Martwa woda - Ann Cleeves - ebook

276 osób właśnie czyta

Opis

Piąty tom „Serii Szetlandzkiej”, wielokrotnie nagradzanej, kultowej serii kryminalnej!
Dziennikarz Jerry Markham zostaje znaleziony martwy w łodzi pochodzącej z Szetlandów. Jego sprawą zajmuje się młoda detektyw Willow. Pomaga jej Jimmy Perez, który wciąż próbuje się pozbierać po dramatycznych wydarzeniach sprzed sześciu miesięcy.
Markham mieszkał w okolicy, ale wyniósł się do Londynu, gdzie zrobił karierę. Opuścił Szetlandy akurat gdy na wyspach rozgorzał skandal związany z nim i pewną młodą dziewczyną, Evie Watt. Nie miał tutaj zbyt wielu przyjaciół, dlaczego więc wrócił?

***

„Będziecie zgadywać tożsamość mordercy do ostatnich stron”. Publishers Weekly

„Autorka tchnęła nowe życie w tę doskonałą serię”. Kirkus Reviews

„Z kart powieści bije mrok”. People

„Kolejna absolutnie wciągająca powieść Cleeves”. Crimesquad

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 444

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Dead Water

Copyright © Ann Cleeves, 2013

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Ewelina Chodakowska, Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Fotografie na okładce: Free-Photos, Bru-nO / Pixabay

Fotografia autorki na skrzydełku: Micha Theiner

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-66381-96-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dla Bena Clarke’a i Isli Raymor

ROZDZIAŁ 1

Jimmy Perez zatrzymał się, by złapać oddech, i spojrzał na morze. Spokojny, bezwietrzny dzień. Światło przenikało przez wiszące wysoko chmury i szara woda lśniła jak metal. Na horyzoncie ławica mgły. W głębokich kieszeniach długiego sztormiaka należącego kiedyś do jego dziadka tkwiły otoczaki wielkości jajek. Były okrągłe, gładkie i tak ciężkie, że czuł, jak pod wpływem ich masy sztormiak opina mu ramiona. Zbierał kamienie na plaży w Ravenswick, selekcjonując je starannie – tylko najokrąglejsze, tylko białe jak kość. Dalej, w pewnej odległości od brzegu, widniała sterta skał przypominających surowy, pochylony krzyż. Gdy woda była spokojna, fale prawie się o niego nie rozbijały.

Perez znowu zaczął iść, licząc w myślach kroki. Od śmierci Fran niemal codziennie odprawiał ten sam rytuał: zbierał otoczaki na brzegu koło jej domu i zanosił tutaj, do miejsca na wyspach, które lubiła najbardziej. Trochę pokuta, a trochę pielgrzymka. A częściowo obsesja. Potarł kamyki kciukiem i poczuł, że ten dotyk dziwnie podnosi go na duchu.

Na wzgórzu widać było owce z jagniętami wciąż niepewnie utrzymującymi się na nogach. Tak daleko na północy jagnienie się miało miejsce później i młode nie pojawiały się przed kwietniem. Nowe życie.

Ławica mgły nadciągała coraz bliżej, ale w oddali, w najwyższym punkcie cypla, wciąż widział kopiec ułożony przez niego z kamieni z Ravenswick. Upamiętniał kobietę, którą kochał i której śmierć wciąż obciążała jego sumienie, osłabiała go.

Idąc dalej, wspominał etapy ich związku, czasy ich namiętności. To także był rytuał odprawiany podczas każdych odwiedzin. Poznał ją zimą, kiedy śnieg leżał na ziemi, a głodne kruki krążyły po mroźnym niebie. Kochał się z nią w środku lata, gdy na klifach roiło się od rozwrzeszczanego ptactwa morskiego, a łąka poniżej jej domu przypominała dywan z polnych kwiatów. Wczesną wiosną zaproponowała mu małżeństwo.

Zatrzymał się na chwilę. Poczuł zawrót głowy, wywołany tym wspomnieniem. Miał wrażenie, że niebo przechyla się i wiruje wokół niego i nie potrafił odróżnić, gdzie kończy się morze, a zaczyna niebo. Jej prowokujący uśmiech. „No i jak, Jimmy? Co o tym myślisz?” A zginęła na jesieni, w czasie sztormu, który smagał jego dom na Fair Isle, wyrzucając wysoko w powietrze pióropusze piany, i całkowicie odciął ich od reszty świata.

Zwariowałem, pomyślał. Już nigdy nie odzyskam zdrowych zmysłów.

Spod kopca mógł dostrzec North Mainland. Fran kochała ten widok, ponieważ jej zdaniem jedno spojrzenie stąd pozwalało uchwycić kwintesencję Szetlandów, posępność i piękno, morze dające bogactwo i surowy, jałowy ląd. Przeszłość i przyszłość. W oddali, w zagłębieniu terenu, terminal naftowy nad Sullom Voe w tym dziwnym srebrzystym świetle wyglądał niemal jak magiczne, zaginione miasto. Wszędzie ląd i woda oraz ląd odbijający się w wodzie. Na południu szereg gigantycznych, teraz nieruchomych, turbin wiatrowych. Pod nimi osada Hvidahus, trzy domki jak zabawki i pomost, a także niemal zasłonięte przez drzewa muzeum osadnictwa w Vatnagarth, gdzie zostawił samochód.

Minęło sześć miesięcy od śmierci Fran. Sądził, że nie wróci tu, dopóki Cassie, jej córka, nie dorośnie na tyle, aby móc zrozumieć. Albo on sam poczuje się na siłach, aby ją tu przyprowadzić. Miał nadzieję, że wtedy kopiec będzie tu nadal.

Zszedł ze wzgórza w mgłę. Leżała jak jezioro na położonym niżej gruncie i pochłonęła go tak, że poczuł się, jakby tonął. Parking przy muzeum, pusty, gdy zostawiał na nim samochód, teraz był pełen. Z jednej ze stodół dobiegała muzyka, a okna się świeciły – prostokątne księżyce przenikające mrok. Muzyka przyciągała go i przypominała mu zasłyszane w młodości ludowe legendy o trowach, gnomach wabiących śmiertelników grą na skrzypcach i kradnących im sto lat życia. Pomyślał, że sam nieogolony, o długich czarnych włosach i w długim czarnym płaszczu musi wyglądać jak stwór z tych opowieści. Zajrzał przez okno i zobaczył tańczącą grupę starszych osób. Poznał melodię i przez chwilę kusiło go, żeby ująć dłoń jednej z leciwych kobiet siedzących pod ścianą i zakręcić się z nią, tańczyć wokół sali tak, aby znowu poczuła się młodo.

Odwrócił się jednak. Dawny Jimmy Perez mógłby to zrobić, zwłaszcza gdyby była przy nim Fran. Ale był już innym człowiekiem.

ROZDZIAŁ 2

Jerry Markham spojrzał nad wąską zatoczką ciągnącą się od morza w głąb lądu. Za nim znajdowało się wzgórze pokryte torfowiskiem i zbrązowiałym po długiej zimie wrzosem. Przed sobą miał terminal naftowy. Cztery holowniki, wielkie jak trawlery, dwa przy burtach, jeden przy dziobie i jeden przy rufie „Lorda Rannocha”, popychały go do tyłu w kierunku nabrzeża. Zbiornikowce zawsze cumowano dziobem do pełnego morza, aby w razie jakiegoś wypadku mogły łatwo uciec. Za nieruchomą wodą widać było przemysłowy krajobraz ze zbiornikami ropy, budynkami biurowymi oraz elektrownią dostarczającą energię terminalowi i podłączoną do szetlandzkiej sieci energetycznej. Pochodnia spalała wydobywający się gaz ziemny. Cały teren otoczony był wysokim płotem zwieńczonym drutem żyletkowym. Od 11 września 2001 roku nawet na Szetlandach więcej dbano o bezpieczeństwo obiektów. Swego czasu, żeby wejść do terminalu, potrzebna była tylko laminowana przepustka. Teraz każdy podwykonawca był prześwietlany, przechodził kurs procedur bezpieczeństwa, a każda ciężarówka była sprawdzana i znakowana. Nawet jeżeli bramy były otwarte, drogę zagradzała betonowa zapora.

Jerry zrobił zdjęcie.

Nad jego głową samolot Eastern Airways schodził do lądowania w porcie lotniczym Scatsta. W czasie wojny z pasa startowego korzystała baza RAF-u. Teraz ruch był tu większy niż w Sumburgh, chociaż nie lądowały tu rozkładowe rejsy. Z samolotów nie wysiadali turyści czy dzieciaki wracające do domu z koledżu. Wszystkie loty związane były z ropą naftową. Markham obserwował grupę mężczyzn schodzących na pas. Sprawni fizycznie, mogliby być członkami drużyny rugby albo plutonu wojska, cechowało ich takie samo poczucie koleżeństwa. Taka męska więź jakoś nigdy go nie objęła. Z miejsca, w którym stał, Markham nie słyszał ich głosów, ale czuł, że ci ludzie się przekomarzają. Wkrótce śmigłowce zabiorą ich, aby zaczęli nową kolejkę pracy na platformach lub przy szybach wiertniczych.

Kiedyś ponad osiemset zbiornikowców rocznie zabierało z Sullom Voe ropę naftową. Teraz do nabrzeża przybywało zaledwie dwieście, a „Lord Rannoch” dostarczał ropę średnią z Schiehallionu, atlantyckiego pola na zachodzie. Na Morzu Północnym złoża roponośne były już prawie wyeksploatowane. Markham znał fakty i liczby. Przeprowadził badania, ale poza tym urodził się i wychował na Szetlandach. Dorastał wśród dobrodziejstw zapewnianych przez ropę naftową – dobrze wyposażonych szkół i ośrodków sportowych, lekcji muzyki i równych, szerokich dróg. Teraz wydobycie ropy spod dna morskiego było coraz trudniejsze i droższe, ale wciąż trwała tu krzątanina, nie było widać żadnego znaku, że terminal podupada. Przez chwilę Jerry zastanawiał się, czy Szetlandy byłyby inne – czy on sam byłby inny – i mniej rozpieszczone bogactwem, gdyby ropy w ogóle nie odkryto. I jaka przyszłość czeka wyspę, gdy ta zniknie całkowicie.

Markham przybrał inną pozycję, żeby nieco zmienić perspektywę, i zrobił następne zdjęcie. Za ogrodzeniem budowano drogę. Przypominające stalowe beczki moduły mieszkalne ustawiano na betonowych blokach. Obok starego terminalu budowano nowy i za potężnym prostokątnym murem składowano torf wykopany ze wzgórza w czasie oczyszczania placu budowy. Kiedy zasoby ropy zaczęły się wyczerpywać, odkryto gaz i Szetlandy z entuzjazmem powitały nowe źródło energii. Gaz oznaczał miejsca pracy. Miejscowe ciężarówki już woziły urobek z kamieniołomu Sullom na fundamenty zakładów. Hotele, pensjonaty, pokoje z noclegiem i śniadaniem były zatłoczone robotnikami z południa. Ceny domów znowu wzrosły. Gaz oznaczał też pieniądze.

Markham zszedł ze wzgórza, przeskakując przez zwały torfu. Wracał do samochodu, który zostawił na końcu gruntowej drogi biegnącej koło pasa startowego. Tu też budowano – widział metalowe żebra nowej wieży kontroli lotów. Poprzedni pasażerowie wysiedli z samolotu i teraz na jego pokład wchodzili nowi. Jadąc obok nich, zdawał sobie sprawę, że mężczyźni stojący w kolejce do schodów patrzyli w jego stronę. Na Szetlandach nie było wielu samochodów takich jak jego alfa. Wyczuwał ich zaskoczenie i zawiść. Cieszyło go to i zastanawiał się, co pomyślałaby o tym Annabel.

Ruszył drogą wzdłuż zatoczki na południe, w kierunku Brae. W odległości pół mili od terminala jedynym świadectwem tego, że ropa docierała do brzegów, była żółta boja na środku akwenu. Gdyby nastąpił wyciek, do boi umocowano by pływającą zaporę, która nie dopuściłaby do skażenia słonych mokradeł znajdujących się na końcu zatoczki, wrażliwych na zanieczyszczenia. Ale zbiorniki, nabrzeża, budynek kapitanatu portu, lotnisko i nowy terminal gazowy skryły się już za wzgórzem. Teraz widać było tylko owce, mewy oraz kruki i słychać było pokrzykiwania kulików.

Na końcu Sullom Voe znajdowało się Brae i Jerry zwolnił trochę, aby skręcić na główną drogę. W Brae obecność przemysłu naftowego była bardziej widoczna – jako kilka ulic z domami wybudowanymi przez radę miejską dla robotników, szare, użytkowe i znienawidzone przez turystów oczekujących tu pocztówkowego piękna. Szetlandy nie były ładne. Owszem – dzikie, posępne i dramatyczne, ale konwencjonalne piękno byłoby tu jakoś nie na miejscu.

Za Brae wjechał w ławicę mgły. Cały dzień było ponuro, bezwietrznie i miało się wrażenie, że chłód szarej mżawki przenika przez skórę aż do kości. Nagle ledwo mógł sięgnąć wzrokiem do zakrętu drogi. Z naprzeciwka bardzo wolno zbliżały się do niego reflektory samochodu, jakby płynąc powoli po drugiej stronie przez mgłę. Nie słyszał silnika nadjeżdżającego pojazdu. Miał wrażenie, że poza bańką jego samochodu nic nie istnieje. Nic nie słychać. Nic nie widać. Nagle pojawiły się następne reflektory; tym razem zbliżały się od lewej, bardzo szybko, i kierowały wprost na niego. Zahamował ostro i skręcił, aby je wyminąć. Jechał za szybko jak na mgłę. Usłyszał pisk opon na asfalcie i poczuł, że samochód wpada w poślizg. Ale mgła pochłonęła wszystkie dźwięki. Wszystko działo się jak we śnie. Albo w koszmarze. Przez chwilę siedział, dygocząc.

Potem wściekłość wzięła górę nad szokiem. Próbował ją kontrolować, oddychać głęboko i zachować spokój, ale mu się nie udało. Jakiś skurwysyn niemal w niego wjechał i prawie go zabił. To, że mógł mu zniszczyć samochód, miało w tej chwili mniejsze znaczenie. Światła pojazdu, który zepchnął go z drogi, zgasły, ale nie słyszał, żeby ten wariat odjechał. Markham wysiadł, czując, jak pulsuje w nim agresja. Chciał kogoś uderzyć. Nie przeżywał czegoś takiego od miesięcy i wściekłość była niczym narkotyk przenikający do organizmu nałogowca, przynoszący znajome dobre samopoczucie, odrobinę podniecenia. Od przybycia na Szetlandy był uprzejmy i wyrozumiały. Kontrolował nerwy. Ale teraz znalazł godziwy cel i mógł się wyładować.

– Do kurwy nędzy, w co ty pogrywasz, palancie?

Żadnej odpowiedzi.

Mgła była tak gęsta, że nie widział samochodu, tylko plamę cienia. Podszedł do niej, mając zamiar otworzyć szarpnięciem drzwi i wyciągnąć tego durnego kierowcę na zewnątrz. Raczej poczuł, niż usłyszał za sobą jakiś ruch i się odwrócił.

Znowu ruch. W górze. Świst przecinanego powietrza. Ostry ból. A potem nicość.

ROZDZIAŁ 3

Rhona Laing parzyła herbatę. Bezkofeinową earl grey. Sklep w Aith zaczął zamawiać ją specjalnie dla niej. Dom pani prokurator był dawniej szkołą, solidnym szarym budynkiem, i ludzie uważali, że jest za duży dla niej, samotnej kobiety. Zresztą wymyślali o niej różne rzeczy; od czasu do czasu do Rhony docierały rozmaite zabawne i irytujące plotki – że co sześć tygodni lata do Edynburga do fryzjera, że ma nieślubne dziecko, które oddała do adopcji, a także tajemniczego kochanka prawie co noc zawijającego po zapadnięciu ciemności do przystani w Aith i wychodzącego z portu wczesnym rankiem. Trzymała się jednak zasady, aby ani nie potwierdzać, ani nie dementować tych opowieści.

Przez pierwsze pół roku po sprowadzeniu się na Szetlandy urządzała dom i teraz wszystko w nim spełniało jej oczekiwania. Meble wykonano na zamówienie i wnętrza wyglądały jak na wielkim statku. Biuro prokurator w Lerwick było równie schludne. Bałagan i przeładowanie sprawiały jej niemal fizyczny ból.

Zaniosła herbatę do salonu i spojrzała na zatokę. Przez większą część doby w powietrzu wisiała gęsta mgła, ale rozwiała się, kiedy prokurator jechała z Lerwick do domu, i teraz krajobraz skąpany był w czystym świetle wiosennego dnia. Wszędzie wokół widać było niskie, zielone wzgórza i wodę. Co wieczór po pracy miał miejsce ten sam rytuał. Przyjazd z miasta, herbata i kilka minut poświęconych widokom. Nawet zimą, kiedy od dawna było już ciemno. Płaska barka kierowała się do znajdujących się dalej na morzu akwakultur łososia. Na powierzchni wody widniały sznury do hodowli małży, a ich pływaki sprawiały wrażenie koralików nawleczonych na nitkę. Wszystko wyglądało tak, jak powinno. Potem dostrzegła w pobliżu przystani unoszący się na wodzie yoal[1], jeden z tych, które w nadchodzącym sezonie miały wziąć udział w regatach. Powinien stać na trawiastym brzegu, a przecież nie było wiatru, który mógłby go zepchnąć. Yoale wyciągnięto z ich zimowych hangarów dopiero w miniony weekend. Prokurator pomyślała, że łódź musiały zepchnąć miejscowe dzieci, które nudziły się pod koniec przerwy wielkanocnej i uznały, że będzie zabawnie wyrządzić psotę miejscowym kobietom.

Rhona wiosłowała z drużyną miejscowych kobiet. Był to jej jedyny symbol uczestnictwa w tej społeczności. Uważała, że jako prokurator powinna zachowywać pewien dystans. W miejscu o tak nielicznej populacji trudno było oddzielać od siebie dom i pracę, ale nigdy nie czuła potrzeby zawierania bliższych przyjaźni. Mimo wszystko cieszyła się, że jest częścią drużyny wioślarskiej seniorek. I z wieczorów po treningu spędzanych przy winie w jednym z domów. Z regat, kiedy wszyscy wiwatowali. Spodziewała się, że będzie najsprawniejsza i najambitniejsza w całej drużynie, ale okazało się inaczej – wieśniaczka z Bixter za każdym razem biła ją na głowę. Rhona lubiła aktywność fizyczną (brakowało jej treningów na siłowni w Edynburgu) i w ubiegłym roku w miarę upływu czasu czuła się coraz silniejsza. Chociaż dopiero wróciła z pracy i z przyjemnością popijała herbatę, uznała, że jest odpowiedzialna za dryfującą łódź znoszoną pływem. Przebrała się i zeszła do przystani.

Panowały tu cisza i spokój. Była pora wieczornych posiłków, mydlanych oper w telewizji i kąpania dzieci przed położeniem ich do łóżek. Na plaży ptaki brodzące dziobały wodorosty. Przy burcie jej zacumowanego jachtu stał bączek. „Marie-Louise” była jej dumą i radością, jachtem wystarczająco dużym, by rozwijać dużą szybkość i pokonywać wielkie odległości, ale którym mogła bez żadnych problemów żeglować samotnie. Odcumowała bączka i powiosłowała w stronę dryfującego yoalu. Przeprowadziła się na Szetlandy, aby żeglować. Była do tego stworzona. Dawny kochanek powiedział jej kiedyś, że w żyłach ma słoną wodę, a nie krew.

Bez problemu dotarła do yoalu. Uznała, że przymocuje linę do pierścienia cumowniczego na dziobie i odholuje go do brzegu. Przez godzinę w zatoce będzie jeszcze wystarczająco jasno. Panowała flauta, ale nawet kiedy szła jachtem na silniku, widoki nigdy jej nie nudziły. Szetlandy robiły wrażenie tylko wtedy, gdy oglądało się je z morza.

Nagle dostrzegła wnętrze łodzi. W poprzek ławek leżał mężczyzna. Miał blond włosy, białą skórę, a jego ciemne oczy wyglądały dziwnie, jakby zrobiono mu makijaż. Rhona wiedziała, że nie żyje, zanim zobaczyła ranę na jego głowie, krew zaschniętą na policzku. I zanim uświadomiła sobie, że nie była to naturalna śmierć.

[1] Yoal to łódź wiosłowa o poszyciu zakładkowym, używana tradycyjnie na Szetlandach do rybołówstwa przybrzeżnego. Przy sprzyjającym wietrze można postawić maszt i podnieść prostokątny żagiel. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.

ROZDZIAŁ 4

Kiedy zadzwonił telefon, Sandy Wilson wciąż był w biurze. Rozpoznał głos prokurator i przede wszystkim pomyślał, że sam ma kłopoty – pewnie jakieś procedury nie zostały przeprowadzone prawidłowo. Wiedział, że pani prokurator bardzo nisko go ceni, i nie dziwiło go to. On też nie miał o sobie najlepszego zdania. Jego szef, Jimmy Perez, wciąż był na zwolnieniu lekarskim i bardzo powoli, po parę dni w tygodniu, wciągał się od nowa w wir pracy. Sandy’ego dręczyły koszmary na samą myśl, że czasami to on kieruje posterunkiem.

– SierżancieWilson.

Wszyscy na Szetlandach mówili sobie po imieniu. Z wyjątkiem pani prokurator. Sandy zdawał sobie sprawę, że powinien uważnie słuchać, co ta kobieta do niego mówi, ale czuł, że błądzi myślami. To była jego reakcja na stres. Pakowała go w kłopoty, od kiedy był kajtkiem w szkole na Whalsay.

Popatrzył przez okno na port. Prom do Bressay właśnie odcumował i ruszył przez cieśninę. Mewy walczyły o jakiś śmieć na nabrzeżu.

– Jest mi tu pan potrzebny. Natychmiast. Rozumie pan? – Głos Rhony Laing brzmiał ostro. Najwyraźniej oczekiwała od detektywa szybszej reakcji. Nigdy nie miała o Sandym dobrej opinii, ani jako o człowieku, ani jako o funkcjonariuszu policji.

– Oczywiście.

– Ale przed wyjazdem niech pan koniecznie powiadomi Inverness. Będą musieli wysłać zespół. Grupę z wydziału zabójstw i grupę techników kryminalistycznych.

– Nie dotrą do nas wcześniej niż jutro rano – oznajmił Sandy. Czuł się już pewniej i wiedział, jakie są praktyczne możliwości. – Ostatni samolot z Inverness już wystartował.

– Ale potrzebujemy ich pomocy, sierżancie. Umieściłam yoal na moim miejscu do cumowania w Aith. Przypuszczam, że zostawię ciało tam, gdzie jest. Prognoza na jutro jest dobra, więc będzie tam dość bezpieczne pod warunkiem, że dobrze się je przykryje. Powinniśmy otaśmować przystań jako miejsce zbrodni i nie wpuszczać tam nikogo. Ale potrzebujemy też parawanów. Sam pan wie, jak ludzie się gapią, a jutro jest sobota i będą się tam kręcić całe tłumy.

– Nie zyska pani na popularności, nie dopuszczając w weekend nikogo do łodzi. – Sandy podrapał się po ramieniu i pomyślał, że o tej porze roku nie ma nic lepszego od chwil wędkowania. Przynajmniej można było poczuć, że długie, ciemne zimowe dni już minęły.

– Nie zamierzam być popularna! – Odpowiedź była ostra jak brzytwa.

– Rozpoznała go pani? – zapytał. – Chodzi mi o denata.

W słuchawce zapadła cisza i Sandy zorientował się, że prokurator zastanawia się nad odpowiedzią. Pomyślał, że ludzie po śmierci zawsze wyglądają inaczej niż za życia i jeżeli nie znało się ich dobrze, identyfikacja zwłok nie zawsze była łatwa. Ale usłyszana odpowiedź była jednoznaczna.

– Nie, sierżancie. I to kolejny powód, dla którego pana tu potrzebuję. Jeżeli to Szetlandczyk, zakładam, że będzie pan w stanie powiedzieć nam, kim jest.

Znowu zapadła cisza. Sandy słyszał plusk wody w tle. Prokurator nadal musiała być na przystani i dzwonić z komórki. Miała szczęście, że jakoś złapała zasięg. Ta część wyspy była jak czarna dziura, gdy chodziło o połączenia komórkowe.

– Przyślę paru ludzi, żeby zabezpieczyli miejsce – oznajmił. – I skontaktuję się z Inverness. Przyjadę najwcześniej, jak zdołam.

– Dobrze.

Wiedział, że ma zamiar skończyć rozmowę, i niemal krzyknął, aby zwrócić jej uwagę:

– Panno Laing!

– Tak, sierżancie?

– Czy powinienem powiadomić Jimmy’ego? Inspektora Pereza?

Pytanie to dręczyło go od chwili, gdy zdał sobie sprawę, z czym wiąże się jej telefon. Jimmy Perez nie był sobą; nie był sobą od śmierci swojej narzeczonej. Wpadał w zły nastrój albo dostawał ataków wściekłości nie wiadomo z jakiego powodu. Jego koledzy byli wyrozumiali i odpuszczali mu. Za wcześnie wrócił do pracy, mówili. Wpadł w depresję. Ale po sześciu miesiącach ich cierpliwość zaczęła się wyczerpywać. Sandy słyszał w kantynie wypowiadane po cichu komentarze: może Perez powinien złożyć rezygnację i zająć się opieką nad dzieckiem Duncana Huntera? Awans w policji szetlandzkiej zawsze polegał na zajmowaniu opuszczonego przez kogoś stanowiska. Może Perez powinien postąpić przyzwoicie. Odejść i dać komuś innemu szansę porządnie wykonywać robotę.

Początkowo Rhona Laing nie odpowiadała i Sandy pomyślał, że połączenie zostało przerwane. Aż nagle odezwała się:

– Sama nie wiem, Sandy. Musisz sam postanowić. Znasz Jimmy’ego lepiej niż ja. – Jej głos brzmiał niemal po ludzku.

Odłożył decyzję do czasu, aż porozmawia z Inverness. Szefował tam nowy człowiek. Był Anglikiem i Sandy musiał się bardzo skupić, żeby go zrozumieć.

– Wyślę inspektora i zespół – powiedział. – Wiesz, że Roy Taylor wrócił do Liverpoolu?

– Słyszałem. – Sandy pomyślał, że wszystko się zmieniło. Jimmy Perez stał się całkiem innym człowiekiem, a Roy Taylor przeniósł się na południe. Sandy nigdy nie lubił zmian. Dorastał na małej wyspie Whalsay i nawet wyjazd na południe na przeszkolenie do służby w policji był dla niego wielką przygodą.

– Zastąpiła go kobieta. – Nadinspektor pochodził z Londynu i jego głos nasuwał Sandy’emu skojarzenia z filmami gangsterskimi. – Wychowywała się na North Uist, na Hebrydach. To niemal jedna z was.

Nie,miał ochotę wyjaśnić mu Sandy. Ludzie z wysp Uist są całkiem inni. Mówią po gaelicku, a ich gospodarstwa to sam piach i wodorosty. Odmienny krajobraz i odmienna kultura. Na Hebrydach nie strzelisz sobie kielicha w niedzielę. Tylko Angol może pomyśleć, że mieszkaniec Hebrydów mógłby mieć coś wspólnego z Szetlandczykiem. Sam spędził kiedyś dwa dni na Benbeculi na szkoleniu z policją Highland and Islands[2] i uważał, że wie o tym miejscu wszystko, ale nic nie odpowiedział.

Nie miałby nic przeciwko temu, żeby mieć za szefa kobietę.

– Nazywa się Reeves – mówił dalej nadinspektor. – Willow Reeves. Odbierzesz ją i zespół z samolotu?

Sandy pomyślał, że imię i nazwisko nie brzmią zbyt po hebrydzku. Czy na Wyspach Zachodnich nie mieszkali sami MacDonaldowie?

Nadinspektor musiał powtórzyć pytanie.

– Odbierzesz ich z porannego samolotu? Znajdziesz zakwaterowanie i wyjaśnisz co i jak? Jimmy Perez nadal na zwolnieniu?

– Wrócił na pół etatu – odparł Sandy. – Ciągle jest pod opieką lekarza.

– Da sobie z tym radę? – W głosie nadinspektora słychać było niepewność.

– Sądzę, że będzie chciał wiedzieć – wyjaśnił Sandy. – Przypuszczam, że bardzo by mu się nie podobało, gdyby coś takiego działo się na jego terenie, a on nie miałby o tym pojęcia. – Dopiero teraz przyszło mu to do głowy, ale był pewien, że ma rację.

– Więc to zrobisz, Sandy, prawda? Powiedz mu. Nie chcę, żeby Perez dowiedział się o sprawie od kogoś obcego i pomyślał, że specjalnie go wyłączyliśmy. Ostatnio potrafi być cholernie drażliwy.

Sandy odłożył słuchawkę. Poczuł się przytłoczony obowiązkiem podjęcia decyzji. Prokurator spodziewała się go w Aith, które leżało dobre pół godziny jazdy na północ od niego, a nadinspektor chciał, żeby porozmawiał z Jimmym Perezem, który mieszkał w Ravenswick, na południe od Lerwick. Sandy byłby szczęśliwy, gdyby ktoś mu powiedział, jak to rozwikłać. A najbardziej na świecie pragnął, żeby Jimmy Perez wrócił, był normalny, mądry i bystry. I podpowiadał mu, co robić.

Znowu zadzwonił i zorganizował paru umundurowanych funkcjonariuszy, którzy mieli pojechać do Aith i ogrodzić parawanami przystań.

– Musimy mieć tam kogoś na służbie, dopóki nie dotrze zespół z Inverness.

Kiedy powiadomił kolegów, że to prokurator znalazła zwłoki, wyczuł ich wrogość. Nie cieszyła się powszechną sympatią. Nie przychodził mu do głowy nikt na wyspie, kto by ją lubił lub uważał za przyjaciela.

Kiedy wyszedł na zewnątrz, do samochodu, zaczynało się zmierzchać. Perez powinien być w domu, ponieważ zbliżała się pora, kiedy Cassie szła spać.

Cassie, córka jego ukochanej, pozostawiona pod opieką Jimmy’ego na mocy nieoficjalnego testamentu. A także jedyny powód, pomyślał Sandy, dla którego Perez nie uciekł jak najdalej od wysp i wspomnienia śmierci Fran.

Dom w Ravenswick był przerobioną kaplicą; niski, niewielki, z widokiem na Raven’s Head i domy przy nabrzeżu. Samochód Pereza stał na zewnątrz. Drzwi otworzyły się, zanim Sandy do nich doszedł, i stanął w nich Jimmy Perez z kubkiem kawy w ręku. Wyglądał, jakby nie zmrużył oka od chwili śmierci Fran, był chudy i nieogolony. Chociaż nigdy nie należał do szczególnie porządnickich, pomyślał Sandy. Nigdy jakoś szczególnie nie dbał o swój wygląd.

– Cassie już śpi? – Sandy nie miał ochoty zacząć rozmowy o zwłokach i morderstwie, jeśli dziewczynka mogła go usłyszeć.

– Jest u swojego ojca – odparł Perez.

Duncan Hunter, dawniej szalony chłopak z wysp, mieszkał teraz w odziedziczonym wielkim domu nad zatoką w Brae. Duncan Hunter, były mąż Fran. Były najlepszy przyjaciel Jimmy’ego Pereza.

Inspektor wszedł do środka.

– To ostatni weekend ferii. Od kilku miesięcy nie miała zbyt wielu możliwości, by spędzić z nim choć trochę czasu. A wiesz, jaki jest Duncan. Zawsze wyjeżdża na południe, żeby załatwić jakiś dochodowy interes. Pomyślałem, że najlepiej go złapać, dopóki jest tutaj. Cassie powinna znać swojego ojca.

– I dzięki temu masz trochę czasu dla siebie. – Sandy zastanawiał się, czy Perez zaprosi go i zaproponuje kieliszek albo piwo. Jimmy nigdy nie był chętny do wypitki, ale kiedy żyła Fran, w lodówce zawsze stało piwo.

– Brakuje mi jej – powiedział Perez. – Straszliwie. – Sandy nie był pewien, czy chodzi mu o Cassie, czy Fran. Przestąpił z nogi na nogę i spojrzał na morze. – Czego chcesz? Nie za bardzo mam ochotę na podejmowanie gości – dodał Perez. – Ostatnio nie jestem zbyt towarzyski.

Sandy’emu wydawało się, że usłyszał w jego głosie nutkę użalania się nad sobą, i pomyślał, że w tej sytuacji praca może najbardziej by mu pomogła.

– To nie jest wizyta towarzyska – oznajmił i zdumiało go, jak ostro zabrzmiały jego słowa.

Perez wpatrywał się w niego. Inspektor zawsze odnosił się do Sandy’ego życzliwie, ujmował się za nim. A teraz przyszła pora, żeby sierżant mu się zrewanżował.

– W takim razie lepiej wejdź.

Dom wyglądał niemal tak samo jak za czasów Fran. Na ścianie wisiały jej obrazy obok rysunków Cassie. Wielkie zdjęcie całej trójki wisiało nad kominkiem. Kobieta śmiała się z odchyloną głową i teraz Sandy poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Fran Hunter zawsze była dla niego miła.

– Herbaty? – zapytał Perez. – Nie trzymam w domu alkoholu. Nie ufam sam sobie.

– Herbata będzie w sam raz. – Sandy obserwował, jak Perez sięga po kubek i wyjmuje mleko z lodówki. – Mamy morderstwo – oświadczył. – Prokurator znalazła zwłoki w jednym z wyścigowych yoali koło przystani w Aith. Wiesz, że wiosłuje ze starszymi kobietami. – Czekał na reakcję. Dawniej Jimmy, słysząc to, uniósłby brwi i rzucił jakiś żart o prokurator i czasie spędzanym przez nią na wodzie.

Ale dzisiejszy Perez ostrożnie postawił kubek z herbatą na stole i odwrócił się, by spojrzeć na kolegę.

– Jestem na zwolnieniu lekarskim – oznajmił. – Nie nadaję się do takiej pracy.

– W takim razie nie ma sensu, żebym marnował twój czas. – Sandy wstał i ruszył do drzwi. – Żelazna Dziewica chce mnie widzieć w Aith; ma nadzieję, że dokonam identyfikacji. Sam wiesz, jaka jest, kiedy każe jej się czekać. Pomyślałem, że powinieneś wiedzieć, to wszystko. Że powiadomienie ciebie będzie… – z wysiłkiem szukał właściwego słowa – …przejawem kurtuazji.

Perez i tym razem sprawiał wrażenie zdziwionego, ale nie złego czy zirytowanego. Sandy zazwyczaj mu się nie sprzeciwiał. Właściwie nie sprzeciwiał się nikomu. A obecnie gniew wydawał się standardowym uczuciem Jimmy’ego.

– Przepraszam. – Perez potrząsnął głową. Próba zmuszenia się, by pomyśleć jaśniej? Czy może wyraz jakiegoś rodzaju zwątpienia? Po chwili inspektor dodał: – Było mi miło, że wpadłeś i dałeś mi znać.

Sandy zatrzymał się na progu. Latarnia morska na Raven’s Head już się włączyła i promień światła przesunął się nad jego głową. Zastanawiał się, czy w ostatniej chwili Perez nie zmieni zdania i nie skusi się, żeby pojechać z nim do Aith. Był zaciekawiony, to pewne. Ciekawość zawsze pchała Jimmy’ego, by doprowadzić sprawę do końca. I przez chwilę Perezwyglądał, jakby czuł taką pokusę.

– Kogo przysyłają z Inverness? – zapytał.

– Kobietę. – Sandy poczuł się lepiej, bardziej chętny do rozmowy. – Jakąś kobietę o dziwnym nazwisku. Ale mamy całą noc, żeby jakoś to ogarnąć, zanim tu dotrze.

– No to powodzenia. – Perez cofnął się do domu i zamknął drzwi. Sandy widział jego ramiona pochylone nad stołem, głowę opuszczoną nad kubkiem z herbatą. Sprawiał wrażenie starego człowieka. Wyglądało to tak, jakby inspektor na krótko wrócił do życia i nie spodobało mu się to uczucie. Za bardzo sprawiało mu ból.

[2] Delegatura policji szkockiej, której podlegają tereny Highland (górzystych regionów północnej Szkocji) oraz wysp – Orkadów, Szetlandów i Wysp Zachodnich.

ROZDZIAŁ 5

Kiedy Sandy dotarł do Aith, było już zupełnie ciemno. Jazda trwała dłużej, niż się spodziewał, na wąskiej drodze między Bixter a Aith pełzł bowiem przed nim autobus z imprezowiczkami. W pewnym momencie pojazd nawet się zatrzymał, żeby jedna z dziewczyn mogła puścić pawia na poboczu. Jedną nogę miała przywiązaną do nogi przyjaciółki, jakby startowały w wyścigu na trzech nogach, i wieki trwało, zanim obie wgramoliły się po schodkach. Kiedy indziej Sandy byłby rozbawiony sytuacją. Wieczory panieńskie na wyspie były zawsze barwne. Ale tej nocy był poirytowany. Naciskał klakson, dopóki autobus nie zjechał na bok i nie stanął, pozwalając mu się wyminąć.

W Aith przy wjeździe na przystań stał policjant. Poznał jego samochód i machnięciem ręki pozwolił mu jechać dalej. Sandy spodziewał się, że prokurator wróciła do domu, ale nie, była wciąż na miejscu, ubrana w niebieskie dżinsy i krótki płaszcz przeciwdeszczowy. Na nienaganne uczesanych włosach miała czapkę zrobioną na drutach. Na przystani wyłączono światło i wszystkie kształty sprawiały wrażenie rozmytych i bladych. Tylko woda była czarna i oleista. Rhona Laing podeszła do Sandy’ego, gdy tylko wyszedł z samochodu.

– Miło, że pan do nas dołączył, sierżancie. – Głos miała cierpki, wszelkie ślady jej wcześniejszego współczucia zniknęły.

– Pojechałem zobaczyć się z Jimmym Perezem – wyjaśnił. – Pomyślałem, że będzie to kurtuazyjny gest. – Był dumny z użycia nowo poznanego słowa.

Zawahała się.

– A więc nie chciał przyjechać z panem?

– Nie czuł się na siłach. – Sandy także zrobił pauzę. – Szkoda. Może właśnie to byłoby mu potrzebne. Coś, co zajęłoby jego myśli i zmusiło do wyjścia z domu. – Prokurator nie odezwała się, mówił więc dalej: – Rozmawiałem z Inverness, wyślą zespół pierwszym porannym rejsem. Odbiorę ich z lotniska i przywiozę prosto tutaj. Morag załatwia zakwaterowanie. Przybędzie nowy inspektor. – Miał zamiar dodać, że jest nim kobieta o dziwnym imieniu, ale postanowił tego nie robić. Wiedział, że Rhona Laing nie uzna tego za istotne. Zastanawiał się, jakie będą relacje między nimi dwiema, i uśmiechnął się w ciemności na myśl o możliwych przepychankach. Byłoby nieźle, gdyby ktoś inny stał się celem kąśliwych uwag pani prokurator.

– Tędy. – Poprowadziła go wzdłuż nabrzeża do jednego z miejsc cumowania. Na końcu molo postawiono parawan chroniący przed wścibskimi oczami, a zwłoki w yoalu przykryto plandeką. Davy Cooper, sierżant z sekcji mundurowej, uniósł jeden jej koniec i poświecił latarką, umożliwiając Sandy’emu oględziny denata.

– Wydaje mi się znajomy – stwierdził. – Ale nie kojarzę nazwiska. Otworzyłem jego aktówkę, nie mogłem jednak znaleźć żadnego dokumentu. Nie chciałem sprawdzać mu kieszeni, dopóki technicy nie dotrą tu jutro rano.

Sandy spojrzał w dół na mężczyznę tuż po trzydziestce, który miał na sobie dżinsy warte tyle, ile jego kilkudniowy zarobek.

– To Jerry Markham – oświadczył. Widok jego zwłok był szokiem, ale nie wywoływał uczucia bolesnej straty. Byli dalekimi kuzynami, mieli jednak ze sobą za mało wspólnego, by się zaprzyjaźnić. – Jego rodzice prowadzą hotel w Ravenswick. Pracował jako dziennikarz w „The Shetland Times”, dopóki nie wyjechał na południe, aby zbić majątek. Nie wiedziałem, że wrócił.

– Rzeczywiście, to Markham – przytaknął Cooper. – Jak już to powiedziałeś, dostrzegam rysy jego matki.

Ale Sandy go nie słuchał. Patrzył na prokurator, która wydawała się jeszcze bledsza w blasku bezlitosnych świateł.

– Znała go pani?

– Nie – odparła. – Oczywiście nazwisko kojarzę, ale nigdy się nie poznaliśmy. – Odwróciła oczy od zwłok. – Robi się zimno, a ja nic nie jadłam. Jeżeli będę potrzebna, znajdziecie mnie w domu. – Zaczęła odchodzić, ale gdy tylko dotarła do plamy cienia, odwróciła się do nich. – Powiadomi pan rodzinę?

Sandy skinął głową.

– Prasa zjawi się, kiedy tylko rozejdzie się wiadomość – stwierdziła. – Zawsze interesują się swoimi. Nie będziemy informować o jego tożsamości, sierżancie, jak długo się da, będę więc wdzięczna za odrobinę dyskrecji, kiedy dotrze pan do hotelu.

– Czy nie wolałaby pani sama powiedzieć Peterowi i Marii? – Ostatnią rzeczą, na jaką Sandy miał ochotę, był powrót do Ravenswick i pójście do najelegantszego hotelu na wyspach. Zawsze czuł się tam niezręcznie. Wyobrażał sobie natomiast, że prokurator była regularnym gościem w restauracji.

– To raczej nie moja rola, sierżancie. – Oddalała się od nich i z chwilą, gdy skończyła zdanie, zniknęła w ciemności.

Jadąc z powrotem do Ravenswick, Sandy starał się sobie przypomnieć, co wie o Jerrym Markhamie. Był trochę starszy od Sandy’ego, ale nadal chodził do liceum Andersona, gdy Sandy zaczynał tam naukę. Jeden z eleganckich chłopaków. Redaktor gazety szkolnej. Gwiazda szkolnego kółka teatralnego. Pojechał na uniwersytet, potem wrócił, żeby pisać do „The Shetland Times”, a gdy się tym znudził, wciąż nieszczęśliwy, wrócił na południe. Teraz pisał do jednej z tych wielkich londyńskich gazet drukujących tylko poważne artykuły, a wiadomości sportowe wyłącznie na ostatnich stronach. Matka Sandy’ego bardzo się emocjonowała, kiedy Jerry dostał tę pracę, i gdy tylko jakiś artykuł podpisany był jego nazwiskiem, wycinała go, żeby wymachiwać nim synowi pod nosem, gdy tylko ten wracał do domu.

Rodzicami Jerry’ego byli Peter i Maria Markhamowie. Maria pochodziła z Szetlandów, wychowywała się w Northmavine. Peter był przyjezdnym, kimś, kogo Szetlandczycy nazywali spadochroniarzem.

Gdzie pracował, zanim kupili Ravenswick Hotel? Sandy nie mógł sobie przypomnieć, ale miał wrażenie, że miało to coś wspólnego z ropą. I nagle skojarzył sobie, że Markham miał też jakieś związki z wojskiem. Stacjonował w bazie lotniczej w Unst i tam poznał Marię. Kiedy się zdemobilizował, pilotował śmigłowce latające ze Scatsta na platformy wiertnicze. Hotel w Ravenswick był w kiepskim stanie, kiedy Markhamowie zostali jego właścicielami. Była to rezydencja ziemiańska zbudowana w osiemnastym wieku, wielka, solidna i tuż nad wodą. Teraz budynek został całkowicie zmodernizowany i nazywano go jedynym hotelem w posiadłości wiejskiej na Szetlandach. Fran i Jimmy zabrali go tam na obiad, aby uczcić swoje zaręczyny; tylko do baru, ale Sandy’emu i tak wydawało się, że jest tam koszmarnie drogo. Jedzenie było, owszem, dobre i gdyby Sandy miał kobietę, której naprawdę chciałby zaimponować, zaprosiłby ją tam w porze lunchu, kiedy menu było stałe, a ceny niezbyt wysokie.

W pewnym momencie Sandy uświadomił sobie, że dotarł do Ravenswick i jest niedaleko domu Pereza. W dawnej kaplicy nadal się świeciło, ale zasłony były zaciągnięte. Być może Jimmy zostawiał światło, kiedy szedł spać. Może po ciemku dręczyły go koszmary, jak zazwyczaj działo się to w przypadku małych dzieci. Albo może wcale nie spał i siedział, patrząc w ogień.

Przed wejściem do hotelu płonęło ognisko. Zapach palącego się torfu czuć było przez całą drogę z parkingu. W recepcji pracował Stuart Brodie. Również z nim Sandy chodził do szkoły. Bar pełen był gości hotelowych, którzy po obiedzie przyszli tu na kawę albo kieliszek czegoś mocniejszego. Cała recepcja była wyłożona boazerią z ciemnego drzewa i pachniała pszczelim woskiem.

– Są tu gdzieś Peter i Maria? – Sandy pochylił się nad wypoliturowanym blatem w kierunku Brodiego. W ten sposób nie musiał przekrzykiwać gwaru.

– Właśnie poszli do swojego mieszkania. – Brodie był sumiennym pracownikiem. Trochę nudnym, nie miał w sobie ani krzty ciekawości. – Mogę ci w czymś pomóc? Nie chciałbym im przeszkadzać.

– Pokaż mi kierunek, a sam znajdę drogę – odparł Sandy. – I nie dzwoń do nich. – Wszedł po wielkich schodach na pierwsze piętro, a potem już mniejszymi dalej na górę, aż dotarł do drzwi z napisem „Prywatne”. Zapukał parę razy. W końcu usłyszał zbliżające się kroki i drzwi się otworzyły.

Peter Markham wciąż był ubrany jak do pracy, w garnitur, ale zdjął krawat i trzymał szklankę w dłoni. Mimo że zaczynał siwieć, nadal był w dobrej kondycji. Nie sprawiał na Sandym wrażenia starego człowieka.

– W czym mogę panu pomóc? – Wydawał się trochę zirytowany pojawieniem się intruza, ale nie był niegrzeczny. Być może goście często pukali do jego drzwi, aby się poskarżyć, poprosić o pomoc, a biorąc pod uwagę ceny, jakie płacili, Markham nie mógł pozwolić sobie na okazywanie zniecierpliwienia.

Sandy przedstawił się i mężczyzna cofnął się, pozwalając mu wejść.

– O co chodzi, sierżancie? Któryś z naszych gości źle się zachował? – Nie rozpoznał Sandy’ego, ale ostatecznie jego żona miała przecież dziesiątki dalekich krewnych.

Sandy wszedł za nim do dużego salonu. Kiedyś mogły tu się znajdować pokoje dla służby, ale przepierzenia w tym końcu strychu zostały zburzone i powstała duża przestrzeń z pomalowanymi na biało ścianami. Drewniana podłoga była wypastowana jak w części hotelowej, a koło opalanego drewnem pieca leżał dywanik z niebieskim wzorkiem. Sandy pomyślał, że zimą może tu być dość chłodno. Osobiście wolałby duży dywan. Na półce niedaleko pieca stała rzeźba głuptaka, prawie naturalnej wielkości, wykonana z drewna wyrzuconego na brzeg. Sandy przyłapał się na tym, że się w nią wpatruje. W jaki sposób artysta zdołał przedstawić ptaka tak, jakby właśnie miał zanurkować?

Maria Markham siedziała zgarbiona w niskim fotelu. Przebrała się i miała na sobie szlafrok, ale nic wytwornego – taki, jaki mogłaby nosić matka sierżanta – wełniany i wygodny. Patrzyła w telewizor. Sandy podejrzewał, że włączyła go, aby pomógł jej się zrelaksować, a nie dlatego, że interesował ją program. Na stoliczku obok niej stał drink. Poznała Sandy’ego natychmiast. Byli spokrewnieni tak, jak to na wyspach bywa, daleko – była kimś w rodzaju ciotki i kiedy dorastał, spotykał ją od czasu do czasu na ślubach i pogrzebach. Zawsze przychodziła na nie sama, mąż i syn nigdy jej nie towarzyszyli. A od czasu, kiedy ona i Peter przejęli Ravenswick, Sandy w ogóle nie widywał jej na rodzinnych spotkaniach.

Wstała, poprawiając szlafrok, zakłopotana, że zastał ją ubraną tak po domowemu.

– Sandy! Jak miło! – Wyraźnie nie przyszło jej na myśl, że może tu być służbowo. Pomyślał, że przytyła. Podbródek miała pulchny, miękko zarysowany. – Czego się napijesz? Może kropelkę tego co my? Byłeś wcześniej na dole? Mieliśmy tyle na głowie, że cię nie zauważyliśmy. Pełno ludzi, którzy przyjechali tu, żeby nadzorować nowy terminal na wyspie. To dobre dla interesów, ale jeżeli potrwa dłużej, będziemy potrzebowali więcej personelu. Przez mgłę nie dotarł samolot z Edynburga i niektórzy goście utknęli tu na następną noc.

– Jestem tu w sprawie Jerry’ego – powiedział.

– Jeszcze nie wrócił – odparła. – Pracuje. Spodziewamy się go lada chwila. Może poczekasz? Z radością się z tobą spotka.

Jej mąż chyba wyczuł jednak, że to nie wizyta towarzyska. Stanął za żoną i położył dłoń na jej ramieniu.

– O co chodzi? – zapytał. – Coś się stało?

– Jerry nie żyje. – Sandy już kilkakrotnie przekazywał tragiczne wiadomości i właśnie się przekonał, że wcale nie przychodzi mu to coraz łatwiej. Wypowiadane słowa były tak brutalne, że miał wrażenie, jakby zabijał tego człowieka ponownie, ale nie istniał żaden łagodniejszy sposób. Najgorszy w tym wszystkim był brak wątpliwości, nawet cienia nadziei.

Małżeństwo wpatrywało się w niego, jakby skamienieli.

– Co ty mówisz? – odezwała się w końcu Maria. – Jest tu, na Szetlandach, lada chwila wróci.

– Nie. – Sandy żałował, że nie radzi sobie lepiej ze słowami. I z ludźmi. – Znaleziono jego ciało w Aith. Sam je widziałem.

– To ten cholerny samochód? – zapytał Markham. – Jeździ jak wariat.

– Nie. – Mózg Sandy’ego pracował na pełnych obrotach, chcąc zrozumieć znaczenie tych słów. Oczywiście Jerry mógł przywieźć samochód na wyspę. Będą musieli go odnaleźć. Właściwie już powinien zacząć poszukiwania, Perez tak by zrobił. – Nie – powtórzył. – To nie był wypadek samochodowy.

– A więc co w takim razie?

Sandy spojrzał na Marię. Łzy spływały jej po policzkach, ale wciąż się nie poruszyła ani nie wydała żadnego dźwięku.

– Uważamy, ze został zamordowany – wyjaśnił Sandy. – Jego ciało znaleziono przy przystani w Aith. Miał ranę na głowie. Jutro będziemy wiedzieli więcej, kiedy przyjedzie zespół z Inverness.

Wtedy nastąpiła kakofonia dźwięków. Maria krzyczała i płakała. Sandy nie miał bujnej wyobraźni, ale pomyślał, że brzmi to tak, jakby rodziła, jakby ponownie wydawała na świat swojego syna i wywrzaskiwała swoje cierpienie. Markham stał przed nią i trzymał ją mocno, dopóki się nie uspokoiła.

– Jerry był jedynakiem – powiedział, spoglądając na Sandy’ego nad głową żony. – Maria nie mogła mieć już więcej dzieci.

Sandy pragnął stamtąd wyjść, dać im trochę czasu na opłakiwanie syna w samotności. Nie mógł znieść, że musi przebywać w tym wielkim, czystym pomieszczeniu i patrzeć, jak kobieta, którą pamiętał zawsze jako silną i pełną radości, teraz całkiem się rozsypuje. Ale porannym samolotem przyleci nowa inspektor z North Uist i będzie chciała usłyszeć, czego się dowiedział. Miał jedyną szansę zadania im pytań, zanim to ona przejmie dochodzenie.

– Jakim samochodem jeździł Jerry? – podjął.

– Alfą romeo. – Markham wciąż tulił żonę do piersi, kołysząc się lekko, jakby uspokajał płaczliwe dziecko. – Taki mały, sportowy. Oczywiście czerwony. Idiotyczny wózek. Teraz już stary. Kupił go, kiedy po raz pierwszy przeniósł się do Londynu.

– Maria wspomniała, że Jerry tu pracował. – Sandy nie mógł sobie wyobrazić, co elegancki dziennikarz z londyńskiej gazety mógł robić na Szetlandach. Jakim cudem coś, co się tu dzieje, mogło być dla niego interesujące?

– Jerry powiedział, że ma tu temat – odezwał się cicho Markham. Maria była teraz tak nieruchoma, że Sandy zastanawiał się, czy nie zemdlała zmęczona łkaniem. Markham głaskał ją po włosach. – Przekonał szefową, że warto się nim zająć i że będzie najlepszym kandydatem, bo ma swoje miejscowe powiązania. W rezultacie przyjechał na kilka dni do domu, na koszt redakcji, a także z nadzieją na sensacyjny materiał.

– O czym miał być artykuł? – Na zewnątrz rozbrzmiała nagle salwa śmiechu. Miejscowi goście wracali do swoich samochodów i domów.

Markham wzruszył ramionami.

– Zapytał, czy mógłbym załatwić mu wejście do Sullom Voe. Czy nadal mam tam kontakty. Pomyślałem, że w terminalu nie ma nic takiego, co zainteresowałoby jego gazetę. Ropa się kończy, i to wszystko. Tutaj to stara sprawa. Ale załatwiłem mu spotkanie z rzecznikiem prasowym.

– I był tam dzisiaj?

– Tak – potwierdził Markham. – Tam właśnie dzisiaj był. Spodziewaliśmy się, że wróci na obiad, ale kiedy się nie pojawił, pomyśleliśmy, że spotkał starych przyjaciół. Wiesz, jak jest, kiedy się tu wraca. Próbowałem do niego zadzwonić, ale nie odbierał. Uznaliśmy, że nie ma zasięgu. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że coś może mu się stać. Czasem martwiliśmy się o niego, kiedy był w Londynie. Ale nie tutaj. Uważaliśmy, że tu wszyscy są bezpieczni.

Wciąż mówił, kiedy Sandy zaczął się zbierać. Detektyw miał wrażenie, że Markham teraz nie ma ochoty pozwolić mu odejść. Na jego spiętej twarzy widoczny był wysiłek, z jakim usiłował zapanować nad sobą. Gdy zostanie tylko z Marią, na pewno wszystkie tamy puszczą.

Sandy znowu jechał na północ. W domu Jimmy’ego okna wciąż były rozświetlone. Miał ochotę zatrzymać się i poprosić o radę. Co powinienem zrobić w pierwszej kolejności?Powiedz mi, jak powinienem poprowadzić sprawę. Ale minął dom i skierował się do biura. Włączył komputer, aby sprawdzić numery rejestracyjne samochodu Jerry’ego, zadzwonił do Davy’ego Coopera, pełniącego służbę na przystani, i poprosił go, żeby przeszedł się po parkingu i zobaczył, czy nie ma tam czerwonej alfy romeo. Sandy jej nie zauważył, a miał wrażenie, że raczej zwróciłby uwagę na taki szpanerski wózek. Morag zostawiła notatkę, że załatwiła w Lerwick zakwaterowanie dla zespołu z Inverness.

Wrócił do domu o świcie. Włączył telewizor, bardzo ściszając głos – piętro niżej mieszkała rodzina z małymi dziećmi i nie chciał ich budzić. Wypił puszkę tennenta, nie zawracając sobie głowy szklanką, nastawił budzik i położył się do łóżka. Zasnął natychmiast. Sandy Wilson nie miał kłopotów z zasypianiem, nawet jeżeli czymś się martwił. Jimmy Perez zawsze mówił, że to dar. Sandy uważał, że jeden z niewielu, jakie sam miał.

ROZDZIAŁ 6

Dla Willow Reeves było to pierwsze śledztwo w sprawie morderstwa, w którym występowała jako starszy oficer dochodzeniowy. Szef wezwał ją do gabinetu i oświadczył, że chciałby, aby je wzięła. „Potrzebne jest specyficzne rozumienie spraw, żeby pracować na Szetlandach. Są tam na skraju znanego wszechświata i uważają, że normalne zasady życia ich nie obowiązują. Porąbane świry”. Wynikało z tego, że ona też jest porąbanym świrem – chociaż pochodziła z dalekiego zachodu, a nie dalekiej północy – i w związku z tym cała sprawa będzie dla niej kaszką z mlekiem. A więc żadnej presji. Gdyby przełożony dokładnie wiedział, skąd pochodzi i jaką miała rodzinę, pewnie naprawdę uznałby ją za wariatkę, ale nigdy nie mówiła o tym w pracy. To nie ich interes.

Wylądowali w Sumburgh pierwszym rejsem z Inverness i z miejsca wydało jej się, że wszystko tu jest wielkie i wspaniałe. Prawdziwy port lotniczy z biurem wynajmu samochodów, halą odlotów i kawiarnią. Wszystko lśniło w słońcu. Vicki Hewitt, technik kryminalistyczny, pracowała na Szetlandach już wcześniej, przywitała się więc z sierżantem, który wyszedł im na spotkanie, jak ze starym przyjacielem:

– Powiedz mi: jak się ma Jimmy Perez? – zapytała.

Sierżant wzruszył ramionami i mruknął z akcentem, który Willow z trudem zrozumiała:

– Nie najlepiej. Długo to trwa.

Wszyscy znali historię Jimmy’ego Pereza – jego narzeczona włączyła się w śledztwo w sprawie morderstwa, a następnie została pchnięta nożem przez psychola, Jimmy zaś się o to obwiniał. Rozmawiano o tym od miesięcy we wszystkich kantynach policyjnych w Szkocji i na wyspach. Byli też i tacy, którzy twierdzili, że śmierć Fran była winą jej narzeczonego. O czym myślał, wciągając swoją kobietę w to, co robił? Willow nigdy nie wyrażała swojej opinii. Jedną z rzeczy, których nauczyła się, dorastając w komunie na North Uist, było to, że często najlepiej jest trzymać język za zębami. Przynajmniej dopóki nie wie się, o czym mowa.

Sierżant wiózł ich na północ piękną, prostą szosą, pokazując po drodze ciekawe miejsca, zupełnie jakby oprowadzał wycieczkę. Miała do niego setki pytań związanych z dochodzeniem. W nocy przeczytała wstępny raport z Szetlandów i wszystko, co mogła znaleźć o Jerrym Markhamie. W aktówce miała teczkę z wycinkami artykułów, które napisał.

– Opowiedz mi o nim – odezwała się w końcu.

Sandy Wilson nie wyglądał na obrażonego tym, że mu przerwała.

– Jego ojciec był z południa – oświadczył. – Ale matka jest z Szetlandów, a Jerry urodził się tu i wychował.

– Znałeś go?

– O tak, ale nie widziałem się z nim, od kiedy przeniósł się do Londynu.

– Nie możesz więc wiedzieć, dlaczego ktoś mógł chcieć go zabić? Nie było żadnych plotek? Żadnych opowieści o wrogach czy urazach?

Wiedziała, że w małych, zamkniętych społecznościach takie animozje mogły być przekazywane z pokolenia na pokolenie.

– Przez jakiś czas pracował jako reporter w „The Shetland Times” – wyjaśnił Sandy. – Zanim dostał szansę w londyńskiej gazecie. Nie zawsze przysparzało mu to przyjaciół. Ludzie nie lubią, jak publicznie pierze się ich brudy, a to pismo czytają wszyscy. Może uważał, że pracując tutaj, zdobywa doświadczenie potrzebne, aby osiągnąć coś wielkiego, zawsze szukał jakiejś wystrzałowej historii. Ale to było dziesięć lat temu. Nie sądzę, żeby z tego powodu wczoraj go zabito.

Nagle zjechał na drugą stronę drogi i zatrzymał się w zatoczce. Ruchem głowy wskazał stojący w dole, nad samym brzegiem, budynek z szarego kamienia, otoczony wysokim, kamiennym murem.

– To Ravenswick Hotel – oznajmił. – Własność rodziców Jerry’ego, Petera i Marii Markhamów.

– Co tutejsi o nich myślą? – Willow doszła do wniosku, że utrzymanie takiego gmachu musi być kosztowne. Żaden z hoteli na wyspach Uist nie był tak wielki ani tak elegancki.

– Lubią ich. Dają pracę miejscowym. Trochę tu drogo, ale wydaje się, że zawsze mają komplet klientów. Hotel jest nastawiony głównie na turystów i ludzi przyjeżdżających w interesach, ale jeżeli miejscowi mają jakąś specjalną okazję do uczczenia, przychodzą do tutejszego baru czy restauracji. – I Sandy dalej opowiadał historię Markhamów. Willow przyszło do głowy, że jeśliby go zachęciła, mógłby tak omówić kilka pokoleń. Ale to się jej podobało. Przyjemnie było wiedzieć, że ci ludzie mają korzenie. Jej własne były zbyt płytkie, by się rozwijać. Słuchając Sandy’ego, żałowała, że nie może wyjąć z plecaka notesu i zapisać wszystkiego, co słyszy.

Lerwick sprawiało wrażenie dużego miasta, z sygnalizacją świetlną, supermarketami i fabrykami na obrzeżach.

– Chcecie zostawić rzeczy w hotelu? – spytał Sandy. – Czy mamy jechać prosto do Aith i obejrzeć miejsce zbrodni?

– Do Aith! – zawołała z tylnego siedzenia Vicki Hewitt. – Ten biedak leżał tam przez całą noc. Wystarczająco długo, prawda? Czy James już go obejrzał?

James Grieve, anatomopatolog, pracował w Aberdeen. Willow nigdy dotąd go nie spotkała i czuła się trochę wykluczona. Jakby była nową dziewczyną w szkole i nie bardzo pasowała do istniejącej już grupy, chociaż dzieciaki były dla niej miłe.

– Powinien już tu być – odparł Sandy. – Samolot z Aberdeen przyleciał wcześniej i załatwiłem mu transport. – Pozostawiali już miasto za sobą i jechali na północ obok stojących na wzgórzu gigantycznych turbin wiatrowych powoli mielących powietrze śmigłami. Okolica sprawiała wrażenie smaganego wiatrem pustkowia. Nie było żadnych drzew, nawet specjalnie zasadzonych iglaków. – Odebrała go Morag.

Aith leżało w bok od głównej szosy. W nocy, jeszcze w domu, Willow sprawdziła to na mapie OS. Jednopasmowa droga, z mijankami co jakiś czas, biegła przez nagie zbocza wzgórz i torfowiska. Wszędzie widać było wodę – morze, zatoczki i małe jeziora. Kiedy mijali jakiś samochód, jego kierowca machał im ręką albo kiwał głową.

W takim miejscu zwrócono by uwagę na kogoś obcego, prawda?

Chociaż z drugiej strony Willow przypuszczała, że przyciąga ono również turystów, którzy mogą zwiedzać okolice poza głównymi szosami.

Gdy wjechali do osady, nawet z oddali dostrzegła, że dochodzenie jest w toku. Więcej samochodów, niż można było oczekiwać. Biało-niebieska taśma policyjna kołysząca się na wietrze. Grupa ludzi niezwykle zainteresowana jedną dużą łodzią wiosłową, wyciągniętą na nabrzeże, aby patolog mógł dobrze obejrzeć zwłoki in situ. Nad łodzią wzniesiono właśnie biały namiot. Oczywiście – z powodu gapiów. Nawet w takiej małej miejscowości musiały być osoby, które uważały, że widok zwłok może być ciekawy albo podniecający. Kilkoro starych ludzi i garstka dzieci zebrało się niedaleko miejsca, w którym coś się działo.

– Zajęliśmy szkołę na weekend – odezwał się nagle Sandy. – Ma połączenie internetowe, telefony i kuchnię, dzięki czemu możemy karmić funkcjonariuszy. I toalety. – Umilkł i Willow nagle zdała sobie sprawę, że czeka na jej aprobatę. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że jej potrzebuje. Bądź co bądź to był jego teren.

– Świetnie! – powiedziała. – Dobry pomysł. – Dostrzegła, że rozluźnił się i uśmiechnął promiennie.

Zaparkowali na boisku szkolnym. Kiedy ruszyli w stronę nabrzeża, nie podszedł do nich żaden umundurowany policjant ani anatomopatolog, ale kobieta w średnim wieku stojąca tuż za taśmą ostrzegawczą. Widząc Willow, wyciągnęła do niej rękę.

– Rhona Laing – przedstawiła się. – Jestem prokuratorem. – Miała edynburską wymowę, szorstką i lodowatą. Ubrana była w szare, wełniane spodnie, kaszmirowy sweter i tweedową marynarkę. Praktyczne, ale mimo wszystko eleganckie buty. – A pani musi być inspektor Reeves. Jak rozumiem, to pani będzie kierowała dochodzeniem. – Pozwoliła sobie na wystarczającą dozę zdumienia w głosie, by zirytować Willow. Ludzie zawsze uważali, że nie wygląda odpowiednio do swojej funkcji. To nie jej wina, że nie spełniała ich oczekiwań. – W czasie swojego pobytu tutaj będzie mnie pani o wszystkim informować.

– Oczywiście. – Willow odwzajemniła uścisk dłoni i zastanowiła się, czemu kobieta z takim poczuciem władzy uważa za stosowne bawić się w takie gierki. – O ile wiem, znalazła pani zwłoki w yoalu regatowym?

– Jak wyjaśniłam to już sierżantowi Wilsonowi. – Prokurator skinęła głową. Wiało od morza, ale jej włosy nawet nie drgnęły. Albo ma fantastyczną fryzurę, albo użyła sporej ilości spreju.

– Pani tu mieszka?

– W Starej Szkole – Rhona Laing ruchem głowy wskazała kwadratowy, solidny gmach na brzegu. – Pomyślałam, że dzieciaki dla zabawy zepchnęły yoal na wodę, i powiosłowałam, aby go odholować. – Uśmiechnęła się lekko, ale jej spojrzenie było czujne.

– Bardzo dziękuję, że teraz się tu pani zjawiła. – Willow postarała się, by zabrzmiało to szczerze. – Może kiedy już tu skończymy, będzie pani mogła poświęcić nam nieco więcej czasu? Oczywiście, jeżeli będzie pani na miejscu. Nie chcę psuć pani weekendu, a nie wiem, jak długo to nam zajmie. – Spojrzała w stronę białego namiotu, dając do zrozumienia, że chciałaby już odejść.

Na chwilę zapadła cisza.

– Naturalnie – oświadczyła Rhona Laing. – Będę osiągalna.

Dopiero po włożeniu papierowych kombinezonów i ochraniaczy na buty Willow pomyślała, iż prokurator oczekiwała, że poproszą ją, by do nich dołączyła. Najwyraźniej nie uświadamiała sobie, że fakt znalezienia zwłok postawił ją w dość dwuznacznej sytuacji. Formalnie nadzorowała dochodzenie, ale była też świadkiem, a mogła nawet stać się podejrzaną.

Anatomopatolog James Grieve właśnie odchodził od zwłok. Daleko za taśmą policyjną zdjął strój ochronny. Był drobnym, energicznym mężczyzną, elegancko ubranym; miał nawet lśniące, czarne buty. Uśmiechnął się do Vicki Hewitt i na powitanie cmoknął ją w policzek.

– Panno Hewitt, powinniśmy przestać spotykać się w takich okolicznościach.

Willow mu się przedstawiła. Czuła się trochę niezręcznie, bo była od niego wyższa. I o wiele młodsza. Powinna zacząć się przyzwyczajać do obu tych rzeczy.

– Pani inspektor. – Ukłonił się jej szarmancko. – Wracam do cywilizacji. Albo przynajmniej do Aberdeen; przypuszczam, że wszystko jest względne. Mam wrażenie, że będzie pani zbyt zajęta, by asystować przy sekcji. Może pani do mnie jutro zadzwonić, wczesnym popołudniem. Załatwię, aby zwłoki przewieziono na południe wieczornym promem i powinienem mieć już coś dla pani.

– Przyczyna śmierci? – zapytała.

Uniósł brwi, jakby była impertynencką uczennicą, igrającą z losem przed całą klasą. Potem się uśmiechnął.

– Wygląda na to, że został bardzo mocno uderzony tępym narzędziem. Ale kiedy tylko zerknie pani na zwłoki, niewątpliwie sama pani dojdzie do tego wniosku. – Ukłonił się ponownie i odszedł.

Vicki Hewitt już robiła zdjęcia wewnątrz białego namiotu. Yoal był większy, niż Willow oczekiwała. Miał około sześciu metrów długości i mogły w nim siedzieć trzy pary wioślarzy. Jerry Markham leżał na plecach na drewnianych ławkach, w niewygodnej pozycji. Głowa i nogi znajdowały się poza siedziskami, w związku z czym głowa była odchylona do tyłu. Buty miał ewidentnie drogie. Kiedyś Willow na złość rodzicom spotykała się z oficerem wojsk lądowych. Też zawsze nosił dobre buty i sztywna, niewygodna poza człowieka w łodzi jakoś skojarzyła jej się z dawnym chłopakiem. Ale nie na tyle, aby mogła przypomnieć sobie, jak się ten żołnierz nazywał.

Markham miał ręce złożone na piersi – również to miało coś oznaczać. Z całą pewnością nie upadł tak po otrzymanym ciosie. Przy jego stopach leżała cienka, czarna aktówka, wystarczająco duża, aby mógł zmieścić się w niej notebook, ale na pewno nie laptop. Willlow pomyślała, że jeżeli w aktówce było coś użytecznego, morderca na pewno zabrał to ze sobą. Jego lub jej nie obchodziła żadna pozostała zawartość i inspektor wiedziała, że nie znajdzie w teczce żadnych poszlak dotyczących tożsamości sprawcy. Istniała nawet możliwość, że skoro aktówka była tak dobrze widoczna na miejscu zbrodni, morderca chciał, żeby policja mogła się zapoznać z jej zawartością. Willow zapisała ten pomysł w pamięci, aby później pójść tym tropem.

Widok mężczyzny w łodzi wywoływał w niej różnego rodzaju skojarzenia, nie tylko związane z jej dawnym wojskowym kochankiem. Na przykład z rzeźbą rycerza na sarkofagu w średniowiecznym kościele – wyprostowanego, sztywnego, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Albo wikinga, przygotowanego do morskiego pochówku wojownika, ułożonego w drakkarze, który miał być podpalony i zepchnięty na wodę.

Nagle uświadomiła sobie, że Sandy Wilson jej się przygląda. Chyba od jakiegoś czasu chciał zwrócić na siebie jej uwagę.

– Proszę pani? – odezwał się niepewnie.

– Na litość boską, Sandy. „Willow” wystarczy. Głupie imię, ale takim mnie obdarowano.

Odwdzięczył się uśmiechem.

– Vicky mówi, że będzie tu całe popołudnie. Zastanawiałem się, co chciałabyś robić.

Willow się zamyśliła.

– Mówiłeś, że ojciec Markhama załatwił mu na wczorajsze popołudnie wizytę w terminalu.

– Tak. W Sullom Voe. Wpuścił go jeden z ochroniarzy, Jerry miał umówione spotkanie z rzecznikiem prasowym.

– A więc tam pojedziemy. Ale najpierw powinniśmy porozmawiać z panią prokurator.

Sandy skrzywił się i Willow odgadła, że Rhona Laing nie jest najpopularniejszą kobietą na wyspach.

– Daj spokój, sierżancie. Przypuszczam, że zrobi nam przyzwoitą kawę. A potem zjemy w barze lunch. Ja stawiam.