Wydawca: Akurat Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Marsjanin - Andy Weir

Mark Watney kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie.

Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze!

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

 

Realizowany na podstawie tej książki film reżyseruje Ridley Scott a główną rolę gra Matt Damon.

Opinie o ebooku Marsjanin - Andy Weir

Fragment ebooka Marsjanin - Andy Weir

Tytuł oryginału: The Martian

Redakcja:Jacek Ring

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Elżbieta Steglińska, Renata Kuk

Konsultacja naukowa: Jan Stradowski

Copyright © 2011, 2014 by Andy Weir.

This translation published by arrangement with Crown Publishers, an imprint of the Crown Publishing Group, a division of Random House LLC.

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014, 2016

© for the Polish translation by Marcin Ring

ISBN 978-83-7758-835-2

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2016

Mamie,

która nazywała mnie Korniszonem,

i Tacie,

który nazywał mnie Kolesiem.

ROZDZIAŁ 1

WPIS W DZIENNIKU: SOL 6.[1]

Mam całkowicie przesrane.

To moja przemyślana opinia.

Przesrane.

Szósty dzień tego, co miało być dwoma najwspanialszymi miesiącami w moim życiu, i wszystko zamieniło się w koszmar.

Nawet nie wiem, kto to przeczyta. Pewnie ktoś to w końcu znajdzie. Może za setki lat.

Nie umarłem 6. sola. Bez wątpienia reszta załogi tak myślała i nie mogę ich za to winić. Może ogłoszą z mojego powodu żałobę narodową, a na mojej stronie w Wikipedii napiszą: „Mark Watney to jedyny człowiek, który zginął na Marsie”.

I to będzie prawda, tak podejrzewam. Bo na pewno tu umrę. Po prostu nie w solu 6., tak jak wszyscy myślą.

Tak więc… od czego by tu zacząć?

Program Ares. Ludzkość sięgająca Marsa, po raz pierwszy wysyłająca ludzi na inną planetę, żeby poszerzyć swoje horyzonty, bla, bla, bla… Załoga misji Ares 1 zrobiła, co do niej należało, i wróciła na Ziemię jako bohaterowie. Były na ich cześć parady, zyskali sławę i świat ich pokochał.

Ares 2 zrobił to samo, tylko w innym miejscu Marsa. Dostali mocny uścisk dłoni i gorącą filiżankę kawy, gdy wrócili.

Ares 3. No cóż. To moja misja. No właściwie nie moja. Komandor porucznik Lewis dowodziła. Ja byłem tylko zwykłym członkiem załogi. W gruncie rzeczy to miałem najniższą rangę ze wszystkich i zostałbym dowódcą tylko wtedy, gdybym był jej ostatnim członkiem.

I wiecie co? Jestem dowódcą.

Zastanawiam się, czy ten dziennik zostanie odnaleziony, zanim załoga umrze ze starości. Zakładam, że cali dotarli na Ziemię. Tak więc jeśli to czytacie: to nie była wasza wina. Zrobiliście to, co musieliście. Na waszym miejscu postąpiłbym dokładnie tak samo. Nie obwiniam was i cieszę się, że przeżyliście.

Chyba powinienem wytłumaczyć, na czym polegają misje na Marsa. Przecież mogą to przeczytać laicy. No orbitę okołoziemską dostaliśmy się normalnie, zwyczajnym statkiem dotarliśmy na Hermesa. Wszystkie misje marsjańskie wykorzystują Hermesa, aby dostać się na Marsa i przylecieć z powrotem. Jest naprawdę wielki i drogi, więc NASA zbudowała tylko jeden.

Jak już byliśmy na Hermesie, cztery misje bezzałogowe dostarczyły nam paliwo i zapasy, a my w tym czasie przygotowywaliśmy się do naszej podróży. Kiedy wszystko było gotowe, rozpoczęliśmy podróż na Marsa. Ale nie za szybko. Czasy spalania ciężkiego chemicznego paliwa i wykonywania manewrów „wstrzyknięcia”[2] już się skończyły.

Hermes jest napędzany silnikami jonowymi. Wyrzucają w tył argon z olbrzymią prędkością, aby wytworzyć minimalne przyspieszenie. Sęk w tym, że nie zużywają dużo paliwa, tak więc wystarczało nam niewiele argonu (i reaktor jądrowy zasilający silniki), żebyśmy mogli przyspieszać stale, przez całą drogę na miejsce. Bylibyście zdziwieni, jak bardzo można się rozpędzić, mając tak małe przyspieszenie przez długi czas. Mógłbym was zabawić opowieścią o tym, jaką frajdę mieliśmy w trakcie podróży, ale tego nie zrobię. Nie chcę teraz do tego wracać wspomnieniami. Wystarczy, że powiem, iż dotarliśmy na orbitę Marsa sto dwadzieścia cztery dni później, nie zabijając się nawzajem.

Stamtąd dostaliśmy się przy użyciu MDV-u (Mars Descent Vehicle) na powierzchnię. MDV to w zasadzie taka wielka puszka ze słabymi dopalaczami i dołączonymi spadochronami. Jego jedynym zadaniem jest dostarczyć z orbity na powierzchnię Marsa sześć osób, nie zabijając ich przy tym.

I teraz dochodzimy do fajnej sztuczki misji eksploracji Marsa: nasze graty były tam przed nami.

Czternaście misji bezzałogowych dostarczyło wszystko, czego potrzebowaliśmy na powierzchni. Naprawdę się starano, aby wszystkie jednostki przewożące zapasy wylądowały w jednej okolicy, i całkiem nieźle to wyszło. Zapasy oczywiście nie są tak kruche jak ludzie i mogą uderzyć w powierzchnię naprawdę mocno. Ale miały sporą tendencję do odbijania się.

Oczywiście nie wysłali nas na Marsa przed potwierdzeniem, że wszystkie zapasy dotarły na planetę i kontenery są całe. Od początku do końca, wliczając misje zaopatrzeniowe, misja marsjańska trwa około trzech lat. W rzeczy samej, gdy załoga misji Ares 2 wracała na Ziemię, na Marsa już leciało zaopatrzenie Aresa 3.

Najważniejszą zaawansowaną technicznie przesyłką był bez wątpienia MAV – Mars Ascent Vehicle. To nim mieliśmy się znowu dostać na Hermesa, po tym jak wszystkie operacje na powierzchni zostaną zakończone. MAV był wyposażony w system miękkiego przyziemiania (zupełnie inaczej niż odbijający się na balonach inny nasz sprzęt). Oczywiście utrzymywał ciągłą łączność z Houston i jeśli byłyby z nim jakieś problemy, zawrócilibyśmy na Ziemię, nie lądując nawet na Marsie.

MAV jest fajny. Jak się okazuje, dzięki cyklowi ciekawych reakcji chemicznych z marsjańską atmosferą każdy kilogram wodoru przywieziony z Ziemi można zamienić w trzynaście kilogramów paliwa. Ale jest to powolny proces. Zapełnienie całego baku zajmuje dwadzieścia cztery miesiące. Dlatego wysłali MAV na długo przedtem, zanim tu dotarliśmy.

Możecie sobie wyobrazić, jakim rozczarowaniem byłoby odkrycie, że go nie ma.

Całkiem absurdalny splot wydarzeń sprawił, że prawie zginąłem. A jeszcze bardziej absurdalny jednak uratował mi życie.

Misja marsjańska jest przygotowana tak, aby wytrzymać burze piaskowe osiągające prędkość do 150 km/h. Tak więc Houston nie bez powodu zrobiło się nerwowe, gdy uderzył w nas wiatr o prędkości 175 km/h. Wszyscy włożyliśmy nasze kombinezony do lotu i zbiliśmy się w gromadę na środku Habu, na wypadek utraty ciśnienia. Ale to nie Hab był problemem.

MAV to statek kosmiczny. Ma dużo delikatnych części. Może wytrzymać burze piaskowe przez pewien czas, ale nie wieczność. Po półtorej godzinie utrzymującego się wiatru NASA wydała rozkaz przerwania misji. Nikt nie chciał kończyć miesięcznej misji po sześciu dniach, ale jeśli MAV zostałby uszkodzony, wszyscy byśmy utknęli tu na dole.

Musieliśmy wyjść w burzę, żeby przejść od Habu do MAV-u. To oczywiście było ryzykowne, ale jaki mieliśmy wybór?

Udało się wszystkim oprócz mnie.

Talerz głównej anteny komunikacyjnej, która przekazywała sygnały z Habu do Hermesa, zadziałał jak spadochron. Został wyrwany ze swojego mocowania i poniesiony wiatrem. Lecąc, uderzył w układ anten odbiorczych. Jedna z tych długich cienkich anten walnęła we mnie. Weszła w kombinezon jak nóż w masło i poczułem w boku najmocniejszy ból w życiu, gdy tam się werżnęła. Ledwo pamiętam nagle uciekające powietrze i ból w uszach, gdy ciśnienie w skafandrze spadało.

Ostatnie, co pamiętam, to Johanssen bezradnie starającą się mnie złapać.

Obudził mnie alarm tlenowy w skafandrze. Ciągły, przykry sygnał, który w końcu wyciągnął mnie z głębokiego i silnego pragnienia, żeby po prostu, kurwa, umrzeć.

Burza zelżała. Leżałem twarzą w dół, prawie całkowicie pokryty piachem. Oszołomiony, trzęsąc się cały, zastanawiałem się, dlaczego nie byłem bardziej martwy.

Antena miała wystarczającą siłę, żeby przebić się przez skafander i przez mój bok też, ale zatrzymała się na miednicy. Tak więc w skafandrze była tylko jedna dziura (i oczywiście jedna we mnie).

Odrzuciło mnie spory kawałek i stoczyłem się ze stromego wzgórza. Wylądowałem twarzą na ziemi i dlatego antena była ustawiona mocno ukośnie, co spowodowało dużą siłę skręcającą działającą na dziurę w skafandrze. W ten sposób skafander został chwilowo częściowo uszczelniony.

Tymczasem wiele krwi, która wypłynęła z mojej rany, pociekło w stronę otworu w skafandrze. Gdy tam dotarła, woda z niej szybko wyparowała z powodu dużego przepływu powietrza i niskiego ciśnienia, zostawiając tylko tłuste pozostałości. Napłynęło więcej krwi i stało się z nią dokładnie to samo. W końcu krew uszczelniła nierówności otworu i zredukowała przeciek do poziomu, któremu skafander mógł przeciwdziałać.

A spisał się doskonale. Wykrył spadek ciśnienia i włączył ciągły dopływ azotu ze swojego zbiornika, aby wyrównać ciśnienie. Gdy wyciek stał się możliwy do opanowania, musiał tylko napuścić nowego powietrza, aby wyrównać straty.

Po chwili absorbenty dwutlenku węgla w skafandrze się zużyły. To znaczący czynnik ograniczający system podtrzymywania życia. Nie ilość tlenu, jaką zabierzesz, ale ilość CO2, którą możesz usunąć. W Habie mieliśmy oksygenator, wielki sprzęt do rozbijania cząsteczek CO2 i odzyskiwania z nich tlenu. Ale skafander musiał być przenośny, tak więc zastosowano jednorazowe filtry działające na zasadzie prostej chemicznej absorbcji. Byłem nieprzytomny tyle czasu, że filtry się zużyły.

Kombinezon dostrzegł problem i przełączył się w tryb awaryjny, który inżynierowie nazywali „upuszczaniem krwi”. Nie mając możliwości pochłaniania CO2, skafander celowo wypuszczał powietrze w marsjańską atmosferę, a potem znów dopełniał azotem. W ten sposób szybko wyczerpał zapasy azotu. Została tylko moja butla z tlenem.

Zrobił więc jedyną rzecz, którą mógł, żeby utrzymać mnie przy życiu. Zaczął napełniać skafander czystym tlenem. Teraz ryzykowałem, że umrę od nadmiaru tlenu, ponieważ jego znacznie podwyższone stężenie mogło mi uszkodzić układ nerwowy, płuca i oczy. Ironiczna śmierć dla kogoś w dziurawym skafandrze kosmicznym: zbyt dużo tlenu.

Temu wszystkiemu towarzyszyły wyjące alarmy i ostrzeżenia. Ale to alarm wysokiego stężenia tlenu mnie obudził.

Czas poświęcany na trening do misji kosmicznych jest zdumiewający. Spędziłem tydzień na Ziemi, ćwicząc postępowanie w razie awarii skafandra. Wiedziałem, co robić.

Ostrożnie sięgnąłem do boku hełmu i wyciągnąłem zestaw do łatania. To nic innego niż lejek z zaworem na mniejszym końcu i niewiarygodnie lepką żywicą na drugim. Powietrze może uciekać przez zawór, nie przeszkadzając żywicy w dokładnym uszczelnieniu dziury. Potem zamykasz zawór i dziura jest załatana.

Dowcip polegał na tym, że musiałem pozbyć się anteny. Wyciągnąłem ją tak szybko, jak tylko mogłem, krzywiąc się, gdy nagły spadek ciśnienia mnie oszołomił i sprawił, że rana przeraźliwie zabolała.

Przyłożyłem zestaw do łatania do dziury i przykleiłem. Skafander dopełnił brakujące powietrze większą ilością czystego tlenu. Sprawdziłem na wyświetlaczu na ręku. W skafandrze było teraz 85 procent tlenu. Dla porównania – w ziemskiej atmosferze stężenie tlenu to około 21 procent. Stężenie to nie było niebezpieczne, jeślibym długo nie musiał oddychać taką mieszanką.

Wdrapałem się na wzgórze, aby wrócić do Habu. Gdy znalazłem się w najwyższym punkcie, zobaczyłem coś, co sprawiło, że posmutniałem, i coś, dzięki czemu poczułem zadowolenie: Hab był cały (hura!) i MAV odleciał (buu!).

Od razu wiedziałem, że mam przerąbane. Ale nie chciałem po prostu umrzeć na powierzchni. Pokuśtykałem do Habu i niezdarnie wszedłem do śluzy powietrznej. Zrzuciłem hełm od razu po wyrównaniu ciśnień.

Po wejściu do Habu zdjąłem skafander i pierwszy raz przyjrzałem się swojej ranie. Trzeba było ją zaopatrzyć szwami. Na szczęście każdy z nas został przeszkolony w podstawowych procedurach medycznych i Hab miał doskonałe zapasy sprzętu medycznego. Szybkie znieczulenie miejscowe, przepłukanie rany, dziewięć szwów i po sprawie. Będę brał antybiotyki przez kilka tygodni, ale poza tym wszystko powinno być w porządku.

Wiedziałem, że to bez sensu, ale spróbowałem nawiązać łączność. Oczywiście brak sygnału. Pamiętacie, że odpadł główny talerz satelitarny? I rozwalił anteny odbiorcze. Hab miał drugo- i trzeciorzędowy system komunikacji. Ale oba służyły do łączności z MAV-em, który użyłby swoich dużo mocniejszych systemów, żeby przekazać wiadomość na Hermesa. Problem w tym, że to mogło działać tylko wtedy, gdy MAV był w pobliżu.

Nie miałem jak porozumieć się z Hermesem. Mógłbym w końcu znaleźć talerz satelitarny na powierzchni, ale nawet prowizoryczne naprawy zajęłyby mi tygodnie, a to stanowczo za długo. Po odwołaniu misji Hermes opuściłby orbitę w ciągu dwudziestu czterech godzin. Dynamika orbitalna sprawiała, że im szybciej opuścisz orbitę, tym szybciej i bezpieczniej wrócisz do domu, więc czemu czekać?

Sprawdziłem skafander i odkryłem, że antena przeorała komputer śledzący parametry biologiczne. W trakcie wyjścia EVA (Extravehicular Activity) skafandry wszystkich członków załogi są połączone, więc mamy informacje o stanie innych. Reszta załogi na pewno widziała ciśnienie w moim skafandrze spadające prawie do zera i natychmiast zanikające odczyty biologiczne. Dodajcie do tego, że stoczyłem się ze zbocza z bokiem przebitym włócznią w samym środku burzy piaskowej… tak. Pomyśleli, że nie żyję. Jakżeby mogli inaczej?

Może przeprowadzili nawet krótką dyskusję na temat zabrania mojego ciała, ale procedury były jasne. Jeśli członek załogi zginął na Marsie, miał zostać na Marsie. Zostawienie go sprawiało, że MAV miał mniejszą masę startową. To z kolei prowadziło do zwiększenia marginesu błędu w sterowaniu ciągiem. Nie było sensu z tego rezygnować z powodu sentymentów.

Tak więc sytuacja wygląda następująco. Utknąłem na Marsie. Nie mam jak uzyskać połączenia z Hermesem ani Ziemią. Wszyscy myślą, że zginąłem. Jestem w Habie zaprogramowanym na przetrwanie trzydziestu jeden dni.

Jeśli oksygenator się zepsuje, uduszę się. Jeśli system odzyskiwania wody się zepsuje, umrę z pragnienia. Jeśli zostanie naruszona hermetyczność Habu, mniej więcej eksploduję. Jeśli żadna z tych rzeczy się nie wydarzy, w końcu skończy mi się jedzenie i umrę z głodu.

Mam przesrane.

ROZDZIAŁ 2

WPIS W DZIENNIKU: SOL 7.

OK, dobrze się w nocy wyspałem i wszystko nie wygląda tak beznadziejnie jak wczoraj.

Dzisiaj zrobiłem bilans zapasów i szybkie wyjście, żeby sprawdzić sprzęt zewnętrzny. Oto moja sytuacja:

Misja na powierzchni miała trwać trzydzieści dni. Na wszelki wypadek kapsuły z jedzeniem zawierały zapasy na pięćdziesiąt sześć dni dla całej załogi. Dzięki temu, jeśli z jedną lub dwiema kapsułami byłby problem, nadal mielibyśmy wystarczająco dużo jedzenia na całą misję.

Byliśmy tu sześć dni, zanim rozpętało się piekło, dlatego zostaje wystarczająca ilość jedzenia dla sześciu osób na pięćdziesiąt dni. Jestem sam, więc wchłonięcie tego zajmie mi trzysta dni. Przy założeniu, że nie będę sobie racjonował żywności. Tak więc mam przed sobą sporo czasu.

Mam też zapas skafandrów EVA. Każdy członek załogi miał dwa skafandry: jeden do lotów, który miał być używany tylko w trakcie lądowania i startu, i dużo bardziej przysadzisty, mocny skafander EVA do wyjść na powierzchnię. Mój skafander do lotów ma dziurę w boku, a członkowie załogi oczywiście mieli swoje na sobie w trakcie powrotu na Hermesa. Ale wszystkie skafandry EVA są tu i nic im nie dolega.

Hab przetrwał burzę bez żadnych uszkodzeń. Jednak na zewnątrz sprawy nie wyglądają tak różowo. Nie mogę znaleźć anteny satelitarnej; najprawdopodobniej odleciała kilometry stąd.

MAV-u oczywiście nie ma. Członkowie załogi zabrali go na Hermesa. Ale dolna część (moduł lądowniczy) pozostała. Nie ma sensu tego zabierać z powrotem, gdy ciężar jest twoim wrogiem. To część odpowiedzialna za przyziemienie, wytwórnia paliwa i wszystko, co NASA uznała za niewarte zabierania z powrotem na orbitę.

MDV leży na boku z wyrwą w kadłubie. Wygląda na to, że burza rozerwała osłonę dodatkowego spadochronu (którego nie użyliśmy w trakcie lądowania). Kiedy spadochron się rozwinął, przeciągnął MDV po całej okolicy, waląc nim o każdy kamień po drodze. Nie żeby MDV mógł mi się przydać, silniki sterujące nawet by go nie udźwignęły. Ale mógł być cenny jako źródło części zamiennych. Może nadal jest.

Oba łaziki są do połowy zakopane w piasku, ale poza tym wyglądają w porządku. Ich uszczelnienie ciśnieniowe jest nietknięte. Ma to sens. Procedura mówi, że jeśli burza w ciebie uderzy, należy się zatrzymać i ją przeczekać. Łaziki są zbudowane tak, żeby przyjąć uderzenie. Mogę je odkopać w dzień lub dwa.

Straciłem łączność ze stacjami meteo umieszczonymi kilometr od Habu w czterech kierunkach. Z tego, co wiem, nadal mogą działać idealnie. System łączności Habu jest teraz słaby, prawdopodobnie zasięg nie przekracza kilometra.

Całą farmę ogniw słonecznych pokrywał pył, przez co stały się bezużyteczne (podpowiedź: ogniwa słoneczne potrzebują światła, żeby wytwarzać prąd). Ale gdy je oczyściłem, powróciły do pełnej sprawności. Cokolwiek będę robił, energii na pewno mi nie zabraknie. Dwieście metrów kwadratowych ogniw słonecznych i ogniwa wodorowe do magazynowania energii. A ja tylko muszę zmiatać z nich pył co parę dni.

Wewnątrz sprawy mają się doskonale dzięki mocnej budowie Habu.

Zrobiłem pełną diagnostykę oksygenatora. Dwa razy. Jest w doskonałym stanie. Jeśli coś się zepsuje, mam zapasowy, którego mogę krótko używać, tylko przez czas naprawy podstawowego. Zapasowy tak naprawdę nie rozrywa cząsteczek CO2, uwalniając tlen. Absorbuje CO2 dokładnie tak samo jak skafandry kosmiczne. Jest przystosowany do działania przez pięć dni, zanim zużyją się filtry, co oznacza trzydzieści dni dla mnie (tylko jedna oddychająca osoba zamiast sześciu). Tak więc jest to całkiem niezłe zabezpieczenie.

Odzyskiwacz wody także działa bez zastrzeżeń. Niestety nie ma zapasu. Jeśli się zepsuje, będę pił rezerwy wody do czasu, aż sklecę prymitywny system do destylacji sików. Będę także tracił pół litra wody dziennie z powodu oddychania, aż wilgotność w Habie osiągnie maksimum i woda zacznie się skraplać na wszystkich powierzchniach. Wtedy będę ją zlizywał ze ścian. No, na razie nie mam problemów z odzyskiwaczem wody.

Tak. Żywność, woda, powietrze, wszystkim się zająłem. Natychmiast zaczynam racjonowanie jedzenia. Porcje już teraz są małe, ale myślę, że bez uszczerbku mogę jeść trzy czwarte tego co teraz na każdy posiłek. To powinno przedłużyć moje życie z trzystu dni do czterystu. Przeszukując ambulatorium, znalazłem wielką butlę witamin. Mam wystarczająco dużo multiwitaminy na lata. Tak więc żegnajcie problemy ze składnikami odżywczymi (ale i tak umrę z głodu, gdy skończą się zapasy, niezależnie od tego, ile witamin połknę).

W razie nagłych wypadków w ambulatorium jest morfina. Starczy jej na śmiertelną dawkę. Nie będę powoli czekał na śmierć głodową. Nic z tego. Jeśli zajdzie potrzeba, wybiorę łatwiejszy sposób na opuszczenie tego świata.

Każdy uczestnik misji miał dwie specjalizacje. Ja jestem botanikiem i inżynierem mechanikiem. Ogólnie rzecz biorąc, podczas misji byłem złotą rączką, która bawiła się roślinami. Zdolności inżynierskie mogą mi uratować życie, jeśli coś się zepsuje.

Rozmyślałem o tym, jak to przetrwać. Nie jest całkowicie beznadziejnie. Mniej więcej za cztery lata na Marsie pojawią się ludzie, gdy przybędzie tu Ares 4 (zakładając, że nie skasują programu z powodu mojej „śmierci”).

Ares 4 wyląduje w kraterze Schiaparellego, który oddalony jest mniej więcej o trzy tysiące dwieście kilometrów od mojej lokalizacji na równinie Acidalia. Zero szans, żebym się tam dostał sam. Ale jeśli uda mi się nawiązać łączność, może mnie uratują. Nie mam pojęcia, jak mieliby to zrobić z tym, co będą mieli pod ręką. Ale w NASA pracuje dużo mądrych ludzi.

Tak więc znalezienie sposobu na skontaktowanie się z Ziemią to obecnie moje zadanie. Jeśli mi się nie uda, muszę znaleźć sposób na połączenie się z Hermesem, gdy przybędzie tu za cztery lata z załogą Aresa 4.

Oczywiście nie mam planu na przetrwanie czterech lat, bo żywności starczy jedynie na rok. Ale po kolei. Na razie jestem najedzony i mam cel: Naprawić to cholerne radio.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 10.

Zrobiłem trzy wyjścia i nie natrafiłem na ślad anteny satelitarnej.

Odkopałem jeden z łazików i dokładnie objechałem okolicę, ale po całych dniach tułaczki myślę, że nadszedł czas, żeby przestać. Najprawdopodobniej burza zdmuchnęła antenę daleko stąd i zamazała wszystkie ślady, które mogłyby mnie naprowadzić na cel. Pewnie też pogrzebała go w pyle.

Resztę dnia spędziłem z tym, co zostało z szeregu anten. To bardzo przykry widok. Równie dobrze mógłbym po prostu krzyczeć w kierunku Ziemi.

Mógłbym zrobić prymitywną antenę satelitarną z metalu, który znalazłem wokół bazy. Ale to nie jest zabawa z walkie-talkie. Komunikacja między Marsem a Ziemią to bardzo poważna rzecz i wymaga wyjątkowo specjalistycznego sprzętu. Nie sklecę nic z folii aluminiowej i kleju.

Muszę racjonować moje wyjścia tak samo jak jedzenie. Filtry CO2 nie są regenerowalne. Po wysyceniu nadają się do kosza. Misja zakładała czterogodzinne wyjście na członka na dzień. Na szczęście filtry CO2 są małe i tanie, więc NASA szarpnęła się i wysłała ich więcej, niż potrzebowaliśmy. Wychodzi na to, że mam filtrów na jakieś tysiąc pięćset godzin. Po tym czasie wszystkie wyjścia będą związane z upuszczaniem powietrza.

Może się wydawać, że tysiąc pięćset godzin to dużo, ale muszę przetrwać tutaj co najmniej cztery lata, jeśli mam mieć jakąkolwiek szansę na ratunek. A kilka godzin w tygodniu muszę poświęcić na odpylanie pola ogniw słonecznych. Tak czy siak żadnych niepotrzebnych wyjść.

A teraz z innej beczki. Zaczynam mieć pomysł na to, skąd wziąć jedzenie. Moje wykształcenie botaniczne może się przydać.

Po co ściągać botanika na Marsa? W końcu Mars jest znany z tego, że nic tu nie rośnie. No cóż, pomysł był taki, żeby sprawdzić, jak rośliny rosną w marsjańskiej grawitacji, i przekonać się, co, jeśli w ogóle, możemy zrobić z marsjańską glebą. Najkrótsza odpowiedź brzmi: całkiem sporo… prawie. Marsjański grunt ma podstawowe składniki budulcowe potrzebne do wzrostu roślin. Ale w ziemskiej glebie dzieje się dużo rzeczy, których nie uświadczymy na Marsie, nawet gdy umieścimy marsjańską glebę w ziemskiej atmosferze i zapewnimy jej dostateczną ilość wody. Aktywność bakterii, niektóre składniki odżywcze dostarczane przez zwierzęta itp. Nic z tego nie dzieje się na Marsie. Jednym z moich zadań było zbadanie tego, jakie rośliny mogłyby tu rosnąć, w różnych kombinacjach marsjańskiej i ziemskiej gleby i atmosfery.

Dlatego mam ze sobą trochę ziemskiej gleby i mnóstwo nasion.

Ale nie mogę wpadać w nadmierną ekscytację. Ziemi jest mniej więcej tyle, że starczy do napełnienia donicy okiennej. A jedyne nasiona, jakie mam, to parę gatunków traw i paproci. Są najbardziej wytrzymałymi roślinami na Ziemi, więc NASA wybrała je do testów w pierwszej kolejności.

Zatem są dwa problemy: mało ziemi i nic jadalnego do zasadzenia w niej.

Ale, cholera, jestem botanikiem. Powinienem sobie poradzić. Jeśli nie zdołam, w ciągu roku stanę się głodnym botanikiem.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 11.

Zastanawiam się, jak Cubsi sobie radzą.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 14.

Licencjat zdobyłem na Uniwersytecie Chicago. Połowa ludzi studiujących tam botanikę to byli hipisi, wierzący, że mogą przywrócić świat do naturalnego stanu i w jakiś sposób wykarmić siedem miliardów ludzi dzięki samemu zbieractwu. Spędzali większość czasu, ulepszając metody hodowania trawki. Nie lubiłem ich. Zawsze siedziałem w tym dla nauki, nie dla jakiegoś naiwnego Nowego Porządku Rzeczy.

Kiedy robili sterty kompostowe i starali się zachować każdy gram żywej materii, śmiałem się z nich. „Spójrzcie na tych głupich hipisów – szydziłem. – Patrzcie na ich żałosne próby naśladowania złożoności światowego ekosystemu w ich ogródkach”.

Teraz sam to robię. Zachowuję każdy fragment biomaterii, który uda mi się znaleźć. Za każdym razem, gdy skończę jeść, resztki trafiają do kompostowego wiadra. Jeśli mowa o innym materiale biologicznym…

Hab ma bardzo zaawansowane toalety. Gówno jest zazwyczaj liofilizowane, potem zbierane w szczelnych torebkach i porzucane na powierzchni.

Już nie!

Prawdę mówiąc, zrobiłem nawet wyjście, żeby odzyskać torebki z kałem, które zostawiła załoga przed odlotem. Te całkowicie wysuszone odchody nie miały już w sobie bakterii. Jednak nadal zawierały aminokwasy złożone i mogły posłużyć za dobry nawóz. Dodanie do tego wody i żywych bakterii szybko sprawi, że ożyją, zastępując w ten sposób wszystko, co zostało zabite przez Toaletę Zagłady.

Znalazłem duży pojemnik i nalałem do niego trochę wody, a potem wrzuciłem suszone fekalia. Od tego czasu moja kupa też tam trafiała. Im gorzej pachnie, tym lepsze reakcje tam zachodzą. Oto bakterie przy pracy!

Jak przyniosę trochę marsjańskiej ziemi, to będę mógł ją zmieszać z odchodami i rozłożyć na większej powierzchni. A potem posypię na górze ziemską glebą. Możecie myśleć, że to nie jest ważny krok, ale mylicie się. Całe dziesiątki gatunków bakterii żyją w ziemskiej glebie i są kluczowe dla wzrostu roślin. Szerzą się i rozmnażają jak… no cóż, jak infekcja bakteryjna…

Ludzie używali swoich odchodów jako nawozu od stuleci. W normalnych warunkach nie jest to najlepszy sposób na prowadzenie hodowli – mogą się szerzyć choroby. Ludzkie odchody zawierają patogeny, które, jak wam wiadomo, infekują ludzi. Ale dla mnie to nie problem. Jedyne patogeny w tych fekaliach to te, które już we mnie są.

W ciągu tygodnia marsjańska ziemia będzie gotowa na to, aby mogły w niej wykiełkować rośliny. Ale jeszcze ich nie zasadzę. Rozłożę ją, podwajając powierzchnię. Bakterie „zainfekują” nową porcję marsjańskiej gleby. I tak dalej. Oczywiście cały czas będę dodawał nowego nawozu, aby wspierać ten wysiłek.

Dupa pracuje na moje utrzymanie, tak samo jak mózg.

To nie jest nowy pomysł. Ludzie przez dekady rozważali, jak przemienić marsjańską ziemię w glebę zdolną wydać rośliny. Ja po prostu pierwszy to testuję.

Przeszukałem zapasy jedzenia i znalazłem różne rzeczy, które mogę zasadzić. Na przykład groszek. A także sporo fasoli. Jest też kilka ziemniaków. Jeśli którekolwiek z nich da radę puścić pędy po męce, jaką przeszły, będzie wspaniale. Mając niemalże nieskończony zapas witamin, do przetrwania potrzebuję już tylko kalorii.

Całkowita powierzchnia podłogi w Habie to około dziewięćdziesięciu dwóch metrów kwadratowych. Mam zamiar całość poświęcić temu przedsięwzięciu. Nie przeszkadza mi chodzenie po ziemi. Będzie z tym sporo roboty, ale muszę pokryć podłogę warstwą grubości dziesięciu centymetrów. To oznacza, że muszę do środka przetransportować dziewięć i dwie dziesiąte metra sześciennego gruntu. Może dam radę przenieść jedną dziesiątą metra sześciennego naraz przez śluzę powietrzną, jednak zgromadzenie tego będzie katorżniczą pracą. Ale jeśli wszystko pójdzie tak, jak zaplanowałem, otrzymam dziewięćdziesiąt dwa metry kwadratowe gleby zdolnej do wydania plonów.

Cholera, jestem botanikiem! Bójcie się moich botanicznych mocy!

WPIS W DZIENNIKU: SOL 15.

Och! To wyczerpująca praca!

Spędziłem dziś dwanaście godzin na zewnątrz, żeby dostarczyć ziemię do Habu. Udało mi się tylko zakryć mały róg bazy, może jakieś pięć metrów kwadratowych. Przy tej prędkości wniesienie całej potrzebnej ziemi zajmie mi tygodnie. Hej, przecież czas to jedyne, co naprawdę mam.

Pierwsze kilka wyjść było bardzo nieefektywnych. Napełniałem małe pojemniki i przenosiłem je przez śluzę. Potem zmądrzałem i po prostu postawiłem w śluzie jeden wielki pojemnik, do którego sypałem ziemię. To przyspieszyło sprawę, ponieważ przejście przez śluzę zajmuje około dziesięciu minut.

Cały jestem obolały. A łopaty, które mam, są przeznaczone do pobierania próbek, a nie do ciężkiej pracy. Plecy bolą mnie jak diabli. Udałem się do ambulatorium jakieś dziesięć minut temu i wziąłem trochę vicodinu. Zaraz powinien zacząć działać.

W każdym razie miło jest zobaczyć postęp. Pora, aby bakterie zaczęły pracować nad tymi minerałami. Po obiedzie. Dzisiaj nie ma trzech czwartych racji. Zasłużyłem na cały posiłek.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 16.

Jest jednak jeden problem, o którym nie pomyślałem: woda.

Okazuje się, że kilka milionów lat wyeliminowało całą wodę z marsjańskiego gruntu[3]. Mój stopień magistra botaniki podpowiada mi, że rośliny potrzebują wilgotnej gleby, żeby rosnąć. Nie wspominając już o bakteriach, które muszą tam najpierw żyć.

Na szczęście mam wodę. Ale nie tyle, ile bym chciał. Żeby to miało sens, metr sześcienny ziemi potrzebuje czterdziestu litrów wody. Mój plan zakłada dziewięć i dwie dziesiąte metra sześciennego ziemi. Tak więc będę potrzebował trzystu sześćdziesięciu ośmiu litrów wody.

Hab ma doskonały odzyskiwacz wody. Najlepsza technologia dostępna na Ziemi. NASA pomyślała: Po co wysyłać tam dużo wody? Wyślijmy tyle, żeby starczyło w sytuacji awaryjnej. Człowiek potrzebuje trzech litrów dziennie, aby żyć w komforcie. Dali nam po pięćdziesiąt na głowę. W Habie jest trzysta litrów wody.

Chcę dla sprawy poświęcić cały zapas oprócz awaryjnych pięćdziesięciu litrów. To oznacza, że mogę nawodnić sześćdziesiąt dwa i pół metra kwadratowego na głębokość dziesięciu centymetrów. Jakieś dwie trzecie podłogi w Habie. Będzie musiało starczyć. Na dziś moim celem było pięć metrów kwadratowych.

Użyłem kilku koców i mundurów kolegów, którzy odlecieli, żeby zrobić z tego brzeg pola przeznaczonego na uprawy (resztę granicy tworzyła zakrzywiona ściana Habu). Było to prawie pięć metrów kwadratowych. Rozłożyłem piach w rogu Habu na jakieś dziesięć centymetrów grubości. Potem poświęciłem dwadzieścia litrów cennej wody bogom ziemi.

Później zrobiło się ohydnie. Wylałem wielki kontener gówna na glebę i prawie się porzygałem od smrodu. Łopatą zmieszałem cały ten szajs z ziemią i równo rozłożyłem. Następnie posypałem to z wierzchu ziemską glebą. Bierzcie się do roboty bakterie. Liczę na was. Ten zapach utrzyma się tu jakiś czas. To nie jest tak, że mogę otworzyć okno. Jednak jakoś się przyzwyczaję.

Z innych informacji. Dziś jest Dzień Dziękczynienia. Moja rodzina zbierze się w Chicago na tradycyjne świętowanie w domu moich rodziców. Zgaduję, że to nie będzie dobra zabawa, zważywszy na to, że umarłem dziesięć dni temu. Kurde, pewnie zebrali się właśnie na moim pogrzebie.

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek dowiedzą się, co naprawdę się wydarzyło. Byłem tak zajęty utrzymywaniem się przy życiu, że nie pomyślałem o tym, jak teraz czują się moi rodzice. Cierpią obecnie największy ból, jaki człowiek może znieść. Oddałbym wszystko za możliwość powiedzenia im, że ciągle żyję.

Muszę przeżyć, żeby tym się zająć.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 22.

Wow. Sprawy szły całkiem nieźle.

Zebrałem cały piach i wszystko jest gotowe do dalszej pracy. Dwie trzecie powierzchni bazy pokrywa teraz ziemia. Dzisiaj wykonałem pierwsze podwajanie powierzchni użytecznej ziemi. Minął tydzień i to, co było marsjańską ziemią, zamieniło się w bogatą i żyzną glebę. Jeszcze dwa takie dublowania i całe pole będzie gotowe.

Ta praca doskonale wpłynęła na moje morale. Zajęła mnie czymś. Później zjadłem kolację, słuchając przy tym Beatlesów, których zabrała Johanssen, i teraz jestem przygnębiony.

Żadne obliczenia nie uchronią mnie przed głodowaniem.

Moją największą szansą na uzyskanie kalorii są ziemniaki. Rosną plennie i mają całkiem dobrą kaloryczność (770 kilokalorii na kilogram). Jestem prawie pewien, że te, które mam, puszczą pędy. Sęk w tym, że nie mogę ich wyhodować wystarczająco dużo. Na sześćdziesięciu dwóch metrach kwadratowych mógłbym pewnie wyhodować ze sto pięćdziesiąt kilogramów w ciągu czterystu dni (czas, który mam, zanim mi się skończy jedzenie). To daje razem 115500 kilokalorii. Odnawialny zapas 288 kilokalorii na dzień. Uwzględniając mój wzrost i masę, skłonność do lekkiego głodowania, potrzebuję 1500 kilokalorii na dzień.

Nie da rady.

Tak więc nie mogę wiecznie żyć z ziemi. Ale mogę wydłużyć swoje życie. Ziemniaki dadzą mi dodatkowe siedemdziesiąt sześć dni.

Ziemniaki rosną bez przerwy, więc w ciągu tych siedemdziesięciu sześciu dni mogę wyhodować kolejne 22000 kilokalorii w ziemniakach. To mi da kolejne piętnaście dni. Po tym nie ma już sensu tego kontynuować. Wszystko razem daje mi jakieś dziewięćdziesiąt dni.

Tak więc teraz zacznę umierać z głodu w 490. solu, a nie w solu 400. To postęp, ale jakakolwiek szansa na przetrwanie musi się wiązać z przetrwaniem do sola 1412., kiedy Ares 4 wyląduje.

Brakuje mi jedzenia na jakieś tysiąc dni. I nie mam pomysłu, skąd je wziąć.

Cholera.

ROZDZIAŁ 3

WPIS W DZIENNIKU: SOL 25.

Pamiętacie te stare zadania algebraiczne, które mieliście na matematyce? Woda wpływa do zbiornika w określonym tempie i wypływa w innym i musicie ustalić, kiedy zbiornik będzie pusty. Ten koncept jest kluczowy w projekcie „Mark Watney nie umiera”, nad którym właśnie pracuję.

Muszę stworzyć kalorie. Potrzebuję tyle, żeby przetrwać tysiąc trzysta osiemdziesiąt siedem solów, do przybycia Aresa 4. Zakładam, że jeśli nie uratuje mnie Ares 4, to i tak jestem trupem. Sol jest dłuższy o trzydzieści dziewięć minut od dnia, to daje tysiąc czterysta dwadzieścia pięć dni. Tak więc to jest mój cel: jedzenie na tysiąc czterysta dwadzieścia pięć dni.

Mam mnóstwo multiwitaminy, ponad dwa razy tyle, ile potrzebuję. I w każdej paczce jedzenia jest pięciokrotnie więcej białka, niż potrzebuję. Tym samym racjonalne gospodarowanie porcjami sprawi, że starczy mi białka co najmniej na cztery lata. W zasadzie środki odżywcze mam zapewnione. Potrzebuję tylko kalorii.

Tylko 1500 kilokalorii dziennie. Na początek mam jedzenia na czterysta dni. Ile muszę wytwarzać kilokalorii dziennie przez cały okres, żeby przeżyć około tysiąca czterystu dwudziestu pięciu dni?

Oszczędzę wam matematyki. Odpowiedź: mniej więcej 1100. Muszę dziennie wyhodować 1100 kilokalorii, żeby dotrwać do czasu przybycia Aresa 4. Tak naprawdę trochę więcej niż 1100, jest już sol 25., a ja jeszcze niczego nie zasadziłem.

Mając sześćdziesiąt dwa metry kwadratowe upraw, zdołam produkować około 288 kilokalorii dziennie. Muszę zwiększyć prawie czterokrotnie spodziewane przychody, żeby przeżyć.

Potrzebuję więcej pola pod uprawy i więcej wody, żeby nawodnić glebę. Ale po kolei.

Ile ziemi uprawnej mogę naprawdę mieć?

Są dziewięćdziesiąt dwa metry kwadratowe w Habie. Powiedzmy, że wszystko wykorzystam.

Jest także pięć nieużywanych koi. Załóżmy, że w nie też nasypię ziemi. Mają po dwa metry kwadratowe, co daje mi dodatkowe dziesięć metrów kwadratowych. Zwiększyliśmy stan do stu dwóch.

Hab ma trzy stoły laboratoryjne, każdy ma około dwóch metrów kwadratowych. Jeden chcę zachować dla własnego użytku, dwa zostają poświęcone dla sprawy. Te kolejne cztery metry kwadratowe zwiększają powierzchnię pod uprawę do stu sześciu.

Mam dwa łaziki marsjańskie. Dzięki uszczelnieniom ciśnieniowym można nimi kierować, nie nakładając skafandra, i jeździć długo po powierzchni. Są zbyt ciasne, żeby w ich środku uprawiać rośliny, ale mają dmuchane namioty awaryjne.

Widzę sporo problemów związanych z użyciem namiotów do upraw, ale oba mają po dziesięć metrów kwadratowych powierzchni. Zakładając, że pokonam trudności, dadzą kolejne dwadzieścia metrów kwadratowych, powiększając moją farmę do stu dwudziestu sześciu.

Podsumujmy – sto dwadzieścia sześć metrów kwadratowych gruntów uprawnych. Można z tym pracować. Nie mam wystarczająco dużo wody, żeby nawodnić glebę. Ale jak powiedziałem, po kolei – jeden problem naraz.

Następna kwestia do rozważenia: ile mogę wyhodować ziemniaków? Oparłem szacunki mojej hodowli na przemyśle ziemniaczanym na Ziemi. Ale farmerzy nie są w trakcie desperackiego wyścigu o przetrwanie. Czy zdołam poprawić wydajność?

Na początek mogę poświęcić czas każdej roślinie z osobna. Mogę je przycinać, dbać o ich zdrowie i pilnować, żeby nie przeszkadzały sobie wzajemnie. Mogę także rozkwitające rośliny zakopywać głębiej, gdy przebiją się na powierzchnię, a nad nimi sadzić młodsze. Dla rolników nie jest to warte zachodu, ponieważ mają do czynienia dosłownie z milionami roślin.

Ten sposób także niszczy glebę. Każdy rolnik, który by się na to zdecydował, zamieniłby glebę w pył w ciągu dwunastu lat. To nie jest sposób uprawy w nieskończoność. Ale kto by się przejmował? Muszę przetrwać tylko cztery lata.

Szacuję, że używając tych metod, zebrałbym plony o 50 procent większe. Przy stu dwudziestu sześciu metrach kwadratowych gleby (trochę więcej niż dwa razy sześćdziesiąt dwa) dostaję ponad 850 kilokalorii na dzień.

Prawdziwy postęp. Nadal groziłby mi głód. Ale z tym da się już przetrwać. Pewnie będę ciągle głodował, ale jest szansa, że nie umrę. Mogę zminimalizować swoje zapotrzebowanie na kalorie, ograniczając prace fizyczne. Mogę ustawić w Habie wyższą temperaturę niż normalnie, żeby moje ciało zużywało mniej energii na ogrzanie siebie. Mógłbym sobie odciąć rękę i ją zjeść. Zyskałbym cenne kalorie i zmniejszył własne zapotrzebowanie na kalorie.

Nie, nie mógłbym.

Powiedzmy, że uzyskałbym tyle pola uprawnego, co wspominałem. Wydaje się to rozsądne. Skąd wezmę wodę? Aby powiększyć uprawy z sześćdziesięciu dwóch do stu dwudziestu sześciu metrów kwadratowych przy grubości warstwy dziesięć centymetrów, będę potrzebował dodatkowych sześciu i czterech dziesiątych metra sześciennego ziemi (hej, więcej kopania!) i dwustu pięćdziesięciu litrów wody.

Te pięćdziesiąt litrów, które mam, zostaje na wypadek awarii odzyskiwacza wody. Czyli brakuje mi dwustu pięćdziesięciu litrów z docelowych dwustu pięćdziesięciu litrów.

Ech, idę do łóżka.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 26.

To był wyczerpujący, ale produktywny dzień.

Miałem dość myślenia, więc zamiast kombinować, skąd wytrzasnąć dwieście pięćdziesiąt litrów wody, zająłem się pracą fizyczną. Muszę przynieść do Habu mnóstwo ziemi, nawet jeśli teraz jest sucha i bezużyteczna.

Przyniosłem metr sześcienny, zanim opadłem z sił.

Potem uderzyła mała burza piaskowa i zakryła piachem kolektory słoneczne. Tak więc musiałem ubrać się w skafander i znowu zrobić kolejne wyjście. Cały czas miałem gówniany nastrój. Zamiatanie pola paneli słonecznych jest nudne i ciężkie. Ale gdy skończyłem, mogłem wrócić do mojego małego Habu na prerii.

Nadchodził czas podwajania ilości ziemi pod uprawy i pomyślałem, że może warto to mieć za sobą. Ta praca zabrała godzinę. Jeszcze jedna taka operacja i cała ziemia będzie gotowa.

Doszedłem także do wniosku, że czas posadzić pierwsze rośliny. Miałem już wystarczająco dużo ziemi, żeby poświęcić na to jej część, oraz dwanaście ziemniaków.

Mam cholerny fart, że nie są ani liofilizowane, ani trzymane w mierzwie. Czemu NASA wysłała dwanaście ziemniaków, w niskiej temperaturze, ale niezamrożonych? I dlaczego wysłała je z nami, w kabinie ciśnieniowej, zamiast w skrzyni z resztą towarów? Ponieważ psycholodzy NASA doszli do wniosku, że skoro w trakcie naszego pobytu na Marsie wypada Dzień Dziękczynienia, to byłoby dobrze, gdybyśmy przygotowali prawdziwy posiłek. Nie tylko zjedli, ale naprawdę przygotowali. Pewnie jest w tym jakaś logika, ale kogo to obchodzi?

Pociąłem każdego ziemniaka na cztery części, upewniając się, że każda z nich ma co najmniej dwa oczka. To z nich wyrastają pędy. Zostawiłem je na kilka godzin, żeby trochę stwardniały, a potem zasadziłem w rogu, zachowując odpowiednie odstępy. Z Bogiem, małe obdrapańce. Moje życie od was zależy.

Normalnie wyhodowanie ziemniaka pełnych rozmiarów zajmuje dziewięćdziesiąt dni. Ale nie mogę czekać tak długo. Wszystkie plony z tej partii będę musiał pociąć, aby zacząć uprawę na pozostałej powierzchni.

Ustawię temperaturę w Habie na przyjemne 25,5°C, żeby rosły szybciej. Lampy zapewnią wystarczającą ilość „światła słonecznego” i upewnię się, że roślinki będą miały odpowiednio dużo wody (jak już wykombinuję, skąd wziąć wodę). Nie będzie złej pogody, żadnych pasożytów, które mogłyby przeszkadzać ziemniakom, ani chwastów konkurujących o składniki odżywcze z gleby. Biorąc to wszystko pod uwagę, powinny w ciągu czterdziestu dni wytworzyć bulwy zdolne do puszczenia pędów.

No, to tyle z bycia Rolnikiem Markiem na dzisiaj.

Na kolację pełny posiłek. Zasłużyłem. No i spaliłem masę kalorii i chcę je z powrotem.

Pogrzebałem w rzeczach komandor porucznik Lewis, aż znalazłem jej pena. Każdy zabrał ze sobą coś rozrywkowego zapisane cyfrowo. A ja już miałem dość słuchania Beatlesów Johanssen. Pora zobaczyć, co wzięła Lewis.

Gówniane programy telewizyjne. To ze sobą miała. Niekończące się serie programów z zamierzchłej przeszłości.

No cóż. Żebrak nie wybiera. Three’s Company – rozrywka na dzisiaj.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 29.

W ciągu ostatnich kilku solów naznosiłem całą ziemię, której będę potrzebował. Przygotowałem stoły i koje do utrzymania ciężaru gleby i nawet jej tam nasypałem. Nadal brak mi wody, żeby to wszystko działało, ale mam trochę pomysłów. Co prawda złych, ale lepsze takie niż żadne.

Dzisiaj wielkim osiągnięciem było rozstawienie namiotów.

Problem w tym, że nie przewidziano ich do częstego użytku.

Pomysł był taki, żeby nadmuchać namiot, schronić się w środku i czekać na pomoc. Śluza powietrzna to nic innego jak zawory i dwoje drzwi. Wyrównaj ciśnienie ze swoją stroną, wejdź, wyrównaj ciśnienie z drugą stroną, wyjdź. To oznacza, że traci się masę powietrza. A muszę tam wchodzić co najmniej raz dziennie. Całkowita objętość każdego namiotu jest bardzo mała. Nie mogę sobie pozwolić, żeby powietrze z nich uciekało.

Spędziłem całe godziny, starając się wymyślić, jak połączyć śluzę namiotów ze śluzą Habu. Mam trzy śluzy w Habie, dwie chcę połączyć z namiotami. To byłoby świetnie.

Frustrujące jest to, że nie można połączyć śluzy pompowanych namiotów ze śluzą Habu! Mógłbyś mieć tam rannych ludzi albo za mało skafandrów. Musisz być w stanie wyciągnąć ludzi ze środka, nie narażając ich na kontakt z marsjańską atmosferą.

Ale namioty zostały zaprojektowane z uwzględnieniem tego, że członkowie załogi przyjadą po ciebie łazikiem. Śluzy w Habie są dużo większe i całkowicie różnią się od tych w łazikach. Jeśli się nad tym zastanowić, nie ma powodów, żeby przyłączać namiot do Habu.

Chyba że utknąłeś na Marsie i wszyscy myślą, że jesteś martwy, i desperacko walczysz z czasem i środowiskiem o przetrwanie. Ale wiecie, poza tą skrajną sytuacją nie ma innego powodu.

W końcu się zdecydowałem. Stracę trochę powietrza za każdym razem, gdy będę wchodził do namiotu lub z niego wychodził. Dobre wieści są takie, że namiot ma na zewnątrz zawór. Pamiętajcie, to są schronienia ratunkowe. Ktoś, kto tam utknął, pewnie potrzebuje powietrza, które można dostarczyć z łazika, podłączając odpowiednią rurę. To nic innego niż zwykła rura wyrównująca ciśnienie między łazikiem a namiotem.

Hab i łaziki mają standardowe zawory i rury. Dzięki temu mogłem podłączyć namioty bezpośrednio do Habu. To sprawi, że ciśnienie automatycznie się wyrówna, gdy będę wchodził lub wychodził.

NASA nie opierdzielała się przy tych namiotach ratunkowych. Jak tylko wcisnąłem guzik alarmowy w łaziku, zatkało mi uszy z powodu pędzącego powietrza i namiot z trzaskiem się rozłożył. Połączony ze śluzą łazika. Zajęło to jakieś dwie sekundy.

Zamknąłem śluzę od strony łazika i miałem ładny, odizolowany namiot. Poprowadzenie rury wyrównującej ciśnienia było dziecinnie proste (chociaż raz używam czegoś zgodnie z jego przeznaczeniem). Potem, po kilku przejściach przez śluzę (ze stratą powietrza automatycznie wyrównywaną przez Hab), wniosłem ziemię.

Powtórzyłem dokładnie to samo z drugim namiotem. Wszystko poszło jak z płatka.

Ech… woda.

W liceum dużo grałem w Dungeons and Dragons. (Mogliście nie zgadnąć, że botanik i inżynier mechanik był trochę nerdem w liceum, ale byłem). Grałem Klerykiem. Jednym z czarów, które mogłem rzucać, było Tworzenie Wody. Zawsze myślałem, że to beznadziejnie głupie zaklęcie i nigdy z niego nie skorzystałem. O rety, ile bym dał, żeby móc z niego skorzystać teraz.

W każdym razie to problem na jutro.

Dziś w nocy wracam do Three’s Company. Zeszłej nocy zatrzymałem się na tym, jak pan Roper zobaczył coś wyrwanego z kontekstu.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 30.

Mam idiotycznie niebezpieczny plan uzyskania wody, której potrzebuję. O rety, naprawdę niebezpieczny. Ale nie mam wyboru. Brak mi pomysłów, a za kilka dni muszę znowu podwoić ilość ziemi uprawnej. Kiedy zrobię to ostatni raz, będę to robił na tej ziemi, którą przyniosłem ostatnio. Jak nie zapewnię jej wody, wszystko tam umrze.

Nie ma specjalnie wiele wody na Marsie. Jest lód na biegunach, ale to za daleko. Jeśli chcę wody, muszę improwizować. Na szczęście znam przepis: Weź wodór. Dodaj tlenu. Przeprowadź spalanie.

Zajmij się jednym naraz. Zacznę od tlenu.

Mam całkiem pokaźne rezerwy tlenu, ale niewystarczające, żeby zrobić dwieście pięćdziesiąt litrów wody. Dwa zbiorniki wysokociśnieniowe na końcu Habu to cały zapas (plus oczywiście powietrze w Habie). Każdy z nich zawiera dwadzieścia pięć litrów płynnego O2. Hab wykorzystałby je tylko w sytuacji awaryjnej: ma oksygenator, żeby dbać o poziom tlenu w atmosferze. Zbiorniki tutaj są po to, żeby napełniać skafandry i łaziki.

W każdym razie zapas tlenu starczy na wyprodukowanie stu litrów wody (pięćdziesiąt litrów płynnego O2 daje sto litrów wody, w której jest tylko jedno O)[4]. To by oznaczało koniec wyjść i rezerw. I dałoby mniej niż połowę wody, której potrzebuję. Bez dyskusji.

Ale tlen łatwiej znaleźć na Marsie, niż wam się wydaje. Atmosfera składa się w 95 procentach z CO2. I mam maszynę, której zadaniem jest uwalnianie tlenu z CO2. Hura dla oksygenatora!

Jeden problem. Atmosfera jest bardzo rzadka. Ciśnienie wynosi mniej niż jeden procent ciśnienia ziemskiego. Tak więc trudno zebrać powietrze. Sprawienie, żeby powietrze z zewnątrz dostało się do środka, jest praktycznie niewykonalne. Cały sens istnienia Habu polega na tym, żeby nie dochodziło do tego rodzaju wydarzeń. Objętość marsjańskiego powietrza dostająca się przy wchodzeniu do śluzy jest po prostu śmieszna.

I tu wkracza do akcji wytwórnia paliwa w MAV-ie.

Reszta załogi zabrała MAV tygodnie temu. Ale jego dolny kawałek został. NASA nie ma zwyczaju wysyłania niepotrzebnego badziewia na orbitę. Zostawili tu część odpowiedzialną za lądowanie, rampę wjazdową i wytwórnię paliwa. Pamiętacie, jak MAV robił własne paliwo przy wykorzystaniu marsjańskiej atmosfery? Krok pierwszy to zebranie CO2 i zmagazynowanie go w zbiorniku wysokociśnieniowym. Jak to podłączę do zasilania z Habu, będę dostawał pół litra płynnego CO2 na godzinę, nieprzerwanie. Po dziesięciu dniach będę miał sto dwadzieścia pięć litrów CO2, co starczy do zrobienia stu dwudziestu pięciu litrów O2, jak tylko przepuszczę to przez oksygenator.

To starczy do wyprodukowania dwustu pięćdziesięciu litrów wody. Tak więc mam plan uzyskania tlenu.

Z wodorem będzie większy problem.

Zastanawiałem się nad wyciągnięciem go z ogniw wodorowych, ale potrzebuję ich, żeby mieć prąd w nocy. Jeślibym go nie miał, zrobiłoby się za zimno. Mógłbym się ubrać na cebulę, ale chłód zniszczyłby mi plony. A każde z ogniw i tak zawiera niewiele H2. Poświęcanie ich dla tak małej ilości wodoru po prostu nie ma sensu. Na moją korzyść działa tylko to, że nie mam problemów z elektrycznością. Nie chcę tego przerywać.

Muszę poszukać innego sposobu.

Często opowiadam o MAV-ie, ale teraz chcę powiedzieć trochę o MDV-ie.

Podczas dwudziestu trzech najbardziej przerażających minut w swoim życiu ja i czterech innych członków załogi staraliśmy się nie narobić w gacie, gdy MDV był sprowadzany na powierzchnię przez Martineza. To przypominało siedzenie w suszarce bębnowej.

Najpierw obniżyliśmy się w stosunku do Hermesa i wytraciliśmy prędkość, abyśmy mogli zacząć schodzenie. Wszystko było fajnie, dopóki nie uderzyliśmy w atmosferę. Jeśli myślicie, że lecąc samolotem z prędkością 720 km/h, doświadczyliście turbulencji, to spróbujcie sobie wyobrazić, jak to jest przy 28000 km/h.

Rozwinęło się kilka zestawów stopniowo otwieranych spadochronów, aby spowolnić opadanie. A potem Martinez ręcznie sprowadził nas na powierzchnię, używając dopalaczy, które spowolniły opadanie i pozwoliły kontrolować ruchy na boki. Ćwiczył do tego latami i wykonał swoją pracę nadzwyczaj dobrze. Przekroczył wszystkie możliwe prognozy lądowania i posadził lądownik dziewięć metrów od celu. Po prostu lądowanie przeprowadził niesamowicie.

Dzięki, Martinez! Być może uratowałeś mi życie!

Nie z powodu idealnego lądowania, ale dlatego że zostało tyle paliwa. Setki litrów niezużytej hydrazyny. Każda cząsteczka hydrazyny zawiera cztery atomy wodoru. Tak więc każdy litr hydrazyny ma w sobie wystarczająco wodoru na dwa litry wody.

Dziś zrobiłem małe wyjście, żeby to sprawdzić. MDV ma dwieście dziewięćdziesiąt dwa litry paliwa w zbiornikach. Wystarczy, żeby zrobić prawie sześćset litrów wody! Dużo więcej, niż mi potrzeba!

Jest tylko jeden szkopuł: uwalnianie wodoru z hydrazyny to… hm… tak działają rakiety. Robi się wtedy naprawdę, naprawdę gorąco. I niebezpiecznie. Jeśli zrobię to w atmosferze tlenowej, ciepło sprawi, że nowo powstały wodór wybuchnie. Na końcu powstanie mnóstwo H2O, ale będę zbyt martwy, żeby to docenić.

Ogólnie rozkład hydrazyny jest bardzo prosty. Niemcy używali jej w trakcie drugiej wojny światowej w samolotach rakietowych (czasem się przy okazji wysadzając).

Wszystko, co trzeba zrobić, to przepuścić ją przez katalizator (który mogę uzyskać z silnika MDV-u) i zamieni się w azot i wodór. Oszczędzę wam obliczeń chemicznych, ale na końcu pięć cząsteczek hydrazyny zamienia się w pięć cząsteczek niegroźnego N2 i dziesięć cząsteczek cudownego H2. W trakcie tego procesu występuje stadium pośrednie, amoniak. Chemia, będąc niegodną zaufania dziwką, zapewnia to, że trochę amoniaku nie przereaguje z hydrazyną. Tak więc zawsze nieco go zostanie. Lubicie zapach amoniaku? No cóż, będzie dominujący w mojej coraz bardziej piekielnej egzystencji.

Chemia stoi po mojej stronie. Pytanie tylko, jak mam przeprowadzić tę reakcję wolno i zebrać wodór. Odpowiedź brzmi: nie wiem.

Zgaduję, że coś wymyślę. Albo umrę.

W każdym razie mam ważniejsze wieści: nie mogę znieść zmiany Chrissy na Cindy. Możliwe, że po tym błędzie Three’s Company już nigdy nie będzie takie samo. Czas pokaże.

ROZDZIAŁ 4

WPIS W DZIENNIKU: SOL 32.

Napotkałem kilka problemów z moim wodnym planem.

Pomysł jest taki, żeby zrobić sześćset litrów wody (ograniczenie nakłada ilość wodoru, który mogę odzyskać z hydrazyny). To oznacza, że potrzebuję trzystu litrów płynnego tlenu.

Tlen mogę łatwo uzyskiwać. MAV potrzebuje dwudziestu godzin, żeby zapełnić swój dziesięciolitrowy zbiornik CO2. Oksygenator potrafi to zamienić w O2, a wtedy regulator atmosfery zarejestrowałby, że zawartość O2 w Habie jest za duża i wyciągnąłby go z powietrza. Dalej zmagazynowałby tlen w głównych zbiornikach. One by się przepełniły, więc musiałbym przenieść tlen do zbiorników łazików, a może nawet skafandra.

Ale nie mogę otrzymywać tlenu bardzo szybko. Przy pół litra CO2 na godzinę potrzeba dwudziestu pięciu dni, żeby uzyskać pożądaną ilość tlenu. To dłużej, niżbym chciał.

Jest także problem z przechowywaniem wodoru. Zbiorniki tlenu w Habie, łazikach i skafandrach mają razem trzysta siedemdziesiąt cztery litry. Żeby zmagazynować wszystkie surowce na wodę, potrzebowałbym aż dziewięciuset litrów.

Zastanawiałem się nad użyciem jednego z łazików jako zbiornika. Bez wątpienia jest odpowiednich rozmiarów, ale nie został zaprojektowany do wytrzymywania takich ciśnień. Jest dostosowany do wytrzymania (tak jest, zgadliście) jednej atmosfery. Potrzebuję czegoś, co wytrzyma pięćdziesiąt razy tyle. Bez wątpienia tyle rozerwałoby łazik.

Najlepszym sposobem na przechowanie składników do produkcji wody jest po prostu wytworzenie wody. I to właśnie muszę zrobić.

Pomysł jest prosty, ale wykonanie będzie niesamowicie niebezpieczne.

Co dwadzieścia godzin będę miał dziesięć litrów CO2 z wytwórni paliwa w MAV-ie. Wypuszczę go do Habu, używając wybitnie naukowej metody oddzielania zbiornika od MAV-u, przynoszenia go do Habu i otwierania zaworu, ażeby zbiornik się opróżnił.

Oksygenator przerobi go na tlen w swoim czasie.

Potem uwolnię hydrazynę, bardzo powoli, na katalizator irydowy, aby zamienić ją w N2 i H2. Skieruję wodór w ograniczony obszar i spalę.

Jak widzicie, plan zapewnia wiele okazji do zginięcia w ognistej eksplozji.

Przede wszystkim hydrazyna to poważny zabójca. Jeśli popełnię jakiś błąd, nie zostanie nic oprócz „Krateru ku czci Marka Watneya”, gdzie kiedyś stał Hab.

Zakładając, że nic nie spieprzę z hydrazyną, nadal muszę spalić wodór. Będę rozpalał ogień. W Habie. Celowo.

Jeśli przepytalibyście inżynierów z NASA o to, co najgorszego może się wydarzyć w Habie, wszyscy by odpowiedzieli „pożar”. Jeślibyście ich zapytali, jakie byłyby tego skutki, odpowiedzieliby „śmierć od ognia”.

Ale jeśli dam radę to zrobić, będę nieprzerwanie tworzył wodę, bez potrzeby magazynowania wodoru i tlenu. Woda zwiększy wilgotność atmosfery, ale odzyskiwacz ją wyciągnie z powietrza.

Nie muszę nawet idealnie zgrać końcówki zbiornika z hydrazyną z częścią dostarczającą tlenu. W Habie jest masa tlenu i dużo w rezerwie. Muszę się tylko upewnić, że nie wyprodukuję tyle wody, iż skończy mi się tlen.

Podłączyłem wytwórnię paliwa z MAV-u do zasilania Habu. Na szczęście oba mają takie samo napięcie. Pracuje cicho, zbierając dla mnie dwutlenek węgla.

Pół racji na kolację. Dzisiaj jedynie obmyślałem plan, który mnie zabije. To nie zużywa za dużo energii.

Dzisiaj mam zamiar skończyć ostatni odcinek Three’s Company. Szczerze mówiąc, bardziej lubię pana Furleya niż Ropera.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 33.

To może być mój ostatni wpis.

Od 6. sola wiedziałem, że mogę tu umrzeć. Ale myślałem, że z powodu braku żywności. Nie podejrzewałem, że to może być tak wcześnie.

Zaraz zacznę spalać hydrazynę.

Nasza misja była zaprojektowana z myślą, że wszystko może wymagać utrzymania, tak więc mam masę narzędzi. Nawet w skafandrze dałem radę wyważyć panele dostępu MDV-u i wyciągnąć sześć zbiorników z hydrazyną. Postawiłem je w cieniu łazika, żeby za bardzo się nie nagrzały. Obok Habu jest więcej cienia i chłodu, ale chrzanić to. Jeśli coś wyleci w powietrze, niech to będzie łazik, a nie mój dom.

Potem wydostałem komorę spalania. Wymagało to trochę wysiłku i złamałem to cholerne narzędzie na pół, ale się udało. Na szczęście nie chcę odpowiednio przeprowadzonego spalania. Tak naprawdę bardzo nie chcę odpowiednio przeprowadzonego spalania.

Wniosłem całą hydrazynę i komorę spalania do środka. Przez chwilę zastanawiałem się nad tym, żeby w środku był tylko jeden zbiornik, w celu zmniejszenia ryzyka. Ale prosta matematyka podpowiedziała mi, że starczy jeden zbiornik, żeby wysadzić cały Hab. Więc czemu nie wnieść wszystkich?

Zbiorniki mają zawory obsługiwane ręcznie. Nie jestem pewien na sto procent po co. Na pewno nie spodziewaliśmy się, że będziemy ich używać. Myślę, że są tu, aby można było zmniejszać ciśnienie podczas wielu kontroli jakości w trakcie budowy stacji i przed napełnianiem. Jakikolwiek jest powód, mam zawory, z którymi mogę pracować. Potrzebuję już tylko klucza francuskiego.

Uwolniłem odzyskiwacz wody od dodatkowego węża. Używając nitki odprutej z munduru (wybacz Johanssen), przyczepiłem wąż do końca zaworu. Hydrazyna to ciecz, więc muszę ją tylko przelać do komory spalania (teraz bardziej „miski spalania”).

W tym czasie wytwórnia paliwa w MAV-ie cały czas pracuje. Już wniosłem jeden pojemnik z dwutlenkiem węgla, opróżniłem go i odniosłem.

Nie mam więcej wymówek, czas zacząć robić wodę.

Jeśli znajdziecie osmolone szczątki Habu, to znaczy, że coś poszło źle. Przekopiowuję ten dziennik na oba łaziki, zwiększając jego szanse na przetrwanie.

Oto nadchodzi nicość.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 33. (2)

Nie umarłem.

Pierwsze, co zrobiłem, to włożyłem wewnętrzną podszewkę skafandra EVA. Nie cały wielgachny kombinezon, tylko wewnętrzne ubranie, które pod nim noszę, w tym rękawice i buty. Potem wziąłem maskę tlenową z ambulatorium i gogle laboratoryjne z zestawu chemicznego Vogla. Prawie całe moje ciało było chronione i oddychałem powietrzem z puszki.

Dlaczego? Ponieważ hydrazyna jest bardzo toksyczna. Jeślibym nawdychał się jej za dużo, nabawiłbym się poważnych problemów z płucami. Jeśli weszłaby w kontakt z moją skórą, miałbym chemiczne oparzenia do końca życia. Wolałem nie ryzykować.

Przekręciłem zawór, aż popłynęła strużka hydrazyny. Pozwoliłem jednej kropli spaść do miski z irydu.

Całkowicie niedramatycznie zaskwierczała i zniknęła.

Ale, hej, o to mi chodziło. Właśnie uwolniłem wodór i azot. Hura!

Jedną z rzeczy, których mam w nadmiarze, są torebki. Nie różnią się specjalnie od zwykłych kuchennych worków na śmieci, ale jestem pewien, że kosztują pięćdziesiąt tysięcy dolarów, bo to NASA.

Oprócz tego, że Lewis była naszym dowódcą, była też geologiem. Miała zebrać próbki skał i gleby z całego obszaru operacyjnego (promień dziesięć kilometrów). Ograniczały ją limity wagowe, dlatego miała najpierw wszystko zgromadzić, a potem wybrać najciekawsze pięćdziesiąt kilogramów, żeby wziąć je do domu. Torebki są po to, żeby można było przechowywać w nich zebrane próbki. Niektóre są mniejsze niż śniadaniowe Ziploc, a inne są tak duże jak worki Hefty na liście i skoszoną trawę.

Mam także taśmę klejącą. Zwykłą taśmę klejącą, którą możesz kupić w sklepie. Wychodzi na to, że nawet NASA nie potrafi ulepszyć taśmy klejącej.

Pociąłem kilka toreb Hefty i posklejałem je taśmą, tworząc coś jak namiot. Tak naprawdę to była torba gigant. Zdołałem nią przykryć cały stół, gdzie rozstawiłem swój zestaw zwariowanego naukowca do pracy z hydrazyną. Położyłem trochę bibelotów na stole, żeby utrzymać plastik z dala od irydowej miski. Na szczęście torby są przejrzyste, więc mogę obserwować, co się dzieje w środku.

Potem poświęciłem dla sprawy skafander. Potrzebowałem rurki tlenowej. W końcu mam nadmiar skafandrów. Sześć, po jednym na członka załogi, i zapas. Nie przejąłem się rozwaleniem jednego.

Wyciąłem otwór w górnej części torby i przykleiłem tam taśmą wężyk. Trzyma szczelnie, tak myślę.

Używając kolejnych nitek ze stroju Johanssen, zawiesiłem w powietrzu drugi koniec wężyka. Wykorzystałem do tego dwie zawiązane nitki, które przyczepiłem do szczytu kopuły, dbając o to, żeby znalazły się daleko od końca wężyka. Teraz miałem mały komin. Wężyk miał około centymetra średnicy. Mam nadzieję, że to odpowiedni rozmiar.

Po reakcji wodór będzie gorący i pójdzie w górę. Pozwolę mu unosić się w kominie, a gdy z niego wyleci, to go spalę.

Potem trzeba wynaleźć ogień.

NASA bardzo się postarała, żeby wszystko tutaj było niepalne. Wszystko zrobiono z metalu lub ognioodpornego plastiku. Mundury są syntetyczne. Potrzebowałem czegoś, co by mogło podtrzymać płomień. Nie mam takich umiejętności, żeby zapewnić ciągły przepływ wodoru do ognia, nie zabijając się przy tym. Za wąski margines błędu.

Po przeszukaniu rzeczy osobistych członków załogi (hej, jeśli chcieli zachować prywatność, nie powinni mnie zostawiać samego na Marsie) znalazłem rozwiązanie.

Martinez to żarliwy katolik. To wiedziałem. Ale nie wiedziałem, że zabrał ze sobą mały drewniany krzyż. Jestem pewien, że NASA truła mu dupę na ten temat, ale wiem też, że nieustępliwy z niego skurczybyk.

Za pomocą szczypiec i śrubokręta podzieliłem jego poświęcony religijny przedmiot na długie drzazgi. Stwierdziłem, że jeśli Bóg istnieje, to znając sytuację, wybaczy mi.

Zniszczenie jedynego symbolu religijnego wystawiło mnie na pastwę marsjańskich wampirów. Muszę zaryzykować.

Miałem masę drutów i baterii, żeby wytworzyć iskrę. Ale nie można, tak po prostu, małą iskrą zapalić drewna. Dlatego zebrałem paski kory z tutejszych drzew palmowych, wziąłem parę patyków i pocierałem to wszystko, żeby wytworzyć wystarczające ciepło do…

No niezupełnie. Skierowałem czysty tlen na drzazgę i skubana zapaliła się jak zapałka.

Trzymając w ręku minipochodnię, odkręciłem lekko zbiornik z hydrazyną. Zaskwierczała i zniknęła. Chwilę po tym komin zaczął wyrzucać z siebie krótkie salwy ognia.

Główna rzecz, na którą musiałem uważać, to temperatura. Rozkład hydrazyny jest ekstremalnie egzotermiczny. Dlatego robiłem to małymi porcjami, cały czas monitorując termoparę, którą przyczepiłem do miski irydowej.

Cholera, to działało!

Każdy ze zbiorników z hydrazyną zawiera trochę ponad pięćdziesiąt litrów. Co starczy do zrobienia stu litrów wody. Ogranicza mnie produkcja tlenu. Ale jestem podekscytowany, więc zużyję połowę rezerwy. Krótko mówiąc, przestanę, gdy zbiornik będzie w połowie pusty, a ja będę miał coś około pięćdziesięciu litrów wody!

WPIS W DZIENNIKU: SOL 34.

To zabrało naprawdę dużo czasu. Całą noc pracowałem z hydrazyną. Ale zrobiłem swoje.

Mógłbym wykonać to szybciej. Doszedłem jednak do wniosku, że ostrożność jest najważniejsza, gdy spala się paliwo rakietowe w zamkniętej przestrzeni.

O rety, mam tu teraz tropikalną dżunglę, mówię wam.

Jest prawie trzydzieści stopni i wilgotno jak diabli. Właśnie wyrzuciłem masę ciepła i pięćdziesiąt litrów wody w powietrze.

W trakcie tego Hab musiał mi matkować, jakbym był bałaganiącym bobasem. Uzupełniał tlen, którego używałem, a odzyskiwacz wody stara się doprowadzić wilgotność do rozsądnego poziomu. Nic się nie zrobi z ciepłem. W rzeczy samej w Habie nie ma klimatyzacji. Mars jest zimny. Pozbywanie się zbędnego ciepła nie jest czymś, z czym musieliśmy sobie radzić.

Przyzwyczaiłem się już do wszystkich alarmów, które wyją cały czas. Alarm pożarowy przestał wyć, w końcu nie ma już ognia. Alarm ostrzegający o zbyt niskim poziomie tlenu powinien się niedługo wyłączyć. Alarm o zbyt dużej wilgotności raczej sobie pobrzęczy dłuższy czas. Odzyskiwacz wody skończył na dziś pracować.

Za chwilę kolejny alarm. Odzyskiwacz wody ma pełny główny zbiornik. O tak! Takie problemy chcę mieć!

Pamiętacie skafander, który wczoraj zniszczyłem? Zawiesiłem go na wieszaku i nosiłem do niego wiadrem wodę z odzyskiwacza. Może wytrzymać ciśnienie atmosfery. Powinien dać radę przechować trochę wiader wody.

O rany, ale jestem zmęczony. Byłem na nogach całą noc i pora spać. Ale odpłynę do krainy marzeń w najlepszym humorze od czasu 6. sola.

Sprawy nareszcie układają się po mojej myśli. Właściwie to idą wspaniale! Mam szansę przeżyć!

WPIS W DZIENNIKU: SOL 37.

Mam przesrane i umrę!

OK, uspokójcie się. Na pewno coś wymyślę.

Piszę do was, drodzy przyszli marsjańscy archeolodzy, z łazika numer 2. Możecie się zastanawiać, czemu nie jestem teraz w Habie. Ponieważ uciekłem przerażony, oto powód! I nie jestem pewien, co do cholery mam robić dalej.

Przypuszczam, że powinienem wytłumaczyć, co się stało. Jeśli to mój ostatni wpis, przynajmniej będziecie wiedzieli czemu.

W ciągu ostatnich paru dni robiłem wodę. Wszystko szło płynnie. (Widzicie, co zrobiłem? „Płynnie”).

Podrasowałem nawet kompresor paliwa z MAV-u. To było bardzo fachowe (zwiększyłem napięcie w pompie). Teraz robię wodę nawet szybciej.