Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Martwe listy - Caite Dolan-Leach

Ava dowiaduje się z e-maila od matki, że jej siostra bliźniaczka spłonęła żywcem w stodole przy rodzinnej winiarni. Dziewczyna nie chce w to uwierzyć, ale nie wynika to z żalu czy wyparcia. Cała sprawa za bardzo wygląda na manipulację Zeldy. Jej kolejny chory plan.

Dwa lata temu, po ogromnej zdradzie, jakiej dopuściła się Zelda, Ava wyjechała z domu rodzinnego do Paryża i przyrzekła, że nigdy więcej się do niej nie odezwie. Teraz jednak musi wrócić do Stanów i odtworzyć rzekomo ostatnie kroki swojej siostry. Wkrótce zaczyna otrzymywać od niej wiadomości, w których siostra zaprasza ją do zabawy z piekła rodem.

List po liście, wiadomość po wiadomości Ava odkrywa kolejne wskazówki tłumaczące zniknięcie Zeldy i poznaje przerażającą prawdę na temat swojej rodziny.

"Świetnie skonstruowany thriller". The New York Times Review

"Olśniewające zakończenie". Publishers Weekly

"Istny rollercoaster". Cosmopolitan

"Obłędnie skonstruowana zbrodnia dla fanów Gillian Flynn i Pauli Hawkins". Booklist

Opinie o ebooku Martwe listy - Caite Dolan-Leach

Fragment ebooka Martwe listy - Caite Dolan-Leach

Z powyższego wysnuć można pewien wniosek – otóż ostateczna prawda, jaką kryje w sobie puzzel, polega na tym, że nie jest to, wbrew pozorom, samotna rozrywka: każdy gest układającego jest tylko powtórzeniem gestu, jaki twórca puzzla wykonał już przed nim; każdy element, który bierze do ręki, który bada i pieści, odkłada, znów po niego sięga, każda kombinacja, której bezskutecznie poszukuje, każdy przebłysk intuicji i nadziei, każdy odruch zniechęcenia – jest wynikiem decyzji jego poprzednika, ów bowiem wszystko to dawno już obmyślił, zbadał i wyliczył.

Georges Perec, Życie instrukcja obsługi,

przeł. Wawrzyniec Brzozowski

Zamiar tak zgubny, o ile nie jest godny Atreusza, godny jest Thyestesa.

E.A. Poe, Skradziony list, przeł. S. Wyrzykowski,

w tegoż: Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze

1

Moja siostra, urodzona twórczyni mitów, zawsze lubiła opowiadać historię o tym, jak błędnie nas nazwano. Była z niej dumna, jak gdyby ona, mały różowy bobas, nagięła los siłą woli i przybrała imię, które miało przypaść w udziale mnie. Rodzice próbowali być zmyślni (zanim jeszcze stali się wyłącznie żałośni) i nasze imiona miały być częścią dziwacznej mitologii rodzinnej, zbudowanej przez nas samych. Od A do Z, Ava i Zelda. Pierworodna miała otrzymać A jak Ava, a druga z kolei Z jak Zelda i razem miałyśmy dawać cały alfabet naszym pomylonym i chwilowo szczęśliwym rodzicom, którzy oboje ulokowali się nieefektownie pośrodku alfabetu: M jak Marlon i N jak Nadine. Mojego ojca nazwano po gwieździe filmowej i z typowym dla siebie krótkowzrocznym narcyzmem usiłował stworzyć jakąś bujną spuściznę dla swojej rozkwitającej małej rodziny. Żadnego rozkwitu nie doczekał.

Urodziłam się druga i przeznaczony mi był koniec alfabetu. Jednak to moja siostra była Zeldą już od pierwszego zaczerpniętego oddechu, dzika i nieustępliwa aż po swoją ostatnią ofiarę. Nieuważna pielęgniarka podała mojemu ojcu dzieci w złej kolejności, przez co druga z kolei córka dostała mu się w pierwszej kolejności i ochrzczono mnie Avą. Określenia „ochrzczono” używam w czysto potocznym sensie. Matkę trafiłby szlag, gdyby pojawiło się jakiekolwiek pytanie na temat faktycznego sakramentu. Rodzice nie byli dobrzy w niczym, ale akurat jako poganie sprawdzali się doskonale.

Ojciec, najwyraźniej zachwycony tym dziwnym zawirowaniem, nalegał, żebyśmy zatrzymały pomyłkowo nadane imiona. Powiedział, że rodzina Antipovów zdoła postawić na głowie nawet alfabet. Matka położyła się wtedy w łóżku i rozpaczała, zapewne odliczając sekundy do pierwszego ginu z tonikiem od ośmiu miesięcy. Nawet teraz jej za to nie winię.

Pas bezpieczeństwa klika cicho, gdy odpinam go, by poszukać w torbie iPada. Czytałam ten mail tyle razy, że nauczyłam się go na pamięć, ale wciąż czuję potrzebę wpatrywania się w te słowa na świecącym ekranie.

Do: malaa@gmail.com

Od: nieconnor@gmail.com

21 czerwiec 2016, 3.04

Ava, po co ci telefon, skoro nie mogę do ciebie zadzwonić w nagłym wypadku? To właśnie jest wpadek. Gdybyś odbrała ten cholerny telefon, nie musiałabym dawać ci znać przez E-MAIL, że twoja siostra nie żyje. Po jednej z pijackich imprez oszło do pożaru i najwyraźniej nie udało jej się wydostać. Jeśli wylecisz jutro z Paryża, to może zdążysz na ceremoię pogrzebową.

Nie potrafię ocenić, czy tekst zawiera literówki, bo mama a) jest pijana, b) nigdy nie nauczyła się poprawnie pisać na klawiaturze („nie jestem pieprzoną sekretarką i nie po to zostawałam feministką, żeby zajmować się korespondencją”) czy c) z powodu demencji, która ma wpływ na jej poprawność językową. Stawiam kasę na wszystkie trzy powody. Nigdy nie widziałam, żeby Nadine Antipova, z domu O’Connor, przyjmowała wieści – dobre czy złe – bez ćwiartki ginu. Śmierć córki, zwłaszcza tej ulubionej, wstrząsnęła pewnie nawet nią. Zgaduję, że była wcięta już wtedy, kiedy jej to mówili, i nie była w stanie się dodzwonić, bo nie pamiętała numeru albo nie potrafiła go wprowadzić. Musiałaby podreptać ostrożnie na górę i odpalić starego MacBooka, który zbierał kurz na czymś, co służyło kiedyś mojemu ojcu jako biurko. Następnie obniżyłaby rozklekotane krzesło biurowe i skrzywiła się z powodu blasku monitora. Po kilku frustrujących minutach i falstartach (a także zapewne po kolejnym hauście ginu) namierzyłaby Firefoxa i przedostała się do Gmaila, o ile nie spróbowałaby najpierw odpalić starego, dezaktywowanego już konta na Hotmailu. Zapytana o hasło zapewne zbluzgałaby komputer, ponieważ polecenia, by przypomniała sobie konkretną kombinację, Nadine uważała za szczególnie złośliwe wobec jej słabnących władz umysłowych.

Usiłowałaby coś wpisać, ale hasło samo pojawiłoby się w okienku, już wcześniej wprowadzone i zapamiętane, ponieważ Zelda, na swój niekonsekwentny i beztroski sposób, usiłowała ułatwić matce trudne życie. Dopiero wtedy pijana, poirytowana, wściekła i przerażona matka mogła napisać do mnie zrzędliwego maila na temat tego, że moja siostra bliźniaczka spłonęła żywcem. I jeśli dla mnie wybrała właśnie taki sposób, to nawet nie chciałam wiedzieć, jak dowiedział się mój ojciec.

Po przeczytaniu listu pomyślałam najpierw, że Zeldzie pewnie spodobałaby się taka śmierć. Właśnie tak chciała odejść. Był to stosowny sposób opuszczenia tego świata dla kogoś nazwanego po pani Fitzgerald, zmarłej rzekomo w majakach, kiedy to ogień niszczył sanatorium, w którym zamknięto ją na spory kawałek jej życia. Bertha Rochester umarła w dość podobnych okolicznościach. Jako dzieci bawiłyśmy się w Joannę d’Arc i Zelda układała wielkie stosy dla lalek z patyków przebranych za nastoletnią męczennicę (Zelda była Joanną, mnie przypadała rola nikczemnych angielskich inkwizytorów). Śmierć przez spłonięcie była właściwa dla wizjonerek i wariatek, a Zelda należała do obu tych grup. Moja mroczna połowa.

Ale potem, jako że dobrze znałam siostrę, zaczęłam o tym myśleć jeszcze inaczej.

To wszystko było bardzo w stylu Zeldy. Aż za bardzo. Kiedy wreszcie udało mi się dodzwonić do matki, wymamrotała, że stodoła z Zeldą uwięzioną wewnątrz zajęła się ogniem. Ta sama stodoła na tyłach domu, którą Zelda przemieniła w schron służący do ucieczek, kiedy już nie mogła wytrzymać przebywania z chorowitą i chamowatą matką. Wiedziałam, że lubi uciekać na drugie piętro, patrzeć przez okno, palić jednego papierosa za drugim, pić i pisać do mnie e-maile. Śledczy ze straży pożarnej byli zdania, że usnęła z papierosem (typowe dla niej!) i drewno stodoły oraz wszystkie książki, które tam zgromadziła, łatwo zajęły się ogniem w suchy czerwcowy dzień. Spłonęła żywcem w dzień letniego przesilenia. Jej zwęglone resztki leżały na wprost okien domu i matka – ze swoim słabnącym umysłem i na wpół zamarynowaną alkoholem wątrobą – miała na nie wspaniały widok. Moja siostra nie mogła sobie wybrać bardziej odpowiedniego sposobu na śmierć.

Tacki z drinkami suną obok mnie, beztrosko obijając się raz po raz o kolana osób o długich nogach. Niewielka, rozmiarem przystosowana do podróży, mam aż za dużo miejsca nawet na tradycyjnie przymałym siedzeniu w samolocie. Pamiętam, by wziąć dla siebie Krwawą Mary w plastikowym kubku, rozmyślając jednocześnie po raz enty nad związkiem nazwy tego cennego, życiodajnego drinka i naszej dwójki, kiedy próbowałyśmy jako małe dziewczynki wywołać tę straszliwą pannę młodą z luster.

Mieszam gęsty sok pomidorowy ze zbyt wieloma kostkami lodu i niewystarczającą ilością wódki, a następnie sączę napój przez czerwoną słomkę. Uwielbiam te wąskie słomki do mieszania. To, jakie są malutkie. Usilnie próbuję za to nie myśleć o miejscu, które zostawiam, i o tym, które zamierzam odwiedzić. Podróżowanie w tę stronę przez Atlantyk zawsze wydawało mi się okrutne. Opuszcza się Europę w porze śniadaniowej i dolatuje do Stanów Zjednoczonych w porze brunchu, a przy tym jest się wykończonym, głodnym i gotowym na obiad. Słońce cofa się po nieboskłonie. Spotykasz się ze swoimi rozdrażnionymi znajomymi i krewnymi po piętnastu godzinach mordęgi, a godziny te spędziłaś na jakimś dziwnym wygnaniu w niebycie pomiędzy lotniskami i samolotami. Wieczny powrót do Ithaki. Zostanę odebrana z maleńkiego lotniska i zawieziona do domu rodzinnego, pięćdziesiąt metrów od miejsca, gdzie raptem kilka dni temu moja siostra spaliła się na proch – i to jeszcze przed obiadem. Zastanawiam się, czy zgliszcza jeszcze się tlą. Czy zgliszcza robią coś jeszcze? Od niecałego miesiąca miałyśmy po dwadzieścia pięć lat.

Przejdę przez próg i momentalnie uderzy mnie zapach mojego dzieciństwa i domu rodzinnego. Wejdę po schodach do pokoju matki. Jeśli będzie choćby minuta po piątej (a raczej będzie, kiedy już pokonam tę odległość w górę stanu), zastanę matkę pijaną albo już blisko tego stanu, a ja usiądę obok niej i naleję obydwu po sporym kieliszku wina. Nie porozmawiamy o Zeldzie, nigdy tego nie robimy. W końcu (a potrwa to tyle co nic) powie coś okrutnego, czego nie zdołam wytrzymać, po czym wyjdę. Jeśli będę w mściwym nastroju, to zabiorę wino ze sobą, żeby po kolejną butelkę musiała ostrożnie zejść na dół, ryzykując tym samym złamanie biodra i upokorzenie wynikające z porażki.

Wyjdę na zewnątrz z tą butelką wina i spojrzę na poczerniałe drewno stodoły. Zbadam ciemne sterty popiołu. Dopiero wtedy zacznę odkrywać tajemnicę mojej siostry i odnajdę ją, gdziekolwiek się schowała. Wyłaź, wyłaź gdziekolwiek jesteś. W co ty grasz, Zeldo? Zawsze kiepsko wychodziło jej trzymanie się zasad.

Do: malaa@gmail.com

Od: zazazelda@gmail.com

5 września 2014, 20.36

Słodka Siostro, Monozygotyczna Współlokatorko Łona,

no i jak, czy Paryż to miejsce jak żadne inne? Czy błyszczy tam olśniewająco od mitologii i zbędnego przepychu? Podejrzewam, że w obydwu przypadkach tak jest, zwłaszcza jeżeli Ty patrzysz. Niech zgadnę, co tam porabiasz: wylądowałaś, pozbyłaś się bagażu i triumfalnie poszłaś wzdłuż Sekwany – bo przecież w chwilach triumfu zawsze lubisz przebywać blisko wody, to pewnie genetyczny podarunek od kobiet, które w czasach prehistorycznych wędrowały po plażach i tak dalej – no więc przechadzasz się, nawet nie, wręcz pląsasz wzdłuż tych pustych brzegów, a następnie, jako nieodrodna córka naszej matki, szukasz jakiegoś napoju alkoholowego. I – ponieważ to dla Ciebie bardzo ważne, żeby zmieszać się z tubylcami, ale też czuć się historycznie zakorzenioną w autentyczności – założę się, że do picia wybrałaś… lillet! Bardzo możliwe też, że był to szampan, ale postawiłabym duże pieniądze na to, że zarówno wstyd, jak i oszczędność powstrzymały Cię przed wywaleniem sześćdziesięciu albo siedemdziesięciu euro na butelkę bąbelków. Założę się, że upiłaś tylko odrobinę lillet, wypróbowałaś swój doskonale akceptowalny francuski, poczułaś się dobrze ze swoją ucieczką, udałaś, że wcale nie chciałaś wypić niczego innego i kupiłaś ten szampan w jakimś uroczym, „autentycznym” sklepie z winami po drodze do domu wielkości pudełka po butach, w którym będziesz mieszkała, aż wreszcie wydalisz z organizmutę frankofilię (albo do chwili, gdy już roztrwonisz zaskórniaki ojca i będziesz musiała wracać do domu). Przez cały ten czas postarasz się nie myśleć o tym, co się stało, zanim nas zostawiłaś. Dlaczego nas zostawiłaś. Mam rację, Ava, n’est-ce pas?

Cóż, bardzo mnie cieszy, że spełniasz swoje marzenia i tak dalej, nawet jeśli to oznacza opuszczenie ukochanej siostry bliźniaczki, którą zostawiłaś w kiepskim stanie na hamaku, pocącą się z lekka na samą myśl o tym, że odtąd ma zajmować się samodzielnie naszą matroną. Od zawsze powtarzasz, że ta kobieta mnie kocha bardziej, ale CHRYSTE PANIE, powinnaś teraz zobaczyć, jak za Tobą rozpacza. Moim zdaniem naprawdę myślała, że blefujesz i nie zamierzasz realizować planu z tym wyjeżdżaniem po ukończeniu studiów, i że w końcu osiądziemy obie w domostwie, by ocierać jej czoło i trzymać ją za rękę, podczas gdy nią na drodze do zupełnego zatracenia będą rzucać drgawki w czasie kolejnego z codziennych zjazdów. A jakie zrobiła wielkie oczy, kiedy zeszłaś na dół z walizką! Niewiele pamięta z całego zajścia, ale tej zdrady nie zapomni. Porzucona czekała tygodniami w skrajnie bolesnym napięciu, nie wierząc, że można ją zostawić, używając tak słabej wymówki!

Nie staram się wpędzić Cię w wyrzuty sumienia (Nigdy w życiu! Nigdy. W życiu. Nawet po tym wszystkim, co się stało…), ale zamiast tego próbuję naszkicować Ci obrazek z życiem i jak będzie ono wyglądało pod twoją nieobecność. Zamierzam zostać w przyczepie (naprawdę! I nikt mnie stąd nie wykurzy! Nawet ta cholerna, stara jędza) i nie wracać do domu przy winnicy. Mama jest w średniej formie, to prawda, ale będę ją tam odwiedzać każdego dnia, poza tym jest na tyle żwawa, by zająć się sobą nocami. Tak myślę. Przyczepa stoi niecałe dwa kilometry dalej. Zresztą jakby co, dojrzę słupy dymu, jeśli w końcu spali dom, haha! Rozważałam zatrudnienie kogoś, żeby dotrzymywał jej trochę towarzystwa i pomagał przy mniej apetycznych czynnościach (pieluchy można dostać tuż za rogiem, naprawdę), ale wolę nie mieszać w złotym kociołku Antipovów i O’Connorów. Nie licząc kilku cudownych zbiorów, myślę, że lata szalonego przychodu Winnicy Silenus możemy mieć za sobą, Ava. Ale przynajmniej to podupadające przedsiębiorstwo daje mi jakąś iluzję profesji, dzięki czemu czuję się bardzo dorosła podczas imprez, na które chodzę, i prawie nigdzie indziej. Dzięki temu mam też jakieś zajęcie. Nie bez przyczyny ten protosatyr, Nasz Rozpustny Ojciec, był taki podjarany pomysłem założenia winnicy. Ten człowiek jednak nie był kompletnym durniem.

Ech, ale się rozpisałam. Siedzę i piszę na tym antycznym laptopie przy biurku taty. Próbowałam nauczyć tego mamę, ale ona ledwo pamięta, żeby podciągnąć gatki po odlaniu się (mogło być znacznie gorzej!), więc wydaje mi się, że w głównej mierze robię to dla siebie. Kiedy skończę, pójdę w stronę nasłonecznionego tronu matki i zwabię ją do środka pokusą akurat takiej ilości wódy, żeby nie próbowała się stawiać. Tak wygląda brutalna prawda. Nie wątpię, że skosztowałaś już jakiegoś brie i bagietki, ale pamiętaj – bez przesady! Gdyby była tu ze mną nasza matka, kazałaby Ci przypomnieć, że zauważyła niedawno małą fałdkę na Twoim ramieniu i że to nie czas, by sobie odpuszczać. Co za ironia losu.

A już całkiem poważnie, tęsknię za Tobą jak szalona. Przecież WIADOMO, że żartowałaś z tym całym kończeniem studiów. No i chyba możemy ze sobą znowu rozmawiać?

Wieczna miłość od uwielbiającej Cię bliźniaczki,

Z  jak Zelda

Siedem godzin, kolejny lot i jeszcze jedną tanią Krwawą Mary później gapiłam się przez małe okno samolotu na pas jezior rozciągający się pode mną. Silniki są tak głośne, że boli mnie cała szczęka i skronie. Kiedy samolot przechyla się przy podejściu do lotniska Ithaka, widzę, jak Finger Lakes błyszczą w rzędzie, skąpane w późnym, popołudniowym słońcu. Jestem oczywiście spóźniona. Kontrola paszportowa w Filadelfii ciągnęła się godzinami, moja torba dostała się na karuzelę ostatnia i spóźniłam się na łącznikowy lot. Następne połączenie z Ithaką zostało odwołane, ale to się przecież zdarza w pięćdziesięciu procentach przypadków. Jeszcze częściej zimą. Lotnisko sprawiło, że podupadłam na duchu. Przy podgrzanym w mikrofalówce jedzeniu Sysco i piwach za osiem dolarów po prostu nie można się odprężyć. Jedzenie i picie były dla mnie jedynymi źródłami prawdziwej i głębokiej przyjemności. Pod tym względem przypominałam ojca. Jestem w sumie wdzięczna, że lecę tym hałaśliwym samolotem. Krążę nad jeziorami jak pasta do zębów spływająca w stronę ujścia w zlewie. Ruchem spiralnym w dół.

Jeszcze raz zastanawiam się, czy to jednak nie jest błąd, że przyleciałam tutaj sama. Na swój czuły galijski sposób Nico oferował mi wczoraj w łóżku, że będzie mi towarzyszył. Niepewny i hojny, jak zawsze. To miejsce rozerwałoby go na strzępy. Byłby zszokowany w starciu z takim wyuzdanym okrucieństwem. Próbowałby grzecznie pić wino, ale jego szklanka przez cały wieczór pozostawałaby w połowie pełna. Nie jest snobem, ale to Francuz. A poza tym Nico jest dobrze wychowany. Dokuczałaby mu samotność pośród moich znajomych i rodziny, którzy byliby zbyt zajęci rzucaniem się sobie do gardeł, by zwrócić uwagę na grzeczności. Cieszyłabym się z jego obecności i tego, że na koniec każdego morderczego dnia będzie czekał na piętrze w przesadnie białej sypialni, by mnie pocieszyć po kolejnej jatce. Na samą myśl o tym żołądek mi się przewraca i zaczynam wątpić, czy dobrze postąpiłam, zostawiając go. Powiedziałam mu, że jeśli mój pobyt tu przeciągnie się do kilku tygodni, to oczekuję, że wpadnie z wizytą. Dzięki temu będzie mnie bardziej kusiło, żeby zwiać z okolic Winnicy Silenus i jeziora Seneca. Jakbym w ogóle potrzebowała zachęty, żeby stamtąd uciec.

Koła dotykają podłoża i obracam się ponuro w stronę lotniskowych okien. Zastanawiam się, czy ojciec faktycznie przyjedzie, żeby mnie odebrać, tak jak obiecał. W powietrzu tego miejsca już czuję ostry, kwaskowy, lokalny posmak Pinot Grigio, które moja matka przechowuje w lodówce, i zdaję sobie sprawę, jak bardzo mam na nie ochotę.

Mój ojciec, Marlon, zadekował się na zewnątrz lotniska i uciął sobie drzemkę na jednej z ławek. Naciągnął słomkową fedorę na oczy i mam przeczucie, że leży tak od dobrej chwili. Trącam jego stopy, by się obudził. Pod rondem kapelusza powoli otwierają się oczy.

– Mała A! – pieje, prostując się. Wszystko, co ma na sobie, jest z lnu. Koszula i spodnie elegancko pomarszczone. Spojrzenie zielonych oczu straciło nieco na ostrości. Nie widziałam go ponad dwa lata, ale wygląda mniej więcej tak samo. Jego ciemne włosy są może ciut jaśniejsze, a linie wokół oczu pogłębiły się trochę, ale wciąż jest swobodny i niefrasobliwy jak zawsze. I jak zwykle na widok jego uśmiechu czuję ogromną pokusę, by wybaczyć mu jego braki i to, że nas zostawił. Matka spędziła półtorej dekady na wybaczaniu temu mężczyźnie, a nie przychodzi jej to łatwo. Zdumiewa mnie magnetyzm ojca i żałuję, że zamiast niego odziedziczyłam jego zielone oczy i skłonność do jedzenia i picia.

Kiedy tylko skupi na mnie swoje spojrzenie, zrywa się z entuzjazmem nietypowym jak na kogoś, kto właśnie stracił dziecko. Wiem jednak dobrze, że przy mnie będzie tryskał energią i optymizmem. Będzie zabiegał o sympatię. Już prawie rzuca się, by mnie przytulić, ale przypomina sobie, jak się mają sprawy między nami. Wciąż jest szczupły, choć kiedy przytulam się lekko do niego, z torbą na ramieniu, wyczuwam pod kremową lnianą koszulą początki wystającego brzucha. Ściska mnie mocno.

– Cześć, tatusiu. Fajnie, że udało ci się po mnie wyjechać. – Naprawdę staram się, by w moim głosie nie było słychać sarkazmu, ale nie do końca mi to wychodzi. Udaje, że tego nie słyszy. Mój ojciec brzydzi się konfliktem. Prawdopodobnie dlatego woli swoją drugą rodzinę.

– A, tak mi przykro. Boże, nie potrafię sobie nawet wyobrazić… – Chwyta mnie za ramiona i wpatruje się intensywnie w moją twarz. Zdaję sobie sprawę, że wbrew samej sobie mogę zacząć płakać, dlatego delikatnie go odtrącam. Jego twarz znaczą zmarszczki: tragiczny patriarcha w zrujnowanym królestwie opłakuje zmarłą córkę.

– Wiem, tato. To… w porządku. Wszyscy mamy już z górki. – Stary rodzinny żart. Teraz już z pewnością mniej zabawny i z latami będzie tylko tracił. Podobnie jak nasza rodzina. – Mama bez wątpienia… – Nie wiem, jak dokończyć to zdanie. Mama bez wątpienia jest w rozsypce, z pewnością o tej porze wlała już w siebie całą butelkę Pinot Grigio, zważywszy na to, jak długo leciałam. Na pewno rozpęta się piekło, kiedy Marlon przyjedzie do domu. Ojciec popisuje się, szarmancko biorąc ode mnie walizkę i kierując się ku parkingowi. Bez wysiłku przerzuca torbę przez ramię, tym samym w łatwy sposób dowodzi swojej męskości.

– Niewiele ze sobą zabrałaś, A.

– Pakowałam się w pośpiechu. Poza tym dużo moich rzeczy zostało w domu. No i zawsze mogę włożyć coś Zeldy.

Wzdryga się delikatnie i unika mojego wzroku. Nico też dziwnie zareagował, kiedy poprzedniej nocy powiedziałam ten sam tekst, wrzucając przypadkowe rzeczy do walizki, kiedy on przysiadł nerwowo na krawędzi łóżka, najwyraźniej martwiąc się o moje zdrowie psychiczne. Rozumiem, dlaczego niektórzy mogą uważać za faux pas to, że zamierzam wyszukiwać w domu i donaszać dziwaczne ubrania po mojej niedawno zmarłej siostrze. Będę jak niepokojący, cielesny poltergeist. Ale noszę jej rzeczy od zawsze. Mieszałabym w jej planach, gdybym nagle zaczęła postępować inaczej.

– Rozmawiałaś już z matką?

– Wczoraj przez telefon, przelotnie. Była mocno zdezorientowana, więc niewiele z niej wyciągnęłam.

– Jak ona sobie… radzi?

– Co, nie dzwoniłeś do niej?

– Próbowałem, mała A. Od razu się rozłączyła. – Milknie. – Nie winię jej. Musi to cholernie ciężko przeżywać.

– Tak szczerze mówiąc, nie wiem, jak ona się czuje, tato. Nie rozmawiamy zbyt często. Była naprawdę… wściekła, kiedy wyjechałam do Francji. A Zelda twierdziła, że ma coraz mniej dobrych dni.

– Posłuchaj, dziecino… Przykro mi, że musisz się tym zajmować. Nią. To niesprawiedliwe. Do tego wszystkiego… – Marlon nie wie, jak kontynuować. Bliżej przeprosin już się nie zapuści. Jest w tym bardzo dobry. Człowiek zdaje sobie sprawę dopiero po wszystkim, że on tak naprawdę znowu za nic nie wziął odpowiedzialności.

– Nie mówmy o tym, tato. Chciałabym chociaż… Nacieszyć się słońcem.

Dotarliśmy do samochodu, który optymistycznie zaparkował w strefie rozładunku. Dostał mandat, którego pewnie nie zapłaci. To część świata, która nie przejęła jeszcze zachowania typowego po 11 września dla terenów tranzytowych w reszcie kraju. Ochrona lotniska raczej niefrasobliwie stosuje się do protokołu w kwestiach zapobiegania atakom terrorystycznym. W Nowym Jorku auto Marlona dawno by odholowano, a on siedziałby w areszcie. Ale tutaj, w Ithace, wystarczy mandat.

Wynajął oczywiście błyszczący kabriolet. Ojciec lubi podróżować z klasą, niezależnie od stanu konta i tego, co akurat wypada. O wszystkich ekonomicznych restrykcjach myśli jak o martwych listach, przesyłkach, których nie można dostarczyć. Jak o regułach, które go nie dotyczą.

– Niezła bryka – mówię. Krzywi się zawadiacko, kiedy ładujemy bagaże i siebie do środka, po czym odjeżdżamy. Mam nadzieję, że może prowadzić. Sama nie trzymałam kierownicy od dwóch lat, nie mam nawet prawa jazdy, ale i tak lepiej bym sobie poradziła, jeżeli on jest pijany. Jego ruchy sprawiają jednak wrażenie względnie dobrze skoordynowanych, a kiedy dotrzemy na drugą stronę miasta, przed nami będą już tylko puste polne drogi, gdzie będziemy wzbijać kurz i jechać, jak nam się podoba. Odprężam się, kiedy zwalniamy na Route 13, mijając jezioro Cayuga po prawej stronie.

– No no no, Paryż! Do diabła, jak tam jest, maluchu?

– Jest tam wszystko, czego się można po tym miejscu spodziewać, tato. – Wzruszam ramionami.

– No daj spokój, to jedno z najwspanialszych miast na świecie! I tylko tyle masz mi o nim do powiedzenia?

– To bardzo daleko od Winnicy Silenus. Dalej nawet niż Kalifornia.

Ignoruje mój lodowaty ton. Nadal jest pogodny, ale wyraźnie się zmusza, kiedy próbuje być radosny.

– Jak zawsze trzymają się ciebie żarty, mała A – drażni się ze mną. – Aj waj.

Gwiżdże jakąś melodię cały czas, kiedy przejeżdżamy przez miasto. Wiatr przeczesuje jego grube czarne włosy, nie tak kręcone jak nasze, raczej falujące. Kiedy dowiedziałyśmy się, że gen odpowiadający za kręcenie włosów jest recesywny, Zelda i ja zaczęłyśmy spekulować w kwestii naszego dziedzictwa. Ale na naszym genotypie odbiło się tak dużo pieczęci ojcostwa Marlona, że odrzuciłyśmy istnienie cienia szansy na inne pochodzenie, ot zwykłe myślenie życzeniowe. Litery naszego DNA oznaczają nasze pochodzenie, ale nie określają naszej przyszłości.

– Co robiłeś, czekając na mnie? – pytam, choć znam odpowiedź. Ciekawi mnie, czy skłamie.

– Zatrzymałem się po drodze u starych znajomych i wyszliśmy razem coś przekąsić.

– O, gdzie poszliście?

– Hm, jak się nazywa to miejsce w centrum? Z tanimi Margaritami?

– Viva.

– Taaa, meksykańskie jedzenie mają mocno średnie. – Krzywi się. – Ale to jedyne otwarte miejsce między czternastą a porą obiadową w tej pipidówie.

– Jedyne miejsce z barem, chciałeś powiedzieć – dodaję, drocząc się z nim.

Uśmiecha się ponownie.

– Zapomniałem, jak uroczo spokojne są te strony.

Włącza kierunkowskaz i przez chwilę jedziemy w milczeniu.

– A co u tej twojej starej przyjaciółki, tato? – pytam. Mruga. Jest znakomitym kłamcą i widzę, że właśnie rozważa – skłamać czy nie. Wydaje mi się, że powie prawdę. Bo jestem teraz starsza. Bo dopiero co zmarła moja siostra bliźniaczka, która, dodajmy, odziedziczyła ten konkretny talent do oszukiwania.

– Masz na myśli Sharon? – pyta.

– A kogo innego?

– U niej w porządku – mówi niepewnie. Nigdy nie przeprowadziliśmy porządnej rozmowy na temat kobiety, którą posuwał, kiedy byłam w szkole podstawowej. Zastanawiałam się, czy zdaje sobie sprawę z tego, że obie z Zeldą wiedziałyśmy. Nasza matka zresztą też.

– To dobrze. Często się z nią widujesz?

– Nie – odpowiada łagodnie. – Minęło parę lat.

– A jak twoja trzecia żona? Maria?

– U niej dobrze. Dziewczynki też się dobrze mają. Sześć i osiem lat, dasz wiarę? Małe urwisy. Pokażę ci później ich zdjęcia w telefonie. – Urwał na moment. – Blaze to mała terrorystka, a Bianca czasami przypomina mi ciebie, kiedy byłaś mała. Jest taka… porządna.

– Czyli dobrze ci w Napie?

– Tak, tak. Całkiem dobrze! Winnica nadal nieźle sobie radzi. W zeszłym miesiącu zrobili o nas materiał w „Wine Spectator”. – Wiem o tym, w końcu my też prowadzimy winnicę i prenumerujemy to pismo od 1995 roku. On zresztą o tym pamięta, sam nalegał na tę subskrypcję i zostawił nas z rachunkiem. – Powinnaś wpaść z wizytą, póki jesteś w Stanach. Jestem pewien, że Maria chce poznać was obie.

Oboje wzdrygamy się na dźwięk liczby mnogiej czasu teraźniejszego.

– Zobaczymy. W każdym razie muszę wrócić dość szybko do Paryża.

– Przecież jest lato, mała A! Pożyj sobie trochę! Nigdy się nie relaksujesz. Jestem pewien, że studia mogą zaczekać do jesieni. – Irytująco szturcha mnie łokciem.

Kiwam głową.

– No może, nie wiem. Ale ślęczę teraz nad pracą dyplomową, więc jestem trochę zajęta. Zajmuję się związkiem Edgara Allana Poe i ruchu OuLiPo, ich wspólnego zainteresowania formalnymi ograniczeniami…

– Poe nie robił na mnie wrażenia ograniczonego – przerwał mi, pewnie myśląc, że wyda się mądry.

– Nie on jest ograniczony, mówię o formie. Interesują mnie szczególnie lipogramy i pangramy. Mam teorię, według której oba są oczywiście potrzebne w tekstach OuLiPo, ale mogą też występować w dziełach Poego. Jak dotąd skupiałam się tylko na aliteracjach i powtórzeniach, a ponieważ prace Poego były wyraźnie związane z nieświadomym…

– Pangram? To coś jak: „Mężny bądź, chroń pułk twój i sześć flag”? – Marlon przerywa. Pewnie próbuje zrobić na mnie wrażenie.

– Na tym to polega, tak. Jak dotąd pracuję nad jednym z jego esejów, który napisał na temat poezji…

– Brzmi to wszystko bardzo mądrze, mała A, i nie mogę się doczekać, aż jeszcze o tym porozmawiamy. Ale czy nie możesz sobie zrobić przerwy? Jest lato, i, no cóż, twoja siostra…

Kapituluję. Marlona zupełnie nie interesuje, o czym rozmyślam na co dzień.

– Tak, wiem, to Zelda była tą zrelaksowaną. A ja – odpowiedzialną.

– Wciąż taka jesteś, kochanie – odpowiada, próbując mnie pocieszyć.

– Nie, teraz po prostu tylko ja zostałam. – Nagle czuję się jak własna matka, prawie jakbym próbowała sprawić, by poczuł się jak kupa gówna. – Przepraszam, tato. Nie jestem po prostu… pewna… – Na chwilę się dekoncentruję, patrząc w lusterko, jak Ithaka niknie za nami i zmierzamy w stronę autostrady po drugiej stronie jeziora.

– Wszystko w porządku, dzieciaku. Mów, co musisz.

Klepie mnie po kolanie. Zdaję sobie sprawę, że od powitania ojciec nie popatrzył na mnie ani razu. Jak gdyby nie mógł. Szukam w przydużej torbie okularów przeciwsłonecznych i nakładam je na wypadek, gdybym się rozpłakała. Ale kiedy spoglądam na błyszczące zielone liście i lśniącą wodę, podejrzewam, że nie będę musiała.

2

Zmagając się ze zmęczeniem po podróży samolotem i niewystarczająco podniesiona na duchu Krwawymi Mary, nie mogę utrzymać oczu otwartych i przysypiam gdzieś na polnych drogach, które prowadzą nas przez wąski, wyboisty przesmyk między jeziorami. Budzę się dopiero u podnóża wzgórza górującego nad Senecą. Widok jest niesamowity, słońce niedługo zajdzie, a ja z trudem łapię powietrze, jak zawsze kiedy jadę tą trasą. Nigdy wcześniej nie byłam tak długo poza domem. Dwadzieścia miesięcy. Patrzę na Marlona i mimo że ma okulary, widzę, że się wzruszył. Może nawet płakał. To dla mnie szokujący i nieprzyjemny widok – jego czarująca i beztroska fasada tak rzadko się kruszy, ale kiedy to się już zdarza, to prawie jakby świat się kończył. Być może Marlon o tym wie, ponieważ gdy zauważa, że się budzę, natychmiast cały się zmienia i posyła mi jeden ze swoich jaśniejszych uśmiechów, ukazując przy tym zęby. Wiem, że uwielbiał tu mieszkać. Kochał naszą byle jaką winnicę. Kochał nawet moją matkę i nas. Ale lata niezgody i okrucieństwa robią swoje z miłością wobec ludzi, podczas gdy jego uczucie do ziemi zostało nienaruszone. Uśmiecham się do niego, bo mimo wszystko też tęskniłam za tym miejscem.

Auto sunie po drogach, a my zjeżdżamy niżej i niżej, zbliżając się do brzegu jeziora. Wokół nas roztaczają się plantacje winogron i słychać przyjemne brzęczenie milionów owadów. Temperatura spada gwałtownie wraz z tajemniczymi powiewami i na przedramionach i udach dostaję gęsiej skórki. Czuję zapach zimnej wody.

Winnica Silenus stoi na wzgórzu, akry winorośli ciągną się wzdłuż sali degustacyjnej, która wychodzi na prosty drewniany taras skierowany ku wodzie, dla podkreślenia nastroju zastawiony zdobionymi beczkami. Plony są tu niewielkie, a winogrona kiepskiej jakości, nawet jak na Finger Lakes.

Bacznie wszystko obserwuję, kiedy przejeżdżamy obok, żeby zobaczyć, czym zajmowała się przez ostatnich dwadzieścia miesięcy Zelda. Trudno mi sobie wyobrazić swoją nieprzewidywalną i ogólnie leniwą siostrę, jak orze ziemię niczym pracowity rolnik, ale tak naprawdę udało się jej samodzielnie ocalić to miejsce przed ruiną. Zastanawiam się, czy on tutaj był i mieszkał w przyczepie Airstream razem z nią, jeśli to on organizował wiosenne poprawianie podpór pod winogrona i jesienne zbiory. Muszę założyć, że tak właśnie było. Zelda nigdy nie dbała o harmonogramy. Nietrudno ją sobie za to wyobrazić, jak przez cały maj i czerwiec pije drinki Pimm’s na tym tarasie i przyrzeka sobie, że jutro przestawi druciane ogrodzenia. Chyba że faktycznie się temu poświęciła, wtedy tyrała jak wół. Wiem, że będę musiała się z nim wkrótce zobaczyć, może nawet dziś. Wiję się ze wstydu na myśl o tym, co mu powiem.

Ojciec niezręcznie próbuje odchrząknąć.

– Wiesz co, strasznie dziwna sprawa – mówi. – Chyba zaczynam wariować. Chodzi mi o to, że kiedy byłem w barze… – Kręci głową, pofalowane włosy podskakują. Nie kontynuuje tematu.

– Co? – dopytuję się.

– To głupie.

– Ale co?

– Wydawało mi się, że widzę twoją siostrę. – Staram się, by wyraz mojej twarzy pozostał niezmieniony. – Albo ciebie, rzecz jasna. Ale poruszała się jak Zelda. Sam nie wiem, tracę zmysły. – Marlon śmieje się sam z siebie. – Niedorzeczne, co?

– Ból po stracie robi z głową dziwne rzeczy – odpowiadam, próbując nie zdradzić własnych myśli. Czy Zelda chciała, żeby ją zobaczył? Jest w Ithace? Albo w Kalifornii? Odchylam się na siedzeniu, rozmyślając o siostrze. O tym, czy w ogóle chciałoby się jej pogrywać z Marlonem w ten sposób. Po tym, jak nas zostawił, było prawie tak, jakby przestał dla niej istnieć. Podczas gdy ja usychałam z tęsknoty.

Tata zjeżdża na długi stromy podjazd, który prowadzi do sali degustacyjnej i domu stojącego tuż obok. Nadine i Marlon postawili go po tym, jak powstało miejsce do degustacji i nowa piwnica, co umocniło jedynie wrażenie, co tu tak naprawdę jest priorytetem. Najpierw pijemy, dopiero potem mieszkamy. Moja matka ze swoimi wymaganiami i czepliwością zaprojektowała dom z przyjacielem architektem z miasta i każde okno, listwa i narożnik odzwierciedlają jej miłość do właściwych proporcji, modernizmu i abstrakcji. Nie jest to ciepły, przytulny dom. Obok niego postawiono stodołę.

Poczerniała skorupa stodoły wyrasta przed naszymi oczyma, kiedy tata wjeżdża na żwirowy parking. Widok jest częściowo zasłonięty przez dom, ale widzę osmolone drewno sterczące z ziemi. Dostrzegam żółtą taśmę odgradzającą duży fragment naszego trawnika. Przy zgliszczach zaparkował radiowóz policyjny, a jakiś oficjel krąży po terenie i sprawia wrażenie bardzo skupionego i profesjonalnego. Moje dłonie momentalnie zaczynają drżeć i nie mam zamiaru wysiadać z samochodu. Zelda, coś ty, do kurwy nędzy, najlepszego zrobiła?

Tata bez słów bierze obydwie nasze walizki z bagażnika, a ja w przelotnym ataku paniki zdaję sobie sprawę, że zamierza tu zostać. Pod tym samym dachem co mama. Wydaje się roztrzęsiony, a fakt, że czemuś w końcu udaje się zaburzyć jego wewnętrzny spokój, napawa mnie ulgą. Jego pierworodne dziecko prawdopodobnie dymi się pośród ruin stodoły, którą sam zbudował tamtego boleśnie długiego lata, kiedy to moja matka nie mogła znieść jego obecności w domu. Jej domu. Tata świadomie nie patrzy na stodołę, gdy wchodzimy. Ani na mnie.

– Mamo?! – wołam niepewnie, próbując zgadnąć, gdzie ona jest. Słońce już zachodzi i zastanawiam się, czy zjadła bez nas. Nie wiem, czy Betsy, nasza korpulentna sąsiadka, wciąż jest w okolicy. Dzwoniłam do niej krótko po rozmowie z matką i poprosiłam, żeby podeszła do domu i upewniła się, czy mama ma jakieś jedzenie i czy nie spadła ze schodów. Betsy wydała z siebie ciąg pocieszających, mrukliwych zdań i wykazała się przez telefon praktycznym wsiowym racjonalizmem. Widziała oczywiście pożar przez okno, jej dom stoi niecałe dwa kilometry dalej. Była już wcześniej z wizytą i dopiero co wróciła do domu po mrożoną zapiekankę, kiedy zadzwoniłam. Chciała mi opowiedzieć dłuższą historię, ale pragnęłam się szybko rozłączyć, wślizgnąć z powrotem do łóżka z Nico i pozwolić mu, by szeptał do mnie po angielsku ze swoim wyraźnym francuskim akcentem.

– Betsy?! – wołam.

– U góry! – odpowiada ktoś, prawdopodobnie Betsy. Ojciec stawia walizki przy drzwiach i rozgląda się płochliwie. Widzę, że sprawdza, co się w domu zmieniło. Poręcze zamontowane na zalecenie lekarskie. Zamki na niektórych szafkach kuchennych. Ulubiony obraz mojej matki – wisząca niegdyś w korytarzu reprodukcja Barnetta Newmana – ściągnięty. Zelda w przypływie ślepej furii zerwała go ze ściany i wrzuciła do jeziora podczas pewnej szczególnie zajadłej kłótni, kiedy jeszcze nie zdiagnozowano demencji i nastroje mamy były dla nas niewyjaśnione i niespodziewane. Widzę wyraźnie, że Marlon nie ma zamiaru iść na górę.

– To może ja rozejrzę się trochę i skorzystam z łazienki. Za chwilę wniosę dla nas na górę jakąś butelkę i kieliszki – mówi niezręcznie i cofa się od schodów i milczącej, pajęczej obecności mojej matki, która czeka na górze. – Może dobrze by było, gdybyś ją ostrzegła, że tutaj jestem, dzieciaku. Na mój widok może być nieszczególnie zadowolona.

Kiwam głową. Wiem, że jak tylko zniknę mu z oczu, pójdzie prosto do barku z alkoholem, ale mina mu zrzednie na widok zamka blokującego dostęp. Zelda poinformowała mnie w jednym ze swoich długich e-maili tonem tyleż radosnym co mściwym, że założyła go tam po tym, jak zeszłego roku matka prawie przedawkowała szkocką. Nadine najwyraźniej zapomniała, że od rana piła wino i łykała pigułki usypiające, co w połączeniu z glenmorangie prawie wykończyło jej wątrobę. Marlon będzie musiał się zadowolić czymś słabszym, co znajdzie w lodówce.

Biegnę po schodach na górę i czuję, jak drewniane stopnie znajomo rezonują pod stopami. Odruchowo ściągnęłam buty. Matka nie znosi obecności obuwia w jej niegdyś nieskazitelnym raju wypełnionym energią zen. Człowiek siedzący w salonie w butach potrafił ją doprowadzić do wybuchu gniewu. Dom jest teraz zdecydowanie brudniejszy niż za czasów mojego dzieciństwa. Podejrzewam, że Zelda zwolniła gosposię, którą ja zatrudniłam, korzystając z Craiglist przed wyjazdem do Paryża. Czuję, jak ziemia i kurz zbierają się na podeszwach moich bosych stóp, a kiedy dotykam poręczy, warstwa brudu oblepia mi palce. Mimo to schody czuję tak samo i moje ciało pamięta każde skrzypnięcie po kolei.

Mama i Betsy znajdują się na zewnątrz, na tarasie, na który wychodzi się z biblioteki. Betsy stoi plecami do stodoły, ale matka jest odwrócona prosto do zgliszcz, wpatrując się wojowniczo w tę bliznę pośrodku naszego trawnika, przeciętego taśmą otaczającą miejsce zbrodni.

– Cześć, Betsy. Bardzo ci dziękuję za to – mówię i przygotowuję się na nieuniknione przytulenie, kiedy Betsy podskakuje ze swojego krzesła, by się ze mną przywitać. – Naprawdę, ratujesz mi życie.

Zastanawiam się nad swoim doborem słów, ale Betsy przyciska mnie mocno do piersi.

– Och, Ava, jest mi tak przykro z powodu twojej… twojej siostry! – Momentalnie zaczyna płakać, jej sporych rozmiarów klatka piersiowa na zmianę podnosi się i opada, a brązowe sarnie oczy zalewają się łzami. Klepię ją po ramieniu, próbując stworzyć między naszymi ciałami trochę przestrzeni. Jej pot moczy mi bluzkę.

– Dzięki, jestem bardzo wdzięczna, że tu byłaś. – Urywam. – Cześć, mamo. – Pochylam się, by ucałować ją w policzek, przerywając tym samym jej wpatrywanie się w stodołę. – Jak się czujesz?

– Do diabła, Zeldo, po cholerę poszłaś do tej stodoły? Ile pieprzonych razy mam ci mówić, że masz tam nie palić?

Wzdrygam się, choć przecież mogłam się spodziewać, że mnie pomylą z moją siostrą.

– Mamo, to ja, Ava – mówię cierpliwie. – Dopiero co przyleciałam z Paryża.

– Prawie ci się udało, Zelda. Nic się nie zmieniłaś. Jak miałaś cztery lata, też próbowałaś się zasłonić swoją siostrą, ilekroć coś spieprzyłaś. Nie jestem ani głupia, ani szalona. Masz się tym zająć – wskazuje rozkazująco w kierunku stodoły – natychmiast. I odpuść mi to swoje zwyczajowe dramatyczne pieprzenie, proszę.

Patrzę na Betsy, która nie jest w stanie oderwać oczu od tej sceny. Zachłanne wścibstwo dobrych sąsiadów. Odwracam się w jej stronę.

– Betsy, dziękuję ci raz jeszcze za wszystko. Wiem, że musiało być z nią ostatnio kiepsko. I dzięki, że zadzwoniłaś po straż pożarną. Kto wie… co mogło się wydarzyć.

– Och, Ava! – Betsy w dalszym ciągu prycha i wzdycha. – To było takie przerażające, cała stodoła momentalnie zajęła się ogniem! Pognałam ile sił w nogach, ale… twoja siostra!

– Zeldo, potrzebuję więcej wina – rzuca ostro Nadine, przerywając chlipanie Betsy. Ignoruję ją.

– Co u twoich dzieci, Betsy? – pytam.

– Dzieci? Moje? Och, z nimi wszystko w porządku. – Chichocze. – Rebecca zaczęła właśnie pracę jako asystentka dentystki. A Cody’ego pamiętasz? – mówi zaciekawiona. Tak, pamiętam. Cody był jednym z niepoprawnych dupków, z którymi kończyłam szkołę. Z chęcią opowiedziałabym Betsy, jak jej syn chodził po szkole za pewnym chłopakiem, który przyznał się do tego, że jest gejem, wyzywał go od pedałów i klepał po tyłku.

– Tak. Co u niego?

– Mieszka teraz w San Francisco. Z jednym ze swoich współlokatorów z czasów college’u – obwieszcza dumnie. Powstrzymuję chichot. No po prostu idealnie.

– Zelda, na miłość boską – przerywa Nadine.

– Pogadam z nią teraz, Betsy – mówię, odprawiając ją tym samym delikatnie. Wydaje się wdzięczna.

– Oczywiście, Avo. Żaden problem. Zrobię co w mojej mocy. Wpadnę jutro z jedzeniem.

– Nie musisz tego robić – mówię szybko. – Naprawdę, nie musisz.

– Nie, to żaden problem. Sprawdzę, co u was. Nadine już jadła, a w lodówce jest więcej zapiekanki. – Myślę, że to mi na pewno ułatwi ograniczenie jedzenia. Wielki kołnierz długiej kolorowej sukienki muska jej uszy. – Tym razem przynajmniej udało mi się coś w nią wmusić. Poprzednio nie chciała niczego tknąć.

– Dzięki, Betsy. Aha, na dole jest Marlon, możesz się przywitać w drodze do wyjścia.

Twarz Betsy ściąga się zauważalnie. Jest jedną z niewielu osób, na które nie działa urok mojego ojca. Ma długą pamięć i nie umie wybaczyć Marlonowi tego, w jaki sposób odszedł. Z tego powodu lubię ją jeszcze bardziej.

– Jasne, czemu nie. Avo? Jeszcze jedno. Szczere wyrazy współczucia – mówi i przytula mnie ponownie. Kiwa głową i przechodzi przez szklane drzwi, kierując się na dół. Siadam na krześle Adirondack, które opuściła, i choć bije od niego nieprzyjemne ciepło zostawione przez jej ciało, to jestem zadowolona, że krzesło jest odwrócone w stronę sali do degustacji.

– Wyglądasz całkiem nieźle, mamo. Wziąwszy pod uwagę okoliczności.

– Uważaj na ton, Ava – odpowiada.

Uśmiecham się szeroko.

– Więc jednak wiedziałaś.

– Jak już mówiłam, laleczko, nie jestem szalona. Nie do końca. Po prostu brzydzę się tą kobietą, z tym całym jej gdakaniem i świętoszkowatym… dobrem. – Mama musi zastanowić się nad właściwym słowem, ale widzę, że nie ma problemów z myśleniem. – Jest gruba jak pień i nie ma w sobie nawet tyle przyzwoitości, żeby zdać sobie z tego sprawę. Przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny słuchałam jej gadaniny na temat tego, jak to teraz będzie już dobrze, bo zaraz przyjedziesz, et cetera. – Przewraca oczyma w rozdrażnieniu. – Wyszłam i zaparkowałam przed stodołą, mając nadzieję, że to ją przepłoszy. Ale ona oczywiście musi zrobić to, co należy. Boże, i jeszcze ta zapiekanka… – Wzdryga się teatralnie.

– Co się stało, mamo? – pytam.

– A skąd, u diabła, mam wiedzieć? Przespałam całe zajście. To pewnie przez leki, które dała mi twoja siostra.

Mama pociąga łyk z kieliszka, który trzęsie się w jej dłoni. Rozglądam się za butelką, żeby ocenić, jak dużo już wypiła. Zauważa to.

– Jezu, jesteś gorsza niż twoja siostra. Ona była przynajmniej na tyle dobrze wychowana, że nie musiałam pić sama. Nie skończyłaś chyba w AA, co, mała AA? – szydzi, nabijając się z przydomka nadanego mi przez tatę. Próbuje mnie zachęcić do tego, bym napiła się z nią. Dobrze o tym wiem i nie zmienia to faktu, że naprawdę tego chcę.

– Tata jest już w drodze na górę z butelką i szkłem – mówię lekkim tonem i cieszy mnie, kiedy się wzdryga.

– Marlon tu jest? Ta nasza wielka ryba, której udało się wyrwać z małego bajora? – Próbuje uderzyć w lekki ton, ale słyszę niepokój w jej ćwierkającym głosie. Odruchowo dotyka twarzy w geście trudnej do zwalczenia samoświadomości, geście kobiety, która wie, że nie wygląda dobrze.

– Przyjechał tego ranka. Musiałaś się domyślić, że przyjedzie na pogrzeb córki.

– Owszem, podejrzewałam, że tak będzie. Jestem zaskoczona, że nie zabrał ze sobą nowej kuli u nogi.

– Maria już od jakiegoś czasu nie jest nowa, mamo. Są małżeństwem ponad osiem lat.

– Maria? Myślałam, że ma na imię Lorette.

– Tak miała na imię moja dziewczyna, kiedy się poznaliśmy, Nadine – mówi ojciec z progu. Patrzy na nią z dziwnym wyrazem twarzy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się widzieli, ale wiem, że jej wygląd musi być dla niego zaskoczeniem. Jest taka chuda.

– Och, no tak, rzeczywiście – odpowiada mama automatycznie. Wiem, że kłamie, ale przyparta do muru będzie się bardzo starała, by się nie zbłaźnić.

– Miałaś prawo zapomnieć. To trwało bardzo krótko – rzucam złośliwie. Nadine parska. Z wyrazem zmieszania na twarzy tata podnosi butelkę wina z bąbelkami i trzy lampki do szampana. Zwisają spomiędzy jego palców i brzęczą magicznie. Uwielbiam ten dźwięk.

– W lodówce było tylko z bąbelkami – przeprasza. Kiwam głową na znak, że nie mam nic przeciwko temu. Stawia lampki na poręczy tarasu i serią wyćwiczonych ruchów zręcznie pozbawia butelkę drucianej czapki i korka. Cała nasza trójka wzdryga się na radosny dźwięk towarzyszący otwarciu butelki, a mama i tata zwracają automatycznie oczy ku stodole, jak gdyby ten odruch Pawłowa był sygnałem mającym przyzwać Zeldę, być może nawet zza grobu. Szampan był jej ulubionym napojem. To jednak było jedynie wino musujące, zrobione w naszej piwniczce. Tata nalewa delikatnie gazowane wino do kieliszków i rozdaje je – najpierw matce, potem mnie. Podnoszę swój w geście buntu.

– No cóż, szanowna rodzinko. Zdrowie.

Oboje patrzą na mnie bez wyrazu, a ja odwracam się w stronę jeziora i opróżniam kieliszek dużym haustem.

Do: malaa@gmail.com

Od: zazazelda@gmail.com

Temat: Mademoiselle Pout

1 października 2014, 00.45

Najdroższa Nieprzejednana, Cicha Siostro,

nie sądzisz, że to trochę niemądre, Avo? Doprawdy okrutnie to wszystko przeciągasz, prawie jakbyśmy wciąż były w liceum. No wiesz, jasne, wszystko zaczęło się w szkole średniej, więc mogę Ci TROCHĘ wybaczyć zachowanie na poziomie rozhisteryzowanej gówniary, ale jesteśmy już w wieku, kiedy nasza dojrzałość kwitnie w najlepsze, więc spodziewam się, że naprawdę możesz już ODPUŚCIĆ, co? Jeśli to Ci zrobi różnicę, pozbędę się go. Powiedz tylko słowo.

Z innych nowości (szczerze mówiąc dużo bardziej interesujących) ‒ nasza matka to świruska. I moczymorda. Wczoraj musiałam ją zbierać z pola, bredzącą i półnagą. Piła akurat butelkę tego fatalnego Fauxjolais Nouveau, co do którego ojciec uparł się, żebyśmy je wytwarzali, chociaż za każdym razem smakowało jak pomieszane z winem końskie szczyny. A jednak z powodu jakiejś mrocznej nostalgii Nadine upiera się, żebyśmy produkowali je co roku, jakby po kolejnym winobraniu nagle miało się nadawać do picia. Prawie jakby wierzyła, że jeśli wyprodukujemy choćby jedną znośną butelkę, to Marlon cudownie pojawi się tutaj z powrotem, a ona będzie mogła usiąść na tarasie i znowu patrzeć, jak on pracuje na polu. Jej osobisty contadino.

Tak czy owak zeszłej nocy łkała, szlochała i twierdziła, że chce powrócić do ziemi czy coś w ten deseń. Wydaje mi się, że próbowała dostać się na własną rękę do jeziora, może nawet rzucić się do niego. Któregoś dnia po prostu jej na to pozwolę. Ale wczoraj dałam jej trochę „lekarstwa” (co za użyteczny eufemizm dla mocnych leków usypiających!) i zaciągnęłam z powrotem do łóżka, słuchając, jak zawodzi niczym banshee. Nie mylisz się, myśląc, że nalałam sobie sporą porcję zacnego napitku. Jej tycie tabletki dały wytchnienie nam obydwu.

Jesień wdarła się tutaj na dobre. Liście wytracają swój chlorofil w zastraszającym tempie. A Paryż? Wyszukałam w sieci zdjęcie Les Tuileries, żeby zobaczyć, jak wygląda (to tam chciałyśmy mieszkać, kiedy byłyśmy małe, zgadza się? Choć mogę jedynie zakładać, że mieszkasz raczej w jakimś mieszkaniu obok ogrodu, a nie w środku baśniowej fortecy, jak wcześniej planowałyśmy). Jest tam naprawdę malowniczo. Mimo wszystko trudno o lepszy widok niż z Silenusa. Zbiory były zabójczo kiepskie. Jeszcze rok czy dwa i będę z rozpaczy nurzać się w rieslingu jak nasza mamuśka. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Pewnie nic nowego.

Ale tak poważnie, planujesz nie rozmawiać ze mną po sam koniec wieczności? Czy tylko do chwili, aż wreszcie wylądujesz w łóżku z jakimś zobojętniałym paryżaninem, odpalającym jednego szluga od drugiego? Naprawdę, Avo, nic takiego się nie wydarzyło. Dla mnie to już koniec. Dla niego też. Co dziwne, cały czas piorę i zmieniam Twoją pościel. A przecież już prawie nie tykam swojej. Jak myślisz, o co w tym może chodzić?

Twoja skruszona embrionalna druga połowa,

Z  jak Zelda

Pomagam Nadine dostać się do łóżka, chociaż nie zamykam za nią drzwi na klucz – Zelda pisała, że od niedawna lunatykuje – jakoś nie mogę się do tego zmusić. A co jeśli wybuchnie kolejny pożar? Po umieszczeniu Marlona w pokoju gościnnym wychodzę na zewnątrz z latarką. Wszystko ciągle śmierdzi dymem. Kieruję się w stronę szczątków stodoły. Jest jeszcze ciepło, każde lato charakteryzuje coraz wyższa temperatura, choć wielu naszych republikańskich sąsiadów nadal nie zamierza komentować, dlaczego tak jest. Zelda rozważała, jak to wpłynie na winogrona („Wiedziałaś może, że producenci francuskiego szampana wykupują działki na południu Anglii? Przewidują, że warunki wzrostu staną się tam w ciągu dwudziestu lat bardziej szampańskie niż w samej Szampanii! Myślisz, że staniemy się w końcu takim na przykład następnym Chianti?”). Jestem boso, dlatego stąpam ostrożnie po trawniku, unikając fragmentów wypalonego drewna i różnych odłamków. Badam okolicę latarką i wreszcie kucam kilka metrów od miejsca, gdzie powinny być drzwi budynku. W kupkę wypalonego drewna i popiołu wetknięto małą żółtą flagę. Zamykam oczy i widzę strukturę w nietkniętym stanie. Wyobrażam sobie, jak uchylam ciężkie drzwi i posuwam się po cementowej podłodze w stronę miejsca, gdzie trzymaliśmy różne elementy ponurego wyposażenia przydatnego na farmie, i jak wspinam się po stopniach drabiny w stronę poddasza.

Marlon postawił stodołę, wyobrażając sobie, że na poddaszu upchnie sporo siana, a na dole w przestarzale skonstruowanych boksach będzie trzymał kilka kóz i owiec. Odszedł jednak od nas, zanim kupiliśmy siano czy zwierzęta, które mieliśmy nim karmić, a stodoła bardzo szybko stała się miejscem do przechowywania starego traktora, zapasowych beczek okutych żelazem i różnych elementów sprzętu, którego rzadko się używało. Zelda przywłaszczyła sobie antresolę i umościła tam gniazdko rozkoszy. W swojej nastoletniej zawziętości nalegała, by wciągnąć jej na górę meble i książki, co nam się udało dzięki rynnie używanej do transportowania siana. Miała tam kilka futonów, spory stół, jakieś krzesła, dużo ironicznych dzieł sztuki (przedstawiających głównie małe zwierzęta gospodarskie), które wybrała na zbiórce Armii Zbawienia w Ithace. Nawet jako nastolatka czuła się uwięziona w domu z naszą matką i chowała się tam po każdej ich kłótni. Byłam przyzwyczajona do patrzenia, jak porzuca kolejne przedsięwzięcia, dlatego obserwowałam odnawianie stodoły z niedowierzaniem. Było to strasznie nie w jej stylu.

Szkoła średnia dobiegała końca i Zelda zaczęła zapraszać ludzi do Stodoły Bachusa, jak ją nazwała (nazywa wszystko). Moja matka zgrzytała zębami w pasywno-agresywnej furii, patrząc przez okno na światła w stodole. Dobiegające stamtąd dźwięki muzyki sprawiały, że trudno było nam zasnąć. Nadine nigdy nie wiedziała, co począć z Zeldą. Ani z tą ziemią.

Z czasem stworzyliśmy wspólną historię na temat początków Silenusa. Zebraliśmy ją od czterech osób, z których każda preferowała drastycznie inny sposób prowadzenia narracji. Podsumować to można w następujący sposób: moja matka zapłaciła za Silenusa, choć jego wizja należała do mojego ojca. Marlon nie był w typie matki. Pociągali ją zwykle wpływowi, zamożni mężczyźni, grający weekendami w golfa absolwenci prawa. Tacy, którzy znali różne sposoby wiązania krawata i zawsze precyzowali swoje zamówienie martini, dodając, że ma to być Tanqueray. Wiecznie odprężony i patologicznie wyluzowany Marlon Antipova był antytezą tego, czego od zawsze pragnęła. Jednak kiedy matka Nadine zmarła na skutek przewlekłej choroby Parkinsona, osierocając córkę, ta wyprowadziła się i zamieszkała w Nowym Jorku. Kiedy miała trzydzieści dwa lata, musiała zdecydować, co pocznie ze sobą i z pieniędzmi. Kiedy Marlon zaszedł do baru, w którym piła akurat gin z tonikiem, unikając swojego cichego, wyłożonego dywanami mieszkania, wynajętego na Upper West Side, dostrzegła szansę na ucieczkę od siebie i swojej przeszłości. Bez mrugnięcia okiem rzuciła się w chaotyczne życie z żądnym przygód podróżnikiem z Florydy.

Ojciec nigdy nie był człowiekiem praktycznym, ale miał swoje ambicje, co stanowiło niebezpieczne połączenie. Sprawiał wrażenie wagabundy, żarliwie pielęgnując ciche plany na przyszłość za tą przekonującą fasadą nieprzeciętnej lekkomyślności. Spędziłam sporo czasu, próbując sobie wyobrazić tamtą scenę, tak ważną w historii naszej rodziny. Był to czas, kiedy oboje siebie pragnęli, kiedy wypełniona planami przyszłość nie rozpadła się jeszcze. Zelda i ja opowiadałyśmy sobie nawzajem tę historię, prowadząc narrację niczym w grze cadavre exquis.

Zawsze zaczynałam od czegoś w stylu: pick-up Marlona wjechał na żwirową połać, która kiedyś miała się stać dolną częścią naszego podjazdu. Jezioro rozciągało się przed moimi rodzicami, a auto aż skrzypnęło, kiedy stawali przed zakurzonym znakiem „na sprzedaż”, wbitym głęboko w ziemię. Numer telefonu napisano niezmywalnym tuszem bez kierunkowego przed siedmioma cyframi. Jakby znak chciał zasugerować, że w grę wchodzą tylko miejscowi.

–