Martwy błękit - Krzysztof Bochus - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

W Sopocie znalezione zostają zwłoki znanego żydowskiego kolekcjonera i wyznawcy Kabały -  Saula Rottenberga. Wszystko wskazuje na samobójstwo. Wkrótce w makabrycznych okolicznościach giną kolejni członkowie rodziny Rottenbergów. Radca kryminalny Christian Abell podąża niezmordowanie tropem morderców.  Aby ich odnaleźć, musi jednak najpierw rozwiązać zagadkę zza grobu, pozostawioną mu przez Rottenberga…

Nie będzie to łatwe, ponieważ droga do prawdy usiana jest przeszkodami, a w samym śledztwie nic nie jest oczywiste. Chodzi o pieniądze czy o coś więcej? Czy dzisiejszy Grand Hotel zbudowany został na łapówkach i ludzkiej krwi? A może kluczem do rozwiązaniem zagadki jest Kabała i jej święte litery? Czy rodzina Rottenbergów padła ofiara spisku? Kto torpeduje wysiłki Abella i wyprzedza go ciągle o krok? Pytania się mnożą, a próba znalezienia na nie odpowiedzi może kosztować życie.

W tle mroczny klimat lat trzydziestych na niemieckim Pomorzu.  A także historyczne wydarzenia, rzucające długi cień na śledztwo prowadzone przez śledczego Abella.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 483

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Konsultacja judaistyczna: dr Aleksandra Geller

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

Ta książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe. Niektóre postacie są historyczne i istniały naprawdę, ale ich czyny i pobudki opisane w książce to wytwór wyobraźni autora.

© by Krzysztof Bochus

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0812-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Mojej pierwszej wnikliwej Czytelniczce,

żonie Urszuli,

z wdzięcznością poświęcam

Prolog

Środa, 10 kwietnia 1933

Serce biło mu jak oszalałe. Czuł, jak oblepia go zimny pot. Starał się uspokoić oddech. Na próżno. Nie pozwalał na to straszliwy ból. Nie do wytrzymania, przyprawiający o szaleństwo, rozdzierający i trawiący ogniem jego trzewia. Przez głowę przebiegła mu myśl, że to niesprawiedliwe. I że ten ból będzie ostatnim odczuciem, jakie zabierze z tego świata. Nie modlił się od lat, ale teraz nagle odnalazł w pamięci z dawna zapomniane wersy psalmu Dawidowego:

Boże w gniewie Twoim nie karć mnie

W oburzeniu Twoim nie karaj mnie

Bo strzały Twoje utkwiły we mnie

A tknęła mnie ręka Twoja[1].

A więc tak wygląda ten ostatni moment, ta ostatnia sekunda darowana przez Pana? Rodziło się pytanie: czym on sam, Saul Rottenberg, będzie jutro: wspomnieniem, zapachem, obłokiem na niebie? Gardził swoją słabością, ale nie mógł powstrzymać uczucia ulgi. Niech to się wreszcie skończy! Podobno w ostatniej sekundzie przed śmiercią człowiek widzi całe swoje dotychczasowe życie. Saul Rottenberg zacisnął powieki, ale zobaczył tylko nicość. O ułamek sekundy wcześniej, nim padł strzał.

Rozdział I Wierzchołek góry

1.

Radcy kryminalnemu Christianowi Abellowi przez głowę przebiegła myśl, że śmierć jest w jakimś sensie przereklamowana. Fakt, była doświadczeniem ostatecznym, ale jednak przeraźliwie powtarzalnym. Teraz było podobnie. Stanął w progu gabinetu Saula Rottenberga i natychmiast napłynęły do niego skojarzenia i zapachy, które nieodmiennie zwiastowały czyjś koniec. Martwa cisza, słodki odurzający zapach krwi, ledwie wyczuwalna woń, jaką wydziela ciało, z którego wyciekło życie. Te doznania natychmiast oplotły go kokonem przeczuć i smutku.

Ogromny gabinet pogrążony był jeszcze w półmroku. Grube kotary skutecznie powstrzymywały światło rodzącego się dnia. Pod ścianami majaczyły kontury bibliotecznych regałów i mebli. Przez story przenikał tylko jeden wąski promień słońca. Padał dokładnie na zwłoki spoczywające przy biurku. Gdyby nie absurdalność tego skojarzenia, powiedziałby, że był to światłocień prawie równie doskonały, jak na obrazach Rembrandta.

Z uwagą przyglądał się ciału nieboszczyka. Przekrzywiona głowa Saula Rottenberga spoczywała na blacie biurka, tak jakby on sam zasnął znużony podczas podpisywania rachunków. Nawet z tej odległości Abell widział ciemną dziurę jamy gębowej. Dał znak Kukulce i ten jednym ruchem szarpnął zasłony. Ostre promienie słońca natychmiast poraziły mu źrenice. Abell zamknął oczy. Gdy je po sekundzie otworzył, ducha Rembrandta już w pokoju nie było. Leżąca bezwładnie głowa wyglądała teraz wręcz banalnie. A ciało przypominało korpus szmacianej lalki wciśnięty w fotel.

Poczekał cierpliwie, aż fotograf zrobi swoje, a następnie podszedł do ciała, wciągając po drodze rękawiczki na dłonie. Towarzyszący mu policjant o nazwisku Gurtel, z VII Okręgu Kripo[2] przy Schulstrasse, którego jurysdykcji podlegał Sopot, spojrzał na niego pytająco, ale radca osadził go w miejscu ruchem ręki. Było jasne, że śledztwo poprowadzi centrala gdańskiej Kripo, a nie chłopcy z tutejszego okręgu. Tym razem nie chodziło o kradzież kasy z gospody, a o śmierć szanowanego i bardzo zamożnego członka sopockiej społeczności. Dlatego właśnie to jego tu wysłali.

Rottenberg ubrany był w ciemny garnitur i śnieżnobiałą koszulę z jedwabiu. Spod rękawów wystawały mu bursztynowe spinki, oprawione w srebro. Wyglądał tak, jakby wybierał się na bal w Kasino Hotel. Na pewno nie zrobił tego w afekcie, pomyślał policjant, lustrując czujnym spojrzeniem zwłoki. I zapewne przykładał wagę do pożegnań. Nawet tych ostatecznych.

Zmarły nie miał semickiej urody. Przypominał raczej pruskiego junkra o twarzy ogorzałej od wiatru i słońca. Długie bokobrody dochodziły aż do mocno zarysowanej szczęki. Strzecha siwych nastroszonych włosów okalała szerokie czoło poorane bruzdami. Symetrię tej wyrazistej twarzy psuł jedynie otwarty, zakrwawiony otwór gębowy. Abell rozchylił delikatnie usta trupa, przyświecając sobie miniaturową latarką. Tak jak się spodziewał, wnętrze przypominało krwawy krater. Zmasakrowane tkanki tworzyły amorficzną ciemną pulpę złożoną ze strzępów skóry, języka i odłamków protezy zębowej. Wypływający z ust krwawy zygzak, zanim zakrzepł na brodzie, utworzył purpurowe jeziorko na blacie biurka. Uniósł ostrożnie głowę trupa i znalazł otwór wylotowy po kuli. Następnie przyklęknął pod biurkiem. Lewa ręka nieboszczyka spoczywała na blacie. Prawa zwisała bezwładnie wzdłuż ciała. Podniósł kończynę i przez dłuższą chwilę przyglądał się paznokciom ofiary. Zegarek na ręku, złoty Patek, miał strzaskane szkiełko. Wskazówki zatrzymały się na godzinie 22.13. Na dywanie leżał pistolet P08 Parabellum kal. 7,65 mm. Włożył broń do koperty i podał ją wachmistrzowi.

– Strzelił sobie w usta? A przedtem napisał list pożegnalny? – Kukulka wskazał oczami na zapisaną kartkę papieru listowego, leżącą na biurku.

Abell pokiwał niechętnie głową.

– Chyba tak. Gdzie doktor Martens?

– Już jestem – doleciał ich od progu głos zdyszanego doktora. – Ledwie skończyłem sekcję zwłok. Jakiś wariat zaszlachtował żonę rzeźnickim tasakiem. Nerki zbieraliśmy na szuflę, panowie. A temu co się stało? – Urwał na widok zwłok. – Kolejny samobójca? Dopiero co kroiłem naszego nieodżałowanego burmistrza Lauego[3]. Szlag! Co się dzieje z tym świątobliwym miastem?

– Max, wiem, że mógłbyś tak długo, ale weź się na Boga do roboty – przerwał mu chrapliwie Abell. – Oczekuję raportu jutro po południu. Spotkamy się u ciebie, w zakładzie medycyny sądowej.

Po wczorajszym wieczorze w restauracji Danziger Ratskeller potylicę ściskała mu ognista nieubłagana obręcz. Czuł suchość w ustach i kołatanie serca. Za dużo likieru goldwasser, za mało rozsądku. Potrzebował spokojnego dnia, a ten, jak na złość, zwiastował same kłopoty.

Ciszę przerwało nagle bicie zegara ściennego. Abell wysłuchał w skupieniu dziewięciu uderzeń gongu, po czym machinalnie sprawdził czas na swojej omedze. Dopiero teraz wziął do ręki i zaczął czytać list leżący na biurku.

Najdroższa Adel, Kochana Rodzino, Najbliżsi!

Za chwilę pociągnę za spust i ten koszmar się skończy. Nie martwcie się o mnie. Zwłaszcza – nie teraz. Odchodzę, aby odpokutować winę i zapłacić za grzechy, które ciążą na moim sumieniu. Zaufajcie mi, tak trzeba. Mam krew na rękach. To krew dobrego, choć słabego człowieka – Ericha Lauego. Jego samobójcza śmierć mną wstrząsnęła. To ja jestem winien tej niepotrzebnej tragedii. Sprowadziłem na złą drogę porządnego człowieka. Wiem, każdy jest kowalem swojego losu. Ale bez moich pieniędzy nie uległby pokusie. Wybaczcie, że szczegóły zabiorę za sobą do grobu. Nie dostarczę żeru skandalizującej prasie. Rodzina burmistrza wycierpiała już wystarczająco wiele. Was także tylko w ten sposób mogę ochronić. Wystarczy powiedzieć, że Kasino Hotel jest naszym wspólnym grobowcem.

Kochani! Jeśli mi czegoś żal, to nie życia, które tak bezmyślnie zmarnowałem. Żal mi Waszych łez i cierpienia. Przepraszam za wstyd, jaki niechybnie na Was spadnie. Przynajmniej oszczędzę Wam hańby policyjnych przesłuchań i procesu, do którego, prędzej czy później, by doszło. Reszta w rękach Pana. Adel, wybacz mi Najdroższa!

Szalom alejchem!

Saul

Abell złożył dokładnie list i schował do policyjnej koperty. Dopiero teraz rozejrzał się dokładniej po gabinecie. Drgnął wyraźnie zaskoczony. Dawno nie widział równie oryginalnego wnętrza. Sopot podlegał jurysdykcji gdańskiej policji kryminalnej i chociaż Abell dobrze znał miasto, nie miał dotychczas zbyt wielu okazji, by bywać w okazałych rezydencjach tutejszych patrycjuszy. W Sopocie swoje letnie wille miało wielu bogaczy, zwłaszcza niemieckich fabrykantów i żydowskich kolekcjonerów sztuki. Ale niezależnie od dzielących ich różnic w jednym byli podobni – potrafili zadbać o swoją prywatność. I ukryć swoje skarby przed wzrokiem postronnych.

Abell spodziewał się więc, że gabinet tak znanego kolekcjonera jak Rottenberg przypominać będzie jaskinię Ali Baby. Tymczasem pokój był dziwnie opustoszały. Sądził, że zastanie wysmakowane wnętrze wypełnione obrazami dawnych mistrzów, miśnieńską porcelaną i wyczyszczonymi na błysk srebrami z Augsburga. Tymczasem o zamożności właściciela przypominały jedynie perskie dywany, tłumiące teraz kroki policjantów, i kunsztownie rzeźbione biurko w stylu boulle, przysłonięte nieco zwłokami.

Mebli w ogóle było niewiele. Prawie wyłącznie komody i serwantki z orzechowego drewna. Wszystkie utrzymane w stylu art deco. Ich proste geometryczne kształty pozostawały w wyraźnej opozycji do biurka, którego esowate nóżki zwieńczały u góry roślinne ornamenty. Nawet przepastna biblioteka odsłaniała – niczym ubytki w uzębieniu – puste miejsca, w których świetnie wyglądałyby cenne księgi i starodruki. Ale najbardziej zadziwiające wrażenie robiły puste ściany. Wisiał na nich tylko jeden pokaźnych rozmiarów obraz. Abell podszedł bliżej. Namalowane soczystymi barwami płótno musiało powstać w okresie włoskiego odrodzenia. Świadczył o tym typowy renesansowy krajobraz, który wyłaniał się zza pleców przedstawionych na obrazie postaci. Jedna z nich, w antycznej todze, malowała motyle na blejtramie, jakby wyciętym z otaczającej ją chmury. Niewątpliwie było to mistrzowskie dzieło. Ale tylko jedno. Widocznie Saul Rottenberg przechowywał swoją słynną kolekcję gdzie indziej. Abell pomyślał, że to bardzo prawdopodobne. Ostatecznie nie trzyma się wszystkich jajek, zwłaszcza jajek Fabergé, w jednym koszyku.

W przedpokoju wiodącym do gabinetu czekała już na niego zapłakana służąca. Rozpaczliwie próbowała wziąć się w garść, ale efekty były mizerne. Odnosiło się wrażenie, że gdyby nie sztywność wykrochmalonego czepka – jej zrozpaczone oblicze rozsypałoby się na tysiąc kawałków. Miała kształtne ciało i przedwcześnie postarzałą twarz. Filigranową figurę opinał granatowy fartuszek typowy dla pokojowej z bogatych domów. Była zwyczajna. Nietypowe były jedynie jej kolczyki, jakby nieadekwatnie piękne w stosunku do tak pospolitej urody. Ciemne, prawie czarne kamienie oprawione w stare srebro opalizowały w świetle poranka.

– Jestem radca kryminalny Christian Abell. Zanim zaczniemy… – policjant usiadł naprzeciw niej przy małym stoliku z marmurowym blatem. – Czy mógłbym dostać filiżankę mocnej czarnej kawy?

– Ależ oczywiście, panie oficerze – kobieta szybko wydała stosowne dyspozycje.

– Jak się pani nazywa i w jakim charakterze pracuje pani w rezydencji państwa Rottenbergów? – Abell rozsiadł się wygodniej w fotelu.

Odpowiedział mu głośny spazm.

– Nazywam się Charlotta Monk. Panna Monk. – Zarumieniła się lekko. – U państwa pracuję jako główna służąca. Odpowiadam za cały personel.

– Od jak dawna?

– Od czterech lat. To znaczy, od kiedy państwo zbudowali tu letni dom. Poprzednio byłam służącą u pana Basnera przy Wäldchenstrasse[1].

– Ach, ten dom przypominający malborskie zamczysko, który mijaliśmy po drodze – dorzucił policjant z VII Bezirku, który nie mógł pogodzić się z tym, że ważniak z centrali zostawił go za progiem.

– Tak, to ten dom. Miałam dobre referencje od pana Basnera. Nie mógł mnie już zatrzymać. Przyszedł kryzys i wszystkim się pogorszyło. Jemu także. Pochodzę z Sopotu, a państwo Rottenbergowie chcieli, żeby jak najwięcej produktów spożywczych kupować tutaj, na lokalnym rynku.

– Ale przecież to nie dlatego pan Rottenberg panią wybrał?

Młoda kobieta po raz pierwszy lekko się uśmiechnęła.

– Ma pan rację, nie dlatego. Miałam doświadczenie w obchodzeniu się z dziełami sztuki. Pan Basner był znanym kolekcjonerem, podobnie jak pan Rottenberg. Trzeba umieć sprzątać w willach wypełnionych antykami, kruchą porcelaną i srebrem wymagającym nieustannego czyszczenia. Potrzeba do tego uwagi i staranności.

Młody chłopak w czarno-białej liberii wniósł filiżankę kawy na srebrnej tacy i z namaszczeniem postawił ją przed radcą. Już pierwszy łyk aromatycznego napitku przyniósł Abellowi ulgę.

– Rozumiem, że to pani wezwała policję? Proszę opowiedzieć nam wszystko dokładnie.

Panna Monk poruszyła się niespokojnie. Abell obserwował pobielałe knykcie jej palców, kurczowo zaciśniętych na poręczy fotela.

– No więc… Zawsze wstaję o szóstej rano, tak aby ze wszystkim zdążyć. Pan wcześnie się budził. O równej siódmej pukałam do drzwi gabinetu, niosąc filiżankę kawy i maślanego croissanta. Dopiero o dziewiątej, gdy wstała już także pani Adele, szykowałam główne śniadanie na werandzie domu.

– Ale tego dnia stało się inaczej, prawda?

– Tak, rzeczywiście. – Wspomnienie feralnego poranka ponownie ścisnęło jej gardło. – Mam swój własny pokój w przybudówce dla służby, w ogrodzie. To jakieś sto metrów od domu. Przyszłam do rezydencji, otworzyłam drzwi kluczem i weszłam do kuchni.

– Chwila, czyli nocą państwo Rottenbergowie pozostawali w domu sami, bez służby?

– Takie było wyraźne życzenie pana. O godzinie dwudziestej pierwszej cała służba opuszczała dom. Oczywiście, kiedy odbywały się przyjęcia, wszyscy byliśmy na swoich stanowiskach do późnych godzin wieczornych.

– Czy poza panią ktoś jeszcze dysponował kluczem do drzwi wejściowych?

– Nie, klucz mam tylko ja. No i oczywiście państwo Rottenbergowie. I to ja wchodziłam pierwsza do domu. Nicolas pojawiał się koło siódmej, Steffen różnie.

– Kto jeszcze oprócz pani zajmował się rezydencją?

– Boy pokojowy, Nicolas May, to on przyniósł panu kawę. W razie potrzeby zajmował się także ogrodem. Kucharz Steffen Rothke, ale on dojeżdża codziennie z Oliwy.

– Jaki był zakres pani obowiązków?

– Do moich codziennych obowiązków należało utrzymywanie domu w czystości, robienie zakupów, obsługiwanie państwa podczas posiłków i generalny nadzór nad pozostałą służbą. W przypadku większych przyjęć miałam do pomocy jeszcze dwóch kelnerów zamawianych na mieście. Do dyspozycji państwa był jeszcze szofer, ale on także mieszkał poza rezydencją.

– Powróćmy teraz do tego feralnego poranka. Zostawiliśmy panią w kuchni, po szóstej rano. Co działo się dalej?

– Przygotowałam jak zawsze dzbanek z kawą i croissanta. Równo o siódmej zapukałam do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Zdziwiło mnie to. Pan nigdy nie pozwalał mi czekać. To był bardzo miły człowiek, naprawdę… – kąciki jej ust znowu zaczęły niebezpiecznie drżeć.

– Proszę się uspokoić. Nic już nie wróci życia panu Rottenbergowi. – Abell spojrzał tęsknie na pustą filiżankę. – Ale jeśli opanuje pani nerwy i opowie nam dokładnie, co pani wie, może szybciej zamkniemy tę przykrą dla wszystkich sprawę. Pan Rottenberg na pewno pochwaliłby takie podejście. Rozumie mnie pani?

Odpowiedziało mu ledwie dostrzegalne skinienie głowy.

– No więc zapukałam ponownie, potem jeszcze raz. Ale nie było odzewu. Wtedy pomyślałam, że musiało się stać coś złego. Zwłaszcza że pani Adele od dwóch dni przebywa poza domem, na wczasach w Karlsbadzie. Przestraszyłam się. Przemknęło mi przez głowę, że może pan zasłabł. Wiem, że czasami skarżył się na serce. Nacisnęłam klamkę. I dalej już pan wie.

– Dla pewności spytam: niczego pani nie dotykała?

– Broń panie Boże! Upuściłam tacę… – stojący w milczeniu Kukulka wskazał radcy wzrokiem ciemną plamę na dywanie przy wejściu do salonu. – Zaczęłam krzyczeć. Przybiegł Nicolas, potem Steffen…

– Która to była dokładnie godzina?

– Dokładnie siódma piętnaście.

– No tak… – Abell poruszył się w niewygodnym fotelu. – A o której godzinie widziała pani pana Rottenberga poprzedniego dnia?

– Kilka minut przed dwudziestą pierwszą. Wychodząc z domu, zajrzałam jeszcze do pana, aby zapytać, czy nie przygotować mu herbaty na wieczór, czasami o to prosił. Ale podziękował mi i życzył dobrej nocy. Jeszcze schodząc po schodach, usłyszałam chrobot zamykanego zamka w drzwiach. To wtedy widziałam go żywego po raz ostatni. – Obtarła kolejną łzę.

– Rozumiem, panno Monk. Jeszcze jedno pytanie. W gabinecie znajdują się na pewno zwłoki pana Saula Rottenberga?

– Niestety, tak. – Panna Monk była bliska omdlenia. To był straszny poranek. Modliła się w duchu, aby skończył się wreszcie ten koszmar, w którym cały znany jej świat odchodził właśnie w przeszłość. A przyszłość była jedną wielką niewiadomą. Po latach udręki i upokorzeń odnalazła w tym domu bezpieczną przystań. A teraz wszystko legło w gruzach. Adele… Ta jędza na pewno jej podziękuje. Nigdy nie przepadała za gojkami, do tego młodymi… Ale ona nie będzie wtedy milczała, nie będzie dłużej chroniła tej popapranej rodziny.

– Czy pani Adele Rottenberg została już powiadomiona o tym, co się stało? – głos policjanta przywrócił ją do rzeczywistości.

– Tak, dzwoniłam już do recepcji hotelu Excelsior. Pani przed wyjazdem zostawiła mi numer. Najpóźniej jutro rano będzie z powrotem w domu. Pojechała z kierowcą, samochodem pana Rottenberga.

– Proszę jej przekazać, że odwiedzimy ją po jej powrocie. Teraz to już wszystko. Bez pozwolenia nikt ze służby nie może opuszczać rezydencji. Nie wolno także nikomu, powtarzam – nikomu, opowiadać o tym, co tu zaszło. Czy to jasne panno Monk?

– Tak, oczywiście. – Pokojowa uniosła zapuchnięte powieki. – Ale co właściwie mamy robić?

– To, co zwykle. Pucować dom, czyścić srebra, panno Monk.

Odpowiedziało mu spojrzenie pełne niemego wyrzutu. Było w tej kobiecie coś, co go niepokoiło. Nie była ładna, ale miała w sobie ten rodzaj godności, który rzadko widuje się u służby. Zastanawiała go jednak intensywność rozpaczy widoczna w głębi jej ciemnych oczu. Panna Monk cierpiała jakby nieadekwatnie do całej sytuacji. Odszedł jej pracodawca, zapewne dobry pan, zgoda. Ale to jeszcze nie koniec świata, przynajmniej dla służby. Nie przeoczył jej histerycznego zachowania. Obgryzionych do krwi paznokci. A także nagłej niechęci w głosie, gdy mówiła o Adele Rottenberg. Tak, panna Monk wymagała dodatkowej uwagi. Wszystko w swoim czasie.

– Linge, zabezpieczcie ślady – zwrócił się do towarzyszącego mu technika z policyjnego laboratorium. Małomówny dryblas cieszył się opinią wybitnie skrupulatnego i dokładnego pracownika i Abell zawsze w podobnych sytuacjach starał się go mieć do swojej dyspozycji. – Zwróćcie szczególną uwagę na tkankę pod paznokciami prawej ręki. Pobierzcie próbki i zbadajcie w naszym laboratorium. A my, Kukulka, przede wszystkim poszukamy kuli. – Abell podniósł się energicznym ruchem z fotela. – Gurtel – przywołał policjanta – teraz się przydacie, przesłuchajcie pozostały personel. Co robili od momentu wejścia do domu, co widzieli, wszystko. Oczekuję zaprotokołowanej notatki. Potem obejrzymy teren.

W dwie godziny później wyszedł na podjazd. Czekał tu już na niego policyjny adler z kierowcą. Za plecami Abell zostawiał śmiertelną ciszę, przyczajoną w gabinecie Saula Rottenberga. Histerię panny Monk. Lepką kałużę na blacie. I czarną dziurę w twarzy trupa, przez którą wyciekło życie.

Ale rozciągająca się przed nim ulica należała już do innego świata. Ernststrasse wyglądała młodo, świeżo i światowo. Zupełnie jakby wycięto ją z turystycznego folderu reklamującego Sopot jako Monte Carlo Północy. Wszystkie domy okalały trawniki i opaski gazonów. Ich symetrię podkreślały równo przystrzyżone kule bukszpanów i cisów. Eleganckie wille rywalizowały ze sobą liczbą wykuszy, oszklonych werand, kaskadowych dachów i neogotyckich wieżyczek, krytych miedzianymi hełmami. Zza wpółotwartych okien dobiegały go dyskretne odgłosy budzącego się życia: brzęk roznoszonej porcelany, szmer poleceń wydawanych służbie, hurgot przesuwanych na tarasach leżaków i krzeseł. Z neogotyckiej willi naprzeciwko doleciał go zapach świeżo parzonej kawy i dobrego cygara. Jedno z okien rozbrzmiało melodią puszczoną z patefonu.

Tak, Sopot był zdecydowanie świetnym miejscem do życia.

2.

Był czwartek, 11 kwietnia. Nieśmiałe wiosenne słońce przedzierało się przez ciężkie chmury nisko zawieszone nad Gdańskiem. Było chłodno. Porywisty wiatr metodycznie trzaskał niepozamykanymi okiennicami domów. Abell nie przepadał za wiosną nad morzem. Pogoda bywała kapryśna. Często lało.

Teraz porywisty wiatr wtłaczał zrudziałe dymy do kominów domów. Pierwsze krople deszczu spadły mu za kołnierz. Przebiegł kilka ostatnich kroków i wpadł do bramy. Wylegitymował się strażnikowi i wszedł do gmachu prezydium policji w centrum Gdańska, przy Karrenwall.

Nigdy nie lubił tej monumentalnej siedziby wybudowanej jeszcze na potrzeby policji cesarskiej. Ale jako członek grupy specjalnej prezydium policji nie miał wyboru. Tylko nieliczne wydziały Kripo, takie jak policja obyczajowa, czy grupa do spraw zwalczania lichwy znalazły cichą przystań przy Fleischergasse. Reszta skazana była na ten klaustrofobiczny budynek, w którym zawsze panował półmrok i nieodmiennie śmierdziało lizolem.

Mikroskopijny gabinet Abella miał przynajmniej tę zaletę, że położony był na parterze. Wiosną przez otwarte okno dobiegał go odurzający zapach kwitnących magnolii. Dzięki temu przynajmniej o tej porze roku mógł otwierać okno z nadzieją, że woń krzewów przytłumi śmierdzące wyziewy z kantyny. Rzucił notatnik na masywny stół, który odziedziczył po poprzednim lokatorze pokoju 107. Usiadł w fotelu i spojrzał na poszarzały herb Wolnego Miasta Gdańska wiszący na ścianie. Dwa pionowo ustawione krzyże wieńczyła królewska korona. Podobała mu się swojska archaiczność tego znaku. Symbolizowała to, co w Gdańsku było najlepsze: królewskie aspiracje i przywiązanie do tradycji, dumną przeszłość i hanzeatyckiego wolnego ducha. Pomyślał, że wkrótce krzyże zastąpi pewnie hakenkreuz, lepiej oddający sens nadchodzących czasów. Dla większości jego kolegów Wolne Miasto Gdańsk było bękartem traktatu wersalskiego, tworem poronionym i niechcianym. To mikroskopijne państwo miało swój herb, hymn, walutę, rząd, a nawet paszporty. Ale nie miało wyznawców. Abell należał do przegrywającej mniejszości. Dawno już pogodził się ze zmierzchem starego świata. Rozpadał się on na jego oczach każdego dnia. I każdej nocy pełnej pochodów, werbli i krwistych sztandarów. Nie miał dokąd uciec. Jego jedyną zbroją była praca. Jedynym schronieniem – ta cela o łuszczących się ścianach, przesiąkniętych zapachem kapusty i smażonego mięsa.

Spojrzał na zegarek. Musiał już iść. Szef Kripo, komisarz Adolf Mohl wezwał go na dwunastą do swego gabinetu na pierwszym piętrze. Był jednym z nielicznych ludzi w tym ponurym gmachu, których Abell szanował. Dlatego nie zamierzał się spóźnić choćby o minutę.

W drzwiach gabinetu komisarza minął się z radcą Alexem Plaskowitzem. Przywitali się mocnym uściskiem dłoni. Od pewnego czasu spędzali ze sobą więcej czasu. Abell pomyślał, że gdyby miał wskazać tu kogoś, z kim łączyły go nie tylko służbowe więzi, zapewne zdecydowałby się właśnie na niego. Plaskowitza wyróżniała inteligencja i żelazna logika w rozumowaniu. Zawsze też pachniał dobrą wodą kolońską.

Komisarz nie wyglądał na nadzorcę Kripo. Był wysoki, szczupły i zawsze schludnie ubrany. Miał twarz wiejskiego nauczyciela, tylko przypadkiem rzuconego przez los do walki z portowymi dziwkami, wciągaczami kokainy, szmuglerami i oszalałymi rzeźnikami, wypruwającymi flaki swoim niewiernym kobietom. Zachowywał się powściągliwie i nigdy nie tracił nad sobą panowania.

Ale tylko sam Mohl wiedział, że to jedynie pozory. W rzeczywistości nienawidził swojej pracy i otaczających go ludzi. Po powrocie do domu długo mył ręce. Szorował do bólu, do krwi wysuszone ciało, aby pozbyć się oblepiającego go wyimaginowanego smrodu ludzkiego potu, wymiocin i krwi, przywierającego do niego natychmiast po wejściu do ponurego gmachu przy Karrenwall. W nocy śnił ciągle ten sam sen. Ohydny węgorz wślizgiwał mu się przez usta i wędrował przez wnętrzności, kąsając boleśnie zawsze wtedy, gdy on usiłował uwolnić się od koszmaru. Rano budził się rozbity i zlany potem, brzydząc się własnej niemocy.

Wcześniej był prokuratorem i dobrze czuł się w tamtej roli. Ludzką menażerię oglądał jak zza szyby, z wysokości swego prokuratorskiego urzędu. Teraz codziennie musiał taplać się w szambie, które napawało go odrazą.

Jego gabinet wyglądał równie poprawnie jak właściciel. Ciężkie meble gdańskie sąsiadowały z biblioteczką z dykty. Na ścianie wisiał portret prezydenta Hindenburga. Gdańsk nie należał do Rzeszy, ale komisarz najwidoczniej nie przyjmował tego do wiadomości. Dla niego świat, z którym się utożsamiał, skończył się w roku 1918.

W skupieniu wysłuchał krótkiej relacji Abella z porannych wydarzeń. Tylko raz podniósł swe zmęczone oczy, gdy radca zacytował treść pożegnalnego listu samobójcy.

– No tak, znałem go. I jego żonę Adele też. Spotkałem ich na jakimś przyjęciu. Wiedziałem, że prowadzi dużą firmę budowlaną. I że jest w Sopocie posiadaczem najcenniejszej kolekcji obrazów i dzieł sztuki. Bardziej wartościowej niż niegdysiejsze zbiory Ernsta Claaszena[4]. Wydawał mi się porządnym obywatelem. Ale, jak widać, nigdy nie wiadomo, co siedzi w drugim człowieku.

Abell odpowiedział nieokreślonym skinieniem głowy. Szanował komisarza Mohla, ale nie spodziewał się po nim zbyt wiele. Jak po większości swoich przełożonych, z którymi przyszło mu pracować.

– Kiedy wraca pani Rottenberg? – Mohl wyciągnął w jego kierunku pudełko cygar, ale Abell odmówił uprzejmym ruchem ręki. Nie palił od kilku lat. Gdyby jeszcze nie to upodobanie do jałowcówki i likieru goldwasser… Na wspomnienie wczorajszego wieczoru ponownie poczuł tępy ból w głowie.

– Służąca twierdzi, że jutro w południe.

– Sprawa wydaje się oczywista, ale nie możemy jej zamknąć przed pańską rozmową z panią Rottenberg. Prokurator jest podobnego zdania. Tyle jej się od nas należy. Proszę stawić się na odprawie u mnie w sobotę o dwunastej w południe. Oczekuję, że do tego czasu porozmawia pan z panią Rottenberg, przesłucha, kogo trzeba, odbierze opinię od doktora Martensa i sporządzi końcowy raport. Z pewnych względów, o których nie teraz, nie możemy przeciągać sprawy, zwłaszcza tak oczywistej. To wszystko, Abell. Niech się pan bierze do roboty.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

[1] Friedrich Basner (1869–1936) był znanym sopockim kolekcjonerem sztuki. Pod koniec lat dwudziestych XX w. na skutek kłopotów finansowych zmuszony był wystawić swoją kolekcję na sprzedaż.Na podstawie: Aleksandra Tarkowska, Sopot. Między wojnami. Opowieść o życiu miasta 1918–1939, Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2011, str. 87.

[1] Psalm 38, 1–4 (w przekładzie Izaaka Cylkowa).

[2] Od 1924 policja kryminalna w Wolnym Mieście Gdańsku była podzielona na okręgi (Kriminalbezirke). Ich liczba, a w konsekwencji także numeracja okręgów, nieustannie ewoluowała (wszystkie przypisy pochodzą od autora).

[3] Erich Laue – burmistrz Sopotu (1919–1923), następnie nadburmistrz (1923–1930).

[4] Ernst August Claaszen (1853–1924) – znany sopocki przedsiębiorca, broker i kolekcjoner sztuki.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz