Wydawca: Simple Publishing Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Martwe ciała - dr Michał Larek, Waldemar Ciszak

Martwe ciała” Waldemara Ciszaka i Michała Larka to reportaż kryminalny dotyczący jednej z najgłośniejszych spraw przestępczych w historii Wielkopolski. Bohaterem książki jest nekrofil Edmund Kolanowski. Poznaniak gwałci, rozkopuje groby i profanuje zwłoki precyzyjnie oddzielając pożądane fragmenty ciał. Wiele razy udaje się mu uciec przed czyhającą milicją i szybko powrócić do codzienności. Kiedy jednak dopuszcza się morderstwa jedenastoletniej Alinki K., wielkopolscy dochodzeniowcy postanawiają schwytać go za wszelką cenę.

Historia Kolanowskiego to bez wątpienia najważniejszy wątek opowieści. „Martwe ciała” to jednak nie tylko losy „chirurga”, ale także wnikliwe sprawozdanie z działań ówczesnych stróżów prawa oraz próba zrozumienia motywacji przestępcy.

Wszystko to w wyjątkowo estetycznej oprawie, która dostarczy dodatkowych wrażeń czytającym. Oryginalna grafika i ciekawe ilustracje sprawiają bowiem, że „Martwe ciała” chce się nie tylko czytać, ale także oglądać.

Opinie o ebooku Martwe ciała - dr Michał Larek, Waldemar Ciszak

Fragment ebooka Martwe ciała - dr Michał Larek, Waldemar Ciszak

Waldemar Ciszak / Michał Larek

Martwe ciała

Poznań 2014

„A seks jest przymusem. (...) nie ma takiej siły, która może powstrzymać seks”.

Bronisław Świderski Słowa obcego

7 września 1983 roku

[Fragment protokołu przesłuchania z 7 września 1983 roku.

Godzina 15.00.

Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Poznaniu, pokój numer 143. Przesłuchuje i protokołuje kapitan Michał Gajdamowicz. Obecny jest też kapitan Andrzej Przywieczerski. Obaj są oficerami Wydziału Dochodzeniowo­-Śledczego Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Poznaniu].

Przyznaję się, że w dniu 4 listopada 1982 roku w Naramowicach dokonałem zabójstwa dziewczyny. Nie znałem jej przedtem, a obecnie wiem, że nazywa się Alina K. Mieszkanka Poznania, dokładnego miejsca jej zamieszkania nie znam. Przyznaję się obecnie do zabójstwa tej dziewczyny, gdyż wiem, iż i tak by się wydało, a nie przyznawałem się dlatego, że bałem się odpowiedzialności karnej, a przede wszystkim kary śmierci.

8 września 1983 roku

[Fragment protokołu przesłuchania z 8 września 1983 roku, utrwalonego na taśmie magnetofonowej.

Godzina 12.40.

Przesłuchuje wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu Michał Posadzy.

Protokołuje kapitan Michał Gajdamowicz].

– Chciałbym zapytać Was na początku, czy Wy się przyznajecie do winy i czy to, co powiedzieliście w tym protokole, jest prawdą.

– Tak.

– Tak. Nie wiem, czy żeśmy ujęli, że przesłuchanie odbywa się w dniu dzisiejszym, tj. dziewiątego, zdaje się.

– Ósmego.

– W dniu ósmego września 1983 roku. Dobrze, więc co, prawdę powiedzieliście?

– Tak.

– Głośno i wyraźnie mówcie.

– Prawdę powiedziałem.

– Proszę?

– To, co powiedziałem, to powiedziałem z przebiegu zajść.

– Tak, czyli prawdą jest, że dopuściliście się zabójstwa Aliny K.?

– Tak.

– Dobrze, no to w takim razie proszę jeszcze raz mi opowiedzieć, w jakich okolicznościach, jak to wszystko wyglądało, dlaczego. Proszę, słucham, mówcie głośno i wyraźnie.

– Więc – całe od początku?

– Tak, od początku.

– No więc tego dnia byłem w pracy.

– Którego, jeszcze powiedzcie, dnia.

– To był czwarty listopada.

– Pamiętacie?

– Tak, to był czwarty listopada czwartek.

– Dobrze, proszę, słucham, mówcie (…).

Część I

Początek

Czekamy na niego w małym, ale schludnym biurowcu znajdującym się na peryferiach Poznania, niedaleko Suchego Lasu. Z gabinetu rozpościera się widok na parking.

Spoglądamy na zegarki. Już powinien być.

W końcu przed biurowiec zajeżdża škoda fabia. Jakiś nowszy model. Wysiada z niej mężczyzna. Krępy, siwy, z bujnym wąsem. To on. Zbliża się do klatki schodowej. Otwiera drzwi i wchodzi do budynku. Słyszymy odgłosy energicznych kroków. Za chwilę stanie przed nami.

– Przepraszam, panowie, musiałem pomóc koledze sprzedać samochód – mówi z zawadiackim uśmiechem i z miejsca zdradza nam szczegóły. Przy okazji podpowiada, jak najbezpieczniej przeprowadzić taką transakcję.

Zaczynamy rozmawiać. Podpytujemy o różne rzeczy. Od razu widać, że nasz rozmówca lubi gawędzić. Sypie anegdotami. Przywołuje barwne wydarzenia z historii poznańskiej milicji i policji, przy okazji ujawniając inne oblicze miasta, mało przyjazne, niekiedy dość przerażające. Nasz gość komentuje też przestępstwa, o których głośno jest teraz we wszystkich mediach. Z każdym zdaniem się nakręca. Trudno go zatrzymać. W przeszłości musiał być bardzo żywiołowym funkcjonariuszem.

No, ale czas skończyć pogaduszki. Nie po to zaaranżowaliśmy to spotkanie – pierwsze z całej serii. Na stół wykładamy notatniki, długopisy, dyktafon, fragmenty sfotografowanych akt.

Podsuwamy także do podpisu egzemplarze Policjanta, wspomnieniowej książki wydanej przez naszego gościa w 2008 roku.

Powoli zabieramy się do roboty.

Pani Uliana przynosi nam kawę. To sygnał, że możemy już zacząć nasze „przesłuchanie”, nasze własne śledztwo.

***

Ponura sprawa, którą chcemy odtworzyć, ma zapewne kilka początków. Jednym z nich może być 4 listopada 1982 roku.

Tego dnia o 22.05 Eugeniusz K. zawiadomił telefonicznie Komisariat IV Milicji Obywatelskiej w Poznaniu o zaginięciu swojej córki Alinki. Jedenastolatka, mieszkająca przy ulicy Dziewanny w dzielnicy Poznania Naramowice, wyszła z domu około 16.30 na nieodległą łąkę, by „narwać trawy dla królików”.

Zarządzono poszukiwania, które niestety nie przyniosły żadnych efektów. Co gorsza, szybko zarysował się mroczny kontekst zniknięcia dziewczynki.

Oto parę miesięcy wcześniej na terenie Naramowic, a dokładniej pomiędzy ulicami Jasna Rola i Łużycką, odnaleziono zwłoki starszej kobiety, które ktoś 26 lutego zabrał z kaplicy cmentarnej.

Z Policjanta dowiadujemy się, że: „Ciało kobiety było okrutnie okaleczone; miało wycięte narządy płciowe i piersi. Obciętych części ciała przy zwłokach nie znaleziono”.

Później się okaże, że obydwa fakty trzeba ze sobą powiązać.

Dwudziestego dziewiątego listopada 1982 roku miało miejsce zdarzenie, które ostatecznie też trzeba było wciągnąć do akt sprawy. Na cmentarzu komunalnym w dzielnicy Poznania Miłostwo natrafiono na kolejne podobnie zbezczeszczone zwłoki. Zauważono jednak eskalację działań: tym razem bowiem sprawca wyciął większy płat skóry. Wszystko wskazywało na to, że Poznań, cmentarny Poznań, staje się miejscem, w którym ktoś regularnie zaspokaja swoje chore żądze.

***

Włączamy dyktafon. Jerzy Jakubowski, energiczny facet po pięćdziesiątce, niegdyś milicjant, potem, po transformacji ustrojowej w 1989 roku, Naczelnik Wydziału Dochodzeniowo­-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, a na ostatnim etapie swojej kariery zawodowej szef poznańskiego Zarządu Centralnego Biura Śledczego, zaczyna opowiadać nam o dawnym śledztwie.

Powoli cofamy się więc do lat osiemdziesiątych. Do wydarzeń, które znalazły finał 28 lipca 1986 roku w areszcie śledczym w Poznaniu – tego dnia i w tym miejscu wykonano bowiem karę śmierci przez powieszenie, jedną z ostatnich w Polsce.

Ta ponura sprawa ma kilka początków.

***

Jakubowski: Mówicie panowie, że to straszna sprawa, że mogła zmienić takiego młodego milicjanta, jakim wtedy byłem?

No tak, ale ja traktowałem tę sprawę jak zadanie, jak kolejne zlecenie. Nie zastanawiałem się głębiej nad tym. Nie filozofowałem na temat tego gówna. Ja po prostu chciałem skutecznie prowadzić śledztwo. Starałem się patrzeć instrumentalnie. Dla mnie najważniejsze było ustalić sprawcę.

Interesowała mnie skuteczność. Tylko to. Takie też zadanie stawiali moi przełożeni. Taka jest istota pracy śledczej.

I w gruncie rzeczy metoda działania była podobna do tej, jaką się stosowało przy rozpracowywaniu człowieka zdrowego czy, mówiąc krwiściej, mniej pierdolniętego. Widziałem wiele form śmierci, więc działanie tego typu psychopaty nie robiło już na mnie większego wrażenia.

Naprawdę, bez bajerów.

Skąd mu się to wzięło? Skąd tego typu działania?

Jak on sobie to wymyślił? Jak on sobie wymyślił taki sposób zaspokajania popędu seksualnego?

Nie jestem psychiatrą.

Ale pewnie będziemy o tym jeszcze rozmawiać. Później.

Czy miałem emocjonalny stosunek do tej sprawy?

Tak.

Znałem wielu wstrętnych typów, ale do niego jednego tylko czułem fizyczną niechęć, niekłamaną odrazę. Trudno mi było podać mu rękę. Oczywiście, starałem się, żeby on tego nie odczuł, ale tak było. Jego czyny były bardzo specyficzne, delikatnie mówiąc. Nigdy później z czymś takim się nie spotkałem.

***

Zupełnie przypadkowo dowiedzieliśmy się, że to pies przyczynił się do odnalezienia zwłok Alinki. Piętnastego grudnia 1982 roku, niedaleko ulicy Jasna Rola wywęszył i wyciągnął na powierzchnię fragmenty jelit ofiary. Owszem, przeszukiwano tę okolicę, ale zabójca ukrył ciało w piasku, pod wałem ziemi, i dzięki temu odsunął w czasie moment odkrycia morderstwa.

Sekcja zwłok przeprowadzona przez doktora Mariana Stochaja z poznańskiego Zakładu Medycyny Sądowej wykazała, że ciało dziewczynki było okaleczone w podobny sposób jak ciała z Naramowic i z Miłostowa. Zyskano zatem pewność, że nekrofil oraz morderca to jedna i ta sama osoba.

Zabójstwo, czyli wydarzenie inicjujące formalne wszczęcie śledztwa, okazało się więc „zaledwie” epizodem bardziej rozbudowanej historii, nad rekonstrukcją której pracowały w postępowaniu operacyjnym kolejne ekipy funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, prokuratorów i biegłych specjalistów.

***

– Ona zupełnie nie pasowała do tego schematu – mówi wspomniany doktor Marian Stochaj, którego odwiedziliśmy, aby wypytać o różne szczegóły związane z tamtym śledztwem. – Do tego nekrofilnego schematu.

Znany i bardzo zasłużony dla wymiaru sprawiedliwości poznański medyk sądowy stoi przy otwartym oknie w jednym z wielkich gabinetów Zakładu Medycyny Sądowej, który mieści się na ulicy Heliodora Święcickiego, tuż przy gmachu Międzynarodowych Targów Poznańskich. Zaciąga się papierosem.

– Myśleliśmy, że facet gustuje tylko w trupach. A tu nagle coś takiego. Dziewczynka. Dlaczego?

Marian Stochaj to siedemdziesięcioparoletni, ale krzepki mężczyzna. Średni wzrost, niewielki brzuszek, odbrobinę mefistofeliczna bródka. Naszą uwagę zwracają też lekko rozpięta koszula i srebrna bransoleta na ręce.

– To była dla nas cholerna nowość.

W tamtych czasach Stochaj był już uznanym specjalistą medycyny sądowej z ponaddwudziestopięcioletnim stażem. Krytyczny. Dociekliwy. Uparty. Znany ze swoich inspirujących, choć i złośliwych uwag. Postrach studentów ostatniego roku medycyny, którzy musieli przystąpić u niego do egzaminu praktycznego.

Postanowiliśmy porozmawiać z doktorem, bo to przecież on, z racji swojej funkcji, najdokładniej przyjrzał się krwawym skutkom postępowania nekrofila i zabójcy. Co więcej, uczestniczył również w naradach, konsultacjach i analizach śledczych w czasie intensywnych działań poszukiwawczych. Takiego ważnego i oryginalnego źródła wiedzy nie można pominąć.

Słuchamy więc lakonicznych wypowiedzi medyka.

– No tak, zastanawialiśmy się, kim mógł być sprawca. Myśleliśmy na przykład, że to stary facet.

Siadamy teraz przy dużym stole konferencyjnym.

Stąd mamy widok na imponującą bibliotekę.

– Snuliśmy też przypuszczenia, że to jest jakiś rzeźnik. Cięcie miał przecież bardzo fachowe. Szybko nabierał wprawy.

Stochaj daje nam ciekawy miniwykład o pojęciu eskalacji. Jedną z dwóch głównych jej przyczyn jest poczucie bezkarności.

***

Śledztwo w sprawie wszczął i objął swoim nadzorem prokurator Włodzimierz Świtoński z ramienia Wydziału Śledczego Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu. Był to specjalny wydział zajmujący się najpoważniejszymi i najtrudniejszymi sprawami karnymi z terenu województwa poznańskiego.

„Nie sposób powiedzieć”, napisze Jakubowski po latach we wspomnieniowej książce, „ilu ludzi pracowało przy tej sprawie: oficerowie wyodrębnionej grupy operacyjno­-śledczej, a także dziesiątki osób z różnych jednostek wykonujących zlecone im działania”. Wszystko dlatego, że: „Zaginięcie dziecka jest dla policjantów sygnałem do szczególnej aktywności”.

Między innymi patrolowano i obserwowano cmentarze. Sondowano środowiska gwałcicieli, dewiantów seksualnych, innych osób z przeszłością kryminalną. Typowano i sprawdzano bardzo wielu podejrzanych, szczególnie tych, którzy zdradzali objawy choroby psychicznej. Jeden z tropów – jak się potem okazało fałszywych – zaprowadził milicję aż do Koła, miasta leżącego na skraju Wielkopolski. Podobno brano też pod uwagę pewnego księdza. Mroczna strona naszego regionu została więc dokładnie zlustrowana. Bezskutecznie jednak.

„Pierwszy mały efekt”

Jerzy Jakubowski zamyka oczy. Próbuje przypomnieć sobie okoliczności wydarzenia, do którego chcemy nawiązać.

Sięgamy raz jeszcze do Policjanta. Jeden z nas odczytuje na głos ważny fragment, który dotyczy kolejnego ruchu przestępcy.

„Noc z 28 na 29 stycznia 1983 roku była wyjątkowo ciemna. Rano pracownicy cmentarza na Miłostowie zawiadomili milicję, że znaleźli rozkopany grób. Nie było wątpliwości – to znowu on. Tym razem trumna była wyciągnięta z grobu, a zwłoki, podobnie jak poprzednio, w charakterystyczny sposób zbezczeszczono. Sprawca wyciął cały płat skóry od piersi do narządów rodnych i zabrał go ze sobą. Oględziny dały tym razem pierwszy mały efekt – nekrofil pozostawił po sobie skromną wizytówkę. Był to wyraźny odcisk buta pozostawiony na miękkiej ziemi rozkopanej mogiły. Ślad ten sfotografowano i dokonano dokładnych pomiarów. Pozwoliło to na stwierdzenie, iż właściciel obuwia jest osobą niezbyt wysoką, posiadającą szczupłą budowę ciała. Sytuacja zaczynała być zła. Nekrofil – sprawca zabójstwa dziecka igrał pod nosem milicji”.

Zafrapowało nas szczególnie jedno wyrażenie.

Jakubowski otwiera oczy. Spogląda na nas.

***

Jakubowski: Tak napisałem. „Igrał pod nosem milicji”.

Czy to słuszne sformułowanie?

Ale taki był odbiór milicjantów.

Tak to wyglądało z ich perspektywy! On się wymykał. Pojawiał się, żeby za chwilę zniknąć. Rozumiecie, panowie? Stąd ten skrót myślowy. On rzeczywiście nie zaplanował sobie wodzenia milicji za nos. On po prostu w pewnych momentach nie był w stanie zapanować na swoim popędem seksualnym, za którym podążał na cmentarz. Nie kontrolował tego.

Ale trzeba na ten temat powiedzieć jeszcze jedno.

Po odnalezieniu ciała Alinki optyka śledczych się zmienia.

Już nie szukają zboczeńca, który wykopuje zwłoki, oni teraz szukają zabójcy dziecka. Działania milicji stają się więc coraz bardziej rygorystyczne, precyzyjne. Od tego momentu oględzin, bardzo dokładnych, dokonują najwyższej klasy eksperci kryminalistyki.

***

Wróćmy jeszcze na chwilę do książki Jerzego Jakubowskiego i podkreślmy, że dzięki wzmożeniu rygoru oględzin udaje się uzyskać „pierwszy mały efekt”.

„Mały”, ale przestępca jednak zaczyna się ucieleśniać, zatraca widmowy charakter. Można już mówić o jakichś cechach, właściwościach. Pojawia się punkt zaczepienia dla wyobraźni śledczych. To przecież ważne. W ramach działań operacyjnych i rozpoznawczych funkcjonariusze Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej w Poznaniu konsultowali zdarzenia z doktorem Marianem Stochajem i innymi specjalistami. Próbowano na podstawie danych ze sprawy – takich, jakie wówczas były dostępne – dokonać tego, co dzisiaj określa się mianem profilowania sylwetki sprawcy. W gruncie rzeczy jednak błądzono we mgle.

Szalenie ważną rolę odegrał tu pewien film.

Noc majowa

To był prawdziwy przełom w śledztwie. Bardzo sensacyjny, bo ze strzałami, z ucieczką, z pościgiem. Wszelkie skojarzenia z konwencją filmową są jak najbardziej na miejscu – również dlatego, że szalenie ważną rolę rzeczywiście odegrał tu pewien film.

Przyznał to potem sam przestępca. Podkreślał to nawet sąd.

„Zamiar udania się na cmentarz powstał w umyśle oskarżonego”, czytamy w uzasadnieniu wyroku, „bezpośrednio po obejrzeniu filmu »Wilczyca«, w szczególności zaś tych scen, w których demonstrowano wydobywanie zwłok”.

Zacznijmy więc od 6 maja 1983 roku: w piątkowy wieczór zabójca ogląda wyreżyserowany przez Marka Piestraka polski horror, który właśnie tego roku wszedł do kin.

„Na tym filmie byłem na godzinę osiemnastą albo dwudziestą”.

Jest pod dużym wrażeniem tej nastrojowej produkcji, w której pełno trumien, rozkopanych grobów, seksu, trupów, krwi.

Możemy się tylko domyślać, jak bardzo rozpala się na widok niektórych obrazów, jak dalece ulega czarowi dynamicznego podkładu dźwiękowego. Film musiał bardzo skutecznie stymulować emocje. Według Wikipedii przyciągnął około dwóch milionów widzów.

Pobudzony nekrofil wraca do domu.

Przygotowuje potrzebne narzędzia, czyli łopatę, latarkę, linkę, nóż. Później seksuolog napisze, że towarzyszyło temu podniecenie seksualne. Tak uzbrojony zabójca udaje się na Miłostowo.

„Na cmentarz jechałem tramwajem”, będzie opowiadał już jako oskarżony. „Nie pamiętam numeru. Był to chyba przegubowiec. Jechałem mniej więcej w środku”.

W aktach sprawy można znaleźć informacje na temat warunków pogodowych. Było wtedy pochmurno i ciepło. Panowała duża wilgotność.

Zwolnijmy teraz odrobinę tempo naszej rekonstrukcji.

Zbliża się północ.

Nekrofil wchodzi na teren miłostowskiego cmentarza. Krąży. W końcu znajduje świeży grób i zaczyna go rozkopywać. Po jakimś czasie natrafia na trumnę. Zrywa jej wieko, następnie za pomocą linki wyciąga zwłoki Teresy P. i zanosi je w krzaki oddalone o jakieś 10 metrów.

Obmacuje martwe ciało.

Rozcina nożem odzież zmarłej i zabiera się „do dzieła”.

Próbuje odpreparować płat skórny łącznie z tkanką podskórną od wysokości obojczyków do wzgórka łonowego i ud. Tym razem ingeruje więc w ciało o wiele ostrzej – i znacznie sprawniej niż zazwyczaj.

Tak wygląda szczyt eskalacji.

Doktor Marian Stochaj w rozmowie z nami stwierdza, że to był „majsztersztyk”.

– Tak jakby zrobił to jakiś doświadczony prosektor, doświadczony rzemieślnik – dodaje. – Cięcia były doskonałe. Nie można więc powiedzieć, że kierował się jakimś impulsem. On musiał sobie dokładnie to obmyślić, zaprojektować.

Skrupulatną i metodyczną pracę nagle przerywają strzały.

Z niewielkiej odległości.

Najpierw trzy. Potem pada czwarty – ostatni.

Zbliża się północ.

Nekrofil dostrzega też błysk racy. Ucieka więc, porzucając lub gubiąc wszystkie rzeczy, które zabrał ze sobą na „wyprawę”.

Ucieka przez zarośla, płoty, ogródki działkowe, tory. Dociera w pobliże jeziora Rusałka. Stamtąd, być może po ochłonięciu, około 5.00, podrapany i spocony, wraca do domu, na ulicę Wodną przy poznańskim Starym Rynku.

Zdołał zbiec. Jest wolny. Ale ciągle myśli o seksie z trupem. Całkowicie się na tym fiksuje.

Z opinii seksuologicznej doktora Lechosława Gapika, datowanej na 4 czerwca 1984 roku, dowiadujemy się, że: „Po powrocie do domu myślał, co zrobić dalej”.

Tak jakby nic sobie nie robił z ostatnich wydarzeń. Jakby zupełnie go nie obeszły!

„Bardzo żałował”, czytamy dalej w aktach, „że nie udało się dokończyć zdejmowania skóry, zastanawiał się, czy nie wrócić na cmentarz. W końcu zdecydował, że przygotuje sobie pętlę i jeśli przyjdzie któraś z koleżanek żony, to zadusi ją, a później zdejmie z niej skórę. Nie zastanawiał się, co zrobi z ciałem”.

***

O zdarzeniu zostaje powiadomiony oficer dyżurny poznańskiej Komendy Miejskiej. Wkrótce wieści dochodzą do kapitana Zbigniewa Kańskiego, który piastował w niej funkcję zastępcy Naczelnika Wydziału Dochodzeniowego. O sytuacji dowiaduje się też starszy sierżant sztabowy Zbigniew Kotecki, który uczestniczy w śledztwie od samego początku.

Wszyscy jadą na miejsce. Tam zapadają już szybkie decyzje. Jedna z najważniejszych dotyczy wszczęcia pościgu przy użyciu milicyjnych psów.

Jako pierwszy wkracza do akcji owczarek niemiecki Retman 7690.

Mniej więcej dwie godziny po zdarzeniu, o godzinie 1.50, pies podejmuje trop z miejsca, gdzie leżą porzucone zwłoki i widoczny jest ślad obuwia sprawcy. Zwierzę biegnie przez krzaki do płotu cmentarza. Następnie lasem w kierunku ulicy Wrzesińskiej. Dalej do ogródków działkowych i w pobliże torów prowadzących z Poznania w kierunku Antoninka. Po przebiegnięciu około półtora kilometra gubi trop.

Drugi pies, Rejt 7689, zostaje wypuszczony o 2.45. Pokonuje podobną drogę. Ale i on, niestety, gubi trop.

W ramach wsparcia Komendy Miejskiej oficer dyżurny Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Poznaniu wysyła trzeciego psa.

Maksel 4546 rozpoczyna pracę o 5.30. Ta próba też się nie powiedzie. Pies podejmie trop i doprowadzi w to samo miejsce, co jego poprzednicy. Klapa?

Patrol, owszem, nie popisał się, psy zgubiły trop, ale akcja jeszcze się przecież nie skończyła. W pewnym sensie pościg trwa dalej.Za chwilę głównymi aktorami staną się osoby odpowiedzialne za procesowe dokonanie oględzin miejsca przestępstwa i biegli. Analizując ślady, będą po swojemu tropili przestępcę.

Około godziny 5.00 pod domy prokuratora Włodzimierza Świtońskiego i doktora Mariana Stochaja podjeżdżają radiowozy. Przed 6.00 obaj wkraczają na teren cmentarza.

Tymczasem się przejaśnia.

Nastaje sobotni ranek.

Jest zimno – temperatura sięga zaledwie czterech stopni Celsjusza. We znaki dają się mgła i rosa.

W takich to okolicznościach rozpoczynają się oględziny miejsca zdarzenia. Biorą w nich udział wspomniani już prokurator Świtoński i doktor Stochaj, a także technik kryminalistyki. Protokołuje starszy sierżant sztabowy Kotecki.

Pracują prawie trzy godziny.

***

W aktach można znaleźć pierwszy rysopis nekrofila sporządzony na drugi dzień po oględzinach miejsca zdarzenia.

„Był to osobnik w wieku 30­-35 lat, wzrostu około 175­-180 cm, szczupły, sylwetka wysmukła, twarz pociągła, włosy ciemne, krótkie, czesane do góry, ubrany w spodnie ciemne i kurtkę do pasa w kolorze beżowym”.

Starszy sierżant sztabowy Zbigniew Kotecki sporządził rysopis na podstawie relacji funkcjonariuszy, którzy w nocy patrolowali cmentarz i natknęli się na nekrofila.

Wszczęto pościg przy użyciu milicyjnych psów.

Ślad numer jeden

Ekipa śledcza pod nadzorem prokuratora znajduje i utrwala podczas oględzin 15 śladów.

Sporządzoną przez protokolanta listę otwiera papier pakowy  – ślad numer jeden.

Oto jego charakterystyka.

„Papier workowy beżowy, na którym przyklejona jest metka z napisem o treści: Fabryka Opak. Kosmetycznych »Pollena Łaskarzew«. Nazwa wyrobu: słoik 50 g. Brutto 9.30. Netto 9. Data produkcji: 6.12.82. Nr normy: 423 szt. Na papierze pieczątka prostokątna koloru granatowego o treści: »Ostr. Zakł. Cel.-Papier. PN­-76 P­-79005 OK. 3 listopad”.

***

Jakubowski: Papier pakowy z nadrukiem „Pollena Łaskarzew”. Niby nic, drobiazg, a jednak to właśnie ten napis okazał się kluczem do sukcesu.

Dlaczego? Już mówię.

Najpierw ustalono, że Pollena współpracuje w Poznaniu – między innymi – z Ziołolekiem, którego siedziba mieściła się na ulicy Marcina Chwiałkowskiego. Potem milicjanci sprawdzili zatrudnionych tam pracowników. Wyszło na to, że przede wszystkim są to kobiety, co znacznie ułatwiło działania. Wkrótce „na celowniku” pojawił się niejaki Edmund Kolanowski, palacz. Sprawdzono jego przeszłość. Facet był karany za trzy usiłowania gwałtów w okolicach poznańskiego jeziora Rusałka. Został skazany w marcu 1974 roku na dziewięć lat pozbawienia wolności, wyszedł na przedterminowe warunkowe zwolnienie. Co więcej, z dostępnej opinii psychiatrycznej wynikało, że w czasie badań przyznał się do rozkopania grobu i okaleczenia zwłok.

Czyżby strzał w dziesiątkę?

Zarządzono obserwację, czyli puszczono „betkę” za Edmundem, ale także za dwoma innymi pracownikami Ziołoleku – „betkę”, bo tymi czynnościami w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych zajmował się Wydział B.

Jak wygląda taka operacja?

Daje się zlecenie którejś z sekcji naszego wydziału. Pada polecenie: ten i ten ma być pod obserwacją. Oficerowie czasem nawet nie wiedzą, czego dana sprawa dotyczy. Po prostu mają się dowiedzieć wszystkiego o figurancie. Więc chodzą za nim, robią mu zdjęcia.

Tak jak w filmach szpiegowskich. Najpierw za obserwowanym idzie na przykład kobieta, wsiada z nim do tramwaju. Potem obserwowanego przejmuje ktoś inny. Potem za obserwowanym jedzie jakiś samochód. I znowu zmiana.