Marlene. Wydanie 2 - Angelika Kuźniak - ebook
Opis

Prawie osiemnaście miesięcy po śmierci Marleny Dietrich do Berlina trafia 25 ton rzeczy będących wcześniej jej własnością. Są wśród nich szmaty do podłogi, rolki papieru toaletowego i niedopałki, a także egzotyczne ptasie pióra szmuglowane przez granice, bo zakazane ze względów ekologicznych… Jest też notes. Czerwony, niewielki, siedem i pół na jedenaście i pół centymetra. Na ostatniej stronie pod napisem „Pologne, Poland” kilka polskich nazwisk. Wśród nich: Zbigniew Cybulski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 175

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


An­ge­li­ka Kuź­niak

Mar­le­ne

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KAFo­to­gra­fia na okład­ce © by EVE AR­NOLD / MA­GNUM PHO­TOS / FO­RUMPro­jekt ukła­du ty­po­gra­ficz­ne­go RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Fo­to­gra­fie w środ­ku tomu © by:s. 19: GEO­R­GE SILK / TIME LIFE PIC­TU­RES / GET­TY IMA­GES / FLASH PRESS ME­DIAs. 14, 21: JA­MES WHIT­MO­RE / TIME LIFE PIC­TU­RES /GET­TY IMA­GES / FLASH PRESS ME­DIAs. 53, 55, 57, 59: PAP / CAF CE­ZA­RY LANG­DAs. 81: ZBI­GNIEW KO­SY­CARZ / KFPs. 12, 99, 110–111, 117: DEUT­SCHE KI­NE­MA­THEK – MAR­LE­NE DIE­TRICH COL­LEC­TION, BER­LIN

Co­py­ri­ght © by AN­GE­LI­KA KUŹ­NIAK, 2009

Re­dak­cja BAR­TOSZ ZIMA, MAG­DA­LE­NA BU­DZIŃ­SKAKo­rek­ta MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL, MAŁ­GO­RZA­TA Uza­ro­wicz / D2D.PLRe­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-683-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Nie ist­nie­je peł­ne przed­sta­wie­nie rze­czy­wi­sto­ści.

Tyl­ko wy­bór.

PÄR LA­GER­KVIST

Trzy szma­ty do pod­łóg Mar­le­ny Die­trich otrzy­ma­ły nu­mer ka­ta­lo­go­wy 70039. Do Ber­li­na tra­fi­ły w czwar­tek, 21 paź­dzier­ni­ka 1993 roku o ósmej rano. Pra­wie osiem­na­ście mie­się­cy po jej śmier­ci. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa ani dnia, ani miej­sca przy­by­cia nie po­da­no do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści.

W dro­dze gi­nie klucz do kłód­ki przy kon­te­ne­rze, w któ­rym są prze­wo­żo­ne.

Po do­tar­ciu na dzie­dzi­niec daw­nej fa­bry­ki pod­ze­spo­łów elek­tro­nicz­nych w dziel­ni­cy Span­dau (jed­no pię­tro bu­dyn­ku za­adap­to­wa­no na tym­cza­so­wy ma­ga­zyn) kłód­kę od­pi­ło­wa­no.

W cią­gu ko­lej­nych dni do Ber­li­na do­trą jesz­cze czte­ry kon­te­ne­ry.

I tak swo­je nu­me­ry otrzy­ma­ją: wstąż­ki do kwia­tów, ręcz­ni­ki, ścier­ki do na­czyń, fla­ko­ny po per­fu­mach, chu­s­tecz­ki, wy­pa­lo­ne za­pał­ki, łyż­ki, pa­pier do pa­ko­wa­nia pre­zen­tów, rol­ki pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, fiol­ki po le­kach, pla­stry na od­ci­ski, skraw­ki fu­ter – te prze­ni­co­wa­ne przez mole i roz­sy­pu­ją­ce się w dło­niach, i te twar­de, ła­mią­ce się przy sil­niej­szym na­ci­sku (le­ża­ły w skrzy­niach po­nad pięć­dzie­siąt lat). Set­ki fil­trów do świa­tła. Ta­blicz­ki z brą­zu z jej imie­niem i na­zwi­skiem. Wi­sia­ły za­wsze na drzwiach gar­de­ro­by pod­czas to­ur­née.

Pe­ru­ki.

Mię­dzy ar­ku­sza­mi je­dwab­ne­go pa­pie­ru za­cho­wa­ły się pió­ra eg­zo­tycz­nych pta­ków, szmu­glo­wa­ne la­ta­mi przez Die­trich z jed­ne­go kra­ju do dru­gie­go. Uży­wa­nie ich, na­wet do ko­stiu­mów fil­mo­wych, było za­bro­nio­ne.

W jed­nym z kar­to­nów gip­so­wy od­lew jej dło­ni.

Oprócz tego sto pięć­dzie­siąt par rę­ka­wi­czek, czte­ry­sta ka­pe­lu­szy, czte­ry­sta trzy­dzie­ści par bu­tów, osiem­dzie­siąt ku­frów, oko­ło sie­dem­dzie­się­ciu ko­stiu­mów fil­mo­wych i es­tra­do­wych, szes­na­ście i pół ty­sią­ca zdjęć, cza­so­pi­sma. Do­ku­men­ty, no­te­sy, sta­re ko­per­ty, li­sty. Ra­zem trzy­sta ty­się­cy za­pi­sa­nych kar­tek.

Książ­ki. Mię­dzy nimi Zbrod­nia i kara z de­dy­ka­cją Al­ber­ta Ein­ste­ina, wier­sze Ril­ke­go, do­ku­men­ta­cja do­ty­czą­ca Tre­blin­ki, sześć to­mów opo­wia­dań Kon­stan­te­go Pau­stow­skie­go i słow­nik an­giel­sko-pol­ski, na mar­gi­ne­sie któ­re­go przy sło­wie „dzię­ku­ję” Die­trich do­pi­sze od­ręcz­nie „tsche­kuye”.

Szaf­ki, ka­na­py, fo­te­le, sta­re krze­sła. Ko­mo­dy, sto­ły.

Ra­zem dwa­dzie­ścia pięć ton. Z pię­ciu ma­ga­zy­nów: w Los An­ge­les, No­wym Jor­ku, Lon­dy­nie, Pa­ry­żu i Ge­ne­wie.

Kraj związ­ko­wy Ber­lin ku­pił wszyst­ko na au­kcji w So­the­by’s za osiem mi­lio­nów ma­rek nie­miec­kich (pięć mi­lio­nów do­la­rów). Nie była to naj­wyż­sza ofer­ta, ale Ber­lin przed­sta­wił pro­jekt zar­chi­wi­zo­wa­nia ca­łej ko­lek­cji.

Każ­dy przed­miot bę­dzie sfo­to­gra­fo­wa­ny i opi­sa­ny. Je­śli to do­ku­men­ty, waż­ne, żeby za­zna­czyć: cze­go do­ty­czą, z któ­re­go są roku, kto je pi­sał.

Przy ko­stiu­mach na­le­ży po­dać mię­dzy in­ny­mi: pro­jek­tan­ta, ty­tuł fil­mu, z ja­kie­go po­cho­dzi, ko­lor i ma­te­riał.

Pierw­sze pra­ce za­koń­czą się po pię­ciu la­tach. Jed­nak każ­de­go roku ro­dzi­na Mar­le­ny Die­trich prze­ka­zu­je do ar­chi­wum ko­lej­ne kil­ka­dzie­siąt kar­to­nów z rze­cza­mi, któ­re wcze­śniej były jej wła­sno­ścią.

1

Notes

Od­dział ar­chi­wum (Ko­lek­cja Mar­le­ny Die­trich) przy Fun­da­cji Ki­ne­ma­to­gra­fii Nie­miec­kiej, Po­ts­da­mer Platz, Ber­lin.

Po­kój jest mały, ja­sno oświe­tlo­ny. W środ­ku ter­mo­hi­gro­graf bez­gło­śnie kre­śli po­ziom wil­got­no­ści (nie może prze­kra­czać pięć­dzie­się­ciu pro­cent) i tem­pe­ra­tu­rę (osiem­na­ście stop­ni Cel­sju­sza). Każ­de od­chy­le­nie od nor­my mo­gło­by znisz­czyć zdję­cia, któ­re leżą w kar­to­nach na pół­kach. Jed­no zdję­cie – je­den kar­ton. Nie­któ­re z nich są war­te kil­ka ty­się­cy euro.

Przy ścia­nach re­ga­ły z mnó­stwem czar­nych szu­flad. Roz­ma­wia­my ci­cho. Ar­chi­wum po­dob­nie jak bi­blio­te­ka zmu­sza do mó­wie­nia pół­gło­sem, do sku­pie­nia.

Sil­ke Ron­ne­burg, któ­ra pra­cu­je w ar­chi­wum od kil­ku­na­stu lat, otwie­ra jed­ną z szu­flad. Po­ka­zu­je mi pu­deł­ko z na­pi­sem „Eu­ro­pa”. W środ­ku kil­ka no­te­sów. Wśród nich ten, któ­ry in­te­re­su­je mnie naj­bar­dziej.

Jest czer­wo­ny, nie­wiel­ki, sie­dem i pół na je­de­na­ście i pół cen­ty­me­tra. Wi­dać, że był czę­sto uży­wa­ny. Okład­ka w nie­któ­rych miej­scach nad­dar­ta, po­ry­so­wa­na. Na środ­ku wy­cię­ty pro­sto­kąt. Nie­chluj­nie, jak­by ży­let­ką lub tę­py­mi no­życz­ka­mi. Wi­dzę li­te­ry roz­ma­za­ne od śli­nio­ne­go pal­ca szu­ka­ją­ce­go bez­u­stan­nie czy­je­goś na­zwi­ska. Ko­lej­ne ad­re­sy przy­kle­ja­ne po­śpiesz­nie na kart­kach, czę­sto ta­śmą kle­ją­cą. Ktoś za­stą­pił ko­goś wy­kre­ślo­ne­go gru­bą kre­ską.

Kart­ka z no­te­su Mar­le­ny Die­trich

W no­te­sie cały wszech­świat. Erich Ma­ria Re­ma­rque, Jean Coc­te­au, Er­nest He­min­gway. Ko­chan­ko­wie, przy­ja­cie­le, wiel­bi­cie­le. Mia­sta i kra­je. Pró­bu­ję do­pa­so­wać sło­wa do zna­jo­mych hi­sto­rii. Nie za­wsze wiem, co było przed, a co było po.

Szu­kam Pol­ski. Y – Izra­el, U – Me­xi­co City. Nie ma re­gu­ły. Jak­by no­tes z bie­giem lat za­peł­niał się, a Die­trich ko­lej­ne pań­stwa, oso­by wpi­sy­wa­ła w wol­nym miej­scu. V – Rio, K – Am­ster­dam. Jest i Pol­ska. Na ostat­niej stro­nie pod na­pi­sem „Po­lo­gne, Po­land”: Mar­ta Ro­mer, Bar­ba­ra Ko­tar­ska, Mar­ga­ret Se­mil, Eli­sa­beth Sie­niaw­ska, Cy­bul­ski Z. Wię­cej pol­skich na­zwisk nie ma.

Te­le­fon

Jest po­ło­wa stycz­nia 1964 roku. Ro­nald Trisch, pra­cow­nik agen­cji ar­ty­stycz­nej w Ber­li­nie Wschod­nim, krzy­czy do słu­chaw­ki. Po­łą­cze­nie z Pa­ry­żem. Po dru­giej stro­nie Ed­die Ma­ro­uani, pa­ry­ski im­pre­sa­rio Mar­le­ny Die­trich.

Ma­ro­uani mówi krót­ko: – Ma­da­me Die­trich w dro­dze do Pol­ski bę­dzie mia­ła mię­dzy­lą­do­wa­nie na lot­ni­sku Schöne­feld w Ber­li­nie Wschod­nim. Tan­ko­wa­nie sa­mo­lo­tu po­trwa go­dzi­nę. Je­śli je­ste­ście za­in­te­re­so­wa­ni jej kon­cer­tem we Frie­drich­stadt­pa­last, spró­buj­cie ją na­mó­wić. Ja nie umiem.

Dzwo­nię do Ro­nal­da Tri­scha. Miesz­ka w Ber­li­nie.

– Spra­wa nie była pro­sta – wspo­mi­na. – O to, żeby wy­stą­pi­ła u nas, sta­ra­li­śmy się od kil­ku­na­stu mie­się­cy, ale Mar­le­na mó­wi­ła, że nig­dy nie za­po­mni tego, co sta­ło się w Niem­czech w 1960 roku: przed Ti­ta­nia-Pa­last w Ber­li­nie, w Mo­na­chium czy w Düs­sel­dor­fie. Bar­dzo chcie­li­śmy ją prze­ko­nać, że Ber­lin Wschod­ni jest jej wdzięcz­ny za to, że ra­zem z in­ny­mi żoł­nie­rza­mi wy­zwo­li­ła nas od na­zi­stów. Że nie wszy­scy mają jej za złe, że pod­czas woj­ny wy­stę­po­wa­ła na fron­cie dla tych, któ­rzy wal­czy­li z Niem­ca­mi.

To­ur­née w 1960 roku za­pla­no­wa­no do­kład­nie. W cią­gu trzech ty­go­dni Die­trich mia­ła dać kon­cer­ty w dzie­się­ciu nie­miec­kich mia­stach. Usta­lo­no, że w sa­mym Ber­li­nie spę­dzi pięć dni.

Pierw­sze re­ak­cje na wieść o jej pla­no­wa­nych wy­stę­pach po­ja­wia­ją się w pra­sie już mie­siąc przed.

Re­dak­cja „Aache­ner Ze­itung” pu­bli­ku­je list otwar­ty z May­en w imie­niu „wszyst­kich nie­miec­kich sióstr i bra­ci”:

„Ta zu­chwa­ła dziw­ka śmie przy­jeż­dżać tu­taj, by wal­czyć o swój ho­nor. Mar­le­na Die­trich ma na swym su­mie­niu ty­sią­ce gro­bów nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Nie tyl­ko wal­czy­ła prze­ciw­ko na­zi­stom, ale rów­nież prze­ciw­ko na­ro­do­wi nie­miec­kie­mu. A te­raz jesz­cze zjed­na­ła so­bie po­par­cie Wil­ly’ego Brand­ta, by­łe­go wo­jow­ni­ka opo­ru. Ona jest aspo­łecz­nym pa­so­ży­tem i za­słu­gu­je na to, by­śmy wy­mie­rzy­li jej od­po­wied­nią karę.

Ty pod­ła, nik­czem­na zdraj­czy­ni, nie wsty­dzisz się sta­wiać kro­ku na nie­miec­kiej zie­mi? Po­win­no się cie­bie zlin­czo­wać jako ohyd­ną zbrod­niar­kę wo­jen­ną”.

„Sta­ny Zjed­no­czo­ne i Niem­cy już od daw­na są w przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach, ale Mar­le­na Die­trich nadal pro­wa­dzi pry­wat­ną woj­nę prze­ciw­ko swej oj­czyź­nie. A jed­nak naj­wy­raź­niej nie gar­dzi nie­miec­ki­mi mar­ka­mi tak bar­dzo jak swo­im kra­jem” – do­da­je „Köl­ni­sche Rund­schau” z 3 mar­ca 1960 roku.

Ber­lin, 1960 rok. W tle ko­ściół Ge­däch­ni­skir­che, w któ­rym Mar­le­na Die­trich bra­ła ślub

„Ba­di­sche Tag­blatt”, Ba­den-Ba­den, 14 mar­ca 1960:

„Mar­le­na opo­wie­dzia­ła się po stro­nie uczest­ni­ków opo­ru i wro­gów wszyst­kie­go, co nie­miec­kie. Nie uczy­ni­ła nic, kie­dy Niem­cy za­czę­ły dźwi­gać się z ruin i ubó­stwa i od­zy­ski­wać sza­cu­nek świa­ta. Le­piej by­ło­by dla nas, gdy­by zo­sta­ła tam, gdzie jest te­raz”.

„Bild am Son­n­tag”, Ham­burg, 3 kwiet­nia 1960:

„Wło­ży­ła ame­ry­kań­ski mun­dur i za­ba­wia­ła woj­sko­we od­dzia­ły! Je­śli uczy­nek ten moż­na było zro­zu­mieć w cza­sach hi­tle­row­skie­go re­żi­mu, trud­no po­jąć, dla­cze­go nie zmie­ni­ła swe­go na­sta­wie­nia po woj­nie”.

Die­trich pi­sze do Nor­ma­na Gran­za opie­ku­ją­ce­go się jej eu­ro­pej­skim to­ur­née: „Mu­si­my się zdzwo­nić. Nie­miec­ka pra­sa jest co­raz obrzy­dliw­sza. Wszyst­kie ar­ty­ku­ły brzmią jak prze­mó­wie­nie Görin­ga wy­gła­sza­ne prze­ciw­ko mnie”.

W roz­mo­wie z dzien­ni­ka­rzem „Die Zeit” przy­zna: „Nie ro­zu­miem tego. Przed woj­ną ata­ko­wał mnie Göring, po­nie­waż przy­ję­łam oby­wa­tel­stwo ame­ry­kań­skie. Po­tem nie­miec­kie ga­ze­ty za to, że nie wró­ci­łam do Nie­miec. A te­raz te ga­ze­ty ata­ku­ją mnie, bo tam jadę”.

Przed przy­jaz­dem do Nie­miec spo­ty­ka się w pa­ry­skim ho­te­lu Ra­pha­el z Cur­tem Ries­sem, dzien­ni­ka­rzem i pi­sa­rzem. „Mia­ła pięk­ną, spo­koj­ną, tro­chę chłod­ną twarz. To była twarz ko­bie­ty, któ­ra wie, ja­kie jest ży­cie. Twarz ko­bie­ty, któ­ra sama wie­le prze­ży­ła: i szczę­ście, i roz­cza­ro­wa­nia, ale jest w sta­nie prze­trwać wię­cej”.

Riess pyta: – Co pani czu­je przed po­dró­żą do Nie­miec? Jaki jest pani sto­su­nek do Niem­ców?

– Niem­cy! Jak ja nie­na­wi­dzę tych ogól­nych ha­seł. Prze­cież nie ist­nie­je coś ta­kie­go jak Niem­cy, Ame­ry­ka­nie czy Fran­cu­zi! Wszę­dzie są do­brzy i źli lu­dzie. Nie rób­my tego idio­tycz­ne­go błę­du i nie trak­tuj­my wszyst­kich jed­na­ko­wo – od­po­wia­da Die­trich.

In­ne­mu dzien­ni­ka­rzo­wi po­wie: „Czu­ję się, jak­bym je­cha­ła na wła­sny pro­ces no­rym­ber­ski”.

30 kwiet­nia 1960 roku o go­dzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej trzy­dzie­ści lą­du­je w Ber­li­nie. Na lot­ni­sku wi­ta­ją ją mię­dzy in­ny­mi ak­tor­ka Hil­de­gard Knef i bur­mistrz Ber­li­na Wil­ly Brandt.

Wsia­da do tak­sów­ki. Kie­row­cą jest Wal­ter Ra­tay­szak:

– Dro­gę za­je­chał nam wóz kon­ny. Nie wy­trzy­ma­łem i za­czą­łem prze­kli­nać, „po ber­liń­sku”. Kie­dy prze­sta­łem, Die­trich za­py­ta­ła mnie: „Na, Sie sind ooch so’n rich­tja Ber­li­ner, wa?”. [No, jest pan praw­dzi­wym ber­liń­czy­kiem, praw­da?] Mó­wi­ła w dia­lek­cie tak, jak­by nig­dy nie opu­ści­ła Ber­li­na.

Miesz­ka w ho­te­lu Hil­ton.

Przy­cho­dzą li­sty i wy­cin­ki pra­so­we. Mar­le­na każe je sor­to­wać. Zaj­mu­je się tym Ka­rin We­de­ke, ro­ma­nist­ka, pra­cow­ni­ca Związ­ko­wej Agen­cji Pra­so­wej w Bonn. Otwie­ra ko­per­ty, czy­ta. Uważ­nie.

Ko­bie­ta z Düs­sel­dor­fu pyta: „Kto oka­zał wię­cej sil­nej woli: Mar­le­na, któ­ra nie dała się sku­sić obiet­ni­com Hi­tle­ra i bez­kom­pro­mi­so­wo wal­czy­ła prze­ciw­ko zbrod­nia­rzom na­zi­stow­skim, czy my, któ­rzy pa­da­li­śmy na ko­la­na przed tymi ohyd­ny­mi przy­wód­ca­mi? Czym się róż­ni ha­sło: «precz z Ży­da­mi» od «precz z Mar­le­ną»?”.

I znów ktoś z Düs­sel­dor­fu: „Ar­ty­ści tacy jak Mar­le­na Die­trich czy To­masz Mann wie­dzie­li wte­dy, że ich oj­czy­zna wpa­dła w ręce prze­stęp­ców. Czy tyl­ko dla­te­go, że są Niem­ca­mi, mie­li mil­czeć? Czy aby Mar­le­na nie była lep­szą Niem­ką, po­nie­waż po­ka­za­ła, że ist­nie­ją tak­że inne Niem­cy?”.

To „pocz­ta po­zy­tyw­na”.

Na ko­lej­nej ko­per­cie ad­res ber­liń­ski: „Sza­now­na Pani, skąd wła­ści­wie bie­rze Pani od­wa­gę, żeby wy­stą­pić w Ber­li­nie? – pyta dy­rek­tor fir­my pro­du­ku­ją­cej sprzę­ty elek­trycz­ne. – Po tym jak Pani za­cho­wa­nie pod­czas woj­ny było tak nie­przy­ja­zne wo­bec Nie­miec. Ży­czy­my Pani, żeby ber­liń­ska pu­blicz­ność zgo­to­wa­ła Pani od­po­wied­nie przy­ję­cie”.

De­cy­zja: „pocz­ta ne­ga­tyw­na”. Tych li­stów Die­trich nie czy­ta.

Dzwo­ni Char­les de Gaul­le. Wzy­wa Mar­le­nę do na­tych­mia­sto­we­go opusz­cze­nia Nie­miec „w związ­ku z wro­go­ścią pu­blicz­ną”.

Ale Die­trich 2 maja 1960 roku scho­dzi na kon­fe­ren­cję pra­so­wą. Do czar­nej su­kien­ki przy­pi­na czer­wo­ną wstąż­kę Le­gii Ho­no­ro­wej. („W Ber­li­nie naj­chęt­niej no­si­ła­bym dwie”. Or­der Le­gii Ho­no­ro­wej wrę­czył jej fran­cu­ski am­ba­sa­dor w Wa­szyng­to­nie w 1951 roku za „od­wa­gę i dzia­łal­ność pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej”).

„Roz­po­czę­ła się wy­mia­na zdań. Sen­ty­men­tal­nym, cza­sem nie­dy­skret­nym i pła­skim dy­gre­sjom kła­dzie kres mą­dra, dow­cip­na, bar­dzo uj­mu­ją­ca dama, po­stę­pu­ją­ca zgod­nie z cy­to­wa­nym przez sie­bie mot­tem: Bądź ener­gicz­ny!”.

„Od­po­wie­dzi, któ­re da­wa­ła, były żywe, chłod­ne i orzeź­wia­ją­co in­te­li­gent­ne. Jest tu po to, aby pra­co­wać. Ba­sta. Nie za­mie­rza roz­tkli­wiać się nad daw­no prze­brzmia­łą prze­szło­ścią”.

3 maja 1960 roku od­by­wa się pierw­szy kon­cert w Ti­ta­nia-Pa­last w Ber­li­nie.

Ty­siąc dzie­więć­set dwa­dzie­ścia miejsc, czte­ry­sta z nich wol­nych. Aby wy­peł­nić salę, część bi­le­tów (kosz­to­wa­ły od dzie­się­ciu do stu ma­rek) roz­da­no za dar­mo. (Na kon­cer­tach Ma­rii Cal­las w Ber­li­nie też były wol­ne miej­sca).

Przed bu­dyn­kiem kil­ka­dzie­siąt osób z trans­pa­ren­ta­mi. Na nich na­pi­sy po an­giel­sku i nie­miec­ku: „Mar­le­ne, go home!” [Mar­le­na, do domu!], „Mar­le­ne, hau ab” [Mar­le­na, wy­noś się]. Die­trich boi się, że ob­rzu­cą ją jaj­ka­mi. „Zo­sta­wia­ją ta­kie obrzy­dli­we pla­my na ubra­niach. Mam płaszcz z pu­chu ła­bę­dzie­go i kie­dy lą­du­ją na nim jaj­ka, nie wiem, co mam ro­bić. Od­czysz­cze­nie tego jest pra­wie nie­moż­li­we”.

Ham­bur­ski „Die Welt” ostrze­ga ro­da­ków:

„Je­śli zo­sta­nie przy­ję­ta zgni­ły­mi po­mi­do­ra­mi i ja­ja­mi, to stra­ci­my re­pu­ta­cję w oczach Ame­ry­ki i znów udo­wod­ni­my, że ni­cze­go nie na­uczy­li­śmy się na swo­ich błę­dach”.

Kon­cert za­czy­na się o dwu­dzie­stej. Od 1955 roku jej show skła­da się z dwóch czę­ści. Mar­le­na wy­stę­pu­je w suk­ni za­pro­jek­to­wa­nej przez Je­ana Lo­uisa. „Mi­strzo­stwo ilu­zji. Mu­siał ją wy­na­leźć Ho­udi­ni” – pi­sze Mil­ton Shul­man w lon­dyń­skim „Eve­ning Stan­dard”.

Die­trich szep­cze do mi­kro­fo­nu: „Te­raz śpie­wam dla mę­skiej pu­blicz­no­ści”. Po kil­ku pio­sen­kach zni­ka za ku­li­sa­mi. Po czter­dzie­stu pię­ciu se­kun­dach (na kon­cer­tach w Pa­ry­żu po trzy­dzie­stu dwóch) znów zja­wia się na sce­nie, tym ra­zem w czar­nym fra­ku, w któ­re­go bu­to­nier­ce tkwi bia­ły goź­dzik.

Wy­stęp w ra­mach Uni­ted Se­rvi­ce Or­ga­ni­za­tions, Ber­lin 1945 roku.Die­trich czy­ta w my­ślach. Pod­czas se­an­su te­le­pa­tycz­ne­go wy­bie­ra­ła żoł­nie­rza i za­pra­sza­ła go na sce­nę. Po chwi­li mó­wi­ła: Kie­dy żoł­nierz na mnie pa­trzy, nie trud­no zgad­nąć, o czym my­śli

– Była za to spe­cjal­na do­pła­ta w kontr­ak­cie. Gdy scho­dzi­łam z jed­nej stro­ny za ku­li­sy, punk­to­wy re­flek­tor ocze­ki­wał mnie przy ku­li­sie, jak­bym za chwi­lę mia­ła po­wró­cić. Or­kie­stra gra­ła tusz, re­flek­tor na­gle prze­rzu­ca­no na prze­ciw­ną ku­li­sę i wy­cho­dzi­łam z dru­giej stro­ny, ubra­na zu­peł­nie in­a­czej. Na wi­dow­ni był nie­zmien­nie szał! Scho­dząc, sta­wa­łam na wóz­ku, któ­ry prze­wo­ził mnie na dru­gą stro­nę es­tra­dy, pod­czas gdy gar­de­ro­bia­ne bły­ska­wicz­nie mnie prze­bie­ra­ły; tak to wy­glą­da­ło od ku­lis – niby pro­ste, ale trud­ne i mę­czą­ce.

Die­trich stoi bez ru­chu z pa­pie­ro­sem w dło­ni.

Lili Da­rvas, któ­ra w 1928 roku wy­stę­po­wa­ła z nią w Me­za­lian­sie Ber­nar­da Sha­wa w ber­liń­skim Ko­mödie The­ater, wspo­mi­na, że już wte­dy:

– Mar­le­na po pro­stu sie­dzia­ła na sce­nie, bar­dzo wol­no i zmy­sło­wo pa­li­ła pa­pie­ro­sa, a lu­dzie za­po­mi­na­li, że są tam jesz­cze ja­kieś inne ak­tor­ki. Jej po­zy­cja była tak na­tu­ral­na, a w jej gło­sie było tyle me­lo­dyj­no­ści, swy­mi ge­sta­mi dys­po­no­wa­ła tak oszczęd­nie, że fa­scy­no­wa­ła wi­dzów tak jak ob­ra­zy Mo­di­glia­nie­go. Po­sia­da­ła ce­chę nie­odzow­ną wiel­kim gwiaz­dom: wspa­nia­le po­tra­fi­ła nie ro­bić nic.

W 1952 roku Er­nest He­min­gway w „Life Ma­ga­zin” (w ar­ty­ku­le Hom­ma­ge on Mar­le­ne) pi­sze: „Na­wet gdy­by nie mia­ła nic oprócz swe­go gło­su, jest on tym, czym mo­gła­by ła­mać ser­ca”. Ktoś inny do­dał: „Ta­kim gło­sem Ham­let wy­gło­sił­by swój mo­no­log, gdy­by wie­dział, jak skoń­czy”.

Śpie­wa dwa­dzie­ścia utwo­rów w aran­ża­cji Bur­ta Ba­cha­ra­cha. Wy­stę­pu­ją ra­zem od 1957 roku. To on wpro­wa­dza en­trée gra­ne przez or­kie­strę i ogra­ni­cza skrzyp­ce.

W ABCme­ines Le­bens Die­trich na­zy­wa je „stra­co­nym ma­rze­niem mło­do­ści”.

Pierw­szy in­stru­ment do­sta­je od mat­ki w 1917 roku. „Je­śli nie gwiaz­dą fil­mo­wą, zo­sta­nę ar­tyst­ką” – ogła­sza. W tej sa­mej książ­ce przy­zna­je, że nie lubi Ba­cha. To ćwi­cze­nie jego so­nat, we­dług niej, spo­wo­do­wa­ło w 1922 roku za­pa­le­nie ścię­gna. „Nig­dy już nie zo­sta­nę wspa­nia­łą skrzy­pacz­ką, sław­ną na cały świat” – za­no­tu­je wte­dy.

Rok 1960, Ber­lin. Miesz­kan­ka Ber­li­na pyta Mar­le­nę:– To co, może się po­go­dzi­my?

W 1960 roku w Ber­li­nie kon­cert za­czy­na od Ich bin von Kopf bis Fuss z Błę­kit­ne­go anio­ła, po­tem Ich bin die fe­sche Lola. Jest i Lili Mar­le­en, z mu­zy­ką Nor­ber­ta Schult­ze, do słów mało zna­ne­go po­ety Han­sa Le­ipa.

„Ta me­lan­cho­lij­na pio­sen­ka o mi­ło­ści żoł­nier­skiej to fe­no­men bez­pre­ce­den­so­wy w dzie­jach ga­tun­ku. Bo wszyst­ko było prze­ciw­ko niej: to, że no­si­ła pięt­no na­zi­stow­skie, bo po­wsta­ła w Niem­czech, jej au­to­ra­mi byli Niem­cy, pierw­szą, naj­sław­niej­szą wy­ko­naw­czy­nią była Niem­ka1, nada­wa­ło ją, stop­nio­wo czy­niąc po­pu­lar­ną, woj­sko­we ra­dio nie­miec­kie w Bel­gra­dzie, prze­ka­zu­ją­ce pro­gra­my na ob­szar Afry­ki Pół­noc­nej, prze­zna­czo­ne dla Afri­ka Korps, a było to w cza­sie okrut­nej woj­ny i zbrod­ni­czych po­czy­nań na­zi­stów wo­bec oku­po­wa­nych na­cji. […] Ra­dio Bel­grad po raz pierw­szy nada­ło Lili Mar­le­en 19 sierp­nia 1941 roku, trak­tu­jąc na­stęp­nie tę pio­sen­kę jako swój znak roz­po­znaw­czy, po­wta­rza­ny co­dzien­nie do trzy­dzie­stu razy. I z miej­sca suk­ces. Żoł­nie­rze Afri­ka Korps słu­cha­li jej w czoł­gach, w sa­mo­cho­dach, ka­sy­nach, w mar­szu i na po­sto­ju. Do roz­gło­śni za­czę­ły na­pły­wać set­ki, a po­tem ty­sią­ce li­stów z po­dzię­ko­wa­nia­mi i proś­ba­mi o wię­cej. Po­dob­ny od­dźwięk był i po dru­giej stro­nie fron­tu, wśród Bry­tyj­czy­ków z 8 Ar­mii wal­czą­cej z Rom­m­lem. Po­dob­ne przy­ję­cie od­no­to­wa­no wśród Fran­cu­zów, Wło­chów, no i Niem­ców na in­nych fron­tach, bo pio­sen­ka wraz z prze­miesz­cza­ją­cy­mi się od­dzia­ła­mi We­hr­mach­tu wę­dro­wa­ła po ca­łej Eu­ro­pie”.

Po klę­sce pod Sta­lin­gra­dem Go­eb­bels uzna­je ostat­nią zwrot­kę2 za nie­pa­su­ją­cą do ha­sła „osta­tecz­ne zwy­cię­stwo” i za­bra­nia pu­blicz­ne­go wy­ko­ny­wa­nia i emi­to­wa­nia pio­sen­ki.

Die­trich włą­czy­ła Lili Mar­le­en do swo­je­go re­per­tu­aru jesz­cze pod­czas kon­cer­tów na fron­cie w 1943 roku. Któ­re­goś dnia śpie­wa ją w an­giel­skim ra­diu. Na­gle prze­ry­wa i wy­krzy­ku­je po nie­miec­ku: „Chłop­cy! Nie da­waj­cie się! Prze­cież woj­na to gów­no! Hi­tler to idio­ta!”.

Wie­rzy­ła, że au­dy­cja do­cie­ra też do nie­miec­kich żoł­nie­rzy.

Po woj­nie za­po­wia­da ją za­wsze po­dob­nie: „A te­raz pio­sen­ka, któ­ra jest bli­ska mo­je­mu ser­cu. Śpie­wa­łam ją pod­czas woj­ny. Śpie­wa­łam ją przez trzy dłu­gie lata: w Afry­ce, na Sy­cy­lii, na Ala­sce, Gren­lan­dii i Is­lan­dii, w An­glii, w Bel­gii, Ho­lan­dii, Niem­czech i Cze­cho­sło­wa­cji”.

W Ti­ta­nia-Pa­last śpie­wa od­waż­nie, z dumą, po nie­miec­ku. Kie­dy kon­cert się koń­czy, pu­blicz­ność mil­czy. Gdzie­nieg­dzie sły­chać po­je­dyn­cze okla­ski. I na­gle wsta­je Wil­ly Brandt. Za nim cała sala. Owa­cja na sto­ją­co.

5 maja 1960 roku „Süd­deut­sche Ze­itung” dru­ku­je re­cen­zję: „Po­szło do­brze. Mar­le­na, któ­rej po­wro­to­wi to­wa­rzy­szy­ło tyle głu­pich ura­zów i fał­szy­wej «po­li­ty­ki», może być za­do­wo­lo­na. W ogrom­nej sali Ti­ta­nia-Pa­last nie roz­legł się ża­den fał­szy­wy ton, ża­den głos nie­za­do­wo­le­nia. Jej sta­re pio­sen­ki przy­ję­to okrzy­ka­mi ra­do­ści, wzru­sze­niem, burz­li­wy­mi okla­ska­mi i ser­decz­ną wrza­wą po­wi­ta­nia […]. Śpie­wa – ochry­ple, wznio­śle albo szyb­ko, ko­ły­sząc się i ak­cen­tu­jąc po­in­ty. Robi to do­sko­na­le. Dro­go sprze­da­je każ­dy nu­mer, nie szczę­dząc kro­pel za­baw­nej wul­gar­no­ści i czy­ste­go sen­ty­men­ta­li­zmu. To­wa­rzy­szą jej okrzy­ki ra­do­ści, gdy za­kła­da frak i z gru­pą dziew­cząt wy­ma­chu­je swy­mi słyn­ny­mi no­ga­mi, jak­by wca­le nie była bab­cią, któ­rą już prze­cież jest. A kie­dy z ber­liń­ską me­lan­cho­lią śpie­wa Ru­iny Ber­li­na, nikt nie może się jej oprzeć. Robi z ludź­mi, co chce”.

Dzień wcze­śniej Die­trich spo­ty­ka się z Wil­lym Brand­tem w ra­tu­szu (wów­czas sie­dzi­bie Se­na­tu Ber­li­na Za­chod­nie­go) w dziel­ni­cy Schöne­berg. Brandt mówi: „Być może tu i ów­dzie po­ja­wia się dy­so­nans. Ale to po­wo­du­je, że wy­raź­niej­sze sta­ją się przy­jaźń i po­dziw, któ­ry­mi pa­nią da­rzy­my”. Die­trich wpi­su­je się do Księ­gi Go­ści. Pod go­to­wym, wy­ka­li­gra­fo­wa­nym na­pi­sem „Wi­zy­ta Mar­le­ny Die­trich, 4 maja 1960” zło­ży swój pod­pis. Żad­nych do­dat­ko­wych słów.

Przed bu­dyn­kiem pod­cho­dzi do niej star­sza ko­bie­ta, miesz­kan­ka Ber­li­na. Chwy­ta Mar­le­nę za dło­nie i pyta: – To co, może się po­go­dzi­my?

Na dru­gi kon­cert przy­cho­dzi tyl­ko pięć­set osób. Na ostat­ni bi­le­ty w więk­szo­ści znów roz­da­no za dar­mo. Die­trich opusz­cza Ber­lin.

W Mo­na­chium bi­le­ty na wszyst­kie kon­cer­ty sprze­da­ne.

Ale na wi­dow­ni Deut­sches The­ater ktoś pod­ło­żył „cuch­ną­cą bom­bę”.

Mimo to Die­trich sta­je na sce­nie. Wśród wi­dzów jest Frie­drich Hol­län­der, au­tor wie­lu jej pio­se­nek. Mar­le­na krzy­czy: „Dzię­ku­ję ci, Friedl”.

Triumf. Po­nad sześć­dzie­siąt razy pod­no­si się kur­ty­na. Mo­na­chij­ska ga­ze­ta dzi­wi się: „Kto mógł­by przy­pusz­czać, że w rze­czy­wi­sto­ści Die­trich śpie­wa le­piej niż na na­gra­nych pły­tach?”.

W Wies­ba­den Mar­le­na pod­cho­dzi zbyt bli­sko kra­wę­dzi sce­ny. Spa­da z niej i ła­mie oboj­czyk. Wie­le lat póź­niej jej cór­ka Ma­ria Riva po­wie: „Po ci­chu przy­pusz­cza­łam, że to sta­ło się nie tyl­ko z po­wo­du za­ciem­nio­ne­go skra­ju sce­ny, lecz rów­nież przez szam­pa­na, któ­re­go mat­ka wy­pi­ja­ła co­raz wię­cej”.

Mar­le­na pa­skiem od płasz­cza prze­ciw­desz­czo­we­go przy­wią­zu­je rękę do cia­ła i kon­ty­nu­uje wy­stęp.

Or­ga­ni­za­to­rzy chcą prze­rwać to­ur­née. Die­trich nie wy­ra­ża zgo­dy.

– Prze­cież prze­ży­łam dwie woj­ny świa­to­we – mówi. – Nie mogę od­wo­łać kon­cer­tu z po­wo­du ja­kie­goś zła­ma­nia.

Pi­sze do Nor­ma­na Gran­za: „Je­stem roz­cza­ro­wa­na, że Cię tu­taj nie ma, szcze­gól­nie dla­te­go że nie ma ra­mie­nia, na któ­rym mo­gła­bym oprzeć moje zła­ma­ne”. Pod­pis: „Twój jed­no­rę­ki ban­dy­ta”.

W Düs­sel­dor­fie przed ho­te­lem, w któ­rym miesz­ka, cze­ka dwa ty­sią­ce fa­nów. Mar­le­na prze­cho­dzi przez foy­er. W jej kie­run­ku prze­ci­ska się ja­kaś dziew­czy­na. Sta­je przed Die­trich i plu­je jej w twarz. Ma nie wię­cej niż osiem­na­ście lat. Nie może pa­mię­tać woj­ny. Krzy­czy: „Zdraj­czy­ni!”.

Jean Améry, pi­sarz: „Głów­nym nie­po­ro­zu­mie­niem zwią­za­nym z tym to­ur­née był fakt, że Mar­le­na my­śla­ła, że po­wró­ci do domu, trium­fu­jąc. Nie wzię­ła jed­nak pod uwa­gę nie­spo­dzie­wa­nej pew­no­ści sie­bie nie­miec­kie­go spo­łe­czeń­stwa, a zwłasz­cza miesz­kań­ców Ber­li­na Za­chod­nie­go. Wraz z po­lep­sze­niem się wa­run­ków eko­no­micz­nych Niem­cy od­zy­ska­li czy­ste su­mie­nie. Uro­sło nowe po­ko­le­nie, dla któ­re­go Mar­le­na Die­trich w za­sa­dzie nic nie zna­czy­ła, tak jak nie­wie­le zna­czy­ły dla nie­go du­chy na­ro­do­we­go so­cja­li­zmu”. Do­da­je: „Gdy­bym był Niem­cem, był­bym z niej dum­ny i był­bym dum­ny z jej dumy”.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­cetel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e-mail: ma­te­[email protected]­ne.com.pl,to­[email protected]­ne.com.pl, do­mi­[email protected]­ne.com.pl,ho­no­ra­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70e-mail: re­dak­[email protected]­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­[email protected]­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­watel./fax +48 22 621 10 48e-mail: agniesz­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl, do­ro­[email protected]­ne.com.pl, zo­[email protected]­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­[email protected]­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­[email protected]­ne.com.pltel. 504 564 092, 605 955 550agniesz­ka.wil­[email protected]­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, [email protected]­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013Wy­da­nie II