Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru - Maria Turtschaninoff - ebook
Opis

Maresi jest nowicjuszką w Czerwonym Klasztorze mieszczącym się na niewielkiej wyspie. Mieszkające w nim siostry wierzą w duchową opiekę Pramatki i siłę wiedzy. Pewnego dnia do klasztoru przybywa Jai. Maresi zaprzyjaźnia się z nią. Jai w domu rodzinnym przeżyła dramat, który powraca do niej co noc w koszmarach sennych. Pobyt w klasztorze ma uchronić ją przed zemstą okrutnego ojca. Jednak ten poprzysiągł, że odnajdzie córkę, gdziekolwiek by była. Wreszcie jego statek cumuje u wybrzeża wyspy. W wydarzenia wkraczają tajemne moce…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 200

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

MARESI. KRÖNIKOR FRÅN RÖDA KLOSTRET

Original text copyright © Maria Turtschaninoff 2014

Original edition published by Schildts & Söderströms 2014

Polish edition published by agreement with Maria Turtschaninoff and Elina Ahlback Literary Agency, Helsinki, Finland

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Redakcja: Alicja Kaszyńska

Korekta: Magdalena Bargłowska

Projekt okładki: studiohelen.co.uk

Wykonanie mapy: Monika Drobnik-Słocińska

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A jeśli ją kopiujesz, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-211-9

Wydawnictwo Debit Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1

40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

email:[email protected]

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Aleksandrze, mojej siostrze

Nazywam się Maresi Enresdotter i spisuję to w dziewiętnastym roku rządów trzydziestej drugiej Matki. Spędziłam tutaj, w Czerwonym Klasztorze, cztery lata i w tym czasie przeczytałam prawie wszystkie stare księgi opowiadające o historii Klasztoru. Siostra O mówi, że moje opowiadanie zostanie dołączone do pozostałych pism. Dziwne. Jestem tylko nowicjuszką, a nie przeoryszą czy uczoną siostrą. Ale siostra O mówi, że to ważne, żebym właśnie ja spisała to, co się wydarzyło. Byłam tam. Opowiadania z drugiej ręki nie są tak wiarygodne.

Żadna ze mnie narratorka. Jeszcze nie. Ale jeśli będę czekać, aż się nią stanę, aż będę potrafiła spisać to, co się wydarzyło, tak jak należy, wszystko zapomnę. Więc spisuję moje wspomnienia, póki jeszcze te wydarzenia widzę jasno i wyraźnie. Nie minęło zbyt wiele czasu, tylko jedna wiosna. To, o czym chętnie bym zapomniała, wciąż jest żywe w mojej pamięci. Woń krwi. Odgłos łamanych kości. Nie chcę tego wszystkiego znowu przywoływać. Ale muszę. Trudno pisać o śmierci. Niemniej jednak nie mogę tego nie zrobić, tylko dlatego że to trudne.

Opowiadam, żeby Klasztor nie zapomniał. Opowiadam również po to, by pojąć, co tak naprawdę się stało. Czytanie zawsze pomagało mi lepiej zrozumieć świat. Mam nadzieję, że tak samo będzie z pisaniem.

Głównie zastanawiam się nad słowami. Jakie słowa przywołują odpowiednie obrazy, nie wypaczając ich ani nie upiększając? Ile ważą? Zrobię co w mojej mocy, by opisać tylko to, co ma dla mojej opowieści znaczenie, pominę wszystko inne, lecz niech mi Bogini wybaczy, jeśli czasami mi się to nie uda.

Trudno też powiedzieć, gdzie opowiadanie ma swój początek, a gdzie koniec. Ja nie wiem, gdzie jest koniec. Co do początku, sprawa jest prosta. Wszystko zaczęło się, kiedy do Klasztoru przybyła Jai.

Tego wiosennego dnia, gdy pojawiła się Jai, spacerowałam po plaży i zbierałam małże. Mój koszyk był wypełniony do połowy, więc przysiadłam na kamieniu, aby chwilę odpocząć. Na plażę padał cień, ponieważ słońce nie wspięło się jeszcze nad górę Białogłowę. Moje stopy chłodziła morska woda. Pod podeszwami moich stóp chrzęściły okrągłe kamyki, przesuwając się tam i z powrotem, w rytm ruchów morza. Czerwononogi koan podskakiwał przy brzegu, szukał małżów, on także. Właśnie wsadził w muszlę swój długi dziób, kiedy przy wysokich, strzelistych skałach wynurzających się prosto z morza, tych, które nazywamy Zębami, pojawił się mały żaglowiec.

Pewnie nie zawracałabym sobie tym głowy, łodzie rybackie przypływały tutaj kilka razy w ciągu miesięcznego cyklu faz księżyca, gdyby nie to, że statek przypłynął z dziwnego kierunku. Rybacy sprzedający nam ryby przypływają z północy lub z obfitujących w ryby wód wokół wysp na wschodzie. Poza tym ich łodzie wyglądają zupełnie inaczej. Są małe, pomalowane na biało, mają żagiel niebieski niczym niebo i dwu-, trzyosobową załogę. Statki dostarczające ze stałego lądu artykuły pierwszej potrzeby i czasami kolejne nowicjuszki są pękate i powolne. Często obsadzone strażnikami broniącymi okrętu przed piratami. Przypływając tutaj takim statkiem cztery lata temu, pierwszy raz widziałam morze.

Ale nie wiem, jak nazywają się żaglowce takie jak ten, który właśnie opływał najbliższy Ząb i kierował się prosto do naszego portu. Widziałam je tylko kilka razy. Pochodzą z krajów położonych daleko na zachodzie, Emmel i Samitra, i tych jeszcze odleglejszych.

Tak czy owak, zazwyczaj przypływają od strony stałego lądu, tą samą trasą co łodzie rybackie. Żeglują wzdłuż wybrzeża i zapuszczają się na tak głęboką wodę, dopiero wtedy gdy muszą. Nasza wyspa jest bardzo mała i jeśli nie płynie się tą trasą, trudno ją znaleźć. Siostra Loeni mówi, że to Pramatka ją ukrywa, lecz wtedy siostra O prycha i bąka coś pod nosem o kiepskich żeglarzach. A mnie się wydaje, że to wyspa sama chowa się przed światem. Ale ten żaglowiec okrążył Zęby od zachodu i mimo to trafił. Żagle były szare, smukły kadłub również. To kolor, który trudno zauważyć na tle szarego morza. Ten okręt nie chciał robić szumu wokół swojego przybycia.

Zobaczywszy, że statek płynie w kierunku naszego małego portu, poderwałam się szybko i pobiegłam tam kamienistą plażą. Obawiam się, że zapominałam zarówno o moim koszyku, jak i o małżach. Właśnie na to ciągle narzeka siostra Loeni. „Maresi, jesteś stanowczo zbyt impulsywna” – mówi. „Spójrz na Matkę. Czy porzuciłaby swoje zajęcia w taki sposób?”.

Trudno mi to sobie wyobrazić. Nie potrafię sobie również wyobrazić Matki z podwiniętymi pantalonami, wodorostami między palcami nóg, pochylonej nad koszykiem z małżami. Pewnie kiedyś to robiła, gdy była nowicjuszką tak jak ja. Nie potrafię sobie wyobrazić Matki jako małej dziewczynki. Po prostu nie potrafię.

Siostry Veerk i Nummel już stały na molo gotowe powitać gości. Wpatrywały się w szare żagle i mnie nie widziały. Cicho i ostrożnie podeszłam bliżej, starając się, by nie zdradziły mnie skrzypiące deski mola. Zastanawiałam się, co tam robi siostra Nummel. Siostra Veerk, owszem, kupuje ryby od rybaków, ale siostra Nummel opiekuje się młodszymi nowicjuszkami.

– Czy to ich widziała Matka? – siostra Nummel przysłoniła oczy ręką.

– Możliwe – odparła siostra Veerk. Nie lubiła spekulować na temat rzeczy, co do których nie miała pewności.

– Mam nadzieję, że nie. Słowa Matki wypowiadane w transie trudno się interpretuje, lecz przesłanie było jasne – siostra Nummel poprawiła swoją chustkę. – Niebezpieczeństwo. Duże niebezpieczeństwo.

Pod moimi stopami zaskrzypiała deska. Siostry odwróciły głowy. Siostra Nummel zmarszczyła czoło.

– Maresi. Co ty tutaj robisz? Z tego co mi wiadomo, masz dzisiaj dyżur w Domu Paleniska.

– Tak – zwlekałam z odpowiedzią. – Zbieram małże, ale zobaczyłam okręt.

Siostra Veerk wskazała go palcem.

– Spójrzcie, opuszczają żagle.

Obserwowałyśmy w milczeniu, jak załoga manewruje statkiem i dobija do mola. Załogantów było zadziwiająco niewielu. Starszy mężczyzna stojący na dziobie, z brodą i w niebieskiej tunice, musi być kapitanem – zgadywałam. Oprócz niego wypatrzyłam tylko trzech innych mężczyzn, każdy z nich miał kamienną twarz i zaciętą minę. Kapitan zszedł na ląd jako pierwszy, a siostra Veerk podeszła do niego, żeby porozmawiać. Gdy próbowałam prześlizgnąć się bliżej, by słyszeć, co mówią, siostra Nummel chwyciła mnie mocno za ramię. Po chwili siostra Veerk wróciła i szepnęła coś siostrze Nummel, a ta natychmiast zabrała mnie z mola.

Chociaż posłusznie szłam z siostrą Nummel, nie potrafiłam poskromić ciekawości. Chciałam być tą, która wróci z nowinami do pozostałych nowicjuszek. Kręciłam głową we wszystkich kierunkach i zdążyłam zobaczyć, jak kapitan pomaga komuś opuścić statek. Małej postaci o jasnych włosach w nieładzie opadających na delikatne ramiona. Miała na sobie prostą brązową tunikę bez rękawów, a pod nią koszulę, która kiedyś może była biała. Ubrania były zniszczone i kiedy postać się poruszyła, zobaczyłam, że tuniki nie uszyto z ciężkiego jedwabiu, jak na początku sądziłam, tylko jest aż sztywna od brudu. Twarzy postaci nie dostrzegłam, cały czas była skierowana w dół, jakby musiała śledzić każdy swój krok. Jakby się obawiała, że nie może ufać ziemi pod swoimi stopami. To była Jai, choć wtedy tego nie wiedziałam.

Nie pojmuję, dlaczego siostrze Nummel tak zależało, by zabrać mnie z pomostu. Później, jeszcze tego samego dnia, Jai pojawiła się w Domu Nowicjuszek. Wtedy jej długie włosy były już uczesane i wygładzone, chociaż wciąż brudne. Miała na sobie, tak jak my wszystkie, brązowe pantalony, białą koszulę i białą chustkę. Tylko dlatego że widziałam jej przybycie, wiedziałam, że jest w niej coś wyjątkowego.

Jai dostała łóżko obok mojego. Najczęściej nowo przybyłe nowicjuszki śpią w sali z młodszymi nowicjuszkami, no ale przecież w większości przybywają tutaj małe dziewczynki. Jai była na tyle duża, żeby spać z nami, starszymi dziewczętami. Zgadywałam, że jest rok lub dwa starsza ode mnie, a ja miałam trzynaście lat.

Łóżko obok mojego w sali starszych nowicjuszek było wolne, ponieważ Joem właśnie przeniosła się do Domu Paleniska, by służyć siostrze Ers. Jej nowicjuszki jako jedyne nie śpią w Domu Nowicjuszek. Muszą podtrzymywać ogień w Palenisku, ogień, któremu nie wolno zgasnąć, oprócz tego w odpowiednim czasie składają ofiary Havvie. Joem uważa się za wyjątkową, dlatego że służy przy Palenisku. Wiem, że myśli, iż wszyscy jej zazdroszczą. Po przybyciu na wyspę też nie mogłam sobie wyobrazić niczego lepszego od możliwości zamieszkania w Domu Paleniska, gdzie zawsze jest pełno jedzenia. Mój żołądek jeszcze nie zapomniał zimy głodu, którego doświadczyła moja rodzina. Ale kiedy zobaczyłam, że siostra Ers jest tak surowa i nigdy nie pozwala swoim nowicjuszkom na dodatkową porcję, przestałam tego pragnąć. Pomyśleć, że ciągle dotyka się jedzenia, wącha się je i przygotowuje, lecz nie można go jeść!

Poza tym Joem mówi przez sen. Nie tęskniłam za nią.

Jai siedziała na swoim łóżku, a wszystkie nowicjuszki, małe i duże, zebrały się wokół niej, tak jak to mamy w zwyczaju, gdy pojawia się ktoś nowy. Małe dziewczynki podziwiały jej długie jasne włosy wystające spod lnianej chustki. Chustki chronią nas przed silnym słońcem, lecz pod nimi włosy nigdy nie mogą być związane. Nigdy ich też nie obcinamy. „We włosach jest nasza siła” – tak twierdzi siostra O.

Starsze dziewczęta pytały, skąd pochodzi, jak długo trwała podróż, czy wcześniej słyszała o Klasztorze. Jai siedziała nieruchomo. Miała cerę jaśniejszą od większości z nas, ale dostrzegłam, że jest też blada. Skóra pod jej oczami była delikatna i ciemna, nieomal purpurowa. Jak liście fiołków na wiosnę. Nic nie mówiła, nie odpowiedziała na ani jedno pytanie, tylko się rozglądała.

Podniosłam się z łóżka.

– Wystarczy. Wracajcie do swoich zajęć. No już.

Wszystkie mnie posłuchały. Z rozbawieniem przypomniałam sobie, że kiedy się pojawiłam w tym miejscu, ciągle się kompromitowałam i żadna by mnie wtedy nie posłuchała. Teraz jestem w Domu Nowicjuszek jedną z najstarszych, które jeszcze nie mają swojego własnego domu lub własnej siostry, której podlegają. Jestem nowicjuszką dłużej aniżeli większość dziewcząt. Ennike jako jedyna przybyła tu przede mną i również nie została jeszcze nowicjuszką żadnej z sióstr.

Pokazałam Jai jej szafkę i czyste ubrania, które leżały w środku. Wyjaśniłam, gdzie znajduje się budynek gospodarczy i pomogłam oblec pościel. Gorliwie asystowała mi we wszystkim, lecz wciąż nic nie mówiła.

– Dzisiaj nie musisz nic robić – oświadczyłam, zawijając róg jej kołdry. – Wieczorem możesz pójść ze mną do Świątyni Róży na dziękczynienie, ale spokojnie, powiem ci wszystko, co musisz wiedzieć – wyprostowałam się. – Niebawem wieczerza. Pokażę ci drogę do Domu Paleniska.

Jai wciąż nie odezwała się ani słowem.

– Rozumiesz, co do ciebie mówię? – spytałam przyjaźnie. Może pochodzi z tak daleka, że nie mówi w żadnym z języków wybrzeża. Tak jak ja, kiedy tu przybyłam. Na północy, w takich krajach jak Rovas, Urundien i Lavora posługujemy się innym językiem niż ten na południu, nad morzem. Wszystkie języki wybrzeża są do siebie dość podobne. Ci, którzy się nimi posługują, rozumieją siebie nawzajem, nawet jeśli wymowa i niektóre słowa się od siebie różnią. „Kraje te prowadzą tak ożywiony wewnętrzny handel – mówi siostra O – że ich języki na siebie wpływają”. Dla mnie pierwszy rok w Klasztorze, zanim opanowałam język, był trudny.

Jai skinęła głową, po czym nagle otworzyła usta.

– Naprawdę nie ma tutaj żadnych mężczyzn? – spytała zaskakująco głębokim głosem, z akcentem, którego nigdy wcześniej nie słyszałam.

Pokręciłam przecząco głową.

– Nie. Mężczyźni nie mają wstępu na wyspę. Rybakom, od których kupujemy ryby, nie wolno schodzić na ląd, siostra Veerk dobija z nimi targu na molo. Oczywiście mamy zwierzęta rodzaju męskiego. Dość agresywnego koguta, kilka kozłów. Ale żadnych mężczyzn.

– Jak sobie w takim razie radzicie? Kto zajmuje się zwierzętami, kto uprawia rolę, kto was chroni?

Pokierowałam ją w stronę wysokich, wąskich drzwi dormitarza. Jest ich tu tyle i żadne nie są do siebie podobne. Odgradzają, zamykają w środku, chronią, skrywają, zatajają, chowają. Patrzą na mnie swoimi błyszczącymi żelaznymi okuciami, gapią się dużymi otworami po sękach, świdrują wyciętymi wzorami. Policzyłam, że w zwykły dzień przechodzę przez co najmniej dwadzieścioro drzwi.

W domu mieliśmy dwoje drzwi. Drzwi do chaty i do budynku gospodarczego. Jedne i drugie były zbite z drewnianych desek i wisiały na skórzanych zawiasach zrobionych przez ojca. Wieczorem solidnym ryglem zamykał chatę od środka. W budynku gospodarczym można się było zamknąć za pomocą prostego zamka, w którym mój brat Akios często grzebał od zewnątrz drzazgą, próbując go otworzyć, podczas gdy moja siostra Náraes wołała, żeby zostawił nas w spokoju.

Prowadziłam Jai korytarzem przez Dom Nowicjuszek.

– Same nie uprawiamy zbóż, wyspa jest zbyt skalista. Na stałym lądzie kupujemy to, czego nam potrzeba. Ale mamy kilka warzywników i gaj oliwny, poza tym w Świątyni Odosobnienia siostry uprawiają winorośl. Wino pijemy tylko kilka razy w roku, podczas świąt i rytuałów.

Wyszłyśmy na ciepłe wieczorne słońce, a ja naciągnęłam chustkę na oczy. Siostra Loeni tego nie pochwala, mówi, że to nieładnie wygląda, lecz ja nie lubię, gdy słońce świeci mi w oczy.

– Nie potrzebujemy ochrony. Niewiele żaglowców się tutaj zapuszcza. Nie widziałaś, jak stroma jest góra, na której stoi Klasztor? Nie widziałaś wysokiego muru? Są tylko dwie bramy. Tę, przez którą przechodziłaś, można zamknąć ciężkimi drzwiami i zaryglować. Druga, nazywana Kozią Bramą, mieści się w murze biegnącym w górę – wskazałam ją palcem. – Wychodzi się przez nią na wąską ścieżkę, którą wypędzamy kozy na pastwisko. To ścieżka prowadząca do Świątyni Odosobnienia i Świątyni Białogłowej oraz do naszych warzywników. Od strony góry trudno ją znaleźć, jeśli się o niej nie wie. Poza tym piraci już od dawna nie napadają na Klasztor. Zdarzało się to tylko w pierwszych latach po przybyciu tutaj Prasióstr, dlatego zbudowały mur. Na wyspie poza Klasztorem nie ma żadnych innych zabudowań. Nie ma nikogo, przed kim musiałybyśmy się chronić – prawym palcem wskazującym wykonałam kółko na wnętrzu lewej dłoni, żeby odgonić złe moce. – Wszystkie służymy Pramatce. Chroni nas, jeśli jest taka potrzeba.

Dziedziniec był pusty. Wszystkie musiały już być w Domu Paleniska. Tak jest za każdym razem, kiedy roznosi się wieść o tym, że dostaniemy świeżą rybę. Zanim się tutaj znalazłam, tylko suszoną rybę jadłam kilka razy i prawie nie miała smaku. Ale siostra Ers do wszystkiego, co gotuje w Domu Paleniska, dodaje ziół i rzadkich przypraw. Za pierwszym razem po skosztowaniu jej duszonego mięsa, o mało go nie wyplułam, smakowało tak dziwnie. Na szczęście powstrzymały mnie surowe i niezadowolone spojrzenia sióstr. Nie chciałam, żeby wszyscy dowiedzieli się o mojej niewiedzy w taki sposób. Czułam się, jak nieobyta i zahukana dziewczyna ze wsi, co zresztą było prawdą. Później nauczyłam się nazw tych wszystkich nieznanych mi smaków. Cynamon ze wschodu, lebioda z krajów na północy, żółta iruka i dziko rosnące oregano z naszych górskich zboczy.

Spojrzałam na Jai. Musiała czuć się równie zagubiona jak ja, kiedy przybyłam na wyspę. Wyciągnęłam rękę, by poklepać ją pokrzepiająco po ramieniu, ale ona odskoczyła, jakbym próbowała ją uderzyć. Zasłoniła twarz rękoma i zastygła. Zbladła jeszcze bardziej niż wcześniej.

– Nie bój się – powiedziałam ostrożnie. – Chciałam ci tylko pokazać wszystkie domy. Spójrz, to jest Ukojenie Ciała. Pójdziesz tam jutro. Te schody prowadzą do Świątynnego Dziedzińca, przy którym mieszczą się Dom Wiedzy, Dom Sióstr i Świątynia Róży. Nazywamy je Wieczornymi Schodami, ponieważ znajdują się na zachodzie.

Widziałam, że Jai zerka przez szpary między swoimi palcami, więc kontynuowałam.

– Te długie, wąskie schody to Księżycowe Schody. Mają dwieście siedemdziesiąt stopni! Sama liczyłam. Prowadzą na górę do Księżycowego Dziedzińca i do Domu Księżyca. Tam Matka ma swoją izbę. Spotkałaś już Matkę?

Jai opuściła ręce i skinęła głową. Wiedziałam, że poznała Matkę, wszystkie dziewczęta dostępują tego zaszczytu zaraz po przybyciu. Nie dlatego ją zapytałam. Chciałam tylko, żeby się rozluźniła.

– Rzadko mamy powód, by tam pójść. A teraz podejdziemy do Porannych Schodów. Wiodą do Domu Paleniska i komórki. Chodź.

Nie odważyłam się chwycić jej za rękę, musiałam ruszyć pierwsza, mając nadzieję, że Jai pójdzie za mną. I tak rzeczywiście zrobiła, szła kilka kroków z tyłu. Dalej paplałam, by ją uspokoić, tak jak to robię z kurami, wybierając jajka. Siostra Mareane śmieje się ze mnie, lecz pozwala mi na to. Nie jest taka jak siostra Loeni, która wiecznie próbuje mnie uciszyć. Siostra Mareane wie, że płochliwe zwierzęta czasami uspokaja łagodny głos.

– Zaskoczy cię to, co tutaj jemy. Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że codziennie na wieczerzę dostaje się mięso lub rybę, parsknęłam śmiechem. Wzięłam to za dobry żart. Codziennie mięso! Ale to nie żart. Głównie to ryba lub mięso naszych kóz. Niektóre nowicjuszki uważają, że trochę za dużo tej koziny, ale ja jestem zdania, że siostra Ers potrafi z niej wyczarować mnóstwo smakołyków. Kozią kiełbasę i kozi stek, duszone i suszone mięso z kozy. No i oczywiście kozie mleko. Robi się z niego różne rodzaje serów. Kury hodujemy głównie dla jajek, lecz czasami w którymś z garnków siostry Ers wyląduje jakiś ptak. Dom Paleniska to królestwo siostry Ers. Każda z sióstr odpowiada za coś innego, ale tego na pewno nauczysz się z czasem.

Sapiąc, pokonywałyśmy ostatnie stopnie. Po wejściu na dziedziniec przed Domem Paleniska poczułam zapach białej ryby i gotowanych jaj. Zaburczało mi w brzuchu. Ile bym nie jadła, ciągle jestem głodna. Mam tak od zimy głodu.

– Wszystkie spożywamy posiłki tutaj i jemy to samo – oznajmiłam, podchodząc do drzwi Domu Paleniska. – Od najmłodszej nowicjuszki po siostry i samą Matkę. Tylko siostry ze Świątyni Odosobnienia żywią się w innym miejscu. My, nowicjuszki, jemy pierwsze, po nas stołują się siostry. Kolejność jest taka sama jak podczas kąpieli, ale to zobaczysz jutro.

Otworzyłam drzwi Domu Paleniska, które zawsze pachną chlebem. Kiedy pierwszy raz tutaj przyszłam, nie mogłam oprzeć się pokusie i polizałam to orzechowe drewno, żeby sprawdzić, czy również smakuje tak jak chleb. Siostra O beształa mnie za moją głupotę przez cały miesięczny cykl faz księżyca. Teraz jestem starsza i mądrzejsza. Ale drzwi wciąż pachną chlebem.

Jai znowu zamilkła. Pewnie za dużo mówiłam. W każdym razie tak by stwierdziła siostra Loeni. Mimo to Jai nie była już tak spięta i gotowa do ucieczki. Usiadła obok mnie i pozwoliła, żeby Joem nałożyła jej porcję gotowanej ryby z jajkiem i duszonymi korzonkami korr z południowych zboczy wyspy. Cieszyłam się, że to korzonki, a nie kapusta. Czasami w naszej diecie jest trochę za dużo kapusty.

Po posiłku oparłam się o ławę i poklepałam mój okrągły brzuch.

– Gdyby w domu usłyszeli, jak nas tu dobrze żywią, to by nie uwierzyli.

Z ciężkim sercem myślę o tym, że moja rodzina nie je tyle co ja. Może czasami głodują. Mój dom znajduje się tak daleko stąd, że nie wiem, jaka tam jest zima, jakie były zbiory i czy na stole jest jedzenie. Mogę jedynie mieć nadzieję, że z jedną buzią do wykarmienia mniej dla reszty jest więcej pożywienia. Mogłabym napisać do nich list, ale żaden z domowników nie umie czytać, a poza tym nie wiem, jak miałabym nakłonić kogoś do dostarczenia listu aż do naszej małej zagrody w północnej części doliny Rovas.

Otrząsnęłam się ze smutku i krzepiąco uśmiechnęłam do milczącej Jai.

– Nie myśl o tym, co było. Teraz jesteś z nami w Klasztorze i nie panuje tu wcale taki rygor, jak być może słyszałaś. Po wieczerzy mamy czas dla siebie.

Dookoła nas nowicjuszki wstawały od stołu pod czujnym spojrzeniem siostry Ers i odnosiły swoje talerze oraz kubki do zmywalni naczyń. Nowicjuszki siostry Ers wycierały długie stoły, by były czyste, kiedy usiądą przy nich siostry. Wzięłam swój talerz i kubek, a Jai poszła w moje ślady. Obie stanęłyśmy w kolejce do zmywalni naczyń.

– Sporo nowicjuszek chodzi wieczorami na plażę, żeby się kąpać lub zbierać ślimaki – poinformowałam. – Niektóre wędrują po górach, by zbierać kwiaty i podziwiać widoki. Inne czytają lektury zadane przez siostrę O lub siostrę Nummel, rozmawiają lub grają w różne gry.

Włożyłyśmy nasze naczynia do miski z zimną wodą. Jako ostatnie opuściłyśmy zmywalnię i znowu wyszłyśmy na wieczorne słońce. Z pomieszczenia dla kóz dobiegło nas meczenie. Zbliżała się pora dojenia. Kilka sióstr zajętych rozmową szło w górę Porannymi Schodami. Musiałam się pospieszyć i dojść do izby siostry O, zanim siostra O ją opuści.

– Trafisz z powrotem do Domu Nowicjuszek? Możesz robić, co chcesz, aż do dziękczynienia w Świątyni Róży.

– Mogę pójść z tobą?

Znowu zaskoczył mnie głęboki głos Jai. Stała z rękami splecionymi przed sobą i wzrokiem wbitym w ziemię. Serce mi zadrżało. Nie chciałam brać jej ze sobą. Moje wieczorne zajęcie należało tylko do mnie. Nigdy z nikim go nie dzieliłam.

– Zanudzisz się – odparłam z wahaniem. – Zrozum, ja…

Stała nieruchomo. Tak mocno splotła dłonie, że aż pobielały jej knykcie. Nie patrzyła mi w oczy. Nie potrafiłam odmówić odrobiny towarzystwa samotnej dziewczynie w jej pierwszy wieczór w nowym miejscu.

– Naturalnie, możesz ze mną pójść, jeśli chcesz. – Jai szybko podniosła wzrok, a ja się do niej uśmiechnęłam. – Chodź, musimy się pospieszyć!

Zbiegłam Porannymi Schodami, przepraszając pod nosem siostry stojące mi na drodze. Siostra Loeni dostała takiego kuksańca, że aż przekrzywiła jej się chustka na głowie.

– Maresi! Uważaj! Gdyby Matka…. – puściłam jej uwagi mimo uszu, przecinając nierówny bruk dziedzińca i pędząc po Wieczornych Schodach w górę z Jai depczącą mi po piętach. Trzy strony Świątynnego Dziedzińca zajmują trzy budynki, czwartą stronę stanowi dach Domu Nowicjuszek znajdującego się poniżej. Po zachodniej stronie, przy murze, stoi Dom Sióstr, po wschodniej stronie Świątynia Róży, a po północnej najstarszy budynek Klasztoru, Dom Wiedzy. Za nim znajduje się Dziedziniec Wiedzy ze swoim samotnym drzewkiem cytrynowym, a tuż obok dziedzińca, chroniony przed wiatrami od morza, rozpościera się Ogród Wiedzy. Podbiegłam do drzwi Domu Sióstr, otworzyłam je i ruszyłam korytarzem do drzwi siostry O. Towarzyszyły mi kroki Jai.

Do drzwi siostry O należy pukać, służy do tego mała mosiężna kołatka w kształcie węża gryzącego swój ogon. Gdy zapytałam o niego siostrę O, posłała mi swój lekko krzywy uśmiech i odpowiedziała, że to jej obrońca. Nauczyłam się, że nie można jej zadawać zbyt wielu pytań za jednym razem, ale zdecydowałam, że kiedyś się dowiem, co miała na myśli.

Zapukałam, a siostra O jak zwykle zawołała: „Wejdź” swoim szorstkim głosem. Otworzyłam ciężkie dębowe drzwi. Przy dużym biurku pod lewym oknem siedziała siostra O pochylona nad stosem kartek i książek. Na łokciach miała lniane ochraniacze, żeby nie zabrudzić koszuli atramentem, a jej palce były całe w czarnych plamkach.

Zazwyczaj na mój widok tylko unosi brwi, a następnie wskazuje palcem klucz wiszący na haczyku pod jednym ze ściennych świeczników, ale teraz dostrzegła Jai stojącą za mną, odłożyła swoje gęsie pióro i wyprostowała plecy.

– Kto to? – spytała jak zwykle prosto z mostu, a ja poczułam, że Jai się cofa. Zrobiłam krok w bok, aby się lepiej widziały.

– To jest Jai, przyszła tu dzisiaj ze mną. Pokażę jej skarbiec.

Poczułam, że się czerwienię. Starałam się nie używać tego określenia przy innych. To tylko dziecinna nazwa, którą sama nadałam temu pomieszczeniu, kiedy pierwszy raz zobaczyłam, co znajduje się w środku. Przecież wiem, że klucz nie otwiera żadnego skarbca, lecz dla mnie to najbogatsze miejsce na całej wyspie.

Siostra O już wróciła do swojej pracy. Wskazała głową na klucz i przewróciła kartkę w leżącej przed nią książce. Podejrzewam, że zapomina o wieczerzy częściej, niż o niej pamięta.

Zdjęłam klucz. Jest długi jak moja dłoń i bogato zdobiony. Zawsze niosę go w taki sam sposób, mocno ściskając wyszukaną nasadę. Ruchem ręki dałam Jai znać, by wyszła i cicho zamknęłam za sobą drzwi. Następnie szeroko się uśmiechnęłam. Nie mogłam się powstrzymać. Za każdym razem czuję w środku podobne podekscytowanie.

Skarbiec znajduje się w Domu Wiedzy, obok naszych sal lekcyjnych, na końcu długiego kamiennego korytarza, po którym niesie się echo. Wieczorami budynek jest pusty, a drzwi do sal lekcyjnych zamknięte. Ennike zapytała mnie kiedyś, jakim cudem nie boję się tam chodzić sama, gdy słońce jest tak nisko na niebie i nikogo tam nie ma. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym się bać. Bo niby czego.

Pierwszy raz przyszłam tu w czyimś towarzystwie i uwierało mnie to. W Klasztorze rzadko jesteśmy same. Chwile spędzone w skarbcu są jedynym czasem w ciągu dnia takim tylko moim. Ale starałam się być dla Jai miła. „Kiedy zobaczy, dokąd chodzę, będzie chciała stąd wyjść” – pomyślałam. „Może znajdzie do zabawy jakiegoś klasztornego kota lub inną nowicjuszkę, z którą będzie mogła porozmawiać. Nawet jeśli nie jest zbyt rozmowna”.

Drzwi prowadzące do skarbca są wysokie i podwójne, tak jak pozostałe drzwi w Domu Wiedzy. Są wykonane z brązowego, wpadającego w czerwień drewna, wyszlifowane i wypolerowane, że aż lśnią. Dba o nie sama siostra O. Kilka razy w miesięcznym cyklu faz księżyca pojawia się tu z drabiną i słoikiem pszczelego wosku oraz miękką ściereczką. Poleruje w pocie czoła. Wcale nie należy to do jej obowiązków, co zrozumiałam, słysząc, jak siostra Loeni cmoka na znak dezaprobaty. Ale rozumiem siostrę O. Niektóre drzwi nie wpuszczają człowieka do środka, inne skrywają jakąś tajemnicę, a jeszcze inne zamykają to, co niebezpieczne. Te tutaj chronią skarbiec. Chętnie pomogłabym siostrze O polerować ich słoje. Kiedyś ją o to poproszę.

Włożyłam klucz do zamka i pachnące miodem drzwi bezgłośnie się uchyliły.

Jai westchnęła.

Skarbiec