Martyna - Janusz L. Wiśniewski - ebook
Opis

Opis

Martyna” to historia młodej dziewczyny, której udało się wyrwać z rodzinnego domu w Szczytnie i wyjechać na studia, do wielkiego miasta…

Książka Janusza Leona Wiśniewskiego jest o tyle niezwykła, że jest owocem ponad trzymiesięcznej współpracy Autora z portalem korba.pl. To właśnie na łamach tego portalu powstawała ta opowieść… pisana przez Janusza Leona Wiśniewskiego i internautów. „Martyna” to opowieść nie tylko dla kobiet, opowieść o rzeczach ważnych dla każdego z nas: o miłości, uczciwości, szczęściu i poszukiwaniu własnej drogi…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 86

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Janusz LeonWiśniewski

Mariusz Makowski

Renata Palka-Smagorzewska

Redakcja

Jan Koźbiel

Korekta

Jadwiga Przeczek

Copyright © by Janusz L. Wiśniewski, 2011

Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Copyright © for the e-book edition Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2011

Świat Książki

Warszawa 2011

Weltbild Polska Sp. z o.o

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkieudostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-247-2737-7

Nr 90451329

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Zamiast przedmowy

Dzisiaj wystukane na klawiaturze słowo przestaje należeć do nas, gdy tylko na chwilę się zapomnimy.Martynapowstała w efekcie takiego celowego zapomnienia. W internecie się słowami poczęła, w internecie dorastała i dopiero później wydostała się z sieci i – dzięki wynalazkowi Gutenberga – znalazła swoje miejsce na papierze, w książce.

Inspirowana słowami wielu ludzi opowiada historie, które mogły przydarzyć się wielu z nas. Bardzo aktualne i ważne. Bo miłość, lojalność, wierność, mądrość i uczciwość były i są zawsze aktualne.

Te historie mają swoje fabuły utworzone wspólnym myśleniem wielu ludzi, są odzwierciedleniem wielu różnych wrażliwości, są naznaczone doświadczeniami wynikającymi z wielu rozmaitych biografii.

Losy tytułowej Martyny, a także innych bohaterek i bohaterów tej książki, gdy zamknięte w ramy jednego tylko filmowego scenariusza, mogą nie oddać tego, co chcieliby przekazać ludzie współtworzący tę książkę. Dla Martyny byłoby najlepiej, gdyby taki scenariusz ciągle jeszcze powstawał…

Janusz Leon Wiśniewski

(www.wisniewski.net)

marzec 2011, Frankfurt nad Menem

Do dzisiaj nie wie, dlaczego wrócił tamtego wieczoru. Wszedł cicho, bez słowa zsunął na podłogę książki leżące za nią na wersalce, usiadł za jej plecami, podniósł włosy z karku i dotknął ustami szyi. Siedziała bez ruchu, wpatrując się w odbicie jego głowy w szkle monitora stojącego na stoliku naprzeciwko. Ręce, aby jej choćby przypadkiem nie dotknąć, oparł obok ud; oddychał niespokojnie, ogrzewając wydychanym powietrzem miejsca, które całował. Zesztywniała jak ktoś, kto oczekuje ciosu. Dłonie zacisnęła w pięści. Zbliżył usta do jej ucha, zamknął kolczyk z kawałkiem ciała między wargami. Drżał.

– Martynko moja – wyszeptał.

Wyprostował się. Poprawił jej włosy, pocałował sweter na ramieniu. Wstał i wyszedł. Siedziała dalej bez ruchu. W pewnym momencie podniosła rękę, dotknęła ucha, które on miał przed chwilą w ustach, i przesunęła palce do warg. Andrzej…

Od pierwszej chwili był dla niej, gdy go potrzebowała. I zawsze znikał, gdy czuła do niego wdzięczność. Już tam, na dworcu, dwa lata temu, gdy przybiegła w ostatniej chwili na autobus do Szczytna i kierowca powiedział jej drwiąco, że „to nie autobus na działki” i że „już jutro jest następny”. Miała łzy w oczach, bo „jutro” to było o całą wieczność za późno. Bo to dzisiaj ojciec czeka na nią w domu pełnym jej zdjęć. Bo zrobił jej ulubioną zupę grzybową; opowiadał od kilku dni psu, że przyjeżdża do nich Martynka; będzie stał na progu dwie godziny przed czasem i czekał, aby wnieść walizki, których nigdy nie miała; pomalował jej pokój, przesunął łóżko do okna i zmienił firanki na krótsze, żeby zaraz po przebudzeniu mogła spojrzeć na jezioro.

– Proszę pana, ja mogę siedzieć na podłodze, mogę stać… Ja muszę dojechać dzisiaj do Szczytna, proszę…

W tym momencie chłopak w zielonej kurtce stanął przy kierowcy i podając mu swój bilet, powiedział:

– To może ja pojadę dzisiaj na działki, a pan weźmie tę panią. Niech pan otworzy bagażnik, żebym mógł zabrać bagaż.

Kierowca spojrzał na niego rozdrażniony i nie wyjmując papierosa z ust, podniesionym głosem skomentował:

– Panie, trzeba wiedzieć, co się chce. Ja muszę teraz przewalać cały bagaż, żeby wyciągnąć pana towar. Cholera, dżentelmen się znalazł…

Chłopak odwrócił się plecami do kierowcy i patrząc jej w oczy, powiedział cicho:

– Nie zwracaj na niego uwagi. Masz miejsce przy środkowym wejściu. Ja mogę pojechać jutro. Na mnie nikt nie czeka.

– Ale… Dlaczego? Ile kosztował bilet? Proszę, powiedz. Zaczekaj!

Nie słuchał. Odwrócił się i odszedł.

Spotkała go dwa miesiące później. Zupełnie przypadkowo. Ojciec dał jej pieniądze na komputer. Dwa razy więcej niż potrzebowała. Odkąd wyprowadziła się z domu – jeszcze na długo przed rozwodem rodziców – miała uczucie, że chciał wynagrodzić jej to, że nie ma go pod tym samym adresem. Że ją „zostawił”. Jak gdyby chciał zmazać winę, której tak naprawdę wcale nie było. Nigdy nie uważała, że ją zostawił. Był dla niej zawsze. Pod „tym samym adresem” i pod wszystkimi innymi. Jeśli wyjeżdżał na dłużej niż jeden dzień, natychmiast dzwonił, aby podać jej numer telefonu, pod którym będzie osiągalny.

Czasami rozmawiała o tym z Magdą, przyjaciółką ze stancji. Starsza od niej o sześć lat, „emerytowana studentka”, jak się czasami nazywała, rozpoczęła studia, gdy jej rówieśnicy je kończyli. Magda tak naprawdę nie miała ojca. Umarł przed jej urodzeniem i znała go tylko z fotografii. I ta Magda, której słowo „wzruszenie” było tak obce jak plaża Eskimosom, potrafiła zamilknąć i słuchać, patrząc jej w oczy. Magda uwielbiała ojca Martyny. Jego wizyta na stancji była zawsze wydarzeniem. Magda potrafiła bez wahania zmienić wszystkie plany, odwołać nawet randkę, aby tylko móc usiąść z nimi przy świecach i słuchać, jak on opowiada. Pewnego razu, gdy zostały wieczorem same po jednej z takich wizyt, Magda wyciągnęła z metalowej kasety, którą trzymała w nocnej szafce, zapisaną drobnym pismem kartkę. Napełniła winem szklankę po herbacie, wypiła duszkiem, usiadła na podłodze i zaczęła czytać. Nie, wcale nie czytała. Zamknęła oczy i recytowała. List, który ojciec napisał do niej przed jej urodzeniem. List do nienarodzonego jeszcze dziecka, na które czeka i za którym tęskni. Spały razem tej nocy. Tak naprawdę zaprzyjaźniły się właśnie wtedy, wtulone w siebie.

Dwa miesiące po wizycie w Szczytnie wzięła pieniądze, które dostała od ojca, i weszła do pierwszego sklepu, na którego wystawie stały komputery. Przechodziła powoli wzdłuż półek, czytając opisy stojące przy szarych metalowych skrzynkach. Nie rozumiała zbyt wiele; tak naprawdę podobał się jej tylko jeden. Był zupełnie inny. Wyglądał jak futurystyczny telewizor z fioletowego pleksiglasu. Po prostu śliczny. Chciała taki mieć, nawet jeśli nie był komputerem. Nachyliła się, aby zobaczyć cenę, i w tym momencie usłyszała cichy głos:

– Czy nad jeziorami była mgła, kiedy byłaś w Szczytnie?

Odwróciła się gwałtownie. Stał za nią, uśmiechając się przyjaźnie. W zielonym fartuchu, z plakietką sprzedawcy na prawej piersi i ołówkiem za uchem. Wydał jej się o wiele wyższy niż wtedy przy autobusie. Ciemne włosy, zaczesane do góry, odsłaniały szeroką bliznę na czole. Dłonią dotykał nerwowo prawego ucha i wydawał się zawstydzony, choć to on ją zagadnął. Uśmiechnęła się.

– Wieczorem była tylko nad Małym, ale rano była i nad Małym, i nad Dużym. Gdy przechodziłam mostkiem, znikłam we mgle.

– Byłem tam w zeszłym tygodniu. Było dokładnie tak samo.

Tak poznała Andrzeja. Studiował telekomunikację na politechnice. Przyjechał, tak jak ona, ze Szczytna, znał najbardziej wzruszające wiersze Poświatowskiej na pamięć, wiedział wszystko o komputerach i był „przystojny do bólu ud”, jak powiedziała Magda. Kiedy pierwszy raz przyprowadziła go na stancję, Magda bezwstydnie go uwodziła, a jak tylko zamknął drzwi za sobą, powiedziała podekscytowana:

– Słuchaj, jak na niego patrzyłam, to mi się stringi z tyłu do przodu przesuwały i robiłam się wilgotna. Gdzie ty go znalazłaś?!

Podeszła do okna i patrząc za Andrzejem idącym do przystanku autobusowego, zapytała poważnym głosem:

– Martyna, słuchaj, chcesz go mieć?

Wtedy jeszcze nie wiedziała, czy chce.

I tego wieczoru, gdy wrócił i całował jej szyję, także nie. Chociaż chciała go mieć – na chwilę. Żeby zdjął jej sweter i dotykał pleców ustami, i chociaż raz musnął piersi. I żeby wychodząc do domu, natychmiast o tym zapomniał. Ale on nie zapomniałby tego nigdy i dlatego nie zdjął jej swetra. A tak bardzo chciała, żeby to zrobił. I to pragnienie wynikało głównie z podziwu. To idiotyczne – myślała. – Czy można kogoś pragnąć „na chwilę”, i to tylko z podziwu?

Wstała z wersalki, podeszła do ławy zastawionej przepełnionymi popielniczkami, szklankami z resztkami herbaty i kieliszkami po winie. Schyliła się, szukając butelki, w której byłoby jeszcze cokolwiek. Piwo, wino. Obojętne. Potrzebowała etanolu. Uruchomiła komputer i włączyła modem. Chciała rozmawiać. Z kimkol-

wiek. To zawsze pomagało. Nawet jeśli była to rozmowa ze sobą. Kiedyś pisała pamiętnik. W niebieskich zeszytach obłożonych dla kamuflażu w okładki z napisem „Zadania z fizyki”; chowała je między sprężynami a materacem łóżka. Zupełny bezsens. Nikt przecież nie chowa „Zadań z fizyki” w łóżku. Ale to było dawno. Wtedy ciągle było tak… tak bezpiecznie. Tak cudownie bezpiecznie, kiedy zawstydzona przyłapywała rodziców w kuchni, gdy całowali się, myśląc, że ona już dawno śpi. Teraz nie chcą nawet wejść razem do kuchni.

Kiedyś Magda zawołała ją do komputera. Czytała na głos, poruszona, publikowany w internecie pamiętnik jakiejś alkoholiczki, szczegółowo, dzień po dniu opisującej walkę z uzależnieniem. Tak dowiedziała się o blogu. Dwa tygodnie później założyła własny. Zeszyty spod sprężyn dane do przeczytania całej elektronicznej wiosce. Po co czekać, aż ktoś w końcu znajdzie – na co tak naprawdę liczy każda mała dziewczynka – ten pamiętnik. Można go przecież samemu podrzucić światu.

Dzisiaj, po wieczorze pełnym ludzi, winie, cieple oddechu Andrzeja na szyi i jego nagłym wyjściu, czuła się osamotniona. Opuszczona. Blog pomagał na to. Szczególnie gdy nie było w pobliżu Magdy. Na blogu można było wyrzucić z siebie cały zgiełk rozterek, myśli i wątpliwości. Wyspowiadać się, wymyślić sobie pokutę i nie musieć przyrzekać poprawy, trochę usprawiedliwić, trochę się pożalić, ale przede wszystkim przekonać się, że to nieprawda, że ona jest z Księżyca, a cała reszta z Jupitera. Zaczęła pisać.

12.10.2002

(Nie)odwzajemnienie

Mam wrażenie, że zatrzaskuję przed nosem drzwi komuś, kto przyniósł torby z moimi zakupami i kogo sama zaprosiłam, aby je ze mną zrobił. Był stoicko cierpliwy, doradzał, odradzał, wystawał przed przymierzalniami, stał ze mną we wszystkich kolejkach do kasy we wszystkich sklepach tego miasta, oglądał ze mną wszystkie książki we wszystkich księgarniach, potem niósł wszystkie ciężkie torby, a gdy podeszliśmy do drzwi mojego mieszkania, wzięłam te torby od niego i zatrzasnęłam drzwi przed nosem. Już nie był mi potrzebny. I nawet mu nie podziękowałam, głównie ze strachu, że moją wdzięczność mógłby pomylić z przyzwoleniem i mieć nadzieję na następne zakupy. Tak się teraz czuję.Wrednie, okropnie. Cuchnę na odległość egoizmem i obłudą. I przy tym wszystkim wiem, że on dołożył do tych toreb swoje serce i teraz bez niego jedzie autobusem do domu. Ale jutro będzie miał nowe. Po to, aby mi je dać, gdybym kiedyś po zakupach zechciała wpuścić go do środka.

Nieodwzajemnienie

Nie potrafię sobie z nim poradzić. Z tym nieodwzajemnieniem. Pewnie dlatego, że zapraszam go na te zakupy, robiąc nadzieję. Ale to akurat jest uczciwe. Odwzajemnione. Bo ja też robię sobie nadzieję. Na to, że go pokocham. Zapragnę. Zatęsknię. Że któregoś dnia, stojąc w przymierzalni, zechcę, aby on wszedłtam za mną i powiedział mi, czy ten stanik jest dobry i czy taki właśnie najbardziej chciałby ze mnie zdjąć. Że wypłaczę się z tego grzesznego zadurzenia, także zupełnie nieodwzajemnionego, w mężczyźnie, który darowuje mi czasami w pośpiechu pięć minut, chodzi na zakupy z zupełnie inną kobietą i także robi mi nadzieję.

Sceny z życia stancyjnego

Magda, pseudo Madame, moja przyjaciółka ze stancji, z przerażeniem ostatnio stwierdziła, że nasz adres jest dla wielu w zakładzie (tak Magda nazywa uniwersytet) adresem „bezpłatnego centrum pomocy upośledzonym językowo” i że to jest wprawdzie lepsze, niż bycie kojarzonym z adresem agencji towarzyskiej, ale mimo to jest rozczarowana, bo myślała, że ci wszyscy faceci przychodzą do nas, aby się „napatrzeć, podniecić i przeżyć coś chemicznego”, a oni tymczasem przychodzą tak naprawdę na korepetycje i na dodatek wypijają nasze wino.

Oczywiście Magda przesadza, ale coś w tym jest. Ja studiuję anglistykę, Magda romanistykę, a Teo, Hiszpan, który mieszka dwa piętra pod nami, tak naprawdę, gdy tylko nie jest u swojej Ani, którą kocha, odkąd zobaczył ją na plaży w Loret de Mar, wychodzi od nas dopiero, gdy na pytanie, czy ma sobie już pójść, Magda, trzepocząc rzęsami i oblizując prowokująco językiem wargi, mówi: „Si quiero”. To znaczy: „Tak chcę” – i znane jest z hiszpańskich ceremonii ślubnych.

Teo śmieje się wtedy serdecznie i wychodzi. Teo jest przykładem mężczyzny, który zostawił bez wahania cały swój wygodny i dekadencki dobrobyt, jakiego doświadczał jako syn bogatego wydawcy w Madrycie, i przyjechał do Polski za miłością swojego życia. Zatrudnił się w prywatnej szkole językowej za psie pieniądze, zamieszkał w wynajętym pokoju i uczy się polskiego, aby w przyszłości móc po polsku opowiadać bajki na dobranoc swoim dzieciom. Zarówno Magda, jak i ja mamy na studiach hiszpański jako drugi język, więc często tłumaczymy Teo nasze rozmowy z gośćmi. Gdy nie wystarcza nam hiszpański, przechodzę z Teo na angielski. Ponadto Magda perwersyjnie kokietuje nowych goś>ci, odbierając telefony po francusku, nawet od dziadka, który wynajmuje nam te dwa pokoje na poddaszu i nie dosłyszy polskiego, nie mówiąc o znajomości francuskiego. Poza tym na standardowe pytanie, co studiuje, odpowiada, że „bardzo lubi po francusku”, więc romanistykę.

Zwłaszcza, dodaje, przydaje się to w barze hotelu Mercure, gdzie, aby móc zapłacić swoją część czynszu i utrzymać się na powierzchni, jest barmanką i gdzie tak naprawdę ma „najważniejsze wykłady w swoim życiu i ćwiczenia czasami także”.

Mężczyźni

Ostatnio rozmawiałyśmy z Magdą o Teo. Dla mnie jest on zjawiskowy w tej swojej determinacji, aby pójść na całość za swoim uczuciem. Jest wierny sobie, romantyczny, czuły, dobry i w tym uznaniu miłości za coś świętego i najważniejszego przypomina mi bohaterów książek Remarque'a. Magda uważa, że Teo jest po prostu non stop na rauszu, na jakiejś chemii, i że to wszystko przez blond włosy Ani, jej duże, ciężkie i sterczące piersi, i że to mu minie prędzej niż ważność paszportu. Przyspawają się do siebie obrączkami i gdy skończy się im ta chemia, będą szukali piłki do metalu.

Nie wiem, skąd ten sarkazm u Magdy. Ona nie wierzy w miłość. Nawet tę do Boga. Uważa, że ludzie religijni to ci niepogodzeni z koniecznością odejścia z tego świata i pełni lęku przed karą za grzechy. Dlatego udają uwielbienie dla Sądu Najwyższego już za życia. Kłócę się z nią o to nieustannie. Ale nieskutecznie. Ona uważa, że nie ma takich mężczyzn, dla których zechciałaby zmienić makijaż, a co dopiero kraj. I że Teo to naćpany miłością przystojny kosmita, i że zupełnie nie pasuje do tych czasów. Bo teraz są nie tylko dobre czasy na preparaty typu wash'n'go, ale także na męskie preparaty typu fuck'n'go. Wie to zarówno od „proli z kasą” ze swojego baru, jak i od „mądrali bez kasy” z uniwersyteckiego pubu. A ona się po prostu dostosowuje do świata. I do preparatów także. Ale to nie jest prawdziwa Magda. Gdy nie „fazuje”, jest wrażliwa i wsysa jak gąbka wszystkie nieszczęścia tego świata, i pochyla się nad każdym chudym kotem. Całkowicie wyzbyta cynizmu, którego używa tak, jak Diogenes używał swojej beczki.