Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 127 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Marcysia. Koniki z Szumińskich łąk - Agnieszka Tyszka

Stajnia w Szuminie to niezwykłe miejsce. Tutaj kucyki i koniki każdej maści znajdą spokojną przystań i oddanych przyjaciół. Zajrzyj do Szumińskich Łąk! W Szumińskich Łąkach zamieszkał Siwy, uroczy konik polski. Marcysia ma nadzieję, że znajdzie w nim bratnią duszę. Tymczasem opiekunki koników, Klara, Paulinka i Hania odkrywają, że w zabytkowym pałacu Polickich zaczynają się dziać bardzo dziwne rzeczy…

Opinie o ebooku Marcysia. Koniki z Szumińskich łąk - Agnieszka Tyszka

Fragment ebooka Marcysia. Koniki z Szumińskich łąk - Agnieszka Tyszka

Text © Agnieszka Tyszka

© Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2014

Projekt graficzny serii, projekt okładki i stron tytułowych: Marta Krzywicka

Redakcja: Anna Jutta-Walenko

Korekta: Katarzyna Sarna, Joanna Egert-Romanowska

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wydawca prowadzący: Agnieszka Betlejewska

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. +48 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN: 978-83-281-0163-0

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

W Szu­mi­nie jest naj­piękniej na świe­cie! Wiem, co mówię, bo miesz­kam tu od uro­dze­nia. I nie jest wca­le tak, że nig­dy nie wyściu­biłam nosa poza naszą oko­licę. W każde wa­ka­cje od­wie­dzam prze­cież moją cio­cię w Kra­ko­wie. Poza tym jeżdżę z mamą na tar­gi książkowe, które od­by­wają się w różnych mia­stach – w War­sza­wie, Łodzi, Kra­ko­wie albo w Po­zna­niu. Moja mama jest bi­blio­te­karką i mówi, że nie ma na świe­cie szczęśliw­sze­go pra­cow­ni­ka niż ona. Wszyst­ko dla­te­go, że jej zawód to jed­no­cześnie jej naj­większa pa­sja. Mama ko­cha książki, może o nich opo­wia­dać go­dzi­na­mi, a jak cza­sem się za­czy­ta, po­tra­fi na­wet przy­pa­lić cia­sto!

Po­tem żar­tu­je­my so­bie, że nad­pa­lo­ny ser­nik to żadne tam zwykłe cia­sto, tyl­ko ser­nik Ali­ce Mun­roe. A zwęglo­ny pier­nik to pier­nik Do­ris Les­sing. Mama uwiel­bia te dwie au­tor­ki i jak za­cznie czy­tać, nie może się ode­rwać.

Ja mam to samo na przykład z Dziećmi z Bul­ler­byn. Bar­dzo żałuję, że nie miesz­ka­my w Bul­ler­byn. Byłoby faj­nie wi­dzieć obok Za­gro­dy Północną i Południową, a nie tyl­ko panią Kwa­czek i ho­do­wa­ne przez nią kacz­ki. Wolałabym za­miast ka­czek sąsiedz­two Kla­ry i Pau­li­ny. Gdy­by tak dało się przy­bliżyć nasz dom do Szu­mińskich Łąk, gdzie te­raz obie miesz­kają… Byłoby jak w Bul­ler­byn… Oczy­wiście bu­dy­nek trze­ba by prze­sunąć ra­zem z ogro­dem, w którym rosną słynne hor­ten­sje mo­jej mamy. Każdy, kto wjeżdża do Szu­mina, musi się przy nich za­trzy­mać! Ta­kie są ogrom­ne i błękit­ne!

Za to Szu­mińskich Łąk nie ru­szyłabym na ma­pie ani o cen­ty­metr. Staj­nia musi być dokład­nie w tym miej­scu, w którym się znaj­du­je – w pięknym zakątku, wśród łąk, trochę na ubo­czu. Tam ko­ni­ki czują się naj­le­piej i nie należałoby tego zmie­niać. Za nic w świe­cie.

Szu­mińskie Łąki należą do ro­dziców Kla­ry – mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Kla­ra wpraw­dzie się tu­taj nie uro­dziła, ale ko­cha naszą oko­licę tak samo moc­no jak ja. No i miesz­ka tu już od wie­lu lat. Za­warłyśmy na­wet spe­cjal­ny pakt, że nig­dy, przenig­dy stąd nie wy­je­dzie­my!

Trochę się mar­twiłam, co będzie, kie­dy w Szu­mińskich Łąkach po­ja­wiła się Pau­li­na. Bałam się, że Kla­ra prze­sta­nie mnie lubić, ale wca­le się tak nie stało! Pau­li­na i jej mama Ariet­ta miesz­kają w wy­re­mon­to­wa­nym spi­chle­rzu, nad ka­wiar­nią „U Au­gu­sta”, i wszyst­ko jest jak daw­niej. Może na­wet jesz­cze faj­niej? Bo cza­sem o wie­le przy­jem­niej robi się coś we trójkę niż we dwójkę! No i dzięki Pau­li­nie na­sza staj­nia zy­skała jesz­cze jed­ne­go miesz­kańca – Ro­kie­go, który tak jak ku­cyk Kla­ry jest ku­cem is­landz­kim.

Właśnie pa­kuję ple­cak i za­raz ru­szam w drogę. Dziew­czy­ny cze­kają już na mnie w staj­ni, bo dzi­siaj jest nasz dyżur w sprząta­niu. Poza tym chce­my wy­brać się na małą prze­jażdżkę, żeby po­szu­kać wio­sny. Na­sza wy­cho­waw­czy­ni, pani Ba­sia, zadała nam taką pracę do­mową. Mnie bar­dzo się po­do­ba. Nie trze­ba sie­dzieć w domu nad ze­szy­tem albo ćwi­cze­nia­mi. Cho­ciaż ja aku­rat lubię się uczyć, co trochę de­ner­wu­je mo­je­go tatę.

– Ha­niu – pro­si mnie cza­sem – zo­staw już te lek­cje i chodź po­grać ze mną w piłkę!

Mama śmie­je się wte­dy i mówi, że tata chce mnie spro­wa­dzić na ma­now­ce, a on upie­ra się, że to nie żadne tam ma­now­ce, tyl­ko odro­bi­na spor­tu dla zdro­wia. I jesz­cze do­da­je, że to wy­raz jego tro­ski o mnie. A mnie się wy­da­je, że tata po pro­stu się nu­dzi. Jak już skończy swo­je różne pra­ce na polu, w ogro­dzie czy w garażu – ma ochotę na od­mianę. Pew­nie in­a­czej by to wyglądało, gdy­bym miała ro­dzeństwo. Ale nie mam. Po­dej­rze­wam, że je­den młod­szy brat sku­tecz­nie odwróciłby uwagę taty od mo­jej oso­by. Na pew­no ko­pa­li­by ra­zem piłkę. A tak ja muszę to robić, cho­ciaż trze­ba przy­znać, całkiem do­brze mi idzie. Ostat­nio strze­liłam gola na wu­efie i chłopcy byli w szo­ku, bo na bram­ce stał nie kto inny jak sam An­tek! Król bram­ka­rzy!

Na­wet Pau­li­na bar­dzo się zdzi­wiła.

– No, wiesz, Ha­nia… Ty, taka grzecz­na i de­li­kat­na, a ko­piesz, jak nie wiem co! – po­wie­działa, z po­dzi­wem kręcąc głową.

To było bar­dzo miłe uczu­cie zna­leźć się na chwilę w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia całej kla­sy, i wca­le nie z po­wo­du do­brze od­ro­bio­nej pra­cy do­mo­wej z mat­my – bo to aku­rat mi się zda­rza. Ale jed­no­cześnie trochę się za­wsty­dziłam, bo je­stem ra­czej nieśmiała. Nie należę do osób spe­cjal­nie odważnych ani prze­bo­jo­wych.

Nie wiem na przykład, czy byłabym zdol­na do tego, co zro­biła Pau­li­na, która pew­nej li­sto­pa­do­wej nocy wy­ru­szyła ra­zem z Ro­kim na po­szu­ki­wa­nia białego Gwiaz­do­ra. Ktoś – do dziś nie wie­my, kto to był – otwo­rzył jego boks i drzwi do staj­ni. Bied­ny ko­nik zo­stał wypędzo­ny pro­sto w zimną noc!

Wszyst­ko do­brze się skończyło, nie licząc złama­nej ręki mo­jej przy­ja­ciółki, ale ja za­wsze mam dresz­cze na ple­cach, gdy myślę o tam­tej nocy – ciem­nej, wietrz­nej, mo­krej od top­niejącego śnie­gu i bar­dzo nie­bez­piecz­nej.

Na­prawdę po­dzi­wiam Pau­linę za od­wagę. I Ro­kie­go też! W końcu to jego nie­za­wod­ny in­stynkt pomógł od­szu­kać Gwiaz­do­ra.

Dzi­siaj na szczęście jest piękna po­go­da! Nie­bo nad Szu­mi­nem na­brało błękit­nej bar­wy, ja­kiej zimą nig­dy tu nie wi­dzie­liśmy. Wio­sen­ne słońce przy­grze­wa co­raz moc­niej, a jeśli cho­dzi o wiatr – jest le­d­wo wy­czu­wal­ny. Za­po­wia­da się uda­na wy­ciecz­ka!

Od kil­ku dni można już używać ro­werów, bo słynne szu­mińskie błoto za­stygło na do­bre. Ru­szam więc w kie­run­ku staj­ni, a wiatr przy­jem­nie roz­wie­wa mi włosy i wokół pach­nie przy­godą!

Widzę jesz­cze, jak tata prze­ko­pu­je grządki w ma­mi­nym ogródku – pro­siła go o to wczo­raj wie­czo­rem. Ucie­szy się, kie­dy wróci z pra­cy, bo ogródek to jej dru­ga pa­sja, za­raz po książkach.

Pola, które mi­jam, właśnie od­zy­skują siły po zi­mie. Śnie­gu już ani śladu, a tu i ówdzie po­ja­wiają się zie­lon­ka­we pla­my. Nie mogę się do­cze­kać, kie­dy za­zie­le­ni się na do­bre! Wio­sna w na­szej oko­li­cy jest pełna atrak­cji nie tyl­ko z po­wo­du budzącej się z zi­mo­we­go snu przy­ro­dy. Dwu­dzie­ste­go siódme­go kwiet­nia mamy tu w Szu­mi­nie wiel­kie wy­da­rze­nie – fe­styn or­ga­ni­zo­wa­ny przez pro­bosz­cza. Właśnie tego dnia przy­pa­dają imie­ni­ny Zyty, a święta Zyta to pa­tron­ka na­sze­go kościoła. Po­nie­waż tak się składa, że jest ona również pa­tronką go­spo­dyń do­mo­wych (sama przez całe życie była go­spo­dynią, za­nim zo­stała świętą) – na­sze Koło Go­spo­dyń Szu­mi­na także przy­go­to­wu­je na ten dzień różne atrak­cje.

Moja mama jest w KGS-ie, po­dob­nie jak mama Kla­ry i na­wet Ariet­ta! Cho­ciaż ona miesz­ka tu do­pie­ro od nie­daw­na.

Niektórzy złośliw­cy na­zy­wają KGS Kołem Gęsi Sku­ba­nia, ale moim zda­niem człon­ki­nie tej or­ga­ni­za­cji są całkiem do rze­czy. No i wca­le nie sku­bią gęsi. Mają za to różne inne po­mysły – niektóre dosyć dziw­ne, to praw­da. Na przykład okrop­ne far­tu­cho­mun­dur­ki szkol­ne, uszy­te dla nas na roz­poczęcie roku, uważam za to­tal­ny nie­wy­pał.Ale cia­stecz­ka upie­czo­ne dla na­szej kla­sy na Hal­lo­we­en to był strzał w dzie­siątkę!

Jesz­cze w zi­mie pa­nie z KGS-u, we współpra­cy z szu­mińską bi­blio­teką – czy­li moją mamą! – ogłosiły kon­kurs na krótki utwór li­te­rac­ki poświęcony na­szej oko­li­cy. Roz­strzy­gnięcie nastąpi oczy­wiście pod­czas fe­sty­nu świętej Zyty. Bar­dzo chciałabym wziąć udział w tym kon­kursie, ale nie mogę wpaść na żaden do­bry po­mysł! Wiem, że Kla­ra i Pau­li­na też mają taki za­miar. Muszę je dzi­siaj za­py­tać, czy już coś wymyśliły, bo cza­su zo­stało nie­wie­le. Jury musi jesz­cze prze­czy­tać wszyst­kie na­desłane pra­ce i podjąć de­cyzję o przy­zna­niu nagród.

Za­bu­do­wa­nia Szu­mińskich Łąk właśnie wyłaniają się zza zakrętu piasz­czy­stej dro­gi. Lubię ten mo­ment. Wiem, że tam na mnie cze­kają, i jest to bar­dzo przy­jem­ne. Mam dziś w ple­ca­ku dwie mar­chew­ki dla Mar­cy­si i po jed­nej dla Ro­kie­go i Gu­cia.

– Ha­nia! – woła na mój wi­dok Kla­ra, która sie­dzi z Bur­cju­szem na we­ran­dzie.

Z tego miej­sca widać do­brze, kto po­ja­wia się na podwórku. Bur­cjusz jak zwy­kle nie szcze­ka, tyl­ko mer­da ogo­nem i obwąchu­je mój sta­ry ro­wer.

– Nie zgad­niesz, co się wy­da­rzyło! – mówi Kla­ra, rozglądając się czuj­nie.

Robi to całkiem nie­po­trzeb­nie, bo ni­ko­go prze­cież nie ma w po­bliżu. Chy­ba że jej star­sza sio­stra Nina czai się gdzieś obok. Z nią nig­dy nic nie wia­do­mo. Po­tra­fi po­ja­wić się na­gle, zupełnie jak duch, i zadać ta­kie py­ta­nie, jak­by już od piętna­stu mi­nut uczest­ni­czyła w roz­mo­wie. To dziw­ne! Ale taka właśnie jest Nina. I jak­by tego było mało – uwiel­bia upo­dab­niać się do wam­pi­ra! Robi to za po­mocą kred­ki do oczu, tu­szu i cie­ni do po­wiek. Że też jej się chce!

Ma­lo­wa­nie się zaj­mu­je strasz­nie dużo cza­su. Wiem coś o tym, bo moja mama za­wsze robi sta­ran­ny ma­ki­jaż przed wyjściem do pra­cy.

„Książki są ta­kie piękne, że nie mogę być od nich ani trochę gor­sza!” – po­wta­rza ze śmie­chem. Ale mama po uma­lo­wa­niu się za­wsze wygląda ład­niej, cze­go nie można po­wie­dzieć o Ni­nie.

Te­raz rozglądam się, tak jak Kla­ra, ale Niny wam­pi­rzy­cy nig­dzie nie widzę.

– Co się stało? – py­tam więc z cie­ka­wością.

– Będzie­my mieć tu­taj w Szu­mińskich Łąkach praw­dzi­wy dom starców! – mówi z dumą moja przy­ja­ciółka.

– Jak to? – Nic nie ro­zu­miem.

– Koński dom starców! – tłuma­czy Kla­ra ze śmie­chem, a ja da­lej nie mam pojęcia, o co jej cho­dzi. – Za­miesz­ka u nas sta­ry koń dziad­ka Bron­ka! – Kla­ra w końcu wyjaśnia sprawę.

– Ale cze­mu? Czyżby dzia­dek Bro­nek nie miał już siły się nim zaj­mo­wać? – py­tam zdzi­wio­na.

Obie prze­cież pamiętamy, jak całkiem nie­daw­no Bro­nek wy­wi­jał w ka­wiar­ni „U Au­gu­sta” z bab­cią Le­oka­dią, swoją dawną na­rze­czoną. Nie wyglądał wte­dy wca­le na zmęczo­ne­go życiem i nie­zdol­ne­go do zaj­mo­wa­nia się własnym ko­niem. Wręcz prze­ciw­nie!

– Dzia­dek Bro­nek będzie się te­raz zaj­mo­wał Le­oka­dią! Po­bie­rają się na Wiel­ka­noc i wyjeżdżają w podróż poślubną do sa­na­to­rium w Bu­sku! Ro­zu­miesz, że ko­nia muszą zo­sta­wić!

– O rany! Na­prawdę?! – Nie mogę wyjść ze zdu­mie­nia, że na­sza słynna ak­cja od­niosła aż taki sku­tek!

Szcze­rze mówiąc, był to po­mysł Pau­li­ny, żeby spo­tka­li się niby przy­pad­kiem w na­szej ka­wiar­ni, bo Bro­nek i Le­oka­dia, daw­na para na­rze­czo­nych, od wieków byli ze sobą pokłóceni. I to z ja­kie­goś głupie­go po­wo­du.

– Pau­li­na wie? – py­tam, a Kla­ra kiwa głową.

– Aha! I bar­dzo się cie­szy! A jej mama aż się popłakała ze wzru­sze­nia i po­wie­działa, że może oso­biście zaj­mo­wać się tym ko­niem.

– Jak on ma na imię? – py­tam.

– Siwy. I po­dob­no jest wyjątko­wo upar­ty!

– No, chy­ba nie bar­dziej niż moja Mar­cy­sia… – Uśmie­cham się po­ro­zu­mie­waw­czo do Kla­ry.

Obie nie­raz się prze­ko­nałyśmy, że Mar­cy­sia robi tyl­ko to, na co na­prawdę ma ochotę.

Na przykład – nig­dy nie jada su­che­go sia­na. Kie­dy pierw­szy raz to zo­ba­czyłam, myślałam, że ze­mdleję z wrażenia!

To było za­raz na początku na­szej zna­jo­mości i moje pojęcie o ko­niach było wte­dy trochę inne niż te­raz. Przy­niosłam Mar­cy­si wiązkę pachnącego sian­ka, a ona obwąchała je tyl­ko i par­sknęła z nie­za­do­wo­le­niem.

O co cho­dzi? – pomyślałam prze­stra­szo­na. Bar­dzo mi zależało na tym, żeby się z nią za­przy­jaźnić, i za nic w świe­cie nie chciałam zro­bić jej przy­krości.

Stałam i pa­trzyłam z nie­po­ko­jem, jak Mar­cy­sia potrząsa łbem i naj­wy­raźniej chce mi coś ważnego za­ko­mu­ni­ko­wać. Kie­dy tupnęła nogą, od­sunęłam się na bez­pieczną od­ległość.

– A! Za­po­mniałam ci po­wie­dzieć! Ona nie lubi su­che­go! – zawołała Kla­ra z sąsied­nie­go bok­su.

– Su­che­go cze­go? – Nie zro­zu­miałam.

– No, sia­na! – od­parła Kla­ra.

– To co ja mam zro­bić? – za­py­tałam zmar­twio­na.

Nie za bar­dzo znałam się na sia­nie. Czyżby trze­ba je było mo­czyć przed użyciem albo go­to­wać? Ale zupełnie nie­po­trzeb­nie się przej­mo­wałam, bo Mar­cy­sia sama so­bie po­ra­dziła. Po pro­stu wzięła porcję sia­na do py­ska i naj­spo­koj­niej w świe­cie za­nu­rzyła ją w po­idle!

Po­tem Kla­ra wyjaśniła mi, że Mar­cy­sia najchętniej jadłaby świeżą trawę, a jeśli chcę podać jej sia­no, muszę pamiętać o tym, by je wcześniej zmo­czyć.

Pew­nie właśnie to próbowała mi po­wie­dzieć, a ja nic z tego nie ro­zu­miałam – pomyślałam za­wsty­dzo­na.

Od tego zda­rze­nia minęło już mnóstwo cza­su i te­raz zna­my się z Mar­cy­sią znacz­nie le­piej.

Wiem na przykład, że może kuleć na zawołanie! To zda­rza się wte­dy, gdy znu­dzi jej się zbyt długa pra­ca na lonży. Po­tra­fi także za­trzy­mać się na­gle, choć inne ko­nie właśnie ga­lo­pują z zapałem.

Po pro­stu Mar­cy­sia ma cha­rak­ter! A jak będzie z ko­niem dziad­ka Bron­ka? Kto wie… Kla­ra chy­ba też się nad tym za­sta­na­wia.

– Może być trud­no… – mówi z wes­tchnie­niem. – No wiesz… do tej pory Siwy miesz­kał sam, nie jest przy­zwy­cza­jo­ny do obec­ności in­nych koni. Poza tym za­wsze zaj­mo­wał się nim dzia­dek.

– Nie mar­tw­cie się na za­pas! Roki na pew­no się z Si­wym do­ga­da! – roz­le­ga się na­gle wesoły głos.

To Pau­li­na. Ma swój ple­cak w tru­pie czasz­ki, a w dłoniach trzy­ma apa­rat fo­to­gra­ficz­ny.

– Ojej! – wołam, stu­kając się w czoło. – Że też nie wzięłam swo­je­go!

– Je­den nam wy­star­czy. Prze­cież pra­cu­je­my w gru­pie! – przy­po­mi­na mi Kla­ra.

– To zbie­raj­my się, bo szko­da słońca – mówi Pau­li­na i wszyst­kie trzy ru­sza­my w kie­run­ku staj­ni.

Mar­cy­sia cie­szy się na mój wi­dok i od razu szu­ka mar­che­wek. Jest strasz­nie łako­ma! Gdy­by jej po­zwo­lić – jadłaby bez końca, a po­tem chy­ba nie zmieściłaby się w bok­sie!

Tłumaczę jej, że mar­chew­ki są na­szym pro­wian­tem na drogę i do­sta­nie je, kie­dy za­trzy­ma­my się na po­sto­ju.

Mar­cy­sia nie jest za­chwy­co­na, ale przyj­mu­je to w końcu do wia­do­mości. Widzę to po jej oczach. Tyl­ko że w ogóle spra­wia wrażenie, jak­by nie­spe­cjal­nie miała ochotę na wy­cieczkę. To do niej nie­po­dob­ne, bo bar­dzo lubi Gu­cia. Nie ro­zu­miem, o co cho­dzi.

Wy­ru­sza­my po­wo­lut­ku – naj­pierw Kla­ra z Gu­ciem, za nią Pau­li­na z Ro­kim, a ja i Mar­cy­sia na końcu. W ostat­niej chwi­li przyłącza się do nas Bur­cjusz, który bie­gnie naj­pierw obok Kla­ry, a po­tem tuż przy mnie.

Bur­cjusz prze­ważnie nie ru­sza się z Szu­mińskich Łąk, ale dzi­siaj robi wyjątek. Kla­ra się z tego śmie­je.

– Ojoj! Sko­ro