Martwy rewir - Jim Butcher - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym „zwykłym” świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry.

Na szczęście, nie jest w swojej roli osamotniony. Wprawdzie większość ludzi nie wierzy w magię, ale w chicagowskiej policji istnieje Wydział Dochodzeń Specjalnych, którym kieruje serdeczna przyjaciółka Harry’ego, Karrin Murphy. WDS zajmuje się… niezwykłymi sprawami.

I właśnie z powodu Karrin Harry udaje się na cmentarz Graceland na potajemne spotkanie z wampirzycą imieniem Mavra. Mavra dysponuje materiałami, które mogłyby zniszczyć karierę Karrin, i ma jedno bardzo proste żądanie: chce dostać Słowo Kemmlera i posiąść związaną z nim moc. Najpierw jednak Harry musi się dowiedzieć, co dokładnie zgodził się jej dostarczyć. W ten właśnie sposób rozpoczyna się jego wyścig z czasem i sześciorgiem nekromantów, którego stawką jest nie tylko Słowo, lecz także powstrzymanie Halloween, w czasie którego umarli naprawdę powstaną z grobów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 614

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:The Dresden Files – Book Seven. Dead Beat

Copyright © 2005 by Jim Butcher

Copyright for the Polish translation © 2016 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Chris McGarth

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-691-6 Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60 e-mail [email protected]

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Mojemu synowi. Najlepszej rzeczy, jaka przydarzyła mi się w życiu.

Podziękowania

Kolejną porcję podziękowań kieruję do tych samych adresatów co zwykle. Dziękuję pensjonariuszom schroniska Beta Foo – zarówno tym zasiedziałym, jak i nowo przybyłym; nowej redaktorce Akt Dresdena, życzliwej i łaskawej Anne Sowards (jesteś pewna, że mieszkasz w Nowym Jorku, Anne?); oraz mojej agentce Jennifer Jackson, która bez wytchnienia biega i załatwia kolejne umowy; jej jestem szczególnie wdzięczny.

Podziękowania należą się także mojej rodzinie, za nieustające wsparcie i miłość. Shannon – za to, kim jest. Tak bardzo zależy mi na jej dobrej opinii, że jestem gotowy pracować dziesięć razy ciężej, żeby na nią zasłużyć... Nie, no może nie dziesięć... Powiedzmy: trzy... No dobrze, góra pięć razy ciężej (przy dziesięciu nie wystarczyłoby mi doby, a poza tym, kiedy miałbym grać w Halo?). Dziękuję również mojemu synowi JJ, którego niewyczerpane zasoby energii, entuzjazmu i miłości są cudownie przerażające.

Ach, jest jeszcze mój gorliwy ochroniarz Frost, który wspiera mnie w karierze zawodowej poprzez odstraszanie złych ludzi na długo przed tym, jak mogliby mi zacząć przeszkadzać. Jego dodatkową zaletą jest błyskawiczne pożeranie wszystkich przekąsek, które mogłyby mnie zdekoncentrować.

Rozdział pierwszy

Z natury jesteśmy mordercami.

Według Księgi Rodzaju wystarczyło czworo ludzi, żeby na naszej planecie zrobił się tłok nie do zniesienia, a pierwszym morderstwem było bratobójstwo. Biblia powiada, że Kain, pierwsze dziecko zrodzone ze śmiertelnych rodziców, w szale zazdrości kropnął bliźniego swego. Była to napaść krwawa, brutalna, gwałtowna i godna potępienia. Abel, brat Kaina, niczego się pewnie nie spodziewał.

Kiedy otworzyłem drzwi swojego mieszkania, poczułem odruchową wyrozumiałość i współczucie.

Dla Kaina.

Moje mieszkanie to niewiele więcej niż jeden duży pokój w suterenie stuletniego drewnianego pensjonatu w Chicago. Mam tam aneks kuchenny we wnęce, duży kominek, na którym prawie cały czas płonie ogień, sypialnię wielkości skrzyni ładunkowej pickupa i łazienkę, w której z trudem mieszczą się umywalka, sedes i prysznic.

Nie stać mnie na porządne nowe meble, zadowalam się więc używanymi, które jednak przynajmniej są wygodne. Mam mnóstwo regałów z książkami, mnóstwo dywaników i mnóstwo świec. Jest skromnie, ale czyściutko.

Przynajmniej tak było do niedawna.

Dywaniki zostały rozwleczone po całym pokoju, odsłaniając kawałki kamiennej posadzki. Jeden z foteli przewrócił się i nikt go nie podniósł. Na kanapie brakowało poduszek, a po zerwaniu zasłon z jednego z okien plama popołudniowego światła oświetlała książki, które – postrącane z regału – walały się teraz po całej podłodze pootwierane, z pozaginanymi okładkami. Moje główne źródło leniwej rozrywki zostało poważnie sponiewierane.

Kominek znajdował się w przybliżeniu w epicentrum tego pobojowiska. Leżały przy nim rozrzucone ubrania, dwie butelki po winie i podejrzanie czysty talerz, ewidentnie doprowadzony do porządku przez pozostałych mieszkańców.

Oszołomiony wszedłem w głąb mieszkania. Mój wielki, szary kocur Mister zeskoczył ze swojej grzędy na jednej z półek, ale zamiast tradycyjnie próbować staranować mnie na powitanie, machnął pogardliwie ogonem i czmychnął na dwór.

Z westchnieniem zajrzałem do wnęki kuchennej: kocie miski na jedzenie i wodę były puste. Nic dziwnego, że Mister się naburmuszył.

Włochaty kawałek kuchennej podłogi podniósł się i potulnym, sennym krokiem, szurając łapami, wyszedł mi na spotkanie. Mój pies, Myszek, początkowo był szarą futrzastą kulką, która mieściła mi się w kieszeni płaszcza. Od tamtej pory minął prawie rok (podczas którego nieraz żałowałem, że w porę nie odesłałem płaszcza do prania), a Myszek z futrzastej kulki zmienił się w futrzastego olbrzyma. Patrząc na niego, nie sposób było odgadnąć jego rasę, ale co najmniej jedno z rodziców musiało być mamutem włochatym. W kłębie sięgał mi niemal do pasa, a według weterynarza jeszcze nie przestał rosnąć. Krótko mówiąc, miałem w swoim małym mieszkanku naprawdę kawał zwierza.

Jego miski również były puste. Szturchnął mnie w rękę pyskiem umazanym czymś, co podejrzanie przypominało sos do spaghetti, a potem łapą pacnął miski, aż zachrobotały o linoleum.

– Do diabła, Myszek – burknąłem w stylu Kaina. – Nic się nie zmienia, co? Jeśli jest w domu, zamorduję go.

Sapnął ciężko, co było z jego strony najbardziej wyrazistym komentarzem, i grzecznie podreptał za mną, gdy podszedłem do zamkniętych drzwi sypialni. Ledwie się do nich zbliżyłem, otworzyły się znienacka i w progu stanęła blondynka o twarzy anioła, ubrana wyłącznie w bawełnianą koszulkę z krótkim rękawem. Niezbyt długą, nawiasem mówiąc. Nie zasłaniała jej nawet całej klatki piersiowej.

– Ojej – mruknęła z sennym uśmiechem. – Przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś tu jeszcze jest.

Bez cienia skrępowania przemknęła do salonu, gdzie z ubraniowego chaosu przy kominku zaczęła wyławiać kolejne części garderoby. Sądząc po swobodnych i nieśpiesznych ruchach, spodziewała się, że będę patrzył, i nie miała nic przeciwko temu.

Kiedyś poczułbym się pewnie diabelnie zażenowany i ograniczył do posyłania ukradkowych spojrzeń, ale po trwającym blisko rok wspólnym mieszkaniu z moim przyrodnim bratem, który jest inkubem, scena ta wydała mi się przede wszystkim irytująca.

Przewróciłem oczami.

– Thomas?! – zawołałem.

– Tommy? – upewniła się dziewczyna. – Chyba bierze prysznic. – Przebrała się w strój do biegania: bluza od dresu, spodnie, drogie buty. – Zrobisz coś dla mnie? Powiedz mu...

– Że było bardzo miło – wszedłem jej w słowo – i że zawsze będziesz go mile wspominać, ale to była jednorazowa przygoda. A w ogóle to masz nadzieję, że kiedy dorośnie, znajdzie sobie fajną dziewczynę, zostanie prezydentem albo coś w tym guście.

Wytrzeszczyła oczy, a potem zmarszczyła te swoje blond brewki.

– Naprawę nie musisz być takim skurczy... – Jeszcze szerzej otworzyła oczy. – O rany... Przepraszam. Boże, strasznie cię przepraszam! – Zarumieniła się, pochyliła w moją stronę i dodała konspiracyjnym szeptem: – W życiu bym nie pomyślała, że jest z facetem. Jak wy się mieścicie na tym mikroskopijnym łóżku?

Szczęka mi opadła.

– Zaraz, chwileczkę...

Ona jednak nie zwracała już na mnie uwagi. Wyszła, mruknąwszy pod nosem:

– Niegrzeczny chłopiec z tego Tommy’ego...

Odprowadziłem ją wściekłym spojrzeniem, które następnie skierowałem na Myszka. Wywiesił ozór w szerokim psim uśmiechu i leciutko merdał ogonem.

– Oj, weź już się zamknij – powiedziałem i zamknąłem drzwi wejściowe.

Usłyszałem szept wody w rurach prysznica. Wystawiłem jedzenia dla Mistera i Myszka; ten drugi niezwłocznie się poczęstował.

– Mogłeś przynajmniej nakarmić psa, do licha – mruknąłem i otworzyłem lodówkę.

Pobuszowałem w niej trochę, nie znalazłem jednak tego, czego szukałem – i to była kropla, która przepełniła czarę. Gdzieś w głębi moich gałek ocznych frustracja przerodziła się we wściekłość. Zamykając lodówkę, pałałem żądzą mordu.

– Heja – usłyszałem za plecami głos Thomasa. – Piwo się skończyło.

Odwróciłem się i spiorunowałem wzrokiem mojego przyrodniego brata.

Thomas miał odrobinę ponad sześć stóp wzrostu i odkąd oswoiłem się z myślą o naszym pokrewieństwie, musiałem przyznać, że jest do mnie podobny: ostre kości policzkowe, pociągła twarz, mocny zarys szczęki. Tyle tylko, że rzeźbiarz, który zrobił Thomasa, pracę przy moich rysach zlecił chyba swojemu czeladnikowi. Nie jestem brzydki, nic z tych rzeczy, ale Thomas wyglądał jak obraz przedstawiający zapomnianego greckiego boga wody kolońskiej. Jego długie włosy – zupełnie czarne, tak że światło nie było w stanie z nich uciec – kręciły się, gdy tylko wyszedł spod prysznica. Jego oczy miały kolor burzowych chmur, a obfita i wyrazista muskulatura nie wymagała od niego ani chwili ćwiczeń. W tej chwili występował w samych dżinsach – standardowym stroju domowym; widziałem kiedyś, jak podobnie ubrany otworzył drzwi kobiecie od Świadków Jehowy: rzuciła się na niego w obłoku nagle zapomnianych Strażnic i pozostawiła nadzwyczaj ciekawe ślady zębów. To nie była do końca jej wina. W żyłach Thomasa płynęła krew ojca, wampira z Białego Dworu. Był psychicznym drapieżcą, karmiącym się surową energią życiową istot ludzkich, najłatwiej dostępną podczas kontaktów intymnych. Ta właśnie część jego natury sprawiała, że emanował aurą, która przyciągała powszechną uwagę wszędzie, gdzie się pojawił. Kiedy podkręcał swoje nadprzyrodzone moce wabiące, kobieta dosłownie nie była w stanie powiedzieć „nie”, a po tym, jak zaczął na niej żerować, nawet nie chciała mu odmówić. Zabijał ją wtedy po kawałku, ale musiał to robić, jeśli nie chciał postradać zmysłów. Dlatego na co dzień ograniczał się do pojedynczych żerowań.

Chociaż wcale nie musiał tego robić. Najczęściej zwierzyna wampirów z Białego Dworu padała ofiarą rozkoszy przeżywanej podczas żerowania i stopniowo uzależniała się od swojego drapieżcy. Mój brat nigdy nie posuwał się tak daleko. Raz w przeszłości popełnił ten błąd: od tamtej pory kobieta, którą kochał, sunęła przez życie na wózku inwalidzkim, na zawsze spętana śmiertelnymi więzami euforii odczuwanej pod dotykiem Thomasa.

Zacisnąłem zęby. Upomniałem się w duchu, że jemu też nie jest łatwo, a potem złajałem się za to, że za często to sobie powtarzam.

– Wiem, że się skończyło – warknąłem w odpowiedzi. – Tak jak mleko i cola.

– Mhm – przytaknął.

– Widzę też, że nie miałeś czasu nakarmić Mistera i Myszka. Może przynajmniej wyszedłeś z Myszkiem na spacer?

– Pewnie. To znaczy... Wyskoczyliśmy na chwilę rano, jak szedłeś do pracy, pamiętasz? Wtedy spotkałem Angie.

– Kolejną biegaczkę – mruknąłem, znów przechodząc w tryb Kaina. – Obiecałeś nie sprowadzać tutaj obcych. W dodatku w moim łóżku? Na dzwony piekieł, człowieku, spójrz, jak to miejsce wygląda!

Spojrzał i na moich oczach doznał olśnienia, jakby widział moje mieszkanie pierwszy raz w życiu. Jęknął.

– Do diabła, Harry, przepraszam... To było takie... Angie była... naprawdę napalona, a poza tym jest... no... wysportowana. Nie wiedziałem, że... – Podniósł egzemplarz Opiekunów Deana Koontza i spróbował wyprostować załamanie na okładce. – Rany... – mruknął bez przekonania. – Ale bałagan.

– No właśnie. Cały dzień byłeś w domu. Miałeś zaprowadzić Myszka do weterynarza. Trochę posprzątać. Zrobić zakupy.

– No daj spokój, przecież nic się nie stało.

– Nie mam piwa – burknąłem, wodząc wzrokiem po pobojowisku. – Poza tym dzwoniła Murphy. Powiedziała, że wpadnie.

Thomas uniósł brwi.

– Powaga? Nie obraź się, Harry, ale wątpię, żeby miała ochotę na bzykanko.

Spiorunowałem go wzrokiem.

– Mógłbyś w końcu przestać?

– Powtarzam ci: zaproś ją gdzieś i miej sprawę z głowy. Zgodzi się, zobaczysz.

Trzasnąłem drzwiami lodówki.

– To nie tak – zaoponowałem.

– Jasne, jasne... – zgodził się Thomas.

– Razem pracujemy. Przyjaźnimy się. To wszystko.

– Oczywiście.

– Nie interesuje mnie randkowanie z Murphy. A jej nie interesuje randkowanie ze mną.

– Dobrze już, dobrze. Przyjąłem do wiadomości. – Przewrócił oczami i zaczął zbierać rozrzucone książki. – I dlatego chcesz, żeby tu był porządek. Żeby twoja koleżanka z pracy miała ochotę chwilę się zasiedzieć.

Zgrzytnąłem zębami.

– Na gwiazdy i kamienie, Thomas: przecież nie proszę cię o gwiazdkę z nieba, do cholery! Nie każę ci płacić za wynajem. Korona by ci z głowy nie spadła, gdybyś mi trochę pomagał w utrzymaniu porządku, zanim pójdziesz do pracy.

– Wiem. – Thomas przeczesał palcami włosy. – Ale właśnie o tym chciałem...

– O co chodzi?

Umówiliśmy się, że ulotni się po południu, żeby moja ekipa sprzątająca mogła zrobić swoje. Elfy nie przyjdą sprzątać, jeśli ktoś mógłby je zobaczyć, a gdybym komuś o nich powiedział, nie przyszłyby już nigdy więcej. Nie pytajcie, dlaczego takie są; może mają surowe przepisy związkowe.

Thomas wzruszył jednym ramieniem i usiadł na podłokietniku kanapy.

– Nie miałem pieniędzy na weterynarza i zakupy – powiedział, nie patrząc na mnie. – Znów mnie zwolnili.

Patrzyłem na niego przez sekundę, usiłując podsycić wzbierający we mnie gniew, ale ten rozpłynął się bez śladu. Rozpoznałem nutę frustracji i upokorzenia w głosie Thomasa. Nie kłamał.

– Do licha... – mruknąłem tylko częściowo pod jego adresem. – Co się stało?

– To, co zwykle. Kierowniczka drive-through. Weszła za mną do chłodni i zaczęła się rozbierać. Właściciel wpadł akurat na inspekcję i z miejsca mnie wylał. Za to, sądząc po tym, jak na nią patrzył, dziewczyna chyba może się spodziewać awansu. Jak ja nie cierpię dyskryminacji ze względu na płeć!

– Przynajmniej tym razem to była kobieta – zauważyłem. – Musimy popracować nad twoją samokontrolą.

– Połowa mojej duszy pochodzi od demona – odparł z goryczą Thomas. – Jej nie da się kontrolować. To niemożliwe.

– Nie przekonałeś mnie.

– To, że jesteś magiem, nie znaczy jeszcze, że masz jakieś pojęcie, o czym mówię. Nie mogę żyć jak zwykły śmiertelnik. Nie jestem do tego stworzony.

– Dobrze ci idzie.

– Dobrze? – powtórzył, podnosząc głos. – Potrafię z odległości pięćdziesięciu kroków przełamać opory każdej dziewicy, ale nie umiem utrzymać się dłużej niż dwa tygodnie w pracy, w której noszę siatkę na włosach i papierowy kapelusz. To ma być dobrze?

Z impetem otworzył małą skrzynię, w której trzymał swoje ubrania, wyjął buty i skórzaną kurtkę, włożył je z gniewną precyzją, po czym wyszedł i przepadł w przedwieczornej szarówce. Nie obejrzał się.

I nie posprzątał po sobie, pomyślałem nieprzychylnie. Pokręciłem głową i spojrzałem na Myszka, który leżał z łbem złożonym na łapach i patrzył na mnie smutnymi psimi ślepiami.

Thomas był moją całą rodziną, ale w niczym nie zmieniało to faktów: przystosowanie się do normalnego życia nie szło mu najlepiej. Świetnie wypadał w roli wampira, taką miał naturę, ale choćby nie wiem jak się starał prowadzić nieco zwyczajniejsze życie, co rusz pakował się w kłopoty. Nigdy o tym nie mówił, ja jednak wyraźnie wyczuwałem narastające w nim z biegiem czasu ból i rozpacz.

Myszek na wpół sapnął cicho, na wpół zaskomlił.

– Wiem – odparłem. – Też się o niego martwię.

Wziąłem go na długi spacer. Wróciliśmy, gdy nad Chicago zapadał późnopaździernikowy zmierzch. Wyjąłem listy ze skrzynki i ruszyłem w stronę schodów, gdy kilka stóp ode mnie na małym żwirowym parkingu przed pensjonatem zatrzymał się samochód. Drobna blondynka w dżinsach, niebieskiej koszuli i połyskliwej kurteczce White Sox przestawiła lewarek w położenie parkingowe i nie gasząc silnika, wysiadła.

Karrin Murphy w niczym nie przypominała przełożonej policyjnej komórki odpowiedzialnej za rozwiązywanie nocnych tajemnic Chicago i okolic. Kiedy trolle zaczynały napastować przechodniów, wampiry porzucały na ulicach umierające lub martwe ofiary, albo ktoś, u kogo moc przerosła sumienie, wpadał w szał, śledztwo prowadził Wydział Dochodzeń Specjalnych chicagowskiej policji. Oczywiście nikt na serio nie wierzył w istnienie trolli, wampirów i czarowników, ale kiedy wydarzało się coś niezwykłego, to WDS musiał tłumaczyć obywatelom, że nie ma powodów do niepokoju, a sprawcą jest człowiek w gumowej masce.

Robota niewdzięczna, ale pracownicy WDS nie byli głupi. Doskonale zdawali sobie sprawę, że w mroku czają się rzeczy wykraczające poza konwencjonalne rozumienie świata. Murphy była wyjątkowo zdeterminowana, żeby zapewnić podwładnym wszelką możliwą przewagę w walce z nadprzyrodzonym zagrożeniem, a ja byłem jej najlepszą bronią. Zatrudniała mnie jako konsultanta, gdy WDS stawał w obliczu wybitnie niebezpiecznych lub obcych przeciwników, a ja z tych pieniędzy pokrywałem gros swoich codziennych wydatków.

Myszek sapnął na powitanie i podbiegł do Murphy, merdając ogonem. Gdybym odchylił się w tył i usztywnił nogi, mógłbym sunąć po żwirze jak na nartach – poza tym jednak psisko nie dało mi wielkiego wyboru. Poszedłem za nim.

Murphy przyklęknęła, żeby wytarmosić Myszka za gęstą sierść za obwisłymi uszami.

– Cześć, mały. – Uśmiechnęła się. – Co u ciebie?

Myszek złożył na jej rękach parę zaślinionych psich pocałunków.

– Fuj! – mruknęła Murphy, ale roześmiała się przy tym. Delikatnie odsunęła jego pysk i wstała. – Dobry wieczór, Harry. Cieszę się, że cię złapałam.

– Wracam właśnie z wieczornego włóczenia się po chodnikach. Wejdziesz?

Miała śliczną buzię i bardzo niebieskie oczy. Złociste włosy związała w koński ogon, który bardzo ją odmładzał, minę miała jednak niepewną i niewyraźną.

– Przykro mi, nie mogę. Śpieszę się na samolot. Naprawdę nie mam czasu.

– Aha. Co się stało?

– Wyjeżdżam na parę dni. W poniedziałek po południu powinnam być z powrotem. Chciałam cię poprosić, żebyś popodlewał mi kwiatki.

– Aha. – Chciała, żebym popodlewał jej kwiatki. Jakie to urocze. Jakie seksowne. – Nie ma sprawy. Zajmę się tym.

– Dzięki. – Podała mi klucz. – Do tylnego wejścia.

Wziąłem klucz do ręki.

– Dokąd lecisz?

Zakłopotanie na jej twarzy wyraźnie się pogłębiło.

– Takie tam... Na krótki urlop.

Zamrugałem ze zdumienia.

– Od lat nie brałam wolnego – dodała tonem usprawiedliwienia. – Kiedyś trzeba.

– Pewnie. Jasna sprawa. Mhm. Urlop, powiadasz. Lecisz sama?

Wzruszyła ramionami.

– No... To właściwie jest druga sprawa, o której chciałam z tobą pogadać. Nie spodziewam się żadnych kłopotów, ale chciałabym, żebyś wiedział, gdzie i z kim lecę. Wiesz, na wypadek, gdybym nie wróciła na czas.

– To zrozumiałe. Ostrożność nie zawadzi.

Pokiwała głową.

– Lecę z Kincaidem na Hawaje.

Znowu zamrugałem.

– Aha. Służbowo, domyślam się?

Przestąpiła z nogi na nogę.

– Nie. Spotkaliśmy się już parę razy. To nic poważnego.

– Murphy... Czyś ty oszalała? Możesz się wpakować w poważne kłopoty.

– Już o tym rozmawialiśmy. – Spojrzała na mnie spode łba. – Jestem dorosła.

– Wiem, ale ten facet to najemnik. Płatny zabójca. Nie jest nawet do końca człowiekiem! Nie można mu ufać.

– Ty mu zaufałeś – wytknęła mi. – W zeszłym roku, w walce z Mavrą i jej plagą.

Zmarszczyłem brwi.

– To było co innego.

– Czyżby?

– Tak. Zapłaciłem mu, żeby dla mnie zabijał. Nie zamierzałem się z nim... opalać.

Murphy uniosła brwi.

– Nie będziesz przy nim bezpieczna.

– Nie po to to robię, żeby się czuć bezpiecznie. – Zarumieniła się lekko. – W tym rzecz.

– Nie powinnaś z nim jechać.

Zmierzyła mnie przeciągłym, chmurnym spojrzeniem.

– Dlaczego? – zapytała.

– Dlatego że nie chcę, żeby coś ci się stało. I dlatego że zasługujesz na kogoś lepszego niż on.

Jeszcze przez chwilę przyglądała mi się bez słowa, zanim w końcu odetchnęła głęboko przez nos.

– Nie uciekam do Vegas, żeby tam wyjść za mąż, Dresden. Pracuję bez przerwy i życie przecieka mi między palcami, więc chciałabym go trochę użyć, zanim będzie za późno. – Wyjęła z kieszeni złożoną na dwoje fiszkę. – Zatrzymam się w tym hotelu. To na wypadek, gdybyś musiał się ze mną skontaktować.

Z pochmurną miną sięgnąłem po fiszkę. Dręczyło mnie poczucie, że coś mi umyka. Nasze palce się zetknęły, ale moja pobliźniona dłoń w rękawiczce nawet tego nie zarejestrowała.

– Jesteś pewna, że tego właśnie chcesz?

Skinęła głową.

– Jestem dużą dziewczynką, Harry. To ja zdecydowałam, dokąd lecimy; on nic nie wie. Pomyślałam, że gdyby nawet miał jakieś głupie pomysły, nie zdąży niczego przygotować. – Oględnym gestem wskazała pistolet w kaburze pod kurtką. – Będę ostrożna. Obiecuję.

– Spoko. – Nawet nie próbowałem się uśmiechnąć. – Moim zdaniem to głupie, Murph. Oby nikt nie zginął.

Jej oczy błysnęły gniewnie. Spochmurniała.

– Miałam chyba nadzieję, że powiesz coś w rodzaju „Miłego wypoczynku”.

– Pewnie, jak tam chcesz. Baw się dobrze. Daj znać, jak dolecisz, hmm?

– Dobrze. Dzięki za podlewanie kwiatków.

– Nie ma za co.

Skinęła mi głową, zawahała się, jeszcze raz podrapała Myszka za uchem, a potem wsiadła do wozu i odjechała.

Odprowadziłem ją wzrokiem. Byłem zaniepokojony.

I zazdrosny.

Naprawdę, naprawdę zazdrosny.

Szlag by to trafił.

Czyżby Thomas jednak miał rację?

Myszek zaskomlił i szturchnął mnie łapą w nogę. Westchnąłem, schowałem namiary na hotel do kieszeni i zaprowadziłem psa do domu.

Kiedy otworzyłem drzwi, w nozdrza uderzył mnie zapach świeżej sosny – nie chemicznego odświeżacza, ale prawdziwej świeżej sosny. Elfy przyszły i poszły; książki wróciły na półki, podłoga lśniła wypucowana, zasłony były naprawione, naczynia pozmywane... Może i mają dziwaczne zasady, ale sprzątać potrafią.

Pozapalałem świece zapałkami z leżącego na stoliku pudełka. Jako mag kiepsko dogaduję się z nowinkami w rodzaju elektryczności i komputerów, nie staram się więc nawet mieć sprawnej sieci elektrycznej w domu. Mam zabytkową lodówkę na prawdziwy lód, nie mam bojlera, a gotuję na kuchence opalanej drewnem. Rozpaliłem teraz pod nią i podgrzałem zupę – bodajże jedyną zjadliwą rzecz, jaka ostała się w domu. Usiadłem do jedzenia i zacząłem przeglądać pocztę.

To co zwykle. Marketingowi geniusze z Best Buy byli niezmordowani w swoich wysiłkach, by sprzedać mi najnowszy model laptopa, telefon komórkowy albo telewizor plazmowy – mimo moich rozlicznych słownych i pisemnych zapewnień, że nie mam w domu prądu i niepotrzebnie się starają. Przyszedł rachunek za ubezpieczenie samochodu – przed czasem. Dostałem też dwa czeki: pierwszy symboliczny, z policji, za godzinę konsultacji udzielonych Murphy przy sprawie przemytu w ubiegłym miesiącu, i drugi, bardziej konkretny, od numizmatyka, który po tym, jak skrzynka gotówki wymarłych ludów wpadła mu do jeziora Michigan, wezwał na pomoc jedynego maga w książce telefonicznej, żeby pomógł mu odzyskać pieniądze.

Na koniec została mi duża, szara koperta. Na widok odręcznie napisanego adresu poczułem nieprzyjemnie mdlące trzepotanie w bebechach – litery były bezduszne, schludne jak na plakacie w przedszkolu i sztywne jak notatki wykładowe angielskiego profesora.

Moje nazwisko.

Mój adres.

Nic więcej.

Ten charakter pisma mnie przerażał – bez żadnego racjonalnego powodu. Nie bardzo wiedziałem, co obudziło mój instynkt; być może, chodziło o absolutny brak niedoskonałości czy w ogóle cech charakterystycznych. Przez chwilę wydało mi się nawet, że niepotrzebnie się niepokoję i że kopertę zaadresowano zwykłą drukowaną czcionką, tyle że „n” w „Dresden” było opatrzone zawijasem i przez to różne od pozostałych enów. Sam zawijas zresztą również był perfekcyjny i bezwzględnie celowy; dodano go specjalnie po to, żebym zorientował się, że mam przed sobą odręczne pismo jakiejś nieludzkiej istoty, a nie produkt laserowej drukarki z Wal-Marta.

Położyłem kopertę na stoliku i obejrzałem. Była cienka, nic nie wypychało jej od środka, co oznaczało, że znajduje się w niej najwyżej kilka arkusików papieru. Czyli nie zawierała bomby – w każdym razie bomby nowoczesnej, wytworu współczesnej techniki, który wobec maga i tak byłby raczej bezużyteczny. Prymitywny ładunek mógłby być skuteczniejszy, ale musiałby mieć większe rozmiary.

Oczywiście zawsze zostawały jeszcze bomby magiczne. Wyciągnąłem lewą rękę ponad kopertą i wytężyłem swoje magiczne zmysły, ale nie mogłem się skoncentrować. Skrzywiłem się i ściągnąłem z dłoni skórzaną rękawiczkę samochodową, odsłaniając zmasakrowane, pobliźnione palce. Rok wcześniej tak bardzo poparzyłem dłoń, że lekarze najchętniej doradzali mi amputację. Nie pozwoliłem odebrać sobie ręki – głównie z tego samego powodu, dla którego cały czas jeżdżę zdezelowanym volkswagenem garbusem: bo jest moja, do licha.

Nie zmieniało to faktu, że zarówno sama dłoń, jak i palce przedstawiały makabryczny widok. Ledwie mogłem nimi poruszać, rozpostarłem je jednak najmocniej, jak się dało, i spróbowałem jeszcze raz uwrażliwić się na przepływy magicznej energii wokół koperty.

Niepotrzebnie zdjąłem rękawiczkę. Koperta była zupełnie zwyczajna. Nie wyczułem żadnej magicznej pułapki.

No dobrze, w takim razie nie ma na co czekać. Przytrzymując kopertę osłabioną lewą ręką, rozdarłem ją i wysypałem zawartość na stolik.

Zobaczyłem trzy rzeczy.

Pierwszą było kolorowe zdjęcie formatu osiem na dziesięć cali przedstawiające Karrin Murphy, szefową Wydziału Dochodzeń Specjalnych w chicagowskiej policji. Jednakże zamiast munduru lub chociażby stroju oficjalnego miała na sobie kurtkę Czerwonego Krzyża i bejsbolówkę, a w rękach trzymała obrzyn – czyli broń zakazaną przez prawo, na dodatek plującą właśnie ogniem. Na zdjęciu – kilka stóp dalej – znalazł się również mężczyzna, zakrwawiony od pasa w dół. Z piersi sterczał mu długi pręt z czarnej stali, jakby ktoś go na niego nadział. Cała górna połowa ciała i głowa stanowiły niewyraźną plamę ciemnych linii i czerwonych plam. Obrzyn celował dokładnie w tę plamę.

Drugim przedmiotem w kopercie była druga fotografia: Murphy bez czapki stała nad trupem tamtego mężczyzny. Oprócz niej w kadrze załapałem się jeszcze ja, z profilu. Zabity mężczyzna był renfieldem, istotą patologicznie gwałtowną i drapieżną, która tylko w czysto technicznym sensie pozostała człowiekiem – ale też i aparat fotograficzny był czysto technicznym świadkiem tej chwili.

Do spółki z Murphy i najemnikiem nazwiskiem Kincaid postanowiliśmy zlikwidować gniazdo wampirów z Czarnego Dworu, którym przewodziła śmiertelnie groźna wampirzyca, Mavra. Jej sługi stawiły dość zdecydowany opór, a kiedy Mavra we własnej osobie stawiła nam czoło, wyszedłem z tego z ciężko poparzoną ręką, a i tak mogłem się uważać za szczęściarza. Ostatecznie ocaliliśmy zakładników, poszatkowaliśmy kilka wampirów i zabiliśmy Mavrę – a właściwie zabiliśmy kogoś, kogo mieliśmy wziąć za Mavrę. Z perspektywy czasu wyglądało to dziwnie: wampirzyca słynąca z tego, że jest praktycznie niewykrywalna, postanowiła wyskoczyć na nas z chmury dymu i popiołów swojej zrujnowanej twierdzy i dała sobie obciąć głowę – ale ja miałem wtedy ciężki dzień i byłem gotowy przyjąć to na wiarę.

Podczas ataku staraliśmy się zachować maksymalną ostrożność, dzięki czemu uratowaliśmy kilka istnień ludzkich, które mogłyby zostać stracone, gdybyśmy weszli tam na rympał. Kłopot w tym, że renfield ze zdjęcia był dosłownie o włos od obcięcia mi głowy. Murphy za to właśnie go zabiła.

I dała się przy tym sfotografować.

Zdjęcia zrobiono z dwóch różnych miejsc, co oznaczało, że w pomieszczeniu oprócz nas był ktoś jeszcze. Tajemniczy fotograf.

Którego nawet nie widzieliśmy.

Trzecim przedmiotem była kartka papieru maszynowego, zapisana tym samym charakterem pisma, którym skreślono adres na kopercie. List brzmiał następująco:

Dresden,

chcę się zTobą spotkać. Na czas spotkania ogłaszam rozejm, za którego dotrzymanie ręczę słowem honoru. Dzisiaj wieczorem, osiódmej, przy Twoim grobie na cmentarzu Graceland. Pomożesz mi uniknąć podjęcia działań, których skutki byłyby nadzwyczaj niefortunne dla Ciebie iTwojej policyjnej sojuszniczki.

Mavra

Do pustej jednej trzeciej kartki został przyklejony kosmyk blond włosów.

Położyłem zdjęcie obok listu. To były włosy Murphy.

Dysponując jej numerem służbowym i zdjęciami z miejsca zbrodni (przy której miałbym gwarantowany współudział), Mavra mogła ją w parę godzin pozbawić stanowiska w policji i wsadzić za kratki, ale jeszcze gorszy był kosmyk włosów. Mavra była całkiem sprawnym czarownikiem, być może, że mocą dorównywała pełnoprawnemu magowi, a mając do dyspozycji włosy Murphy, mogła zrobić z nią, co jej się żywnie spodoba i nikt nie mógłby jej w tym przeszkodzić. Mogła ją zabić. Albo mogła jej zgotować los gorszy od śmierci.

Nie musiałem się długo zastanawiać. W kręgach nadprzyrodzonych – a zwłaszcza wśród takich tradycjonalistów jak Mavra – obietnica rozejmu poparta słowem honoru była rzeczą świętą. Prawdziwą instytucją. Jeżeli zaproponowała rozejm na czas rozmów, to go dotrzyma. Chciała rozmawiać o interesach.

Jeszcze raz spojrzałem na zdjęcia. Te negocjacje Mavra będzie prowadziła z pozycji siły. A to oznaczało szantaż.

Jeżeli nie przyjmę jej propozycji, Murphy będzie stracona.

Rozdział drugi

Poszliśmy z psem na mój grób.

Cmentarz Graceland jest sławny. Można go znaleźć w praktycznie każdym przewodniku po Chicago – a może nawet w Internecie, Bóg jeden raczy wiedzieć. To największy cmentarz w mieście, a przy tym jeden z najstarszych. Jest otoczony solidnym murem, a poza tym w stopniu ponadprzeciętnym obfituje w opowieści o duchach i widmach. Znajdziecie na nim najróżniejsze grobowce – od prostych, ziemnych, z kamieniem nagrobnym, po naturalnych rozmiarów repliki greckich świątyń, egipskie obeliski i gigantyczne posągi. Jest nawet piramida. Graceland to takie cmentarne Las Vegas. Mam tam swój grób.

Graceland wyróżnia także to, że po zmroku jest zamykany. Nie bez powodu. Wszyscy znają ten powód i nikt o nim nie mówi głośno. Nie chodzi o to, że są tam martwi ludzie, lecz o to, że są tam ludzie nie całkiem martwi. Duchy i cienie najchętniej przebywają na cmentarzach, zwłaszcza w starszych miastach, gdzie największe i najstarsze nekropolie znajdują się w samym centrum. To dlatego buduje się wokół nich mury, choćby miały mieć zaledwie dwie stopy wysokości – nie po to, żeby ludziom utrudnić wstęp, lecz żeby innym rzeczom uniemożliwić wyjście. Mury w świecie duchów mają specyficzne znaczenie; mury cmentarne prawie zawsze są przepełnione mocą niewyartykułowanego wprost zamysłu oddzielenia żywych od umarłych i posadzenia ich przy odrębnych sektorach społecznościowego stołu.

Brama była zamknięta. Dozorca siedział w domku zbyt solidnym, żeby nazwać go budką, a zarazem zbyt małym, by określić go jakimkolwiek innym słowem, ja jednak nie pierwszy raz byłem na Graceland i znałem kilka dróg wejścia i wyjścia, dostępnych także po zmroku. W północno-wschodnim narożniku był taki fragment ogrodzenia, przy którym ekipa remontowa pozostawiła na ulicy pokaźnych rozmiarów hałdę żwiru, dostatecznie wysoką, żeby nawet człowiek z jedną sprawną ręką i wielkim, niezgrabnym psem dosięgnął szczytu muru.

Weszliśmy z Myszkiem na teren cmentarza. Mimo pokaźnych rozmiarów Myszek wciąż był zaledwie wyrośniętym szczeniakiem i jego łapy wydawały się zbyt potężne przy szczupłej sylwetce, ale proporcje ciała miał podobne do posągów, jakie widuje się przed chińskimi restauracjami: mocarna pierś i szeroki pysk znamionowały ogromną siłę. Sierść miał niemal jednolicie ciemnoszarą, tylko dolne części łap i czubki uszu i ogona były smoliście czarne. W tej chwili wyglądał jeszcze trochę nieporadnie, ale kiedy za parę miesięcy przybędzie mu masy mięśniowej, stanie się prawdziwym potworem. I niech mnie diabli wezmą, jeśli nie byłem zadowolony z towarzystwa potwora, gdy udawałem się na spotkanie z wampirem przy moim własnym grobie.

Grób znajdował się całkiem niedaleko innego, dość znanego grobu, w którym pochowano zmarłą stulecie wcześniej małą dziewczynkę imieniem Inez. Na jej grobie stała figura; często ją widywałem, do złudzenia przypominała mi oryginalną Alicję Lewisa Carrolla: cherubinek w wymuskanej, skromnej wiktoriańskiej sukience. Podobno duch dziewczynki czasem ożywiał posąg, który hasał wówczas wśród nagrobków i wypuszczał się na okoliczne ulice. Ja sam nigdy go nie widziałem.

O rety. Figura zniknęła.

Mój grób jest jednym z najskromniejszych. Jest również otwarty – tak zaaranżowała to wampirza arystokratka, która go dla mnie kupiła. Załatwiła mi również dyżurną trumnę, która w każdej chwili miała być do mojej dyspozycji – trochę jak Air Force One dla prezydenta, tylko bardziej makabrycznie. Dead Force One.

Mam zupełnie zwyczajny nagrobek z białego marmuru, postawiony na sztorc i opatrzony śmiałymi złotymi literami: HARRY DRESDEN. Poniżej widnieje złoty pentagram – pięcioramienna gwiazda wpisana w okrąg, symbol sił magii spętanych wolą śmiertelnika – i kolejny napis: ZGINĄŁ, ROBIĄC TO, CO SŁUSZNE.

Takie miejsce skłaniało do zadumy.

Oczywiście wszyscy umrzemy. Na poziomie czysto intelektualnym zdajemy sobie z tego sprawę; domyślamy się tego już w młodości i tak bardzo nas to przeraża, że potem przez ponad dekadę wmawiamy sobie, że jesteśmy nieśmiertelni.

Nikt nie lubi myśleć o śmierci, ale prawda jest taka, że nie da się jej uniknąć. Bez względu na to, co robicie – ile czasu spędzacie na siłowni, jak żarliwie stosujecie dietę, medytujecie, modlicie się i ile dajecie na kościół – wszyscy stajecie w obliczu ozięble bezlitosnego faktu: pewnego dnia przyjdzie koniec. Pewnego dnia słońce wzejdzie jak zwykle, Ziemia będzie się kręcić, ludzie będą się zajmować codziennymi sprawami... i tylko was w tym zabraknie. Będziecie zimni i nieruchomi.

Bez względu na wszelkie religie, zeznania świadków, którzy otarli się o śmierć, oraz wyobrażenia gawędziarzy na przestrzeni dziejów, śmierć pozostaje nieprzeniknioną tajemnicą. Nikt tak naprawdę nie wie, co jest potem – zakładając, że w ogóle istnieje jakieś „potem”. Idziemy ślepi na spotkanie tego, co czeka nas w ciemności po drugiej stronie.

Śmierć.

Nie ma przed nią ucieczki.

Ty.

Też.

Umrzesz.

Jest to gorzki i potwornie konkretny fakt, z którym trzeba się pogodzić – możecie mi jednak wierzyć, że nabiera zupełnie nowych odcieni i faktur, gdy człowiek mierzy się z nim nad swoim własnym otwartym grobem.

Stałem wśród milczących nagrobków i pomników (stonowanych i ekstrawaganckich) w poświacie październikowego księżyca. Było za zimno na świerszcze, ale towarzystwa dotrzymywały mi inne dźwięki: uliczny zgiełk, zwodzenie syren, jazgot alarmów samochodowych, huk przelatujących w górze odrzutowców i dobiegające z oddali dudnienie głośnej muzyki – puls Chicago. Znad jeziora Michigan unosiła się mgła – nic nadzwyczajnego, jednakże tej nocy była wyjątkowo gęsta, kiedy sięgała mackami pomiędzy groby. Powietrze tętniło bezgłośnym napięciem, niemą, przytłumioną energią, tak typową u schyłku jesieni. Halloween było tuż-tuż; zacierała się granica pomiędzy Chicago i światem duchów, Nigdynigdy. Wyczuwałem, jak niespokojne cmentarne cienie, najczęściej zbyt słabe, żeby objawić się oczom śmiertelnika, poruszają się niespokojnie w oparach mgły, smakując przesycone energią powietrze.

Myszek usiadł przy mnie. Czujnie strzygł uszami i rozglądał się na wszystkie strony, tak ewidentnie skoncentrowany, że zaczynałem podejrzewać, że widzi rzeczy, które ja tylko instynktownie wyczuwam. Cokolwiek jednak wypatrzył, nie przejął się tym zbytnio. Siedział w ciszy, podstawiwszy łeb pod moją obleczoną w rękawiczkę dłoń.

Włożyłem długi skórzany płaszcz, którego półpelerynka opadała mi niemal na wysokość łokci, do tego czarne wojskowe spodnie, sweter i stare wojskowe buty. W prawej ręce trzymałem swoją laskę maga – kawał litej dębiny, na całej długości ręcznie rzeźbiony w zamaszyste runy i symbole. Na szyi miałem zawieszony na łańcuszku srebrny pentagram od matki. Stwardniała od blizn skóra ledwie czuła dotyk bransolety z malutkich tarcz na lewym nadgarstku. W kieszeni płaszcza miałem kilka główek czosnku, związanych w pokaźny pęk, który przy każdym ruchu obijał mi się o udo. Przypadkowy obserwator mógłby pomyśleć, że to losowa zbieranina niewinnych przedmiotów, dla mnie jednak stanowiły arsenał, dzięki któremu wychodziłem obronną ręką z niejednych tarapatów.

Mavra dała mi słowo honoru, ale miałem pod dostatkiem innych wrogów, którzy z miłą chęcią spróbowaliby mi dopiec. Nie zamierzałem być łatwym celem.

Co w niczym nie zmieniało faktu, że sterczenie po ciemku na nawiedzonym cmentarzu napawało mnie coraz większym niepokojem.

– No szybciej – mruknąłem po paru minutach. – Co ona robi tyle czasu?

Myszek warknął – basowo i cicho, tak że ledwie go usłyszałem, ale wyraźnie wyczułem, jak podenerwowany napiął wszystkie mięśnie: okaleczona ręka przeniosła jego drżenie aż do łokcia.

Ścisnąłem mocniej laskę i rozejrzałem się dookoła. Myszek również się rozglądał, i to jego ciemne ślepia pierwsze wyłowiły coś w mroku i zaczęły za tym czymś podążać; sądząc po jego spojrzeniu, intruz się przybliżał. Nagle rozległ się cichy szelest i Myszek przypadł do ziemi, z obnażonymi zębami i nosem skierowanym prosto w mój grób.

Podszedłem do grobu. Mgła sączyła się znad zielonej trawy i spływała do wnętrza. Mruknąłem pod nosem, zdjąłem z szyi amulet i przesączyłem w pięcioramienną gwiazdę odrobinę swojej woli. Pentagram rozjarzył się przyćmionym niebieskim blaskiem. Oplątałem łańcuszek wokół palców lewej ręki i ściskając laskę w prawej, zajrzałem w głąb grobu.

Zalegająca w nim mgła zgęstniała nagle, stężała i przybrała kształt wychudłego trupa kobiety, wymizerowanego i zasuszonego, jakby spędził wiele lat w ziemi. Trup miał na sobie obszerną, luźną suknię w średniowiecznym stylu, spod której wyzierała koszulka; ta pierwsza była zielona, ta druga czarna, obie zaś zostały uszyte z bawełny, nie były więc naprawdę stare, lecz uszyte względnie niedawno.

Gardłowy pomruk Myszka przeszedł w gniewne warczenie.

Trup usiadł, otworzył mlecznobiałe oczy i spojrzał na mnie. Wyciągnął rękę, w której trzymał białą lilię, i przemówił chrapliwym szeptem:

– Magu Dresdenie... Kwiat na twój grób.

– Spóźniłaś się, Mavro.

– Wiał niesprzyjający wiatr.

Wampirzyca strzepnęła dłonią i lilia wyleciała z grobu, a następnie wylądowała na moim nagrobku. Mavra wynurzyła się z dołu podobnie niesamowitym, płynnym ruchem; upiorną gracją przywodziła na myśl pająka. Zauważyłem, że ma przypasany miecz i sztylet, oba staroświeckie i wyraźnie używane – założyłbym się, że były oryginalne. Znieruchomiała po drugiej stronie dołu i zwróciła się w moją stronę, lekko odwróciwszy głowę przed światłem mojego amuletu. Spojrzenie zasnutych kataraktą oczu utkwiła w Myszku.

– Udało ci się uratować rękę? Myślałam, że po takich oparzeniach będziesz wolał ją amputować.

– To moja ręka i nie twoja sprawa. Marnujesz mój czas.

Wargi wampirzycy rozciągnęły się w uśmiechu; z kącików ust odpadły skrawki martwego ciała. Kruche włosy, do złudzenia przypominające suchą słomę, połamały się w większości na długość palca i tylko w paru miejscach dłuższe loki (barwy pleśni na chlebie) opadały jej na ramiona.

– Jesteś niecierpliwy, Dresden. To wina twojej śmiertelności. Zapewne korzystając z okazji, chcesz podyskutować o waszej napaści na moją plagę?

– Nie. – Założyłem amulet na szyję i oparłem rękę na łbie Myszka. – Nie przyszedłem w celach towarzyskich. Masz haka na Murphy i czegoś ode mnie chcesz. Załatwmy tę sprawę.

W jej śmiechu pobrzmiewały pajęczyny i papier ścierny.

– Nigdy nie pamiętam, jaki jesteś młody, dopóki znów cię nie zobaczę. Życie ucieka, Dresden; jeżeli już tak się upierasz przy tym, żeby żyć, powinieneś z niego korzystać.

– Może ci się to wyda zabawne, ale wysłuchiwanie obelg od superzombie z przerostem osobowości nie jest moją ulubioną rozrywką – odparłem, a Myszek poparł moje słowa kolejnym basowym warknięciem. Zacząłem odwracać się plecami do Mavry. – Jeżeli to wszystko, co chciałaś mi powiedzieć, to ja wracam.

Zaśmiała się głośniej i tym razem ten dźwięk śmiertelnie mnie przeraził. Może swoje dołożył ogólny nastrój chwili, ale jej śmiech wydał mi się upiorny, absolutnie niezwiązany z czymkolwiek, co mogłoby prowokować do śmiechu ... Brakowało w nim ciepła, człowieczeństwa, dobroci, radości. Był dokładnie taki jak ona sama: przywiędła powłoka skrywająca potwora rodem z koszmaru.

– Dobrze – powiedziała. – Cenisz zwięzłość. Rozumiem.

Spojrzałem na nią, pełen wątpliwości. Coś zmieniło się w jej sposobie bycia, coś, od czego rozległy się w mojej głowie dzwonki alarmowe.

– Znajdź Słowo Kemmlera – powiedziała.

Okręciła się na pięcie, aż zafurkotała suknia, i z ręką opartą niedbale na rękojeści miecza zaczęła się oddalać.

– Ej! – wykrztusiłem. – To wszystko?

– To wszystko – przytaknęła, nie odwracając się do mnie.

– Zaczekaj!

Zatrzymała się.

– Co to jest to Słowo Kemmlera, u licha?

– Droga.

– Do czego?

– Do władzy.

– Chcesz je dostać.

– Tak.

– I chcesz, żebym je dla ciebie znalazł.

– Tak. Sam. Masz nikomu nie mówić o naszej umowie ani o tym, co robisz.

Wziąłem głęboki wdech.

– Co będzie, jeśli każę ci iść do diabła?

Bez słowa podniosła rękę: w dwóch zasuszonych palcach trzymała fotografię, na której nawet w słabym świetle księżyca rozpoznałem Murphy.

– Powstrzymam cię – ostrzegłem. – A jeśli nie, to potem cię dopadnę. Jeżeli ją skrzywdzisz, zabiję cię, i to tak okrutnie, że twoich ostatnich dziesięć ofiar cudownie zmartwychwstanie.

– Sama nie będę musiała jej tknąć – odparła. – Wystarczy, że prześlę dowody policji; ukarze ją śmiertelny wymiar sprawiedliwości.

– Nie możesz tego zrobić. Wampiry toczą wojnę z magami, ale nie mieszamy do niej śmiertelników. Jeśli wplączesz w to śmiertelne władze, Rada zrobi to samo. A potem w ich ślady pójdą Czerwoni. Na świecie zapanuje chaos.

– Być może tak właśnie by się stało, gdybym próbowała skierować śmiertelników przeciwko tobie. Należysz do Białej Rady.

Nagłe olśnienie przyprawiło mnie o mdłości. Żołądek zasupłał mi się boleśnie. Owszem, ja należałem do Białej Rady Magów i byłem prawowitym obywatelem królestwa nadprzyrodzonego.

Ale Murphy nie.

– Stróż prawa – niemal zamruczała Mavra. – Obrończyni ludzi zostanie oskarżona o morderstwo, a jej jedyne usprawiedliwienie będzie brzmiało jak majaczenia wariatki. Jest gotowa polec w walce, magu, ale ja nie zamierzam jej tak po prostu zabić. Ja ją zniszczę. Zniweczę dzieło jej życia. Unicestwię jej serce.

– Suka z ciebie.

– Ależ oczywiście. – Obejrzała się na mnie przez ramię. – Jeżeli nie jesteś gotowy podważyć podstaw cywilizacji śmiertelników przynajmniej w takim stopniu, żeby narzucić im swoją wolę, nie zdołasz mnie powstrzymać.

Gniew eksplodował mi w piersi i czerwonym płomieniem rozlał się po całym ciele i umyśle. Myszek postąpił krok w stronę Mavry, mgła wokół nas rozwiała się lekko pod wpływem jego warknięcia... Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że ciągnę go za sobą.

– Akurat! Gdyby nie rozejm, na który się zgodziłem, tobym cię...

Mavra odsłoniła trupio żółte zęby w upiornym uśmiechu.

– Zabiłbyś mnie, tak jak tu stoję, magu. Nic by ci to nie dało. Uruchomiłam procedurę, która sprawi, że zdjęcia i inne dowody trafią do rąk policji, i tylko ja mogę ją zastopować. Zrobię to zaś tylko wówczas, gdy odzyskasz dla mnie Słowo Kemmlera. Znajdź je i dostarcz mi przed trzecią północą od dzisiaj, a wtedy oddam ci wszystkie materiały. Masz moje słowo.

Wypuściła zdjęcie Murphy z ręki; spadając na ziemię, zalśniło przez moment obrzydliwą fioletową poświatą. W powietrzu rozszedł się gryzący zapach płonących chemikaliów.

Kiedy znów podniosłem wzrok, Mavry nie było nigdzie widać.

Powoli podszedłem i stanąłem nad upuszczoną fotografią. Zepchnąłem wściekłość w cień i wytężyłem nadprzyrodzone zmysły, ale nie wyczułem w pobliżu obecności wampirzycy. Po paru sekundach gniewne pomruki psa przeszły w niepewne powarkiwanie, a potem zupełnie ucichły. Nie wiedziałem dokładnie, jak to działa, ale Myszek nie był zwyczajnym psem i jeśli nie wyczuwał w okolicy żadnych paskudnych stworzeń, znaczyło to, że ich tam nie ma.

Wampirzyca zniknęła.

Podniosłem zdjęcie. Obraz Murphy został oszpecony: mroczna energia zostawiła na jej twarzy ślad w postaci ciągu cyfr. Numer telefonu. Fajne.

Słuszny gniew przygasał we mnie, a ja zaczynałem za nim tęsknić; kiedy zniknie, jego miejsce zajmą mdlący niepokój i lęk.

Jeżeli nie przyjmę zlecenia od jednego z najgorszych czarnych charakterów, z jakimi miałem w życiu do czynienia, Murphy będzie skończona.

Mavra wyznaczyła mi niezwykle krótki termin. Jeżeli potrzebowała czegoś tak pilnie, to należało się spodziewać jakiejś rychłej rozgrywki w najwyższych kręgach władzy. A za trzy noce od dzisiaj wypadało Halloween. Nie dość, że będę miał zepsute urodziny, to jeszcze ktoś tu zamierzał użyć czarnej magii, co o tej porze roku mogło oznaczać tylko jedno.

Nekromancję.

Stojąc tak na cmentarzu nad swoim grobem, nagle zacząłem się trząść. Po części z zimna.

Czułem się bardzo samotny.

Myszek sapnął – w jego głosie pobrzmiewały jeszcze resztki niepokoju – i otarł się o moją nogę.

– Chodź, wracamy do domu – zaproponowałem. – Nie ma sensu, żeby więcej niż jeden z nas się w to pakował.

Rozdział trzeci

Potrzebowałem odpowiedzi. Zatem nadszedł czas, by zajrzeć do pracowni.

Wróciliśmy do domu Niebieskim Chrabąszczem, zdezelowanym volkswagenem garbusem, który jest moim wiernym rumakiem, przy czym określenie „niebieski” ma w jego przypadku charakter cokolwiek metaforyczny, odkąd różne części blacharki zostały wymienione na nowe – białe, żółte, czerwone i zielone. Mike, mój mechanik, zdołał wyklepać maskę i nadać jej z grubsza pierwotny kształt, po tym, jak staranowałem jednego z moich wrogów, nie wystarczyło mi jednak pieniędzy na jej odmalowanie, dlatego do gamy kolorów doszła ostatnio szarość powłoki gruntowej.

Myszek za szybko rósł, żeby nauczyć się z gracją wysiadać z samochodu. Zajmował większość przestrzeni z tyłu auta i kiedy gramolił się stamtąd najpierw na przód, a potem przez drzwi na zewnątrz, przypomniał mi się filmik, na którym słoń morski maszerował na płetwach przez parking w Nowej Zelandii. Myszek wyskoczył uradowany z wozu, dysząc i z satysfakcją merdając ogonem. Lubił jeździć samochodem – fakt, że tym razem akurat wybraliśmy się na potajemne spotkanie na cmentarzu, ani trochę nie popsuł mu frajdy z jazdy. Dla niego to droga była celem. Myszek był bardzo zen.

Mister jeszcze nie wrócił, Thomas też, ale starałem się o tym za dużo nie myśleć. Mister był samodzielny, kiedy go znalazłem, i często wypuszczał się na samotne wycieczki. Umiał o siebie zadbać. A Thomas przeżył beze mnie całe swoje życie, z wyjątkiem paru ostatnich miesięcy. Też nie da sobie zrobić krzywdy.

Nie musiałem się martwić o żadnego z nich. Prawda?

Taaa, jasne.

Dezaktywowałem magiczne osłony chroniące mój dom przed wizytą rozmaitych istot nadprzyrodzonych i razem z Myszkiem wśliznęliśmy się do mieszkania. Rozpaliłem w kominku, przed którym Myszek wyciągnął się z westchnieniem zadowolenia. Potem zdjąłem płaszcz, narzuciłem gruby flanelowy szlafrok, wziąłem sobie colę i zszedłem do piwnicy.

Mieszkam w suterenie, skąd przez ukrytą na co dzień pod dywanem klapę w podłodze można zejść (po składanych schodkach) do znajdującej się w podziemiach pracowni. Przez cały rok panuje w niej przejmujący chłód, dlatego noszę ciepły szlafrok – cierpi na tym romantyczny wizerunek maga, ale przynajmniej nie marznę.

– Bob? – odezwałem się, zszedłszy do pracowni. Było ciemno, choć oko wykol. – Jest robota. Grzej banki pamięci.

Pierwsze światła, jakie się zapaliły, miały pomarańczowy odcień i wielkość płomyków świecy: rozbłysły w oczodołach ludzkiej czaszki i przybierały na sile, aż dostrzegłem w ich blasku całą półkę, na której spoczywała czaszka – zwyczajny kawał deski zawieszony na ścianie, zastawiony poza tym świecami, romansidłami i paroma drobiazgami.

– Czas najwyższy – mruknęła czaszka. – Od tygodni nie byłem ci potrzebny.

– Taka pora roku. Po paru latach większość zleceń w okolicy Halloween wygląda podobnie; nie ma sensu zawracać ci głowy, kiedy i bez tego znam odpowiedzi.

– Gdybyś był taki cwany, teraz też byś mnie nie potrzebował – odburknął Bob.

– To prawda.

Wyjąłem z kieszeni zapałki i zacząłem zapalać świece – na początku te rozstawione na biegnącym przez środek pomieszczenia stole z metalowym blatem.

– Ale to ty jesteś duchem wiedzy – dodałem – a ja tylko człowiekiem.

– Istotnie – przytaknął Bob, przeciągając zgłoski. – Dobrze się czujesz, Harry?

Zapaliłem świece na białych drucianych półkach i blatach roboczych pod trzema ścianami piwnicy, tworzącymi podkowę wokół długiego stołu. Walały się na nich plastikowe talerze, pokrywki, puszki po kawie, torebki, pudełka, puszki, fiolki, butelki i wszelkie inne możliwe do wyobrażenia małe pojemniki, zawierające najróżniejsze substancje, od najzwyklejszych paprochów po atrament ośmiornicy. Na półkach znajdowała się łącznie chyba z tona książek i notatników – niektóre były schludnie ustawione, inne zrzucone byle jak na stos po tym, jak ostatnio z nich korzystałem. Dawno nie zaglądałem do laboratorium, a że zakazałem do niego wstępu elfom, wszędzie zalegała cienka warstewka kurzu.

– Czemu pytasz? – odpowiedziałem pytaniem.

– No, po pierwsze, prawisz mi komplementy – zaczął ostrożnie Bob. – To zawsze jest zły znak. A po drugie, wszystkie świece zapalasz zapałkami.

– Co z tego?

– To z tego, że mógłbyś zapalić je tym głupim zaklęciem, które sam wymyśliłeś, bo zapałki co rusz wypadają ci z tej oparzonej ręki. Zużyłeś już siedem.

Pudełko po raz kolejny wyśliznęło mi się z zesztywniałych palców w rękawiczce.

– Osiem – poprawił się Bob.

Stłumiłem gniewny pomruk i potarłem nową zapałką o draskę. Zrobiłem to zbyt mocno i drewienko pękło.

– Dziewięć – powiedział Bob.

– Zamknij się.

– Jak chcesz, szefie. Trzymanie buzi na kłódkę to moja specjalność.

Zapaliłem wszystkie świece do końca, zanim Bob odezwał się ponownie:

– Potrzebujesz pomocy przy tworzeniu nowej różdżki bojowej?

– Nie, Bob. Mam tylko jedną sprawną rękę. Nie wyrzeźbię różdżki jedną ręką.

– Mógłbyś użyć imadła.

– Nie jestem gotowy. – Zmasakrowane palce pulsowały bólem. – Po prostu... jeszcze nie.

– Lepiej zacznij się przygotowywać, bo to tylko kwestia czasu, jak jakieś paskudztwo się tu zjawi i...

Spiorunowałem czaszkę nieprzyjaznym spojrzeniem.

– Dobrze już, dobrze. – Gdyby Bob miał ręce, rozłożyłby je teraz w obronnym geście. – Chcesz powiedzieć, że nadal nie zamierzasz korzystać z magii ognia.

– Na gwiazdy i kamienie... – Westchnąłem. – Używam zapałek zamiast zaklęcia zapalającego i jestem zbyt zajęty, żeby zrobić sobie nową różdżkę bojową. Wielkie mecyje. Prawda jest taka, że w moim codziennym życiu nie ma zapotrzebowania na wysadzanie rzeczy w powietrze lub spalanie ich do zgliszczy.

– Masz mokre nogi, Harry? Widzisz piramidy?

– Że co? – zdziwiłem się.

– Ziemia do Dresdena! Stoisz po kolana w Nilu!

Bez przekonania rzuciłem w niego pudełkiem zapałek. Odbiło się od czaszki i reszta zapałek się rozsypała.

– Zachowaj rady swojego wewnętrznego psychoanalityka dla siebie – burknąłem. – Robota czeka.

– Wiem, wiem... – przytaknął z westchnieniem Bob. – Masz rację, Harry, co ja wiem o życiu?

Spojrzałem na niego wilkiem i przysunąłem sobie taboret do stołu. Wyjąłem notes i ołówek.

– Pytanie dnia: co wiesz o tak zwanym Słowie Kemmlera?

Bob zacmokał z powagą, co zrobiło na mnie wrażenie, bo przecież nie miał języka. Zresztą może wcale nie powinienem się dziwić – zgłoskę „be” też umie wymówić, a nie ma warg.

– Jakaś podpowiedź? – spytał.

– Nic pewnego, ale instynkt mi podszeptuje, że ma to coś wspólnego z nekromancją.

Bob zagwizdał przez zęby.

– Oby nie.

– Dlaczego?

– Dlatego że tamten Kemmler był prawdziwym potworem. Nie żartuję. Chory facet, Harry. Zły do szpiku kości.

Zaintrygował mnie. Bob czaszka był duchem powietrza, istotą zamieszkującą pozbawiony moralności świat czystej wiedzy. Ledwo, ledwo ogarniał ideę dychotomii dobro-zło, przez co miał tylko zgrubne pojęcie o tym, gdzie przebiega granica. Zatem, jeżeli Bob mówił o kimś, że jest zły... No, Kemmler musiał być naprawdę nieprzeciętnym draniem.

– Co takiego zrobił? – zapytałem. – Dlaczego mówisz, że był zły?

– Jego najsłynniejszy numer to pierwsza wojna światowa.

– Ale... cała?

– Prawie. Machinacje przed jej wybuchem trwały blisko sto pięćdziesiąt lat, a Kemmler maczał w nich paluchy na sto różnych sposobów. Po zakończeniu konfliktu zniknął i pojawił się ponownie dopiero podczas drugiej wojny, kiedy to zaczął ożywiać trupy w masowych grobach. Szalał w Europie Wschodniej, gdzie i bez jego udziału sytuacja była makabryczna. Nikt nie wie, ilu dokładnie ludzi zabił.

– Na gwiazdy i kamienie... Dlaczego to robił?

– Mam zgadywać? Dlatego że był nienormalny. I na dokładkę zły.

– Powiedziałeś „był”. Czas przeszły?

– Nawet bardzo. Po tym, co zrobił, Biała Rada wytropiła go i zlikwidowała w sześćdziesiątym pierwszym.

– Chciałeś powiedzieć... Strażnicy go wytropili?

– Nie. Biała Rada. Cała. Merlin, Rada Starszych, silna ekipa z Archangielska, Strażnicy, plus wszyscy magowie i ich sprzymierzeńcy.

Zamurowało mnie.

– Tylu ich na jednego człowieka?

– Nie bez powodu nazwałem go potworem. Kemmler był nekromantą, Harry. Miał władzę nad umarłymi. Poza tym paktował z demonami, kumplował się z większością wampirów z Dworów, znał wszystkich skurczybyków w Europie i co bardziej wrednych fae. Miał również własnych mini-Kemmlerów. Uczniów. Tudzież zabójców.

– Niech go diabli – mruknąłem.

– To już załatwione. Zabili go na amen. Więcej niż raz. Raz już wrócił po tym, jak Strażnicy załatwili go na początku dziewiętnastego wieku, dlatego za drugim razem bardziej się postarali. Dobrze mu tak, psychopacie jednemu.

Nie wierzyłem własnym uszom.

– Znałeś go?!

– Nie opowiadałem ci o nim? Przez jakieś czterdzieści lat był moim właścicielem.

Wytrzeszczyłem oczy.

– Pracowałeś z tym potworem?

– Robię to, co do mnie należy – odparł z dumą Bob.

– W takim razie jak trafiłeś do Justina?

– Podczas ostatniej walki z Kemmlerem Justin DuMorne był Strażnikiem, Harry. Wyniósł mnie ze zgliszczy jego pracowni. Podobnie jak ty wyniosłeś mnie ze zgliszczy laboratorium Justina po tym, jak go zabiłeś. Koło życia. Jak w piosence Eltona Johna.

Poczułem całkiem konkretny chłód. Przygryzłem wargę i odłożyłem ołówek; miałem wrażenie, że ciąg dalszy tej rozmowy może nie być najlepszym materiałem do sporządzania notatek.

– Czym w takim razie jest Słowo Kemmlera, Bob?

– Nie mam pojęcia – odparł Bob.

– Jak to nie masz pojęcia? – nasrożyłem się. – Myślałem, że byłeś jego czaszko-Piętaszkiem?

– Bo byłem. – Oczy Boba zamigotały nerwowo. – Ale niewiele z tego pamiętam.

Parsknąłem śmiechem.

– Bob... Przecież ty niczego nie zapominasz.

– To prawda. – Jego głos zabrzmiał bardzo, bardzo cichutko. – Chyba że chcę zapomnieć, Harry.

Zmarszczyłem brwi. Wziąłem głęboki wdech.

– Chcesz powiedzieć, że celowo zapomniałeś fakty związane z Kemmlerem.

– Albo zostałem do tego zmuszony. Posłuchaj, Harry... mógłbym wyjść? Pokręcić się po pracowni? Tylko teraz, kiedy rozmawiamy...

Zamurowało mnie. Bob nawet w swoje najlepsze dni uwielbiał płatać mi figle; wypuszczałem go już wyłącznie w bardzo konkretnych misjach wywiadowczych. Często marudził, żebym zgodził się na jedną z tych jego perwersyjnych eskapad, ale nigdy nie prosił o pozwolenie opuszczenia czaszki na czas rozmowy ze mną.

– Nie ma problemu – odparłem. – Masz nie opuszczać pracowni i wrócić na miejsce po zakończeniu rozmowy.

– W porządku – zgodził się Bob. Rój świetlistych punkcików wielkości iskier z ogniska wystrzelił z oczodołów czaszki i śmignął w najdalszy kąt pomieszczenia. – Kiedy bierzemy się do roboty nad twoją nową różdżką?

– Bob... Mówimy o Słowie Kemmlera – przypomniałem mu.

Światełka przemknęły niespokojnie na drugą stronę laboratorium i świetlistą helisą owinęły się wokół schodków na górę.

– To ty mówisz o Słowie Kemmlera – zauważył Bob. Świetlisty obłok rozciągnął się, światełka przemykały w górę i w dół schodów. – Ja doskonalę swój najnowszy numer sceniczny, w sam raz do Vegas. Patrz: jestem DNA.

– Może byś przestał błaznować? Pamiętasz w ogóle cokolwiek na temat Kemmlera?

Iskierki znów zbiegły się w chmurę.

– Tak – przytaknął drżącym głosem Bob.

– Powiedz mi, co o nim wiesz.

– To rozkaz?

Zamrugałem ze zdumienia.

– Mam ci rozkazywać?

– Nie chcesz mi wydać takiego rozkazu, Harry.

– Niby dlaczego? – zainteresowałem się.

Światełka zaczęły zataczać nierówne kręgi po pracowni.

– Dlatego że wiedza to sedno mojego bytu. Zatarcie wiedzy na temat Kemmlera kosztowało mnie... utratę znacznej części jestestwa. To tak jakby ktoś ci obciął rękę; resztki tego, co wiem o Kemmlerze, znajdują się blisko tych odciętych członków.

Chyba zaczynałem go rozumieć.

– To boli – domyśliłem się.

Iskierki zatańczyły niepewnie.

– Też. Ale to nie wszystko.

– Jeżeli zaboli, przestanę wypytywać. A potem, po skończonej rozmowie, znów będziesz mógł zapomnieć.

– Ale...

– To rozkaz, Bob. Mów.

Bob się wzdrygnął. To był dziwny widok. Chmura światełek zadygotała, jakby trącona drżącym podmuchem wiatru, a potem nagle przeskoczyła w bok, jakbym do tej pory patrzył na nią jednym okiem i znienacka spojrzał drugim.

– Kemmler – powtórzył Bob. – Dobrze. – Światełka znieruchomiały przy końcu stołu. Chmura przybrała idealnie kulisty kształt. – Co chcesz wiedzieć, magu?

Czujnie obserwowałem iskierki, ale nie widziałem niczego nadzwyczajnego. Może poza tym, że Bob nagle się uspokoił. I przybrał taki regularny kształt.

– Powiedz mi, co to jest Słowo Kemmlera.

Światełka zatętniły szkarłatem.

– Wiedza. Prawda. Władza.

– A tak... bardziej konkretnie?

– Mistrz spisał swoje nauki, magu, aby ci, którzy przyjdą po nim, mogli się od niego uczyć. Aby mogli poznać prawdziwą potęgę magii.

– Chciałeś powiedzieć: nekromancji.

W głosie Boba zabrzmiała pogardliwa nuta wyższości:

– To, co ty nazywasz magią, to salonowe sztuczki w porównaniu z mocą, jaką dysponuje władca życia i śmierci.

– To twoja opinia, domyślam się.

– To coś więcej – powiedział Bob. – To prawda. Prawda, która objawia się tym, którzy jej szukają.

– Co masz na myśli?

Błysnęło i w lśniącej chmurze iskier uformowała się para białych oczu. Niesympatycznych białych oczu.

– Czy mam ci wskazać początek tej ścieżki? – spytał Bob. – Śmierć, Dresden, jest częścią ciebie. Jest nieodłącznie wpleciona w materię twojego istnienia. Jesteś zbiorem części, z których każda umiera, by następnie odrodzić się w przetworzonej postaci.

Białe światła świeciły zimnym blaskiem – nie zimnym jak górski strumień, tylko raczej zimnym jak cmentarna mgła. Nigdy przedtem nie widziałem czegoś podobnego. Nie było sensu przerywać Bobowi, kiedy w końcu zaczął puszczać farbę.

Ale tak poza tym... Fascynujące światła.

– Martwe ciało nawet w tej chwili ozdabia twoją postać. Paznokcie. Włosy. Pieścisz je i doglądasz ich jak każdy inny śmiertelnik. Wasze kobiety je ozdabiają. Wabią nimi. Śmierci nie należy się bać, chłopcze. Śmierć to kochanka, która czeka, by wziąć cię w ramiona. Możesz to poczuć, jeśli wiesz, jaki jest jej dotyk: zimny, powolny, słodki.

Miał rację: w paznokciach i włosach poczułem zimne, mrowiące nie-uczucie. W pierwszej chwili wydało mi się bolesne, ale potem zdałem sobie sprawę, że odczuwam tylko lekki dreszcz w miejscach, gdzie ta lodowata energia ociera się o pulsującą pod skórą krew. Tylko tam, gdzie się spotykały, było to nieprzyjemne. Bez krwi zimno byłoby czystą, nieskończoną błogością.

– Przyjmij odrobinę śmierci do swego wnętrza, chłopcze, a ona wskaże ci drogę po więcej. Otwórz usta.

Posłuchałem. I tak patrzyłem w to światło. Było tak niesamowite, że zasługiwało na to, żeby się na nie gapić. Ledwie zauważyłem zmrożony okruch niebieskiego światełka, niczym truchło maleńkiej gwiazdy, który wypłynął z jednego z białych ślepi ducha i zaczął szybować w stronę moich otwartych ust. Wrażenie zimna się nasiliło i drobina uderzyła w mój język jak termonuklearna miętówka, lodowato gorąca, parząco słodko-gorzka i... i niewłaściwa. Wyplułem ją z obrzydzeniem i zasłoniwszy twarz rękami, osunąłem się na podłogę. Czułem rozlewające się po moim ciele odrętwienie.

– Za późno! – wychrypiał triumfalnie duch. Wystrzelił w powietrze i wirował nade mną, napawając się zwycięstwem. – Nie wiem, co zrobiłeś z moimi myślami, ale mistrz nie będzie zadowolony, gdy się dowie, że mieszasz jego słudze w głowie.

Zimno się rozprzestrzeniało i nie był to ziąb czysto fizyczny: miał w sobie coś z bezdusznej pustki, z bezgwiezdnego chłodu, który zagarniał mnie – nie tylko moje ciało, lecz mnie całego – z bezrozumną żarłocznością. Czułem, jak zapuszcza we mnie swoje macki, spowalnia moje serce, uniemożliwia mi oddychanie.

– Wiesz, jak długo na to czekałem? – mruczał duch, szybując nade mną w tę i z powrotem. – Jak długo siedziałem zamknięty za murem własnych myśli i wyczekiwałem okazji, żeby się wyzwolić? Nareszcie, ty tępy prymitywie, nareszcie twoja głupota przestanie mi doskwierać.

– Bob... – wykrztusiłem z trudem. – Koniec rozmowy.

Szkarłatne światło rozbłysło gwałtownie w gniewie i wydało z siebie przejmujące zawodzenie, od którego zatrzęsły się półki na ścianach, a ja miałem wrażenie, że głowa mi się rozpęknie na dwoje. A potem chmura czmychnęła na drugą stronę pomieszczenia i została wessana przez oczodoły czaszki jak przez jakiś piekielny odpływ.

Gdy ostatnia drobinka zniknęła w głębi czaszki, makabryczny ziąb trochę zelżał. Leżałem skulony i ze wszystkich sił starałem się z niego otrząsnąć – trochę to trwało, a ohydna pustka kleiła mi się do paznokci nawet po tym, jak odzyskałem czucie w palcach, ale w końcu udało mi się usiąść. Przyciągnąłem kolana do piersi i siedziałem bez ruchu, wstrząśnięty i na wpół oszalały ze strachu. Zawsze wiedziałem, że Bob jest bezcennym skarbem i żaden duch obdarzony taką wiedzą nie może być po prostu słaby, nie byłem jednak przygotowany ani na prawdziwą skalę jego mocy, ani na takie natężenie złych intencji. Nie spodziewałem się, że jest uśpionym monstrum, które tylko czeka, żeby je obudzić; myślałem, że jest po prostu wyszczekanym, przenośnym źródłem wiedzy.

Boże święty, nie pamiętałem, kiedy poprzednio miałem do czynienia z demonem obdarzonym tak wielką mocą psychiczną. Gdybym spóźnił się o sekundę, albo – na gwiazdy i kamienie! – gdybym zapomniał warunku, który przegna Boba z powrotem w głąb czaszki i wymaże jego mroczne wspomnienia, byłbym trupem. Albo czymś jeszcze gorszym.

I byłaby to wyłącznie moja głupia wina.

– Harry? – odezwał się Bob.

Skrzywiłem się i jęknąłem cicho. Wziąłem się w garść i spojrzałem na czaszkę. Leżała na półce, a światełka w jej oczodołach miały swój zwykły pomarańczowy kolor.

– Cześć.

– Masz sine wargi – powiedział bardzo cicho Bob.

– Mhm.

– Co się stało?

– Zrobiło się tu jakoś zimno.

– Przeze mnie.

– Tak.

– Przykro mi, Harry. Ostrzegałem cię.

– Wiem. Nie zdawałem sobie sprawy.

– Kemmler był złym człowiekiem, Harry. Wziął to, czym byłem, i zdeformował. Zniszczyłem większość łączących mnie z nim wspomnień, a czego nie zdołałem zapomnieć, ukryłem i zamknąłem na klucz. Nie chciałem taki być.

– I nie będziesz – zapewniłem go półgłosem. – Posłuchaj mnie uważnie, Bob: rozkazuję ci nigdy więcej nie sięgać do tych wspomnień. Nigdy ich nie uwalniać. Nie słuchać żadnych poleceń, które miałyby doprowadzić do ich uwolnienia. Od tej pory mają zawsze spać z rybami. Rozumiesz?

– Jeżeli cię posłucham, nie będę ci mógł pomóc – zauważył przytomnie Bob. – Będziesz zdany tylko na siebie.

– To już moje zmartwienie. To rozkaz, Bob.

Czaszka westchnęła z ulgą.

– Dziękuję, Harry.

– Nie ma o czym mówić. Dosłownie.

– Istotnie.

– No dobra, zobaczmy, co nam zostało... Pamiętasz jakieś ogólne informacje na temat Kemmlera?

– Nic takiego, czego nie dałoby się znaleźć w innych źródłach. Pamiętam, czego się dowiedziałem, kiedy Justin należał do Strażników.

– W porządku. Powiedziałeś... To znaczy, kiedy zapytałem, co to jest Słowo Kemmlera, ten drugi ty powiedział, że Kemmler spisał swoje nauki. Domyślam się więc, że chodzi o książkę.

– To możliwe – przytaknął Bob. – Z archiwów Rady wynika, że Kemmler był autorem trzech książek: Krew Kemmlera, Umysł Kemmlera i Serce Kemmlera.

– Opublikował je?

– Własnym sumptem. I zaczął je rozpowszechniać w Europie.

– Z jakim skutkiem?

– Z takim, że stanowczo zbyt wielu drobnych czarowników nagle uzyskało dostęp do prawdziwej nekromancji.

Pokiwałem głową.

– Co było dalej?

– Strażnicy wyprodukowali własną epicką wersję 451° Fahrenheita. Przez jakieś dwadzieścia lat namierzali i niszczyli kolejne egzemplarze tych książek, aż uznali, że pozbyli się wszystkich.

Zagwizdałem przez zęby.

– A jeżeli Słowo Kemmlera jest jego czwartym dziełem?

– Byłoby kiepsko.

– Dlaczego?

– Dlatego że część uczniów Kemmlera wymknęła się z zarzuconej przez Radę sieci. Są na wolności. Jeżeli dostaną w swoje ręce nowe wykłady z cyklu „Nekromancja: zrób to sam”, mogą rozwinąć swoje umiejętności i narobić naprawdę paskudnych szkód.

– Są magami?

– Czarnymi magami.

– Ilu ich jest?

– Czworo, pięcioro, nie więcej. Chociaż informacje Strażników nie były zbyt ścisłe.

– Nie brzmi to jak coś, z czym Strażnicy by sobie nie poradzili.

– Chyba że ta czwarta księga dopełnia cykl nauk Kemmlera. Wtedy może się okazać, że mamy do czynienia z czterema albo pięcioma pełnoprawnymi Kemmlerami.

– Niech to szlag. – Posadziłem zmęczony tyłek na taborecie i rozmasowałem sobie głowę. – Nieprzypadkowo sprawy się komplikują tuż przed Halloween.

– W tym okresie bariery oddzielające świat śmiertelników od królestwa duchów są najsłabsze – przytaknął Bob.

– Tak samo było, kiedy ten drań Koszmar polował na moich przyjaciół. – Zerknąłem na Boba z ukosa. – Ale żeby mógł to zrobić, sam musiał jeszcze tę granicę osłabić. Razem z Biancą dręczyli tuziny duchów, żeby rozchwiać bariery. Czy, żeby wprowadzić tego rodzaju zamieszanie, niezbędne do uprawiania poważnej magii, potrzebne są koniecznie duchy?

– Nie, to tylko jeden ze sposobów. Można też odprawiać rytuały albo składać ofiary.

– Krwawe ofiary.

– Owszem.

Z posępną miną pokiwałem głową.

– Musieliby wcześnie zacząć pompować energię, żeby zdestabilizować sytuację przed poważnym nekromanckim przedsięwzięciem. Tak jak przy skoku z trampoliny: warto parę razy podskoczyć w miejscu, zanim skoczy się do wody.

– Porównanie celne, choć nieco toporne – przyznał Bob. – Nawet w Halloween nekromancja na poziomie Kemmlera wymagałaby pewnych przygotowań. – Westchnął. – Niewiele ci pomogłem, co?

Wstałem i skierowałem się do schodków.

– Bardziej, niż mógłbyś przypuszczać, Bob. Kupię ci nowe romansidła.

Ogniki w oczodołach zabłysły żywiej.

– Naprawdę? To znaczy, wierzę ci i w ogóle, ale... dlaczego?

– Z tego, co mówisz, wynika, że jeżeli ktoś szykuje jakieś bardzo złe juju, zostawia po sobie zwłoki; jeżeli faktycznie to zrobił, to mam punkt zaczepienia. Zacznę go tropić i dowiem się, co jest grane.

– Harry?! – zawołał za mną Bob, gdy wychodziłem z pracowni. – Dokąd idziesz?

Schyliłem się i wetknąłem głowę w otwór w podłodze.

– Do kostnicy.