Maria Skłodowska-Curie. Polscy superbohaterowie - Małgorzata Sobieszczak-Marciniak - ebook

Maria Skłodowska-Curie. Polscy superbohaterowie ebook

Małgorzata Sobieszczak-Marciniak

0,0
24,90 zł

lub
Opis

Z tej książki dowiesz się, jak żyła i pracowała słynna polska uczona Maria Skłodowska-Curie. Które miejsca w Warszawie lubiła najbardziej? Czy dobrze czuła się w Paryżu, gdzie pojechała na studia? Jakie miała laboratorium? Z kim w nim pracowała? Jak nazwała odkryty przez siebie pierwiastek? Gdzie lubiła spędzać wakacje z córkami?

Maria Skłodowska-Curie zawsze twierdziła, że ,,marzenia są po to, aby je spełniać". Dlatego wyjechała do Paryża, na uniwersytet, tam później pracowała w laboratorium i założyła rodzinę. Dwukrotnie sięgnęła po najwyższy laur dla naukowca – Nagrodę Nobla. Szanowała Francję, swoją nową ojczyznę, gdzie mogła spełniać swoje marzenia, ale wciąż pamiętała o Polsce, gdzie był jej rodzinny dom. Dzięki jej ogromnym staraniom już w niepodległej Polsce powstał Instytut Radowy - nowoczesna placówka, w której odkrycia naukowe Marii Skłodowskiej-Curie wykorzystywano do tego, by leczyć ludzi. Bo Maria zawsze wierzyła, że nauka jest czymś pięknym, czymś, co powinno służyć człowiekowi. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 49




Opowieść tę dedykuję Najbliższym, tym młodszym i tym starszym...

Polscy Superbohaterowie. Maria Skłodowska-Curie

Małgorzata Sobieszczak-Marciniak

Copyright © 2017 Wydawnictwo RM All rights reserved

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected], www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji.

Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-581-7 ISBN 978-83-7773-799-6 (ePub) ISBN 978-83-7773-800-9 (mobi) ISBN 978-83-7773-801-6 (PDF)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-Pęgierska Redakcja: Mirosława Szymańska Korekta: Anita Rejch Nadzór graficzny: Grażyna Jędrzejec Projekt okładki i ilustracje: Kasia Kołodziej Projekt graficzny książki i skład: Maciej Jędrzejec Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański Koordynacja produkcji wersji elektronicznej: Tomasz Zajbt Weryfikcja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

Spis treści

Lancet i ktoś jeszcze

Anciupecio i panna Marysia

Nie bójmy się marzyć...

Niech żyje Sorbona!

Polska, Pologne, polon

Najważniejsza nagroda

Jak ugotować rosół?

Polska sprawa

Krakowska piosenka

Lancet i ktoś jeszcze

W pew­ną czerw­co­wą nie­dzie­lę Zoś­ka jak co rano wy­szła na spa­cer ze swo­im mło­dym psem. Po­go­da była pięk­na, za­po­wia­dał się cu­dow­ny, cie­pły i sło­necz­ny dzień. Spa­ce­ro­wa­ła nie­co za­my­ślo­na i za­spa­na, po­nie­waż, przy­zna­cie, że spa­cer z psem, na­wet naj­uko­chań­szym i w naj­pięk­niej­szą po­go­dę, ale o siód­mej rano w nie­dzie­lę może nie być naj­więk­szą ra­do­ścią. Oj, po­spa­ło­by się jesz­cze, w koń­cu to wol­ny dzień. Nie­ste­ty Lan­cet – nie­sfor­ne brą­zo­we wy­żli­sko – tyl­ko cze­kał, kie­dy dziew­czyn­ka prze­krę­ci się na dru­gi bok, wy­da­jąc z sie­bie bło­gie i za­spa­ne wes­tchnie­nie. Jego pysk zna­lazł się nad twa­rzą Zoś­ki, a mięk­ki i zim­ny ję­zyk ni­czym wy­cie­racz­ka roz­ma­zał pięk­ny sen, któ­ry śni­ła. I oczy­wi­ście jak za­wsze uda­ło mu się ją obu­dzić.

„Kie­dy on śpi? – po­my­śla­ła ze zło­ścią wy­trą­co­na ze snu. – I dla­cze­go za­wsze JA mu­szę wy­cho­dzić z nim z sa­me­go rana?”.

W nie­dziel­ny po­ra­nek na skwe­rze przy po­mni­ku przy uli­cy Wa­wel­skiej nie było ni­ko­go – o tak wcze­snej po­rze nie­wie­lu jest ama­to­rów spa­ce­rów. Lan­cet jak zwy­kle do­ma­gał się za­baw i spusz­cze­nia ze smy­czy. Zoś­ka nie mia­ła ocho­ty się z nim szar­pać i od razu pu­ści­ła psa wol­no. Sama od­da­ła się cu­dow­ne­mu le­niu­cho­wa­niu, pod­śpie­wu­jąc pod no­sem ja­kąś pio­sen­kę, jej my­śli krą­ży­ły bez ładu i skła­du. Lan­cet tym­cza­sem skwa­pli­wie ko­rzy­stał z wol­no­ści...

W pew­nej chwi­li dziew­czyn­ka zda­ła so­bie spra­wę, że ktoś się jej przy­glą­da. To dziw­ne wra­że­nie wy­trą­ci­ło ją z roz­my­ślań. Czuj­nie ro­zej­rza­ła się w po­szu­ki­wa­niu Lan­ce­ta i choć nie spo­dzie­wa­ła się po swo­im pu­pi­lu za­cho­wań obron­nych, to jed­nak czu­ła­by się zde­cy­do­wa­nie pew­niej, gdy­by był w po­bli­żu. Kil­ka­krot­nie za­wo­ła­ła psa, któ­ry jak­by za­padł się pod zie­mię. Te­raz już bar­dziej nie­po­ko­iła się o nie­go niż o sie­bie. Prze­cież mógł wpaść pod sa­mo­chód, po­biec za in­nym psem i po pro­stu za­błą­dzić. Miał do­pie­ro dwa lata. Okrą­ży­ła skwe­rek wo­kół po­mni­ka, po­bie­gła alej­ką w stro­nę bu­dyn­ków uni­wer­sy­tec­kich, wzdłuż ulicz­ki Ma­rii Skło­dow­skiej-Cu­rie, po­now­nie wró­ci­ła na pla­cyk. Pu­sto... Na­gle Zoś­ka do­strze­gła sie­dzą­cą na ław­ce sta­rusz­kę. Z po­zo­ru nie­obec­na, jak­by sztucz­nie wkle­jo­na we współ­cze­sną rze­czy­wi­stość, w zie­lo­nym pro­chow­cu, ma­łym słom­ko­wym ka­pe­lu­si­ku i gu­stow­nie za­wią­za­nej apasz­ce. „Skąd ona się tu wzię­ła, taka z in­nej baj­ki? – prze­mknę­ło przez gło­wę Zo­ś­ce. – Nie za­uwa­ży­łam jej tu wcze­śniej” – po­my­śla­ła.

W pew­nej chwi­li sta­rusz­ka, jak­by od­po­wia­da­jąc na py­ta­nie Zosi, wsta­ła z ław­ki i po­de­szła do dziew­czyn­ki.

– Szu­kasz Lan­ce­ta? – za­py­ta­ła.

Te­raz Zoś­ka prze­stra­szy­ła się już nie na żar­ty. „Skąd ona to wie?”, po­my­śla­ła prze­ra­żo­na. Za­raz się jed­nak uspo­ko­iła, bo prze­cież od dłuż­sze­go cza­su wo­ła­ła psa po imie­niu. Na­uczo­na przez ro­dzi­ców, że nie na­le­ży roz­ma­wiać na uli­cy z nie­zna­jo­my­mi, uda­ła, że nie sły­szy słów wy­po­wie­dzia­nych przez star­szą pa­nią. Po chwi­li jed­nak po­czu­ła, że ta dziw­na oso­ba roz­ta­cza ja­kąś aurę bez­pie­czeń­stwa i spo­ko­ju, że wzbu­dza za­ufa­nie. Sta­nę­ła więc z bez­rad­nie opusz­czo­ny­mi rę­ka­mi i po­chli­pu­jąc, po­wie­dzia­ła:

– Wo­łam go i szu­kam wszę­dzie od dłuż­sze­go cza­su. Ni­g­dzie go nie ma...

– Nie martw się, na pew­no go znaj­dziesz. Wiesz, że psy my­śliw­skie czę­sto ła­pią trop i bie­gną za nim? Prze­cież Lan­cet to pies my­śliw­ski, ma świet­ny węch. Po­szu­kaj w ży­wo­pło­cie wo­kół po­mni­ka. Może tam się scho­wał, może bawi się z tobą w psią ciu­ciu­bab­kę – oznaj­mi­ła sta­rusz­ka.

Zoś­ka prze­trzą­snę­ła wy­so­kie i gę­ste o tej po­rze roku krze­wy oka­la­ją­ce po­mnik, zaj­rza­ła pod oko­licz­ne drze­wa ro­sną­ce wzdłuż kli­ni­ki on­ko­lo­gii, do­tar­ła aż do bu­dyn­ków wy­dzia­łów fi­zy­ki i che­mii, za­pu­ści­ła się na­wet na te­ren kam­pu­su uni­wer­sy­tec­kie­go. I nic, psa ni­g­dzie nie było… Zmę­czo­na i zre­zy­gno­wa­na wró­ci­ła na ław­kę, na któ­rej wciąż sie­dzia­ła sta­rusz­ka. Tu­taj tak­że Lan­cet się nie po­ja­wił.

Anciupecio i panna Marysia

Nie bójmy się marzyć…

Niech żyje Sorbona!

Polska, Pologne, polon…

Najważniejsza nagroda

Jak ugotować rosół?

Polska sprawa

Krakowska piosenka