„Mao Star. Instynktowne zanikanie w przestrzeni”. Listy i materiały do biografii Małgorzaty Starowieyskiej (1953-2006) - Kapsyda Kobro-Okołowicz - ebook
Opis

„Spośród materiałów przygotowanych do druku przez Kapsydę Kobro najbliższe są mi listy Mao Star i materiały z lat osiemdziesiątych, najbardziej bowiem intensywna działalność artystyczna Mao Star przypadła właśnie na lata osiemdziesiąte zeszłego stulecia. Ważne tu jest jej miejsce: Berlin Zachodni. […]  Wtedy kłębiły się w Berlinie nurty nowoczesnej sztuki i ruchy kulturowe: Neue Wilde, nowa fala, punk rock, awangarda. Mao Star była ważną częścią tego pulsującego życia, ikoną Kreuzberga. Kreuzberg był centrum rewolucyjnej rewolty. Artyści, performerzy, szalone koncerty, teatry, demonstracje polityczne, tureckie knajpy, kebaby i polska emigracja stapiały się w fascynujący amalgamat. Mao Star brała udział w dziesiątkach performansów, sztukach teatralnych i wystawach. Sama wielokrotnie była twórczynią rozbudowanych performance art. […]
Książka Kapsydy Kobro o całym tym artystyczno-tragicznym splocie, jakim było życie Małgorzaty Starowieyskiej jest fascynującym świadectwem życia nieprzystosowanej artystki końca XX wieku, m.in. w demonicznym mieście, jakim był Berlin Zachodni. […] Książka Kapsydy Kobro ratuje od zapomnienia artystkę, której tragiczny los, zakończony na poły samobójczą śmiercią mało jest znany nawet historykom i krytykom sztuki. Kapsyda też w swej bardzo szczegółowo faktograficznie opracowanej książce ocala częściowo ową artystyczną atmosferę, jaka towarzyszyła Paryżowi czy Berlinowi Zachodniemu w tamtych czasach. Czuje swym zmysłem badaczki metafizyczne fluidy, które to miasto wówczas wydzielało…”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 654

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kamil SipowiczTwój pogrzeb w podwarszawskich Laskach

Dziś jest maj 2006 i Twój pogrzebw podwarszawskich Laskach.Kościół pełen ludzi,delikatne wiosenne światło,kwiatki na zewnątrzzasadzone przez czułe zakonnice.Twoja ostatnia droga: Warszawa, Paryż, Berlin,jakaś dziwna mieścina w północnej Polscei Ursynów.A dziś Laski.Cmentarz elitarny.Będziesz obokSłonimskiego, Małachowskiego, Mikołajskiej.Zawieyskiego litościwie pochowanegoz kochankiem.Twoja ostatnia droga.Przed śmierciąalkoholizm leczyłaś spidami.Spidy czerwonym winem,które kochałaś nad życie.Ulga dla Ciebiei dla innych

Pieśni solarne, Biblioteka „Nowej Okolicy Poetów”, t. 21, Rzeszów 2009, s. 33–51.

Napisałem ten poemat jakieś trzy albo cztery lata temu. Bardzo długo wisiał na mojej stronie internetowej i nikt kompletnie nie zwrócił na niego uwagi. Później, kiedy napisałem inne wiersze w Egipcie, solarne, miałem pomysł, by wydać dwa oddzielne tomiki – Mao Star w Czułym Barbarzyńcy. Miał do tego dać zdjęcia z Berlina Wiesław Sadurski, który też ją znał, malarz berliński, poeta, Polak. Jednak on zniknął, przestał się odzywać. W związku z tym Nowa Okolica Poetów postanowiła wydać tomik. Na początku miał się nazywać Mao Star, ale sugerowali, że lepszy tytuł to Pieśni solarne. Mao Star to kilkunastoczęściowy poemat, do którego pretekstem była nasza znajomość z Małgosią, ale nie tylko. Przede wszystkim jest to poemat o Berlinie Zachodnim, o mieście, w którym wtedy mieszkaliśmy. Bardzo dziwnym mieście, najbliżej Polski położonym, takim wolnym skrawku ziemi, gdzie Polacy przebywali w najróżniejszych warunkach, otoczonym przez komunistyczne Niemcy Wschodnie, przepołowione miasto, mur… Także jest to zapis naszego wspólnego bytowania w tym mieście. Próbowaliśmy tam przebić się ze swoją sztuką, mieliśmy wystawy wspólne i indywidualne, ale się nie dało. Nie było łatwo, choćby dlatego że Niemcy głównie promują samych siebie, nie oszukujmy się, a my jednak byliśmy Polakami. Ona załatwiła sobie jakieś stypendia, z których żyła. Na­tomiast ja miałem na początku stypendium naukowe jako student, a później najzwyczajniej w świecie pracowałem jako robotnik w fabryce, żeby żyć, żeby ona miała między innymi na wino. My w tym Berlinie nie mieliśmy pieniędzy na opalenie mieszkania, przesiadywaliśmy w kawiarniach. Pamiętam, że nie miałem pieniędzy na kebab. Dwie marki to był problem. Jeździło się na gapę. Nie było łatwo. […]

Myślę, że z niej da się zrobić legendę, bo ona była wielką artystką. […] Małgosia zostawiła po sobie trwałe wartości artystyczne, dzieła sztuki. Uważam, że mogłyby być wystawiane przez najlepsze na świecie galerie. […]

Cierpiała na chorobę alkoholową i nie była w stanie wyprowadzić tej sztuki na szersze wody… Jednak teraz ludzie zaczynają się nią interesować, co jest istotne, bo jej twórczość jest ciekawsza niż wielu artystów, którym poświęca się uwagę […]

Nasze pokolenie z lat sześćdziesiątych jest pokoleniem właściwie za­pomnianym. Moja książka Hipisi w PRL-u odsłoniła ludziom zjawisko hipisów. Ludzie w ogóle nie wiedzieli, że coś takiego istniało – że istnieli hipisi, że istniała awangarda, podziemie artystyczne w Polsce. Ta książka wywołała tak nieproporcjonalny szok do moich oczekiwań, byłem zdziwiony, podobnie jak Ty jesteś zdziwiona losem sztuki Mao Star, której obecność jako artystki będzie dopiero teraz zauważana.

Ty, dochodząc kilka pokoleń później, masz do czynienia z materiałem, który budujesz w całość z fragmentów.

Mao Star ma szansę po raz pierwszy zaistnieć w panoramie polskiej sztuki współczesnej. Miejmy nadzieję, że uzyska należne jej miejsce w świecie sztuki.

Fragment rozmowy Kapsydy Kobro z Kamilem Sipowiczem, zarejestrowanej w sierpniu 2009 roku w Warszawie.

O podróży „za Mao Star i po Mao Star”

Łupina mojego ciała, nie będzie mogła wytrzymać żaru mojego ducha.

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Jak napisałam w podziękowaniach zawartych w tej książce, o losach Małgorzaty Starowieyskiej dowiedziałam się z poematu Mao Star poświęconego artystce z tomiku Pieśni solarne Kamila Sipowicza1. Był rok 2009 roku, wraz z Sipowiczem i hermeneutą, profesorem Michałem Januszkiewiczem, braliśmy udział w dyskusji poświęconej szeroko rozumianej performatyce, która odbywała się w ramach projektu naukowego mojego autorstwa oraz antropologa kulturowego Waldemara Kuligowskiego z Instytutu Etno­logii i Antropologii Kulturowej Wydziału Historycznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Sipowicz w trakcie tego spotkania wspominał o Mao Star – swojej przyjaciółce z okresu berlińskiego, przed samym spotkaniem zaś przysłał mi jeszcze niepublikowany poemat poświęcony Małgorzacie Starowieyskiej, znajdujący się tylko na stronie internetowej Sipowicza. Poemat ten zaciekawił mnie, ponieważ przedstawiał ciemny Berlin, przede wszystkim zaś zafascynowała mnie enigmatyczna postać Mao Star – Małgorzaty Starowieyskiej, o której nigdzie, poza wierszami, nie mogłam znaleźć informacji. Dosłownie nigdzie – w Internecie, w żadnej książce, w żadnych rejestrach sztuki – nie było o niej choćby wzmianki. Tak też osoba Mao Star stała się tematem moich rozmów z Sipowiczem, który to sukcesywnie opowiadał mi o artystce, o sobie, a także ich wspólnym życiu w Berlinie Zachodnim oraz o ostatnich, alkoholowych latach życia i o  śmierci artystki.

Historia życia Mao Star jednocześnie przeraziła mnie i zafascynowała.

Przy okazji wizyty w marcu 2009 roku w Warszawie, związanej z rocznicą śmierci Anny Micińskiej2 oraz wydaną pośmiertnie książką Micińskiej Wędrówki bez powrotu3, odwiedziłam znajomą Mao Star – Agnieszkę Osak-Rejmer4 oraz matkę – Helenę Starowieyską. Przekazy obu pań były krańcowo różne i bardzo emocjonalne. Miałam wrażenie, że wspominają dwie różne osoby. Wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, że już w niedalekiej przyszłości spotkam ludzi, którzy będą opowiadać mi o dokumentnie różnych, jakby zmultiplikowanych Mao Star. Szybko zrozumiałam, jakże znamienne jest zdanie, które w jednym z pierwszych listów napisała do mnie Agnieszka Osak-Rejmer o Małgosi: „Nosiła pod powiekami tysiące imion i chyba do końca nie wiedziała, które z nich należy tylko do Niej”.

Podczas wizyty na Żoliborzu matka Mao Star pokazała mi część zdjęć i prac artystki. Pamiętam, że pod sam koniec spotkania moją uwagę przykuła duża biała teczka znajdująca się pod stołem w pokoju, w którym rozmawiałyśmy. Zapytałam, czy mogę ją obejrzeć. Byłam wstrząśnięta tym, co ujrzałam – były to ksera zdjęć artystki z działań artystycznych z okresu berlińskiego. Właśnie to, co znajdowało się w tej teczce zaciekawiło mnie najbardziej. Chwilę tę traktuję jako symboliczną, nadała bowiem zwrot akcji. Myślę, że wtedy rozpoczęła się moja podróż „za Mao Star i po Mao Star”, podróż, która teraz wykraczała już poza słowa, wiersze. Potem, nie wiedząc jak, zwiedziłam w Jej sprawie „Berlin, świat”…

W rocznicę śmierci Mao Star, 2 maja 2009 roku, pojechałam z matką artystki na Jej grób, na cmentarz w Laskach, czując potrzebę zmierzenia się z tym, co będę musiała pokonać, przez co będę musiała się przedzierać przez następne miesiące w tej wędrówce „za Nią, po Nią” – miałam rozpocząć burzenie muru zapomnienia. Chyba właśnie wtedy już świadomie podjęłam się tej pracy. Właśnie wtedy – stojąc nad jej grobem. Przykleiłam do niego anioła. Z biegiem czasu polubiłam słowo „tonaż”, czy raczej: stało się mi po prostu niezwykle bliskie. Doskonale oddawało ciężar emocjonalny, jaki przyszło mi dźwigać, podróże były bowiem dla mnie niezrozumiale bolesne. Przypominało to stan godzenia się z czyimś odejściem, swoistą żałobę.

W tym miejscu muszę zaznaczyć, że zaczynając projekt poświęcony Mao Star, nie miałam w planach napisania o niej jakiejkolwiek książki. Konieczność taką dostrzegłam w toku pracy. Początkowo moja rola polegała na ocaleniu twórczości artystki nie tyle od zapomnienia, ile, w pierwszej kolejności, od zniszczenia. Tak też odnajdywałam spuściznę artystyczną Mao Star, głównie obrazy, wywoziłam je z piwnic, gdzie przechowywane były w fatalnych warunkach. Wiele z odnalezionych prac udało mi się odkupić bądź otrzymać od znajomych i przyjaciół artystki. Kiedy już powzięłam zamiar stworzenia niniejszej książki, zależało mi, by Mao Star niejako sama dała świadectwo, by ukazała się czytelnikowi w pełni. Z tego też powodu zrezygnowałam z napisania standardowej biografii, a postanowiłam przygotować do druku jej listy do matki z lat 1975–1987 z Paryża, Szwecji (Sztokholmu, Visingsö), Monachium, Berlina, Kilonii, Wuppertalu, Frankfurtu, Amsterdamu, Düsseldorfu czy Wenecji, listy z lat dziewięćdziesiątych pisane do Darii Danuty Lisieckiej ze wsi Skudzawy Stare i Warszawy oraz zebrać ślady – między innymi materiał potwierdzający udział w wielu wydarzeniach artystycznych, a tym samym przyjąć rolę (i dolę) edytora. Na jakiś czas schować się w cień, aby zbojkotować absurd konieczności stawania się rzecznikiem, jej obrońcą.

Zachowane listy pisane przez Małgorzatę były dla mnie mapą. Odnalazłam wielu przyjaciół i współpracowników Mao Star z całego świata, których artystka wymieniła w tych listach. Podobnie jak miejsca, o których pisała, jak i wydarzenia, o których wspominała, a w  których brała udział. To zadanie było o tyle trudniejsze, że zazwyczaj wszystkie instytucje w Europie, do których zwracałam się z pytaniami o Nią, nie miały Jej już w swoich rejestrach, mimo że często na przykład posiadałam plakaty, na których widniała jako uczestnik bądź autor działań. Co ciekawsze, by uzyskać jakąkolwiek odpowiedź, musiałam interweniować niekiedy po kilka razy, by usłyszeć to, co potem stało się znanym mi sloganem: „że nic nie mają, że nie kojarzą, że nie pamiętają, że… nie ma, nie było”. Tymczasem ja wiedziałam już bardzo dobrze, że… była.

Tak też przeprowadziłam dziesiątki rozmów na temat Mao Star. Większość z odnalezionych osób informowałam, jak się okazywało, o tym, że Jej już nie ma. W tym sensie stałam się Jej listonoszem, o czym napisał Peter Lachmann w swoim liście napisanym po Jej śmierci do Niej, a w  zasadzie do Was i do mnie, bo Jej już nie ma, Ona tego listu nie przeczyta, Ona na ten list nie czekała…

„Dziś odpowiadam na ten list już bez wykrętów. Dotarł do mnie z twoich zaświatów – choć jego pośrednikiem była osoba, która ma w sobie coś z upadłego anioła, która stała się twoim listonoszem, a teraz próbuje cię wskrzesić, bo nie może pogodzić się z faktem, że miałabyś zostać zapomniana w tej kulturowej próżni, która Cię wessała…”

W takich osobach jak śp. Mario Wirz, Gotthard von Montgelas, Daria D. Lisiecka, Ela Mielczarek, Michalina Taczanowska, Haśka – Joanna Perzanowska czy Kamil Sipowicz dostrzegałam jakiś fragment (z) Niej.

„Interesting is our idea about someone, our images. To love someone means to invent him with tenderness. We can talk about our images about someone, and when we talk about our images of somebody else, we always talk about us. You write this book about M. S. because something in you is her sister…”

Mario Wirz

„Czasem, Kasiu, mam wrażenie, że właśnie to samotne zanikanie, to życie i działanie hojnie rozdawane, było najpełniejszym performancem Gośki. Wszystko inne było tylko próbą, przymiarką, wędrówką artysty, warsztatem. Żaden szanujący się artysta, jeśli nim naprawdę jest, nie uzewnętrznia, nie nagłaśnia swojego warsztatu, nie krzyczy o nim. W wypadku Gośki być może to, co robiła, ciągle nie było tym, co chciała osiągnąć. Myślę, że ona ciągle liczyła na to, że kiedyś się stanie, kiedyś będzie. A to, co robiła, zapewne traktowała jako próby dojścia do tego kiedyś…

Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek mówiła o sławie, by dokumentowała swoją twórczość, gromadziła jakieś teczki z wycinkami, epatowała skończonymi studiami w Paryżu, zadręczała opowieściami o swojej wielkości. Zawsze natomiast powracał w rozmowach temat chęci działania i niemożności działania w pełni, a więc przeszkód i barier, niszczących poczucie pełni, półśrodków. Gośka była nie z tego świata, gdzie z byle duperelą leci się do prasy, telewizji, w najgorszym wypadku samemu buduje swój wspaniały wizerunek na stronie internetowej. Nie była z tego świata nie dlatego, że takimi środkami, ułatwieniami nie dysponowała, ale dlatego że inaczej pojmowała sztukę, bezustannie stapiała się z własnym dziełem, przekraczała dystanse… […]

Nie wiem, może trzeba by o niej sztukę napisać, a przynajmniej gdzieś głośno cytować jej przemyślenia. Przecież Artaud został dopiero odkryty po śmierci, gdy zaczęto wydobywać i wydawać jego pisma. Może nie jest tak beznadziejnie, może da się przemówić z tamtej strony…

Co do milczenia innych w sprawie współpracy z M. S., może mają coś na swoim sumieniu, skradzioną, podchwyconą myśl czy rozwiązanie, może bronią siebie, własnej «oryginalności», może bardziej niż Gośka dbają o artystyczne CV Ktoś już kiedyś powiedział, Kasiu, «Nie znam tego człowieka»”.

Daria Danuta Lisiecka

Spotkania z tymi osobami były dla mnie niezwykle budujące, gdyż wszystkie, zsumowane doświadczenia spowodowały, że zaczęłam w sposób zbyt trywialny oceniać ludzi jako tych uważnych i przenikliwych, mających dobrą wolę i – by zacytować Witkacego – spłyciarzy. Taka refleksja mogłaby być banalna, gdyby moja praca trwała na przykład miesiąc, ale nie niemal trzy lata. W pewnym momencie trzeba bardzo trzeźwo zacząć patrzeć na materiał badawczy, którego przybywa. Pracuję przecież na faktach, operuję tymi faktami, odtwarzam jakąś rzeczywistość, pracuję w przeszłości transformowanej na rzeczywistość w regiony faktów dokonanych. Bardzo łatwo zapuścić się w region nadpisanego, szczególnie jeśli coś jest nienapisane, niezapisane.

Pamiętam chwile, w momentach skrajnego przemęczenia intensywną pracą i nieustannym dociekaniem skutkującym nie lada odkryciami w temacie Mao Star, którego przedwcześnie nie chciałam zakończyć, a który uniemożliwiał mi zajęcie się innymi projektami, kiedy nie potrafiłam już z siebie wykrzesać emocji, aby się czymś, choćby jakąś drobną informacją na temat artystki cieszyć, a nie tylko chronicznie smucić niedocenieniem jej za życia. Tak stało się na przykład w październiku 2010 roku, kiedy to profesor Lech Sokół5 zadzwonił do mnie z informacją, że otrzymałam Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za autorski projekt badawczy poświęcony Małgorzacie Starowieyskiej. Z trudem wydobyłam z siebie, kurtuazyjnie, kilka zdań zaskoczenia i podziękowań. Jednak pamiętam bardzo dobrze, co działo się ze mną, kiedy rozmowa się zakończyła: zaniemówiłam, stałam bezczynnie w miejscu przez dłuższą chwilę. Wiedziałam, otrzymanie tej nagrody jest zasadniczym zwrotem w mojej pracy badawczej, bo sytuującym ją gdzieś w obszarze spraw priorytetowych, koniecznych do wykonania oraz uznanych, przyjętych do świadomości przez Instytucje. Niejako zmieniono odgórnie status mojego projektu na „przyjęte do wiadomości”. Osiągnęłam coś, o co walczyłam od początku – aby sprawa Mao Star nie była ignorowana. W tym czasie uznałam za konieczne stworzenie Archiwum Mao Star, co też zaczęłam czynić.

Konsekwencja była i jest podstawą w mojej pracy. Ponieważ wyszłam z tym projektem poza uniwersytet, na którym w zasadzie nikt tematu nie traktował dostatecznie poważnie, i przeniosłam się do Warszawy w celu nawiązania kontaktu z profesorem Lechem Sokołem z Instytutu Sztuki PAN, wiedziałam, że – znając siebie – nie spocznę, dopóki nie zakończę. Byłam Jej wierna.

Nie będę ukrywać, że z wielkim przejęciem oddaję czytelnikowi przygotowany przeze mnie materiał – listy i materiały do biografii obiektu mojej troski, niezwykle fascynującej postaci Małgorzaty „Mao Star” Starowieyskiej, licząc, że odczaruję wersy z wiersza Sipowicza, tak iż choć trochę „pokocha ją Berlin, świat”.

Kapsyda Kobro-Okołowicz

1 K. Sipowicz, Pieśni solarne, Biblioteka „Nowej Okolicy Poetów”, t. 21, Rzeszów 2009, s. 33–51.

2 Anna Ludwika Micińska-Zagóska (ur. 22 XII 1939 w Paryżu, zm. 21 III 2001 Warszawie) – historyk literatury, krytyczka literacka, eseistka i edytorka. Całe swe życie naukowe poświęciła osobie Stanisława Ignacego Witkiewicza.

3 A. Micińska, Wędrówki bez powrotu, Biblioteka Więzi, Warszawa 2009.

4 Agnieszka Osak-Rejmer – poetka, scenarzystka, dekoratorka wnętrz.

5 Lech Andrzej Sokół (ur. 21 II 1942 w Koprzywnicy) – doc. dr hab., historyk dramatu i teatru, witkacolog. Kierownik Zakładu Historii i Teorii Teatru w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. W latach 1991–1996 ambasador RP w Królestwie Norwegii i Republice Islandii.

Podziękowania

Książka ta z pewnością nigdy by nie powstała, gdyby nie poemat Mao Star z tomiku Pieśni solarne Kamila Sipowicza, dedykowany Małgorzacie Starowieyskiej, szczególnie zaś wiersz Na Südwestkorso:

U królowej Izraela

demonicznej pani Lapidoth.

Pokazywałaś Sarkofagi,

powinien je pokochać Berlin.

Świat.

Nie pokochał…

Dziękuję rodzinie Mao Star, w szczególności matce Małgorzaty – pani Helenie Starowieyskiej, rodzinie z Polski: Andrzej Starowieyski (brat ojca), Mikołaj (kuzyn) i Teresa Starowieyscy (ciotka, żona śp. Franciszka Starowieyskiego), Wojciech Starowieyski (kuzyn z Krakowa), Teresa Bisping (kuzynka z Krakowa), Kazimierz Starowieyski (wuj), Amadeusz Starowieyski-Zick (syn), Magda Starowieyska-Zick (żona syna), Michał Podemski (syn kuzynki), ks. prof. Paweł M. Konrad Rudnicki (przyjaciel rodziny), rodzinie z Niemiec: Jolanta Monika Anna Römer h. Laski primo voto vonMontgelas (ciotka), Gotthard von Montgelas (kuzyn), Ananka Zick (córka), Peter Zick (były mąż), oraz z Francji: Yolande Załuska (ciotka z Paryża).

Za dzielenie się wspomnieniami pragnę wyrazić szczególną wdzięczność następującym osobom: Agnieszka Osak-Rejmer, Daria Danuta Lisiecka, Peter „Piotr” Lachmann, Ute Aurand, Jens C. Ehlers, Jacek Babicki, Jesse Ballard, śp. Henryk Baranowski, Alexander Berlin, Ryszard Czubak, Jacek Dobrowolski, Andreas Haltermann, Kamil Sipowicz, Kora Jackowska-Sipowicz, Irena Jagienka, Kain Karawahn, Milo Kurtis, Elżbieta Mielczarek, Michalina Taczanowska, Małgorzata Paszko, Elżbieta Pastecka, Maciek Pietracho, Marek Pisarsky, Andrzej Wojciech Przybyszewski, Jacek Przybyszewski, Zbigniew Starczynowski, Tomasz Świtalski, Mirosław Rajkowski, Janusz Subicz, Anke H. Ames, Krzysztof Lipowicz, Mikołaj Brykalski, Fabio Biasio, śp. Marek Jackowski, Roman Romanowski, DieterKölsch, Benoît Maubrey.

Niezwykłym przeżyciem był dla mnie kontakt z śp. Mario Wirzem.

Za próby odszukania „śladów” po Mao Star szczególnie dziękuję: Marie-Hélène Colas-Adler (Collections – École Nationale Superieur des Beaux-Arts), Kathrin Becker (Leitung Video-Forum, Neuer Berliner Kunstve­rein), Holger Föhlich (Künstlerhaus Bethanien GmbH), Juliane Hansen (Kulturwerk des BBK Berlin), Joachim Jäger (Neue Nationalgalerie), Josephine Kellner (Förderung von Künstlerinnen, Künstlern, Projekten und Freien Gruppen Bildende Kunst – VD Ke, Der Regierende Bürgermeister von Berlin Senatskanzlei – Kulturelle Angelegenheiten), Anke Matelowski (Akademie der Künste), Karin Nötzel (Staatliche Museen zu Berlin), Gabriela Shalabi (Geschäftsstelle des BBK Berlin e.V.), Heinz Stahlhut (Berlinische Galerie), Monika Wagner-Krämer (Kotti e.V.), Ute Weiss Leder (BerlinerKuenstler), Ulrike Treziak (Kreuzberg Museum für Stadtentwick­lung und Sozialgeschichte), Gabriele Zenke (Akademie der Künste), Marek Jerzy Minakowski (Genealogia Potomków Sejmu Wielkiego), Dorota M. Kozielska (Archiwum ASP w Warszawie), Maria Matuszewska (Archiwum Eustachego Kossakowskiego, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w War­szawie) oraz Eva Maria Ocherbauer (fotografka, Berlin).

Za tropy Mao Star w Archiwum Eustachego Kossakowskiego dziękuję Patrykowi Komorowskiemu.

Za konsultacje językowe dziękuję Małgorzacie Paszko, Peterowi Lachmannowi, Wiesławowi Okołowiczowi oraz Janowi Gondowiczowi.

Szczególne podziękowania kieruję do profesora Lecha Sokoła, Stefana Okołowicza, Agaty Marii Stanisz, Kamila Sipowicza i Katarzyny Haber.

Wzorem zaangażowanego badacza była i pozostaje dla mnie śp. Anna Ludwika Micińska.

Być może ta książka nigdy by nie ukazała się, gdyby nie mój wydawca, Stanisław Rosiek, wyjątkowy człowiek, który zrozumiał nie tylko ideę, jaka przyświecała mi przy pracy nad tą książką, ale także… proces instynktownego zanikania (Mao Star) w przestrzeni…

Niniejszą książkę poświęcam pamięci osób, które odeszły zbyt wcześnie, a które na zawsze pozostaną w moim sercu – śp. Danucie Dudrakowej, śp. Mario Wirzowi oraz śp. Annie Micińskiej.

Listy i obrazy

1954, 1955, 1958

Małgorzata Starowieyska z tatą Stanisławem Starowieyskim, 1954

Helena (Lenka) Starowieyska, VII 1955

Małgorzata Starowieyska i Mary Didur-Załuska, 2 I 1958, Poznań

1967–1969

Danuta Kowalska i Małgorzata Starowieyska (po prawej), Ogólnokształcąca Szkoła Baletowa im. Romana Turczynowicza w Warszawie (sala numer 4), 1967/1968, Warszawa

Hipisi i ja, 1969, Warszawa

Małgorzata Starowieyska i Jacek Przybyszewski, 1969, Warszawa

1970–1971

Małgorzata Starowieyska, sesja zdjęciowa

Małgorzata Starowieyska, zdjęcie do katalogu, 1970

Jackie-Kacper nad Wisłą, VIII 1970, Warszawa

Małgorzata Starowieyska u Włodka O., 2 V 1971

1974–1975

Małgorzata Starowieyska na okładce „itd.” z 17 III 1974, nr 11 (695)

Małgorzata Starowieyska na okładce „Panoramy” z 22 VII 1975, nr 25 (1108)

1975

1

Paryż, środa 19 XI 1975

Mamuniu mój śliczny, kochany, kochany nic się nie ZAMARTWIAJ.

Paryż zaakceptowałam z miejsca. Nawet trudno to nazwać akceptacją, bo znaczyłoby to, że był czas, w którym stwierdzałam, a ja po prostu znam go, znam i kiedyś tu żyłam. Nic mnie nie dziwi ani nie smuci, jest tak, jak wiedziałam, że będzie, jak być powinno.

Jest mi dobrze i wiem, że dużo tu będę pracować. Tęsknota i smutek mimo wszystko pomagają mi i są potrzebne, aż się tego trochę lękam. Najsilniej odczuwam właśnie to, gdy jestem sama.

Pamiętaj, że moja samotność nie szkodzi mi, a nawet jest bardzo potrzebna, przynajmniej teraz przez parę miesięcy. Mam już trochę pomysłów do obrazów i nie tylko. Na ASP1 będę starała się dużo pracować przy rzeźbie. Pamiętasz, jak kiedyś wspominałam o teatrze, „formach”? Teraz powolutku rozjaśnia mi się i chyba tak jakbym wiedziała, czego muszę się teraz uczyć, aby móc zrealizować plany coraz bardziej jasne. I te moje pierwsze „Teatry” były słuszne, teraz widzę, do czego mi były potrzebne, przynajmniej mam szkielet tego, a to wydaje mi się dużo. Wiem, że samo malarstwo (zresztą kiedyś mówiłam to samo) mi nie wystarczy, a tylko będzie pomocne i jednym z elementów mojej sztuki. Tylko dlatego wytrzymam teraz ten długi czas poza Polską, poza domem naszym, poza miłością, poza wszystkim, co miałam, mam i mogłabym mieć.

Nawet pomału czuję, jak napełniam się szczęściem. Zobaczysz, jak pewnego dnia przemówią moje „formy” (jeszcze nie potrafię nazwać tego po swojemu), mój teatr…

2

[Paryż] 22 XI 1975

Mamusiu kochana, właśnie dzisiaj rano przyszły książki. Bardzo dziękuję. Notes przyda się (o ile tu jeszcze będę!).

Byłam w Musée National d’Art Moderne. Olbrzymie i piękne. Chociaż mało Matisse’a (a to, co było – dziwne, ale tak bardzo mi się nie podobało). Niekiedy obrazy jego wyglądają dużo lepiej na reprodukcjach! Modigliani wspaniały! – tylko parę obrazów niestety. Napiszę dokładniej po szczegółowym ponownym obejrzeniu.

Blejtramy już gotowe (z płótnem zagruntowanym) mają ceny załamujące – około 100 franków! – wielkości, które są mi potrzebne akurat. Nic, trzeba będzie samemu kombinować, na pewno na Akademii dowiem się o domowych sposobach. Muszą być takie sposoby przecież w każdym kraju.

Lekarza będę miała. Już wszystkiego dowiedziałam się w konsulacie (w ramach 200 fr.).

Małgorzata Starowieyska przed wyjazdem do Paryża

Kartki, które Ci przysłałam, kupiłam właśnie w tym muzeum. Nie mam adresu prof. Byliny2, także proszę Cię, abyś mu doręczyła bądź pocztą, bądź własnoręcznie. W ogóle zadzwoń do niego i trochę mu opowiedz o Łodzi, o Szwecji i o  planach3 – co myśli o tym? (Liczę się bardzo z jego zdaniem).

Od poniedziałku, tzn. od 24 XI, jestem u Jeremiego [Kunickiego]4.

25 XI mam test z języka o 11.00 – mam pietra! Już teraz w ramach nauki czytam kryminał po francusku, dość zabawne. Często prowadzą oni filozoficzną rozmowę w moim wydaniu i tłumaczeniu i tymczasem okazuje się, że tak, ale od zupełnie innej strony.

Nic się nie martw, wszystko będzie coraz lepiej, powinno być. Jedynie co wątpliwe, to to stypendium, tak bardzo chciane i potrzebne. [brak tekstu]

Do listu M. S. z 22 XI 1975 r. do Heleny Starowieyskiej dołączono list JolantyZałuskiej:

Kochana Lenko5,

Ponieważ trudno mi się na list zdobyć, korzystam na razie z miejsca zostawionego przez Małgosię. Najpierw chcę Ci wyrazić moją radość ze spotkania Małgosi. Cieszę się, że wyrosła na tak ładną i miłą dziewczynę. Pomyśl, ona jest teraz w tym samym wieku jak ja, gdy zaczęłam przyjeżdżać do Warszawy. I gdy sobie tak rozmawiamy wieczorami, to zupełnie jak kiedyś my dwie. Zwłaszcza przy podobieństwie fizycznym, które nas łączy i psychicznym Małgosi i moim. Aż wierzyć mi się nie chce, że tyle lat minęło.

Co do spraw realnych Małgosia [nieczytelne] już sama Paryż, metro, zwyczaje i ceny.

Jutro lub pojutrze (niedziela–poniedziałek) przeniesie się do Jeremiego [Kunickiego]6. Będę do niej często dzwonić, oprócz tego, ten pokój jest bardzo blisko Bibliothèque Nationale, gdzie ja pracuję trzy razy w tygodniu – tak że stały kontakt będziemy miały zapewniony bez specjalnych trudności czasowych – Małgosia będzie mogła chodzić ze mną na obiad, a ja do Niej zachodzić na obiad, a ja z kolei do Niej zachodzić na podwieczorek, herbatę i lekarza myślę, będę dziś dzwonić do kuzynki (Ady Wysockiej7), która się na tym zna, gdyż pracuje w przychodni lekarskiej, teraz w psychiatrycznej, ale orientuje się ogólnie.

Całuję Cię bardzo serdecznie, pozdrawiam

Yolanta8 (nazwiska nie zmieniłam)

3

[Paryż] 26 XI 1975

Mamek kochany,

nie wiem, czy dam radę tak długo. Ja tak cholernie tęsknię, tak idiotycznie cholernie tęsknię! Ja wiem, może, jak zacznę zajęcia, to będzie trochę lepiej, lepiej. Jak myślę, że na krótko, to jest wtedy łatwiej. Poza tym wytrącił mnie z równowagi telefon Michała [Wyszomirskiego]9 (pierwszy telefon!) i to ewentualne spotkanie zupełnie gdzie indziej. Ja wiem i on powinien to wiedzieć, że jest wiele przeciw-wskazań! A poza tym on może już złożyć o paszport na styczeń, na pewno wtedy dostanie. On przecież powinien mi pomagać (zwłaszcza teraz). A nie dodawać mi spraw nowych i ryzykownych. A poza tym, co to da parę dni jedynie – kompletnie mnie rozbije i wytrąci. Przecież wyrywam się, wyrywam się do Was, aż mi brak sił na to wszystko, co powinnam i gdzie powinnam (przynajmniej na razie!).

[dopisane] Właśnie dzwoniła Jolanta [Załuska], że jest list od Ciebie, pędzę.

[dopisane] Już przeczytałam i wróciłam tutaj. Bardzo długo szedł z 11, a jest dzisiaj 26. To niedobrze, że tak długo idą, bez sensu!

Na razie, pa, śpij spokojnie, bo już późno – 22.30.

[dopisane]

[Paryż] 1 XII [1975]

Mój kochany, najpiękniejszy

MAMCIU,

Łażę sobie, na ile mi starcza odwagi, po muzeach i ulicach. Jak na razie nie mogę zakończyć (przynajmniej raz na jakiś czas) Museum National d’Art Moderne. Wpuszczają mnie ze zniżką (3 fr.), a ponieważ są bardzo sympatyczni, nawet sobie ostatnio gawędziłam z takim „wpuszczaczem” do jednego skrzydła, to mam nadzieję, że za którymś tam razem będę wchodzić gratis. Zauważyłam, że murzyni darzą mnie rodzinną prawie serdecznością (oczywiście, jak rozmawiam, to tylko w muzeum!). Mam prawie przyjaciela, pilnowacza jednej z sal muzeów. Radzi mi, co jeszcze warto zobaczyć i w jakie dni, ostrzega przed tym wszystkim, o czym już wiadomo.

Miałam dość zabawny moment właśnie w muzeum. Podszedł murzynek w berecie, zaczął zagadywać i oczywiście zaproponował kawę (w barku przy muzeum). Powiedziałam, że oglądam, on na to, że wspaniale, bo on właśnie też, no, ale później w celach odpoczynku. Podziękowałam i powiedziałam dosłownie tak (ponieważ było to dość nieskomplikowane zdanie francuskie): Oni mi powiedzieli, że ona nie może chodzić z nieznajomymi w Paryżu na kawę, więc ja im wierzę. Na do widzenia podał mi rękę i zrozumiałam, że stwierdził: skoro oni nie, no to rzeczywiście. Było to cholernie zabawne i poskutkowało, co najważniejsze.

Wczoraj byłam z Anką V.10 (wreszcie) na Placu Pigalle, dalej przy Sacré-Coeur (bazyliki Serca Jezusowego) i Place du Tertre. Placyk ten, zresztą bardzo mały, cały usłany: „artystami-malarzami, rysownikami, gapiami modelami (do szybkich portretów za 60 fr.), aparatami fotograficznymi, kamerami, psami, wróblami i drzewami-kikutami i zimnem, i dymem z papierosów lub fajek, i śpiewem, i niebem, jak kulą wodną nad placem”. Wracałyśmy, gdy już zmierzchało (zmierzchło?), a tam ciągle jeszcze usiane, zasiewane…

Zdjęcia legitymacyjne Małgorzaty Starowieyskiej

Więc wracałyśmy, mijając Plac Pigalle, który dopiero zaczęły zasiewać: prostytutki – po dwie, pojedynczo, grupkami, i mężczyźni. Innych ludzi, nawet troszkę, między tym a tym nie widziałam, więc umknęłyśmy, gubiąc ulice, uliczki, aż wreszcie i drogę do domu. Robiąc kółka coraz mniej przypominające kółka, znalazłyśmy się w domu u mnie na herbacie11…

Dzisiaj mam po południu kurs12 (wreszcie!), a jutro idę do lekarza rano.

Całuję Cię bardzo, bardzo mocno.

Bardzo TĘSKNIĘ

Małgosia

Do listu M. S. wysłanego 3 XII 1975 r. do Heleny Starowieyskiej dołączono list Jolanty Załuskiej:

[Paryż, XI 1975]

Kochana Lenko!

Wszystko dobrze się układa, Małgosia wydaje się zadowolona. Jeszcze tylko nie wiemy, co z lekarzem. Małgosia spodziewa się Twojego telefonu w tych dniach, to Ci na pewno wszystko wytłumaczy przed dojściem listu.

Zimno się zrobiło bardzo, mamy nadzieję, że nie na długo.

Ja mam dużo pracy, bo i zawodową, i domową, i doktorat, który w najbliższych miesiącach powinnam złożyć – a tu jeszcze daleko do kompletnej redakcji. No i tak jakoś idzie naprzód, choć nie zawsze łatwo.

Napisz do mnie, co u Ciebie słychać.

Pewno Ci samotnie bez Małgosi. Ona ma tu jednak dobre możliwości do studiowania, tylko żeby jej sił i zapału wystarczyło, gdy będzie musiała obok studiów też trochę pracować. Stypendium, które dostała13, wystarczy na bardzo cienkie trzy miesiące – mam nadzieję, że przez ten czas opanuje dobrze francuski.

Ściskam Cię i całuję, czekając na wiadomość

Jolanta

4

[Paryż] Sobota, 6 XII 1975

Kochany mój Mamciu,

popijam sobie bardzo, bardzo dużo, lub przekąszam w postaci kremu, czekoladę Nesquik. Mieszam ją jak na razie z wodą mineralną (dużo piję wody mineralnej!), jest to znakomite i smakowite.

Dziś w nocy miałam gości – Greka i dziewczynę z Costa Rica. Zaprosiłam ich na małe winko, po przyjęciu u Hiszpan [sic!]. Ponieważ owo przyjęcie skończyło się około pierwszej, a miałam dość daleko do domu, więc wolałam jechać w towarzystwie. I tak spali u mnie, bo metro chodzi tylko do 1.30. Hiszpanie wzięli się z kursu, tzn. dziewczyna, która urządziła wraz z mężem swym to przyjęcie. Było wspaniale; śpiewaliśmy piosenki hiszpańskie, meksykańskie i greckie. Naidia (Hiszpanka z kursu) szalenie mnie polubiła i powiedziała, że od tej chwili ich dom jest dla mnie zawsze otwarty. Także wreszcie mam przyjaciół Hiszpan. Poza tym weszłam w dobrą komitywę (tak to się mówi?) z Meksykaninem o pięknej rasowej twarzy. Jest to już starszy człowiek, ma około sześćdziesiątki (też z kursu). Był on na przyjęciu wraz z małżonką (prosto z Meksyku), przezabawna para! Piękna kobieta (trochę podobna do Buni14), a on dobry, ciepły, ciekawy o ogromnych oczach dziecka. Zresztą cała jego postura ma coś ze wspaniałego dużego dziecka.

Czekam niecierpliwie na spotkanie z Twoją znajomą15 (zapomniałam imienia). Czekam też równie niecierpliwie na dalszą rozmowę, już konkretną, z profesorem. Czekam na listy od Ciebie. Czekam na malarstwo moje. Czekam dnia, kiedy Cię zobaczę. Czekam Kacpra16. Czekam Polski, może lata, a może czekam Wielkanocy. Czkam dnia, kiedy wszystko, czego czekam i tęsknię, będzie tego wyczekiwaniem. Wszystko mówi Attendez. Attendez moi Aussi et j’attend Attendez moi Aussi et j’attend17.

Śniłaś mi się dzisiejszej nocy. Było coś tragicznego w tym śnie, jakieś tempo takie jak w czasie nagłej ucieczki, nie wiadomo, w którą stronę i właściwie dlaczego, ale trzeba. I wtedy robi się tempo niemożliwe, wszystko jest przyspieszone, powstaje chaos i to, że trzeba dalej i gdzie indziej. Czułam się [brak tekstu] biernie, przez moje fizyczne oddalenia, najgorsze było to, że przez niemożności zewnętrzne Ty cierpisz. I próbujesz, z góry widząc, że przegrasz, walki tak nierównej. Proszę Cię, nie martw się o nic, sama widzisz, jak tego nie można ukryć przede mną.

Mamek, bardzo sobie cenię, i coraz bardziej, moją samotność. Wiesz, to mi było bardzo potrzebne. Te moje „roztargnienia” w ciągu ostatniego pół roku, to właśnie brak własnej norki. Jestem tylko sama ze sobą, z tym, co się pojawia wtedy do robienia. Mam wówczas dużo więcej pomysłów i cierpliwości do ich realizowania. Jestem bardzo skupiona i wiem, czego chcę, i najważniejsze, że mam „czas” – możliwość celebrowania odczuć, które łapię po drodze do domu (ulice, muzea, ludzie). Na pewno w Polsce było­by mi trudniej tak żyć, to już tak jest. Gombrowicz nie byłby Gombrowiczem, o którym się mówi i który tak pisał swoje Dzienniki, gdyby nie żył przynajmniej parę lat zupełnie poza. I właśnie żyjąc POZA, jest się najbardziej, najbliżej środka. Ta jego konkluzja, że konieczny jest dystans do wszystkiego, przez co się myśli, tworzy… aby to poznać dobrze, jest słuszna. Przynajmniej w moim przypadku to się sprawdza. Pewnie gdybym nie czytała Dzienników, to nazwałabym to inaczej, a może nawet zupełnie inaczej, co byłoby na pewno dużą stratą. W tej chwili pomaga mi to bardzo, niepotrzebna panika! Chciałam Ci prawdziwość tego DYSTANSU, aby… udowodnić za pomocą – ha, ha, ha – fizyko-geometrii z rysunkiem, ale się trochę poplątało. Jak rozwiążę to całkiem dobrze, to wtedy dopiero udowodnię Tobie.

5

[Paryż] 7 niedziela [XII 1975]

Dzwoniła wczoraj Krystyna P.18, przyjeżdża 9 XII rano. Prawdę mówiąc, trochę mnie przeraża mieszkanie z kimś w jednym pokoju, a nawet bardzo przeraża. Ale prawdopodobnie znajdzie się coś dla niej taniego razem z pracą.

Poznałam Mimi Ostaszewską19 (zupełnie stuknięta!), której muszę mówić po imieniu. Mimi obsypała mnie podarunkami ni stąd, ni zowąd (spinki różnej wielkości do włosów oraz apaszka indyjska). Najpierw zadzwoniła gdzieś około piątej! Rano! Żeby się upewnić, do której rano jestem i co robię, po czym złożyła mi wizytę po dziewiątej! I chciała mnie pięknie uczesać! Była to noc upiorna i poranek. Było to dość zabawne jak na pierwszy raz, ale nie za często!

Mamek, jeśli zostanę tu faktycznie studiować (wolę na razie o tym nie myśleć!), to Ty przyjedziesz tutaj na wakacje. Ale o tym wszystkim jeszcze zdążymy dokładniej. Jeremi [Kunicki] przysłał do J[olanty Załuskiej] kartkę, że prawie na pewno zostaną w Niemczech do lutego! Razem ze świętami! Bardzo się podoba ich zespół i stąd te nowe kontrakty. Dla Jeremiasza to cudownie, dla mnie natomiast trochę mniej. Bo Jeremi miał się tu starać o wynajęcie dwóch pokoi porządnego mieszkania, tymczasem w tej sytuacji pewnie dopiero po przyjeździe w przyszłym roku. Wielka szkoda! Podobno chce mi przysłać trochę grosza, to bardzo miło, że tak myśli. [brak tekstu]

Wybieram się dzisiaj znowu na Place du Tertre przy Sacré-Cœur, pisałam Ci o tym ostatnio. Wieczór. Znowu tłumy na placyku, ale załatwiłam bardzo ważną sprawę. Mianowicie: powiedział mi jeden z „portrecistów”, że co piątek rano przyjeżdża facet z blejtramami i sprzedaje za pół ceny sklepowej. Także wspaniale. Mam tam być w piątek. I myślę, że już się zacznę wybierać niedługo w plener w uliczki Montmartre’u. Jutro jestem umówiona z Twoją znajomą20.

[dopisane]

[Paryż, 8 XII 1975]

Siedzę sobie w TABAK i piję herbatkę dziesięć minut wcześniej. Tutaj jest taki zwyczaj, że przy barku jest taniej, tzn. bez obsługi, bez procentu. Wiadomo, że tylko cudzoziemcy starają się mówić pełnym zdaniem złożonym, to znaczy ja staram się to robić. Od razu zorientowali się, co jest grane i chcąc sobie na mnie zarobić, bardzo, ale to bardzo, bardzo uprzejmie zaprosili mnie do stolika. Usiadłam, bo w końcu jest mi wszystko jedno czy frank w tą czy w tamtą. Poza tym ta knajpka jest dość obskurna i przy barku stoją sami mężczyźni wraz ze swymi psami. Ja, jedna idiotka, siedzę sobie i się śmieję. Oni myślą, że z tak wielkiej wdzięczności za stolik. Właśnie ślemy sobie słodkie uśmiechy. TABAK jest najtańszą restauracjo-kawiarnią. Ciekawa jestem, na ile mnie nabrali w słodkich, och!, jak szalenie słodkich uśmiechach. Patrzcie państwo!

STOP

[dopisane]

Mamciu, tak kocham Cię. I tak lubię czas, kiedy siedzę sobie po turecku na tapczanie i biorę na kolana deskę i zaczynam Ci opowiadać, opowiadać. Opowiadać, aż wreszcie wszystko opowiedzieć [sic!]. I właśnie smutny jest moment, kiedy muszę to wysłać i przerwać opowiadanie. A mogłabym tak przez cały czas, rok, byle szybciej do spotkania, żeby już nie trzeba było opowiadać.

Auguste Rodin, Mieszczanie z Calais, 1886, Musée Rodin

Zasypiam dość późno, śnię sobie zawsze coś, a budzik TIK TAK TIK w całym pokoju i jest wtedy w nocy większy od pokoju i od wszystkiego i cyka, i cyka, i ja zasypiam. Coś sobie zawsze śnię.

Opowiadaj mi o sobie, jaka jesteś, opowiadaj mi o SOBIE. O czym czytasz i co myślisz sobie, o lecie i o  Wielkanocy, jak marzysz i o  czym teraz marzysz, i co o ludziach, i co o sobie, i co o mnie. Opowiadaj mi, opowiadaj i żyj tak mocno, pewnie, tak mocno.

6

[Paryż] sobota, 27 XII 1975

Kochany Mamuśku mój,

Wigilia i cały ten dzień był zupełnie powywracany w różne strony towarzyskie i czasowe. Miałyśmy w sumie z dwie godziny tylko samotności i to bardzo szybko! O godzinie dwunastej zaproszone byłyśmy do Mimi [Yolanty Ostaszewskiej] i Georges’a [Coulant] (wspaniały człowiek!) na śniadanio-obiad wigilijny o dwunastej! (przedziwne!). Byłyśmy tutaj do około trzeciej, a ja już o siódmej miałam być u Mimi i z  nimi iść do rodzin dzieci Georges’a. W międzyczasie w korytarzu zagadała do mnie sąsiadka z naprzeciwka i tak po chwili zaprosiłam ją na winko białe i na skosztowanie potrawki, jaką zrobiłam. Potrawka wszystkim bardzo smakowała. Były to: ryby w jarzynach (pory + marchew), ale wszystko było zupą małą, ale mogła być to zupa. Dodałam, już na talerzu, śmietany. Było wspaniałe! (à propos zupy, to zjadłyśmy ją jeszcze wczoraj, tym razem z ryżem). Sąsiadka posiedziała chwilę urzędową, a ja dumna, że jako tako potrafię się z nią porozumieć i tłumaczyć Krysi, robiłam to z zapałem. Oczywiście moje pójście do tych ludzi skończyło się zatrzymaniem mnie, a Mimi na piechotę! (nic nie chodziło!) pognała po Krysię. Byli oni wspaniali, bardzo serdeczni, ale co ja przeżywałam przy jedzeniu SOLO! ostryg, to się nie mieści w głowie. Krysia była w lepszej sytuacji, bo przyszła, jak już wszyscy sobie podjedli, i nikt jej nie obserwował, bo każdy był czymś zajęty. Nasz pobyt przeciągnął się i przeciągam i już nie miałyśmy siły, ale chciałyśmy wytrwać do Pasterki w Polskim Kościele. Aż tu nagle zrobiło się po dwunastej i wyjście nasze wybito nam z głowy. Wieczór ten był zupełnie wariacki, trochę jak Sylwester, bo o punkt dwunastej wszyscy się całowali i życzyli „Bon Noël”21, i znowu jedli i jedli. Muszę przyznać, że najwspanialsze były nasze polskie święta, tzn. tradycyjne i naprawdę obfite i odświętne. Wiesz, że z trudem w końcu wyszliśmy około drugiej w nocy! Także sama widzisz, jak wszystko było dokładnie stuknięte. Następnego dnia u Jolanty Z[ałuskiej] o pierwszej na obiedzie i dopiero wtedy! przyniosłyśmy opłatek (ten od Babci!) i dopiero wtedy, w pierwszy dzień świąt!, były składane życzenia i to jeszcze do tego po zjedzeniu – i to czego – indyka, normalnie po zjedzeniu INDYKA opłatek w drugi dzień świąt22. [brak tekstu]

Kontynuuję trzy obrazy: Kompozycja (trzy postacie siedzące i martwa natura); Krystyna siedząca z książką, takie studium, zaczęłam portrety Krystyny, tzn. na jednym dużym płótnie dwie twarze i ręce. I już zrobiłam na płótnie rysunek do portretu – Georges’a, męża Mimi. Poza tym mam w planie mój autoportret, może na dużym, jeszcze nie wiem, ale w każdym razie samą głowę na małym zrobię. Muszę tylko kupić parę tych małych płócien do portretów.

Dzisiaj byłyśmy wreszcie w Musée Rodin – jest on wspaniały, naprawdę. Ci Mieszczanie23 są niesamowici, stoją w ogrodzie olbrzymi, kroczący. Są zrobieni w jakimś metalu, który pokrył zielonkawo-mgławy pył. Chcę tam się wybrać i porysować.

Książki z biblioteki Małgorzaty Starowieyskiej

1 M. S. przybywa do Paryża, by przygotowywać się do egzaminów na Wydział Malarstwa Académie des Beaux-Arts – École nationale supérieure des beaux-arts de Paris (ENSBA).

2 Michał Bylina (ur. 18 I 1904 w Worsówce koło Kijowa, zm. 5 VIII 1982 w Warszawie) – polski malarz, grafik, ilustrator, uczestnik wojny obronnej 1939 i powstania warszawskiego, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

3 M. S. wielokrotnie będzie nosić się z zamiarem opuszczenia aktualnego miejsca pobytu na rzecz potencjalnie ciekawszego, dającego większe możliwości rozwoju. Powodem takiego podejścia zdaje się niemożność zrealizowania pierwotnego planu studiowania na ASP w Warszawie. M. S. musiała ruszyć w drogę, aby móc tworzyć, potem zaś będzie musiała znaleźć najlepsze dla siebie miejsce, M. S. wierzy i będzie wierzyć bowiem, że takowe gdzieś na nią czeka. W swych poszukiwaniach będzie konsekwentna, podda się przymusowi wędrówki na kilkanaście lat… Bliscy M. S., jej matka, Helena Maria Starowieyska, jak i przyjaciel z czasów młodości, Jacek Babicki, uważają, że przyczyną nieprzyjęcia M. S. na ASP w Warszawie było pokrewieństwo z Franciszkiem Starowieyskim. Jacek Babicki wspomina: „Małgorzata cierpiała przez to, że była bratanicą Franka [większość osób myśli, że M. S. była bratanicą Franciszka Starowieyskiego, że jej zmarły ojciec, Stanisław Starowieyski, był jego bratem, tymczasem ojciec M. S. był kuzynem Franciszka Starowieyskiego, to ich ojcowie byli braćmi], który wówczas był bojkotowany przez ciało profesorskie ASP. Franciszka poznałem przy okazji, kiedy Małgosia zaprowadziła mnie do stryja, aby on wybrał nam prace do teczek na Akademię”.

4 Józef Jeremi Kunicki (1939–2006) – ukochany wuj M. S., często nazywany przez nią Jeremiaszkiem. Syn Stefana Kunickiego i Zofii Heleny Benwe hr. Załuskiej z Iwonicza h. Junosza. Baletmistrz. Wystąpił m.in. w operze Giselle (premiera: 19 III 1960, Opera Warszawa), Cztery temperamenty w reżyserii F. Guillot de Rode (premiera: 4 X 1962, Opera Warszawa), w spektaklu telewizyjnym Mieszczanin szlachcicem w reżyserii J. Gruzy (premiera: 26 XII 1969), w sztukach Romeo i Julia w reżyserii Jewgienija Czangi (premiera: 26 VI 1970, Teatr Wielki Warszawa), Symfonia fantastyczna w reżyserii Witolda Borkowskiego (premiera: 11 III 1971, Teatr Wielki Warszawa) itp.

5 Lenka – zdrobnienie od imienia Helena. Tak przyjaciele i rodzina zwracali i zwracają się do Heleny Starowieyskiej.

6 Przez pierwsze dni M. S. pomieszkiwała u ciotki, Jolanty Załuskiej, która najprawdopodobniej odebrała ją z lotniska, potem zaś przeniosła się do dalekiej ciotki ze strony matki, Mimi Ostaszewskiej, od której będzie nie­bawem pisać, z Boulevard Montmartre 19. Jolanta Załuska wspomina w liście z 3 grudnia 2010 roku: „Nasz wspólny kuzyn Jeremi Kunicki, pierwszy tancerz ówczesnego Teatru Wielkiego w War­szawie, a już mieszkający w Paryżu, załatwił jej pokoik na poddaszu u naszej dale­kiej kuzynki, Mimi Ostaszewskiej”.

7 Ada Wysocka z domu Romer – archiwizatorka dokumentacji dotyczącej działalności wybitnego, polsko-litewskiego rodu Romerów. Od 1976 roku stopniowo przekazywała z Paryża ocalałe obiekty z kolekcji swojej i członków rodziny do Biblioteki Narodowej w Warszawie. Mieszka w Paryżu.

8 Jolanta hr. Załuska z Iwonicza h. Junosza (ur. 18 XII 1940 w Iwoniczu), w Paryżu funkcjonuje jako Yolande Zaluska – ukończyła historię sztuki w Krakowie, doktor historii sztuki z Centre National de la Recherche Scientifique (CNRS), autorka wielu publikacji, między innymi: L’enluminure et le scriptorium de Cîteaux au XIIe siècle, Commentarii cistercienses (Brecht), Studia et documenta num. 4, 1989; Saint Bernard et les manuscrits de Cîteaux. Huit notices de manuscrits rédigées, Dijon 1990; L’Evangéliaire de Remiremont: une oeuvre canoniale des années 1200, Brepols (Turnhout) 1996. W 1967 roku Jolanta Załuska wyszła za mąż za Józefa Tadeusza Milika. Do dziś mieszka w Paryżu, udało mi się nawiązać z nią kontakt korespondencyjny. W swoim pierwszym liście do mnie napisała: „Poznałam Małgosię w Krakowie w 1958 r. jako pięcioletnie dziecko bardzo wrażliwe, ja sama byłam smarkata i jeszcze przed studiami, które trzymało kurczowo moją rękę, zanim usnęło. Bardzo my się zawsze kochały. W okresie paryskim bywała często u nas i nawet czasami nocowała. Bardzo się lubili z moim mężem, też nie wiem dlaczego, bo mój mąż, wielki uczony qumranolog, nie był zapewne zabawnym towarzystwem dla młodziutkiej wesołej Małgosi” (list z 14 VII 2010 roku).

9 Michał Wyszomirski – poeta, pisarz, autor tomiku Wszystko po drodze (wyd. Przedświt; Warszawska Niezależna Oficyna Poetów i Malarzy, Warszawa 1986) przetłumaczonego na język francuski – Tout en chemin (red. Elisabeth Rodkiewicz, tłum. Patrick Carre, Edvige Djourno, Marie-Dominique Jacometti, Aleksandra Krzymyk-Brzozowska, ilustr. Marek Szczęsny, Ed. l’Harmattan, 1995). Był mężem aktorki Emilii Krakowskiej, z którą miał córkę. W 1977 roku przeprowadził się z Warszawy do M. S. do Paryża. Para rozstała się w 1978 roku, przyczyną była zdrada Wyszomirskiego. Wyszomirski starał się o obywatelstwo francuskie, w latach dziewięćdziesiątych pozostawał w Paryżu, trudnił się malarstwem ściennym. Niestety, nie udało mi się odnaleźć Wyszomirskiego, a informacje, które uzyskałam, wskazują na to, że zmarł z powodów problemów z sercem w Nepalu. Christian Skrzyposzek wspominał o tym Kamilowi Sipowiczowi w latach dziewięćdziesiątych (Sipowicz i Skrzyposzek pojawią się w listach z okresu berlińskiego).

10 Nie udało się ustalić tożsamości.

11 Ówczesny adres M. S.: 19, Boulevard Montmartre, Paris.

12 Mao Star uczęszczała na kurs języka francuskiego. Brak informacji o tym, kto prowadził ten kurs i gdzie on się odbywał.

13 Nie można ustalić, o jakie stypendium chodziło. Nie zachowały się żadne dokumenty w tej sprawie.

14 Chodzi o matkę mamy M. S., Heleny Starowieyskiej – Mary Didur-Załuską – właśc. Maria Didur, zamężna Załuska (27 IV 1905 Mediolan – 21 V 1979 Katowice), śpiewaczka. Była córką Adama Didura (zob. t. 1) i meksykańskiej śpiewaczki Angeli Aranda-Arellano, siostrą śpiewaczek: Ewy D. i Olgi Didur (zob t. 1), żoną hrabiego Ireneusza Załuskiego (ślub 27 IX 1924). Szkołę ukończyła w Nowym Jorku. Głos kształciła we Włoszech. Debiutowała prawdopodobnie w sierpniu 1923 roku w Krakowie w Teatrze Opera i Operetka jako Małgorzata (Faust), u boku występującego tam gościnnie ojca. Latem 1924 roku brała udział w przedstawieniach opery lwowskiej w Krakowie. Po ślubie w 1924 roku opuściła scenę. Mieszkała w Iwoniczu. Do zawodu śpiewaczki powróciła w 1933. W styczniu 1933 śpiewała partię Musetty (Cyganeria) w przedstawieniu Krakowskiego Towarzystwa Operowego. Potem występowała w warszawskich teatrach rewiowych i operetkowych. […] Jubileusz czterdziestolecia pracy artystycznej obchodziła 24 IV 1965, wystąpiła wtedy w roli Pani Higgins w My Fair Lady i był to jej ostatni, pożegnalny występ. Potem mieszkała na Wybrzeżu, a w  ostatnich latach życia na Śląsku. Słownik Biograficzny Teatru Polskiego 1900–1980, red. Zbigniew Wilski, t. II, PWN, Warszawa 1994, s. 168.

15 Nie można ustalić tożsamości postaci. Najprawdopodobniej M.S. wspomina o niejakiej pani Marii, o której kilkakrotnie będzie pisać w listach z okresu paryskiego zazwyczaj w kontekście spotkań, które miały na celu odebranie przesyłki, listu czy pieniędzy od matki.

16 Jackie-Kacper – ukochany pies M.S., którego pozostawiła w domu rodzinnym w Warszawie.

17 W tłum.: Czekajcie, czekajcie, ja Też i ja czekam. Czekajcie, ja Też i ja czekam.

18 Postać niezidentyfikowana. Niestety mimo żywej relacji losów Krystyny P. w Paryżu w listach do matki, Helena Starowieyska nie pamięta tej postaci.

19 Yolanta Emma Ingeborg Ostaszewska z Ostaszewa h. Ostoja (ur. 6 I 1907 w Trzepole, zm. 11 XI 2002 w Lailly-en-Val), córka Kazimierza Innocentego Ostaszewskiego z Ostaszewa h. Ostoja (ur. 28 VII 1865 we Wzdowie, zm. 23 IV 1948 w Ladzinie) i Hélene Marie Pio de Saint-Gilles (ur. 31 I 1876 w Kopenhadze, zm. 9 XII 1965 w Ladzinie), przez M. S. nazywana Mimi lub Jolantą Ostaszewską, utalentowana pianistka i skrzypaczka, nauki pobierała u dyrygenta Charlesa Müncha (ur. 26 IX 1891 w Strasburgu, zm. 6 XI 1968 w Richmond, Wirginia), który zapisał się w historii muzyki jako propagator nowej muzyki francuskiej. Pracowała jako nauczycielka. W październiku 1972 roku w Paryżu Yolanta Ostaszewska wyszła za mąż za Georges’a Emile’a Coulanta (ur. 31 VII 1894 w Paryżu, zm. 29 XII 1992 w Paryżu).

Ojciec Yolanty, Kazimierz Ostaszewski, był znanym hodowcą koni wyścigowych w Polsce. Był również kompozytorem, jego utwory na fortepian w latach 1996–1998 zostały wydane w Wielkiej Brytanii.

Kazimierz Ostaszewski ożenił się z Heleną Pio de Saint-Gilles (1876–1965), córką duńskiego profesora Jeana Frédérica Pio i Elżbiety hr. Sponneck, a wnuczką ministra finansów Danii, Wilhelma hr. Sponnecka. Mieli dwie córki: Olgę (z Ostaszewskich Dwernicką, 1905–1986) i Yolantę – Mimi.

20 Patrz przypis 15.

21 W tłum.: Wesołych Świąt.

22 Yolande Załuska wspomina w liście do mnie z 3 grudnia 2010 r.: „Myśmy z mężem dzielili się opłatkiem (jeśli ktoś go przysłał z Polski) 24 grudnia, jeżeli Małgosia przyszła do nas 25 na obiad i przyniosła opłatek, który miała od Babci (matki pani Heleny S. [Mary Didur-Załuskiej]), to żeby jej zrobić przyjemność, połamaliśmy się zapewne jeszcze raz”.

23Mieszczanie z Calais – grupowa rzeźba Auguste’a Rodina wykonana w 1895 roku. Na rzeźbę składa się sześć odlanych w brązie postaci wielkości naturalnej. Całość ma wymiary: 210 × 190 × 140 cm. Na świecie istnieje dwanaście realizacji (odlewów) tego dzieła. W Musée Rodin znajduje się odlew z 1926 roku, przejęty przez muzeum w 1955 roku.

1976

7

Paryż, 5 I 1976

Mamusiu mój kochany,

Dzisiaj dostałam oba listy, o wielu, wielu… sprawach piszesz!, nie wiem, czy nie za dużo… spokojnie, spokojnie, niedługo się na pewno zobaczymy. Chcę, żebyś była bardzo, bardzo zdrowa i o  siebie bardzo, bardzo dbała, proszę Cię. Nie możesz się denerwować i martwić, i przemęczać – czy pamiętasz o tym?

Pytasz, co robimy? Więc łaziłyśmy po Paryżu całkiem na piechotę, wyjadając po drodze bagietki (sandwich z szynką lub camembertem), „tu­weryjskie” buły – kanapki (papryka ostra, oliwki, mieszanka rybna) i na koniec buły słodkie (racuchy polskie), naleśniki też po drodze (czepy z konfiturami), Krysia pestki z dyni (suszone) na obiad, a ja kasztany na zmianę z orzeszkami, wszystko w biegu. Paryż jest wspaniały i najbardziej jest ten stary właśnie w dzielnicy Montmartre (Basilique du Sacré-Coeur i Place du Tertre), w dzielnicy łacińskiej (Panthéon, Kościół Św. Genowefy, Sorbonne). Nad Sekwaną jest pięknie, naprawdę pięknie, może smutno, ale przecież nad każdą wodą jest smutno. I tak sobie łazimy po ulicach, kościołach. A w kościołach od czasu do czasu ktoś sobie gra na organach albo są próby do koncertów na następny dzień. Gryzę sobie opłatek i tak bardzo myślę o Tobie, tak najlepiej dla Ciebie i Ci życzę, życzę, proszę, proszę – dbaj o siebie. Całuję Cię mocno na kursie francuskiego, właśnie się zaciął aparat do filmu. Pracuję już od paru dni u starej francuskiej rodziny1. Sprzątam trzy godziny różnymi specjalnymi szmatkami, piórami, szczotkami; sprzątam, a właściwie to poprawiam porządek, sprzątam czystość, idiotyczne! Już padam, pierwsza lekcja po wakacjach i już minęły prawie dwie godziny bez przerwy.

[dopisane]

[Paryż, 6 I 1976]

Kochany mamciu, już następnego dnia. Jestem po całym dniu bardzo intensywnym. Teraz kurs. Więc mam dni wypełnione dosłownie zupełnie.

Poniedziałek: 9.00–10.45 praca, potem pędem na ASP: technika olejowa (malarstwo) do 13.00. 14.00–16.00 rysunek na rzeźbie i pędem na kurs francuskiego, i tak spóźniona. Koniec o 19.00.

Wtorek: 9.00–13.00 kompozycja (malarstwo), 14.00–16.00 kompozycja (rzeźba), no i dalej pędem na kurs.

Środa: 9.00–12.00 praca, 14.00–16.00 rysunek (malarstwo), 16.00–19.00 kurs, jak zwykle.

Czwartek: 9.00–13.00 o materiałach plastycznych (na rzeźbie) razem z praktyką, 14.00–16.00 znowu rzeźba, o technikach i kurs.

Piątek: 9.00–12.00 praca i kurs albo wycieczka na jakąś wystawę, a potem dyskusja od 18.00.

Na razie zrezygnuję z tych wycieczek na wystawę, bo kurs mi będzie przepadać. Poza tym nie wiem, czy ta pani, u której pracuję, zgodzi się w tej chwili na taki plan mojej pracy. A w ogóle to jestem w tej chwili całkiem nieprzytomna. Myślę, że za parę dni już będzie lepiej. Na razie dość dziwnie, cholera jasna, robimy czasowniki, które ja już znam, i siedzę zupełnie bezmyślnie.

Dom wreszcie. Więc Mamusiu w sobotę o drugiej jestem umówiona z mamą Ewy, nie mogę się doczekać. Poznałam lekarza (Polaka), który jest w Instytucie Onkologii, ale zna trochę ludzi, którzy może będą mogli pomóc mi w moich badaniach.

10 stycznia. Już po paczce jednej i drugiej. Mamek spódnica zielona bardzo fajna (dzisiaj w niej byłam), tylko zastanawiam się nad czerwoną, jest trochę chyba za ostry kolor na co dzień. Może za parę miesięcy ją włożę, na razie (może się rozchodzę). W ogóle strasznie się ucieszyłam z paczki i listu. Wiersz Baczyńskiego już prawie znam na pamięć. Dziękuję Ci.

Na Akademii już zrobiłam płaskorzeźbę! Niewielki akt kobiety leżącej na brzuszku. Wreszcie rzeźba. Pracownia wspaniała i materiały, o których mi się nie śniło! Więc temat tym razem miałam dowolny i materiał też dowolny. Wybrałam glinę, dostałam dechę drewnianą 50 × 40 cm i na tym zaczęłam rozkładać glinę. Cała decha była oblepiona (z jednej strony oczywiście) gliną i potem dodawałam gliny tak, żeby wyrosła z tego postać kobiety o obfitych kształtach. Potem zrobiło się odbitkę z tego w plastiku. Niesłychana maszyna, która elektrycznie się nagrzewa i dzięki temu pierwo­wzór z gliny odbija, wybija plastik. To miało mi służyć do ewentualnych popraw – tzn. patrząc na to, miałam poprawiać i doskonalić pierwowzór. Potem jeszcze raz odbiłam i już do plastiku drugiego wlewałam gips z takim specjalnym włóknem, po prostu zrobiłam jakby odlew. I teraz czeka mnie praca już na tym odlewie z gipsu. Z tego, co zrozumiałam, to profesor2 powiedział (do drugiego profesora), że jest to interesujące i ciekawe spojrzenie na rzeźbę, która jest potraktowana bardzo malarsko. Dalszy ciąg w liście równoległym i dalsze zdjęcia.

Całuję Małgorzata

8

Paryż, 10 I 1976

Mamuś, jesteśmy trochę smutne. Krystyna jutro już zaczyna pracę (u bardzo bogatej Francuski [sic!]) z mieszkaniem. Piszę szybko, bo już jest około pierwszej w nocy, a jutro chcę te listy ze zdjęciami wysłać3.

Chciałabym, to fakt, bardzo farby olejne.

Odcienie różne czerwieni (od jasnego do KRAPLAKA).

W granicach tych 200 zł, trzeba tak wybrać, żeby było dużo właśnie czerwieni. A poza tym możesz jedną paczkę na Jolantę Załuską wysłać przez kogoś też innego, a drugą na mnie. Po prostu. Jeśli oczywiście możesz wysłać za 400 zł. Najlepiej porozumieć się z Anką Tokarczyk4 albo Jackiem Babickim5, ale Anka zna się lepiej na „barwnikach”. Blejtramów nie ma sensu i płócien też (na razie przynajmniej). Mamciu całuję, całuję i idę spać, bo jestem trochę śpiąca. Myślę bardzo. Pozdrów Ewę Paszkowską i wszystkich oczywiście. Chcę niedługo zadzwonić do Ciebie. Całuję mocno. Krysia też całuje i bardzo dziękuje za kosmetyczkę, i w  ogóle była bardzo wzruszona.

Aha!

Notes wspaniały, brakowało mi tylko zaznaczonych faz księżyca. Teraz już mam, bo przerysowałam z kalendarza Jolanty Załuskiej.

Całuję, pa, M.

Kacper mój, Kacper, mój Kacper.

P.S. Co się dzieje z Piotrem Radziejowskim6? Bardzo jestem ciekawa, jak mu tam jest (śnił mi się bardzo, bardzo źle!).

M.

9

[Paryż] niedziela wieczór, 1 II 1976

Mamek najukochańszy, tak Cię strasznie przepraszam, ale widać dla mnie urodziłaś się 7 lutego zawsze7! Bądź bardzo, bardzo zdrowa i bardzo zazdrosna, ufna. Musisz się śmiać, śmiać, uśmiechać, uśmieszkować jak najwięcej, ślicznie wyglądasz wtedy.

Odpowiadam Ci na wszystkie pytania (krótko):

1. To, co zarobiłam, to wystarcza na bardzo, bardzo mało. Bo jest to sześćdziesiąt lub nawet tylko pięćdziesiąt fr. tygodniowo. Ale Jolanta Załuska rozmawiała z Jeremim [Kunickim] i chcą mi dorzucić, każdy po 200 fr. Oczywiście pomoc ta ma być do moich egzaminów. Ale to wspaniałe, że Jolanta tak o mnie naprawdę, tak bardzo myśli. Za pokój trzeba płacić Mimi O[staszewskiej] 200 fr. plus światło. Ale teraz albo mam się przenieść znowu do klitki, albo spróbuję Jolancie Z. wytłumaczyć, że wolę mieć o 200 fr. czy 250 fr. mniej na życie w pokoju, gdzie mogę malować. Jest to dla mnie ważne, pomieszczenie jest dla mnie bardzo ważne, bo maluję przecież w domu też, a zwłaszcza w soboty i niedzielę oraz wieczorami, jak mam siłę.

2. W pokoju jest materac, stół, stolik – antyk, malutki stoliczek, mała szafka z kuchennymi rzeczami, butelka z gazem. Maleńki stoliczek na długich cienkich nogach, który mi służy za sztalugi, stoi przy dużym, gdzie też pracuję. Aha, piecyk elektryczny do ogrzewania i okienko w ukośnym dachu nad łóżkiem prawie. Mam małą miedniczkę (zlew! w korytarzu) i codziennie rano grzeję wodę na mycie.

3. Pościeli troszkę mam, tzn. prawie w kółko tę samą, którą raz sama w domu prałam. Jakbyś mogła przez kogoś (paczki nie ma co!) podać mi moje w zielone pasy tylko, to byłoby nawet dobrze. Ale jak kłopot, to bez sensu.

4. Nic do kuchni nie potrzebuję i tak prawie mnie nie ma, a jak jestem, to piszę, czytam, myję, maluję, a to, co jem, wystarcza na tym, co tu jest.

5. Piorę na razie sama. Chyba ze spodniami pójdę do pralni z samoobsługą (taniej), bo już są strasznie brudne chyba.

6. Od Michała [Wyszomirskiego] nie dostałam, niestety, żadnych książek, a poza tym miał odebrać od Maćka Zembatego8 nasze Upaniszady. Odbierz ty koniecznie, ja tak je lubiłam.

7. Dostałam farby, dziękuję bardzo, bardzo, bardzo. Ale teraz, Mam, nie ma co kupować tych zwykłych polskich olejnych (podobno są najgorszymi farbami) oczywiście nie mówię, że tylko Rubensy (najdroższe), ale nawet jakieś inne, byle nie polskie, bo szkoda i forsy, i pracy (kolory bardzo są nietrwałe i nieczyste).

Dostałam wczoraj list Twój z 22 I (czwartek). Do babci napiszę, tylko chcę jakąś fajną kartkę kupić. Trochę się martwię tym fotelem, bo naprawdę on był wspaniały i miał tak śliczny kolor. Błagam, nie czyść tego koloru i nie ruszaj tej skóry, bo jest mi bardzo smutno. Można tylko poprawić sprężyny, bo to nie jest tak bardzo drogie. Błagam, nie zmieniaj tej kochanej mojej skóry! Dobre Twoje pytanie o Krysię. Więc już tam jest, jakoś od 10 stycznia, pracuje od rana do 15.30, pokój, jedzenie plus 600 fr. miesięcznie. Nie jest tragicznie, ale też nie jest tak znowu najlepiej, jak tu podobno może być. Więc naprawdę wolę być niekiedy smutna (chociaż z Krysią chyba byłam bardziej) i sama niż z Krysią.

A w ogóle to, jak pracuję, i mi to trochę idzie dobrze, to się śmieję, uśmiecham i jestem najszczęśliwsza, tylko smutek jak zawsze ten sam, a Krysia mi w nim przecież nie mogła pomóc.

Wściekła jestem, bo bardzo dużo mówię po polsku, właśnie na akademii. Aha! Gombrowicz jest tu bardzo drogi, zresztą nie tylko on, ale wszystkie książki w Księgarni Polskiej9 są drogie.

Zaczęłam dwa obrazy, o nich innym razem, bo dopiero zaczęłam. Natomiast poznałam bardzo ciekawego człowieka, który maluje, rzeźbi i pisze10. Jak na razie podobało mi się – obrazy [sic!] (tylko na zdjęciach widziałam) parę, rzeźby widziałam dwie (na Akademii, głowy), więc trudno mi powiedzieć, a pisze chyba bardzo interesująco, bo troszkę opowiadał mi dzisiaj. Przepisuje już na czysto i da mi do przeczytania, jestem bardzo, bardzo ciekawa, bo to, co o tej książce mi mówił (od strony formalnej), jest w moim charakterze. Ma dwadzieścia siedem lat i nie skończył żadnej akademii, teraz tylko jest tutaj, tak jak ja, ale na rzeźbie i może będzie też zdawać po to, żeby mieć dyplom. Mieszkał do 1968 roku w Warszawie i od trzech lat jest tutaj. Ma teraz drugą wystawę zbiorową z ludźmi z akademii, a pierwszą indywidualnie. Powiem Ci tylko, co na razie spostrzegłam, że ma taki kierunek odkrywczy, rozluźniający dramaty i smutki, wiesz, właśnie w tym jesteśmy trochę podobni. Rysunki ma wspaniale zrobione jedną kreską (też widziałam tylko ten jeden!). Poza tym tytuły do obrazów bardzo zabawne i rzeczywiście wszystko to jest prawdą, tacy są ludzie, np. hermafrodyta – to postać, nieważne jaka twarz, ale ważne ręce – jedna mała, a druga duża!!! Coś za długo o tym piszę…

Nie można o nim powiedzieć, że jest zdolny, bo już jest naprawdę artystą, już jest określony, a nie jak ja na razie zawsze zdolna, zdolna, ojejejej, i tak się już tego boję, bardzo boję, że zostanę zawsze tylko zdolną, a chciałabym to mieć za sobą wnet, wnet.

Więc Mamusiu kochany wyobraź sobie, że trzeba mi wymyślić imię, wymyślamy wszyscy i bardzo trudno. Margarito jest okropne i naprawdę tak inaczej od Małgorzaty… Więc myślałam, żeby Maria (drugie imię), a Andrzej wymyślił, żeby już Miriam, bo Maria po hebrajsku to Miriam i podobno właśnie tak jest dobrze. Nie wiem, myślałam jeszcze Lenka, dlatego że Ty, ale to jest przecież całkowite zmienienie imienia, więc nie bardzo. Najbardziej odpowiadałoby mi po prostu „em”. Krótko i pierwsza litera, byłby wreszcie spokój. Bo każdy chce znać zdrobnienie, a z  kolei nikt prawie nie potrafi normalnie, bez kłopotu, powiedzieć Małgorzata, a jak mówią do mnie Margarit, czy jakoś tak, to reaguje na to zupełnie ktoś inny, to nie ja. Jest to mój koszmar… więc może to „em”, tylko że Jeremi mówi, że przecież to znaczy „kochaj”. Ale w końcu jest inna pisownia. Sama nie wiem, a może „Mi”, ale to też trudno i poza tym nie mam w imieniu swoim „i”. Cholender! [sic!] A może cholender. „Cholender” – hm, hm, hm. Dość zabawne, bo Andrzej11 mówił do mnie – jak na razie odważa się tylko przez telefon – „Miriam”. Nie trafia to imię do mnie, tylko przelatuje obok i wtedy uderza plecami o ścianę, a ja się śmieję, to niby dobre, jak się ktoś śmieje, ale jak powie tak do mnie, gdy nie będzie ściemy! to co się wtedy stanie, wolę nie myśleć, nie wyobrażać sobie. Z kolei jestem też nazywana Izabella (trzecie moje imię, bo teraz przedstawiam się na wszelki wypadek trzema imionami), na co reaguję z podniesioną brwią do góry i wywijającą, ktoś by powiedział, chyba ona jest niesympatyczna, a Maria jest taka miła. Mamek pomóż mi rozwiązać, poradź się wszystkowiedzącego Michała [Wyszomirskiego], uprzednio zapoznawszy go z walorami czy też wadami tej sprawy.

W każdym razie nie mogę być abnegatką w tym względzie (o czym, wierz mi, myślałam) i muszę iść pewnym krokiem przez życie, w czym pomaga, bez wątpienia, imię własne czy też pożyczone, ale jest.

Poza tym, jak Ty mnie znajdziesz w Paryżu bezimienną? Powinno istnieć „Międzynarodowe Stowarzyszenie do Spraw Imion Przebywających Poza Granicami Swej Ojczyzny Na CZAS Nieokreślony”.

Musisz szybko dostać ode mnie ten pierścionek, który szczęście ma Ci przynieść. Nie chcę go wysłać pocztą, bo boję się, że może zginąć, więc dopiero, jak ktoś tu się zjawi. Ale nawet teraz już Ci daje szczęście i wszystko najlepsze, bo on wysyła takie tłumione granatowe głębokie ciepło do Ciebie, wiesz, Mamciu mój kochany.

Mamek Całuję mocno i kończę, bo chyba jeszcze troszkę porysuję ten obraz drugi, a jest już około jedenastej. Zdradzę Ci tylko, że na jednym obrazie są kloszardzi, para: on i ona12, na razie tylko tyle powiem.

Całuję Cię jeszcze raz i życzę Mamciu, życzę i spełniam, spełniam, osłaniam Cię tym wszystkim, musisz czuć wokół siebie ciepło, bo jestem przy Tobie.

Małgorzata

Z cyklu Clochardzi, olej na płótnie, 1975–1976, Paryż

Z cyklu Clochardzi, olej na płótnie, 1975–1976, Paryż

Z cyklu Clochardzi, olej na płótnie, 1975–1976, Paryż

10

[Paryż, 3 II 1976]

Mamciu kochany, jeszcze raz dzisiaj tzn. poniedziałek (prawie noc, około 24.00).

Właśnie Jolanta [Załuska] dzwoniła, że miała telefon od Ciebie. Mamciu, nic się nie martw; ze zdrowiem OK, gorzej natomiast z forsą i moimi tak kochanymi wypadami za miasto, wiesz, a może Kazimierz, a może choć Wilanów, choć brzeg Wisły. Mam często dość namiastki tych małych miasteczek, wiosek górskich i podwarszawskich tutaj, w samym Paryżu. W całym Paryżu jest utkane takimi ni stąd, ni zowąd Kazimierzami, ul. Dobrą czy Aninem. Powinnam właściwe traktować to takim, jakie to jest, a nie wywoływać widoki z przeszłości, ale to jest bardzo, bardzo trudno, w końcu cały świat to jedno, teraz tak sobie myślę, i to nie miejsca tylko i wyłącznie podobne są do innych miejsc, a po prostu my je odczuwamy podobnie, bo w każdym miejscu dajemy swój świat. I to tak jakby wszystko kręciło się naprawdę w kółko i to do tego na jednej główce od szpilki – zupełnie jak czuli ludzie w średniowieczu i wydaje mi się, że to jest cholernie prawdziwe. A w ogóle to myślę sobie o ludziach i o  moim do nich stosunku, i czuję już, że nie powinno się niczego od nich wymagać ani mieć coś innego od po prostu wiecznej życzliwości i spokoju. To nie jest rezygnacja, tylko walka z ludźmi nie ma sensu najmniejszego, bo nimi jesteśmy sami i tylko sami, i rodzimy się, i umieramy sami, i sami odpowiadamy w końcu przed sobą samym. Dając im wolność, jednocześnie mamy ją w sobie. Możemy im tylko coś podpowiedzieć, trochę poprosić, ale nie możemy na siebie krzyczeć, gniewać się czy broń boże nienawidzić.

Tak, to są moje nocne wywody.

A teraz Mamciu prosiłabym Cię, abyś w miarę możliwości mogła zdobyć te książki, głównie dla Andrzeja (tego człowieka, o którym piszę w ostatnim liście), bo on zrobił spis. Ja już mam w nim upatrzone dla mnie.

Rilke – Poemat o miłości iśmierci Korneta Rilke „Złota biblioteczka” (poezje) – na pewno tam jest

1. Julian Apostata – Listy (Ossolineum), 1963 r.

2. S. Beckett – Teatr (ja o to też proszę)

3. Stiller Robert – Krymhilda

4. Gilgamesz

5. Abelard – Listy do Heloizy

6. Petroniusz – Satyry

7. Ionesco – Teatre (ja o to też proszę bardzo, bardzo, bardzo)

8. M. Aureliusz – Rozmyślenia (chyba wydawnictwo filozoficzne)

9. Anna Komnena – Aleksjada (księgarnia Pałac Kultury)

10. Hymny Rigwedy

11. Prokopiusz z Cezarei – Historia sekretna

12. Ksenofont z Efezu – Opowieści efeskie

13. Jung – Psychologia a Religia