Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 223 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Marsylski szwindel - Peter Mayle

Uroczy szelma i wytrawny detektyw Sam Levitt powraca w kolejnej karkołomnej awanturze na południu Francji.

Po zakończeniu poprzedniej przygody Sam sądził, że minie sporo czasu, nim wróci do Francji, zwłaszcza że wdzięki Eleny Morales działały dostatecznie mocno, by zatrzymać go w Los Angeles. Jednak gdy bajecznie bogaty Francis Reboul proponuje zlecenie w Marsylii, Sam i Elena nie potrafią oprzeć się pokusie szukania nowych ekscytujących przeżyć, zwłaszcza w tak atrakcyjnym miejscu.

Wkrótce oboje cieszą się słońcem na plaży, delektują winem i marsylską bouillabaisse. Quelle joie! Tymczasem spór o cenny teren na nabrzeżu przybiera na sile… Levitt, reprezentujący Reboula, trafia w sam środek sieci intryg i niebezpiecznej walki o nieruchomości i jest zmuszony stawić czoło bezwzględnym gangsterom i drapieżnym inwestorom. Czy Samowi uda się wyjść z tych opresji cało?

Cudowna książka. Jak podczas znakomitego obiadu w ulubionej restauracji, będziecie celebrować każdy kąsek.

„The Denver Post”

Peter Mayle – autor znanych polskim czytelnikom książek o Prowansji, między innymi „Jeszcze raz Prowansja”, „Dobry rok”, „Hotel Pastis”. W uznaniu jego zasług dla kultury francuski rząd odznaczył go Legią Honorową. „Marsylski szwindel” to kolejna po „Wytrawnym przekręcie” powieść z detektywem Samem Levittem.

Opinie o ebooku Marsylski szwindel - Peter Mayle

Fragment ebooka Marsylski szwindel - Peter Mayle

Tytuł oryginałuTHE MARSEILLE CAPER

Copyright © by Escargot Productions, Ltd.Published in the United States by Alfred A. Knopf, a division of Random House, Inc., New York, and Canada by Random House of Canada Limited, Toronto.All rights reserved

Projekt okładkistudio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce© Istockphoto

Redaktor prowadzącyKatarzyna Rudzka

RedakcjaAgnieszka Rosłan

KorektaAgnieszka Ujma

ISBN 978-83-7839-878-3

Warszawa 2013

WydawcaPrószyński Media Sp. zo.o.ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawawww.proszynski.pl

Pamięci Allena Chevaliera, dobrego przyjaciela, który robił wyśmienite wino

1

Wstrząs może zmrozić krew wżyłach, zwłaszcza gdy spowodowało go nieoczekiwane spotkanie zczłowiekiem, któremu niedawno ukradło się wino warte trzy miliony dolarów. Sam Levitt poczuł dreszcz iściągnął poły szlafroka. Ciało wciąż miał wilgotne po porannej kąpieli wbasenie Chateau Marmont.

–Proszę. –Mężczyzna zajmujący miejsce po drugiej stronie stolika –uśmiechnięty, opalony, nieskazitelny –przesunął po blacie stolika filiżankę. –Niech pan wypije. To pana rozgrzeje, apotem możemy porozmawiać.

Sam wypił kawę, usiłując zebrać myśli. ZFrancisem „Sissou” Reboulem ostatnio spotkali się wMarsylii, gdzie popijali szampana wLe Pharo, pałacowej rezydencji Reboula naklifach zniezrównanym widokiem nawody Morza Śródziemnego. Nazlecenie międzynarodowej firmy ubezpieczeniowej Sam poszukiwał wtedy kilkuset butelek bordo zbardzo cenionego rocznika, skradzionych wcześniej zhollywoodzkiego domu Danny’ego Rotha, prawnika wyspecjalizowanego wbranży rozrywkowej, który miał słabość dodobrych win. Po poszukiwaniach, wiodących zLos Angeles doParyża idalej doBordeaux iMarsylii, Sam odkrył ukradziony zapas wobszernej piwnicy Reboula. Jako człowiek czynu, który woli bezpośrednie działanie oddługich, nużących negocjacji, po prostu ukradł te butelki złodziejowi. Koniec, kropka. Praca wykonana skutecznie ielegancko, bez narażania się naskargę zestrony ofiary. Iwłaśnie miał przed sobą ofiarę wewłasnej osobie wogrodzie Chateau Marmont wLos Angeles, aReboul zachowywał się podkażdym względem tak jak znajomy, który chce zostać przyjacielem.

–Może powinienem był pana uprzedzić –powiedział Reboul, wzruszając ramionami –ale przyleciałem doLos Angeles zaledwie wczoraj wieczorem, bo mam tu sprawę dozałatwienia, ipomyślałem, że skorzystam zokazji, by powiedzieć bonjour. –Zwewnętrznej kieszeni wyjął bilet wizytowy iprzesunął go po stole. –Widzi pan? To mała pamiątka, którą dostałem przy okazji naszego poprzedniego spotkania.

Sam zerknął naznajomo wyglądającą własną wizytówkę.

–No wie pan, Reboul…

–Nie, nie. –Reboul machnął ręką. –Proszę nazywać mnie Francisem, aja będę mówił dopana „Sam”. Bardziej poufale. –Uśmiechnął się iskinął głową, jakby myśl opoufałości była zabawna. –Nie chcę marnować pańskiego czasu, więc przejdę odrazu dorzeczy. –Dopił kawę iwypielęgnowanym palcem wskazującym odsunął nabok spodeczek zfiliżanką. –Prawdę mówiąc, sprawą, która ściągnęła mnie doKalifornii, jest właśnie pan.

Urwał nachwilę ikonspiracyjnie mrugnął doSama.

–Mam pewien problem wMarsylii, który wymaga obecności człowieka zbardzo określonymi irzadkimi talentami, naj­lepiej, co sam pan zachwilę zrozumie, Amerykanina. Znaszego poprzedniego spotkania wnoszę, że jest pan idealnym kandydatem dotego zadania. Co powiedziałby pan naspędzenie kilku tygodni nad Morzem Śródziemnym? Tam jest teraz najpiękniej, jeszcze nie nadeszły letnie upały. Dopilnuję, aby zamieszkał pan wluksusowych warunkach ioczywiście został sowicie wynagrodzony.

Przez chwilę Sam się wahał, ale ostatecznie zaciekawienie okazało się silniejsze niż podejrzliwość.

–Spróbuję zgadnąć –powiedział, odwzajemniając porozumiewawcze mrugnięcie. –Zapewne ma pan namyśli coś nie dokońca legalnego.

Reboul się nachmurzył ipokręcił głową, jakby sugestia Sama była odrobinę niestosowna.

–Legalność jest trudna dozdefiniowania, czyż nie? Gdyby było inaczej, większość prawników naświecie straciłaby pracę, co zresztą nie byłoby takie złe. Proszę jednak pozwolić, mój drogi Samie, że uspokoję pańskie sumienie. Nie proponuję niczego bardziej nielegalnego niż małe, nieszkodliwe oszustwo, apo pańskim występie wroli wydawcy podczas naszego poprzedniego spotkania wnoszę, że dla człowieka ztakimi talentami będzie to doprawdy drobiazg, awłaściwie soupe de fèves, jak mówimy wMarsylii. –Reboul przeniósł nagle wzrok zSama nakobietę, która szła przez ogród wkierunku ich stolika. –Wspaniale –powiedział, przygładzając włosy, iwstał. –Mamy gościa.

Sam odwrócił się iujrzał Elenę Morales wstroju nazywanym przez nią „mundurkiem dla klientów”, złożonym zczarnego kompletu, czarnych pantofli nawysokim obcasie ichudej czarnej aktówki; ożywiającym akcentem wtym obrazie kobiety interesu było mgnienie czarnej koronki wwycięciu żakietu. Elena stanęła nad Samem, wymownie poklepując zegarek, aminę miała wyraźnie niezadowoloną.

–To tak wygląda twój pomysł naluźniejszy piątek? Amoże zapomniałeś ospotkaniu?

–Ojej, rzeczywiście –powiedział Sam. –Spotkanie. Daj mi pięć minut, to się przebiorę, zgoda? –Był świadom, że Reboul czatuje tuż zajego plecami. –Eleno, to jest pan Reboul. ZMarsylii –dodał.

Elena uśmiechnęła się iwyciągnęła rękę. Reboul ujął jej dłoń, jakby była przedmiotem kruchym ibardzo cennym, zgrabnie pochylił się izłożył pocałunek.

–Enchanté, mademoiselle, enchanté.

Powtórzył pocałunek. Sam ztrudem oparł się chęci skarcenia Reboula, żeby nie mówił zpełnymi ustami.

–Przepraszam państwa nachwilę –powiedział. –Zaraz wrócę, tylko włożę kamizelkę kuloodporną.

Reboul odsunął krzesło dla Eleny.

–Bardzo miło mi panią poznać. Proszę wybaczyć, że przeze mnie Sam się spóźnił, ale niewątpliwie go zaskoczyłem. Ostatnio widzieliśmy się wMarsylii iwydaje mi się, że nie spodziewał się znowu mnie zobaczyć.

–Zpewnością ma pan rację. Wiem odSama wszystko otym, co stało się wMarsylii. Sama zresztą zleciłam mu tę pracę, pracuję dla firmy ubezpieczeniowej Knox.

–Czyli jesteście kolegami po fachu?

–Odczasu doczasu. Ale jesteśmy również… przyjaciółmi. Wie pan otym?

Reboulowi zabłysły oczy.

–Szczęśliwy człowiek. Może pomogłaby mi pani go namówić doprzyjęcia pewnego drobnego zlecenia. Nie, mam lepszy pomysł. Może pojedzie pani razem znim. –Poklepał ją po dłoni. –Sprawi mi to wielką przyjemność.

Elena zdawała sobie sprawę, że Reboul chce ją oczarować. Iże całkiem jej się to podoba.

–Gdzie trzeba wykonać to drobne zlecenie?

–WMarsylii. To fascynujące miasto. Opowiem pani onim.

Kiedy Sam wrócił dostolika, mając nasobie zamiast szlafroka garnitur zmuszką, zastał Reboula iElenę pochłoniętych ożywioną rozmową. Tym razem to on stanął nad Eleną wpozie wyrażającej zadowolenie zsiebie istuknął dłonią wzegarek.

Elena zmierzyła go wzrokiem odstóp dogłów iszeroko się uśmiechnęła.

–Ale jesteś dowcipny. Szkoda, że zapomniałeś oskarpetkach, ale mniejsza oto. Lepiej już chodźmy. Gdzie zostawiłeś samochód? –Odwróciła się doReboula ipowiedziała: –Wobec tego dozobaczenia wieczorem. Wrestauracji owpół doósmej?

Reboul skłonił głowę.

–Już nie mogę się doczekać.

Sam milczał, dopóki nie włączyli się doruchu naSunset Boulevard iskierowali kuWilshire.

–Co się dzieje dziś wieczorem? –spytał wkońcu.

–Francis zabiera nas nakolację, żeby opowiedzieć otym zleceniu.

–Nas?

–Zaprosił mnie doMarsylii. To mnie kusi. Nawet więcej, naprawdę chcę tam pojechać. Została mi fura niewykorzystanego urlopu, nigdy nie byłam napołudniu Francji, aMarsylia…

–Wygląda najpiękniej właśnie otej porze roku. –Sam zmienił pas, by wyprzedzić lśniąco różowego hummera wlokącego się przed nimi. –Reboul nie traci czasu, hę?

–Ma głowę nakarku. Ijest dżentelmenem. Wiesz co? Nikt nigdy nie pocałował mnie wrękę.

–To jest sprzeczne zamerykańskimi ustawami ozdrowiu ihigienie.

Sam pokręcił głową. Zdoświadczenia wiedział, że Elena jest obdarzona niezłomną wolą zaspokajania swoich kaprysów. Gdy raz podjęła decyzję, próby wpłynięcia najej zmianę były pozbawione sensu. Musiał zresztą przyznać, że jeśli pojedzie znim Elena, zlecenie będzie dużo zabawniejsze, naturalnie gdyby postanowił je przyjąć.

Tymczasem czekało ich spotkanie, które zpewnością zabawne nie było. Mieli zobaczyć się zDannym Rothem, aby zakończyć wszystkie sprawy wynikające zodzyskania skradzionego wina ijego transportu doStanów Zjednoczonych. Była też kwestia dużego znaleźnego dla Sama. Mimo że suma miała zostać podzielona między Rotha iKnox Insurance, Sam spodziewał się kłopotów –wnajlepszym razie gry nazwłokę, raczej jednak wściekłości iodmowy wypłaty. Zatrzymał samochód przed sześcianem zprzyciemnionego szkła, mieszczącym siedzibę firmy Roth and Partners (wspólnikami byli matka Danny’ego oraz księgowy) izgasił silnik.

–Gotowa? Nie oczekuj tym razem zbyt wiele całowania wrękę.

Wholu powitała ich sekretarka Rotha, wysoka, wyniosła iniekompetentna Cecilia Volpé, która zachowywała tę posadę dzięki swojemu wpływowemu ojcu Myronowi, jednemu zgarstki potężnych, choć anonimowych ludzi, którzy pociągali zasznurki zazamkniętymi drzwiami Hollywood.

Cecilia podeszła donich rozkołysanym krokiem nadziesięcio­centymetrowych obcasach iodgarnęła zczoła bujną złocisto­brązową grzywę, by móc lepiej przyjrzeć się strojowi Eleny.

–Niesamowicie podobają mi się te buty –powiedziała cicho. –Louboutin? –Potem nagle przypomniała sobie oobowiązkach. –Pan Roth ma dzisiaj bardzo napięty terminarz. Czy państwo nadługo?

Sam zuśmiechem pokręcił głową.

–Tylko nachwilę potrzebną dowypisania czeku.

Cecilia zadumała się nachwilę nad tą odpowiedzią, wreszcie zdecydowała, że nie należy traktować jej poważnie. Odwzajemniła jego uśmiech, eksponując kunszt dentysty wart kilka tysięcy dolarów.

–Zechcą państwo pójść zamną? –Odwróciła się ipożeglowała korytarzem, aobcisła spódniczka opinała jej się naperfekcyjnych wswej jędrności pośladkach, które zdawały się żyć własnym życiem, wykonując krótkie ruchy przy każdym kroku. Sam patrzył nato jak zahipnotyzowany.

Elena dźgnęła go łokciem między żebra.

–Żadnych uwag bez względu naokoliczności. Skup się na pracy.

Cecilia zostawiła ich przy drzwiach gabinetu. Roth siedział plecami donich, kopuła jego bezwłosej głowy lśniła odsłonecznego światła zalewającego pomieszczenie. Obrócił się nakrześle, odsunął aparat telefoniczny oducha ispojrzał nanich nieprzyjaźnie spod przymrużonych powiek.

–Długo to potrwa?

–Mam nadzieję, że nie, panie Roth. –Elena usiadła iwyjęła zteczki porcję papierów. –Wiem, że ma pan napięty terminarz. Musimy jednak załatwić jedną sprawę, amoże nawet dwie.

Roth skinieniem głowy wskazał Sama.

–Co on tutaj robi?

–Ja? –zdziwił się Sam. –Po prostu przyszedłem po czek.

Roth przybrał wstrząśniętą minę.

–Czek? Czek? Imoże jeszcze medal by pan chciał? Jeeezu!

Elena westchnęła.

–Znaleźne, panie Roth. Jest onim mowa tutaj, wumowie ubezpieczeniowej.

Zostali uniego prawie dwie godziny, podczas gdy Roth studiował umowę wiersz po wierszu, kwestionując nawet najbardziej nieszkodliwe paragrafy. Swoim zachowaniem mógł każdego przyprawić oapopleksję.

Gdy wreszcie się to skończyło, została wezwana Cecilia, aby odprowadziła ich dowindy.

–No, no –powiedziała. –On normalnie nie poświęca tyle czasu nikomu. Musi was naprawdę lubić, ludzie.

Wsamochodzie Elena włączyła klimatyzację iwygodnie się rozsiadła.

–Gdybym potrzebowała następnego pretekstu, żeby stąd wyjechać, to już go mam. Ten facet jest potworem. Coś ci powiem: Marsylia wygląda wmoich oczach coraz lepiej.

–Zobaczmy, co ma dopowiedzenia Reboul.

–Nawet nie myśl oodrzuceniu jego oferty. Ja ci wykręcę ramię, aon może zająć się drugim. –Pochyliła się icmoknęła Sama wucho. –Opór będzie bezskuteczny.

2

Byli już spóźnieni, gdy wpośpiechu zmierzali korytarzem kuwindzie, która miała zawieźć ich dorestauracji hotelu Chateau Marmont.

Przeszkodził im instynkt współzawodnictwa Eleny, pragnienie włożenia czegoś, co –jej słowami –pokazałoby Reboulowi, że Francuzki nie są jedynymi laskami naświecie. Po kilku falstartach wybrała wreszcie wogniu dyskusji sukienkę będącą ostatnim krzykiem mody: czarną, obcisłą ikrótką.

Gdy czekali nawindę, Sam objął Elenę ramieniem wtalii, apotem pozwolił dłoni powoli zsunąć się najej kształtną pupę. Zatrzymał dłoń, przeniósł jeszcze niżej iznów zatrzymał.

–Czy podtą sukienką cokolwiek nosisz? –spytał.

–Nie zawiele –powiedziała. –Kilka kropli chanel. –Popatrzyła naniego iprzesłała mu najbardziej niewinny zeswoich uśmiechów. –To już taka sukienka, sam rozumiesz. Jest wniej miejsce tylko namnie.

–Mhm.

Oddalszych uwag uratowało Sama otwarcie się drzwi kabiny. Ukazał się wnich mężczyzna wrozpinanym swetrze iceglasto­rudych spodniach, dobrze pasujących dojego ceglastych policzków. Wzniósł dotoastu kieliszek martini.

–Idę naprzyjęcie wogrodzie –oznajmił. –Postanowiłem najpierw trochę poćwiczyć.

Gdy winda się zatrzymała, osuszył kieliszek, schował go dokieszeni swetra, wyprostował ramiona inieco chwiejnie się oddalił.

Reboul siedział już przy stoliku, obok łokcia miał wiaderko zszampanem iwertował papiery. Nawidok Eleny zerwał się narówne nogi iujął ją zarękę. Tym razem ograniczył się dojednego pocałunku, mrucząc przy tym: Ravissante, ravissante. Elena zwdziękiem skłoniła głowę, Sam przewrócił oczami, akelner tymczasem nalał im szampana.

Reboul był takim człowiekiem, że słowo „elegancik” mogło zostać wymyślone właśnie dla niego. Tego wieczoru imponował jedwabnym czarnym garniturem (intensywnie czerwona baretka Legii Honorowej wklapie stanowiła drobny akcent kolorystyczny) ikoszulą wnajbledszym zodcieni niebieskiego. Śnieżnobiała chustka była wsunięta zamankiet. Podobnie jak wielu szczęśliwców ośródziemnomorskiej urodzie Reboul miał karnację lubiącą słońce, ajego gładka, jasnomahoniowa cera wyjątkowo korzystnie kontrastowała zidealnie białymi, perfekcyjnie przystrzyżonymi włosami. Nawet brwi, naco Elena zwróciła uwagę, nosiły ślady zabiegów świetnego fryzjera, abrązowe oczy skrzyły się humorem. Reboul był żywym świadectwem radości bycia bogatym.

–Wypijmy –powiedział, unosząc kieliszek –zasukces naszego małego przedsięwzięcia.

Sam zatrzymał kieliszek wpół drogi doust.

–Nie chcę psuć zabawy –powiedział –ale wolałbym dowiedzieć się więcej omoim małym przedsięwzięciu, nim zanadto ulegnę emocjom.

–Zaraz pan się dowie, mój drogi Samie, zaraz. –Reboul podał mu kartę win. –Czy jednak najpierw można prosić owybranie dla nas wina? Pamiętam, że ma pan oko dodobrych roczników. –Towarzyszyło temu uniesienie brwi ikonspiracyjne skinienie głową, jakby Reboul dzielił znim sekret.

Pierwszy raz wspomniał, zresztą nie wprost, okradzieży kilkuset butelek wina, wktórych posiadanie wszedł zniemałym trudem. Zpozy łaskawcy iuśmiechu natwarzy należało sądzić, że incydent ten wydaje mu się zabawny. Czy naprawdę tak uważał? Sam pomyślał, że chyba nadeszła chwila, by się otym przekonać. Nawet nie zaglądając dokarty win, odsunął ją nabok.

–Mam nadzieję, że nie będzie pan miał nic przeciwko temu –powiedział –ale już zamówiłem wino. Choć tutejsza piwniczka niestety nijak nie dorównuje pańskiej, to wybrałem dwie propozycje, które mogą wydać się panu interesujące. Pierwsza to châteauneuf-du-pape, ale białe châteauneuf-du-pape, adrugie to jedno znaszych miejscowych win, którego pewnie jeszcze pan nie próbował: beckstoffer cabernet zdoliny Napa. Jak to brzmi?

–Porażająco. Ateraz, droga Eleno, co będziemy jedli? Kobiety zawsze wiedzą to najlepiej, oddaję się wpani ręce.

Elena poklepała go po ramieniu.

–Proszę zostawić to mnie. –Przez chwilę studiowała menu. –Soupe au pistou? Albo nie. Tego pewnie ma pan mnóstwo usiebie. Są tu dobre owoce morza, więc może zacznie pan odkrabów wcieście ipurée zawokado…

Reboul uniósł dłoń.

–Nic więcej proszę nie mówić. Pragnę krabów wcieście. Zabiłbym zakraby wcieście.

–Miejmy nadzieję, że to nie będzie konieczne. –Elena podniosła wzrok znad menu. –Co dzisiaj mamy? Wtorek? Fantastycznie… Szef kuchni poleca dzisiaj duszonego królika ipapardelle zgrzybami. Pycha, może mi pan wierzyć.

–Zadziwia mnie pani –powiedział Reboul. –Nie miałem pojęcia, że Amerykanie jedzą króliki.

–Ta Amerykanka je.

Zamówienia zostały złożone, butelki wina odkorkowane, szampan doczekał się należytej uwagi iwreszcie Reboul, nieznacznie wzruszywszy ramionami, by przeprosić Elenę zarozmowę ointeresach przy stole, zaczął przedstawiać wzarysie powód swojej wizyty.

–Marsylia to nadzwyczajne miasto. Założono je ponad dwa tysiące sześćset lat temu, zanim jeszcze Paryż nazwano Paryżem. Jest wielka, zajmuje powierzchnię dwukrotnie większą odParyża. Rozumiecie jednak chyba, że marsylskie tereny wzdłuż wybrzeża, te, októrych mówią, że chlapią się wMorzu Śródziemnym, są niemal wcałości zagospodarowane. –Urwał, by upić łyk szampana. –Wyjątek stanowi pewna urocza zatoczka, Anse des Pecheurs, nawschód odstarego portu. Nie będę zanudzał was historią, tłumacząc, dlaczego nigdy jej nie zagospodarowano, powiem tylko, że odstu dwudziestu lat jest przedmiotem walk ikłótni kolejnych pokoleń miejskich polityków ifirm budowlanych. Dawano już łapówki, zwalczano je innymi łapówkami, były sprawy sądowe i, jak ludzie mówią, przynajmniej jedno zabójstwo. Wkażdym razie dwa lata temu zapadła decyzja, by jednak Anse des Pecheurs zagospodarować. Ten projekt jest bardzo bliski mojemu sercu, zainwestowałem już wniego mnóstwo czasu ipieniędzy, ale…

Nadejście kelnera zkrabami wcieście sprawiło, że Reboul urwał, wsunął serwetkę zakołnierzyk koszuli, spróbował białego châteauneuf ipochwalił Sama zawybór.

–Niech mi pan powie –odezwał się Sam –co skłoniło tych ludzi, by po stu dwudziestu latach nagle podjąć decyzję.

Reboul upił dłuższy łyk châteauneuf jak koneser, przez chwilę zatrzymał wino wustach, potem aprobująco skinął głową iodpowiedział:

–Jeszcze w2008 roku Marsylię wybrano naEuropejską Stolicę Kultury 2013 Roku. Woficjalnym języku cel tego przedsięwzięcia stanowiło „przyspieszenie rozwoju”. To był moim zdaniem decydujący impuls. Wkażdym razie zaproszono doskładania ofert ipomysłów nazagospodarowanie Anse ikoniec końców wyselekcjonowano trzy propozycje dofinału. Jedna znich, najlepsza moim zdaniem, została przedstawiona przeze mnie. Poza tym moi rywale mają tę trudność, że są obcy –to grupa zParyża iangielskie konsorcjum. Ani jedni, ani drudzy nie okazali nawet krzty wyobraźni. Chcą budować wielkie hotele zwszystkimi nowoczesnymi bajerami wwyposażeniu, basenami nadachu, ośrodkami odnowy biologicznej, luksusowymi centrami handlowymi. Cały czas te same odgrzewane pomysły, atrakcyjne może dla turystów, ale nie dla mieszkańców Marsylii. Poza tym te hotele będą bez wątpienia paskudnymi pudłami zbetonu iszkła.

Kawałkiem chleba zebrał ztalerza resztkę purée zawokado iotarł usta serwetką.

–Mamy kilka takich wLos Angeles –powiedziała Elena. –Naczym więc polega pański pomysł?

–Och, coś dla marsylczyków –powiedział Reboul. –Domy mieszkalne, niskie, nie większe niż trzy piętra, usytuowane wtarasowym ogrodzie schodzącym aż nad morze. Nadole nieduża przystań żeglarska, ale nie dla jachtów, tylko dla niewielkich łodzi, najakie stać zwykłych ludzi mieszkających nad morzem. Kiedy przyjedziecie doMarsylii, mogę pokazać wam makietę. –Przeniósł wzrok zSama naElenę. –Et voilà. Ico otym sądzicie?

–Brzmi znacznie lepiej niż pudła zbetonu iszkła –powiedział zuśmiechem Sam. –Mam jednak przeczucie, że wtym projekcie chodzi ocoś więcej niż tylko samą architekturę.

Odchylił się naoparcie krzesła, bo kelner przyniósł akurat główne danie.

Reboul westchnął.

–No owszem. Wtym problem. –Spojrzał natalerz, który przed nim postawiono, apotem pochylił się nad nim, by lepiej przyjrzeć się daniu, iwciągnął wnozdrza jego zapach. –Zanim jednak przejdę dowyjaśnień, zajmijmy się tym wyśmienitym królikiem.

Wyśmienitym królikiem zajęto się więc zuwagą, najaką zasługiwał, beckstoffer cabernet został posmakowany, zuznaniem oceniony iznów posmakowany, amiła konwersacja przeszła zwytwarzania wina nauroki Cassis (winnicy sąsiadującej zMarsylią), apotem naostatniego konika Eleny, która niedawno skończyła kurs winiarski. Dość protekcjonalny instruktor wymagał odniej opanowania mocno rozdętego zasobu terminów ulubionych przez znawców win.

–Jestem pewna, że on zna swoje rzemiosło –powiedziała. –Inawet mogę jakoś się pogodzić zostrużynami ołówka, truflą dębową inutami tytoniu, chociaż diabli wiedzą, kto chciałby pić ostrużyny ołówka, ale poddałam się, gdy zaczęliśmy mówić omokrych psach. –Spojrzała naReboula zudanym wyrazem trwogi wswych ciemnych oczach. –Pan nie ma win smakujących jak mokry pies, prawda?

Reboul odrzucił głowę dotyłu iwybuchnął śmiechem.

–Raz słyszałem winiarza opisującego swój trunek słowami: comme le petit Jésus en pantalon de velours, jak Jezus waksamitnych spodniach. –Wzruszył ramionami. –Winiarze są wielkimi entuzjastami. Trzeba im wybaczyć drobną skłonność doprzesady. Próbują przecież opisać coś, co często jest nie doopisania.

Przyniesiono ser, wistocie nawet trzy różne sery, aznimi kopiastą porcję dżemu figowego iwtedy Reboul wrócił doswojej propozycji.

–Jak powiedziałem, istnieje problem. Nazywa się Patri­monio. Jérôme Patrimonio. On przewodniczy komisji przetargowej, która będzie wybierała zwycięski projekt, ajako przewodniczący ma oczywiście większy wpływ, niż wynikałoby zjednego głosu wgłosowaniu. –Próbując zebrać myśli, Reboul zmienił układ serów naswoim talerzu. –Patrimonio mnie nienawidzi. Zrobiłby wszystko, żeby przeszkodzić mi wodniesieniu zwycięstwa. Wszystko.

Elena pierwsza zadała narzucające się pytanie:

–Proszę mi wybaczyć, ale co takiego pan mu zrobił? Dlaczego pana nienawidzi?

–Och. –Reboul pokręcił głową iwestchnął. –Była wtym kobieta. –Popatrzył naElenę wtaki sposób, jakby wśród dorosłych znających życie takie wytłumaczenie wzupełności wystarczało. –Ito jaka kobieta! –Wspomnienie zdawnych lat przywiodło uśmiech najego wargi. –Prawdę mówiąc, to było dawno. Ale Patrimonio jest Korsykaninem. –Znów przesłał znaczące spojrzenie. –Ma swoją dumę jak wszyscy Korsykanie. Ibardzo dobrą pamięć, też jak wszyscy Korsykanie.

–Uporządkujmy fakty –powiedział Sam. –Pan wie, że ten facet, który go nie znosi, jest przewodniczącym komisji. Amimo to wswojej opinii ma pan szansę.

–Musi pan pozwolić, że dokończę, Sam. Patrimonio nie wie, że mam ztym cokolwiek wspólnego. Moje nazwisko nie pojawia się wżadnych dokumentach przetargowych, bardzo też uważałem, żeby nie angażować wto francuskich firm, które łatwo sprawdzić. Moją propozycję przedstawili wspólnie Langer & Troost, bardzo stary idyskretny szwajcarski bank, oraz Van Buren Partners, amerykańskie biuro architektów, własność mojego starego przyjaciela Tommy’ego Van Burena, zktórym razem studiowałem naHarvardzie. Finalną prezentację przed komisją będzie prowadził jego specjalista odmarketingu między­narodowego. Itu właśnie, mój drogi Samie, liczę napański współudział.

–Wroli architekta, który nie ma zielonego pojęcia oarchitekturze? Idotego cudzoziemca zAmeryki? –Sam pokręcił głową. –Nie jestem przekonany, Francis. Sądzę, że może mi trochę brakować kwalifikacji.

Reboul zbył tak bagatelne obiekcje jednym ruchem ręki.

–Natym etapie głęboka znajomość architektury nie jest konieczna. To kwestia późniejsza. Tymczasem sprzedajemy sam pomysł: miejsce, wktórym ludzie mają mieszkać, anie takie, żeby tylko przyjeżdżali zwizytą. Coś typowo marsylskiego, zrobionego zposzanowaniem środowiska, wharmonii zmorzem…

Sam uniósł rękę.

–Wporządku. To może zadziałać. Zgrabny, prosty chwyt reklamowy. Ale dlaczego ja? Dlaczego nie ktoś odVan Burena?

Reboul odchylił się dotyłu izuśmiechem natwarzy szeroko rozłożył ramiona.

–Potrzebuję kogoś wyjątkowego… handlowca najwyższej klasy, sugestywnego, uroczego itaktownego. Apan właśnie taki był wswoim poprzednim wcieleniu wydawcy. Pamięta pan? –Skłonił głowę przed Samem. –Mnie pan nabrał, ich też może nabrać.

Sam dopił wino zkieliszka ipozwolił, by Reboul jeszcze trochę mu dolał.

–Mimo że jestem cudzoziemcem?

–Wie pan, Sam, są cudzoziemcy icudzoziemcy. –Reboul uniósł palec. –WMarsylii odwieków nienawidzimy paryżan. –Dodał drugi palec. –Anglików tolerujemy. Ponieważ jednak oddziela nas odnich jedynie La Manche, są odrobinę zablisko iczasem nam przeszkadzają. –Wystawił trzeci palec. –Amerykanów lubimy nie tylko zaich liczne zalety, lecz również dlatego, że Stany Zjednoczone szczęśliwym zrządzeniem losu znajdują się daleko odnas. Sądzę więc, że nasz projekt ma lekką przewagę nastarcie.

Elena bacznie przyglądała się obu rozmawiającym panom, jakby obserwowała mecz tenisowy, odchylała głowę to wtę, to wtamtą stronę.

–Załóżmy, że pański projekt wygra –zwróciła się doReboula. –Czy nie będzie panu trudno pozostać zakulisami? Skąd pochodzą pieniądze? Mam namyśli konieczność składania tych wszystkich gwarancji iujawniania interesów… chyba że to tylko staromodne amerykańskie przesądy.

Podczas gdy mówiła, Reboul przytakiwał.

–Bardzo trafna uwaga, moja droga. Zaraz powiem, jak zamierzam to rozwiązać. –Dał znak kelnerowi izamówił dla wszystkich kawę icalvados. –Złożyłem odpowiednio duży depozyt wbanku Troost & Langer, aby sfinansować pierwszy etap budowy. Zasiliłem ich zrachunku wDubaju, więc nic nie wskazuje nafrancuskie pochodzenie. Gdy pierwszy etap się zakończy iprojekt będzie już zaawansowany, wystąpi nieprzewidziany iabsolutnie nieoczekiwany problem zprzepływem gotówki. –Szeroko otworzył oczy, awargi ułożył tak, jakby wymawiał O. –Naszczęście nie wszystko będzie stracone. Podręką będzie pomoc wpostaci pełnego zrozumienia lokalnego inwestora. Ten człowiek wkroczy idla dobra Marsylii zgodzi się przejąć odpowiedzialność finansową zadokończenie projektu.

–Ito będzie pan –powiedziała Elena.

–Właśnie ja.

–APatrimonio natym etapie nie będzie miał już nic dopowiedzenia.

–Nic anic.

–Narazie wygląda nieźle. Potrzebujemy jeszcze tylko handlowca. –Elena zwróciła się doSama. –Twoja kolej, szycho.

Sam wiedział, że został przegłosowany. Wiedział też, że jeśli odrzuci to zlecenie, narazi się narozczarowanie igniew Eleny pozbawionej pierwszych wżyciu wakacji napołudniu Francji. Jeśli zaś miał wnioskować napodstawie dotychczasowych doświadczeń zrozsierdzoną Eleną, była to bardzo niepożądana perspektywa. Poza tym prezentacja wkształcie przedstawionym przez Reboula wydawała się doprzeprowadzenia zpalcem wnosie. Awyjazd doFrancji mógł być zabawny.

–Wygraliście –powiedział iuniósł kieliszek najpierw wstronę Eleny, potem Reboula. –No to toast. Zasukces naszego małego przedsięwzięcia.

Rozpromieniony Reboul zerwał się zmiejsca iobiegł stolik.

–Brawo! –powiedział. –Brawo!

Iucałował zaskoczonego Sama zdubeltówki.

3

Dostępne w pełnej wersji

4

Dostępne w pełnej wersji

5

Dostępne w pełnej wersji

6

Dostępne w pełnej wersji

7

Dostępne w pełnej wersji

8

Dostępne w pełnej wersji

9

Dostępne w pełnej wersji

10

Dostępne w pełnej wersji

11

Dostępne w pełnej wersji

12

Dostępne w pełnej wersji

13

Dostępne w pełnej wersji

14

Dostępne w pełnej wersji

15

Dostępne w pełnej wersji

16

Dostępne w pełnej wersji

17

Dostępne w pełnej wersji

18

Dostępne w pełnej wersji

19

Dostępne w pełnej wersji

20

Dostępne w pełnej wersji