Markiz de Montespan - Jean Teulé - ebook
Opis

Markiz de Montespan to nieszczęsny zdradzony małżonek Athénaïs, z domu panny de Tonnay-Charente, królewskiej metresy i niekoronowanej władczyni Francji pod rządami Ludwika XIV, matki siedmiorga burbońskich bękartów. Markiz de Montespan nigdy nie wyrzekł się uczucia do niewiernej Athénaïs, szaleje z zazdrości, popełnia głupstwa, naraża się na gniew tyrana – i niewiele sobie z tego gniewu robi. Romans królewski jest na ustach wszystkich, zarazem całe eleganckie towarzystwo śmieje się z gaskonad zuchwałego markiza. Powieść Markiz de Montespan to groteskowy obraz XVII-wiecznej Francji ery rozkwitu oświeconego absolutyzmu ukazanej w krzywym zwierciadle pisarskiej zjadliwej ironii; fantazyjny opis przedziwnych dla nas obyczajów i życia codziennego w jednym z najpotężniejszych mocarstw ówczesnego świata: wykwint i zgniłe zęby, rozpusta i etykieta... Królewskim kochankom poświęcono już wiele tomów, nadszedł czas, by spojrzeć na dworskie miłostki okiem szlachetnie urodzonego rogacza!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 296

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

LE MONTESPAN

Copyright © Editions Julliard, Paris, 2008

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-597-4

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1

Sobota, dwudziesty stycznia 1663 roku, około godziny jedenastej wieczorem u wejścia do Palais-Royal, w którym Monsieur, królewski brat, wydaje wielki bal. Na ulicę wychodzą dwaj młodzieńcy, za nimi jeszcze sześciu kolejnych. Szeleszczą piórami i koronkami, a przy tym obrzucają się wyzwiskami:

– Kleszy syn!

– Kmiotek!

Wysoki chudzielec unosi wargi tak, że ukazuje nie tylko zęby, ale i dziąsła, ma na sobie strój błyszczący, usiany diamentami. Popycha małego brzuchacza w czarnej peruce, który jakby szedł na szczudłach, tak wysokie są obcasy jego trzewików. Zdobią go liczne pierścienie i bransolety; grubas chwieje się i aż dusi ze wściekłości:

– Kmiotek?! La Frette, śmiesz wieśniakiem zwać mnie, księcia de Chalais?

– Książę odmieńców… A tak, pederasta! Bo tak jak Monsieur przedkładasz chłopięta nad dziewczęce wdzięki. A ja mam odrazę do włoskiego występku. Sodomia to obraza boska!

– Och!

Podczas tej wymiany zdań zamykają się drzwi sali balowej – rozświetlonej, pełnej muzyki, wyziewów, poruszeń tancerzy. Ośmiu młodzieńców znajduje się w chłodnym mroku ulicy.

Garbus przycupnięty pod kolumną dzierży długi kij, na którego końcu wisi pęcherz, a w nim lampa. Wstaje, zbliża się ku nim, woła:

– Światło, światło, by odprowadzić do domu wasze mości?

Jedną nogę ma krótszą, kuleje więc, idzie chwiejnym krokiem. Włosy przylizane, przyklejone do głowy, spięte z tyłu i splecione w cienki warkoczyk; krąży wokół nich z latarnią, której blask ich oświetla. Niski Chalais policzkuje La Frette’a, aż wznosi się w powietrze obłok pudru. Urażony chudzielec milknie i zaciska zęby, które zdobi na sposób holenderski – masłem zalepia otwory po ubytkach w siekaczach oraz kłach i właśnie dlatego wciąż zęby odsłania, chodzi bowiem o to, żeby prowizoryczne wypełnienie się nie roztopiło. Jednak teraz ogarnia go przemożny gniew, zaciska wargi w kurzy kuper i nadyma policzki, dotknięty do żywego. Kiedy znów otwiera usta, po zębach ścieka mu masło:

– Widziałeś, Saint-Aignan? On mnie spo…

– Spoliczkowałeś mojego brata, kmiocie?

Groźny kawaler w wieku lat dziewiętnastu, o oku wyżartym przez ospę wietrzną, w kapeluszu najeżonym bardzo długimi piórami, staje przed Chalais’m. Latarnik pragnie zaproponować im obu swoje usługi mobilnego oświetleniowca, toteż próbuje zmienić temat:

– Nocą złoczyńcy, rabusie i typy spod ciemnej gwiazdy czyhają na spóźnionych przechodniów spieszących do domów…

Ośmiu młodzieńców w perukach dzieli się na dwa obozy; lżą się nawzajem, stroją srogie miny, szarpią się za jedwabie i wstążki stroju. Latarnik unosi swój świetlisty pęcherz. Tymczasem jeden z młodych kłótników właśnie usłyszał własne słowa:

– Flamarens, dziwko kurewska.

Jego twarz jest blada, wymalował na niej pędzelkiem fałszywe błękitne żyły, oznakę szlachectwa i czystości krwi. Latarnik opuszcza światło ku trzewikom i lśniącym kamieniom bruku. Dym i swąd oleju.

– Pięć sous za odprowadzenie! Cóż to jest pięć sous, gdy tak jak waszmościowie nosi się czerwone obcasy, co przystało szlachetnie urodzonym?

Błysk ostrza sztyletu dobytego podstępnie kreśli ranę na zdumionym obliczu.

– Noirmoutier!

Zraniony dobywa szpady, chce nadziać na nią Noirmoutiera jak prosiaka. Ten, którego nazywa d’Antin…

– D’Antin, nie mieszaj się do tego!

…wtrąca się jednak do bójki, która przybiera coraz poważniejszy obrót:

– Hola, panowie, bądźcież rozsądni!

Latarnik nie omieszka dodać swoich trzech groszy:

– Tak, tak, bądźcież rozsądni, panowie… Las najgęstszy i najbardziej opustoszały w tym królestwie to bezpieczny azyl w porównaniu z Paryżem.

La Frette pluje masłem przez spróchniałe pieńki zębów prosto w twarz Chalais’go.

– Tłusta kupo flaków, spotkamy się na łączce kleryków jutro skoro świt!

D’Antin nie może się z tym pogodzić:

– Na łączce? Czyście poszaleli? A edykty?

Jednak ten, którego spotkała zniewaga, La Frette, u którego boku stoi Saint-Aignan, rzuca rozkaz:

– Arnelieu, Amilly, idziemy.

Odchodzą wszyscy czterej w kierunku rozświetlonych okien Tuileries, czterej pozostali udają się w przeciwną stronę. Latarnik tymczasem pomyka, kołysząc się na boki, ulicą Saint-Honoré. Blask jego pęcherza rzuca tańczący garbaty cień na mury, a on powtarza sobie, aby nie zapomnieć:

– La Frette, Saint-Aignan, Amilly, Arnelieu… i Chalais, Flamarens, d’Antin, Noirmoutier…

*

W pierwszych blaskach cichego świtu, w gęstej mgle powlekającej łąkę, kiedy d’Antin słyszy chrzęst skorupki lodu pokrywającej zamarznięte kałuże pod butami o srebrnych okuciach należącymi do kawalera de Saint-Aignan, prosi swojego towarzysza, Noirmoutiera, by podał mu fiolkę wody z Szafuzy, doskonałej na apopleksje.

Paryż pogrążony jest w ciszy. Ani jeden kur jeszcze nie zapiał. Ustawieni w szeregu przed szpalerem pokrytych szronem leszczyn towarzysze winnego zniewagi Chalais’go dostrzegają blade sylwetki towarzyszy zelżonego La Frette’a wyłaniające się zza wielkiej stodoły. Również idą ramię w ramię na spotkanie adwersarzy.

Łąka jest niewielka, więc wkrótce stają naprzeciwko siebie. Po prawej stronie wznoszą się uśpione siedziby szlachetnie urodzonych. Po lewej znajduje się kartuzja przy bulwarze Saint-Germain, a w eremach klasztoru śpią mnisi, których czujności nie należy budzić wykrzykiwaniem zbędnych inwektyw.

A zresztą nie pozostało już nic do powiedzenia. Czas pustych słów przeminął. Teraz rozgrywa się pojedynek do pierwszego zabitego, a d’Antin nie czuje się dobrze pod lokami ciężkiej peruki, okryty szkarłatnym płaszczem, w czarnym kapeluszu o rondzie zadartym na katalońską modłę, lecz przecież przyjmuje dziarską postawę, wysuwa nogę, ręką wspiera się pod bok. Palce mu drżą. Odkąd decyzja o pojedynku została powzięta, powieki mu spuchły, na czole pojawił się wykwit schorzenia zwanego różą, z uszu cieknie ropa, z tyłu głowy dokucza świerzb, egzema pod podbródkiem i pod lewą pachą swędzi nieznośnie.

Przypadek zrządził o losach złotej młodzieży. Oprócz tego, iż rzecz jasna La Frette zmierzy się z Chalais’m. Amilly’emu przypadł w udziale Flamarens. Noirmoutier skrzyżuje szpady z Arnelieu, a d’Antin widzi, jak naciera nań kawaler de Saint-Aignan.

Ten młody mężczyzna o włosach zwijających się w loki jak u Greka, o ptasim wyglądzie, długich piórach i oku wydłubanym zakażeniem nabytym od dziwek z burdelu, nie zwalniając kroku, mierzy spojrzeniem od stóp do głów swojego adwersarza – z miną pewną siebie, która nie zdradza najmniejszej obawy. Piękny to widok, gdy ze szpadą w dłoni podąża, by oczyścić honor swojego brata. Postępuje naprzód wielkimi krokami, próbując ostrza broni. D’Antin czeka, aż tamten zatrzyma się, stanie w pozycji, lecz nie, on po prostu idzie przed siebie, jak gdyby chciał przejść przez te leszczyny. Trzask! D’Antin czuje, jak kruszy się kość jego czoła i ostrze szpady przebija mu czaszkę na wskroś, ściąga z głowy perukę, którą ostatnim refleksem próbuje pochwycić, cóż za głupota… Cóż za głupota tak umierać mroźnym świtem i paść na plecy w obcisłych pludrach perlistoszarej barwy, w pończochach z różowego jedwabiu umocowanych podwiązkami, kiedy wszystko wokół przeradza się w jatkę. Po jego prawej stronie trzej towarzysze jęczą, leżąc w trawie. Przeciwnicy odchodzą. Niski Chalais powstaje, wykrzywiają mu się nogi w kostkach, bo ma zbyt grube podeszwy. Przyciska dłoń do brzucha, z którego obficie cieknie krew. Flamarens powłóczy nogą zalaną krwią, podskakuje, zmierzając w stronę majaczącej w oddali karocy. Noirmoutier, ranny w ramię, biegnie w drugą stronę, tam gdzie czeka jego koń.

– Dokąd zmierzasz? – pytają go dwaj pozostali.

– Do Portugalii.

Pieje kogut. Kołodzieje, kowale, bednarze, tkacze, siodlarze… otwierają okiennice swoich skromnych warsztatów. Mgła rozwiewa się, słońce wschodzi ponad dachy rezydencji i oświetla zwłoki spoczywające na ziemi…

*

W południe cienie są najostrzejsze. Cienie dachów padają na plac Grève, trójkątami rozcinają tłum. Cisza jest przemożna, o wynajem okien toczono licytacje. Szafot otaczają strażnicy stojący w zwartym szyku.

I szósty! Żeleźce topora dzierżonego przez kata w masce spada ciosem tak pewnie wymierzonym, że głowa Saint-Aignana pozostaje na miejscu, nie spada z pniaka. Oprawca sądzi, że chybił i trzeba będzie uderzyć po raz drugi, lecz wtedy głowa spada jednak na pięć pozostałych zaściełających deski szafotu. Leżą na kupie jak kapusty, tak jakby wreszcie pogodziły się między sobą, jakby dawały sobie całusy wszędzie, to w czoło, to w uszy, to w usta (wszak od tego należało zacząć, kiedy jeszcze żyły). Kat ociera czoło i mówi do kogoś stojącego pod szafotem:

– Panie de La Reynie, sześć głów z rzędu to zbyt wiele! Nie jestem jakaś machina mundi, nie te lata…

– Ej tam. Nie skarżyć się! Ośmiu być powinno – pokpiwa z niego prefekt policji paryskiej i prokurator zajmujący się między innymi sprawami pojedynków, a zaraz potem już zmierza w stronę Châtelet.

*

– Panie markizie, nic dotkliwiej nie gwałci prawa niebieskiego niż ten bezrozumny szał pojedynków. Czy nie uczą was tego w waszej rodzinnej Gujennie?

Młody Gaskończyk, besztany tymi słowami w sali trybunału Châtelet, spogląda przez okno na słońce późnego popołudnia… Siedzi sam na jednym z krzeseł, wzdycha:

– Mnie to mówicie, którego rzecz nie dotyczy, bom z natury mało kłótliwy? Mój brat zresztą też nie był skory do…

– A jednak wmieszał się w pojedynek! – przerywa mu gwałtownie La Reynie. – Czas, by szlachta przestała sięgać po szpadę z byle powodu! Pojedynki dziesiątkują francuską arystokrację, a królewskie edykty od roku 1651 pod karą śmierci zakazują tego krwawego sposobu zmywania plam na honorze. Nade wszystko pojedynki to wyzwanie rzucone miłościwemu panu, który jako jedyny może decydować, kto umrzeć ma i jak wszyscy powinni żyć!

Podczas gdy La Reynie wygłasza swoje kazanie, z głębi sali, za plecami markiza, rozlega się zgrzyt zawiasów; to otwierają się wrota, czyjeś kroki zbliżają się po kamiennej posadzce. Zgnębiony Gaskończyk opuszcza głowę i patrzy na swe trzewiki o czerwonych obcasach, aż naraz słyszy szelest płaszcza i spódnic, gdy ktoś siada obok niego po prawej stronie.

– Proszę wybaczyć mi spóźnienie, panie de La Reynie, lecz dopiero co otrzymałam wiadomość.

Głos brzmi słodko, harmonijnie. Prokurator oznajmia:

– Panienko, jeśli wasz przyszły małżonek, Louis-Alexandre de La Trémoille, markiz de Noirmoutier, powróci do Francji, zostanie ścięty.

Gaskończyk słyszy, jak jego sąsiadka rozpina płaszcz, a potem opuszcza kaptur na ramiona, i nagle spostrzega, że La Reynie rozdziawia gębę. Oczy po obu stronach orlego nosa wpatrują się nieruchomo. Cóż to musi być za dziewczyna, że wprawiła w pomieszanie groźnego prokuratora? Czy to meduza jakaś, która przemienia mężczyzn w kamień? Jednak La Reynie opanowuje się i staje tuż przed Gaskończykiem, który spocone ze strachu dłonie ociera o spodnie z białej satyny.

– Mój panie – oznajmia prokurator – jego królewska wysokość, nie okazując miłosierdzia, te same zarzuty stawia zaocznie pamięci twojego brata, zmarłego pana d’Antin.

Markiz odpowiada potulnym tonem:

– Z całym możliwym szacunkiem i z całą gorliwością pozostaję najposłuszniejszym, najpokorniejszym i najwdzięczniejszym sługą jego królewskiej mości…

Siedząca obok dama pyta rzeczowym tonem:

– Skąd się pan dowiedział o tym pojedynku?

– Latarnicy oferujący światło wychodzącym z teatrów i balów są naszymi najlepszymi szpiegami – odpowiada z uśmiechem szef policji.

Przygnębiony markiz z niewesołą miną sięga po leżący na krześle zdobiony piórami kapelusz, po czym wstaje i odwraca się wreszcie w stronę sąsiadki, która także wstaje. Do diaska! O mało znowu nie usiadł. Ona nie jest piękna, ona jest pięknem wcielonym. Wysokiemu Gaskończykowi, który ma wszak zaledwie dwadzieścia dwa lata, aż dech w piersiach zaparło. Zawsze podkochiwał się w nieco zbyt pulchnych blondynach; teraz jest pod zniewalającym urokiem tej rozkosznej istoty. Piękność jest w jego wieku, ma mleczną cerę, oczy zielone w kolorze mórz południowych, blond loki na chłopską modłę… Suknia z głębokim dekoltem zakrywa ramiona, rękawy kończą się przy łokciach istną feerią koronek. Jej dłonie okrywają rękawiczki. Markizowi zdaje się, że postrada wszystkie zmysły. Na swą wielką perukę w kształcie grzywy, ważącą wszak ponad kilogram i grzejącą nieznośnie, nakłada ów biały kapelusz, lecz tyłem naprzód. Strusie pióro zwisa, zasłania markizowi twarz. Chcąc odwrócić nakrycie głowy, przesuwa je, lecz razem z peruką, którą zasłania sobie teraz oko. Dziewczyna śmieje się tak uroczo, że rozbudza w nim czułość aż po głębię serca. Kłania się La Reyniemu i mówi:

– Do widzenia, droga pani! Och… – sumituje się, a tymczasem rozbawiona piękność zaczyna iść z nim krok w krok, choć jemu akurat właśnie plączą się nogi. Ona unosi wysoko kolana, zmierzają ku wyjściu. Chce otworzyć jej drzwi, lecz o mało przy tym jej nie uderza, miał zamiar puścić ją przodem, ale tak jakoś wyszło, że sam wyszedł pierwszy. Jest wzruszona jego niezręcznością, doskonale zdaje sobie sprawę, że to najlepszy dowód uwielbienia.

– Dokąd pan idzie? – pyta z uśmiechem.

– No, tam, by tak rzec, tamtędy, a pani?

– Ja prosto.

Gdy wychodzą z pałacu sprawiedliwości zwanego Châtelet, pogrążają się z miejsca w nadzwyczajnym tumulcie, w niekończącym się rozgardiaszu, w zgiełku, w błocie, niemiłym zapachu miasta. Odkryte rynsztoki i ścieki, stosy ekskrementów, a także świnie, które ryjami grzebią w śmieciach – wszystko to sprawia, że uperfumowane rękawiczki czy trzymane pod nosem bukieciki fiołków są niezbędnymi środkami przeciwdziałającymi mdłościom. Markiz jednak nie zwraca uwagi na smród.

– Nie mam już braci – konstatuje ze zdumieniem. – Najstarszy, Roger, zginął podczas oblężenia Mardyck, Just de Pardaillan też zginął na wojnie, a markiz d’Antin wczoraj padł w pojedynku…

– Ja zaś nie mam już przyszłego męża – odpowiada mu jak echo piękność. Powietrze, które wydycha, jest czystsze niż to, które wciąga w płuca. – Noirmoutierowi bardziej zależy na własnej skórze niż na mnie.

Piękność ma profil dumny i szlachetny. Spod kaptura płaszcza wymykają się jej zbuntowane kosmyki blond włosów. Jej nozdrza są ruchliwe jak ptasie skrzydełka. Usteczka, tak skłonne do uśmiechu, nieco figlarnego, rozpalają w duszy markiza ogień, a słońce tymczasem kryje się za drzewami…

Oboje doznali straty, to ich zbliża. Mijają sprzedawców piosenek – piosenek do picia, piosenek, by weselić się przy stole, piosenek do tańca lub piosenek poświęconych aktualnym wydarzeniom. Rozmawiają o zmarłym, o zbiegłym narzeczonym, winszują sobie, coraz bardziej podobają się sobie nawzajem, pocieszają się wzajemnie. Sabaudczycy, uliczni śpiewacy, wykrzykują: „Oddaj mi mojego wróbelka, rudowłosa” albo „Ach, jaki wielki jest świat”.

– Tym większa przykrość – mówi piękna i potrząsa głową – że gdy oznajmiono mi wiadomość, właśnie na ulicy Saint-Honoré przymierzałam suknię ślubną na przyszłą niedzielę. Nie wiadomo, co z nią teraz zrobić.

– Szkoda by było, gdyby miała się zmarnować…

Jakiś kuglarz połyka wodę, a potem ją wypluwa w różnych kolorach i o różnych zapachach.

– Tak powiedziałem – plącze się nieco markiz – no bo to zwłaszcza przecież mole są groźne. Doprawdy, nieraz całkiem nowe stroje chowa się do kufra, a później, kiedy człowiek je rozkłada, już są do niczego, pogryzione, podziurawione przez larwy… Wtedy żałujemy, żeśmy ich nie nosili, póki był czas.

Panna o czubatych trzewiczkach na wysokich obcasach przygląda się uważnie zaambarasowanemu Gaskończykowi, zabawnemu i niepozbawionemu wdzięku.

– Czyżby pan właśnie mówił mi, że…?

– Że panią miłuję, jak kocha się tylko raz w życiu.

Cukiernik stoi na progu swojego sklepu, poprawia wstążkę służącą mu za krawat, a potem biret z wielkim supłem, za który wetknięty jest bukiecik kwiatów mający wabić damy. Porzucona niedoszła oblubienica poufale opiera główkę o ramię markiza. On, zagorzały bywalec kręgów, gdzie gra się w lancknechta i reversi, magnackich siedzib dzielnicy Marais, myśli sobie, że oto trafiło mu się najlepsze rozdanie w świecie. Oszołomiony i zagubiony na placu, na którym tak wiele jest wozów i tak wielu kręci się duchownych, skrobie się po brodzie.

– Czyż nie jesteśmy w raju…?

– Ach nie, mój panie, tam nie byłoby tylu biskupów!

Wybuchają śmiechem. On jednak szczerze wierzy, że pobłogosławił go anioł. Wznosi oczy ku niebu.

*

Sklepienie kościoła Saint-Sulpice tworzy bardzo wysoko zawieszony kamienny nieboskłon, pod którym rozbrzmiewa śmiech. Po odczytaniu fragmentu ewangelii blondynka w czerwonej sukni wyszywanej perłami, klękając przed ołtarzem razem z markizem odzianym w strój lawendowoszary, wyszeptała mu właśnie do ucha:

– Te poduszeczki pod kolana, wiesz, z haftowanego atłasu, o których zapomnieliśmy i posłaliśmy po nie na ulicę Rosiers, do pałacu Mortemart…

– I cóż? – pyta młody Gaskończyk.

– Służka się pomyliła. Przyniosła te dla psów.

– Nie?!

Śmieją się z tego i wyskubują psie kłaki, które ułożyły się we wzór na jedwabiach i koronkach, a dzieje się to w samym sercu tej wielkiej świątyni, wciąż jeszcze budowanej. Z tyłu, za nimi, siedzą goście. Na jego twarzy maluje się szczęście, głowę zdobi mu peruka z końskiego włosia – jasna, rozpuszczona. Ona jest ucieleśnieniem wdzięku, w pełnym rozkwicie swoich dwudziestu dwóch lat, z młodzieńczą, niemal dziecięcą świeżością. Opodal wrót kościoła na klęczniku zasiada pucołowaty diuk – o oczach zielonych, wyłupiastych; o małych usteczkach – peroruje z ożywieniem do swojego sąsiada:

– Moja córka jest nadzwyczaj krotochwilna! W jej towarzystwie nie ma mowy o nudzie. Widzi pan grubasa tam, w pierwszym rzędzie? To mój najstarszy syn, Vivonne. Któregoś dnia, kiedy wyrzucałem mojej małej, że nie dość zażywa ruchu, odpowiedziała: „Jakże to nietrafny zarzut! Nie ma wszak dnia, żebym nie obchodziła mojego brata co najmniej cztery razy dookoła”.

Ten, do którego się zwracał, czyli podstarzały mężczyzna o wielkim papuzim nosie zdającym się zastępować mu większość twarzy, pyta:

– A obok pańskiego syna to pana małżonka? Sprawia wrażenie nader, nader pobożnej…

– Ach, jeśli o to chodzi – powiada tamten – to względem cudzołóstwa ze strony innych panów chyba nie mam czego się lękać, natomiast jestem rogaczem wobec Pana Boga!

– Patrzże na moją w takim razie, co woli trzymać się ode mnie z daleka, ta wysoka po prawej, Chrestienne de Zamet, całkiem podobna rzecz – pomstuje papuzi dziób. – Doskonale udaje się jej pogodzić matczyną troskę z obowiązkami małżeńskimi wobec Jezusa Chrystusa! Hu, hu, hu…!

Obaj ojcowie państwa młodych rechoczą. Dowcipni, rubaszni, rozpustni. Ktoś z przodu odwraca się ku nim, marszcząc brwi, a potem rzuca do damy siedzącej obok:

– Ach, ci to się dobrali jak w korcu maku, jeden wart drugiego…

W korcu maku dobrali się też ci dwoje, którzy biorą ślub zaledwie tydzień po tym, jak się poznali. Wobec proboszcza oraz czterech świadków godnych zaufania przystępują tej zimowej niedzieli do sakramentu. Przedstawiciel Kościoła zapisuje datę – 28 stycznia 1663 roku – w rejestrze parafialnym, a przy niej imiona i nazwiska, które wypowiada na głos:

– Françoise de Rochechouart de Mortemart, zwana panną de Tonnay-Charente, oraz…

Rozkoszna jasnowłosa Françoise ujmuje w dłoń pióro gęsie, które jej podają, i podczas gdy ksiądz wypowiada z kolei imiona określające tożsamość jej męża – „Louis-Henri de Pardaillan de Gondrin, markiz…” – podpisuje się po raz pierwszy swoim nowym nazwiskiem:

2

Złocona karoca w kolorze zielonych jabłek zdobiona herbem markiza de Montespan przybywa na ulicę Saint-Benoît. Cztery koła turkoczą po wyboistym bruku, kołysze się pojazd zawieszony na solidnych skórzanych pasach. Nagle karoca zwalnia, drogę zagradza jej ciągnięty przez śmieciarzy dwukołowy wózek, wywożą nim nieczystości, by wrzucić je do wód Sekwany. Françoise i Louis-Henri wyglądają na zewnątrz przez szybki okien. Rozstawione warsztaty rzemieślników tworzą scenerię dzielnicy, towarzyszące ożywionej krzątaninie odgłosy to nader dobitny przejaw życia tutejszych mieszkańców. Tłumnie przemierzających miasto śmieciarzy niewiele różni od żebraków. Françoise opowiada:

– Gdy byłam małą dziewczynką, pewnego świątecznego dnia matka zażyczyła sobie, abym u wejścia do kościoła obmyła stopy nędzarzom. Kiedy podeszłam do pierwszego z biedaków, nie mogłam się schylić, nie potrafiłam się do tego zmusić. Uciekłam, popłakałam się. Przed sobą miałam obraz nędzy, dostrzegalny i namacalny, a to w dziecku, którym byłam, budziło wstręt. Nigdy nie zdobyłam się na to, żeby obmyć nogi biedakom.

Droga znów jest wolna, kareta rusza dalej, po czym skręca w ulicę Taranne i niemal zaraz zatrzymuje się po lewej stronie, pod drewnianym szyldem, na którym wymalowano perukę. Louis-Henri wysiada z powozu, mówi przy tym:

– Niedole ludu to wola boska, nie warto na nie trwonić sentymentów. – Obchodzi powóz, aby otworzyć drzwiczki Françoise. – Co innego ty. – Przygląda się jej z podziwem, przygryzając wargę. – Stanowczo czuję, że kocham cię bardziej, niż zazwyczaj kochają wszyscy inni, jednak nie potrafię tego rzec inaczej, niż mówią to wszyscy inni. Z rozpaczą muszę stwierdzić, że wszystkie miłosne wyznania są do siebie podobne.

Markiza, przepiękna w ukwieconym kapeluszu, stawia stopę na bruku ulicy, przyjąwszy wyciągniętą dłoń.

– Jaki jesteś miły… – Zaraz jednak zaczyna błaznować, stroić miny i wykonywać przesadne gesty. – Największym dowodem lotności umysłu, jaki dać mi można, to darzyć mnie uwielbieniem. Ach, ach! Uwielbiam kadzidło. Ach, kocham być kochaną!

Takie skrywanie uczucia za zasłoną pustych żartów przypada do gustu Louisowi-Henriemu. Woźnica manewruje karocą, trzymając klacz za wędzidło, prowadzi ją pod dach stajni znajdującej się za studnią, w głębi dziedzińca, Françoise tymczasem otwiera drzwi warsztatu perukarza i woła:

– Och, pan Joseph Abraham, nasz cu-dow-ny gospodarz…! Znów gdzieś zapodzialiśmy klucz, czy możemy przejść przez warsztat?

– Dziesiąta rano, to o tej porze się wraca? Znowu spędziliście noc gdzieś w Marais na grze w basetę czy w trou-madame! Mam nadzieję, że chociaż tym razem wygraliście nieco grosza.

– A skąd, przegraliśmy wszystko!

Teraz wchodzi Louis-Henri. Wnętrze sklepu jest schludne, dominują w nim odcienie beżu i jasnych ugrów; u sufitu zawieszono długie grona peruk, sięgające niemal do podłogi. Szlachetnie urodzony pan, z łbem wygolonym na łyso i wysmarowanym smalcem (co zapobiega podrażnieniom i chroni przed pasożytami), czeka cierpliwie na swoje sztuczne owłosienie, które jeden z pracowników kończy właśnie fryzować. Dalej pewien duchowny odchyla się do tyłu, w wyciągniętych rękach trzyma lustro, podziwia swoje odbicie i platynową blond perukę z tonsurą. Jowialny poczciwiec Joseph Abraham słyszy słowa swojej żony, która mówi do Françoise:

– Ależ kochaniutka, tam u was przecież otwarte! Kucharka, pani Larivière, czeka, by podać kolację już od wczoraj wieczora, a z nią wasza nowa służąca. Coś mi się zdaje, że przygotowała dla was gołąbki w homarowym sosie i siekanego kapłona.

– Ach, no tak, ale jakoś te partie kart się przeciągały jedna za drugą… Myśleliśmy, że się odegramy, a tymczasem… No, tak czy inaczej przejdziemy jednak przez wasz sklep, pani Abraham, dobrze? Pozdrowienia dla całego towarzystwa. A my idziemy spać!

Sześciu czeladników pracujących na antresoli perukarza wychyla się za balustradę, podziwiając z góry głęboki dekolt odchodzącej Françoise. Jakby pozamieniali się w kamienne posągi. Perukarz klaszcze w dłonie:

– Ejże, tam!

Jakby przez nieuwagę stanik Françoise się rozpina, kiedy znajdują się oboje na mrocznych schodach. Louis-Henri się uśmiecha.

– Piękna jak jutrzenka, a w istocie prawdziwy demon!

Pyszny widok jej pięknych, krągłych piersi i zapach jedynej perfumy prawdziwie godnej tego miana: woni jej ciała. Louis-Henri wyciąga dłoń w stronę biustu jaśniejącego pośród półmroku.

– Hola, wolnego, mój panie! – woła z udanym oburzeniem markiza. – Nie zapominaj, że zaledwie dwa lata temu wyszłam z klasztoru.

– I cóż z tego?

– Przyjrzyjmy się wpierw, kogo tu mamy: podbródek zbyt wystający, nos za wielki, opadające powieki, plamy czerwone na skórze. Wszystko to z osobna niepiękne, lecz ujdzie, gdy złożyć w całość. Niech będzie. Wchodź, mój panie, na górę…

Spódnica z mieniącej się mory niczym fale przypływu kołysze się na pierwszych stopniach schodów. Louis-Henri niby to się ociąga, wsparty łokciem o miedzianą gałkę balustrady. Udaje, że boczy się na żonę.

– No czy ja wiem…? Małżonka ze szlachty urzędniczej, czy to był aby dobry pomysł? Mogłem wszak znaleźć sobie niejedną inną, która korzystniej wpłynęłaby na moje sprawy majątkowe, jeśli chodzi o posag, bo przecież ja wywodzę się z rycerskiego rodu! Montespan… Nazwisko to rozbrzmiewało już za czasów wypraw krzyżowych, w czasie walk między hrabiami de Bigorre i de Foix czy przeciw Szymonowi z Monfort! A tymczasem taka Mortemart… to kochanka, którą ogląda się w świetle księżyca, stworzona do potajemnych schadzek na wynajętych łożach… Oj, waham się…

– I słusznie czynisz – odpowiada rozbawiona Françoise. – Ożenić się z miłości, to znaczy ponieść na tym stratę, a zarazem dać się porwać ślepej pasji. Nie mówmy więc już o tym – powiada i wspina się na kilka kolejnych stopni, mocno kręcąc przy tym biodrami.

Piękno ciała, którego kształtów markiz domyśla się pod jedwabiem sukni o długich fałdach, sprawia, że rozszerzają się źrenice jego oczu. Zaczyna wówczas rozdymać nozdrza jak koń chrapy, a tymczasem piękność peroruje:

– A czy wiesz, że pod spodem mam aż trzy zwiewne spódnice? Spójrz zatem wpierw na tę wierzchnią, koloru rodzącego się błękitu, która zowie się „skromną” – mówi, unosząc z tyłu połę sukni, by ukazać rzeczoną spódnicę, którą też zadziera. – A druga, w kolorze umierającego błękitu, nazywa się „szelmowską”…

Louis-Henri chce pochwycić żonę w talii, lecz mu ucieka, wymyka się między palcami. Taka żwawa jest, tak zdumiewająco zwinna. Apartamenty młodych małżonków mieszczą się na trzech piętrach – co wynika z tego, jak małe są działki budowlane w Paryżu; skoro nie można budować wszerz, trzeba budować wzwyż. Ileż to wędrówek w górę i w dół po schodach! Trzeba przynieść drewno zgromadzone w piwnicy, a także wiadra wody zaczerpniętej ze studni w podwórzu. Markiz, którym bez reszty zawładnęła chuć, zerka na swoją małżonkę, po czym komicznie przewraca oczami i kpiąc z siebie, utyskuje:

– Zrobiłbym co w mojej mocy, by nie obrażać Pana Boga i nie pozwolić, żeby powodowało mną pożądanie – oznajmia, wbiegając po schodach. – Muszę ci się jednak przyznać, iż jest ono znacznie potężniejsze niż mój rozum. Nie potrafię oprzeć się jego gwałtowności, ba, nawet nie pragnę próbować tego czynić… Ha!

– Na pomoc!

Pani de Montespan wbiega po schodach, a za nią mąż, który próbuje pochwycić o wiele za wysoko zadarte, frywolne spódnice. Markiza ukazuje jego oczom kuszące przysmaki, soczyste owoce zarysowujące się pod leciutką, cienką tkaniną, powiewa ku niemu zapach tuberozy oraz woskowanego drewna, którym pachnie klatka schodowa.

Na pierwszym piętrze, po lewej, drzwi otwarte na skromnie umeblowany salon: składane krzesła o siedziskach z grubego płótna wzmocnionego skórzanymi pasami, weneckie lustro, stolik do gry zaopatrzony w liczne szufladki. Na zielono pomalowanej ścianie rozpięta tapiseria wytworzona w Rouen. To tylko zwykła bawełna, ale przedstawia dzieje Mojżesza. Louis-Henri goni Françoise po schodkach. Z przodu jego szarych satynowych spodni pojawia się wybrzuszenie. Markiza się odwraca, dostrzega je.

– O mój Boże!

Na drugim piętrze mieści się kuchnia: znajduje się tam ceglany piec, żelazne rożny i rondle, garnuszki i garnki z kamionki… Artykuły żywnościowe w skrzynkach okratowanych przeciwko muchom i gryzoniom. Z sufitu nad głowami pani Larivière i nowej służącej wiszą płaty solonego mięsa. Kucharka i służąca siedzą obok siebie na ławeczce, zajadają zupę, trzymając na kolanach gliniane miski, unoszą do ust drewniane łyżki i patrzą w stronę drzwi, za którymi zupełnie nie zwracając na nie uwagi, przemykają ogarnięci zmysłowym szałem ich państwo.

– Natomiast trzecia spódnica – woła, zanosząc się śmiechem, Françoise – zowie się „tajemną”. Moja ma barwę błękitu piekielnego!

Zadarła już suknię i halki nad głowę, a jak wszystkie kobiety tamtych czasów, żadnej bielizny nie nosi. Louis-Henri jak przyciągany magnesem zmierza w stronę nagiego tyłka oświetlonego małym okienkiem na klatce schodowej; klatka skręca w prawo, ku znajdującym się pod dachem klitkom służących, natomiast tyłek daje nura w lewo, do pokoju, w którym króluje ogromne łoże. Między czterema skrętnymi kolumnami zwisają rozwieszone byle jak zasłony z lśniącej zielonej i czerwonej tkaniny. Oba ciała rzucają się na materac, jedno na drugie, po czym spadają na ziemię poduszki, zasłony rozsuwają się i zasuwają z powrotem jako mur obronny przed chłodem, a także kurtyna, za którą kryją się tajniki alkowy.

– A co to za palec, który nie ma paznokcia?

Te słowa słyszy nowa służąca, która ma zaledwie osiem lat, bo państwo Montespan nie raczyli zamknąć za sobą drzwi sypialni. Nadal siedzi obok pani Larivière, spogląda w stronę sufitu i słyszy, jak stukają nogi łóżka, co drażni kucharkę.

– Ech, pani markiza ma diabła pod spódnicą, taka na rozkosze napalona. Lubi się chędożyć, czy jak to mówią, obłapiać.

Wszystko się zgadza, piętro wyżej ciała państwa są splecione. Françoise w usta swojego męża tchnie szczęście jak za czasów, gdy po ziemi chodziły wróżki. A potem drobne świństewka, które zawsze się podobają i nigdy nie przestają troszkę łechtać. Sto tysięcy przysmaków, które poprzedzają konkluzję. Słowa i przemowy pobudzające do działania.

– Ach… Mmm… Ach!

Piętro niżej pani Larivière – tykowata, o krótkich czarnych włosach, oliwkowej cerze i nogach jak u czapli, doprawdy niewiele ma wspólnego z Wenus – opróżnia piec z popiołu, wsypuje go do konwi, którą podaje dziecięcej służącej.

– Masz, Dorothée, zamiast słuchać tych bezeceństw, lepiej idź sprzedać popiół temu praczowi na końcu ulicy. Pieniądze sobie zachowaj, zaoszczędzisz je, to później będziesz mogła kupić sobie przykrycie, bo w pokojach dla służby pieców nie ma, więc jest zimno. A przy okazji, żebyś nie szła z powrotem po próżnicy, weź to wiadro, nabierzesz do niego wody ze studni. Zbiornik już prawie pusty – dodaje i postukuje paznokciami w miedzianą kadź zaopatrzoną w pokrywę oraz kran; towarzyszy temu pusty odgłos.

Dorothée, bardzo wystraszona, wychodzi na schody i znajduje tam na stopniach wielką kasztanową perukę, którą zrzucił markiz. Leży splątana, leży jak zdechłe zwierzę.

To mieszkanie, w którym zawsze panuje półmrok, nie jest najmilszą z siedzib, ale na górze, pod prześcieradłami, wspaniała linia pleców Françoise faluje, w cieniu zasłon oddech przyspiesza, rytmiczny, płytki. Zmysły markizy długo i wszędzie, na całym ciele odczuwają usta, dłonie markiza, całą jego postać. Louis-Henri także doznaje boskiej rozkoszy, obnażając z koszuli swoją małżonkę, która chętnie nastawia karku na lubieżne dreszcze, nieco bezwstydna. A potem proszę, długi pocałunek. Co zdarzy się potem? Do licha! Wszystko to wniwecz obraca logikę i moralność. Używajmy, łączmy w słodkiej agonii występki rozkoszy!

3

– Ot, młodość. Młodość musi się wyszumieć…

Na szczycie jednego z pagórków łagodnie wznoszących się wokół zamku Saint-Germain-en-Laye karoca państwa Montespan stanęła w miejscu, lecz nadal kołysze się na boki. Jest gwiaździsta noc, czerwiec. Powożący nią stangret ze stoickim spokojem znosi kołysanie:

– Przejdzie im to pierwej, niż mnie na powrót najdzie.

Buja się na swoim siedzisku, bo kołysanie bierze się od wewnątrz pojazdu. Markiz posiadł właśnie markizę na psi sposób (more canino). Françoise klęczy na ławeczce z policzkiem przyciśniętym do szybki okna, przygląda się, jak w dole, daleko, świętuje królewski dwór.

Aleje rozświetlone niezliczonymi pochodniami. Gondole sunące z wolna po spokojnych wodach. Trupa muzyczna harmonijnymi akordami dodaje uroku letniej nocy. Na każdym skrzyżowaniu alej symfonie i gościnne stoły, i służba przebrana za satyrów oraz leśne bóstwa. Orkiestra gra najnowszą kompozycję Lully’ego, potem ze stawów wychodzą nimfy i recytują wiersze. Lwy, tygrysy, słonie prowadzone na uwięzi.

– Jakie to piękne…

– O tak, jakie to piękne! Françoise, twój tyłek zawstydza gwiazdy.

To prawda, że dolna część pleców markizy jest bardzo piękna i obdarzona wielką swadą, brakuje tylko, by przemówiła własnym głosem. Królewska ariergarda miłosnych zmagań Louisa-Henriego, który na ten widok topnieje niczym śnieg przy ogniu.

– Przeuroczy cud, boski raj dla oka, niepowtarzalne arcydzieło bogów!

Françoise odwraca się do niego. Teraz obdarza miłością jej usta; rozkoszna gra jej warg i zębów, które czasem kąsają go w język, a także  t a m,  co nawet lepsze – niemal tak dobre, jak gdy znajdzie się w środku. Przez tę kobietę, na miły Bóg, traci ze szczętem głowę, lecz za to co inne gotowe, no i wciórności, ciało płonie aż do kości! Zachwycony doznaje rozkoszy i obficie rozlewa nektar spełnienia.

Gdy rzecz się stała, gdy nastąpił wystrzał, gdy jedno i drugie doznało małej śmierci – ale jakiej śmierci! – Françoise odradza się i znów nastaje burza, a potem znów ta agonia słodyczy i śmierć, tylko jeszcze mocniej. Kiedy tak leży wyciągnięta na futrze, którym pokryte są ławy we wnętrzu karocy, krzywizny jej ciała i kto wie co tam jeszcze, przyzywają markiza: „Chodź!”. Żar wciska się: „Zostań!”. I pozostaje w jej łakomym ciele (za natchnieniem bożka miłości). Z nogami w górze, z piersiami na wierzchu – „Piersi, które oglądać to radość godna bogów”, jak powiada jej mąż – szał ogarnia przecudne łydki Françoise.

– I znowuż! – wzdycha ciężko stangret, bo znów kołysze się na swoim koźle i z trudem przychodzi mu utrzymać równowagę.

Z głową odchyloną do tyłu markiza podziwia teraz do góry nogami królewskie przyjęcie, na którym jest sześciuset gości. Louis-Henri tłumaczy się, dlaczego nie może jej tam zaprowadzić:

– Nasz ród nie nazbyt wielką łaską cieszy się dworu. Swego czasu Pardaillanowie de Gondrin troszeczkę otarli się o frondę… Król wciąż jeszcze nam tego nie wybaczył.

Persona niezbyt grata w Saint-Germain-en-Laye z winy pewnego wuja, który buntował się przeciwko Burbonom, więc Louis-Henri nie został zaproszony. Dlatego państwo Montespan przyglądają się przyjęciu z dala, przez okna karocy.

Rozrywki wszelkiego rodzaju, przedstawienia, gry, loterie, występy baletu… Między drzewami wielkiego parku rozpięto tapiserię z Savonnerie, w zagajnikach podaje się marcepanowe przysmaki. W parku ustawiono złocistą wierzbę płaczącą, z której gałęzi tryska ponad sto strug wody, a w niej płatki anemonów i hiszpańskiego jaśminu. A oto i sam król we własnej osobie; opuszcza zamek, dworzanie cisną się ku niemu. Osoba władcy aż skrzy się pośród nocy.

– Powiadają, że nosi na sobie diamenty za dwanaście milionów liwrów – odzywa się między rozsuniętymi nogami Françoise jej małżonek.

– Tym, którzy pragną zwrócić się do niego o jakąś łaskę, radzą, by wpierw przyjrzeli się królowi dobrze, nim do niego podejdą, w przeciwnym bowiem razie grozi im, że na jego widok oniemieją. A na scenie często gra rolę Jowisza – podejmuje temat markiza.

Po czym znów zaczyna poruszać biodrami. Nagle rozpalają się światła, zmieniając wielki staw w morze blasku pod kaskadą sztucznych ogni. Posągi przekształcają się w tancerzy – nagich, pomalowanych szarą farbą. Nawet drzewa, których cienie wyciągają się po ziemi, jakby zaczęły się poruszać, by tylko podążać w królewskim orszaku. Władca bowiem w tym rozbłysku, chybotliwym świecie iluzji jest punktem stałym, wokół niego to uniwersum wiruje. Wszystko podporządkowane jest jego woli. Kiedy podąża przed siebie, całe bataliony ogrodników biegną od fontanny do fontanny, zmagają się z zaworami, by je otworzyć na czas, przemoczeni, zdyszani… Bo kiedy król idzie, musi mu towarzyszyć muzyka wody. Choć to lato, wszędzie wznoszą się lodowe piramidy. Wygląda to na cud, a Ludwik uwielbia w ten sposób dowodzić swojej władzy nad samą naturą (zimne trunki w skwarnej porze roku). Owoce i wina podaje się schłodzone.

– Powiadają, że gdy tylko król wyjdzie na dwór, nawet deszcz przestaje padać.

Aż tu nagle, niespodziewanie, nawet do karocy państwa de Montespan na odległym wzgórzu dociera woń szarej ambry, wody różanej zmieszanych z ostrym zapachem prochu strzelniczego. Na niebie wybuchł fajerwerk tworzący w zawiłych arabeskach podwójny inicjał „L”.

– Skąd to drugie „L”? – pyta Françoise.

– To pierwsza litera imienia jego faworyty, Ludwiki de La Vallière – wyjaśnia jej mąż.

– Ośmiela się składać taki hołd swojej kochance wobec królowej i wobec ludzi? – dziwi się jasnowłosa markiza.

– A czyż jest coś, czego nie mógłby uczynić jego wysokość? – odpowiada pytaniem Louis-Henri.

Teraz rozległy teren otaczający zamek świeci wznoszącymi się rakietami, wirującymi serpentynami ognia, petardami, ognistymi lancami, żyrandolami… I wreszcie nagle finalny rozbłysk eksplozji sprawia, że całe niebo staje się jasnobłękitne.

– Potrafi nawet w środku nocy sprawić, że staje się dzień – nie może się nadziwić markiza. Siada i naciąga na uda półprzezroczystą tkaninę sukni.

Takie barwne, przejrzyste tiule nosi się zazwyczaj na prostą czarną suknię, ale Françoise wkłada je na gołą skórę, co daje odpowiedni efekt, a przy tym łatwo takiego stroju szybko się pozbyć w sytuacji intymnej, szybszy jest dostęp do ciała. Ach, te frywolne dezabile Françoise!

– Głodna jestem. Louis-Henri, jak ci się podoba imię Athénaïs?

– A dlaczego pytasz? – zaciekawia się małżonek, wciągając swoje szare pludry.

– Aby zadośćuczynić modzie na starożytność, to jej najnowszy krzyk, a więc nazywałabym siebie odtąd Athénaïs…

– Athénaïs czy Françoise, jak dla mnie to całkiem wszystko jedno…

– Wywodzi się od greckiej bogini dziewictwa. Atena była zbuntowaną dziewicą, odmawiała swoich wdzięków wszystkim śmiertelnikom.

– Doprawdy?

*

Gdy jedzie się karocą, Saint-Germain-en-Laye dzielą od Paryża trzy godziny drogi. Françoise, w której miłość cielesna pobudziła głód, proponuje, żeby zatrzymali się w pół drogi i zjedli kolację w oberży L’Écu de France.

– Co tylko zechcesz, o pani – odpowiada jej mąż, dla zabawy zwracając się do niej w tak uniżony sposób – wiesz bowiem najlepiej, że tobie nigdy niczego nie potrafiłbym odmówić. A zresztą to dobrze się składa, bo chciałem z tobą pomówić, Athénaïs…

W renomowanej gospodzie, która jest zarazem stacją pocztową – górne piętro z czerwonej cegły, wyżej dachówki; z przodu gazon i rosnące na jego obrzeżach rumianki – panuje półmrok, światło wpada przez maleńkie szybki okien.

Wewnątrz roi się już od gości w perukach, tak jak Louis-Henri – poprawia swoją na głowie, gdy tymczasem przynoszą dla nich stolik i stawiają obok schodów lśniących od wosku, w pobliżu kominka, na którym nie płonie ogień (wszak to czerwiec). Françoise, zasiadając, daje wyraz swojemu łakomstwu:

– Będę jeść tylko to, czego zakazywano mi w klasztorze, wyłącznie potrawy, które skłaniają do lubieżności: ostrygi, czerwoną fasolkę (zwaną „weneryczną”), szparagi, wszystko, czego nie pozwala się jeść młodym pannom.

Zanosi się śmiechem, który rozbrzmiewa tak, jakby ze szkatułki perły rozsypały się po marmurowych schodach. Goście oberży patrzą w jej stronę. Widzą piękne dłonie, toczone ramiona, tak nieczęste w tamtej epoce nieskazitelnie białe zęby – „czerwone obcasy” i mieszczanie nieruchomieją nad piwną polewką, z rozdziawioną gębą przyglądają się, pytają jeden drugiego:

– A kto to taki?

– To najpiękniejsza dama naszych czasów…

– Piękność, którą godni podziwiać ambasadorzy obcych władców!