Wydawca: GWP dla dzieci Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Marek - chłopiec, który miał marzenia ebook

Elżbieta Zubrzycka, Marek Kamiński

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Marek - chłopiec, który miał marzenia - Elżbieta Zubrzycka, Marek Kamiński

Jakim dzieckiem był Wielki Podróżnik? Czy różnił się od rówieśników? Co popchnęło go ku kolejnym wyprawom i spowodowało, że wciąż sprawdza granice ludzkiej wytrzymałości? Marek Kamiński z werwą i humorem opowiada o swoim codziennym życiu w domu i szkole oraz o przygodach, jakie go spotkały, kiedy wychowywał się w niewielkim mieście, Połczynie Zdroju. Ta inspirująca książka z pewnością zachwyci dzieci i zachęci je rozmyślań, co w ich życiu jest ważne i jakim człowiekiem chciałyby zostać w przyszłości. To pierwsza z serii książek napisanych przez Wielkich Ludzi o ich dzieciństwie. Mali czytelnicy dowiedzą się, że byli oni takimi samymi dziećmi jak wszystkie, ale mieli wielkie marzenia...

Opinie o ebooku Marek - chłopiec, który miał marzenia - Elżbieta Zubrzycka, Marek Kamiński

Fragment ebooka Marek - chłopiec, który miał marzenia - Elżbieta Zubrzycka, Marek Kamiński

Tekst: © Co­py­ri­ght by Ma­rek Kamiński & Elżbie­ta Zu­brzyc­ka

Fo­to­gra­fie: © Ma­rek Kamiński, Fun­da­cja Mar­ka Kamińskie­go

Ilu­stra­cje i opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: © Co­py­ri­ght Gdańskie Wy­daw­nic­two Psy­cho­lo­gicz­ne

Wszyst­kie pra­wa za­strzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być prze­dru­ko­wy­wa­na ani w żaden inny sposób re­pro­du­ko­wa­na czy po­wie­la­na me­cha­nicz­nie, fo­to­gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie lub ma­gne­tycz­nie, ani od­czy­ty­wa­na w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy Gdańskie­go Wy­daw­nic­twa Psy­cho­lo­gicz­ne­go.

Ilu­stra­cje i opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: Kla­ra Wi­cen­ty

Re­dak­tor pro­wadząca: Alek­san­dra Kis­siel

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Małgo­rza­ta Ja­wor­ska, Pa­try­cja Pa­cy­niak

Skład: Piotr Ma­cho­la

ISBN 978-83-60577-81-3

Gdańskie Wy­daw­nic­two Psy­cho­lo­gicz­ne ul. J. Bema 4/1A, 81-753 So­pot, tel. (58) 551 11 01, fax (58) 550 61 04 e-mail: gwp@gwp.pl

Więcej o wszyst­kich książkach GWP na stro­nie: www.gwp.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Ani z Nie­bie­skie­go Wzgórza,

mo­jej pierw­szej i wier­nej Czy­tel­nicz­ce,

która wciąż podąża za ma­rze­nia­mi

Ma­rek Kamiński i jego wy­pra­wy

Ma­rek Kamiński uro­dził się 24 mar­ca 1964 roku w Gdańsku. Wy­cho­wy­wał się na Po­mo­rzu. Ja ko chłopiec zaczął podróżować po świe­cie i podążać za ma­rze­nia­mi. Stu­dio­wał fi­lo­zo­fię i fi­zykę na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. Jest pierw­szym i je­dy­nym człowie­kiem na świe­cie, który zdo­był oba bie­gu­ny Zie­mi w jed­nym roku (1995) bez po­mo­cy z zewnątrz.

Miesz ka w So­po­cie z żoną Ka­ta­rzyną, córką Polą, syn­kiem Kay­em i to­wa­rzy­szem podróży Ają.

Ważniej­sze wy­pra­wy

1977      pierw­sza sa­mo­dziel­na wy­pra­wa, rejs stat­kiem to­wa­ro­wym do por­tu Aal­borg w Da­nii 1978 rejs stat­kiem do por­tu Safi w Ma­ro­ku 1984 podróż au­to­sto­pem po Eu­ro­pie (kra­je skan­dy­naw­skie, Niem­cy, ZSRR – ob­szar dzi­siej­szej Ro­sji, Ru­mu­nia, Bułga­ria, Gre­cja, Tur­cja oraz Ju­gosławia)

1985/1987 podróż au­to­sto­pem po Mek­sy­ku i Ku­bie – naj­ważniej­sze miej­sca: Chi­hu­ahua, Oaxa­ca, Chia­pas, półwy­sep Ju­ka­tan 1990 Spits­ber­gen – pierw­sza sa­mot­na wy­pra­wa po­lar­na, po­ko­na­nie około 350 km 1993 przejście Gren­lan­dii, 600 km w 35 dni 1995 zdo­by­cie bie­gu­na północ­ne­go z wy­spy Ward Hunt Is­land, 770 km w 72 dni 1995 sa­mot­ne zdo­by­cie bie­gu­na południo­we­go z wy­spy Berk­ner Is­land, 1400 km w 53 dni 1996/1997 An­tark­ty­da – próba sa­mot­nego tra­wer­su, 1450 km 1997/1998 tra­wers Gór El­l­swor­tha, zdo­by­cie naj­wyższe­go szczy­tu An­tark­ty­dy – Ma­sy­wu Vin­so­na 1998 zdo­by­cie Ki­li­mandżaro w Tan­za­nii i Góry Kościusz­ki w Au­stra­lii 1998 Andy – zdo­by­cie szczy­tu Hu­ay­na Po­to­si (Bo­li­wia)

1999      przepłynięcie Atlan­ty­ku jach­tem Ge­mi­ni 1999 przejście Pu­sty­ni Gib­so­na (Au­stra­lia), 800 km w 46 dni

2000      przepłynięcie Atlan­ty­ku ka­ta­ma­ra­nem Po­lphar­ma – War­ta w 14 dni

2000      tra­wers Gren­lan­dii, 600 km w 13 dni

2000      wy­pra­wa do źródeł Ama­zon­ki, pod pa­tro­na­tem Na­tio­nal Geo­gra­phic So­cie­ty

2001      wy­pra­wa ra­zem z Ka­ta­rzy­na Pi­serą na Zan­zi­bar i Ki­li­mandżaro (Tan­za­nia)

2001/2002 prze­wod­nik pierw­szych pol­skich tu­rystów na bie­gun północ­ny

2001/2002 wspi­nacz­ka w Do­lo­mi­tach ra­zem z Ka­ta­rzyną Pi­serą, cen­tral­no-wschod­nia część, Mar­mo­la­da

2003      podróż do Zie­mi Świętej wraz z Ka­ta­rzyną Pi­serą – Je­ro­zo­li­ma, Ce­za­rea, Ne­ta­nia, Ma­sa­da, Tel Awiw

2004      „Ra­zem na bie­gun” – wy­pra­wa z Ja­siem Melą na dwa bie­guny w jed­nym roku

2005      „Pon­to­nem do­okoła Bałtyku” – pięcio­dnio­wy rejs wokół Mo­rza Bałtyc­kie­go z oka­zji ob­chodów 25-le­cia So­li­dar­ności

2006      „Baby on bo­ard – Z Polą przez Polskę” – podróż przez Polskę wzdłuż bie­gu Wisły ra­zem z żoną Ka­ta­rzyną i córką Polą

2007      „Baby on bo­ard – Z Polą przez Świat” – podróż do Nor­we­gii ra­zem z żoną Ka­ta­rzyną i córką Polą

2008      zdo­by­cie naj­wyższe­go szczy­tu Gren­lan­dii, Gun­n­bjorn Fjeld, 3694 m n.p.m.

2008      wejście na szczyt Mont Blanc

2009      krótka wy­pra­wa fo­to­gra­ficz­na do­okoła świa­ta, z wykłada­mi: Sta­ny Zjed­no­czo­ne, Ka­na­da, Au­stra­lia, Ma­le­zja i In­die

2009      „Let­nia Eks­pe­dy­cja Wisła” – przepłynięcie Wisły ka­ja­kiem od jej źródeł do ujścia, ok. 1000 km

2010      „Zi­mo­wa Eks­pe­dy­cja Wisła” – sa­mot­ne przepłynięcie Wisły od ze­ro­we­go ki­lo­me­tra do ujścia

www.ma­rek­ka­min­ski.com

www.ka­min­ski.pl

1. Wstęp

Ka­ret­ka pędziła na sy­gna­le. Każdy wstrząs po­wo­do­wał prze­ni­kli­wy ból w ręce. Nie­wie­le po­ma­gały leki, które mi wcześniej po­da­no. A przy­najm­niej tak mi się zda­wało. Nie wie­działem, jak poważny jest uraz, ale widząc prze­rażone oczy mo­jej mat­ki chrzest­nej, domyślałem się, że zda­rzyło się coś strasz­ne­go. Pa­trzyła na mnie z nie­po­ko­jem i po­czu­ciem winy. Ro­dzi­ce zo­sta­wi­li mnie pod jej opieką, a tu ta­kie nieszczęście.

Cho­ciaż byłem prze­stra­szo­ny i bolała mnie ręka, po­do­bało mi się, że to dla mnie pędzi sa­mochód i wyje sy­re­na. Wy­obrażałem so­bie, jak wszy­scy ustępują nam miej­sca, abyśmy jak naj­szyb­ciej do­tar­li do szpi­ta­la.

2. Łuska­nie bobu i co z tego wy­nikło

Tego dnia rano padał deszcz. Sie­działem w kuch­ni i po­ma­gałem łuskać bób. Lubiłem to zajęcie, jak i wie­le in­nych, kie­dy to­wa­rzy­szyłem do­rosłym w ich pra­cy. Miałem do­pie­ro pięć lat, więc nie byłem jesz­cze dość sil­ny, żeby uczest­ni­czyć w cięższych pra­cach, ale sta­rałem się, jak umiałem. Z tym bo­bem było tak, że na początku zupełnie mi nie szło. Moc­ne strąki do­brze chro­niły ukry­te w nich ziar­na. Szar­pałem się z twar­dy­mi zie­lo­ny­mi łuska­mi i nie po­tra­fiłem ich otwo­rzyć. Wy­gi­nałem ogo­nek na wszyst­kie stro­ny, ale opa­ko­wa­nie po­zo­sta­wało za­mknięte. Pa­trzyłem, jak cu­dze ręce po­chy­lo­ne nad ko­szem zgrab­nie i szyb­ko uwal­niają wiel­kie ziar­na. Kie­dy spa­dały, wy­da­wały lek­ki sze­lest, zsu­wając się z górki wyłuska­ne­go wcześniej bobu.

W końcu, po wie­lu nie­uda­nych próbach, udało mi się odgiąć ogo­nek pod ta­kim kątem, że łuska pękła tuż pod nim. Po­tem nie­zdar­nie ściągnąłem sznu­re­czek łączący obie łuski w całość. Gim­na­sty­ko­wałem się z roz­dzie­le­niem połówek. Następnym ra­zem było już łatwiej. Wie­działem, jak złamać opa­ko­wa­nie, a po­tem co­raz spraw­niej szło mi otwie­ra­nie strąka. Mat­ka chrzest­na przyglądała mi się spod oka i uśmie­chała le­ciut­ko. Po­ka­zała, jak kciu­kiem ściągnąć ziar­na przy­twier­dzo­ne małymi szy­pułkami do łuski. Na­uczyłem się tego i te­raz szło mi dużo spraw­niej.

Następne­go dnia zno­wu łuska­liśmy bób. Cie­szyłem się, że nie muszę już wal­czyć z każdym ko­lej­nym strąkiem. Po kil­ku dniach pra­co­wałem równie szyb­ko, jak inni. To były miłe chwi­le, sie­dzie­liśmy w kręgu, koło nas stały ko­szy­ki pełne świeżo uzbie­ra­ne­go bobu, łuska­liśmy go, roz­ma­wiając o wszyst­kim, co do­ty­czyło go­spo­dar­stwa. Cza­sem żar­to­wa­liśmy, a cza­sem dorośli opo­wia­da­li o swo­im dzie­ciństwie i o ważnych wy­da­rze­niach w ich życiu. Kie­dy kończy­liśmy pracę, cio­cia sta­wiała wiel­ki gar bobu na pie­cu i cze­ka­liśmy, aż się ugo­tu­je. Po­tem nie­cier­pli­wie sięgaliśmy do gorących jesz­cze zia­ren, chu­cha­liśmy i dmu­cha­liśmy, żeby je otwo­rzyć i na­resz­cie zjeść. Na­uczyłem się roz­gry­zać je zębami i roz­ry­wać pal­ca­mi, żeby jak naj­szyb­ciej wpadł mi do buzi sma­ko­wi­ty, miękki miąższ.

Bar­dzo do­brze za­pa­miętałem swoją przy­godę z bo­bem. Stała się ważną nauką, że na­wet jeśli cze­goś nie umiem, to nie zna­czy, że się nie na­uczę. Na­wet jeśli w pierw­szym mo­men­cie coś nie wy­cho­dzi, nie trze­ba się złościć ani de­ner­wo­wać, ale próbować da­lej. W końcu znaj­dzie się sposób lub roz­wiąza­nie. Trze­ba po­wta­rzać próby i ćwi­czyć. Na ko­niec za­dzi­wiająco szyb­ko można na­uczyć się no­wej rze­czy, choć na początku wy­da­wała się bar­dzo trud­na, a na­wet za trud­na.

Tego dnia, zno­wu parząc pal­ce, wy­bie­ra­liśmy bób z pa­rującego garn­ka. Zajęty so­le­niem każdego zia­ren­ka i je­dze­niem, za­nim osty­gnie, na­wet nie za­uważyłem, że prze­stał padać deszcz.

Ucie­szyłem się, bo wie­działem, że wy­ko­nałem swoją pracę i te­raz będę mógł po­ba­wić się z dziećmi.

3. Fikołki

Wy­biegłem na dwór. Po chwi­li ze­brało się więcej dzie­ci i cze­kając na resztę oraz na jakiś po­mysł, co dzi­siaj będzie­my robić, jak zwy­kle łazi­liśmy po płotach. Niektórzy we­szli bo­sy­mi sto­pa­mi w wielką, ciepłą kałużę i mięto­si­li błoto, aż po­wsta­wała gładka pap­ka. Wte­dy nadal przestępo­wa­li z nogi na nogę, po­wta­rzając: „Masło, masło, trzasło”. Lubiłem tę za­bawę, bo to przy­jem­ne uczu­cie, kie­dy ciepłe, miękkie błoto ob­le­pia sto­py i miękko prze­ci­ska się między pal­ca­mi.

Tego dnia miałem jed­nak ochotę prze­wi­jać się na dy­sz­lu od wozu. Za chwilę dołączyło do mnie kil­ko­ro dzie­ci. Ro­bi­liśmy fikołki do przo­du, co jest łatwe i każdy to umie. Nie­daw­no na­uczyłem się tak pod­gi­nać ko­la­na, żeby przy spa­da­niu po ob­ro­cie nie bolały sto­py. To wy­ma­gało dużej wpra­wy, ale od ty­go­dnia co­dzien­nie ćwi­czyłem prze­wi­janie i byłem już eks­per­tem od fikołków do przo­du. Ale z fikołkami do tyłu jest dużo trud­niej. Trze­ba moc­no trzy­mać się drąga na wygiętych do tyłu ra­mio­nach. A przed­tem zsunąć się z po­zy­cji siedzącej do tyłu. To ry­zy­kow­ne, szczególnie jeśli ze stra­chu ma się sztyw­ne ko­la­na i na czas nie po­de­gnie się ich do­sta­tecz­nie moc­no. Można spaść i nie­przy­jem­nie się potłuc. Toteż cza­sem ktoś spa­dał, ude­rzał się, popłakał chwilę, a jak miał szczęście, to na­wet nie. Właził za­raz z po­wro­tem na dy­szel i próbował da­lej. Sko­ro inni po­tra­fią, to zna­czy, że się da… Ważne też było, gdzie aku­rat tego dnia wyprzężono ko­nia. Cza­sem dy­szel ster­czał nad miękką trawą, to zno­wu nad pia­skiem albo nad twar­do ubitą zie­mią.

Ktoś za­pro­po­no­wał, żebyśmy prze­nieśli się na drąg od bra­my. To był do­bry po­mysł, po­nie­waż bramą można ru­szać, a jak nikt nie wi­dzi, to na­wet huśtać się na niej tam i z po­wro­tem. Do tego za­wsze po­trze­ba kil­kor­ga dzie­ci, bo jed­ne wiszą na drągu na różne spo­so­by, a inne go pchają. Oczy­wiście wszy­scy chcą wi­sieć, a nikt nie chce pchać. Żeby się do­brze bawić, trze­ba współpra­co­wać, więc w końcu ktoś niechętnie dawał się namówić na pcha­nie bra­my, ale za­raz wołał, że chce się za­mie­nić. Za­ba­wa była ry­zy­kow­na, bo jeśli ktoś do­rosły nas na niej przyłapał, krzy­czał, że wy­rwie­my bramę z za­wiasów, że się opuści i po­psu­je. My byliśmy prze­ko­na­ni, że prze­cież tyl­ko przez chwilkę tak się po­ba­wi­my, kil­ka razy się prze­wi­nie­my i nic się nie sta­nie.

Drąg od bra­my był umiesz­czo­ny wyżej niż dy­szel. To po­zwa­lało na zwi­sa­nie głową w dół i ogląda­nie świa­ta do góry no­ga­mi. Do­pie­ro nie­daw­no się tego na­uczyłem, bo osiągnięcie tej po­zy­cji wy­ma­gało wiel­kiej wpra­wy. Trze­ba było złapać się rękami za drąg z wy­sko­ku, a po­tem wspiąć no­ga­mi po mur­ku bra­my i za­winąć je na bel­ce. Te­raz cze­kała mnie naj­większa trud­ność: przejście z po­zy­cji wiszącej do siedzącej. Star­si ro­bi­li to bar­dzo zgrab­nie i zupełnie bez wysiłku.

Wie­działem, że jeśli popróbuję wy­star­czająco dużo razy, to na pew­no się na­uczę. Na ra­zie wi­siałem głową w dół i roz­ma­wiałem z dziew­czynką, która zaj­mo­wała tę samą po­zycję. To była He­len­ka, którą bar­dzo lubiłem, bo za­wsze wesoło się śmiała. Też miała pięć lat i ra­zem uczy­liśmy się włazić na drze­wa.

Byliśmy już cali mo­krzy od zro­szo­nej tra­wy, ale komu by to prze­szka­dzało! Je­dyną nie­do­god­ność sta­no­wił mo­kry po desz­czu drąg. Kie­dy wi­sie­liśmy na zgiętych no­gach, drew­no łapało za skórę i szczy­pało pod ko­la­na­mi. Posta­no­wiliśmy zakończyć wi­sze­nie i – na raz, dwa, trzy – obo­je, śmiejąc się, wy­pro­sto­wa­liśmy troszkę nogi i pod­parłszy się rękami, ześli­zgnęliśmy się z drąga na zie­mię. Mie­liśmy całe dłonie ob­le­pio­ne pia­skiem. Wróciliśmy do ro­bie­nia fikołków i co chwilę py­ta­liśmy sie­bie na­wza­jem:

– A umiesz tak? A umiesz tak?

Niełatwo było prze­wi­jać się jak zwy­kle, bo pia­sek na rękach utrud­niał moc­ne uchwy­ce­nie mo­kre­go drew­na.

Świat wi­ro­wał, wi­ro­wał, aż na­gle nie­bo nie wróciło na swo­je miej­sce, ude­rzyłem o zie­mię i na­tych­miast po­czułem sil­ny ból. Usłyszałem głośny krzyk. To ja krzy­czałem. Całe moje ciało ogarnął dziw­ny nie­pokój, czułem, że coś jest nie tak, że muszę krzy­czeć i że mnie boli. Oto­czyły mnie wszyst­kie dzie­ci. Dwo­je po­mogło mi się pod­nieść i wołało:

– Mamo! Cio­ciu! Mar­ko­wi coś się stało!

Zaczęły mnie pro­wa­dzić w stronę domu. Wy­biegła cio­cia, spoj­rzała na moją rękę i zo­ba­czyłem prze­rażenie w jej oczach.

– We­zwij­cie po­go­to­wie!

Ktoś wbiegł do domu, żeby za­te­le­fo­no­wać. Usłyszałem, jak mówi:

– Otwar­te złama­nie. Na­tych­miast trze­ba go za­wieźć do szpi­ta­la…

Na szczęście te­le­fon działał, więc szyb­ko we­zwa­no ka­retkę. Wokół mnie pa­no­wało ogrom­ne za­mie­sza­nie.

Ktoś po­wta­rzał:

– Trze­ba za­wia­do­mić ro­dziców!

Ktoś inny od­po­wia­dał:

– Naj­pierw do szpi­ta­la, bo trze­ba oczyścić ranę, żeby nie wdało się zakażenie.

Wy­da­wało mi się, że je­stem naj­spo­koj­niej­szy ze wszyst­kich. Byłem oszołomio­ny całą sy­tu­acją i sie­działem spo­koj­nie. Czułem się dziw­nie, jak gdy­by całe moje ciało za­stygło i za­marło pod wpływem tego, co się stało. Rozglądałem się i za­czy­nałem się co­raz bar­dziej bać, widząc prze­rażenie in­nych.

Przy­je­chała ka­ret­ka. Le­karz spoj­rzał na moją rękę i po­wie­dział:

– Pa­skud­ne złama­nie. Po­da­my ci coś, żeby mniej bolało, i je­dzie­my. Proszę za­brać piżamę i przy­bo­ry to­a­le­to­we. No, prędko!

Dali mi jakiś za­strzyk, który wca­le nie za­bo­lał. Położyli mnie na no­szach, przy­wiązali do nich i wsunęli do ka­ret­ki. Rozglądałem się wokół prze­stra­szo­ny wiel­kim za­mie­sza­niem i tym, że wszyst­ko działo się tak prędko. Na szczęście do ka­ret­ki wsiadła także cio­cia i po­je­chała ze mną do szpi­ta­la. Na sy­gna­le!

4. W szpi­ta­lu i w sa­na­to­riach

W szpi­ta­lu naj­pierw cze­ka­liśmy na ko­ry­ta­rzu. Sie­dzie­liśmy na małych sza­rych krze­sełkach usta­wio­nych cia­sno wzdłuż ścia­ny. Cio­cia właści­wie nie mogła usie­dzieć, cho­dziła tam i z po­wro­tem i na­rze­kała, że to tak długo trwa.

– Nie ma lu­dzi, więc dla­cze­go nikt się tobą nie zaj­mie? Gdzie jest le­karz?

Jej nie­pokój udzie­lał się także mnie. Ręka już nie bolała mnie tak bar­dzo, jak na początku, była za­ban­dażowa­na i unie­ru­cho­mio­na na szy­nie, która sięgała od dłoni aż po pachę. Wspo­mnie­nie białej kości sterczącej z otwar­tej rany przy­pra­wiało mnie o za­wro­ty głowy i mdłości z prze­rażenia. Sta­rałem się o tym nie myśleć i wie­rzyłem w le­ka­rzy. Za­raz wszyst­ko na­pra­wią i będę mógł wrócić do domu.

Cio­cia po­wta­rzała:

– W szpi­ta­lu ci po­mogą. Za­raz złożą rękę i wszyst­ko będzie do­brze.

Co to zna­czy „złożą rękę”? Na pół? I tak już była wygięta. Bałem się tego, co ma się wy­da­rzyć, a jed­no­cześnie chciałem, żeby ktoś się mną zajął i na­pra­wił to, co się ze­psuło. Cio­cia mnie po­cie­szała, ale wi­działem, że omi­ja wzro­kiem moją rękę. Gdy zer­kała w tę stronę, na jej twa­rzy po­ja­wiał się dziw­ny gry­mas. Widać było, że ta­kie złama­nie zo­ba­czyła po raz pierw­szy w życiu i że się tego boi.

Wresz­cie na ko­ry­ta­rzu zro­bił się ruch. Przy­szedł le­karz i inni lu­dzie w białych far­tu­chach. Po­pro­si­li nas do ja­sno oświe­tlo­ne­go po­ko­ju. Po­wie­dzie­li, że złożą rękę, co mnie zno­wu prze­ra­ziło, ale na szczęście chi­rurg uśmiechnął się i po­wie­dział:

– Nic się nie bój. Nie będzie bolało. Zaśniesz, a kie­dy się obu­dzisz, będzie po wszyst­kim.

Nie będzie bolało! To było to, co chciałem usłyszeć. I że będzie po wszyst­kim. Chy­ba ocze­ki­wałem cudu – za chwilę ze zdrową ręką wrócę do fikołków na dy­sz­lu od bra­my.

Ka­za­no mi prze­brać się w piżamę i wy­siu­siać, zupełnie jak wie­czo­rem, przed snem. Po­tem położyłem się na wy­so­kim łóżku, a ktoś okrył mnie przeście­radłem i ko­cem. Na­wet nie po­czułem ko­lej­ne­go ukłucia igłą. Na­gle za­padła ciem­ność, jak gdy­by ktoś wyłączył światło, i w chwi­li krótszej niż mru­gnięcie po­wieką wyłączył się też cały świat.

Nie wiem, jak długo le­ka­rze pra­co­wa­li nad moją ręką i usta­wia­li kości z po­wro­tem na właści­wym miej­scu. Kie­dy zno­wu otwo­rzyłem oczy, był już wieczór. Nie bar­dzo pamiętałem, gdzie się znaj­duję ani co się stało, i co chwi­la za­pa­dałem w krótkie drzem­ki. Po­tem przyszła miła pani w far­tu­chu i po­wie­działa, że je­stem po ope­ra­cji i będę mu­siał zo­stać na kil­ka dni w szpi­ta­lu. Le­ka­rze będą ob­ser­wo­wa­li moją rękę i spraw­dza­li, czy się do­brze goi.

– A gdzie jest moja cio­cia? – za­py­tałem, rozglądając się do­okoła.

– Po­je­chała do domu, bo ni­ko­mu spo­za per­so­ne­lu szpi­ta­la nie wol­no prze­by­wać na od­dzia­le o tej po­rze. Ju­tro są od­wie­dzi­ny, między czter­nastą a szes­nastą.

Byłem małym dziec­kiem, więc nie zro­zu­miałem nic poza tym, że cio­ci nie ma, bo po­je­chała do domu. A ja miałem tu zo­stać. Nie wia­do­mo, na jak długo.

– Te­raz po­je­dziesz na od­dział, do sali, w której po­zo­sta­niesz na ob­ser­wa­cji.

Dokąd oni mnie za­bie­rają? Gdzie ja jadę? Czy cio­cia wie? Czy mnie tam znaj­dzie? Mamo! Tato! Gdzie je­steście? Bar­dzo was po­trze­buję.

Cho­ciaż pielęgniar­ka uśmie­chała się do mnie miło, czułem się sa­mot­ny i opusz­czo­ny. Bar­dzo chciałem, żeby ro­dzi­ce byli przy mnie. Żeby mnie ktoś przy­tu­lił i uspo­koił, pomógł zro­zu­mieć, dla­cze­go muszę tu zo­stać. Ale ni­ko­go nie było. Mu­siałem po­ra­dzić so­bie sam.

Za­skrzy­piały kółka. Pielęgniar­ka bez wysiłku po­py­chała łóżko, na którym leżałem.

– Je­dzie­my na od­dział – po­wie­działa z uśmie­chem.

Wiozła mnie ko­ry­ta­rza­mi, a po­tem windą i zno­wu ko­ry­ta­rza­mi. Jaki wiel­ki ten szpi­tal! Tyle po­koi i za­ka­marków. Jak mnie tu znajdą ro­dzi­ce i cio­cia?

W końcu do­je­cha­liśmy do ja­kichś drzwi, przed którymi łóżko się za­trzy­mało. Z po­ko­ju wyszła pani w białym far­tu­chu i za­py­tała:

– To jest ten mały? No, to do sali nu­mer pięć, łóżko pod oknem. Jak się czu­jesz, Kamiński? – za­py­tała.

Pa­trzyłem na nią za­sko­czo­ny, bo prze­cież ja je­stem Ma­rek, nikt nig­dy nie mówił do mnie po na­zwi­sku. Ona pa­trzyła na mnie i wyraźnie cze­kała na od­po­wiedź, więc skinąłem głową i od­po­wiedziałem:

– Do­brze, proszę pani.

Chciałem po­wie­dzieć, że mam na imię Ma­rek i że wszy­scy tak do mnie mówią, ale nie zdążyłem.

– To świet­nie. Te­raz prze­cho­dzisz pod opiekę na­sze­go od­działu, więc bądź grzecz­ny. Żad­nych płaczów, pamiętaj, że je­steś już dużym chłopcem. Idzie­my spać.

Moje łóżko prze­je­chało na dru­gi ko­niec ko­ry­ta­rza. Pielęgniar­ka otwo­rzyła drzwi i po­wie­działa:

– Połóż zdrową rękę na łóżku, bo in­a­czej ude­rzysz nią o ścianę.

Zro­biłem, co mi kazała, i prze­je­cha­liśmy przez drzwi. Za­uważyłem, że wokół stoi kil­ka łóżek. Na wszyst­kich leżeli chłopcy. Z za­in­te­re­so­wa­niem śle­dzi­li to, co się dzie­je. Pew­nie byli cie­ka­wi, kogo przy­wie­zio­no do ich sali. Pod oknem stało wol­ne łóżko. Pielęgniar­ka po­mogła mi się na nie prze­nieść. Pościel była zim­na, mu­siałem na­grzać ją swo­im ciałem. Obok łóżka stała mała biała szaf­ka z szu­fladką u góry. Wrzu­co­no do niej moją szczo­teczkę do zębów. Nic więcej nie miałem – ani za­baw­ki, ani plu­sza­ka. Później do­wie­działem się, że nie wol­no trzy­mać ta­kich rze­czy w szpi­ta­lu, żeby nie wpro­wa­dzać do nie­go za­razków.

– No, chłopcy, ma­cie no­we­go ko­legę. Bądźcie grzecz­ni i idźcie spać, bo już późno – po­wie­działa pani w białym far­tu­chu i wyszła z po­ko­ju. Je­dy­na oso­ba, którą cho­ciaż tro­szeczkę znałem…

– Ty, jak masz na imię? – padło py­ta­nie z ciem­ności.

– Ma­rek – od­po­wie­działem grzecz­nie.

– A ile masz lat? – do­py­ty­wał głos.

– Pięć.

– Ale mały!

– Byłeś już kie­dyś w szpi­ta­lu?

– Nie.

– A co ci się stało? Cze­mu tu je­steś?

– Złamałem rękę – od­po­wie­działem.

Chłopcy zaczęli roz­ma­wiać między sobą, żar­to­wać, a może wyśmie­wać się ze mnie. Wszy­scy byli star­si. Leżałem pod dużym oknem, wi­działem la­tar­nie na uli­cy i domy na zewnątrz.

– Kto cię tu przy­wiózł? – za­py­tał chłopiec, który miał na imię Ze­nek.

– Cio­cia.

– A gdzie twoi ro­dzi­ce?

– W domu, w Połczy­nie.

– W domu, w Połczy­nie – Ze­nek prze­drzeźniał mój smut­ny głos, aż na­gle przy­szedł mu do głowy nowy po­mysł.

– I co, myślisz, że przy­jadą tu do cie­bie? Taki kawał dro­gi? Przez pół Pol­ski? Ha, ha, ha! Nig­dy nie przy­jadą! Zo­sta­wią cię tu na za­wsze!

– Co ty? Na pew­no przy­jadą i mnie stąd za­biorą – bro­niłem się przed straszną wizją, jaką ten chłopiec roz­ta­czał przed mo­imi ocza­mi.

Inni chłopcy zaczęli się śmiać.

– Nie, nig­dy nie przy­jadą. Zo­sta­wią cię tu na za­wsze. My wszyst­ko wie­my, bo od daw­na tu je­steśmy i zna­my ten szpi­tal. Już nig­dy nie zo­ba­czysz swo­ich ro­dziców. Zo­sta­wią cię tu i będą mie­li z tobą święty spokój.

Byłem prze­rażony, chciało mi się płakać, ale tam­ta pani prze­cież za­bro­niła. Chłopcy śmia­li się i ciągle po­wta­rza­li, że zo­stanę tu już na za­wsze. Scho­wałem się prze­stra­szo­ny pod kołdrę i popłakując ci­chut­ko, zasnąłem.

Obu­dziłem się w ciem­ności i na­tych­miast oprzy­tom­niałem. Do­okoła pa­no­wała ci­sza. Wszy­scy spa­li. Cza­sem za­trzesz­czał czyjś ma­te­rac albo któryś chłopiec wes­tchnął przez sen. Słyszałem kro­ki na ko­ry­ta­rzu i ci­chy płacz dziec­ka do­chodzący z da­le­kiej sali. Przy­po­mniałem so­bie, gdzie je­stem i co się wy­da­rzyło po­przed­nie­go dnia. Przede wszyst­kim wybiła mnie ze snu strasz­na praw­da, którą uświa­do­mi­li mi wczo­raj chłopcy: że zo­stanę tu na za­wsze, bo ro­dzi­ce po mnie nie przy­jadą.

Naciągnąłem kołdrę aż pod brodę i za­sta­na­wiałem się, czy to może być praw­da. Prze­cież ro­dzi­ce mnie ko­cha­li i dba­li o mnie, więc na pew­no nie zo­sta­wi­li­by swo­je­go syn­ka gdzieś w ob­cym miej­scu. Prze­cież tęskni­li­by i płaka­li.

Az dru­giej stro­ny. Na­wet gdy­by chcie­li mnie stąd za­brać, to jak mnie tu znajdą? Skąd będą wie­dzie­li, gdzie je­stem? Na którym piętrze i w której sali? Jak mam do nich za­dzwo­nić, jak im to wytłuma­czyć? Czy będą chcie­li przy­je­chać po mnie taki kawał dro­gi? Obo­je pra­cują i dla­te­go wysłali mnie do cio­ci, że nie mie­li cza­su się mną zaj­mo­wać pod­czas wa­ka­cji. A ci chłopcy w szpi­ta­lu? Sko­ro po nich nie przy­je­chali ro­dzi­ce, to może i po mnie nie przy­jadą?

Zaczęły mi przy­cho­dzić do głowy czar­ne myśli. Prze­stra­szyłem się ich.

Wy­szedłem z łóżka i stanąłem w ciem­ności przy oknie. Pa­trzyłem na za­mglo­ne światła noc­nej Łodzi.

Czy to możliwe, żeby ro­dzi­ce po­rzu­ca­li swo­je dzie­ci?

Przy­po­mniały