i siłami mieście. Każda chwila dnia była zadaniem, także godziny snu i trawienia. Miałem wrażenie, że wszystko, co tu wykonywano, było celowe. Szedłem powoli pod rzędem lip. W świetle słonecznym uporządkowany, geometryczny kształt zabudowy objawił mi swoją uspokajającą urodę, jakby miliony ludzi w ciągu wieków zdołały wreszcie w zadowalający sposób rozwiązać złożony wzór matematyczny. Miasto było piękne w swoich proporcjonalnych i mądrych formach, lecz w inny sposób piękne niż Paryż czy Londyn. W jego majestacie i wielkości było coś świadomego i wyniosłego, i ta świadomość wypełniała serce niepokojem. Aleje rozgałęziały się w następne aleje, w takich punktach stał na ogół policjant, patriotyczny pomnik albo łuk triumfalny. W swojej nowości, hałaśliwej i celowej żywotności, Berlin był piękny niczym geometryczne arcydzieło. W Paryżu wszystko wydawało się wykrzywione, niedokończone, na próżno przez wieki budowano jego place i ulice, daremnie złożone niemocą wymierały stuleciami części jego ciała – Paryż mimo to żył, w każdej chwili kształtował się, zaskakiwał sam siebie jakąś dotąd niezauważoną, niewypróbowaną odmianą istnienia. Londyn zaś, niczym łagodna, udomowiona bestia, ciężko oddychał, sapał i dusił się pod własnym ciężarem, niekształtnymi rozmiarami i bezczasowym losem. Berlin skwierczał życiem, ale jednocześnie był dziwnie zesztywniały, jak matematyczno-mechaniczne arcydzieło, które zamarło w chwili, gdy zostało ukończone. Spokojne, szerokie ulice rozpościerały się w przestrzeni w sposób tak jednoznaczny, jak rysunek matematycznych idei, które ostatecznie rozwiązał i zamknął twórczy umysł. To hałasujące, dyszące i stukające milionem przekładni, pulsujące w rytmie milionów ludzkich serc cielsko miasta spało snem śmiertelnym. Dzielnice ciągnęły się jedna obok drugiej z pokorną nieruchomością, niczym podbite krainy. Cień śmierci leżał na eleganckich i szerokich ulicach, jakby stanowiła ona sens całej metropolii, wszelkich wyrażonych w kamieniu i asfalcie ludzkich przedsięwzięć. Miasto, które wypełnione było najrozmaitszymi urządzeniami, jakby wszyscy żyli w stanie nieustającej pracy, gdzie wydawało się, że nawet życie prywatne jest tylko serią rytmicznych ruchów, wykonywanych w służbie maszyn, w samym środku nieustającego działania ukrywało śmierć, jej głęboką tajemnicę chowało w turbinach i w ludzkich sercach. W tamtej chwili w Europie Berlin wydawał się najżywszym miastem. Ale w swym sercu zamknął śmierć.

Przystanąłem na rogu Friedrichstraße i kupiłem papierosy w luksusowym, uporządkowanym i logicznie urządzonym sklepie – miał lustrzane okna, półki wypełnione kolorowymi pudełkami, dzwoniącą kasę, która wesoło stukała niczym karabin maszynowy w rękach młodego niemieckiego powstańca, a jednocześnie był tak przejrzysty jak wydział banku, w którym południowoamerykańscy milionerzy przechowują klejnoty w stalowych sejfach. Ale poukładane na półkach kolorowe pudełka kryły w sobie cygara bez aromatu i papierosy pozbawione smaku, pachnące suszoną trawą. Nigdzie nie pakowano papierosów i cygar tak doskonale jak w Niemczech, prawdopodobnie nawet nigdzie nie produkowano ich pod kierownictwem dyplomowanych specjalistów z taką starannością, wiedzą i doskonałą znajomością rzeczy jak tu. Niemieccy producenci papierosów nie oszukiwali. Firma, której reklama widniała na ślepej ścianie domu naprzeciwko, rzeczywiście sprowadzała wschodni tytoń, który następnie przerabiano w fabrykach Lipska czy Drezna, gdzie od dziesięcioleci fachowo przygotowani robotnicy i robotnice pod kierunkiem inżynierów w białych fartuchach wyrabiali papierosy czy cygara. Nikt tu nie oszukiwał: Wschód przysyłał tytoń, w czystych, przypominających sale operacyjne przestronnych halach robotnicy ubrani jak lekarze skręcali papierosy i cygara ze szlachetnych liści, artyści projektowali pudełka w niebieskich, czerwonych, złotych i białych kolorach, a pisarze wymyślali dla ich marek poetyckie reklamy, zamieszczane następnie w gazetach. Nawet ceny były trzeźwe i uzasadnione: grube papierosy za sześć fenigów rzeczywiście były tyle warte, za ile je sprzedawano: sześć fenigów. Tyle że nie miały zapachu. Nawet nie były nijakie, po prostu nie miały żadnego smaku. Doskonale przepuszczały dym, który kłębił się niebieskawo – człowiek zapalał papierosa, wydmuchiwał dym i spoglądał w niebo. Ale nic się nie działo. Nie czuł tego szczególnego smaku i zapachu, który drażni dziąsła i nozdrza palacza w chwili po zaciągnięciu się papierosem czy pyknięciu cygara. Śluzówka nosa i ust nie otrzymywała porcji trucizny, która jest strasznym i uszczęśliwiającym darem palenia – coś się stawało z tytoniem, nim dotarł ze Wschodu na róg Friedrichstraße. Nie wykradano z niego nikotyny. Ale coś jednak się z nim działo. Co z niego usunięto? Albo czego dokładano? Pożegnałem się, opuściłem elegancki sklep, szedłem powoli i zaciągałem się dymem delikatnego niemieckiego papierosa. Co w nim było, czego dodały niemieckie ręce? Zrozumiałem: była w nim śmierć.

Sonet 75, przekład Macieja Słomczyńskiego. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Jelvény és jelentés. Utóhang. Sereghajtók

© Heirs of Sándor Márai Csaba Gaál (Toronto)

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Agnieszka Stando

REDAKCJA: Bianka Dziadkiewicz

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważania wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Teresa Worowska, 2013

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2013

ISBN 978-83-07-03346-4