Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 612 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Martwy blues - Jan Paweł Krasnodębski

Poruszająca opowieść o obsesji śmierci, zmaganiu się z uzależnieniem od alkoholu, o męce samotności i trudności życia we wspólnocie. Bohater powieści spotyka dziewczynę młodszą o co najmniej pokolenie, która podobnie jak niegdyś on próbuje popełnić samobójstwo. Wykorzystując swoje doświadczenia, usiłuje udaremnić tę próbę. To wywołuje w nim falę wspomnień i przeżyć, które w jakiś sposób zbliżają go do dziewczyny.

Opinie o ebooku Martwy blues - Jan Paweł Krasnodębski

Fragment ebooka Martwy blues - Jan Paweł Krasnodębski

Pro­jekt okład­ki

MA­REK J. PIW­KO

Zdję­cie na okład­ce

© RE­NEE LEE

Re­dak­cja

JA­DWI­GA KWIE­CIEŃ

Re­dak­cja tech­nicz­na

DA­MIAN WA­LA­SEK

Ko­rek­ta

LAU­RA RYN­DAK

Skład i ła­ma­nie

GRZE­GORZ BO­CIEK

EWA MIERZ­WA

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2012

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2012

© Co­py­ri­ght by Jan Pa­weł Kra­sno­dęb­ski

ISBN 978-83-7835-072-9

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

INar­cyz

1.

Czu­ję się, jak­bym był mar­twy. Szcze­gól­nie czę­sto o tej po­rze. Po­środ­ku nocy. Sie­dzę przy biur­ku, pa­trzę na ma­szy­nę do pi­sa­nia, łu­dzę się, że wkrę­cę w nią czy­stą bia­łą kart­kę. Gdy idę uli­cą i ja­kiś liść opa­da bli­sko mo­jej gło­wy, to wła­śnie czu­ję się jak ten liść, jak ten mar­twy liść. A prze­cież nie­zwy­kle pięk­ne są je­sien­ne li­ście, tak czę­sto zno­szo­ne do domu, by zro­bić z nich bu­kiet, by oży­wić dom, dać mu tro­chę cie­pła. Tym­cza­sem ten liść prze­la­tu­ją­cy obok mo­jej gło­wy jest ta­kim mar­twym mną. Na pew­no nie umiem tego do­kład­nie wy­tłu­ma­czyć, ale on jest zim­nym mną. Je­sień za­wsze wpły­wa­ła na mnie po­nu­ro i aby z tym wal­czyć, pró­bo­wa­łem na­mó­wić sa­me­go sie­bie na pi­sa­nie je­sie­nią książ­ki, po­wie­dzia­łem so­bie kie­dyś, la­tem nad mo­rzem, gdy parę go­dzin bie­ga­łem pla­żą, po­wie­dzia­łem so­bie, że owszem, lato jest pięk­ne, owszem, je­sień jest do pi­sa­nia ksią­żek, żeby je­sień nie była samą chan­drą, de­pre­sją, żeby w tym było coś na za­sa­dzie: „Co au­tor chciał przez to po­wie­dzieć?”. Jak już ro­bić za­ba­wę z sie­bie, z li­te­ra­tu­ry, fik­cję, to oży­wić ją jak na do­brym balu i ro­bić to je­sie­nią, prze­pi­sać je­sień, prze­pi­sać zimę, zbu­dzić się wio­sną, gdy bu­dzi się ży­cie, gdy dzień nie jest krót­szy, ale co­raz dłuż­szy, gdy wszyst­ko zie­le­nie­je, a nie ma­to­wie­je, gdy chce się żyć, gdy mniej lu­dzi umie­ra, bo szko­da na wio­snę umie­rać, a przy­najm­niej tak mi się wy­da­je. Mniej lu­dzi po­win­no umrzeć. Te­raz zno­wu jak­by nie­ocze­ki­wa­nie prze­sko­czył mnie sier­pień, spę­dzo­ny mar­two, i jest śro­dek wrze­śnia, tak zim­ny, pa­skud­ny śro­dek wrze­śnia, że wy­da­je mi się to póź­ną je­sie­nią, Świę­tem Zmar­łych, Za­dusz­ka­mi. Je­sień sło­necz­na jest pięk­na, moż­na się oszu­ki­wać, moż­na się cie­szyć ko­lo­ra­mi, zło­ce­nia­mi, ba­bi­mi nit­ka­mi, pa­ję­czyn­ka­mi, za­cho­da­mi słoń­ca tuż za oknem. Ta je­sień jest po­nu­ra i z pew­no­ścią taką po­zo­sta­nie. Nie wi­dzę jej przez okno, moje okno wy­cho­dzi na za­chód, wi­dzę parę brył wy­so­ko­ściow­ców i tyl­ko jed­no za­pa­lo­ne w oknie świa­tło, świa­tło u tego idio­ty pali się co noc, ja­rze­nio­we świa­tło, z pew­no­ścią w kuch­ni, bo z tej stro­ny musi być kuch­nia, noc w noc, gdy sie­dzę przy biur­ku, wi­dzę to świa­tło. Je­śli jesz­cze ja­kiś kre­tyn na na­szym osie­dlu ob­ser­wu­je pa­lą­ce się świa­tła, to wie, że palą się tyl­ko dwa, u tego cym­ba­ła na ostat­nim dzie­sią­tym pię­trze, i u mnie bla­de świa­tło, nie­kie­dy świecz­ka, na pierw­szym pię­trze, od za­cho­du.

My­ślę poza tym, że je­stem szczę­śli­wym czło­wie­kiem. Mam ele­ganc­ką żonę, któ­ra wca­le nie wy­glą­da na swo­je czter­dzie­ści pięć lat, do­ro­słą cór­kę i na szczę­ście nie je­stem dziad­kiem, bo Ma­ry­na nie chce mieć dzie­ci. Nie ogra­ni­cza­ło­by mnie to zresz­tą zbyt­nio, bo ma wła­sne miesz­ka­nie o ki­lo­metr stąd. Mam też przed sobą ko­rek­tę książ­ki, na­ma­cal­ny do­wód tego, że je­stem pi­sa­rzem. Leży to od trzech ty­go­dni i do­sta­łem już dwa te­le­gra­my z wy­daw­nic­twa z proś­bą o zwrot. Im za­wsze się tak spie­szy, a mnie nie chce się tego ro­bić. Jest to po­wieść, któ­rą na­pi­sa­łem pięć lat temu i do­pie­ro te­raz ma się uka­zać. Jest to książ­ka mar­twa. Nie­praw­dzi­wa. Książ­ka nie­ma­ją­ca ni­cze­go wspól­ne­go ze mną. Na­pi­sa­łem ją wła­ści­wie tyl­ko dla­te­go, że usil­nie i z wdzię­kiem na­ma­wia­ła mnie Elż­bie­ta. By­li­śmy dwa lata po ślu­bie, a ja by­łem rok po sa­na­to­rium dla ner­wi­cow­ców. Moja ko­cha­na żona wy­obra­ża­ła so­bie, że to moje pi­sa­nie to taka te­ra­pia za­ję­cio­wa. Sam czę­sto czu­łem się, jak­bym wy­pla­tał ko­szy­ki albo tkał go­be­lin. Pi­sa­łem tę bzdu­rę przez pół roku, na dzi­ko, z to­na­mi kawy, mi­lio­na­mi pa­pie­ro­sów. Gdy skoń­czy­łem, wdzięcz­nie za­de­dy­ko­wa­łem Elż­bie­cie. Mimo że nie mia­ło to z nią nic wspól­ne­go. Ja nie mam te­raz cza­su na tę książ­kę. Ode­ślę wy­daw­cy, niech sami zro­bią ko­rek­tę, naj­wy­żej za­pła­cę ja­kiejś so­lid­nej pani.

Na­praw­dę mnie to nie ob­cho­dzi. Na­praw­dę mnie to nie cie­szy. Mam to gdzieś.

Ale ta książka mogłaby świadczyć o sukcesie zawodowym. Gdy wyjdzie drukiem, dostanę sporo pieniędzy, bo dali mi wysoki nakład, więc wezmę z kasy, co się należy, i moja żona będzie szczęśliwa. Kupimy sobie jakiś obraz, pewnie tylko jeden, bo już właściwie nie ma gdzie wieszać, a może położymy parkiet. Baju, baju, na parkiet raczej nie zarobię przy obecnych stawkach. Poza tym samochód już nie jest najmłodszy i w ogóle łapię się na tym, że chciałbym mieć toyotę, bo jest bardziej miękka, wygodniejsza niż polonez, który zawsze kojarzył mi się z czołgiem. Jeśli jeszcze raz wznowią mi Psią ścież­kę, to może zrealizuję ten pomysł. Na poloneza zarobiłem tym literackim hitem wznawianym sześciokrotnie, poczytnym ponoć jak Ba­śnie Andersena. Sam nie wiem, jak to się stało. Pisałem książkę w uniesieniu, przekonany o jej kameralności, a okazała się czytadłem. Przetłumaczyli mi nawet to czytadło na Zachodzie i dlatego mogłem kupić Marynie mieszkanie, szczęśliwym trafem, na sąsiednim osiedlu.

Ma­ry­na to moje ko­cha­ne dziec­ko z pierw­sze­go mał­żeń­stwa. Jej mat­ka żyje so­bie gdzieś w Hisz­pa­nii czy na Ma­jor­ce, a Ma­ry­na wró­ci­ła do kra­ju.

Cóż, jestem profesjonalistą i należałoby coś robić. Rok w rok w księgarniach straszy Psia ścież­ka i dopiero teraz niebawem wyjdzie nowa rzecz. Nie kładę się spać wcześniej niż przed świtem, przed tym blaskiem, który zwiastuje świt. Elżbieta zasuwa szczelnie kotary i w naszej sypialni jest taka ciemność, że się boję. Boję się do czasu, aż będzie trochę jasno. Więc czekam na tę jasność. Powinienem pisać właśnie jesienią i zimą również dlatego, że ta jasność przychodzi coraz później, teraz jeszcze o piątej, alepotem o szóstej, siódmej. I te moje noce spędzone przy biurku będą coraz dłuższe. Potem budzę się koło południa, piję kawę, czekam na pocztę. Ela wraca z pracy, a ja pytam: Co nowego, kochanie?

Chy­ba nie ma nocy, że­bym nie za­da­wał so­bie py­ta­nia, dla­cze­go nie czy­tam. Dla­cze­go, do dia­bła, nie czy­tam? Wszyst­kie ścia­ny mo­je­go po­ko­ju, któ­ry Ela na­zy­wa ga­bi­ne­tem, oprócz miejsc wy­dzie­lo­nych na ob­ra­zy, od pod­ło­gi po su­fit zaj­mu­ją pół­ki z książ­ka­mi. Na­wet przed­po­kój jest cały w książ­kach. Pół­ki za­wie­szo­ne, gdzie tyl­ko się da. Cią­gle od­kła­dam w jed­no miej­sce książ­ki, któ­re pra­gnę prze­czy­tać, i leżą, pię­trzą się, pęcz­nie­ją, ro­sną, po­tem stop­nio­wo wyj­mu­ję je od dołu i wkła­dam w od­po­wied­nie miej­sca na re­ga­łach. A na wierz­chu po­ja­wia­ją się ko­lej­ne no­wo­ści albo coś eks­tra zdo­by­te­go w an­ty­kwa­ria­cie. Ja wiem, że książ­ki nie są dla mnie do czy­ta­nia, jed­na, dwie na rok, książ­ki są po­trzeb­ne do ży­cia. Nie wy­obra­żam so­bie ży­cia bez ksią­żek. Gdy­by nie daj Boże pło­nę­ły, a ja był­bym w Ham­bur­gu albo w Ko­pen­ha­dze, to z pew­no­ścią też za­czął­bym pło­nąć jak ob­la­ny ben­zy­ną. Albo umarł­bym w inny spo­sób. Prze­cię­ła­by mnie bły­ska­wi­ca.

Mam kom­pleks. Kom­pleks, któ­ry nadal mnie drę­czy. Tyle razy w ży­ciu wy­prze­da­wa­łem swo­ją bi­blio­te­kę, aby mieć na wód­kę albo na ży­cie. Nie­kie­dy ku­po­wa­łem książ­kę po to, aby po dniu i ty­go­dniu za­nieść ją do an­ty­kwa­ria­tu. Chcę nad­ro­bić te bra­ki. Gdy­bym ani razu w ży­ciu nie po­zbył się żad­nej książ­ki, to miał­bym w tej chwi­li dwa­dzie­ścia ty­się­cy to­mów, a tak mu­szę się za­do­wo­lić tymi kil­ko­ma, ty­sią­ca­mi. Książ­ka jest jak czło­wiek, ale wiem, że czy­ta­nie by­ło­by lo­gicz­niej­szym wyj­ściem niż ga­pie­nie się w za­ku­rzo­ną do­szczęt­nie ma­szy­nę. Od cza­su do cza­su wy­cią­gam też małe pu­deł­ko ma­gne­tycz­nych sza­chów i gram z sobą za­zwy­czaj już od sa­me­go po­cząt­ku znu­dzo­ny par­tią.

Tak wygląda moje życie tego roku. Książka, której trzysta kilkadziesiąt stron mam w korekcie przed sobą, nosi tytuł Boże Na­ro­dze­nie. Piękny tytuł, przyznaję. Rzecz dzieje się na wsi zwanej pięknie Kalwaria Górna. Jest to moja pierwsza książka o wsi. Opowiada o przygłupku, który żyje cytatami z Biblii i prowadzi swoisty pojedynek wiary z miejscowym proboszczem. W dzień Bożego Narodzenia, z galopującym zapaleniem płuc, ucieka w głębokim śnie przez pola, aby znaleźć się jak najbliżej swego Boga. Pomylona książka. Pomylona i ateistyczna, Kościół mnie za to wyklnie. Mam to w nosie. Oczywiście, to nie jest całkiem tak. Jeśli mnie pamięć nie myli, to bardziej jest to powieść o starej kobiecie i jej samotności, przywiązaniu do ziemi. Przyznam się, że jest to powieść o mojej babce. Chciałbym jechać na jej grób. Ma piękny marmurowy grobowiec, który zdążyli jej postawić moi bogaci rodzice, zanim nie opanował ich duch chciwości. Spędziłem w tej wsi kilka lat. Napisałem tam parę książek.

Jesz­cze je­den druk leży przede mną na biur­ku. Dziw­ny list, któ­ry otrzy­ma­łem w so­bo­tę po po­łu­dniu. Za­pro­sze­nie na ślub Ja­nu­sza Lu­te­go z Kiy­ori Ta­ka­ha­shi dnia 21 wrze­śnia. „Księ­życ w peł­ni przy przej­ściu zna­ku Pan­ny w znak Wagi wró­ży ra­dość wiecz­ną. Po­dróż po­ślub­na z za­pro­szo­ny­mi go­ść­mi od­bę­dzie się stat­kiem po rze­ce Od­rze. Data prze­si­le­nia jest naj­szczę­śliw­sza dla na­szych ho­ro­sko­pów. Zbie­ra­my się w po­łu­dnie w ho­te­lu »Mo­no­pol«. By­ło­by nie­źle zo­ba­czyć się ra­zem”.

Tak, to może być coś. Jest ty­dzień do 21 wrze­śnia. Wy­rwę się stąd i po­ja­dę na ślub Ja­nu­sza. Ja­nusz, ten Ksią­żę Po­etów! Boże, ileż to lat! Prze­cież to był mój „opie­kun”, gdy za­czy­na­łem swo­ją dro­gę pi­sar­ską, na­le­żał już do Związ­ku i prze­cha­dzał się po Em­pi­ku z błęd­nym wzro­kiem za gru­by­mi szkła­mi, praw­dzi­wy król po­etów dla młod­szej cy­ga­ne­rii. Ile to Ja­nusz ma lat? Może 55. I zde­cy­do­wał się na tę Ja­pon­kę swa­ta­ną mu przez wuja. A Ja­po­necz­ka po­dob­no za­ska­ku­ją­co pięk­na. Sta­ry ka­wa­ler – Ja­nusz Luty. Ja­kie będą jego nowe wier­sze, mał­żeń­skie? Ja­poń­skie?

Kiy­ori Ta­ka­ha­shi. Też nie­źle. By­waj, Kiy­ori!

Ja­nusz Luty. To epo­ka. Miał parę lat temu w na­szym mie­ście spo­tka­nie au­tor­skie i za­pro­si­li­śmy go po­tem do nas, no­co­wał. Był już z in­nej epo­ki, ale był w nim tak­że i ślad tam­tej mło­do­ści. Mo­jej mło­do­ści.

Zno­wu parę lat prze­le­cia­ło. Sie­dzie­li­śmy wte­dy na­prze­ciw­ko sie­bie i po­wie­dział, że umarł mistrz Adam, po­wa­lił go wy­lew, zna­le­zio­no go w miesz­ka­niu po paru dniach. A ja nie po­tra­fię uj­rzeć Em­pi­ku in­ne­go niż z mi­strzem Ada­mem oto­czo­nym wia­nusz­kiem wy­znaw­ców i uczniów. Umar­ła też Ania, żona Ka­zia Fur­ma­na, i Ka­zio roz­pa­czał, że roz­wiódł się przed jej śmier­cią, że to przez nie­go umar­ła tak mło­do, iro­nicz­nie, na gry­pę. Za­wsze żar­to­wa­łem, że bije Ka­zia. Była bar­dzo ener­gicz­ną dziew­czy­ną, bała się nas, po­etów-pi­ja­ków, ale była ostra i chro­ni­ła Ka­zia, jak mo­gła, przed nami. Umar­ła ma­jąc 37 lat.

A ja od ja­kie­goś cza­su mam w gło­wie tyl­ko te swo­je daw­ne mło­de lata. Jak­bym cof­nął się o ćwierć wie­ku i żył tam­tym cza­sem. Czu­ję to szcze­gól­nie ostro przed za­śnię­ciem lub wła­śnie no­ca­mi, albo wte­dy, gdy za­pa­da zmierzch i ja­koś nie wia­do­mo, co ro­bić. Wte­dy czło­wiek po­grą­ża się w so­bie. A ja w tych daw­nych la­tach. Przy­po­mi­na mi się to, jak­by dzia­ło się obok. Wy­da­je mi się, że roz­ma­wiam z re­dak­to­rem mo­ich wier­szy i kłó­cę się o każ­de sło­wo, a kie­dy sło­wo „wschód” mu­szę za­stą­pić sło­wem „pół­noc”, zbie­gam z siód­me­go pię­tra wy­daw­nic­twa w dół, ku­pu­ję w spo­żyw­czym skle­pie beł­ta, wy­pi­jam w bra­mie, wra­cam i go­dzę się na sło­wo „pół­noc”. Za to mój re­dak­tor, szczę­śli­wy, da­ru­je mi wszyst­kie plu­ga­stwa, kur­wy i sper­my, któ­rych peł­no w tych wier­szach. Albo wi­dzę, jak piję wód­kę z bu­tel­ki na pla­cu koło no­we­go Pa­ła­cy­ku.

Dobrze byłoby napisać książkę o tych latach i zacząć ją dzisiaj, tej nocy. W bibliotece, w dużym pokoju, leżą sterty starych zeszytów moich pamiętników z tamtego okresu. Pamiętników mojej młodości ciemnej. Chciałem po nie sięgnąćjuż dawno, ale czułem lęk, jakbym bał się do nich zaglądać, żeby tęsknota za tym, co tak dawno uleciało, nie wzmogła się, abym potrafił żyć na tej płaszczyźnie, na jakiej jestem. Zdarzało się, że zaglądałem ukradkiem i szybko odkładałem zeszyt. Czułem ból. Myślałem wtedy, że jeszcze nie czas, że jeszcze przecież nie jestem aż tak stary, żeby sięgać po dawne zapiski i pogrążać się w tym. To tak jak niektórzy lubią czytać gazety sprzed wojny. Nie chciałem być stary. Jeszcze jestem przecież młodym facetem.

Ale zro­bię to te­raz. Przy­nio­sę tu te po­ob­dzie­ra­ne to­mi­ska i po­czy­tam, po­prze­glą­dam. Może ta lek­tu­ra da mi bo­dziec do czy­ta­nia w ogó­le i za­cznę czy­tać. Prze­czy­tam wte­dy od góry do dołu wszyst­kie moje kil­ka ty­się­cy to­mów.

Wsta­ję więc, od­su­wam fo­tel, idę przez dłu­gi, pe­łen ksią­żek po­kój. Wcho­dzę do przed­po­ko­ju. W ko­szu śpi Aza, to na­sza zło­ta per­ła, spa­niel­ka. Na wi­kli­no­wym ko­szu prze­cią­ga się bia­ło-czar­ny kot, to nasz ary­sto­kra­ta Ma­ciek, ro­man­tycz­no-neu­ro­tycz­ny osob­nik. – Cześć, zwie­rząt­ka! – mó­wię. Idę do kuch­ni zro­bić kawę. Wy­da­je mi się, że z sy­pial­ni do­cho­dzi ja­kiś od­głos. Kie­ru­ję się tam. Po ci­chu otwie­ram drzwi. Nad­słu­chu­ję. Elż­bie­ta od­dy­cha. To do­brze. Boję się o nią. Boję się, że zo­sta­nę sam. Ma nie­wiel­ką aryt­mię ser­ca i po­win­na brać pro­pra­no­lol, tym­cza­sem nie zno­si żad­nych le­ków. Nie­kie­dy pije car­diol. Boję się o jej ser­dusz­ko. Nie jest już naj­młod­sza. Obo­je nie je­ste­śmy naj­młod­si. Aza też już nie jest szcze­niacz­kiem. Pra­gnę po­ca­ło­wać moją śpią­cą żonę, ale mógł­bym ją zbu­dzić, stwier­dzi­ła­by wte­dy ła­god­nie, że nie śpię, a ja od­po­wie­dział­bym: jesz­cze nie, ko­cha­nie. Za­py­ta­ła­by, czy pra­cu­ję, a ja bym coś mruk­nął i wy­szedł z po­ko­ju. De­li­kat­nie za­my­kam drzwi. Wra­cam do kuch­ni i ro­bię moc­ną kawę. Po­tem szyb­ko prze­cho­dzę do du­że­go po­ko­ju i bio­rę pod pa­chę wszyst­kie ze­szy­ty z dol­nej pół­ki bi­blio­te­ki. Aza po­szcze­ku­je przez sen. Pa­trzę w otwar­te, wiel­kie oczy Mać­ka.

2.

By­łem u Tad­ka. W dro­dze po­wrot­nej bie­giem. Za cho­le­rę nie mogę dać so­bie rady ze swo­ją hi­ste­rią, ner­wi­cą – czy tym, co mi wła­ści­wie jest. Wy­da­wa­ło mi się, że nig­dy nie do­bie­gnę do domu. Wcią­ga­ły mnie wi­try­ny skle­pów. Te­raz też je­stem cho­ler­nie roz­trzę­sio­ny.

Dzi­siaj wy­no­szę się z domu. Mat­ka ma mi dać ty­siąc zło­tych. I do wi­dze­nia. Nie chcę o tym wszyst­kim pi­sać. W po­nie­dzia­łek rano po­sta­no­wi­łem je­chać do Wro­cła­wia. Ko­niec z pi­jań­stwem. Dzi­siaj jesz­cze się spi­ję (mu­szę!), ale na tym koń­czę. Jak dam so­bie radę bez al­ko­ho­lu? Z tym cho­ler­nym prze­ra­że­niem?

Nie­ste­ty, Ma­rek wy­jeż­dża na week­end. Wła­śnie dzi­siaj, kie­dy tak bar­dzo na nie­go li­czy­łem. Nie wiem, gdzie się po­dzie­ję do po­nie­dział­ku. Za­dzwo­nię do Zyg­mun­ta.

Cho­le­ra wie, co mi jest. Zresz­tą mniej­sza z tym. Ta­dek być może do mnie wpad­nie. Będę się pa­ko­wał. O szó­stej ma przyjść mat­ka. We­zmę te pie­nią­dze i dam jej list. List wy­ja­śnia­ją­cy. Dwie czy­ste kart­ki pa­pie­ru.

Dzi­siej­szą pół­li­trów­ką wód­ki skoń­czę z al­ko­ho­lem. Zu­peł­na abs­ty­nen­cja. Ko­niec z że­brac­twem. Albo zgni­ję, albo zwa­riu­ję tak zu­peł­nie na­ma­cal­nie, albo dam so­bie radę z re­ali­zo­wa­niem tego, co po­sta­no­wi­łem wczo­raj i dzi­siaj w nocy.

Opusz­czam więc dom. Tym ra­zem de­fi­ni­tyw­nie. Co naj­mniej na trzy lata. Do uzy­ska­nia wy­wal­czo­nej szan­sy.

Po­pa­li­łem wszyst­kie zbęd­ne rze­czy. Zdję­cia, fil­my, wszyst­ko, pla­ny wier­szy tak­że. Zo­sta­je po mnie jed­na szu­fla­da w biur­ku ze sta­ry­mi swe­tra­mi, któ­rych nie mia­łem su­mie­nia wy­rzu­cić, pły­ta­mi i in­ny­mi du­pe­re­la­mi. Tyl­ko ta jed­na szu­fla­da. I parę bzdur­nych na­pi­sów przy mo­jej ka­na­pie, pi­sa­nych wte­dy, gdy była jesz­cze ze mną Na­ta­sza.

„Bert, gdy po­znasz Praw­dę, przyjdź – na­uczę Cię ko­chać!”.

Dłu­go bym mu­siał pi­sać, chcąc co­kol­wiek tłu­ma­czyć. Je­dy­nie ja w tym domu po­zo­sta­łem uczci­wy. Dla­te­go mu­szę odejść. Tym ra­zem to nie jest dzie­ci­na­da. To taka drob­na oso­bi­sta tra­ge­dia. Ale mniej­sza z tym. Uspo­ka­jam się po­wo­li. Po­cią­gam z bu­tel­ki. Spa­ku­ję się. Wszyst­ko jest przy­go­to­wa­ne. Że­bym tyl­ko…

Za­czy­nam ży­cie. Będę po­le­gał tyl­ko na so­bie. Sam, ab­so­lut­nie sam. Czy dam radę?

Przed sobą mam usta­wio­ne lu­stro, spo­glą­dam w nie i wi­dzę swo­ją twarz. Wy­da­je mi się dziw­na. Cho­ler­nie się po­grą­ży­łem w tym ca­łym bru­dzie. Ale być może jest mi to po­trzeb­ne. Pod wa­run­kiem, że sta­nę na wła­snych no­gach w tym sen­sie, jaki so­bie na­kre­śli­łem.

Na­pi­sa­łem wiersz.

Ju­tro mi­nie dwa ty­go­dnie pra­cy. Okrop­nie wy­glą­da ta pra­ca. Z re­gu­ły bez­na­dziej­nie się czu­ję. Je­stem tępy. Nie wi­dzę sen­su. Prze­żu­wam tę swo­ją nę­dzę, pa­ro­dię ro­bo­ciar­skiej eg­zy­sten­cji. Dzi­siaj do­cho­dzi­ło do za­ła­ma­nia. Mam ja­kieś głu­pie za­kłó­ce­nia rów­no­wa­gi. Czy­ści­łem pa­ra­pe­ty. Przy­bo­ry do czysz­cze­nia – mło­tek, szpa­chla, szczot­ka i rę­ka­wi­ce – ukra­dli mi. Nie wiem kto, mniej­sza z tym. Czy­ści­łem po­ży­czo­ną szpa­chlą. Do­cho­dzi­ło do za­ła­ma­nia, wte­dy gdy za­py­ta­łem kie­row­ni­ka, czy do­sta­nę ja­kieś pie­nią­dze, za­licz­kę. Po­wie­dział, że nie. Zo­sta­nę więc bez gro­sza. Mam 10 zł. To wszyst­ko.

Wczo­raj wrzu­ci­łem do skrzyn­ki list. Do mat­ki. List la­ko­nicz­ny, pra­wie urzę­do­wy. Te­raz to so­bie wy­rzu­cam.

Je­stem za­ła­ma­ny tym wszyst­kim. Czy to nie jest pro­fa­na­cja? Chcę ucie­kać, ale do­sko­na­le wiem, że nie mam gdzie. Nie ma miej­sca. Śmierć – nie­kie­dy my­ślę, ale tak ści­śle dla sie­bie, dla uspo­ko­je­nia. Nie za­bi­ję się. Będę się mę­czył, we­ge­to­wał. Może zmie­ni się to. Może wy­trwam. Chcę tyl­ko za­ro­bić pie­nią­dze, aby wy­je­chać do Wro­cła­wia, wy­na­jąć po­kój. Pój­dę do re­dak­cji i dam swo­je wier­sze. Więc mu­szę wy­trwać.

Mam praw­do­po­dob­nie po­cząt­ki świerz­bu. Swę­dzi mnie cia­ło. Sy­no­wie go­spo­da­rza całe łapy mają w bli­znach i stru­pach po świerz­bie. Brud. Dra­pię się. Za de­li­kat­ną mam skór­kę – do ja­snej cho­le­ry! Pa­znok­cie mam brud­ne. Na rę­kach ro­bią mi się ja­kieś bro­daw­ki. Cho­ler­nie przy­gnę­bia­ją­ce to wszyst­ko, je­śli pa­trzeć bez oszu­ki­wa­nia sie­bie.

Nie mogę wró­cić do domu. To w ogó­le nie­moż­li­we. Nie my­ślę na­wet o tym. Nie­kie­dy od­czu­wam żal. Gdy­bym po­tra­fił nie­na­wi­dzić, spra­wa by­ła­by za­ła­twio­na. Ale ja nie po­tra­fię nie­na­wi­dzić. Cią­gle wie­rzę w coś nie – re­al­ne­go. Oszu­ku­ję sie­bie do ab­sur­du.

Po­grą­ży­łem się w świa­do­mo­ści tra­ce­nia sie­bie. Tra­cę sie­bie. Chcę wy­trwać przez pół roku, pra­co­wać, odło­żyć pie­nią­dze, a po­tem wy­je­chać do Wro­cła­wia, uczyć się fo­to­gra­fii, skoń­czyć szko­łę, ale przede wszyst­kim pi­sać wier­sze, co­raz lep­sze wier­sze, dru­ko­wać wier­sze. Za­po­mnieć o tym, co było. Do domu nie wró­cę. Może za­wi­tam na Boże Na­ro­dze­nie. Zresz­tą sam nie wiem, jak to bę­dzie. Do­brze my­śleć i ma­rzyć o tym, co bę­dzie za pół roku. Ale ży­cie dzień po dniu, li­cze­nie go­dzin w pra­cy, mę­cze­nie się na każ­dym kro­ku, prze­ko­na­nie o swo­jej bez­war­to­ści, tę­po­cie, o nie­wy­ko­rzy­sta­nej, prze­gra­nej in­te­li­gen­cji, o pro­fa­na­cji i za­gu­bie­niu sie­bie, o nie­re­al­no­ści – to jest prze­ra­ża­ją­ce. Czy wy­trwam? A je­że­li się pod­dam – czy bę­dzie to po­raż­ka? Czy je­stem ska­za­ny na prze­gry­wa­nie?

Sła­by je­stem. Bar­dzo sła­by. Nig­dy z pew­no­ścią nie na­bio­rę cwa­niac­twa i pew­no­ści. Nie­na­wi­dzę tego. Nie im­po­nu­je mi cham­skość. Lu­dzie zbyt kul­tu­ral­ni i grzecz­ni bra­ni są w tym kra­ju za idio­tów.

Wy­da­je mi się, że znaj­du­ję się w ja­kimś punk­cie kul­mi­na­cyj­nym. Może je­stem ja­kimś nie­uda­nym ni­hi­li­stą. Mój ni­hi­li­stycz­ny bunt do­cho­dzi do mo­men­tu kul­mi­na­cyj­ne­go. Albo uni­ce­stwie­nie się (nie­ko­niecz­nie w sen­sie osta­tecz­nym), albo opa­mię­ta­nie się.

Nie jest non­sen­sem wy­zna­cza­nie so­bie ter­mi­nów zmia­ny w moim przy­pad­ku. Jest mi to po­trzeb­ne. To mi po­zwa­la prze­trwać. Jak zwy­kle je­stem świę­cie prze­ko­na­ny, że od pierw­sze­go sierp­nia coś zmie­nię. Będę się sta­rał. To bę­dzie nowy mie­siąc. Czwar­tek (uro­dzi­łem się w czwar­tek, 22 lata ukoń­czę w czwar­tek). Jest w tym ja­kaś sym­bo­li­ka. Mam 21 lat. Obie­cy­wa­łem so­bie, że od tej daty coś zmie­nię. Za­kła­dam, że mia­łem dwu­mie­sięcz­ny okres prób­ny. Od 1 sierp­nia za­czy­nam na nowo 21 lat, lub wstęp do 22 lat. Mu­szę coś zmie­nić, bo nie po­stę­pu­ję tak, jak po­wi­nie­nem. Mę­czę się tym. Mam ty­dzień cza­su do swo­jej zmia­ny. Je­stem doj­rza­ły doj­rza­ło­ścią, z któ­rą nie mogę so­bie po­ra­dzić. Roz­dar­cie. Może nie­po­trzeb­nie czy­ty­wa­łem Do­sto­jew­skie­go w wie­ku 14 lat. Może nie­po­trzeb­nie pi­sa­łem wier­sze. Może po­wi­nie­nem tak jak Ko­tu­niu i cała ban­da gnoj­ków uczest­ni­czyć w „ró­żo­wych ba­le­tach”. Z woj­sko­wym pa­sem ka­zać „pa­nien­kom” tań­czyć na sto­le. Cią­gnąć dru­ta. Może po pro­stu po­wi­nie­nem się ze­świ­nić, sto­czyć, splu­ga­wić do­sta­tecz­nie, by zo­stać świ­nią. Te­raz za póź­no. Nie­na­wi­dzę lu­dzi. Wpa­trzo­ny je­stem w sie­bie. Ale nie po­tra­fię sie­bie ko­chać. Nie je­stem taki, jaki chciał­bym być. Mu­szę, jed­nak mu­szę coś zmie­nić. Mu­szę sta­rać się prze­kro­czyć pro­gi, któ­re so­bie usta­no­wi­łem.

Być może cze­ka mnie te­raz bie­da. Nę­dza w ostat­nim pra­wie sta­dium. Czy prze­trzy­mam tę nę­dzę? Je­śli nikt mi nie przy­śle pie­nię­dzy, będę do 15 sierp­nia bez gro­sza. Mam jed­nak na­dzie­ję, że będę pra­co­wał. Dzi­siaj w pra­cy ro­bot­ni­cy je­dli kieł­ba­sę i po­mi­do­ry, a ja by­łem nie­sa­mo­wi­cie głod­ny, krom­kę chle­ba zja­dłem o wpół do szó­stej rano. Za­zdro­ści­łem tym ro­bot­ni­kom. Nie po­tra­fię się opa­no­wać. We­wnętrz­nie że­brzę. Ma­rzę o no­wym ter­mi­nie.

Czy­tam „Dom, scha­dzek” – Ala­in Rob­be-Gri­let­ta. Mnó­stwo rze­czy mam brud­nych do pra­nia. Może ju­tro się do tego we­zmę. Ostat­nio mam ocho­tę je­dy­nie na pi­sa­nie. Je­dy­nie pi­sa­nie daje mi coś. Spo­kój. Wia­rę.

Zmie­rzy­łem tem­pe­ra­tu­rę. Mam za­le­d­wie 37. W nocy mia­łem dresz­cze. Spa­łem od czwar­tej wczo­raj­sze­go po­po­łu­dnia. Dzi­siaj rano ser­ce nie­sa­mo­wi­cie mi wa­li­ło. Tęt­no 120 albo i wię­cej. Ale to wszyst­ko to jest za­ła­ma­nie.

Po­psu­ło się coś de­fi­ni­tyw­nie. Te­raz, w domu, tro­chę le­piej. Mogę pi­sać, a więc le­piej. Ostry stan mi­nął. Ale jed­nak coś się de­fi­ni­tyw­nie po­psu­ło. A wła­śnie od dzi­siaj mia­łem być inny i wszyst­ko mia­ło być in­a­czej.

Gdy od­czu­wam ja­kieś za­bu­rze­nia psy­chicz­ne, wy­da­ją mi się one naj­cięż­sze, naj­ostrzej­sze. Wy­da­je mi się, że nig­dy do­tych­czas nie czu­łem się tak fa­tal­nie, tak okrop­nie.

Wczo­raj po­ło­ży­łem się po po­łu­dniu i spa­łem. Obu­dzi­łem się oko­ło siód­mej, gdy wy­cho­dził Ko­tu­niu, po­tem oko­ło dzie­wią­tej, gdy Ko­tu­niu wra­cał. Zno­wu spa­łem. Pró­bo­wa­łem wstać, ale nie mo­głem cho­dzić. Spa­łem całą noc. Było mi zim­no. Mia­łem dresz­cze. W na­szym po­ko­ju jest cho­ler­na wil­goć. Rano by­łem spo­co­ny. Mia­łem wra­że­nie, że wszyst­ko jest prze­po­co­ne, ko­szu­la, spodnie, wszyst­ko, co na sie­bie kła­dłem. Za­ta­cza­łem się, mia­łem za­wro­ty gło­wy. Ze wzro­kiem też nie w po­rząd­ku. Jak śle­piec sze­dłem uli­cą. A w pra­cy był kry­zys jak rzad­ko kie­dy.

Mie­wa­łem już coś ta­kie­go. Na przy­kład w woj­sku, pa­mię­tam, dzia­ły się ze mną dzi­wacz­ne rze­czy, gdy wkła­da­łem wyj­ścio­wy mun­dur i sze­dłem do kan­ty­ny po pa­pie­ro­sy. Wy­da­wa­ło mi się, że zni­kam. Po­tem z re­gu­ły kła­dłem się i dłu­go spa­łem. Po obu­dze­niu mia­łem wra­że­nie, że wa­riu­ję. W woj­sku zda­rza­ło mi się to dość czę­sto. Wte­dy gdy w izbie cho­rych cze­ka­łem na orze­cze­nie le­kar­skie. Ale to było coś in­ne­go. Wte­dy moja cho­ro­ba za­czę­ła się 10 wrze­śnia, trzy lata temu, gdy na­gle wy­bie­głem ze szko­ły. A te­raz za­ostrze­nie lub też coś in­ne­go, ja­kaś inna od­mia­na, inna cho­ro­ba, za­czę­ła się 26 maja tego roku, gdy wy­krzy­wi­ło mnie i spa­ra­li­żo­wa­ło w domu, a le­kar­ka po­go­to­wia wy­cią­ga­ła mnie z wan­ny mó­wiąc, że to wy­czer­pa­nie ner­wo­we. Ta inna cho­ro­ba do­szlu­so­wa­ła do po­przed­niej z 10 wrze­śnia. A więc te­raz jest coś in­ne­go. Za­zdrosz­czę so­bie sie­bie sprzed 26 maja.

Ten cały obłęd za­czął się wczo­raj. W pra­cy by­łem pod­nie­co­ny. I za cho­le­rę nie mo­głem od­two­rzyć so­bie świa­ta, uwie­rzyć w sens pra­cy, w struk­tu­rę spo­łe­czeń­stwa, nie mo­głem uwie­rzyć w to, co na­cho­dzi mnie nie­kie­dy. Pra­ca, ży­cie, więź­nio­wie – sens? Nie po­tra­fię tego tłu­ma­czyć, a ści­ślej mó­wiąc mu­siał­bym być o wie­le bar­dziej spo­koj­ny, by móc to tłu­ma­czyć. W każ­dym ra­zie wczo­raj w pra­cy za­drę­cza­łem się bez­sen­sow­ny­mi, prze­ra­ża­ją­cy­mi, ner­wi­co­wy­mi my­śla­mi. Może to rze­czy­wi­ście ner­wi­ca na­tręctw? Chcia­ło mi się spać.

Wczo­raj ko­bie­ty ze spół­dziel­ni „Czy­stość” czy­ści­ły szy­by okien­ne. Po­dob­no są tam ka­pi­tal­ne wa­run­ki za­rob­ko­we. Fa­cet, któ­ry rów­nież coś tam czy­ścił, za­ro­bił 5 pa­ty­ków. Skoń­czy­ło się na tym, że wy­sze­dłem wcze­śniej z pra­cy i po­je­cha­łem z tym fa­ce­tem, aby za­ła­twić nową ro­bo­tę. My­śla­łem też o pra­cy jako roz­wo­zi­ciel mle­ka. Sza­le­nie od­po­wia­da­ło­by mi roz­wo­że­nie mle­ka. Był­bym szczę­śli­wy z ta­kiej pra­cy. Wca­le nie prze­sa­dzam. By­łem bar­dzo pod­nie­co­ny tym wszyst­kim. Już w po­cią­gu za­czy­na­łem czuć się bez­na­dziej­nie.

Mnó­stwo więź­niów. Więź­nio­wie pra­cu­ją na to­rach, straż­nik z pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym, mnó­stwo więź­niów na ca­łej pra­wie tra­sie; pa­trzą na prze­jeż­dża­ją­cy po­ciąg, ja w oknie pa­trzę na nich, wie­lu wy­da­je mi się in­te­li­gent­nych, przy­najm­niej mają in­te­li­gent­ne twa­rze. W tym po­cią­gu bar­dzo ostro od­czu­wa­łem coś, co mógł­bym okre­ślić jako ob­se­sję kra­dzie­ży. Chcia­łem coś ukraść. Wy­da­wa­ło mi się, że szu­kam miej­sca dla sie­bie wśród tych oglą­da­nych więź­niów. Do­cho­dzi­ło do zu­peł­ne­go za­ni­ku lo­gicz­ne­go ro­zu­mo­wa­nia. Gdy w koń­cu wy­sia­dłem z po­cią­gu, za cho­le­rę nie mo­głem się opa­no­wać. Chcia­łem biec, gdzieś ucie­kać. Nie mo­głem dać so­bie rady z sobą. My­śla­łem, żeby ko­goś… (Je­że­li miał­bym pro­wa­dzić ten dzien­nik tak zu­peł­nie szcze­rze, opi­su­jąc wszyst­kie swo­je my­śli, czy nie moż­na by tego dia­riu­sza na­zwać „dzien­ni­kiem schi­zo­fre­ni­ka?”!) Za­wró­ci­łem z alei przez park i sze­dłem szyb­ko uli­cą. Co­raz szyb­ciej. My­śla­łem o tym, że nie ma dla mnie ra­tun­ku. I do­sze­dłem do gma­chu szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. To był ja­kiś gest de­spe­rac­kiej od­wa­gi, że po­pro­si­łem o wi­dze­nie z le­ka­rzem dy­żur­nym. Pod­szedł do mnie ja­kiś star­szy pan i po­pro­sił do ga­bi­ne­tu. Spy­tał o co cho­dzi. Ale, ja nie po­tra­fi­łem ode­zwać się, bą­ka­łem coś, nie pa­mię­tam co, na pew­no mało lo­gicz­ne­go. Za­czą­łem się bać, że mnie zo­sta­wi w tym szpi­ta­lu, że we­zmą mnie w ka­ftan i będą da­wać za­strzy­ki. Le­karz spoj­rzał na mnie prze­ni­kli­wie, czu­łem, jak cały pą­so­wie­ję, na­pi­sał coś na kart­ce i po­dał re­cep­tę. Mam za­ży­wać per­na­zy­nę trzy razy dzien­nie. Le­karz opu­ścił mnie bez sło­wa, a ja za­czą­łem ucie­kać z tego domu wa­ria­tów. Do­wlo­kłem się do domu.

Nic mi się nie chce. Czu­ję, że nie je­stem sobą (lub coś po­dob­ne­go), że ab­so­lut­nie nie bio­rę udzia­łu w ni­czym, co ro­bię. Pod­no­szę szklan­kę z her­ba­tą i nie czu­ję tego. Pi­szę – nie czu­ję. Może za­sta­na­wiać mnie i prze­ra­żać wła­sna dłoń, któ­rą przed sobą wi­dzę. Je­stem ja­kiś dziw­nie zauto­ma­ty­zo­wa­ny. Nie, żeby ktoś mną kie­ro­wał, broń Boże, tak mi się nie wy­da­je. Ale je­stem dzi­wacz­nie obo­jęt­ny, otę­pia­ły, a jed­no­cze­śnie – boję się.

Spał­bym. Spał­bym dłu­go. Chciał­bym obu­dzić się, czu­jąc się le­piej. Móc pra­co­wać, bo mam pra­cę, gdzie mogę do­brze za­ro­bić. Dziw­ne to mi się wy­da­je. Czu­ję, że po­krę­ci­ło się we mnie wszyst­ko. Zno­wu my­ślę o tym szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym. Tak tro­chę po­cie­szam się tą my­ślą. Ale my­ślę rów­nież i po­waż­nie. Wczo­raj ten le­karz po­trak­to­wał mnie chy­ba jak cho­re­go psy­chicz­nie. Po­ka­za­łem Ko­tu­nio­wi re­cep­tę, za­śmiał się i po­wie­dział, że­bym wy­rzu­cił i szedł z nim na piwo. Ale ja nie piję. Je­dy­nie czu­ję głód. Jadł­bym i jadł. Od rana zja­dłem osiem bu­łek. Wy­da­je mi się, że czu­ję za­pach śle­dzi. Mam ocho­tę na śle­dzie. Czu­ję się zu­peł­nie obłęd­nie.

Czwar­ta pięt­na­ście. Bu­rza, deszcz. Ja­kieś obe­rwa­nie chmu­ry, czy coś po­dob­ne­go. Przed se­kun­dą pio­run ude­rzył gdzieś bar­dzo bli­sko. Błysk-trzask jak wy­strzał z ka­pi­szo­na i grzmot jak cho­le­ra. Świa­tła nie ma. Już chy­ba od dwóch go­dzin tak wali. Wpierw spa­łem. Zno­wu kry­zys. Czu­ję się po­dob­nie jak kie­dyś, parę ty­go­dni temu, gdy spa­łem czter­na­ście go­dzin.

Kry­zys nie po­zwo­lił mi pra­co­wać. O dzie­sią­tej po­sze­dłem do domu. Mnó­stwo szyb wy­sta­wo­wych mam do my­cia. Gdy­by nie deszcz, to może po­szedł­bym i mył te szy­by po po­łu­dniu. By­ło­by idio­tycz­ne, gdy­bym pod­padł. Prze­cież pra­cu­ję je­dy­nie dla sie­bie, nie wiem, cze­mu oba­wiam się tak bar­dzo o swo­ją opi­nię. Kie­dy pra­cu­ję i jak pra­cu­ję, to moja spra­wa, a je­że­li ktoś się do mnie przy­cze­pi, to po­wi­nie­nem ra­dy­kal­nie kop­nąć tego ko­goś w ty­łek. Prze­glą­dam zle­ce­nia. Dużo tego jest, ale na szczę­ście szy­by nie­wiel­kie. Trzy pie­cząt­ki już mam, jesz­cze osiem kart do pod­bi­cia. Mu­siał­bym ju­tro pra­co­wać cały dzień, żeby ja­koś dać so­bie z tym radę. Do­sta­nę prze­cież nowe zle­ce­nia. My­śla­łem, że uspo­ko­ję się ja­koś, chcia­łem prze­cze­kać ten kry­zys, ale tym ra­zem to było coś ostrzej­sze­go. Le­d­wie uda­ło mi się umyć szy­by w skle­pie mię­snym. Do­sta­łem kieł­ba­sę. Ja­dłem po­tem tę kieł­ba­sę w domu z pię­cio­ma, a po­tem jesz­cze z dwo­ma buł­ka­mi. Kry­zys nie mi­nął. Cały się trzą­słem. Za cho­le­rę nie mo­głem w tym sta­nie pra­co­wać. Mu­sia­łem iść do domu. Za­sną­łem. Mam kupę ro­bo­ty do od­ro­bie­nia. Je­śli ju­tro nie bę­dzie le­piej, to nie dam so­bie rady. Po­wi­nie­nem jesz­cze skoń­czyć czy­ścić pół pię­tra na bu­do­wie. Ju­tro będę pra­co­wał od pią­tej rano, je­śli będę w sta­nie, oczy­wi­ście. Może ja­koś zdą­żę z tym wszyst­kim.

Pie­nię­dzy za pra­cę na bu­do­wie nie do­sta­nę. To mnie po­twor­nie za­sko­czy­ło. Przez to po­psu­ło się wszyst­ko w tym moim głu­pim świat­ku. Kie­dy od­zy­skam – do cho­le­ry! – rów­no­wa­gę du­cha? Rów­no­wa­gę du­cha??? Ra­czej wy­zio­nę du­cha z gło­du. Nie za­twier­dzi­li mnie w dy­rek­cji jako pra­cow­ni­ka do­ryw­cze­go, kie­row­nik od­cin­ka mó­wił, że do­sta­nę pie­nią­dze 15 wrze­śnia. Mo­głem krzy­czeć na nie­go, mo­głem wy­dzie­rać się i py­sko­wać, może do­pro­wa­dził­bym do tego, że wy­jął­by wła­sne pie­nią­dze z port­fe­la. A może nie do­pro­wa­dził­bym do ni­cze­go. To jest świń­stwo. Nor­mal­ne, cho­ler­ne świń­stwo. A ja jak zwy­kle chcia­łem za­ła­twić wszyst­ko w grzecz­ny, kul­tu­ral­ny spo­sób. Za­ła­ma­ło mnie, że nie do­sta­nę pie­nię­dzy. Wła­śnie to mnie za­ła­ma­ło. Po­czu­łem się fa­tal­nie. Na­ra­sta­ło we mnie fa­tal­ne sa­mo­po­czu­cie. Sie­dzia­łem na ław­ce.

Wie­czo­rem. Prze­trwa­łem – o ile rze­czy­wi­ście prze­trwa­łem – ten oskar­ża­ją­cy mnie sa­me­go cha­os, to zu­peł­ne nie­zro­zu­mie­nie – de­pre­sja. Było kry­tycz­nie. Nie wie­dzia­łem, co ro­bić. Nie mo­głem ni­cze­go po­sta­no­wić. Sprzą­ta­łem w po­ko­ju, po­tem ro­bi­łem prze­pier­kę, po­sta­no­wi­łem je­chać do bab­ci, ale wie­dzia­łem, że nie po­wi­nie­nem je­chać do bab­ci. Spa­łem, cięż­ki, mę­czą­cy sen, po obu­dze­niu nie wie­dzia­łem do­kład­nie, co i jak, gdzie się wła­ści­wie znaj­du­ję. Oko­ło czwar­tej przy­szedł Ko­tu­niu, dwie go­dzi­ny le­że­li­śmy w łóż­kach, ga­da­li­śmy, czu­łem się fa­tal­nie. Gdy wsta­wa­łem, czu­łem się zu­peł­nie fa­tal­nie. W koń­cu po­sta­no­wi­łem – rzu­cam pra­cę. Sko­ro mę­czę się, to mu­szę ra­dy­kal­nie coś zmie­nić. Koń­czę z czysz­cze­niem szyb, ju­tro za­ła­twię zwol­nie­nie. Po­ja­dę do bab­ci, a po­tem, gdy od­bio­rę pie­nią­dze, do Wro­cła­wia. Po­sta­ram się tam za­ła­twić miesz­ka­nie. Po­sta­ram się za­ła­twić pra­cę. Mu­szę pra­co­wać w za­wo­dzie, któ­ry mnie in­te­re­su­je. Wszyst­ko inne jest nie­waż­ne. Czysz­cze­nie szyb nie ma sen­su, jest stra­tą cza­su.

Tro­chę jed­nak za­czy­nam w sie­bie wie­rzyć. Nie mogę czy­ścić szyb. Od­po­wia­da­ła­by mi ta pra­ca, ale nie mogę. Może we Wro­cła­wiu, do­ryw­czo, bę­dąc za­trud­nio­ny w za­kła­dzie fo­to­gra­ficz­nym. Tyl­ko fo­to­gra­fia mnie in­te­re­su­je. Po­dob­no ro­bię świet­ne zdję­cia. I pi­szę wier­sze. Ale z wier­szy nie wy­ży­ję. Przede wszyst­kim, fo­to­gra­fia. Ju­tro zwal­niam się ze spół­dziel­ni. Jesz­cze jed­na nie­uda­na pra­ca. Nie mogę za­sta­na­wiać się, czy do­brze ro­bię. Po pro­stu po­sta­no­wi­łem.

Noc. Nie mogę spać. Chy­ba za bar­dzo je­stem pod­nie­co­ny. Wsta­łem i za­sło­ni­łem ża­rów­kę, żeby świa­tło nie pa­da­ło na Ko­tu­nia. Przy oka­zji kop­nę­ło mnie, dość moc­no po­trzą­snę­ło, w lewą rękę. I ska­le­czy­łem się – zno­wu – wier­cąc scy­zo­ry­kiem otwór w ga­ze­cie.

Wro­cław. My­ślę o Wro­cła­wiu. Wy­da­je mi się, że tam cze­ka na mnie Ewa. A prze­cież być może był to za­le­d­wie epi­zod z wa­ka­cji sprzed roku. Sta­ło się to dla mnie ob­se­sją. Wy­da­je mi się, że zmie­ni coś ten Wro­cław. Wy­da­je mi się, że po­ko­cham to mia­sto i sie­bie w tym mie­ście, że będę wie­dział, iż po­stę­pu­ję do­brze. Wy­da­je mi się, że będę żył we Wro­cła­wiu. Że tam wresz­cie za­cznę żyć. Czy się łu­dzę?

Nie po­tra­fię zro­zu­mieć sie­bie. Nie po­tra­fię być sobą. Mam wiecz­ne pro­ble­my, idio­tycz­ne, głu­pa­we wła­sne pro­ble­my. Wiecz­nie je­stem ja­kiś inny.

Sze­dłem rano do mia­sta i tuż przede mną sa­mo­chód po­trą­cił psa. Pies wy­padł zza domu, go­nił kota, kot uciekł, a pies zna­lazł się pod sa­mo­cho­dem. Nie­du­ży kun­del. W każ­dym ra­zie ten pies le­żał na środ­ku szo­sy, na boku, i nie ru­szał się. Lu­dzie ga­pi­li się. Jak zwy­kle – ko­men­to­wa­li. Ja­kaś ko­bie­ta po­wie­dzia­ła, że pies go­to­wy. Mó­wi­ła to ze śmie­chem. Pod­sze­dłem i wzią­łem psa za sierść. Po­ło­ży­łem go na tra­wie. Lu­dzie pa­trzy­li. Nie wiem, czy psi­sko mia­ło coś po­ła­ma­ne, chy­ba nie, może był tyl­ko prze­stra­szo­ny. Le­żał na boku i nie ru­szał się. Pa­trzył na mnie. Po­gła­ska­łem go po łbie. Od­sze­dłem. Dwie ko­bie­ty na rogu pa­trzy­ły na mnie. Nie mo­głem się czuć tak, jak po­wi­nie­nem. Wszyst­ko wy­ol­brzy­miam. Po­tem od­wró­ci­łem się. Nad psem po­chy­lał się ja­kiś męż­czy­zna.

Nie wiem, dla­cze­go opo­wia­dam o tym psie. Tak so­bie. Wła­ści­wie nic przez to nie chcia­łem wy­ra­zić. Naj­wy­żej sie­bie.

Idę uli­cą i my­ślę o tym, że będę pi­sał. Opo­wia­dam so­bie, co będę pi­sał. Pro­wa­dzę ten dia­riusz w my­ślach. Re­la­cjo­nu­ję sie­bie. Wszyst­ko bym chciał na­pi­sać. A nie na­pi­szę nic. To, co pi­szę, jest bzdu­rą. To wszyst­ko jest zu­peł­ną bzdu­rą.

Nie wy­grze­ba­łem się z chan­dry. Dłu­go jesz­cze to po­trwa. Nie wiem, jaki mam być. Wszyst­ko mnie mę­czy.

Mam głu­pi pro­blem z pra­cą. Od ty­go­dnia się nie po­ka­za­łem. Kie­dy iść i po­wie­dzieć, że nie będę pra­co­wał? Jak to za­ła­twić? Je­śli mam być szcze­ry, to jest coś w ro­dza­ju wsty­du. Ku­pi­łem ner­wo­sol.

Punkt kul­mi­na­cyj­ny dna. Aż wstyd pi­sać w tym ze­szy­cie. Trzy dni nie­sa­mo­wi­te­go pi­jań­stwa. Je­stem bez gro­sza. Prze­pi­łem wszyst­ko. Ru­ina. Sta­ram się zła­pać cho­ciaż tro­chę opty­mi­zmu. Nie­wie­le bra­ku­je, że­bym wło­żył swój głu­pi łeb do pie­cy­ka ga­zo­we­go. To zna­czy – mu­szę pil­no­wać się, że­bym tego nie zro­bił.

Pi­jań­stwo było wy­jąt­ko­wo sa­mo­bój­cze. Te­raz le­czy­my kaca w miesz­ka­niu Ko­tu­nia. W domu się nie po­ka­żę. Nie wiem, co da­lej. W ogó­le nie wiem, czym to się skoń­czy. Do­sze­dłem w każ­dym ra­zie do tego dna, któ­rym tak bar­dzo gar­dzi­łem.

Ra­chu­nek nr 2952 za po­byt i usłu­gi w Izbie Wy­trzeź­wień.

FRAG­MENT ŻY­CIA

Ob­ra­zy roz­wie­sza­łem zu­peł­nie tak samo

jak majt­ki prze­ście­ra­dła na obi­tym po­dwó­rzu

przez oso­by do­ro­słe płci żeń­skiej ży­la­ste

na sznu­rze – tak samo

Mia­łem lat sie­dem­na­ście

zbyt wcze­śnie za­pu­ści­łem bro­dę

Ob­ra­zy roz­wie­sza­łem nie ob­ra­zy ma­lo­wi­dła

lecz ob­ra­zy sny

a śni­łem

pięt­na­ście go­dzin na dobę a gdy wsta­wa­łem

chcia­ło mi się spać

Lecz cóż – mia­łem lat dzie­więt­na­ście

zbyt wcze­śnie wy­plu­łem ser­ce

przez to chy­ba

Te­raz ob­ra­zy sny roz­wie­sza

sta­ry Żyd na mu­rach do­mów

A ja śpię

dwa­dzie­ścia trzy go­dzi­ny na dobę

a przez go­dzi­nę

cze­kam zmar­twych­wsta­nia i oglą­dam

oko­licz­ne krzy­że

3.

Zmierzch. Ten co­raz wcze­śniej­szy, po­nu­ry, je­sien­ny zmierzch. Pada deszcz. Za dwa ty­go­dnie każą prze­sta­wić ze­gar­ki i bę­dzie to wszyst­ko roz­gry­wa­ło się o go­dzi­nę wcze­śniej. Pust­ka i lęk pul­so­wać będą we mnie o go­dzi­nę wcze­śniej. Po­tem co­raz wcze­śniej. Po cóż mi te upo­rczy­we my­śli? Że nie zdą­żę. Że coś prze­mi­ja. To na­tu­ral­ne. Tak jest świat uło­żo­ny.

Pa­trzę przez okno. Świa­tła w wie­żow­cach już się palą, wy­da­ją się bla­de, smut­ne. Przez moją gło­wę prze­wi­ja­ją się mo­no­ton­ne, le­ni­we my­śli o współ­miesz­kań­cach tego osie­dla, o tych wszyst­kich lu­dziach, tak mi od­le­głych, gdyż ich nie znam, nig­dy nie pra­gną­łem po­znać, ale rów­nież i bli­skich, bo dzie­li­my ten sam ka­wa­łek dość do­brze utrzy­ma­ne­go ob­sza­ru, traw­ni­ków, ale­jek, wspól­nej od­po­wie­dzial­no­ści. Mi­ja­my się bar­dzo czę­sto, pa­trząc na sie­bie kry­tycz­nie lub z sym­pa­tią. My­ślę, że chy­ba wszy­scy mają w swo­ich smut­nych miesz­ka­niach me­blo­ścian­ki. I to mnie prze­ra­ża. Me­blo­ścian­ki za­wsze mnie prze­ra­ża­ły. Może je­stem mało wy­ro­zu­mia­ły, ale dys­kre­dy­tu­ją miesz­ka­nie i jego miesz­kań­ców w mo­ich oczach. Me­blo­ścian­ki to praw­dzi­we dno. Na szczę­ście my nig­dy nie by­li­śmy na ta­kim dnie i nig­dy na żad­ną me­blo­ścian­kę by­śmy się nie zgo­dzi­li. Mamy sta­re, gdań­skie me­ble, duży po­kój jest bar­dzo prze­stron­ny, jed­na ścia­na to ga­le­ria ob­ra­zów. Wy­da­li­śmy na nie spo­ro pie­nię­dzy. Ob­ra­zy to wła­ści­wie oprócz ksią­żek dru­ga rzecz, któ rą ko­cham, z któ­rą chcę żyć, być. Mu­szę nie­kie­dy to­czyć z Elą boje, bo jest i oszczęd­niej­sza, i chy­ba bar­dziej prak­tycz­na ode mnie, a ja chciał­bym mieć wszyst­ko, zo­ba­czę coś w ga­le­rii, albo u ja­kie­goś ma­la­rza, i już bym brał. Bar­dzo je­stem pod­nie­co­ny wśród ob­ra­zów, płó­cien. Mój Boże, sam na­ma­lo­wa­łem prze­cież dwa nie­wiel­kie dzieł­ka, wi­szą tu, obok mnie, z le­wej stro­ny biur­ka. Nad pierw­szym ob­ra­zem pra­co­wa­łem parę mie­się­cy, bo uży­wa­łem czer­ni sło­nio­wej, któ­ra nie za­sy­cha­ła, i by­łem zmu­szo­ny cze­kać, aż za­schnie. Za­czą­łem od ca­łe­go po­let­ka krzy­ży, je­den wiel­ki cmen­tarz, Boże, ile me­ta­mor­foz prze­cho­dził ten ob­raz, za­ty­tu­ło­wa­łem go: „Ukoń­czy­łem 45 lat”. Po­środ­ku jest ma­ska dia­bła lub dia­bel­ska, na­wet chy­ba z ro­ga­mi, nad nią czer­wo­ne świa­teł­ko jak­by pro­sto z pie­kła, to wszyst­ko samo mi się na­ma­lo­wa­ło, nie mia­łem żad­nej my­śli prze­wod­niej, tak wy­szło, a z boku znaj­du­ją się za­ry­sy dwóch po­sta­ci w nie­bie­sko­fio­le­to­wej bar­wie z żół­tym ry­sem, smu­kła ko­bie­ta z wpa­trzo­ną w nią dziew­czyn­ką. Lu­bię ten frag­ment i my­ślę, że mi się udał. To też samo wsko­czy­ło mi na płót­no. Moja żona z na­szym dziec­kiem, któ­re­go nie mamy. Dru­gi ob­raz, za­ty­tu­ło­wa­ny „Stwo­rze­nie i ja”, to na­sze sto­py od­bi­te w far­bie, moje w czar­nej, lewa sto­pa wy­szła jak em­brion. Moja żona swo­ją pra­wą nóż­kę od­bi­ła w czer­wo­nej far­bie i do­tknę­ła pal­ca­mi mo­jej wiel­kiej czar­nej, a pa­lusz­ki le­wej stóp­ki od­bi­ła w zło­tej far­bie. Tak ba­wi­li­śmy się de­cor­fi­na­mi. Dość kosz­tow­na im­pre­za, far­by są sza­le­nie dro­gie. Ja­kieś chmu­ry, ja­kieś nie­bo, mnó­stwo bie­li, żół­ci, gra­na­tu. I chy­ba nie­po­trzeb­nie da­łem z dołu trzy koła, czerń, czer­wień i zło­to, jak­by chcąc pod­kre­ślić lub sym­bo­licz­nie na­kie­ro­wać, sam nie wiem co. A w pra­wym dol­nym rogu da­łem nie­sy­me­trycz­ną fio­le­to­wą pla­mę, chy­ba dla­te­go, że ten ko­lor naj­bar­dziej lu­bię. Ostry fio­let. Nasz zna­jo­my, przy­ja­ciel Elż­bie­ty jesz­cze ze stu­diów, ko­lek­cjo­ner, był za­chwy­co­ny tym moim ob­ra­zem. Nie po­do­ba­ły mu się tyl­ko te koła i mnie też co­raz mniej się po­do­ba­ją. Może kie­dyś za­ma­lu­ję.

Ob­ra­zów mamy dwa­dzie­ścia parę, a może na­wet trzy­dzie­ści płó­cien, mu­siał­bym po­li­czyć. Oprócz tego tro­chę gra­fi­ki. A ten pan z naj­bliż­sze­go blo­ku, na trze­cim pię­trze, któ­re­go aku­rat wi­dzę, jak za­sła­nia fi­ran­kę, nie ma z pew­no­ścią żad­ne­go ży­we­go ob­ra­zu w swo­im domu. Może ma małą re­pro­duk­cję obok me­blo­ścian­ki. Ale dla­cze­go to mnie, do cięż­kiej cho­le­ry, ob­cho­dzi? Prze­cież nie je­stem wię­cej wart od tego fa­ce­ta tyl­ko dla­te­go, że żyję z ob­ra­za­mi.

A wła­śnie, że je­stem wię­cej wart. Choć­by dla­te­go.

Spa­łem źle. Mia­łem ja­kieś spo­tka­nie au­tor­skie w ko­ście­le wspól­nie z Ja­nu­szem Lu­tym i chcia­łem jak naj­le­piej, ale do­szło do ma­ka­brycz­nej kłót­ni z pro­wa­dzą­cą spo­tka­nie dziew­czy­ną, ona ze­rwa­ła to spo­tka­nie, oka­za­ło się, że ją ob­ra­zi­łem, nie mam po­ję­cia czym, i po­tem szu­ka­łem po­cią­gu, żeby wró­cić do domu, to było gdzieś w So­cha­cze­wie, ale od­jeż­dżał wła­śnie po­ciąg do Skier­nie­wic, mia­łem tro­chę cza­su, po­sze­dłem do księ­gar­ni, ku­pi­łem książ­ki i wró­ci­łem, aby jed­ną od­dać, bo oka­za­ło się, że ma nie­za­dru­ko­wa­ne stro­ny, moja żona była nie­za­do­wo­lo­na z tego wy­dat­ku, oka­za­ło się, że mój po­ciąg od­je­chał, zo­sta­łem sam, pę­ta­łem się po pe­ro­nie, wy­da­wa­ło mi się, że wi­dzę swo­je­go przy­gar­bio­ne­go ojca i nie zdo­by­łem się na to, by do nie­go po­dejść, pod­sta­wia­no ja­kiś po­ciąg, ale on był zno­wu do Skier­nie­wic… Sen po­zo­sta­wił ja­kieś po­czu­cie gro­zy i zmę­cze­nia, jak­by to dzia­ło się na­praw­dę i jak­by dla mnie nie było żad­ne­go po­cią­gu. Czę­sto prze­śla­du­ją mnie od­jeż­dża­ją­ce po­cią­gi i ja nie­po­tra­fią­cy się do nich do­sto­so­wać, z ba­ła­ga­nem, szu­ka­ją­cy, bie­ga­ją­cy w tę i z po­wro­tem.

Maciek przeciągnął się i ziewnął. Leżał na rozrzuconej korekcie Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Podniósł się, wzniósł ogon wysoko w górę. Olbrzymi kocur. Nikt nie ma większego kocura od mojego Maćka. Podreptał w miejscu i ułożył się z powrotem. Poczułem, jak jest mi bliski, jak bardzo go kocham.

Usłyszałem, a prędzej odczułem, że ktoś cichutko, ostrożnie wchodzi do mojego pokoju. Odwracam się. W mrokumajaczy szczupła sylwetka mojej żony. Nawet nie słyszałem, jak otworzyła drzwi, nie słyszałem także Azy, która zawsze szczeka na powitanie. Mogliby mnie ukraść i sam bym o tym się nie dowiedział.

– Sie­dzisz tak po ciem­ku – mówi Ela. – Za­pal świa­tło.

Za­pa­lam lam­pę.

– Cześć – po­chy­la się, ca­łu­je mnie w po­li­czek. Ład­nie pach­nie.

– Cześć, ko­cha­nie. Jak było w pra­cy?

– No, jesz­cze mam tro­chę ro­bo­ty. Szef się wście­kał, oni ode mnie wy­ma­ga­ją Bóg wie cze­go.

– Aha.

– Je­stem taki ko­zioł ofiar­ny.

– Po­win­naś się wresz­cie zbun­to­wać.

– Chy­ba kie­dyś tak zro­bię. Masz chwil­kę cza­su. Co ro­bisz?

– Nic. Sie­dzę. Pa­trzy­łem w okno są­sia­dom. Cze­ka­łem na cie­bie. Wra­casz co­raz póź­niej.

– No, wi­dzisz. Nie pra­cu­jesz? – ra­czej stwier­dza niż pyta.

– Ależ skąd! Sia­daj, ko­cha­nie, tu­taj.

Sia­da na fo­te­lu obok. Ob­ra­cam się do niej. Do­ty­ka­my się ko­la­na­mi. Na no­gach ma bia­łe ofi­cer­ki z dziur­ka­mi. Po­pra­wia wło­sy. Chwy­tam ją za rękę.

– Za­pa­li­ła­bym pa­pie­ro­sa – mówi.

– A to ja też za­pa­lę – stwier­dzam.

Pa­li­my rzad­ko. Ale mam do­bre pa­pie­ro­sy. Wyj­mu­ję z szu­fla­dy pacz­kę ca­me­li. Po­da­ję. Pstry­kam za­pal­nicz­ką. Sam za­pa­lam. Cie­szę się na­gle jak dziec­ko. Że mam taką żonę, że sie­dzi przy mnie i że pa­li­my pa­pie­ro­sy.

– Za­pal świecz­kę – mówi.

– No, ja­sne – za­pa­lam świecz­kę.

Nie­kie­dy wy­star­cza mo­ment, a robi się ja­koś do­mo­wo, robi się in­a­czej, prze­sta­ję być sam, mija prze­kleń­stwo, mija cha­os. Trzy­mam pa­pie­ro­sa w ustach, chwy­tam Elę za ręce.

– Stwo­rze­nie! – mó­wię.

– Co, ko­cha­ny?

– Nie wiem – pusz­czam jej ręce. Za­cią­gam się.

– Zro­bi­łeś wresz­cie tę ko­rek­tę? – pyta.

– Nie. Zrób to za mnie, pro­szę.

– Bert! – to z na­ga­ną.

– No, na­praw­dę nie mam sił, ko­cha­nie.

– Pew­nie, że­bym zro­bi­ła, ale raz, że to musi ro­bić sam au­tor, a dwa, że ja nie znam żad­nych zna­ków, ja­kie się tam sta­wia.

– Zna­ków ko­rek­tor­skich ja też nie znam, za­wsze mu­szę ko­rzy­stać z ka­len­da­rzy­ka i wy­cho­dzą mi ja­kieś kul­fo­ny. Albo przy­najm­niej pod­pisz mi te wszyst­kie czte­ry­sta stron, czy ile ich jest, każ­da musi być pod­pi­sa­na, a ja im wy­ślę tyl­ko ta­kie pod­pi­sa­ne.

– No, jak? Mam fał­szo­wać twój pod­pis?

– Żad­ne fał­szo­wa­nie, ja­kiś zyg­zak.

– Na wszyst­kich stro­nach?

– Żar­tu­ję, Eluś. Zro­bię to, nie martw się, zro­bię na pew­no. Nie pali się. Zwle­ka­li z wy­da­niem książ­ki tyle lat, to te­raz mogą po­cze­kać.

– Przy­sła­li ci już dwa te­le­gra­my.

– Mam w du­pie ich te­le­gra­my.

– Nie mów tak!

– Mam w du­pie mu­rzy­na ich pie­przo­ne te­le­gra­my.

– No, do­brze – wes­tchnę­ła. – Wiesz, w No­wym na Ma­łej Sce­nie leci spek­takl, któ­ry chcia­ła­bym zo­ba­czyć.

– A co to jest?

– Ja­poń­czy­cy wy­sta­wia­ją pan­to­mi­mę.

– Na pew­no nud­ne.

– Chodź­my na to.

– Dzi­siaj?

– Dzi­siaj już nie, zmę­czo­na je­stem, wcze­śniej się po­ło­żę. Ale może wy­bra­li­by­śmy się ju­tro, co?

– Ju­tro? Ju­tro wto­rek. Trze­ci wto­rek mie­sią­ca. Ju­tro jest mój psy­chia­trycz­ny dzień. Niech to szlag tra­fi! Jadę do tego pie­przo­ne­go Dziad­kow­skie­go.

– Aha. Za­po­mnia­łam. A jak wam się ukła­da ostat­nio?

– Do dupy.

– Bert!

– Jak nam się ukła­da? – za­sta­na­wiam się chwi­lę. – Pa­skud­nie. Chy­ba pa­skud­nie. Chcia­łem to ze­rwać. Chy­ba ze­rwę. Tak, ju­tro ze­rwę. Po­wiem mu. Dok­tor Dziad­kow­ski, mój te­ra­peu­tycz­ny przy­ja­ciel od pię­ciu lat, psia­krew! Tak, to bez sen­su.

– Dla­cze­go od razu zry­wać?

– Ja nie wiem, po co do nie­go jeż­dżę. Nie mam żad­ne­go emo­cjo­nal­ne­go po­dej­ścia do tego. No, ja jadę jak ten osioł, mę­czę się i spę­dza­my tę go­dzi­nę z sobą, ja się mę­czę, na­praw­dę, jest mi źle. Był okres, że to mnie ba­wi­ło, in­te­re­so­wa­ło, był na­wet czas, że wzią­łem spra­wę w swo­je ręce… Tak jak­bym to ja był psy­chia­trą. Ale te­raz jest taka mo­no­to­nia, nuda, wła­ści­wie nie wiem, po co jadę, nie wiem, za co mu pła­cę.

– Ko­cha­ny, wiesz, tak mi się wy­da­je, że już od dłuż­sze­go cza­su jest w to­bie taka mo­no­to­nia.

– Być może, tak, być może. Na pew­no, masz ra­cję. Je­stem taki.

– Te spo­tka­nia od­bie­rasz więc jako mo­no­ton­ne.

– Aha.

– Słu­chaj, przy­szło mi do gło­wy, gdy wra­ca­łam. Czy nie wy­sko­czył­byś gdzieś na tro­chę?

– Wy­sko­czył? Ja­sne. O! – szu­kam kart­ki od Ja­nu­sza Lu­te­go. – Do­sta­łem za­pro­sze­nie na ślub mo­je­go przy­ja­cie­la od wie­lu lat. Ja­nu­szek się żeni, Pa­nie Boże, daj mu ro­zum. Z Ja­pon­ką. W so­bo­tę się to za­czy­na. We Wro­cła­wiu. Na ja­kimś stat­ku. Ela, jedź­my ra­zem! Tak chciał­bym z tobą je­chać. Wy­sko­czy­my?

– Mój Boże, tak da­le­ko…

– Po­je­chał­bym chęt­nie, chy­ba tak. Wiesz, je­śli do­brze zro­zu­mia­łem z tego, co na­pi­sał, ma to być ta­kie spo­tka­nie po dwu­dzie­stu la­tach. Będą tam lu­dzie, z któ­ry­mi czło­wiek nie wi­dział się od mło­do­ści. Chy­ba może być faj­nie. Jak są­dzisz?

– Jak zjazd li­ce­ali­stów w któ­rąś rocz­ni­cę zdo­by­cia ma­tu­ry – uśmiech­nę­ła się. Po­my­śla­łem, że jest bar­dzo pięk­na.

– No, choć­by i zjazd ab­sol­wen­tów. Tak, w ja­kimś stop­niu ukoń­czy­li­śmy taką szko­łę ży­cia we Wro­cła­wiu i te­raz je­den z tych bar­dzo zdol­nych, ale nie­sfor­nych uczniów, jak ci wia­do­mo, Ja­nusz Luty, zna­ko­mi­ty po­eta trans­cen­dent­ny i wiel­ki ob­żar­tuch, w ogó­le dzi­wa­dło wiel­kie, żeni się… Ja o tym my­ślę. To taki zjazd nie­sfor­nych uczniów. Z beł­cia­nej aka­de­mii ży­cia.

– Faj­nie – po­wie­dzia­ła. – Ale wiesz, Bert, ja bym cię na­ma­wia­ła na dłuż­szy wy­jazd. Nie na ża­den ślub, bo to co faj­ne, szyb­ko sta­je się nud­ne, szcze­gól­nie dla cie­bie. Oczy­wi­ście, jak chcesz, jedź, ja­sne, wy­skocz so­bie na ten ślub, ale na­ma­wia­ła­bym cię na…

– Kiy­ori!

– Co Kiy­ori?

– Kiy­ori, przy­po­mnia­łem so­bie. Ta Ja­pon­ka.

– Aha. Ale może ła­ska­wie mnie wy­słu­chasz. Więc na­ma­wia­ła­bym cię na wy­jazd do La­bo­ra­to­rium na tre­ning.

– Daj mi spo­kój!

– Ale dla­cze­go? Chwa­li­łeś so­bie, by­łeś za­do­wo­lo­ny, mia­łeś ta­kie cu­dow­ne dzi­kie oczy po tym, by­łeś od­ro­dzo­ny, Bert!

– Ela, o co ci cho­dzi?

– Nie krzycz!

– Nie krzy­czę. No, mów!

– Wy­da­jesz mi się zmę­czo­ny.

– Zmę­czo­ny…

– Wy­da­jesz mi się prze­mę­czo­ny. Po­trze­ba ci ja­kie­goś, no, kopa.

– Sam po­wi­nie­nem ko­pać się w dupę.

– Masz ra­cję. Ale tego nie ro­bisz.

– Ja nie mam ener­gii na ża­den tre­ning, nie mam, już tam jest in­a­czej, nie, nie wy­obra­żam so­bie, tre­ne­rzy są sła­bi, ja nie mam ener­gii i szlag mnie tra­fi w gru­pie, jak będę pa­trzył na te wszyst­kie szlo­cha­ją­ce psy­cho­loż­ki, któ­re chcą po­czuć się wol­ne. O, nie! Zresz­tą nie mam spra­wy do za­ła­twie­nia, nie mam z czym tam je­chać, nie mam pro­ble­mu.

– Two­im pro­ble­mem może być to, że brak ci ener­gii. Coś cię może za­in­te­re­su­je, za­in­spi­ru­je. Ko­cha­nie, mar­twi mnie, że nic nie pi­szesz, ta książ­ka tu leży już chy­ba z mie­siąc i o ten mie­siąc bę­dzie póź­niej w księ­gar­niach, o ten mie­siąc póź­niej do­sta­nie­my pie­nią­dze, to już mniej waż­ne, ale daw­niej…

– Daw­niej?

– No, pa­mię­tam, z jaką pa­sją to pi­sa­łeś.

– Z pa­sją? Gu­zik, z pa­sją. By­łem za­tru­ty ni­ko­ty­ną, kawą i pro­cha­mi od bólu gło­wy, tak pi­sa­łem. Mę­czy­łem się, to nie była żad­na pa­sja. By­łem za­tru­ty tobą, prze­cież pi­sa­łem to dla cie­bie, Ela.

– To nie mógł­byś te­raz dla mnie cze­goś na­pi­sać?

– Aha.

– Masz w ogó­le ja­kieś po­my­sły? Bę­dziesz coś pi­sał? Je­steś prze­cież pi­sa­rzem…

– I to mnie do ni­cze­go nie zo­bo­wią­zu­je. Nie roz­ma­wiaj­my na te te­ma­ty. Wy­py­tu­jesz mnie jak ja­kiś dzien­ni­karz. Wiesz, mam to w du­pie. Czu­ję się au­to­rem jed­nej ki­czo­wa­tej książ­ki.

– Ko­cha­nie, prze­cież masz tych ksią­żek sie­dem, ta jest ósma. I te wspa­nia­łe wier­sze.

– Tak, sprzed dwu­dzie­stu lat.

– Ale nadal wspa­nia­łe. Więc ta książ­ka bę­dzie two­ją dzie­wią­tą. Masz ich spo­ro. Pra­wie dzie­sięć.

– No, mam. I co z tego?

– Tak nie lubisz tej Psiej ścież­ki, ale to nam dało pieniądze, no, to jest przebój, gdybyśmy żyli gdzie indziej, to byłbyś chyba wtedy szczęśliwy, że masz przebój, że cię wykupują, że się o ciebie biją. A skoro żyjemy tutaj, to faktem jest, że tłumaczenie postawiło nas na nogi.

– Czu­ję się skoń­czo­ny jako pi­sarz.

Za­pa­li­ła dru­gie­go pa­pie­ro­sa.

– Bzdu­ra! – po­wie­dzia­ła.

– Jak two­je ser­dusz­ko, ko­cha­nie? – spy­ta­łem.

– Może być.

– Bra­łaś pro­pra­no­lol?

– Raz bra­łam, a raz za­po­mnia­łam.

– Bierz re­gu­lar­nie, pro­szę cię.

– Do­brze – po­wie­dzia­ła jak mała dziew­czyn­ka,.

Maciek przeciągnął się, wstał, zaczął drapać pazurami korektę Bo­że­go Na­ro­dze­nia, spojrzał na nas, miauknął i zeskoczył z biurka. Poszedł swoją kocią drogą.

– A, mam dla cie­bie no­wi­nę. To nie jest żad­na no­wi­na, co ja bre­dzę… – ude­rzy­łem się w czo­ło. – Wiesz, co ro­bi­łem dzi­siaj w nocy?

– Nie wiem. Czy­ta­łeś?

– Tak, wresz­cie czy­ta­łem. Wy­obraź so­bie, że wresz­cie coś czy­ta­łem. Na­wet z za­in­te­re­so­wa­niem. Z za­in­te­re­so­wa­niem i bó­lem ser­ca. I ze ści­skiem gło­wy. I wło­sy mi chwi­la­mi dęba sta­wa­ły.

– Cóż to był za kry­mi­nał?

– Tak. O, wi­dzisz, leżą tu. Wy­cią­gną­łem te swo­je sta­re szma­ty.

– Ja­kie szma­ty?

– No, te swo­je ze­szy­ty, pa­mięt­ni­ki sprzed lat. Mó­wisz, że nic nie ro­bię. A ja my­ślę, czy­tam i my­ślę, żeby to opi­sać. Już te­raz obec­na rze­czy­wi­stość mnie nie in­te­re­su­je, ja chciał­bym się cof­nąć, chciał­bym opi­sać lata sześć­dzie­sią­te, chciał­bym opi­sać sie­bie i tych lu­dzi, jacy wte­dy byli, pra­gnie­nia, ma­rze­nia. Wiesz, tak przy­pad­ko­wo otwo­rzył mi się ze­szyt na czę­ści, gdy opusz­czam dom ro­dzin­ny. Jak wiesz, już wła­ści­wie nig­dy po­tem do tego domu nie wró­ci­łem. Opusz­czam, wy­jeż­dżam, nie mam ma­tu­ry, chcę za­ro­bić na ży­cie we Wro­cła­wiu, pra­cu­ję, pi­szę wier­sze, te roz­pacz­li­we, roz­dzie­ra­ją­ce wier­sze, któ­rych część wy­szła w tym je­dy­nym to­mi­ku, ner­wy mam w prosz­ku, trzę­sę się cały, wła­ści­wie te­raz po­dzi­wiam sie­bie, że w ta­kim sta­nie pra­co­wa­łem… – za­mil­kłem. – I na ko­niec prze­pi­jam wszyst­kie pie­nią­dze. Wiesz, to jest pa­sjo­nu­ją­ce, to zna­czy to jest dziw­na, przy­kra lek­tu­ra, da­ją­ca ja­kie­goś kaca, czy­ta­jąc czu­łem się taki bied­ny, bez pie­nię­dzy, jak wte­dy. Tak mi się to ja­koś udzie­la, bo to prze­cież je­stem ja. Wiesz, jest to strasz­nie na­iw­ne.

– Po­ka­zy­wa­łeś mi to kie­dyś. Wspa­nia­ła rzecz. Mógł­byś zro­bić z tego świet­ną książ­kę.

– Tak, tak mnie te my­śli za­czę­ły do­ty­kać. Czu­łem się, jak­bym już pi­sał tę książ­kę. Chcę tro­chę nad tym się za­sta­no­wić. Mu­szę mieć tro­chę cza­su. Ro­zu­miesz, Ela, co mnie w tym in­te­re­su­je, praw­da? Ten błysk, ten pro­myk, to ży­cie na kra­wę­dzi. Mia­łem ży­cie dość buj­ne, tyl­ko że ja nie wiem, tro­chę jak­by się wsty­dzę.

– Cze­go się wsty­dzisz?

– Wsty­dzę się pi­sać, bo pi­sał­bym wte­dy o so­bie. Opi­sy­wał­bym sie­bie.

– Już to ro­bi­łeś. Pra­wie w każ­dej książ­ce tak ro­bisz.

– Ach, nie prze­sa­dzaj. W każ­dej książ­ce jest coś ze mnie, ale to nie to, tu bym pi­sał o so­bie, tyl­ko o so­bie. Jak w wier­szach sprzed ćwierć wie­ku. Zu­peł­nie tak. Je­śli­bym po­tra­fił. Za­sta­na­wiam się, czy po­tra­fił­bym. Wiesz, my­ślę o tym, czy moż­li­wa by­ła­by książ­ka z tego okre­su, po pro­stu na­pi­sać tak, jak było, prze­pi­sać… Może na­wet wier­nie prze­pi­sać. Wiesz, nie czy­ta­łem wszyst­kie­go, kart­ko­wa­łem i to, co wy­chwy­ci­łem, na­su­nę­ło mi sko­ja­rze­nie, aby prze­pi­sać to, prze­pi­sać tam­to lato i je­sień, i bę­dzie książ­ka. Ale jaka książ­ka? Spo­wiedź dzie­cię­cia wie­ku? Ta­kie książ­ki już były. A poza tym to jest pa­mięt­nik, to po­win­no być sza­no­wa­ne, tym nie po­win­no się han­dlo­wać. Pa­mięt­ni­ki dru­ku­je się po śmier­ci. Jak umrę, ko­cha­nie, wte­dy. Nie wiem. Przy­cze­pią się do mnie, że pi­szę o so­bie, te pi­sma­ki z ga­zet. Wiesz, kor­ci mnie taka re­flek­syj­na pro­za, ja­kieś wspo­min­ko­we się­ga­nie do ga­łę­zi, ale trze­ba mieć te ga­łę­zie, a ja nie mam, bo moja ro­dzi­na to żad­ne ga­łę­zie, to… Szko­da ga­dać!

– Nie unoś się.

– Daj spo­kój, moi sta­rzy to ban­da star­ców, któ­ra ciu­ła każ­dy grosz…

– Po­win­ni­śmy do nich je­chać, od­wie­dzić.

– Mam ich w du­pie!

– Bert!

– No, prze­pra­szam. Wca­le ich nie mam w du­pie, ale mi żal. Albo na­pi­sać o nich książ­kę, na­pi­sać książ­kę o star­cach, któ­rzy wspól­nie idą do domu star­ców, miesz­ka­ją tam i wła­ści­wie nic nie ro­bią, tyl­ko od­kła­da­ją to, co im zo­sta­nie z ren­ty, sta­ru­szek zbie­ra cen­ne rze­czy po śmiet­ni­kach, ma­mu­sia robi na dru­tach pu­lo­wer­ki… Ach, rzy­gać mi się chce. Bzdu­ra. Ani tak, ani tak. Wiesz, co zro­bi­my? Nie na­pi­sze­my żad­nej książ­ki.

Mil­cze­li­śmy chwi­lę.

– A co byś po­wie­dział na sa­na­to­rium? – spy­ta­ła.

– Od­po­czy­nek?

– No, ten ro­dzaj sa­na­to­rium, w ja­kim by­łeś pięć lat temu.

– U pro­fe­so­ra Skó­ry?

– Tak, u Skó­ry.

– To są pra­wie trzy mie­sią­ce… Słu­chaj, czy ze mną jest aż tak źle, że chcesz mnie wy­słać do kli­ni­ki ner­wic? Do wa­riat­ko­wa?

– To nie jest żad­ne wa­riat­ko­wo. Przy­po­mnij so­bie, sam pro­fe­sor mó­wił, że do­brze by było, gdy­byś po paru la­tach prze­szedł to wszyst­ko jesz­cze raz.

– Ale ja wte­dy zda­łem so­bie spra­wę ze swo­jej sza­lo­nej gło­wy, i to mi wy­star­czy.

– Tak, ale chodzi o to, żeby ta szalona głowa mogła lepiej funkcjonować. Żeby takie papierzyska nie leżały tutaj przez miesiąc. Żeby szalona głowa pisała szalone powieści. My też już się rozmijamy, jesteś nieprzytomny,gdy wracam z pracy, bo akurat wstajesz. Wiem, że masz taki tryb życia, ale gdy nie pracujesz, nic nie piszesz, to taki tryb życia jest właściwy? Rozumiem, piszesz książkę i odpowiada ci najbardziej noc, wtedy dobrze, ale jeśli ty nic nie robisz i… Zastanawiam się niekiedy, co ty właściwie robisz.

– Daj mi świę­ty spo­kój, to moja spra­wa. Gram z sobą w sza­chy, gram w po­ke­ra. Mam dużo cie­ka­wych za­jęć. Pa­trzę przez okno. No, czy­tam, wi­dzisz te książ­ki, i te­raz te ze­szy­ty, ta cała ster­ta ze­szy­tów jest do prze­czy­ta­nia, do za­sta­no­wie­nia się, nie mów, że nic nie ro­bię, ja ro­bię wszyst­ko, tyl­ko może tro­chę wol­niej.

– Ro­zu­miem. Ale prze­cież od czte­rech lat nie na­pi­sa­łeś ani stro­ny. Wła­śnie po tej kli­ni­ce ner­wic mia­łeś chę­ci do pi­sa­nia…

– Kochanie, to bzdura, przecież to głupie Boże Na­ro­dze­nie napisałem tylko dlatego, że się uparłaś, że mnie mobilizowałaś, pieściłaś mnie za każde zdanie…

– Je­śli chcesz, te­raz też mogę pie­ścić cię za każ­de na­pi­sa­ne zda­nie.

– Te­raz je­stem im­po­ten­tem.

– Nie je­steś żad­nym im­po­ten­tem, głup­ta­sie.

– W ta­kim ra­zie uwa­żam, że je­den or­gazm na rok wy­star­czy. Je­den albo dwa. Naj­wy­żej trzy. Tak twier­dzi Tao Mi­ło­ści.

– Ale jesz­cze ja w tym je­stem.

– Ela! Stwo­rze­nie! Ko­cha­nie! No, przy­zna­ję, że coś jest nie tak, trzy­mam się reszt­ka­mi sił, ale… Jesz­cze nie umiem być inny. Wiesz, świet­nie czu­łem się na wa­ka­cjach, prze­cież bie­ga­łem dzień w dzień jak sza­lo­ny, jeź­dzi­li­śmy na ro­we­rach, było cu­dow­nie, ła­zi­li­śmy po pla­ży, by­li­śmy na ta­kim lu­zie, no, po­tem coś pę­kło, zbli­ża się je­sień, za­wsze tak to prze­ży­wam, a te­raz może ostrzej, póź­niej, gdy spad­nie śnieg… za­wsze wy­da­je mi się, że jak spad­nie śnieg to tak, jak­by się za­czy­na­ła wio­sna.

– A gdy­byś wła­śnie spę­dził tę je­sień u Skó­ry?

– Nie ro­zu­miesz, że już na to je­stem za sta­ry, za cwa­ny, za chy­try? Już nie pa­su­ję do nich.

– Pro­fe­sor był od­mien­ne­go zda­nia, gdy ci to pro­po­no­wał.

– Mój pie­przo­ny psy­chia­tra mi wy­star­czy. Aż za­nad­to.

– Bert, zro­bisz, jak chcesz. Po­my­śla­łam, że je­steś tro­chę jak niedź­wiedź, któ­ry za­pa­da w sen zi­mo­wy. Mógł­byś się prze­spać u pro­fe­so­ra Skó­ry. Na­ma­wia­ła­bym cię, że­byś na­pi­sał do nie­go list. Mogę ci po­móc, je­śli chcesz.

– Okej, to na­pisz za mnie ten list. W ogó­le mo­żesz mnie ubez­wła­sno­wol­nić!

– Prze­stań! Po­myśl, był­byś po­nad dwa mie­sią­ce tam. Mie­li­by­ście te swo­je spo­tka­nia gru­po­we, cho­reo, to wszyst­ko, z cze­go by­łeś tak za­do­wo­lo­ny, prze­cież wró­ci­łeś bar­dzo za­do­wo­lo­ny i z in­nym na­sta­wie­niem, bar­dziej ener­gicz­ny…

– Tak, bo zro­zu­mia­łem, że je­stem skoń­czo­nym psy­cho­pa­tą i mu­szę brać za to od­po­wie­dzial­ność.

– No, wła­śnie!

– Co wła­śnie?

– No wła­śnie, za­sta­nów się, czy bie­rzesz za to od­po­wie­dzial­ność?

– Aha. Cho­dzi ci o to, że mój tryb ży­cia prze­szka­dza to­bie.

– Wiesz, że tego nie po­wie­dzia­łam, to two­je sło­wa – się­gnę­ła po pa­pie­ro­sa.

– Nie pal tyle! Prze­cież nie pa­lisz, nie pa­li­my w ogó­le, ani ja, ani ty, uma­wia­li­śmy się, to był wy­jąt­ko­wy pa­pie­ros, ko­niec, krop­ka – za­bra­łem jej pacz­kę, prze­su­ną­łem w kąt biur­ka.

– Oczy­wi­ście, że wo­la­ła­bym cię wi­dzieć ra­do­śniej­sze­go, ak­tyw­niej­sze­go, a nie…

– Może za­czniesz koń­czyć te swo­je olśnie­wa­ją­ce zda­nia?! A nie cho­dzą­cą de­pre­sję, tak?

– Bert…

– Wy­ły­sia­łą cho­dzą­cą de­pre­sję.

– A, jesz­cze ci spo­ro wło­sków zo­sta­ło.

– Wy­cho­dzą mi gar­ścia­mi.

– Po­wi­nie­neś ob­ciąć się kró­ciut­ko.

– Za­pusz­czę dłu­gie wło­sy. Do ra­mion. Dłuż­sze na­wet.

– Jak chcesz.

– Albo obe­tnę się na łyso. Bę­dziesz mia­ła łysą de­pre­sję w domu. Siwą, sta­rą, zgorzk­nia­łą, do dupy, tyl­ko do trum­ny się po­ło­żyć.

– Pra­wie nie bie­gasz…

– Szy­ku­ję się do ma­ra­to­nu.

– Tam byś re­gu­lar­nie bie­gał. Po­myśl o tym.

– Ro­zu­miem, chcesz się mnie po­zbyć z domu.

– Gdy­by przy­ję­li cię na przy­kład w li­sto­pa­dzie, to wy­szedł­byś z po­cząt­kiem wio­sny. Na pew­no był­byś za­do­wo­lo­ny. Prze­cież to by­ło­by dla nas wspól­nie. Nie wiem, nie mó­wisz mi o tym, więc nie chcę się wy­py­ty­wać, ale ja­kie są za­le­ce­nia two­je­go psy­chia­try, co on na ten te­mat są­dzi?

– On? On nic nie są­dzi. To ja coś mogę są­dzić. Ja mu mogę po­wie­dzieć, że chcę to, chcę tam­to. Uma­wia­li­śmy się na dłu­go­ter­mi­no­wą ku­ra­cję, rzy­gać się chce, ku­ra­cję. Gdy­bym się tego pod­jął pięt­na­ście lat temu… Będę miał sześć­dzie­siąt lat i może uści­śnie­my so­bie ręce i po­wie­my: No, uda­ło się. Zro­bi­li­śmy ka­wał ro­bo­ty. Kwa­drans póź­niej pew­nie do­sta­nę wy­le­wu.

– Czy­li on ci ni­cze­go nie pod­su­wa, nie pro­po­nu­je?

– Ale skąd­że!

– Ale jest ci po­trzeb­ny.

– Ach, po­trzeb­ny… Je­stem ju­tro umó­wio­ny z nim i ju­tro jadę. Na­ma­wia mnie na bra­nie le­ków na­sen­nych, dał mi ja­kiś nie­miec­ki śro­dek. Chciał­by, że­bym wy­rów­nał so­bie sen, że­bym mógł no­ca­mi spać. My­ślę, że chciał­by od tego za­cząć, że­bym wsta­wał rano jak pta­szek. Ale ja upar­cie wsta­ję w po­łu­dnie.

– Ach, nic z tego nie ro­zu­miem. Je­steś Don Ki­cho­tem. Słu­chaj, jest jesz­cze jed­na spra­wa.

– Tak?

– Mar­ta dzwo­ni­ła.

– Aha.

– No, nie pod­noś oczu do nie­ba!

– Słu­cham cię. Mar­ta dzwo­ni­ła, i co da­lej?

– W przy­szły po­nie­dzia­łek je­ste­śmy umó­wie­ni w tym domu dziec­ka z dy­rek­tor­ką.

– I bie­rze­my dziec­ko, tak? Od razu? Ad­op­tu­je­my?

– To bę­dzie wstęp­na roz­mo­wa. Ale je­ste­śmy umó­wie­ni, i to jest waż­ne. Za ty­dzień.

– Ale ślub Ja­nu­sza Lu­te­go jest w so­bo­tę. Czy­li na po­nie­dzia­łek mam ko­niecz­nie wró­cić, tak? Ro­zu­miem.

– Po­win­ni być obo­je ro­dzi­ce.

– Ko­cha­nie, a czy nie są­dzisz, że jesz­cze rok mo­gli­by­śmy po­cze­kać?

– My­ślę, że te­raz jest do­bry mo­ment. My­ślę, że to jest do­bry mo­ment też dla cie­bie. Poza tym to wszyst­ko tro­chę po­trwa, w ogó­le Mar­ta nam to prze­pro­wa­dzi, bo to spra­wy pra­wie nie­osią­gal­ne, cze­ka się la­ta­mi. Uma­wia­li­śmy się, że w tym roku albo na po­cząt­ku przy­szłe­go weź­mie­my tego dzie­cia­ka.

– Bę­dzie mi się dar­ło po no­cach ta­kie coś!

– Prze­cież nie weź­mie­my nie­mow­lę­cia.

– Wiem, prze­pra­szam. Będę pa­mię­tał o po­nie­dział­ku. Po­je­dziesz ze mną w tę so­bo­tę na ślub Ja­nu­sza?

– Po­my­ślę o tym. Ale chy­ba nie dam rady. I szcze­rze mó­wiąc, nie chce mi się za bar­dzo. Tak da­le­ko. Wro­cław. Sami twoi zna­jo­mi.

– Wy­naj­mu­ją ja­kąś bar­kę czy sta­tek. Bę­dzie faj­nie, Eluś. Na­praw­dę.

– Wiesz, mam młyn w pra­cy. Ro­bię pro­jekt, któ­ry może nam przy­nieść dość dużo for­sy, a przy oka­zji mnie daje sa­tys­fak­cję, jest na­praw­dę cie­ka­wy.

– Po­dzi­wiam cię, dziew­czy­no. Po­dzi­wiam cię.

– Zrób ko­rek­tę, za­cznij pi­sać książ­kę, wte­dy ja też będę cie­bie po­dzi­wia­ła, mały chłop­cze. Ro­bię ko­la­cję, dla sza­now­ne­go pana mał­żon­ka rów­nież. Co sza­now­ny pan so­bie ży­czy?

– Nie je­stem głod­ny.

– Ko­la­cja to ko­la­cja.

– To ja ci po­mo­gę.

– Nie, po­oglą­daj so­bie za­pa­da­ją­cą noc i ten księ­życ przed peł­nią.

– Noc już za­pa­dła. A za dwa ty­go­dnie za­pad­nie jesz­cze wcze­śniej.

– Tak, bru­tal­ne jest ży­cie. To po­oglą­daj so­bie tych lu­dzi­ków za fi­ran­ka­mi w oknach albo ży­ran­do­le w miesz­ka­niach. O, tam się za­pa­li­ło świa­tło, a tu­taj zga­sło. Dys­ko­te­ka!

– Ten idio­ta!

– Jaki idio­ta?

– Już się pali świa­tło u tego kre­ty­na – wska­za­łem pal­cem.

Wsta­ła. Była wą­ska w bio­drach, była cu­dow­na. Po­my­śla­łem, że te­raz chciał­bym się z nią ko­chać. Już.

– Za­wo­łam cię – wy­szła z po­ko­ju.

– Aha! – krzyk­ną­łem. – Ko­cham cię bar­dzo, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek – chcia­łem po­wie­dzieć, ale za­wsty­dzi­łem się.

4.

Przede wszyst­kim – Ewa!

Z moją cud­ną, ko­cha­ną dziew­czy­ną je­dzie­my na week­end do Kar­pa­cza. Sie­dzę w jej po­ko­iku, mia­łem ten ze­szyt z sobą, przy­szła mi na­gle ocho­ta wy­jąć go i pi­sać. Dużo bym mu­siał pi­sać chcąc co­kol­wiek opo­wie­dzieć. Ewa jest w kuch­ni, sły­szę, jak roz­ma­wia tam z bab­ką, któ­ra mnie nie cier­pi – po­dob­no uwa­ża, że wy­ko­rzy­stam E. i rzu­cę ją… Oto wró­ci­ła E. z obia­dem. Przy­zna­łem się nie­opatrz­nie, że nic od rana nie ja­dłem.

Nie mogę pi­sać, nie po­wi­nie­nem pi­sać, ale chcę, żeby zle­ciał mi czas, nie mam gdzie się po­dziać, cze­kam w par­ku Szczyt­nic­kim, sie­dzę na ław­ce. Nie­na­wi­dzę sie­bie, nie­na­wi­dzę tego ze­szy­tu. Nie po­wi­nie­nem pi­sać. Zdo­by­łem się na taką gier­kę z sobą, coś jak orzeł lub resz­ka, kil­ka­dzie­siąt me­trów przede mną ja­kiś czło­wiek robi coś nie­zbyt zro­zu­mia­łe­go, stru­ga drew­no, czy coś ta­kie­go, po­sta­no­wi­łem, że je­że­li ma za­pał­ki (na wła­sne za­pał­ki mnie nie stać) i będę mógł za­pa­lić pa­pie­ro­sa, to będę pi­sał. Po­sie­dzę na tej ław­ce z go­dzi­nę. Po­tem skoń­czy za­ję­cia Ewa. Pój­dę pod Aka­de­mię. Ten pan, taki star­szy, tro­chę dziw­ny, bar­dzo uprzej­my, dłu­go szu­kał za­pa­łek – sam nie pali – miał, za­pa­li­łem, po­dzię­ko­wa­łem, wró­ci­łem na ław­kę i wy­cią­gną­łem z ple­ca­ka ze­szyt.

O czym pi­sać? Co czu­ję? Nę­dza jest, nę­dza, któ­ra prze­bi­ja prze­ze mnie. Cho­dzę po uli­cach, oglą­dam lu­dzi, mi­ja­ją mnie lu­dzie, mło­dzi lu­dzie, któ­rzy stu­diu­ją. Mam 21 lat, a taki je­stem nie­wy­da­rzo­ny. Czy stać mnie na to, że­bym się za­bił? Roz­my­ślam o tym no­ca­mi na dwor­cu. Dla­cze­go o tym my­ślę? Prze­gra­łem i zda­ję so­bie z tego spra­wę, nie mam am­bi­cji, nie mam twa­rzy, po pro­stu prze­gra­łem. Dużo jest lu­dzi ta­kich jak ja, to zna­czy prę­dzej: nie je­stem sam. Wie­lu z nich koń­czy sa­mo­bój­stwem. Pi­sa­łem kie­dyś o „etycz­nie prze­my­śla­nym czy­nie”. Bzdu­ra. Ja chcę żyć. Za­głu­szam swo­ją po­raż­kę my­śla­mi o samo – bój­stwie. Tkwi to we mnie. Ten­den­cja – lo­gicz­na, kon­se­kwent­na – do sa­mo­uni­ce­stwie­nia. Tak to okre­ślił kie­dyś psy­chia­tra, u któ­re­go szu­ka­łem ra­tun­ku. Ro­zu­miem to wszyst­ko. Czy mam szan­sę? Co ro­bić? Być może, na­praw­dę bym się za­bił, gdy­by nie Ewa. Ona wy­cią­gnę­ła mnie z tego. Ewa mnie ko­cha – czy Ewa mnie ko­cha? Nie stać mnie na opo­wia­da­nie cze­go­kol­wiek. Co ro­bić? Źle się czu­ję, gdy pi­szę. Jak ura­to­wać am­bi­cję, ho­nor, któ­ry stra­ci­łem? Mógł­bym to ura­to­wać śmier­cią. Ale czy rze­czy­wi­ście… Ko­cham Ewę, jest dla mnie wszyst­kim. Tym wszyst­kim, co utra­ci­łem. Je­dy­nie ona. Jesz­cze jed­na mi­łość, dla któ­rej od­dał­bym wszyst­ko. Ży­cie. To nie­doj­rza­łe, ale może na tym po­le­ga Mi­łość. Umrzeć dla ko­goś. Bre­dzę. Jak zwy­kle. Nie je­stem wa­ria­tem, o nie, nie­ste­ty. Do­sko­na­le wiem, co mi do­le­ga. Nie mogę – nie chcę – dać so­bie z tym rady.

Po­dej­mę tę pra­cę jako ła­do­wacz. Po­wi­nie­nem wte­dy prze­stać wi­dy­wać się z Ewą. Tak po­wi­nie­nem. Za­ło­żyć so­bie: pół roku stu­diów, stu­diów nę­dzy. Przy ło­pa­cie, żeby za­ro­bić, żeby żyć. A po­tem może praw­dzi­we stu­dia. Ewa w to wie­rzy. I wszyst­ko za­wdzię­czam tej dziew­czy­nie. Ona dru­ga nie jest pro­fa­na­cją, po Jo­lan­cie. Mógł­bym pi­sać, opo­wia­dać, a na to mnie nie stać. Czu­ję się do­brze u niej w domu, w fo­te­lu, a ona pa­trzy na mnie z po­rę­czy fo­te­la, albo jesz­cze bli­żej mnie. Je­stem spo­koj­ny. Ko­chać Ewę! Mam szan­sę, mógł­bym wszyst­ko ura­to­wać, pra­co­wać, ko­chać ją, cho­dzić z nią do „Nar­cy­za” – tak do­brze jest nam ra­zem. Może za rok będę stu­den­tem? Może wy­dam wier­sze? Nie mogę pi­sać, nie po­tra­fię sie­bie ura­to­wać. Ze­szyt ten jest ab­sur­dem, po­wi­nie­nem go spa­lić, spa­lić wszyst­ko i nig­dy nie za­czy­nać od nowa.

Leżę jesz­cze, zresz­tą cóż in­ne­go mam ro­bić, palę faj­kę, ty­toń z nie­do­pał­ków spor­tów, była peł­na po­piel­nicz­ka –