Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 690 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mapa trzech mędrców - James Rollins

Druga powieść z serii SIGMA FORCE.

James Bond to już przeszłość…

Przyszłość należy do Graysona Pierce’a, nieprawdopodobnie sprawnego agenta Sigma Force!

Nocne nabożeństwo ku czci Trzech Króli w katedrze w Kolonii zostaje brutalnie przerwane przez grupę przebranych za mnichów napastników. Relikwie znikają, a przy życiu pozostaje tylko jeden świadek. Wychodzi na jaw, że za tym stoi działająca od średniowiecza organizacja o nazwie Trybunał Smoka, która dąży do poznania tajemnej wiedzy alchemików.

Opinie o ebooku Mapa trzech mędrców - James Rollins

Fragment ebooka Mapa trzech mędrców - James Rollins

O książce

JAMES BOND TO JUŻ PRZESZŁOŚĆ…PRZYSZŁOŚĆ NALEŻY DO GRAYSONA PIERCE’A,NIEPRAWDOPODOBNIE SPRAWNEGOAGENTA SIGMA FORCE!

Bezcenne relikwie

Rok 1162. Prawowity papież zostaje wygnany do Francji, a Rzymem rządzi uzurpator, Wiktor IV. Istnieje coś, co nie może się dostać w ręce antypapieża, i niektórzy zginą, aby temu zapobiec.

Krwawa msza

Czasy współczesne. Nabożeństwo w Święto Trzech Króli kończy się masakrą, kiedy do katedry w Kolonii wdzierają się przebrani za mnichów mężczyźni z uzi. To nie wierni są ich celem, lecz zawartość złotego relikwiarza przy głównym ołtarzu.

Poruszenie w Watykanie

Kradzież relikwii Trzech Mędrców z katedry budzi głęboki niepokój hierarchów Kościoła. Śledztwo prowadzi detektyw w sutannie, monsinior Verona, wspomagany przez siostrzenicę, porucznik karabinierów.

Trybunał Smoka

Wkrótce wychodzi na jaw, że za masakrą w Kolonii i innymi zabójstwami stoi średniowieczna sekta, która próbuje poznać tajemnice przed wiekami ukryte przez alchemików. A ta wiedza ma im dać władzę nad światem.

Sigma Force wkracza do akcji

Tylko komandor Grayson Pierce i jego ludzie mogą zapobiec katastrofie. Podążają więc tropem średniowiecznej zagadki – od Mediolanu, przez Rzym oraz grobowiec Aleksandra Wielkiego, po dawną siedzibę papieży w Awinionie – walcząc z gotowym na wszystko przeciwnikiem. I z czasem.

JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne Mapa Trzech Mędrców, Czarny zakon, Wirus Judasza, Klucz zagłady, Ołtarz Edenu, Kolonia Diabła – których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy.

www.jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKAAMAZONIAOŁTARZ EDENUEKSPEDYCJAPODZIEMNY LABIRYNTCykl SIGMA FORCEBURZA PIASKOWAMAPA TRZECH MĘDRCÓWCZARNY ZAKONWIRUS JUDASZAKLUCZ ZAGŁADYOSTATNIA WYROCZNIAKOLONIA DIABŁALINIA KRWIOKO BOGASZÓSTA APOKALIPSAJames Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓWEWANGELIA KRWIWkrótceNIEWINNA KREWLABIRYNT KOŚCI

Tytuł oryginału:MAP OF BONES

Copyright © Jim Czajkowski 2005All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Arkadiusz Nakoniecznik 2006

Redakcja: Jacek Ring

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-320-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Aleksandrze i Aleksandrowi —oby wasze życie lśniło jak gwiazdy

Podziękowania

Praca nad tą książką wymagała wsparcia mnóstwa osób: przyjaciół, rodziny, krytyków, kustoszy, agentów biur podróży, pomywaczy i opiekunów zwierząt. Przede wszystkim dziękuję Carolyn McCray, która pierwsza kreśliła na czerwono każdą stronę, oraz Steve’owi Preyowi za myśli i pomysły, które na tych stronach zamieniły się w dzieła sztuki. Z ogromną przyjemnością dziękuję gronu przyjaciół, z którymi co dwa tygodnie spotykałem się w restauracji Coco’s. Są to: Judy Prey, Chris Crowe, Michael Gallowglas, David Murray, Dennis Grayson, Dave Meek, Royale Adams, Jane O’Riva, Dan Needles, Zach Watkins oraz Caroline Williams. Serdecznie dziękuję mojej przyjaciółce z Dalekiej Białej Północy, Diane Daigle, za pomoc lingwistyczną. Specjalne podziękowania kieruję do Davida Sylviana za niespożytą energię, wsparcie i entuzjazm, oraz do Susan Tunis za niestrudzone weryfikowanie faktów. Dziękuję sir Laurence’owi Gardnerowi za książki, które stały się dla mnie inspiracją, a także Davidowi Hudsonowi za pionierskie badania naukowe. Na koniec pragnę wymienić cztery osoby, które niezmiernie cenię zarówno jako przyjaciół, jak i doradców: moją redaktorkę Lyssę Keusch, jej koleżankę May Chen, oraz moich agentów Russa Galena i Danny’ego Barora. Jak zawsze pragnę podkreślić, że ponoszę całkowitą odpowiedzialność za wszelkie błędy lub niedokładności, jakie mogły się znaleźć na kartach tej powieści.

Dzieło literackie, jeśli ma zachwycać precyzją, musi stanowić odbicie faktów. Nawet jeśli prawda bywa niekiedy dziwniejsza od fikcji, to fikcja zawsze musi sięgać korzeniami prawdy. W tym sensie wszystkie dzieła sztuki, relikwie, katakumby i skarby opisane w tej książce są prawdziwe, tak samo jak opisany w niej historyczny ślad. Nauka, która stanowi jądro niniejszej opowieści, odzwierciedla aktualny stan badań oraz najnowsze odkrycia.

Po złupieniu przez cesarza Fryderyka Barbarossę Mediolanu relikwie przekazano Rainaldowi von Dasselowi, arcybiskupowi Kolonii (1159—67) w podzięce za to, że doradzał i wiernie służył cesarzowi. Nie wszyscy byli jednak zadowoleni, widząc, iż tak wielki skarb opuszcza Italię, i nie wszyscy zamierzali się temu bezczynnie przyglądać…

fragment L’histoire de la Sainte Empire Romaine (Historii Świętego Cesarstwa Rzymskiego), 1845, Histoires Littéraires

Prolog

Marzec 1162

Ludzie arcybiskupa umknęli w cień wypełniający dolinę. Za nimi, na przełęczy, przeraźliwie rżały konie zasypywane i dźgane ostrogami. Wtórowały im ludzkie okrzyki, wrzaski i przekleństwa. Stal dźwięczała niczym kościelne dzwony, ale nie w bożej sprawie toczyła się ta walka.

Straż tylna musi wytrzymać!

Brat Joachim kurczowo ściskał cugle wierzchowca ześlizgującego się po stromym stoku. Naładowany wóz dotarł już bezpiecznie na dno doliny, ale naprawdę bezpieczni będą, gdy pokonają jeszcze całą milę.

Jeżeli dadzą radę.

Joachim rozpaczliwie poganiał klacz. Kiedy z pluskiem i chlupotem przebrnęli przez lodowaty strumień, odważył się zerknąć za siebie.

Choć wiosna była tuż-tuż, to w górach wciąż niepodzielnie panowała zima. Ośnieżone szczyty o graniach ostrych jak brzytwy lśniły oślepiająco w promieniach zachodzącego słońca, ale tu, w zacienionych wąwozach, topniejący śnieg zamienił grunt w grząskie błoto. Konie zapadały się tak głęboko, że w każdej chwili mogły połamać nogi. Koła wozu grzęzły niemal po osie. Pojazd poruszał się coraz wolniej, aż w końcu znieruchomiał. Joachim spiął wierzchowca ostrogami, by dołączyć do żołnierzy przy wozie.

Nadjechali kolejni jeźdźcy, z tyłu napierali następni. Powinni jak najprędzej dotrzeć do szlaku wspinającego się na grań po drugiej stronie doliny.

— Wio! Wio! — wykrzykiwał woźnica, poganiając konie batem.

Zwierzęta naparły ze wszystkich sił, lecz bez rezultatu. Zaskrzypiały powrozy i łańcuchy, z nozdrzy buchnęły kłęby pary, ludzie klęli na czym świat stoi. Powoli — zbyt powoli — wóz ruszył z donośnym mlaskaniem przypominającym odgłos, jaki wydobywa się z rozpłatanej mieczem piersi. Najważniejsze, że znowu jechał naprzód. Za każde opóźnienie płacili ludzkim życiem. Z przełęczy za ich plecami dobiegały krzyki konających.

Straż tylna musi wytrzymać jeszcze dłużej.

Wóz wolno wspinał się pod górę. Trzy wielkie kamienne sarkofagi coraz mocniej naprężały liny. Gdyby któraś z nich pękła…

Brat Joachim zrównał się z wozem. Natychmiast podjechał do niego drugi zakonnik, Franz.

— Zwiadowcy donoszą, że szlak przed nami jest bezpieczny.

— Relikwie nie mogą wrócić do Rzymu. Musimy dowieźć je do niemieckiej granicy.

Franz skinął głową. Istotnie, relikwie nie były bezpieczne na italskiej ziemi — szczególnie teraz, kiedy prawowity papież został wygnany do Francji, a w Rzymie rządził uzurpator.

Konie ciągnęły coraz żwawiej, stąpając po twardym gruncie, niemniej posuwali się naprzód co najwyżej w tempie piechura. Joachim co chwila odwracał się w siodle i z niepokojem patrzył na pozostawioną z tyłu grań. Szczęk oręża ucichł, od ścian doliny odbijały się echem już tylko jęki i szlochanie. Mogło to oznaczać jedno: straż tylna została pokonana. Joachim wytężał wzrok, lecz w głębokim cieniu lasu porastającego zbocze poniżej skalnych grani niewiele mógł dostrzec. A potem nagle ujrzał metaliczny błysk. W plamie słonecznego blasku pojawiła się samotna sylwetka w błyszczącej zbroi.

Nawet gdyby Joachim nie zauważył czerwonego smoka na napierśniku, i tak od razu rozpoznałby porucznika czarnego papieża. Pogański Saracen przybrał chrześcijańskie imię Fierabras, po jednym z paladynów Karola Wielkiego. Przewyższał swoich ludzi co najmniej o głowę. Prawdziwy olbrzym. Miał na rękach więcej chrześcijańskiej krwi niż ktokolwiek, ale przyjąwszy w minionym roku chrzest, Saracen stanął u boku kardynała Oktawiana, czarnego papieża, który przybrał imię Wiktora IV.

A teraz trwał nieruchomo w plamie słonecznego blasku, najwyraźniej ani myśląc ruszać w pogoń. Wiedział, że jest już za późno.

Wóz wreszcie dotarł do grani i wjechał na prowadzącą wzdłuż jej krawędzi drogę z głębokimi koleinami. Teraz już nic nie powinno ich zatrzymać. Od niemieckiej ziemi dzieliła ich zaledwie mila. Zasadzka zastawiona przez Saracena na nic się zdała.

Uwagę Joachima zwróciło nagłe poruszenie.

Fierabras ściągnął z pleców ogromny łuk, czarny jak cień, wyjął strzałę z kołczanu i powoli naciągnął cięciwę. Joachim zmarszczył brwi. Po co on to robi? Co chce w ten sposób osiągnąć?

Strzała poszybowała w górę, na chwilę znikła w blasku słońca nad granią. Chwilę później, niczym nurkujący jastrząb, uderzyła w wieko środkowego sarkofagu.

Chociaż wydawało się to nieprawdopodobne, kamienne wieko pękło z trzaskiem, zerwały się liny, wszystkie trzy skrzynie zsunęły się ku tyłowi wozu. Ludzie rzucili się, by uchronić sarkofagi przed upadkiem na ziemię. Natychmiast zatrzymano wóz, ale za późno: jeden z sarkofagów zjechał z wozu prosto na żołnierza, miażdżąc mu nogę i miednicę. Powietrze rozdarł przeraźliwy wrzask nieszczęśnika.

Franz zsunął się z końskiego grzbietu, doskoczył do tych, którzy już starali się dźwignąć sarkofag, uwolnić żołnierza, a co ważniejsze, umieścić sarkofag z powrotem na wozie. Pierwsza część zadania się powiodła, ale nie mogli uporać się z drugą.

— Liny! — ryknął Franz. — Dawajcie liny!

Jeden z żołnierzy poślizgnął się, sarkofag przechylił się na bok, ponownie uderzył o ziemię, kamienne wieko odpadło z łoskotem.

Z tyłu, za ich plecami, rozległ się szybko narastający tętent. Odwracając się, Joachim wiedział już, co zobaczy. Konie z odzianymi na czarno jeźdźcami na grzbietach pędziły ku nim z ogromną prędkością. Wpadli w drugą zasadzkę.

Joachim siedział nieruchomo na swoim wierzchowcu. Wiedział, że nie ma ucieczki. Franz otworzył szeroko usta — nie ze strachu, lecz ze zdumienia, ujrzawszy zawartość rozbitego sarkofagu… A raczej jej brak.

— Pusty! — wykrzyknął młody zakonnik. — Jest pusty!

Franz jednym susem znalazł się na wozie i wybałuszył oczy.

— Nic… — wykrztusił, osuwając się na kolana. — Ani śladu… Co z relikwiami?! — Popatrzył na spokojnego Joachima. — Ty… Wiedziałeś?

Joachim przeniósł wzrok na zbliżających się szybko jeźdźców. Ta karawana była jedynie fortelem, przynętą, która miała ściągnąć na siebie uwagę ludzi czarnego papieża. Prawdziwy kurier wyruszył dzień wcześniej z kilkoma mułami i relikwiami ukrytymi w wiązce siana. Co prawda Fierabras skąpie dzisiaj ostrze swego miecza we krwi, ale relikwie nigdy nie dostaną się w ręce czarnego papieża.

Nigdy.

Czasy obecne22 lipca, 23.46Kolonia, Niemcy

Zbliżała się północ. Jason podał iPod Mandy.

— Posłuchaj. Najnowszy singel Godsmack. Jeszcze nawet niewydany w Stanach. I co ty na to?

Jej reakcja nieco go rozczarowała: Mandy wzruszyła ramionami z obojętną miną, po czym odgarnęła do tyłu czarne włosy o zabarwionych na pomarańczowo końcach i włożyła słuchawki do uszu. Poły kurtki rozchyliły się na tyle, by odsłonić czarny T-shirt ciasno opięty na piersiach wielkości jabłek. Jason gapił się na nie.

— Nic nie słyszę — powiedziała Mandy, wzdychając zniecierpliwiona.

No jasne. Jason przeniósł spojrzenie na iPod i wcisnął „play”, po czym odchylił się do tyłu i oparł na rękach. Siedzieli na wąskim trawniku okalającym szeroki deptak zwany Domvorplatz. Otaczał on ogromną gotycką katedrę, wzniesioną na wzgórzu i dominującą nad miastem. Wzrok Jasona powędrował w górę, na bliźniacze wieże ozdobione niezliczonymi kamiennymi rzeźbami niekoniecznie religijnej natury. Oświetlone blaskiem reflektorów wydawały się czymś nie z tego świata.

Nasłuchując muzyki sączącej się ze słuchawek iPoda, Jason patrzył na Mandy. Oboje uczyli się w Boston College i dotarli do Kolonii podczas wakacyjnej wędrówki z plecakami po Niemczech i Austrii. Wyruszyli na tę wyprawę jeszcze z dwójką przyjaciół, Brendą i Karlem, tamci jednak woleli zwiedzać miejscowe puby, niż uczestniczyć w mszy o północy. Mandy była praktykującą katoliczką, a że takie msze odprawiano w katedrze zaledwie kilka razy w roku, w dodatku z udziałem samego arcybiskupa Kolonii, było całkiem zrozumiałe, że nie chciała przepuścić nadarzającej się okazji. Jason, chociaż protestant, zgodził się jej towarzyszyć.

Mandy poruszała lekko głową w takt muzyki. Jasonowi podobały się jej lekko falujące włosy i sposób, w jaki wydymała dolną wargę, wsłuchując się w utwór. Nagle poczuł delikatne dotknięcie na ręce; to Mandy musnęła ją czubkami palców, ani na chwilę nie odwracając wzroku od katedry.

Jason wstrzymał oddech.

Przez minione dziesięć dni czuli, jak coś coraz bardziej zbliża ich do siebie. Przed tą wyprawą byli zaledwie znajomymi; Mandy i Brenda przyjaźniły się od gimnazjum, a Karl i Jason dzielili pokój w internacie. Karl i Brenda, od niedawna stanowiący parę, namówili ich na wspólny wyjazd, na wypadek gdyby się sobą szybko znudzili. Nic takiego jednak nie nastąpiło, wręcz przeciwnie, w związku z czym Jason i Mandy coraz częściej wyruszali na zwiedzanie tylko we dwójkę.

Jason nie miał nic przeciwko temu. W college’u studiował historię sztuki, Mandy specjalizowała się w europeistyce. Tutaj mogli zweryfikować swoją podręcznikową wiedzę, nadać jej konkretny życiowy wymiar. Ponieważ oboje uwielbiali odkrywać i poznawać nowe rzeczy, szybko znaleźli wspólny język.

Jason bardzo się pilnował, żeby nie spojrzeć w dół, na ręce, ale nieznacznie przesunął palce bliżej dłoni dziewczyny. Czy tylko mu się zdawało, czy noc nagle nabrała kolorów? Niestety piosenka skończyła się zbyt wcześnie. Mandy wyprostowała się i wyjęła słuchawki z uszu.

— Chyba powinniśmy już iść — szepnęła, wskazując ruchem głowy na ludzi wchodzących do katedry, po czym wstała i zapięła czarną, nierzucającą się w oczy kurtkę, a następnie wygładziła sięgającą niemal do kostek spódnicę. Wystarczyło, że zgarnęła za uszy kosmyki zakończonych pomarańczowo włosów, by przeobraziła się z wyzwolonej studentki w skromną katolicką dziewczynę.

Jasona aż zatkało na widok tej błyskawicznej transformacji. Nagle poczuł, że jego czarne dżinsy i kurtka nie są odpowiednim strojem na nabożeństwo.

— Wyglądasz okej — powiedziała uspokajająco Mandy, jakby czytając w jego myślach.

— Dzięki — wymamrotał.

Zgarnęli swoje rzeczy, wyrzucili puste puszki po coli do kosza na śmieci i przeszli na drugą stronę brukowanego Domvorplatz.

— Guten Abend — powitał ich przy wejściu ubrany na czarno diakon. — Willkommen.

— Danke — wymamrotała Mandy, po czym szybko wspięli się po stopniach.

Przez otwarte drzwi na kamienne schody spływał migotliwy blask świec, pogłębiając wrażenie obcowania z czymś wiekowym i dostojnym. Wcześniej, podczas zwiedzania katedry, Jason dowiedział się, że kamień węgielny pod tę ogromną budowlę położono w trzynastym wieku. Z trudem potrafił ogarnąć wyobraźnią taki szmat czasu.

Gdy tylko weszli do środka, Mandy umoczyła czubki palców w wodzie święconej i przeżegnała się. Jason poczuł się niezręcznie, uświadomił sobie wyraźniej niż kiedykolwiek, że jest tutaj intruzem, że to nie jego wiara. Obawiał się, że palnie jakieś głupstwo, które zawstydzi nie tylko jego, ale i Mandy.

— Chodźmy — szepnęła Mandy. — Chcę mieć dobre miejsce, ale nie za blisko ołtarza.

Jason szedł tuż za nią. Kiedy znaleźli się w nawie głównej, jego zakłopotanie szybko ustąpiło miejsca zachwytowi. Chociaż już tu był i choć zdążył się wiele dowiedzieć o przeszłości katedry, to i tak majestat tego miejsca wywarł na nim ogromne wrażenie. Przed nim ciągnęła się ponadstumetrowa nawa główna przecięta niemal stumetrowym transeptem. W miejscu ich przecięcia usytuowano ołtarz. Jednak tak naprawdę największe wrażenie robiła nie długość ani szerokość, lecz niesamowita wysokość budowli. Strzeliste łuki i kolumny z hipnotyzującą siłą zmuszały do skierowania spojrzenia w górę, na wysokie sklepienie. Tam również unosił się dym tysięcy migoczących świec.

Mandy poprowadziła go w kierunku ołtarza. Po obu stronach odgrodzono go grubymi linami, ale pozostawiono przejście w nawie głównej.

— Może tutaj? — zapytała, zatrzymując się mniej więcej w połowie nawy. Uśmiechała się łagodnie, nieśmiało.

Skinął głową w milczeniu, onieśmielony jej urodą. Madonna w czerni.

Mandy wzięła go za rękę i zaprowadziła na sam koniec ławki, tuż przy ścianie. Usiadł, zadowolony ze względnego odosobnienia. Mandy wciąż trzymała go za rękę. Czuł ciepło jej dłoni.

Ten wieczór stawał się coraz przyjemniejszy.

Wreszcie zadźwięczał dzwonek i rozległ się śpiew chóru. Zaczynała się msza. Jason naśladował Mandy, klękając, wstając i siadając w wyrafinowanym balecie wiary. Nic z tego nie rozumiał, ale stwierdził, że go to intryguje: odziani w długie stroje kapłani wymachujący kadzielnicami, procesja towarzysząca arcybiskupowi w mitrze i bogato zdobionych szatach, pieśni śpiewane przez chór i wiernych, blask świec.

Dzieła sztuki brały udział w ceremonii w takim samym stopniu jak jej uczestnicy. Drewniana rzeźba Matki Boskiej z maleńkim Jezusem, zwana Madonną Mediolańską, jaśniała wiekiem i wdziękiem. Po drugiej stronie nawy marmurowy święty Krzysztof z łagodnym uśmiechem trzymał na rękach niemowlę. A nad tym wszystkim dominowały gigantyczne witraże, teraz ciemne, ale odbijające światło świec różnobarwnymi błyskami niczym kamienie szlachetne.

Największe wrażenie robił jednak złoty sarkofag za ołtarzem, zamknięty w gablocie z metalu i szkła. Rozmiarów zaledwie sporej walizki i przypominający kształtem miniaturowy kościół, stanowił centralny punkt katedry, przyczynę jej wzniesienia, był najważniejszym miejscem związanym z wiarą i sztuką. Zawierał najświętsze relikwie przechowywane w tym kościele. Wykonany z litego złota, powstał, zanim jeszcze mury katedry zaczęły piąć się ku górze. Zaprojektowany w trzynastym stuleciu przez Mikołaja z Verdun, jest uważany za najwspanialszy ocalały przykład średniowiecznej sztuki złotniczej.

Jason prowadził obserwację, a msza toczyła się swoim rytmem, wyznaczanym dzwonkami i modlitwami, nieuchronnie zmierzając do końca. Wreszcie nadeszła pora na komunię, czyli dzielenie się eucharystycznym chlebem. Wierni wolno wychodzili z ławek i zmierzali ku ołtarzowi, by przyjąć ciało i krew Chrystusa.

Kiedy nadeszła ich kolej, Mandy wstała i wysunęła dłoń z jego ręki.

— Zaraz wracam — szepnęła.

Ławka niemal całkowicie opustoszała, ludzie podążyli w kierunku ołtarza. Czekając na powrót Mandy, Jason wstał, by rozprostować nogi. Korzystając z okazji, przyjrzał się rzeźbom po obu stronach konfesjonału oraz posłał tęskne spojrzenie w kierunku przedsionka, gdzie było wejście do toalety. Coraz bardziej żałował, że skusił się na trzecią puszkę coli.

Właśnie wtedy, kiedy tam patrzył, do katedry weszła grupa mnichów. Byli w długich czarnych szatach, z kapturami nasuniętymi na oczy, ale… Poruszali się stanowczo zbyt szybko, z wojskową precyzją, zajmując miejsca w wypełnionych cieniem zakamarkach. Czy to też należało do rytuału?

Rozejrzawszy się ukradkiem, dostrzegł więcej podobnych postaci przy wszystkich drzwiach, nawet za transeptem obok ołtarza. Choć miały pochylone głowy, trudno było oprzeć się wrażeniu, że stoją na warcie.

Co tu się dzieje?

Wypatrzył Mandy przy ołtarzu. Właśnie przyjmowała komunię. Za nią czekało w kolejce już tylko kilka osób. Oto ciało i krew Chrystusa, wyczytał Jason z ust kapłana.

Amen, odpowiedział w myślach.

Komunia dobiegła końca, wierni — w tym także Mandy — wrócili na miejsca. Jason przepuścił ją, po czym usiadł obok.

— O co chodzi z tymi mnichami? — zapytał.

Klęczała z pochyloną głową. Nie odpowiedziała, tylko przyłożyła palec do ust. Usiadł. Większość uczestników nabożeństwa również klęczała; siedzieli tylko ci, którzy tak jak on nie przystąpili do komunii. Kapłan wycierał kielich, arcybiskup zdawał się drzemać na swym tronie.

Wrażenie obcowania z czymś wzniosłym i niezwykłym zniknęło bez śladu. Być może przyczynił się do tego dyskomfort związany z pełnym pęcherzem, ale Jason nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie stąd wyjdzie. Już nawet wyciągnął rękę, by dotknąć łokcia Mandy i zachęcić ją, by się podniosła…

Nagły ruch zwrócił jego uwagę. Mnisi po obu stronach ołtarza błyskawicznie wydobyli broń spod szat. W blasku świec zalśnił naoliwiony metal: pistolety maszynowe Uzi z długimi czarnymi tłumikami na lufach.

Chwilę potem rozległ się stukot wystrzałów, niegłośniejszych od kaszlu nałogowego palacza. Pochylone głowy uniosły się ze zdziwieniem. Kapłan w białych szatach liturgicznych zdawał się tańczyć w rytm niesłyszalnej muzyki; na białym materiale pojawiły się czerwone plamki, jak ślady po kulkach z farbą w paintballu. Zaraz potem runął na ołtarz, przewracając kielich. Wino wymieszało się z jego krwią.

Po kilku sekundach wypełnionych całkowitą ciszą w świątyni rozległy się okrzyki przerażenia. Arcybiskup nieporadnie zerwał się z miejsca, zachwiał i mało nie runął jak długi; mitra spadła mu z głowy i potoczyła się po posadzce.

Mnisi rozbiegli się po nawach bocznych, wykrzykując polecenia po niemiecku, francusku i angielsku.

— Bleiben Sie in Ihren Sitzen… Ne bouge pas…

Głosy były stłumione, ponieważ wydobywały się zza masek zasłaniających twarze, ale wycelowana broń nie pozostawiała najmniejszych wątpliwości co do ich znaczenia.

Nie ruszać się albo zginiecie!

Mandy i Jason usiedli w ławce. Dziewczyna zacisnęła palce na jego ręce. Jason rozglądał się dokoła szeroko otwartymi oczami. Wszystkie drzwi były obstawione.

Co się tu działo?

Od grupy mnichów stojących przy głównym wejściu odłączyła wysoka postać. Jej szata przypominała pelerynę. Chociaż bez broni, wyprostowany mężczyzna szedł śmiało środkiem nawy głównej. Kiedy stanął przed arcybiskupem, wywiązała się między nimi ożywiona rozmowa. Jason uświadomił sobie ze zdumieniem, że wymiana zdań odbywa się po łacinie. W pewnej chwili dostojnik kościelny cofnął się gwałtownie o krok, jakby coś go przeraziło.

Wysoki mężczyzna w pelerynie odsunął się na bok. Zaterkotały pistolety maszynowe, ale strzelający nie chcieli nikogo zabić; celem była szklana gablota, w której znajdował się złoty relikwiarz. Kuloodporne szkło popękało, w wielu miejscach pojawiły się wgłębienia, ale nic więcej nie udało im się osiągnąć.

Odporność zabezpieczeń zdawała się dodawać sił arcybiskupowi, który stanął pewniej na nogach i wyprostował zgarbione plecy. Przywódca mnichów wstrzymał kanonadę ruchem ręki i powiedział coś po łacinie. Arcybiskup pokręcił głową.

— Lassen Sie dann das Blut Ihrer Shafe Ihre Hände beflecken — rzekł mnich po niemiecku.

W takim razie niech krew twoich owieczek splami twoje ręce.

Dwaj mężczyźni stanęli po obu stronach gabloty i przyłożyli do niej coś w rodzaju dużych metalowych talerzy. Rezultat był natychmiastowy: poharatane szkło rozsypało się w drobny mak, jakby po uderzeniu huraganu. Nieosłonięty niczym sarkofag zalśnił w blasku świec. Jason poczuł w uszach krótki, choć gwałtowny wzrost ciśnienia, jakby ściany katedry nagle zbliżyły się ze wszystkich stron. Zabolało w uszach, zakręciło się w głowie…

Odwrócił się do Mandy.

Wciąż trzymała go mocno za rękę, ale odchyliła głowę do tyłu i szeroko otworzyła usta.

— Mandy?

Kątem oka widział innych ludzi znieruchomiałych w równie nienaturalnych pozach. Dłoń Mandy zaczęła drżeć w jego ręce, wibrując niczym membrana głośnika wysokotonowego. Z oczu dziewczyny popłynęły łzy, najpierw bezbarwne, chwilę potem czerwone. Przestała oddychać. Jej ciało szarpnęło się gwałtownie, ale zanim osunęło się na podłogę, poczuł uderzenie prądu.

Przerażony, zerwał się z miejsca.

Z szeroko otwartych ust Mandy wydobywała się smużka dymu. Oczy, wywrócone białkami do góry, w kącikach szybko czerniały.

Była już martwa.

Oniemiały, rozejrzał się dookoła. Wszędzie działo się to samo, zaledwie kilka osób nie zaznało strasznego losu. Dwoje małych dzieci płakało rozpaczliwie, siedząc między nieżyjącymi rodzicami. Jason szybko się zorientował, kto ocalał: wszyscy, którzy nie przystąpili do komunii.

Tak jak on.

Wycofał się w cień przy ścianie. Nikt tego nie zauważył. Jego ręka trafiła na drzwi, nacisnęła klamkę.

Te drzwi nie prowadziły na zewnątrz. Wślizgnął się do konfesjonału, osunął na kolana, objął ramionami. Na usta cisnęły mu się słowa modlitwy.

Nagle wszystko się skończyło. Poczuł to w głowie. Jakby pyknięcie. Ściany przestały napierać.

Po jego policzkach popłynęły łzy. Ostrożnie zerknął przez szparę w drzwiach konfesjonału.

Ze swojej kryjówki miał doskonały widok na ołtarz i nawę główną. W powietrzu unosił się smród palonych włosów. Słychać było jęki i szlochy, ale wydobywały się z bardzo niewielu ust. Jakaś odziana w łachmany postać, przypuszczalnie bezdomny, wysunęła się z ławki i zataczając, pobiegła w kierunku głównego wyjścia, ale zanim zdążyła zrobić dziesięć kroków, dostała kulę w tył głowy.

Boże… o Boże…

Tłumiąc rozpaczliwy szloch, Jason przeniósł spojrzenie na ołtarz. Czterej mnisi wyjęli złoty sarkofag z roztrzaskanej gabloty. Ciało kapłana odsunięto na bok kilkoma kopniakami. Mnisi ustawili sarkofag na ołtarzu, unieśli wieko, po czym ich przywódca przełożył zawartość do sporego worka, który wyjął spod habitu. Opróżniony sarkofag wylądował z łomotem na posadzce świątyni.

Przywódca zarzucił worek na ramię i szybkim krokiem podążył w stronę głównych drzwi.

Arcybiskup zawołał coś za nim po łacinie. Zabrzmiało to jak przekleństwo, ale mnich tylko machnął ze zniecierpliwieniem ręką. Jeden z jego towarzyszy zrobił krok naprzód i przystawił arcybiskupowi pistolet do głowy.

Jason osunął się na podłogę konfesjonału. Nie chciał widzieć nic więcej. Zamknął oczy. W katedrze co jakiś czas rozlegały się pojedyncze strzały. Krzyki stopniowo milkły. Śmierć obejmowała świątynię w niepodzielne władanie.

Jason zacisnął mocniej powieki i modlił się.

Parę chwil wcześniej, w momencie kiedy habit przywódcy się rozsunął, na ubraniu, które tamten miał pod spodem, Jason dostrzegł znak przedstawiający smoka z ogonem owiniętym wokół własnej szyi. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego; przemknęło mu przez myśl, że to dość egzotyczny symbol, bardziej perski niż europejski.

W katedrze zapadła grobowa cisza. Zaraz potem do jego kryjówki zaczęły zbliżać się czyjeś kroki. Jason jeszcze mocniej zacisnął powieki, jakby usiłował w ten sposób odgrodzić się od niewyobrażalnego koszmaru, okrucieństwa, świętokradztwa. A wszystko to dla paru kości.

Chociaż ta katedra powstawała przez stulecia właśnie po to, by je chronić, choć składali im hołd niezliczeni władcy, choć nawet dzisiejsze święto miało czcić pamięć tych od dawna nieżyjących ludzi — Święto Trzech Króli — w jego umyśle wciąż od nowa pojawiało się to samo pytanie:

Dlaczego?

Wizerunki Trzech Mędrców można było znaleźć w całej katedrze, wykonane w kamieniu, szkle i złocie. Tutaj podążali ku Betlejem, prowadzeni przez gwiazdę, tam składali hołd maleńkiemu Chrystusowi, ofiarowując mu złoto, kadzidło i mirrę. Ale Jason miał przed oczami coś zupełnie innego: ostatni uśmiech Mandy. Delikatne dotknięcie jej dłoni.

To wszystko bezpowrotnie odeszło w przeszłość.

Kroki zatrzymały się przed drzwiami konfesjonału.

Jason wciąż bezgłośnie wykrzykiwał pytanie o sens tego rozlewu krwi.

Dlaczego?

Do czego komuś były potrzebne szczątki Trzech Mędrców?

DZIEŃ PIERWSZY

1Ósma Kula

24 lipca, 4.34Frederick, Maryland

Przybył sabotażysta.

Grayson Pierce przejeżdżał motocyklem przez wąskie przesmyki między budynkami, które tworzyły centrum Fort Detrick. Elektryczny silnik pracował nie głośniej niż agregat lodówki. Czarne rękawiczki pasowały do koloru maszyny — ten niklowo-fosforowy lakier nosił nazwę NPL SuperBlack. Pochłaniał światło w takim stopniu, że w porównaniu z nim zwykła czerń zdawała się niemal świecić. Zarówno reszta stroju, jak i kask były równie głęboko czarne.

Pochylony nad kierownicą, powoli zbliżał się do końca alejki. U jej wylotu zaczynał się dziedziniec otoczony budynkami Narodowego Instytutu do walki z Rakiem, wchodzącego w skład USAMRIID, czyli Amerykańskiego Wojskowego Instytutu Chorób Zakaźnych. Tutaj, w całkowicie oddzielonych od świata laboratoriach o łącznej powierzchni sześciu tysięcy metrów kwadratowych, toczyła się wojna z bioterroryzmem.

Gray wyłączył silnik, ale nie zsiadł z motocykla. Lewym kolanem dotykał sakwy z siedemdziesięcioma tysiącami dolarów. Wolał pozostać tutaj, w mroku. Księżyc już dawno zaszedł, do wschodu słońca zostały jeszcze dwadzieścia dwie minuty. Gwiazdy skryły się za resztkami chmur burzowych.

Czy podstęp się uda?

— Muł do Orła — powiedział bezgłośnie do laryngofonu. — Dotarłem na miejsce spotkania. Dalej idę pieszo.

— Potwierdzam odbiór. Mamy cię na podglądzie z satelity.

Oparł się pokusie, żeby spojrzeć w górę i pomachać. Nie lubił być obserwowany, śledzony, ale w tym wypadku stawka była zbyt wysoka. Jego informator był bardzo płochliwy. Oswojenie go zajęło blisko pół roku, dzięki kontaktom w Libii i Sudanie. To nie było łatwe. Zaufania nie kupuje się za pieniądze. Szczególnie w tym biznesie.

Wyjął z sakwy torbę z pieniędzmi i przewiesił ją przez ramię. Zaparkował motocykl w najbardziej zacienionym miejscu, zsiadł i przeszedł na drugą stronę alejki.

O tej porze niewiele oczu pozostawało otwartych, te, które patrzyły, na ogół były elektroniczne. Kontrolę tożsamości przeszedł przy wjeździe na teren ośrodka — teraz pozostawało mu wierzyć, że zdoła uniknąć elektronicznych środków nadzoru.

Zerknął na wyświetlacz swojego zegarka dla płetwonurków: 4.45. Spotkanie miało się odbyć za kwadrans. Tak wiele zależało od tego, czy zakończy się sukcesem…

Wreszcie Gray dotarł do celu. Budynek 470. O tej porze stał całkowicie opustoszały, w przyszłym miesiącu miała zacząć się jego rozbiórka. Ponieważ w związku z tym w zasadzie nikt go nie pilnował, doskonale nadawał się do takich spotkań, choć w wyborze akurat tego miejsca można było doszukać się pewnej ironii. Otóż w latach sześćdziesiątych w ogromnych zbiornikach hodowano tu bakterie wąglika. Zapasy zniszczono komisyjnie dopiero w roku 1971 i od tego czasu budynek pełnił funkcję magazynu Narodowego Instytutu do walki z Rakiem. Teraz jednak znowu wróciła sprawa wąglika. Zerknął w górę. Wszystkie okna były ciemne. Miał się spotkać ze sprzedawcą na trzecim piętrze.

Otworzył boczne drzwi za pomocą elektronicznej karty kodowej dostarczonej przez kontakt w bazie. W torbie na ramieniu niósł drugą część zapłaty: pierwszą połowę przelał przed miesiącem na podane konto. Oprócz tego miał przy sobie również sztylet o trzydziestocentymetrowym ostrzu ze spieku węglowego, ukryty w pochwie na przedramieniu.

To była jego jedyna broń. Nie mógł ryzykować, że strażnicy przy bramach odkryją cokolwiek.

Zamknął za sobą drzwi i skierował się do klatki schodowej po prawej stronie, oświetlonej jedynie czerwonym znakiem z napisem WYJŚCIE. Włączył noktowizor zainstalowany w kasku. Świat natychmiast rozjaśnił się odcieniami zieleni i srebra. Gray szybko wszedł na trzecie piętro i pchnął drzwi prowadzące do wnętrza budynku.

Nie miał pojęcia, gdzie dokładnie nastąpi spotkanie. Wiedział tylko tyle, że ma czekać na sygnał od tamtego człowieka. Przystanął na chwilę, rozejrzał się dookoła. To, co zobaczył, wcale mu się nie spodobało.

Klatka schodowa znajdowała się w narożniku budynku. Jeden korytarz biegł prosto, drugi w lewo. Po jednej stronie każdego korytarza ciągnęły się drzwi do pomieszczeń biurowych, po drugiej zaś okna. Powoli ruszył przed siebie, gotów zareagować na najmniejsze poruszenie.

Przez jedno z okien wpadł snop światła, który przesunął się po nim i podążył dalej.

Oślepiony, rzucił się pod ścianę i poturlał do tyłu. Czyżby go namierzono? Snop światła przesuwał się nieśpiesznie dalej. Ostrożnie zerknął przez jedno z okien. Wychodziło na obszerny dziedziniec przed budynkiem. Ulicą powoli jechał wojskowy hummer z zamontowanym na dachu szperaczem.

Rutynowy patrol.

Czy nie wystraszy jego kontaktu?

Klnąc w duchu na czym świat stoi, Gray czekał, aż pojazd zniknie z pola widzenia. Na chwilę jego życzenie się spełniło: hummer wjechał za potężny obiekt stojący na środku dziedzińca. Obiekt ten trochę przypominał statek kosmiczny, choć w rzeczywistości był po prostu kulistym zbiornikiem o pojemności miliona litrów, wspartym na tuzinie ogromnych nóg. Otaczały go rusztowania, ponieważ właśnie przechodził renowację, która miała przywrócić go do świetności z okresu zimnej wojny. W bazie nazywano go Ósmą Kulą. Usta Graya wykrzywił niewesoły uśmiech, kiedy uświadomił sobie, w jak niewesołej znalazł się sytuacji. Schwytany w pułapkę za Ósmą Kulą…

Hummer wyłonił się zza zbiornika, powoli dojechał do końca dziedzińca i znikł w jednej z alejek.

Zadowolony Gray ponownie ruszył korytarzem. Niebawem dotarł do dwuskrzydłowych drzwi z wąskimi szybkami, przez które widać było obszerne pomieszczenie z wysokimi metalowymi i szklanymi pojemnikami. Jedno ze starych laboratoriów, pozbawione okien i opuszczone.

Ktoś jednak zauważył jego przybycie, ponieważ w głębi pomieszczenia trzykrotnie błysnęło jasne światło, zmuszając go do wyłączenia noktowizora. Latarka.

Sygnał.

Pchnął stopą jedno skrzydło i prześlizgnął się przez szczelinę.

— Tutaj — odezwał się czyjś spokojny głos.

Gray słyszał go po raz pierwszy. Do tej pory zawsze był zniekształcony elektronicznie, całkowicie anonimowy. Teraz stało się oczywiste, że należy do kobiety. Dla Graya było to spore zaskoczenie, a nie lubił być zaskakiwany.

Szedł wzdłuż rzędów stołów, na których poustawiano odwrócone krzesła. Kobieta zajęła miejsce przy jednym ze stołów. Oprócz krzesła, na którym siedziała, ze stołu zdjęto jeszcze tylko jedno. Po przeciwnej stronie.

— Siadaj.

Spodziewał się nerwowego naukowca, kogoś, komu zależało tylko na pieniądzach. Zdrada z powodów finansowych stawała się czymś coraz częściej spotykanym. USAMRIID nie stanowił pod tym względem wyjątku… tyle że był tysiąckrotnie groźniejszy. Każda oferowana na sprzedaż fiolka mogła zabić tysiące ludzi, gdyby rozpylić jej zawartość na przykład na stacji metra.

A ona chciała sprzedać piętnaście takich fiolek.

Usiadł na krześle, położył na stole torbę z pieniędzmi.

Kobieta była Azjatką… Nie, Eurazjatką. Miała owalne oczy i lekko śniadą cerę, uszlachetnioną brązową opalenizną. Jej czarny golf bardzo przypominał ten, który on miał na sobie. Była szczupła, ale bez wątpienia silna. Na jej szyi wisiał srebrny łańcuszek z amuletem w postaci smoka owiniętego własnym ogonem. Gray przez jakiś czas przyglądał się kobiecie w milczeniu. Nie była spięta jak on, raczej… znużona.

Oczywiście jej spokój mógł w jakiejś części brać się z faktu, że celowała mu w pierś z sig sauera kalibru 9 milimetrów, z tłumikiem, ale tak naprawdę zmroziły go dopiero jej słowa:

— Dobry wieczór, komandorze Pierce.

Nie spodziewał się usłyszeć swojego nazwiska. Skoro jednak je znała…

Wystartował jak wystrzelony z procy, ale było już za późno. Pistolet wypalił z bliskiej odległości.

Siła uderzenia pocisku była tak wielka, że poleciał do tyłu razem z krzesłem i wylądował na plecach przy ścianie pomieszczenia. Ból był paraliżujący, czuł smak krwi na języku.

Został zdradzony.

Kobieta wyszła zza stołu i pochyliła się nad nim z wycelowanym pistoletem. Smok kołysał się, połyskując srebrzyście.

— Przypuszczam, komandorze Pierce, że dzięki urządzeniom zainstalowanym w kasku rejestruje pan wszystko, co się dzieje. Kto wie, może nawet transmituje pan to do Waszyngtonu, do Sigmy? Jeśli tak, to chyba nie będzie miał mi pan za złe, jeśli zajmę nieco czasu antenowego?

Zdawał sobie sprawę, że pytanie jest czysto retoryczne. Kobieta pochyliła się jeszcze niżej.

— Za dziesięć minut Gildia zajmie Fort Detrick i skazi go wąglikiem. To zapłata za to, że Sigma ingerowała w naszą operację w Omanie. Ale ja jestem jeszcze coś winna waszemu szefowi, Painterowi Crowe. To sprawa osobista. To za moją siostrę, Cassandrę Sanchez.

Wycelowała pistolet w osłonę na twarz.

— Krew za krew.

Nacisnęła spust.

5.02Waszyngton, D.C.

Siedemdziesiąt kilometrów stamtąd ekran monitora przekazujący obraz z satelity zgasł nagle.

— Gdzie backup? — zapytał Painter Crowe opanowanym głosem, powstrzymując cisnące mu się na usta przekleństwa. Panika nic tu nie pomoże.

— Dotrze najwcześniej za dziesięć minut.

— Dacie radę na nowo nawiązać połączenie?

Technik pokręcił głową.

— Straciliśmy przekaz z kamery w kasku, ale wciąż mamy podgląd z satelity NRO1. — Wskazał na sąsiedni monitor, na którym widać było czarno-biały obraz przedstawiający centralną część Fort Detrick.

Painter przechadzał się tam i z powrotem przed monitorami. Zatem była to pułapka zastawiona na Sigmę i bezpośrednio na niego…

— Zawiadomcie ochronę Fort Detrick.

— Czy na pewno?

Pytanie zadał Logan Gregory, jego zastępca. Painter doskonale rozumiał powody jego wahania: o istnieniu Sigmy wiedziała zaledwie garstka osób na samych szczytach władzy: prezydent, członkowie Połączonego Kolegium Szefów Sztabów, jego bezpośredni zwierzchnicy w DARPA2… Po zeszłorocznym trzęsieniu ziemi w najwyższych kręgach organizacja została wzięta pod lupę. Nikt nie zamierzał tolerować błędów.

— Nie chcę ryzykować życia agenta — powiedział Painter. — Zawiadom ich.

— Tak jest.

Logan podniósł słuchawkę. Z wyglądu bardziej przypominał kalifornijskiego surfera niż wybitnego stratega: jasne włosy, opalenizna, doskonała muskulatura, ale i lekko zaznaczający się brzuszek. Painter był jak jego negatyw: półkrwi Indianin, czarne włosy, błękitne oczy. I bez opalenizny. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio widział słońce.

Najchętniej usiadłby, zgiął się wpół i oparł głowę na kolanach. Dowodzenie objął zaledwie osiem miesięcy temu i większość czasu zajęła mu restrukturyzacja oraz naprawa szkód po infiltracji przez międzynarodowy kartel zwany Gildią. Nie sposób było stwierdzić, ile informacji przedostało się na zewnątrz, należało więc wszystko zbudować na nowo od podstaw. Nawet siedzibę dowództwa przeniesiono z Arlington do podziemnego schronu w Waszyngtonie.

Painter zjawił się dziś wcześnie rano, by rozpakować pudła w swoim nowym biurze, kiedy otrzymał alarmującą wiadomość od rozpoznania satelitarnego. Skierował wzrok na monitor z obrazem przekazywanym przez satelitę.

Pułapka.

Wiedział, do czego zmierza Gildia. Przed czterema tygodniami, po ponadrocznej przerwie, zaczął znowu wysyłać agentów. Dwa zespoły. Jeden do Los Alamos, by wyjaśnić zagadkę zniknięcia wyjątkowo ważnej bazy danych, a drugi na własne podwórko, do Fort Detrick, zaledwie godzinę jazdy z Waszyngtonu.

Uderzenie Gildii miało za zadanie wstrząsnąć Sigmą i jej dowódcą, dowieść, że Gildia nadal dysponuje wiedzą wystarczającą do storpedowania wszystkich ich poczynań, zmusić Sigmę do ponownego wycofania się, przegrupowania, może nawet samorozwiązania. Dopóki grupa Paintera pozostawała w uśpieniu, dopóty Gildia mogła spokojnie działać.

Do tego nie można było dopuścić.

Painter zatrzymał się i spojrzał pytająco na zastępcę.

— Wciąż nic — odparł Logan, wskazując na słuchawki. — W całej bazie mają problemy z komunikacją.

To bez wątpienia też była sprawka Gildii.

Zdenerwowany Painter oparł się o konsoletę i wbił wzrok w teczkę z dokumentacją operacji. Na okładce widniała samotna grecka litera:

Σ

W matematyce sigma oznacza sumę, połączenie rozproszonych elementów w całość. Był to także emblemat organizacji dowodzonej przez Paintera: oddziału Sigma.

Działając pod auspicjami DARPA, Sigma była jej zbrojnym ramieniem, mającym za zadanie strzeżenie, zdobywanie lub neutralizowanie technologii istotnych dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Należeli do niej najlepsi, starannie wyselekcjonowani członkowie wojskowych służb specjalnych, którzy po błyskawicznym intensywnym szkoleniu tworzyli grupę wyjątkowo sprawnych specjalistów w dziedzinie uzbrojenia.

Wyjątkowo sprawnych w zabijaniu.

Painter otworzył teczkę. Na samym wierzchu leżało dossier dowódcy oddziału. Doktor komandor Grayson Pierce.

Z fotografii przypiętej w prawym górnym rogu patrzyła na niego twarz mężczyzny. Zdjęcie pochodziło z okresu odsiadki w Leavenworth. Ciemne włosy ostrzyżone prawie do gołej skóry, błękitne gniewne oczy. Wystające kości policzkowe, szeroko rozstawione oczy i mocno zarysowana szczęka świadczyły o walijskich korzeniach, ale ogorzała cera była już w stu procentach teksańska.

Painter nie tracił czasu na przeglądanie grubego dossier, ponieważ znał na pamięć wszystkie szczegóły. Gray Pierce wstąpił do wojska w wieku osiemnastu lat, w wieku dwudziestu jeden lat został rangerem i przez dwa lata świecił przykładem, aż trafił pod sąd polowy za uderzenie oficera. Wydarzyło się to w Bośni. Biorąc pod uwagę okoliczności, Painter przypuszczalnie postąpiłby tak samo, ale w wojsku pewne zasady są nienaruszalne i wielokrotnie odznaczany żołnierz musiał odsiedzieć rok w Leavenworth.

Ale Gray Pierce był zbyt cenny, żeby spisać go na straty. Nie wolno było zmarnować jego talentu i wyszkolenia. Trzy lata temu, w chwili kiedy wychodził z więzienia, zgłosiła się po niego Sigma. A teraz był pionkiem w rozgrywce między Sigmą i Gildią.

Pionkiem, który lada chwila mógł zostać zgnieciony.

— Mam na linii ochronę bazy! — oznajmił Logan z ulgą w głosie.

— Dawaj ich.

— Proszę pana! — Technik zerwał się na równe nogi, wciąż mając słuchawki na uszach. — Panie dyrektorze, złapałem dźwięk.

Painter podszedł do technika, podniesioną ręką powstrzymując Logana. Technik przełączył dźwięk na głośniki i wszyscy usłyszeli coś, co brzmiało jak bardzo długie, wypowiedziane niemal jednym tchem słowo:

— Niechtoszlagtrafidokurwynędzy…

5.07Frederick, Maryland

Gray uderzył stopą, trafił w tułów, poczuł silny opór, ale niczego nie usłyszał, bo w uszach wciąż jeszcze szumiało mu po strzale. Pocisk strzaskał wizjer kevlarowego kasku, lewe ucho piekło niemiłosiernie, przypalone w wyniku zwarcia w okablowaniu. Nie zwracał na to uwagi.

Błyskawicznym ruchem wyciągnął sztylet z pochwy i dał nura między stoły. Padł kolejny strzał, pocisk odłupał kawałek blatu.

Dotarłszy pod przeciwległą ścianę, Gray przykucnął w ukryciu, rozglądając się dokoła. Jego kopnięcie wytrąciło kobiecie latarkę z ręki; latarka potoczyła się po podłodze, cienie zatańczyły po ścianach i suficie. Delikatnie dotknął piersi; bolało, ale nie było krwi.

— Płynna zbroja, tak? — zapytała głośno kobieta.

Niemal przywarł do podłogi, próbując ustalić jej położenie. Na strzaskanym wizjerze miotały się bezsensowne holograficzne obrazy, utrudniając obserwację, ale nie chciał zdejmować kasku. To była jego najlepsza obrona.

To, a także jego strój.

Kobieta miała rację. Płynna zbroja, opracowana w roku 2003 przez laboratoria badawcze armii Stanów Zjednoczonych. Materiał nasączono glikolem polietylenowym, w którym znajdowały się mikrocząsteczki krzemu. W normalnych warunkach ta ciecz zachowywała się jak zwyczajny płyn, ale w chwili uderzenia pocisku materiał błyskawicznie twardniał, tworząc solidną zaporę. Przed chwilą ocalił mu życie.

Przynajmniej na razie.

— Rozmieściłam w całym budynku ładunki wybuchowe — mówiła dalej kobieta, przesuwając się powoli w kierunku drzwi. — To było stosunkowo łatwe, skoro i tak przeznaczono go do wyburzenia. Wystarczyło tylko lekko zmienić ustawienie wojskowych detonatorów, żeby całą siłę eksplozji skierować w górę.

Gray wyobraził sobie słup dymu i pyłu wznoszący się wysoko w poranne niebo.

— Wąglik… — wyszeptał, ale jego głos był doskonale słyszalny w całym pomieszczeniu.

— Pomyślałam sobie, że sensownie będzie wykorzystać doskonałą okazję.

Boże, ona zamieniła ten budynek w bombę biologiczną!

Jeśli akurat wiałby silny wiatr, zagrożona byłaby nie tylko baza, ale i pobliskie miasteczko Frederick. Trzeba ją powstrzymać! Ale jak?

Gray także ruszył w kierunku drzwi. Zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale to nie mogło go powstrzymać. Stawka była zbyt wysoka. Spróbował włączyć noktowizor, lecz tylko ponownie przypiekł sobie ucho. Tuż przed jego nosem wciąż poruszały się holograficzne zjawy, utrudniając orientację.

Niech to szlag trafi.

Sięgnął do klamry, rozpiął ją i ściągnął kask.

Powietrze, którego łapczywie zaczerpnął, było świeże, ale równocześnie jakby trochę zalatywało pleśnią. Trzymał kask w jednej ręce, a sztylet w drugiej. Nisko pochylony przemknął wzdłuż ściany w kierunku drzwi. Był pewien, że się nie otworzyły, więc kobieta musiała wciąż przebywać w tym pomieszczeniu.

Ale gdzie?

I w jaki sposób mógł ją powstrzymać? Zacisnął mocniej dłoń na rękojeści sztyletu. Broń palna przeciwko ostrzu ze spieku węglowego. Marne szanse.

Kątem oka dostrzegł poruszenie w pobliżu drzwi. Znieruchomiał. Kobieta czekała ukryta za stołem, jakiś metr od wyjścia.

Z holu przez odrutowane szybki sączyło się mdłe światło. Zbliżał się świt, z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej. Żeby uciec, kobieta będzie musiała prędzej czy później wyjść z ukrycia. Na razie wtopiła się w cień, nie wiedząc, czy jej przeciwnik jest uzbrojony.

Należało jak najprędzej zakończyć tę grę.

Wziął zamach i rzucił kask w kierunku przeciwległej ściany laboratorium. Rozległ się donośny łoskot i brzęk tłuczonego szkła. Ułamek sekundy później pobiegł tam, gdzie ukryła się wysłanniczka Gildii. Nie miał wiele czasu.

Zerwała się na równe nogi, strzeliła w kierunku, z którego dobiegł hałas, ale równocześnie niemal z wdziękiem dała susa ku drzwiom. Można było odnieść wrażenie, że wykorzystała do tego siłę odrzutu broni, z której strzelała.

Gray poczuł coś w rodzaju podziwu, ale to było za mało, żeby go powstrzymać. Wycelował starannie i rzucił sztyletem, wkładając w to całą siłę. Doskonale wyważona broń ze świstem przecięła powietrze i trafiła kobietę w szyję.

Gray rzucił się ku drzwiom, lecz niemal natychmiast zrozumiał swój błąd. Sztylet odbił się od celu i spadł na podłogę.

Płynna zbroja.

Nic dziwnego, że domyśliła się, co go chroni. Sama korzystała z podobnego wyposażenia.

Jego atak odniósł jednak jakiś skutek; straciła równowagę i upadła z łoskotem. Uderzenie było tak silne, że prawie na pewno uszkodziła sobie kolano, ale nie wypuściła pistoletu z ręki. Z odległości kilkudziesięciu centymetrów wycelowała broń w twarz Graya.

A on nie miał już na głowie kevlarowego kasku.

5.09Waszyngton, D.C.

— Znowu straciliśmy łączność — powiedział technik zupełnie niepotrzebnie.

Usłyszeli donośny łoskot, a potem zapadła cisza.

— Wciąż mam ochronę na linii — przypomniał Logan.

Painter nadal analizował odgłos, który usłyszeli przed zerwaniem połączenia.

— Rzucił kask — powiedział nagle.

Dwaj mężczyźni spojrzeli na niego.

Opuścił wzrok na leżące przed nim dossier. Grayson Pierce nie był głupcem. Sigma zwróciła na niego uwagę nie tylko ze względu na jego wojskowe doświadczenie, ale i na wynik testów na inteligencję. Były bardzo dobre, choć trafiali się tacy, co mieli lepsze. Tym, co zaważyło na decyzji o rekrutacji, było jego zachowanie w więzieniu. Pomimo surowej dyscypliny i obowiązku wykonywania ciężkiej pracy Grayson wziął się do intensywnej nauki chemii i taoizmu. Ta różnorodność zainteresowań zaintrygowała zarówno Paintera, jak i poprzedniego dyrektora Sigmy, Seana McKnighta.

Grayson był żywym przykładem sprzeczności: Walijczyk mieszkający w Teksasie, student taoizmu nierozstający się z różańcem, żołnierz zgłębiający w więzieniu tajniki chemii. Między innymi właśnie dlatego trafił do Sigmy.

Ale nie ma nic za darmo. Będąc oryginałem, płacił za to określoną cenę. Nie pracował w zespole.

Tak jak teraz. Działał sam, wbrew zasadom.

— Porozmawia pan z nimi? — zapytał zastępca.

Painter nabrał powietrza w płuca.

— Za dwie minuty.

5.10Frederick, Maryland

Pocisk przemknął ze świstem tuż obok jego ucha.

Gray miał szczęście. Kobieta nacisnęła spust odrobinę za wcześnie, zanim zdążyła dobrze wycelować, on zaś był w trakcie błyskawicznego uniku. Celny strzał w głowę nie jest aż tak łatwy, jak pokazują w filmach.

Rzucił się na przeciwniczkę, chwycił ją z całych sił. Pistolet znalazł się między nimi. Nawet gdyby pociągnęła po raz drugi za spust, będzie miał szansę przeżyć, tyle że zaboli jak diabli.

Rzeczywiście, zabolało.

Pocisk trafił go w lewe udo. To było jak potwornie silne uderzenie ostro zakończonym młotem. Wrzasnął przeraźliwie. A niby czemu nie? Przecież bolało jak skurwysyn. Z wściekłością rąbnął łokciem w szyję kobiety, ale płynna zbroja natychmiast zesztywniała, chroniąc ją przed uderzeniem.

Niech to szlag!

Padł kolejny strzał. Gray był od swojej przeciwniczki silniejszy i masywniejszy, ale ona miała przewagę ciężkiej artylerii. Pocisk rąbnął w brzuch, dotarł prawie do kręgosłupa, zanim zbroja odrzuciła go wstecz. Grayson nie był w stanie oddychać; bezsilnie patrzył, jak lufa podnosi się wyżej.

Sig sauer miał magazynek na piętnaście pocisków. Ile razy nacisnęła już spust? Z pewnością w magazynku zostało dość amunicji, żeby zrobić z niego miazgę.

Nie mógł do tego dopuścić.

Rąbnął ją czołem w twarz, jednak agentka Gildii nie była nowicjuszką. Zdążyła nieco odchylić głowę, ale dzięki temu zdołał zahaczyć stopą o przewód lampy stojącej na stole; lampa spadła z hukiem na podłogę, szklany kosz rozprysnął się na kawałki. Trzymając kobietę w niedźwiedzim uścisku, przetoczył się z nią po szczątkach lampy. Oczywiście nie liczył na to, że odłamki szkła przebiją jej zbroję. Chodziło mu o coś innego.

Pod ich połączonym ciężarem żarówka pękła z hukiem.

Doskonale.

Gray zwolnił uchwyt i prawie na oślep skoczył tam, gdzie — jak mu się wydawało — powinien być włącznik światła. Usłyszał huk i niemal równocześnie poczuł jakby potężne kopnięcie w plecy.

Uderzył w ścianę, ręką trafił na włącznik. W laboratorium zamigotały światła. Coś nie w porządku z obwodem.

Osunął się na podłogę. Nie zamierzał porazić kobiety prądem, takie rzeczy udawały się wyłącznie w filmach. Liczył tylko na to, że ktoś, kto ostatnio pracował przy tym stole, nie wyłączył lampy.

Przeciwniczka wciąż celowała w niego z pistoletu. Nacisnęła spust, ale chybiła. Gray przesunął się w bok; wyciągnięte ramię kobiety nie powędrowało za nim.

— Płynna zbroja… — powiedział z zadumą. — Ma wiele zalet, ale nie jest pozbawiona wad. — Podszedł z boku i wyjął jej broń z dłoni. — Glikol jest doskonałym przewodnikiem elektryczności. Wystarczy niewielki impuls, nawet taki ze stłuczonej żarówki w lampie.

Kopnął kobietę w podbródek. Zbroja była twarda jak kamień.

— No i proszę, jaki mamy rezultat…

Zbroja stała się jej więzieniem.

Przeszukał ją szybko, nie zwracając uwagi na jej próby poruszenia się. Z największym wysiłkiem mogła odrobinę zmienić pozycję, ale odbywało się to jak w zwolnionym tempie. W końcu zrezygnowała.

— To nic nie da — powiedziała z zaczerwienioną twarzą. — Nie znajdziesz detonatora. Ustawiłam włącznik czasowy. Wybuch nastąpi… — Z trudem spojrzała na zegarek. — Za dwie minuty. Nie zdążysz rozbroić wszystkich ładunków.

Dwie minuty. Jej życie też wisiało na włosku. Dostrzegł wyraz niepewności w tych lekko skośnych oczach — bała się śmierci tak samo jak każda ludzka istota — ale reszta twarzy była nieruchoma i twarda jak zbroja.

— Gdzie ukryłaś pojemniki?

Wiedział, że mu nie odpowie, ale uważnie obserwował jej oczy. Źrenice na chwilę powędrowały w górę, po czym znów spojrzały prosto na niego.

Dach.

To nawet miało sens. Nie potrzebował potwierdzenia. Wąglik — Bacillus anthracis — jest wrażliwy na temperaturę. Jeśli kobieta chciała, żeby bakterie rozprzestrzeniły się w wyniku wybuchu, to musiały znajdować się jak najdalej od epicentrum eksplozji.

Splunęła mu na policzek. Nawet nie otarł twarzy. Nie miał czasu.

Jeszcze minuta i czterdzieści osiem sekund.

Zerwał się na nogi i pobiegł do drzwi.

— Nie zdążysz! — zawołała za nim.

Domyśliła się, że chodzi mu o bombę, nie o własne życie. Z jakiegoś powodu cholernie go to zirytowało. Zupełnie jakby znała go wystarczająco dobrze, żeby przejrzeć na wylot.

Dopadł klatki schodowej i przeskakując po dwa stopnie, popędził w górę. Metalowe drzwi prowadzące na dach wyposażono w ciągnący się przez całą ich szerokość uchwyt, ułatwiający otwieranie w razie nagłej potrzeby.

To była właśnie nagła potrzeba.

Otworzył drzwi, uruchamiając sygnał alarmowy, i wypadł w szarówkę przedświtu. Dach był pokryty papą, pod stopami chrzęścił piach. Gray potoczył wzrokiem dookoła: zbyt wiele miejsc do przeszukania. Rynny, kominy, anteny satelitarne…

Gdzie to mogło być?

Zostało mu bardzo niewiele czasu.

5.13Waszyngton, D.C.

— Jest na dachu! — wykrzyknął technik, wskazując na ekran monitora.

Painter pochylił się i wytężył wzrok. Co on tam robi?

— Ściga go ktoś?

— Nie widzę.

— Ochrona bazy informuje, że w budynku numer czterysta siedemdziesiąt włączył się alarm pożarowy! — zameldował Logan od telefonu.

— Widocznie uruchomił go, kiedy wchodził na dach — odparł technik.

— Dasz radę zrobić zbliżenie? — zapytał Painter.

Technik skinął głową i poruszył joystickiem. Grayson Pierse był bez kasku, miał zakrwawione lewe ucho. Stał nieruchomo przy drzwiach.

— Co on wyrabia? — zastanawiał się głośno technik.

— Ochrona pyta, czy mają interweniować.

Painter pokręcił głową, czując, jak w żołądku rozpuszcza mu się lodowa kula.

— Powiedz im, żeby trzymali się z daleka. I żeby natychmiast ewakuowali wszystkich z okolic tego budynku.

— Ale…

— Zrób to!

5.14Frederick, Maryland

Gray powtórnie rozejrzał się po dachu. Sygnał alarmowy wciąż działał, ale on starał się nie zwracać na to uwagi. Próbował się skupić i myśleć jak przeciwnik.

Przykucnął. W nocy lał deszcz, więc zapewne kobieta przyniosła pojemniki dopiero wtedy, kiedy przestało padać. Próbował wypatrzyć jakieś ślady w piasku spłukanym przez wodę. Nie było to trudne, ponieważ wiedział, że to jedyne wyjście na dach.

Ruszył po śladach. Prowadziły do jednego z wylotów kanałów wentylacyjnych.

Oczywiście.

Komin miał posłużyć za coś w rodzaju lufy armatniej, która wystrzeli śmiercionośny ładunek wysoko w powietrze.

Ukląkł i niemal natychmiast dostrzegł świeże zadrapania na pokrytym rdzą metalu. Nie miał czasu szukać ewentualnych pułapek: wytężył siły i z cichym stęknięciem zdjął z komina metalowy kołnierz.

Bomba tkwiła u samego wylotu: pakiet C4 otoczony piętnastoma szklanymi pojemnikami. Przez chwilę wpatrywał się w biały proszek wypełniający pojemniki, a następnie, przygryzając dolną wargę, ostrożnie wyjął bombę z kanału wentylacyjnego. Ukazał się detonator czasowy.

00.54

00.53

00.52

Gray wyprostował się i dokonał błyskawicznych oględzin bomby. Była zabezpieczona przed niepożądaną ingerencją. Wszystko wskazywało na to, że wybuchnie. Musiał jak najprędzej usunąć ją z tego budynku.

00.41

Tylko jedna szansa.

Wepchnął bombę do nylonowej torby na ramieniu i pobiegł w kierunku frontowej ściany budynku, jasno oświetlonej reflektorami, które automatycznie włączyły się w chwili uruchomienia alarmu. I co z tego, ochrona bazy i tak nie zdąży na czas.

Nie miał wyboru.

W tej sytuacji jego życie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.

Cofnął się kilka kroków, wziął głęboki wdech i ruszył biegiem. Chwilę potem z całych sił odbił się od parapetu i poszybował w sześciopiętrową przepaść.

5.15Waszyngton, D.C.

— Chryste Panie! — wykrzyknął Logan, kiedy Grayson skoczył.

— On oszalał! — zawtórował mu technik, zrywając się z miejsca.

Painter z kamiennym spokojem patrzył w ekran.

— Zrobił to, co musiał.

5.15Frederick, Maryland

Gray podkulił nogi, ręce rozłożył szeroko. Spadał jak pocisk, modląc się, żeby prawa fizyki oraz analiza wektorowa okazały się dla niego łaskawe. Szykował się na uderzenie.

Dwa piętra niżej i dwadzieścia metrów od budynku czekała na niego powierzchnia Ósmej Kuli. Gigantyczny kulisty zbiornik o pojemności miliona litrów połyskiwał poranną rosą. Gray wykonał półobrót w powietrzu, starając się za wszelką cenę lecieć stopami w dół.

Czas przyśpieszył. Albo on.

Stopy w wojskowych butach uderzyły w powierzchnię kuli. Płynna zbroja natychmiast zesztywniała wokół kostek, chroniąc je przed złamaniem. Siła bezwładności pchnęła go do przodu, twarzą w dół, z rozrzuconymi ramionami. Wylądował nie na szczycie kuli, lecz z boku, od strony budynku numer 470.

Rozczapierzone palce nie trafiły na nic, co mogłoby go zatrzymać.

Zsuwał się po pokrytej rosą gładkiej powierzchni, po czym minął punkt bez powrotu i runął w dół, tracąc kontakt z powierzchnią.

O tym, że spada na rusztowanie, dowiedział się dopiero wtedy, kiedy z impetem wylądował na metalowym podeście biegnącym dokoła równika kuli. Natychmiast zerwał się na nogi, nie wierząc, że jeszcze żyje. Błyskawicznie wyjął bombę z torby, równocześnie rozglądając się dookoła. W metalowej powierzchni znajdowało się wiele okrągłych okienek, przez które uczeni mogli śledzić przebieg zachodzących w środku procesów. Groźne mikroby nigdy nie zdołały wydostać się na zewnątrz.

Modlił się, żeby podobnie było i tym razem.

Wyświetlacz detonatora pokazywał 00.18.

Gray nie miał nawet czasu zakląć. Pognał ile sił w nogach. Kilka metrów dalej dostrzegł właz z iluminatorem.

Chwycił za klamkę, szarpnął.

Zamknięte.

5.15Waszyngton, D.C.

Painter obserwował, jak Grayson szarpie właz w powierzchni metalowej kuli. W każdym jego ruchu widać było rozpaczliwy pośpiech. Wcześniej zauważył bombę, którą tamten wydobył z kanału wentylacyjnego. Nie miał najmniejszych wątpliwości co do tego, jaki ładunek zawiera.

Wąglik.

Najwyraźniej Graysonowi nie udało się rozbroić bomby, więc teraz usiłował umieścić ją w jakimś bezpiecznym miejscu. Niestety bezskutecznie.

Ile czasu mu zostało?

5.15Frederick, Maryland

00.18

Grayson pobiegł przed siebie. Może dalej coś będzie otwarte. Miał wrażenie, że biegnie w butach narciarskich — dolna część nogawek wciąż była sztywna jak blacha.

Przed sobą dostrzegł kolejny właz.

— STÓJ!

Ochrona bazy. Wzmocniony przez megafon głos był tak rozkazujący, że niewiele brakowało i Gray zastosowałby się do polecenia. Jednak biegł dalej.

Padło na niego światło reflektora punktowego.

— STÓJ ALBO OTWORZYMY OGIEŃ!

Nie miał czasu na negocjacje.

Rozległ się terkot pistoletów maszynowych, pociski rykoszetowały od powierzchni kuli i rusztowania. Wszystkie daleko od niego. Strzały ostrzegawcze.

Dopadł drugiego włazu, chwycił za klamkę, nacisnął i pociągnął. Przez ułamek sekundy nic się nie działo, a potem stalowa płyta ustąpiła. Z ust Graya wyrwał się okrzyk ulgi. Wrzucił bombę do środka, zatrzasnął właz, oparł się o niego plecami, po czym powoli osunął się do pozycji siedzącej.

— STÓJ! NIE RUSZAJ SIĘ!

Nigdzie się nie wybierał. Był bardzo szczęśliwy tu i teraz. Za plecami poczuł wyraźne drżenie: ładunek eksplodował we wnętrzu kuli, nie czyniąc nikomu krzywdy. Zaraz okazało się jednak, że to nie koniec, lecz zaledwie początek. W powietrzu rozległ się łoskot kolejnych eksplozji.

BUM! BUM! BUM!

To wybuchały ładunki zainstalowane w budynku numer 470.

Chociaż osłonięty krzywizną ogromnej kuli, Gray i tak poczuł ruch mas powietrza, kiedy budowla runęła z ogłuszającym hukiem. W górę wzbiła się ogromna chmura dymu i pyłu… Ale była całkowicie nieszkodliwa.

Resztkami budynku wstrząsnęła jeszcze jedna eksplozja, posypał się gruz i kamienie. Nastała cisza, ale po chwili zakłócił ją nowy odgłos.

Skrzypienie metalu.

W wyniku wstrząsu spowodowanego wybuchem dwie stalowe podpory wygięły się i ogromna kula zaczęła się powoli przechylać, jakby próbowała przyklęknąć. Kolejne podpory pękały albo gięły się jak źdźbła trawy. Zbiornik o pojemności miliona litrów pochylał się coraz mocniej w kierunku pojazdów ochrony.

A Gray znajdował się tam, gdzie miało nastąpić zetknięcie z ziemią.

Popędził przed siebie metalową kładką, ale ta bardzo szybko zamieniła się w drabinę, więc o biegu nie było już mowy. Rozpaczliwie chwycił się metalowej konstrukcji i odepchnął z całych sił nogami.

Kula z ogłuszającym hukiem uderzyła w nawierzchnię dziedzińca. Siła wstrząsu cisnęła Graya w powietrze; przeleciał kilka metrów i z impetem wylądował na plecach na miękkim trawniku. Podniósł głowę, oparł się na łokciu.

Pojazdy ochrony cofały się pośpiesznie przed obalonym kolosem, ale nie ulegało wątpliwości, że lada chwila wrócą. A on nie mógł pozwolić się złapać.

Z jękiem podniósł się i zataczając, pobiegł w stronę dymiącego rumowiska. Dopiero teraz do jego uszu dotarło zawodzenie syren alarmowych. Biegnąc, ściągał kombinezon; nie zapomniał o zabraniu plakietki identyfikacyjnej. Pod osłoną dymu przemknął na drugą stronę dziedzińca, do alejki, w której zostawił motocykl.

Maszyna była nienaruszona.

Wskoczył na siodełko, przekręcił kluczyk. Silnik zamruczał ochoczo. Gray chwycił za kierownicę… i znieruchomiał. Na manetce gazu coś wisiało. Wziął to do ręki, przyglądał się przez chwilę, po czym wcisnął do kieszeni.

Cholera!

Skręcił w najbliższą alejkę. Droga była pusta. Pochylił się, dodał gazu i popędził między pogrążonymi w ciemności budynkami. Po chwili skręcił w lewo w Porter Street, niemal dotykając kolanem nawierzchni. Żaden z nielicznych samochodów na ulicy nie miał oznaczeń żandarmerii wojskowej.

Gnał na złamanie karku w kierunku mniej zurbanizowanej części bazy wokół jeziora Nallin, otoczonego łagodnymi pagórkami i lasem. Przeczeka tam największe zamieszanie, a potem opuści teren bazy. Na razie był bezpieczny, ale w kieszeni ciążył mu przedmiot, który znalazł na kierownicy motocykla.

Srebrny łańcuszek ze smokiem mającym ogon owinięty wokół własnej szyi.

5.48Waszyngton, D.C.

Painter odsunął się od konsoli. Widzieli na ekranie, jak Grayson dopada motocykla i rusza. Logan cały czas wisiał na telefonie, prowadząc ożywione rozmowy na kodowanych kanałach. Wyjaśniał wszystkim, że zamieszanie w bazie to rezultat nieporozumienia i błędów technicznych przy składowaniu zapasów broni.

Ani słowa o Sigmie.

— Mam na linii dyrektora DARPA — zameldował technik.

— Przełącz go tutaj.

Painter wziął do ręki drugą słuchawkę i czekał na sygnał, że urządzenia kodujące są gotowe do działania. Wreszcie technik skinął głową. Choć na razie nie padło ani jedno słowo, Painter niemal fizycznie wyczuwał obecność przełożonego.

— Dyrektorze McKnight?

Spodziewał się, że tamten zażąda informacji o przebiegu misji, ale się mylił.

— Painter, właśnie otrzymałem wiadomość z Niemiec — powiedział dyrektor tonem, w którym wyraźnie było słychać napięcie. — Tajemniczy zamach w katedrze, wiele ofiar. Nasi ludzie muszą tam być najpóźniej o zmroku.

— Tak szybko?

— W ciągu kwadransa powinniśmy poznać szczegóły, ale już teraz wiem, że grupą musi dowodzić najlepszy agent, jakiego mamy.

Painter spojrzał na ekran monitora, na którym samotny motocyklista pędził drogą wijącą się wśród zalesionych wzgórz.

— Chyba mam właściwego człowieka. Skąd ten pośpiech?

— Dzwoniono do mnie z prośbą, żebyśmy zajęli się tą sprawą. Wymieniono konkretnie pańską grupę.

— Czy można wiedzieć, kto dzwonił?

Przypuszczał, że chodzi o prezydenta, bo nie potrafił sobie wyobrazić, żeby telefon od kogokolwiek innego zdołał tak bardzo poruszyć McKnighta, ale okazało się, że i tym razem się mylił.

— Watykan.