Manwhore + 1 - Katy Evans - ebook + audiobook
lub
Opis

Niepohamowany pociąg, huragan zmysłowości i rozpaczliwe próby odzyskania rozsądku. Manwhore + 1 to więcej niż zwykła powieść erotyczna.

Bestsellerowa Katy Evans ponownie zachwyca szczegółowym opisem nieskrępowanych emocji.

Katy Evans ponownie zniewala historią seksownego Malcolma Sainta. Manwhore + 1 to już drugi tom kultowej serii, która podbiła serca milionów czytelniczek na całym świecie. W tej książce znajdziesz ogrom zmysłowości. Do tego dodaj + jedno seksowne spojrzenie spod przymrużonych powiek… + jeden pocałunek, który sprawia, że miękną ci nogi… + 1 obłędny szczyt rozkoszy, który wyraża się niepohamowanym krzykiem ekstazy…

Ponownie zakochasz się w historii wpływowego i bogatego playboya bez skrupułów, który zdecydowanie jest przepełniony grzechem, a jego nazwisko Saint (tł. święty) nie jest ani trochę adekwatne. Jeszcze raz zobaczysz, że bezwzględność i silny charakter w interesach przekłada się na brak kompromisów w łóżku i nieustępliwość w dążeniu do spełnienia w erotycznej strefie.

A co u naszej „niewinnej” Rachel? Cóż, Malcolm Saint miał być wyłącznie zadaniem. Misją dziennikarską. Interesem. Artykułem. Chociaż próbowała odkryć jego karty, to on odkrył jej delikatne wnętrze i instynktowne potrzeby. Serce wygrało z rozumem i nic już nie może powstrzymać Rachel w dążeniu do spełnienia nowej misji. Misji przeistoczenia się ze zwykłej dziennikarki w panią + 1 Malcolma Sainta.

Czy poprzednie uwikłanie w intrygę i knucie nie odbiją się przykrym echem na drodze zdobycia zaufania najseksowniejszego biznesmena w mieście?

 

Pełna pasji, namiętności oraz gorących emocji. – Sylvia Day, autorka Dotyku Crossa

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 379

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

ODKRYWANIE MALCOLMA SAINTA

Autor: R. Livingston

Opowiem wam historię. Historię, przez którą zupełnie się rozpadłam. Która przywróciła mnie do życia. Dzięki której płakałam, śmiałam się, krzyczałam, uśmiechałam się, a potem znowu płakałam. Którą opowiadam sobie bez końca, aż zapamiętuję każdy uśmiech, każde słowo, każdą myśl. Historię, która mam nadzieję, że zostanie we mnie już na zawsze.

Zaczyna się od tego właśnie artykułu. To był typowy poranek w „Edge”. Poranek, w który dostałam wielką szansę: napisanie artykułu demaskującego Malcolma Kyle’a Prestona Logana Sainta. To człowiek, którego nie trzeba przedstawiać. Miliarder i playboy, cieszący się niesamowitym powodzeniem u kobiet, obiekt mnóstwa spekulacji. Ten artykuł miał otworzyć przede mną drzwi do świata poważnego dziennikarstwa.

Udało mi się umówić z Malcolmem Saintem na wywiad, którego tematami miały być Interface (jego niesamowity portal rywalizujący z Facebookiem) i jego coraz większa popularność. Tak jak całe miasto, miałam obsesję na punkcie tego człowieka, uznałam się więc za szczęściarę.

Tak się skupiłam na odkrywaniu prawdziwego Malcolma Sainta, że straciłam czujność i nie miałam świadomości, że za każdym razem, gdy się przede mną otwiera, tak naprawdę to o sobie samej dowiaduję się najwięcej. To, czego nigdy nie chciałam, nagle stało się przedmiotem mojego pragnienia. Pełna byłam determinacji, aby dowiedzieć się więcej na temat tego mężczyzny. Tej zagadki. Dlaczego był taki zamknięty w sobie? Dlaczego nic nigdy nie było dla niego wystarczające? Wkrótce się przekonałam, że to mężczyzna oszczędny w słowach. Człowiek czynu. Wmawiałam sobie, że każdy strzępek informacji potrzebny jest do artykułu, ale tak naprawdę najwięcej informacji dotyczyło mnie samej.

Chciałam wiedzieć wszystko. Chciałam nim oddychać. Żyć nim.

Jednak najbardziej nieoczekiwane było to, że Saint zaczął się do mnie zalecać. Szczerze. Z entuzjazmem. I wytrwale. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę się mną interesuje. Nigdy wcześniej żaden mężczyzna nie próbował mnie w taki sposób zdobyć, żaden mnie tak nie intrygował. I jeszcze nigdy nie czułam z nikim takiej więzi.

Nie spodziewałam się, że moja historia się zmieni, tak się jednak stało. Historie już tak mają; zaczyna się szukać jednego, a wraca się z czymś zupełnie innym. Nie zamierzałam się zakochać. Nie zamierzałam tracić zdrowego rozsądku z powodu najpiękniejszych zielonych oczu, jakie dane mi było widzieć. Nie zamierzałam oszaleć z pożądania. Ale skończyło się to tak, że znalazłam mały kawałek swojej duszy, kawałek, który tak naprawdę nie jest wcale taki mały: ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, szerokie ramiona, dłonie dwa razy większe od moich, zielone oczy, ciemne włosy, do tego jest inteligentny, ambitny, serdeczny, szczodry, wpływowy i seksowny.

Żałuję, że okłamywałam zarówno siebie, jak i jego; żałuję, że zabrakło mi doświadczenia, aby rozpoznać własne uczucia. Żałuję, że nie rozkoszowałam się bardziej każdą spędzoną z nim sekundą, gdyż te sekundy są dla mnie teraz najważniejsze na świecie.

Nie żałuję jednak tej historii. Jego historii. Mojej historii. Naszej historii.

Zrobiłabym to raz jeszcze, byle przeżyć z nim jeszcze jedną chwilę. Wszystko bym powtórzyła. Wzbiłabym się ślepo w powietrze, nawet gdyby istniał tylko niewielki ułamek szansy na to, że on tam będzie czekał i mnie odnajdzie.

Cztery tygodnie

igdy wcześniej nie byłam tak pełna nadziei, jak w chwili, gdy wsiadłam do szklanej windy w biurowcu M4. Razem ze mną na górę jedzie kilkoro pracowników, wymieniających się zdawkowymi słowami powitania. Nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa. W odpowiedzi uśmiecham się – nerwowo, lecz z nadzieją. Zdecydowanie z nadzieją. Pracownicy wysiadają na kolejnych piętrach, aż w końcu zostaję sama. I jadę na ostatnie piętro.

Do niego.

Do mężczyzny, którego kocham.

Moje ciało wariuje. Krew buzuje w żyłach jak szalona. Nogi mi się trzęsą. Mam wrażenie, że w moim brzuchu dochodzi do niewielkich drgań, które z chwilą gdy winda się zatrzymuje, przechodzą w regularne trzęsienie ziemi.

Wychodzę z niej i oto znajduję się w samym sercu korporacyjnej nirwany, otoczona eleganckim chromem i nieskazitelnie czystym szkłem, marmurem i wapiennymi płytami na podłodze. Ale ja widzę jedynie znajdujące się na końcu wysokie i imponujące drzwi z matowego szkła.

Po obu stronach stoją dwa długie, designerskie biurka w kolorze ciemnego dębu, za którymi siedzą cztery kobiety w identycznych czarno-białych kostiumach i pracują cicho, ukryte za dużymi płaskimi monitorami.

Jedna z nich, czterdziestoletnia Catherine H. Ulysses – prawa ręka mężczyzny, który jest właścicielem każdego centymetra tego budynku – na mój widok przerywa to, co robi. Unosi brew. Na moją obecność reaguje zarówno napięciem, jak i uczuciem ulgi. Podnosi słuchawkę i wypowiada cicho moje nazwisko.

Ja. Nie. Oddycham.

Catherine tymczasem nie traci rezonu. Wskazuje mi wielkie, szklane drzwi – te onieśmielające drzwi – które prowadzą do kryjówki najpotężniejszego człowieka w Chicago.

Człowieka, który ma najpotężniejszy wpływ na mnie.

Na to właśnie czekałam przez cztery tygodnie. Tego pragnęłam, kiedy wysyłałam mu tysiąc SMS-ów, a także kiedy pisałam tysiąc innych, których ostatecznie nie wysłałam. Spotkania z nim.

I aby on chciał się spotkać ze mną.

Kiedy jednak zmuszam się, by iść naprzód, sama nie jestem pewna, czy po tym, co zrobiłam, znajdę w sobie siłę, aby stanąć przed nim i spojrzeć mu prosto w oczy.

Jestem tak zdenerwowana, pełna wyczekiwania i nadziei – tak, mimo wszystko nadziei – że trzęsę się jak liść na wietrze.

Catherine otwiera drzwi, a ja z wysoko uniesioną głową – choć przychodzi mi to z ogromnym trudem – wchodzę do gabinetu.

Po dwóch krokach słyszę, jak drzwi się zamykają, i nieruchomieję na widok najpiękniejszego gabinetu, w jakim dane mi było się znaleźć.

Jest ogromny, cały w chromie i marmurze, ma prawie cztery metry wysokości i niezliczoną liczbę okien, umieszczonych od podłogi aż po sufit.

A oto i on. Centrum osi pomieszczenia. Centrum mojego świata.

Chodzi wzdłuż rzędu okien tam i z powrotem i mówi coś do telefonu cichym, niskim głosem – takim, którego używa, kiedy jest wkurzony. Jedyne, co udaje mi się wychwycić, to: „Prędzej umrę” i „Wpaść w jego szpony”.

Rozłącza się i jakby wyczuwając moją obecność, odwraca głowę. Na mój widok w jego oczach pojawia się błysk. W jego zielonych oczach.

Boleśnie znajomych, pięknych zielonych oczach.

Robi wdech, bardzo powoli jego klatka piersiowa się unosi, a on patrzy na mnie, zaciskając lekko dłonie w pięści.

Ja też patrzę na niego.

Malcolm Kyle Preston Logan Saint.

Właśnie stoję oko w oko z najpotężniejszą burzą w moim życiu. Nie. Nie burzą. Cyklonem.

Nie widziałam go cztery tygodnie. I jest dokładnie taki, jakim go zapamiętałam. Nieopanowany i nieodparcie pociągający.

Uderzająco przystojną twarz ma idealnie ogoloną, a pełne usta wyglądają tak boleśnie zmysłowo, że niemal czuję je na swoich. Przede mną stoi ponad metr osiemdziesiąt idealnie kontrolowanej męskiej siły, odzianej w perfekcyjnie skrojony garnitur. Kwintesencja diaboliczności w Armanim: kwadratowa szczęka, błyszczące ciemne włosy, no i oczywiście to przenikliwe spojrzenie.

Jego oczy są naprawdę niesamowite.

Pojawia się w nich błysk, kiedy się ze mną droczy, a kiedy się nie droczy, są tajemnicze i nie da się z nich niczego wyczytać. Oceniające i inteligentne. Sprawiają, że próbuję odgadywać jego myśli.

Ale zdążyłam już zapomnieć, jakie te oczy potrafią być zimne. W tej chwili patrzą na mnie zielone odłamki arktycznego lodu.

Zaciska usta i odkłada telefon.

Wygląda nieprzystępnie niczym skała, a biała koszula przywiera do jego skóry niczym kochanka. Ale ja wiem, że on nie jest skałą – na skałę nie mam ochoty rzucić się tak jak na niego.

Idzie w moją stronę tym swoim cichym, pewnym siebie krokiem, a mnie serce wali jak oszalałe.

Gdy dzieli nas nieco ponad metr, on się zatrzymuje i wkłada ręce do kieszeni spodni. I nagle wydaje się taki wielki i pachnie tak cudnie. Opuszczam wzrok na jego krawat, a iskierka nadziei, z którą tu weszłam, zaczyna blednąć.

– Malcolmie… – zaczynam.

– Saint – mówi cicho.

Brak mi tchu.

Czekam, aż coś powie – powie, jaka jestem beznadziejna – i czuję ból, kiedy tego nie robi. Zamiast tego od strony drzwi rozlega się głos Catherine:

– Panie Saint, przyszedł Stanford Merrick.

– Dziękuję. – Choć głos ma cichy, słychać w nim siłę. Niespodziewanie wzdłuż kręgosłupa przebiega mnie dreszcz.

Z zażenowaniem wbijam wzrok w błyszczącą marmurową podłogę. Moje buty. Włożyłam coś, w czym sądziłam, że będę ładnie wyglądać. Boże, nie wydaje mi się, aby on to w ogóle zauważył albo był tym zainteresowany.

– Rachel, poznaj Stanforda Merricka z działu kadr.

Płoną mi policzki, kiedy słyszę, jak wypowiada moje imię. Nadal nie jestem mu w stanie spojrzeć w oczy, zamiast tego skupiam się na wymianie uścisku dłoni ze Stanfordem Merrickiem. Merrick jest mężczyzną średniego wzrostu, z przyjaznym uśmiechem i prezencją, którą Saint zdecydowanie przyćmiewa.

– Miło panią poznać, pani Livingston – mówi.

Słyszę odgłos odsuwanego krzesła i kolana mam jak z waty, kiedy ponownie dobiega mnie głos Sainta:

– Usiądź.

Robię, co mi każe, wciąż unikając jego wzroku.

W czasie gdy Catherine nalewa kawy spoglądam na niego kątem oka.

Odpina guzik marynarki i siada pośrodku długiej skórzanej kanapy w kolorze kości słoniowej, dokładnie naprzeciwko mnie. Wygląda tak mrocznie w tym czarnym garniturze. Tak mrocznie na tle słonecznego dnia, na tle jasnej kanapy.

– Panie Saint, mam mówić czy też chce pan to przekazać osobiście? – pyta Merrick.

Nie odrywa ode mnie wzroku.

– Panie Saint?

Marszczy lekko brwi, kiedy dociera do niego, że nie słuchał, i mówi:

– Tak.

Opiera się i kładzie rękę na oparciu kanapy. Czuję na sobie jego wzrok, gdy tymczasem Merrick wyjmuje z teczki jakieś dokumenty. Siedzę sztywno wyprostowana.

Pole energii Sainta jest dzisiaj ogromne, przemożne i zupełnie niemożliwe do rozszyfrowania. Jedyna myśl, jaką mam w głowie, to: „Czy ty mnie nienawidzisz?”.

– Od jak dawna pracuje pani w „Edge”, pani Livingston? – pyta Merrick.

Waham się i dostrzegam, że leżący obok Sainta telefon zaczyna wibrować. Bierze go do ręki i jednym płynnym ruchem kciuka wyłącza go.

Niespodziewanie swędzi mnie kącik ust.

Poprawiam się na krześle.

– Od kilku lat – odpowiadam.

– Jest pani jedynaczką, zgadza się?

– Zgadza.

– W zeszłym roku otrzymała pani nagrodę od CJA w kategorii reportaż?

– Tak. Ja… – Szukam w głowie odpowiednich słów pośród tych wszystkich: „Przepraszam” i „Kocham cię” – …poczułam się zaszczycona samą nominacją.

Saint powoli zdejmuje ramię z oparcia sofy, po czym w zamyśleniu opuszkiem kciuka przesuwa po dolnej wardze. Milcząc, bacznie mi się przygląda.

– Widzę, że dla „Edge” zaczęła pani pracować jeszcze przed ukończeniem uniwersytetu Northwestern, zgadza się?

– Tak. – Pociągam za rękaw swetra, próbując się skupić na zadawanych mi pytaniach.

Kątem oka przez cały czas zerkam, co robi on. Sin. Widzę, jak sączy wodę, jak mocno zaciska palce na szklance.

Widzę jego ciemne włosy, ciemne rzęsy. Usta. Nieuśmiechnięte. Oczy, które w ogóle się nie skrzą. Odwracam głowę w jego stronę i mam wrażenie, że na to czekał. Wpatruje się we mnie z taką intensywnością, jak tylko on potrafi, a kolor zielony staje się całym moim światem. Światem arktycznego, nietykalnego, niezniszczalnego zielonego lodu.

Taki przemożny chłód nie powinien sprawiać, że robi się aż tak gorąco. Ale w tym lodzie buzuje ogień, palący ogień.

– Przepraszam, straciłam wątek. – Odrywam wzrok od Sainta.

Zmieszana poprawiam się na krześle i koncentruję się na Merricku. Ten patrzy na mnie dziwnie i jakby z odrobiną współczucia. Rejestruję niewielkie poruszenie tam, gdzie siedzi Saint. Przesuwa się na kanapie, aby lepiej widzieć Merricka. I spostrzegam, że patrzy na niego z wyraźnym niezadowoleniem.

– Daj już spokój tym bzdurom, Merrick.

– Oczywiście, panie Saint.

O Boże. Jeszcze bardziej pąsowieję na myśl, że Saint zauważył, iż ten człowiek mnie peszy.

– Pani Livingston – zaczyna raz jeszcze Merrick, po czym robi pauzę, jakby zamierzał powiedzieć rzecz wielkiej wagi. – Pan Saint jest zainteresowany poszerzeniem listy usług, jakie Interface świadczy swoim subskrybentom. Oferujemy zupełnie nowe treści z konkretnych źródeł, czyli przede wszystkim spod pióra grupy młodych dziennikarzy, felietonistów i reporterów, których planujemy zatrudnić.

Interface. Jego najnowsze przedsięwzięcie. Rozrastające się w niesłychanie szybkim tempie, łamiące po drodze wszelkie bariery technologiczne i rynkowe. Nie dziwi mnie, że Saint robi ten kolejny krok – to genialne posunięcie, następny logiczny ruch firmy, która znajduje się na liście dziesięciu najlepszych pracodawców.

– Doskonały pomysł, Malcolmie – oświadczam.

O mój Boże!

Czy ja go właśnie nazwałam Malcolmem?

To go chyba zbija z tropu. Na ułamek sekundy jego spojrzenie ciemnieje. Wygląda to tak, jakby w jego wnętrzu szalała burza… Ale chwilę później wszystko się uspokaja.

– Cóż, wspaniale to słyszeć – odzywa się Merrick. – Jak pani wiadomo, pani Livingston, pan Saint potrafi wyczuć prawdziwy talent. I chce, aby dołączyła pani do jego zespołu.

Saint nie odrywa ode mnie wzroku. Przygląda się, jak uśmiech znika mi z twarzy, a zastępują go szok i niedowierzanie.

– Proponujecie mi pracę?

– Tak. – To Merrick odpowiada na moje pytanie. – W rzeczy samej, pani Livingston. Pracę w M4.

Zaniemówiłam.

Wbijam wzrok w kolana i przetrawiam to, co właśnie usłyszałam.

Sin nie chce ze mną rozmawiać.

Moja obecność prawie nie robi na nim wrażenia.

Zadzwonił do mnie po czterech tygodniach z powodu tego.

Podnoszę głowę i nasze spojrzenia się krzyżują. W tej samej chwili mam wrażenie, jakby przeszyła mnie błyskawica. Zmuszam się do tego, aby nie odwracać wzroku od jego twarzy, z której nie jestem w stanie wyczytać absolutnie niczego. Kiedy się odzywam, staram się, aby mój głos brzmiał spokojnie.

– Propozycja pracy to ostatnie, czego się dzisiaj spodziewałam. Czy to wszystko, czego ode mnie chcesz?

Jednym płynnym ruchem nachyla się i opiera łokcie o kolana, przez cały czas wpatrując się we mnie.

– Chcę, abyś ją przyjęła.

O.

Boże.

Sprawia wrażenie równie poważnego, jak tamtego wieczoru, kiedy mnie „zaklepał”…

Odrywam w końcu wzrok od jego twarzy i przez chwilę patrzę w okno. Chcę mówić na niego Malcolm, ale dociera do mnie, że on nie jest już dla mnie Malcolmem. Nie jest nawet Saintem, który niemiłosiernie się ze mną droczył. To jest Malcolm Saint. Patrzący na mnie tak, jakby ani razu nie trzymał mnie w swoich ramionach.

– Wiesz, że nie mogę porzucić swojej pracy – mówię, odwracając się.

– Sprostamy twoim oczekiwaniom finansowym – odpowiada natychmiast.

Kręcę głową i lekko się śmieję z niedowierzaniem, po czym pocieram skronie.

– Merrick – rzuca jedynie Saint.

A Merrick, wyraźnie spięty, wraca do wyjaśnień.

– Jak już mówiłem, będziemy oferować naszym subskrybentom treść newsową, a pan Saint od dawna jest fanem pani pióra. Docenia szczerość i podejmowane przez panią tematy.

Pąsowieję.

– Dziękuję. Niesamowicie mi to schlebia – mówię. – Ale tak naprawdę istnieje tylko jedna odpowiedź – dodaję bez tchu – i już jej udzieliłam.

– To poważna propozycja pracy, zatem w ciągu tygodnia oczekujemy jej przyjęcia bądź odrzucenia.

Kładzie na stole plik dokumentów.

Patrzę na nie, nie będąc w stanie pojąć, o co w tym wszystkim chodzi.

– Czemu to robisz? – pytam.

– Bo mogę. – Saint patrzy na mnie spokojnie. Spojrzenie ma rzeczowe. – Mogę zaoferować ci więcej niż twój obecny pracodawca.

Pozostaje w bezruchu, a mimo to mój świat wiruje w szaleńczym tempie.

– Weź te dokumenty, Rachel – dodaje.

– Ja-ja… nie… chcę.

– Zastanów się. Przeczytaj je, zanim mi odmówisz.

Wpatrujemy się w siebie o ułamek sekundy za długo.

Wstaje i z kocią gracją się prostuje. Malcolm Kyle Preston Logan Saint. Dyrektor generalny najpotężniejszej korporacji w tym mieście. Obsesja kobiet. Ulotny niczym kometa. Nieustępliwy i bezwzględny.

– Przed końcem tygodnia moi ludzie skontaktują się z tobą.

Ni z tego, ni z owego zastanawiam się, czy ten mężczyzna kiedykolwiek przestanie mnie zaskakiwać. Naprawdę jestem pełna podziwu dla jego opanowania. Jeśli choć przez chwilę sądziłam, że jakoś się dogadamy, myliłam się. Saint nie będzie marnował na to czasu. Jest zbyt zajęty zaspokajaniem swoich bezkresnych ambicji, podbojem świata.

A ja? Ja tylko próbuję poskładać swój świat w jedną całość.

Biorę głęboki oddech i w milczeniu zabieram dokumenty. Nie żegnam się ani nie dziękuję. Po prostu cicho wychodzę.

Otwieram drzwi i nie mogę się powstrzymać przed ostatnim zerknięciem na gabinet, ostatnim zerknięciem na Sainta: siedzi na kanapie z dłońmi na kolanach, wzdycha i dotyka twarzy.

– Potrzebuje pan ode mnie czegoś jeszcze, panie Saint? – pyta Merrick tonem, który błaga o więcej pracy.

Kiedy Saint unosi głowę, dostrzega, że mu się przyglądam. Oboje zamieramy i po prostu patrzymy. Na siebie. On nieufnie i ostrożnie, ja z całym żalem, jaki mnie dręczy. Jest tyle rzeczy, które chcę mu powiedzieć, a mimo to odchodzę w milczeniu, zamykając za sobą drzwi.

Jego asystentki patrzą, jak się oddalam.

Wchodzę cicho do windy i zjeżdżając do lobby, przyglądam się swemu odbiciu w stalowych drzwiach. Całkiem ładnie wyglądam z rozpuszczonymi włosami, ubrana w miękki, kobiecy, opinający ciało strój. Ale kiedy patrzę sobie w oczy, wyglądam na tak zagubioną, że mam ochotę dać nura do swojego wnętrza, aby się odnaleźć.

I dociera do mnie, że miłość jest równie zmienna, jak niebo czy ocean: nie znika, ale nie zawsze jest słoneczna, czysta czy spokojna.

Wychodzę z budynku i zatrzymuję taksówkę, a kiedy odjeżdżamy, odwracam się i przez chwilę mierzę wzrokiem piękną lustrzaną fasadę budynku M4. Jest taki królewski, taki nieprzenikniony. Wtedy wibruje mi telefon.

NO I JAK?!

POGODZILIŚCIE SIĘ?!

MÓW! WYNN WYCHODZI ZA 3 MIN I CHCE WIEDZIEĆ.

CZYTAŁ TWÓJ ARTYKUŁ? ZMIĘKŁ PRZEZ TO?

Czytam SMS-y od Giny i nie jestem w stanie wykrzesać z siebie energii, żeby na nie odpisać. Kierowca włącza się do ruchu.

– Dokąd jedziemy? – pyta.

– Proszę po prostu trochę pojeździć.

Wyglądam przez szybę na Chicago – miasto, które kocham i które jednocześnie mnie przeraża, gdyż nigdy nie czuję się w nim do końca bezpieczna. Wszystko wygląda tak samo. Chicago nadal tętni życiem, jest wietrzne, elektryczne, nowoczesne, wspaniałe i niebezpieczne. To dokładnie to samo miasto, w którym mieszkam przez całe życie.

To nie metropolia się zmieniła, lecz ja.

Podobnie jak tysiąc kobiet przede mną, zakochałam się w ulubionym kawalerze tego miasta.

I już nigdy nie będę taka jak wcześniej.

Tak jak się obawiałam, po tym, co się stało, on już nigdy nie będzie mój.

Cztery tygodnie + 1 godzina

–ie potrafiłam go rozgryźć. Po prostu nie potrafiłam. Byłam zbyt poruszona samym jego widokiem. Tak wiele miałam mu do powiedzenia i wiedziałam, że na pewno mnie nienawidzi i że tak naprawdę wcale nie ma ochoty ze mną rozmawiać. – Wzdycham i odwracam wzrok.

– Rachel.

To chyba jedyne, co Gina ma do powiedzenia. Robi się cicho jak w kostnicy.

Kilka minut wcześniej w końcu poprosiłam taksówkarza, aby wyrzucił mnie pod Starbucksem, ponieważ nie chciałam wracać do domu. Chwilę później dołączyła do mnie Gina i oto siedzimy przy stoliku na samym końcu, w naszym własnym, małym świecie.

– Tak bardzo mi smutno, Gino. – Zasłaniam dłonią oczy. – To już naprawdę koniec.

– Kurwa. – Gina sznuruje usta. Ma nachmurzoną minę. – Czy w ogóle obchodzi go fakt, że zakochałaś się w nim mimo tego, że jest psem na baby i Bóg wie, kim jeszcze?

– Gina! – krzywię się.

Ona także robi kwaśną minę.

Nie powinnam z nią nawet o tym rozmawiać. Tysiąc razy mnie ostrzegała, że tak się to właśnie skończy. Aż do znudzenia powtarzała mi: „Nie angażuj się”. Dlatego że Saint to znany kobieciarz, a ja miałam swoją robotę. Ale jak mogłam się przed tym uchronić?

Saint to cyklon, a kiedy zgodziłam się napisać ten demaskujący go tekst, weszłam prosto w jego oko.

Nie planowałam, że się zakocham. Zakochanie się w jakimkolwiek facecie w ogóle nie znajdowało się na liście moich życiowych planów. Gina i ja już zawsze miałyśmy być szczęśliwymi singielkami – pracoholiczkami, najlepszymi przyjaciółkami, utrzymującymi bliskie kontakty ze swoimi rodzinami. Ona zdążyła się przekonać, co to znaczy mieć złamane serce, i wszystko mi opowiedziała, żebym nie musiała też przez to przechodzić. Tak więc chroniłam swoje serce. Nie interesowali mnie mężczyźni, lecz wspinanie się na kolejne szczeble dziennikarskiej kariery. Tyle że Saint nie był zwykłym mężczyzną. Nie uwiódł mnie w zwyczajny sposób. A to, co nas połączyło, nie było… zwyczajne.

Jestem dziennikarką i powinnam znaleźć jakieś krótkie słowo, którym można go opisać, ale mnie przychodzi do głowy jedynie „Sin”*.

Porywający, uzależniający gracz, który wie, jak prowadzić grę, miliarder, który przywykł do tego, że ludzie czegoś od niego chcą. Nie mogłam znieść tego, że pewnie uznał, że jestem taka sama jak wszyscy inni w jego życiu, chcący tylko coś od niego uzyskać.

Nie, Rachel, nie jesteś taka jak inni. Jesteś gorsza.

Sypia z jedną fanką przez cztery noce albo z czterema przez jedną. Nic im z siebie nie daje. Może ewentualnie czek na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej – raz słyszałam, jak jedna go o to prosi – ale to nie powoduje uszczerbku na jego koncie. Jeśli mają na to ochotę, pozwala się karmić winogronami na swoim jachcie, jest bowiem zbyt zepsuty przez kobiety, aby je powstrzymać. Jednak kiedy odchodzą, nie zaszczyca ich ani jednym spojrzeniem. No ale z tobą, Rachel? Wpuścił cię do środka. To on karmił cię na jachcie winogronami. Zjawił się na twoim biwaku nie dlatego, że lubi spać pod namiotem, lecz dlatego, że wiedział, iż ty tam będziesz. Powiedział ci o czwórce – swojej szczęśliwej liczbie. Liczbie, która symbolizuje dla niego wykraczanie poza normę. O Boże, nie miałam świadomości tego, jak blisko mnie do siebie dopuścił, dopóki dzisiaj nie stanęłam przed nim, wygnana z tego, co zdążyło stać się moim prywatnym rajem.

– Tyle bym mu powiedziała, gdyby nie siedział tam ten facet, który opowiadał mi o pracy dla M4. – Wyjmuję dokumenty i podaję je Ginie. – Nie byłam w stanie skoncentrować się na nich, kiedy w gabinecie był Saint.

Czyta cicho:

– Propozycja pracy dla Rachel Livingston… – Odkłada papiery i patrzy na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami, które w tej chwili są równie skonsternowane, jak cała ja.

– Interface rozszerza się o wiadomości – wyjaśniam.

Zerka na dokumenty.

– Jeśli ty nie chcesz, to ja biorę tę posadę.

Kopię ją pod stołem.

– Bądź poważna.

– Potrzebuję więcej cukru. – Udaje się do stanowiska z dodatkami, wraca z saszetką cukru i wsypuje go do kawy. – Co człowiek jego pokroju, dyrektor generalny, robi na tego typu spotkaniu? – Marszczy brwi. – Saint jest zbyt inteligentny, Rachel. Chciał mieć pewność, że się zjawisz. On cholernie chce cię w M4. Proponuje ubezpieczenie zdrowotne dla ciebie i najbliższego krewnego. Czyli twojej mamy. Zdajesz sobie sprawę z tego, co to dla ciebie oznacza na gruncie zawodowym?

Mama to moja słabość.

– Tak, zdaję sobie sprawę.

Saint oferuje mi… świat.

Ale świat bez niego nic dla mnie nie znaczy.

– Rachel, chociaż „Edge” cieszy się sporym rozgłosem od czasu… – Rzuca mi przepraszające spojrzenie, ponieważ wie, że nie lubię wspominać o artykule, po czym dodaje: – Ale jak długo to potrwa? Przyszłość tego magazynu nadal wisi na włosku. – Pociąga łyk kawy. – A Interface to Interface. Jego przyszłość jest świetlana. M4, Rachel, to… potężna firma. Żadna z nas nawet nie marzyła o tym, żeby tam pracować. Oni zatrudniają tęgie głowy z całego kraju.

– Wiem – szepczę.

Czemu więc Saint chce, żebym dołączyła do grona jego pracowników? Może pozyskać kogo tylko chce. W każdej dziedzinie życia.

– Założę się, że Wynn każe ci przyjąć tę pracę. Potrzebna nam jej rada. Ona jedyna z nas jest w związku.

– Gina, po raz pierwszy w życiu wyznałam facetowi miłość. Nigdy, dopóki żyję, nie zgodzę się na to, aby został moim szefem. – Z bólem dodaję: – A Saint nie angażuje się w żadne głębsze relacje z pracownicami.

W jej oczach pojawia się niepokój.

– A ty chcesz od niego czegoś więcej niż propozycji pracy.

Bardzo mi wstyd, bo w ogóle na to nie zasługuję. Ale kiwam głową.

Jest we mnie dziura. Tak ogromna i pusta, że bez niego nic nie sprawia mi przyjemności.

Gina ponownie czyta dokument, kręci głową, składa go i mi oddaje. A przez cały ten czas ja wciąż myślami znajduję się w biurowcu M4. Na najwyższym piętrze, w tym pokoju ze szkła, marmuru i chromu. I wciąż czuję zapach Sainta. Synapsy w moim mózgu nie chcą się uspokoić i nieustannie odgrywają scenę w gabinecie. Każde wypowiedziane przez niego słowo. Każde słowo, które liczyłam, że wypowie, ale on tego nie zrobił. Każdy odcień zieleni, który widziałam w jego oczach – oprócz tej nowej lodowatej zieleni, którą zobaczyłam u niego po raz pierwszy.

Pamiętam jego spojrzenie zawieszone na mojej twarzy, kiedy Merrick zadawał mi pytania. Pamiętam jego głos. Pamiętam, jak to jest stać blisko niego.

Pamiętam, jak westchnął, kiedy wyszłam, jakby właśnie wziął udział w jakiejś batalii.

I jak podniósł potem na mnie wzrok. I go nie odwracał.

Gdy razem z Giną wracamy do domu, bardzo się cieszę, że nie powiedziałam mamie o dzisiejszym spotkaniu. Niepotrzebnie robiłaby sobie nadzieję, którą teraz musiałabym zgasić. Wkładam dokumenty z powrotem do torby, a kiedy wchodzimy do naszego małego, ale przytulnego mieszkania, udaję się do swojego pokoju, zamykam drzwi, kładę się na łóżku i ponownie je wyjmuję.

To po prostu zwyczajna oferta pracy z listą świadczeń, wynagrodzeniem, na które nie zasługuję i które zazwyczaj przysługuje bardziej doświadczonym dziennikarzom… aż natrafiam na coś, co mnie porusza.

Podpis Sainta na końcu umowy.

Wstrzymuję oddech i przez chwilę dotykam jego podpisu. Jest w nim jakaś dziwna energia, jakby to była pieczęć, przez którą kartka wydaje się cięższa.

Wyciągam spod łóżka pudełko po butach, w którym przechowuję drobiazgi mające dla mnie znaczenie. Złoty łańcuszek z literą „R”, który dostałam od mamy. Kierowana impulsem, zakładam go, aby mi przypominał, kim jestem. Córką, kobietą, dziewczyną, człowiekiem. Odsuwam na bok kilka urodzinowych kartek od Wynn i Giny. I znajduję liścik. Liścik, który swego czasu był przytwierdzony do najpiękniejszego bukietu, jaki przywieziono mi do pracy.

Wyjmuję bilecik w kolorze kości słoniowej… i czytam.

Wtedy po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć jego pismo. Zakończył wiadomość słowami: „Przyjaciel, który myśli o Tobie, M.”.

Kładę się na łóżku i wpatruję w te słowa.

Mój przyjaciel.

Nie. Moje zlecenie, temat, którego sądziłam, że pragnę, playboy, który stał się moim przyjacielem, który stał się moim kochankiem, który stał się moją miłością.

Teraz on chce być moim szefem, a ja niczego tak bardzo nie pragnę jak jego.

*Sin – ang. grzech.

Moje obecne życie

eżę w łóżku, a on obsypuje rozkosznymi pocałunkami moje ucho. Bez tchu chłonę to uczucie i delektuję się dotykiem jego opalonej skóry na mojej, twardością mięśni napierających na mój brzuch. O Boże. Nie zniosę tego. Pragnę pochłonąć go całego i pragnę, aby on pochłonął mnie, każdy centymetr mojego ciała, i nie wiem nawet, od czego chciałabym, aby zaczął.

Kładzie moje dłonie na swoich ramionach i nachyla się, aby przywłaszczyć sobie moje usta.

– Otwórz, Rachel – mruczy, a w ciemnościach wpatrują się we mnie jego zielone oczy.

– Jesteś prawdziwy? – dyszę. Serce mam w gardle, a płuca próbują wciągnąć choć odrobinę powietrza.

Patrzy na mnie tak, że nie mam pewności, czy to sen, czy wspomnienie. Palcami przesuwa po moich ramionach, zataczając zmysłowe kółka, a ja zamykam oczy. O Boże, Sin. Tak mi dobrze. Szepczę jego imię i niepewnie przesuwam dłońmi po twardym torsie. Boże, wydaje się taki prawdziwy. Tak cudownie prawdziwy. Porusza się dokładnie tak, jak kiedyś się poruszał, całuje tak jak kiedyś i bierze mnie w posiadanie tak jak robił to kiedyś.

Przyszpila mnie do łóżka swoim ciężarem, a ja robię wszystko, byle tylko zbliżyć się do niego jeszcze bardziej, wiję się, wyginam w łuk i drżę.

Zaciskam palce na jego ramionach, a tymczasem on obejmuje moją talię i nie przestaje powoli całować mojej szyi. Moja skóra krzyczy, a ja płonę. Pragnę. Pragnę jego dłoni na całym moim ciele, pragnę czuć wszędzie jego dotyk, na każdym możliwym centymetrze. Jego usta. Och, błagam.

– Malcolm, proszę, teraz, proszę, teraz… wejdź we mnie… teraz – słyszę, jak błagam.

On się jednak nie spieszy. Nigdy się nie spieszy. Oplata moimi nogami swoje biodra, a jego pocałunki wracają do mych ust. Cała wieczność minęła, odkąd to czułam, jego usta w kąciku moich ust. Do oczu napływają mi łzy. Każdy centymetr mnie tęskni za każdym centymetrem jego ciała. W jednej chwili kołyszę biodrami w milczącym błaganiu, w drugiej on wypełnia mnie sobą.

Budzi mnie jakiś dźwięk. Wydawane przeze mnie ciche skomlenie. Odgłos towarzyszący pełnej rozkoszy, takiej, która graniczy z bólem. Cała spocona, siadam wyprostowana na łóżku. Rozglądam się, drżącą ręką ocieram twarz, ale nie. Jego tu nie ma. A ja nadal płaczę w nocy, moje ciało nadal tęskni za jego ciałem.

Obejmuję nogi i kładę policzek na kolanie. Wzdycham i próbuję wyrzucić z myśli ten ni to sen, ni to wspomnienie. Idę do łazienki, ochlapuję twarz wodą, patrzę w lustro i znowu widzę tę zagubioną dziewczynę z windy. Kiedy się nią stałam? Nie jestem tą dziewczyną, myślę z frustracją, wracając do swojego pokoju.

Kładę się na łóżku i przykrywam kołdrą aż po szyję, przytulam policzek do poduszki i niewidzącym wzrokiem patrzę w okno. Do pokoju sączy się światło latarni. Jeśli wytęży się słuch, słychać odgłosy nigdy niezasypiającego miasta. Ciekawe, gdzie on jest w tej chwili.

Cholernie mnie prześladujesz, Sinie.

Cholernie mnie prześladujesz w każdej sekundzie.

Nie mogę spać, nie mogę myśleć o niczym innym, jak o tym, co czuję, kiedy stoję blisko ciebie. Kiedy na mnie patrzysz. Kiedy znajdujemy się w tym samym pomieszczeniu.

To, jaki byłeś w swoim gabinecie… nie potrafiłam cię rozgryźć. Nie potrafiłam cię rozgryźć i to mnie teraz dobija.

Zapalam światło i przegrywam walkę, którą toczę ze sobą od miesiąca.

Wstaję po laptopa i odpalam go, po czym robię coś, czego nie robiłam już dość długo. Gina mi zabroniła. Ja sama sobie tego zabroniłam. Żeby jakoś przetrwać. I nie zwariować. Teraz jednak stawiam czoło mediom społecznościowym Sainta i szykuję się na to, co mogę znaleźć. Nie wiem, czego szukam. A może wiem. Szukam czegokolwiek, co mnie z nim wiąże.

Hej @MalcolmSaint jestem Leyla, koleżanka Danisa ;)

@MalcolmSaint Hej, chłopie, spotkajmy się w Raze.

@malcolmsaint lepiej ci bez tej dziwki, która cię zdradziła

Ożeń się ze mną @malcolmsaint!

@Malcolmsaint będę twoją laską, a w razie potrzeby będę walczyć w błocie z tą twoją kłamliwą, sukowatą eks i zrównam ją z ziemią!

@MalcolmSaint wybaczysz swojej dziewczynie? Proszę, wybacz, tak ślicznie razem wyglądaliście!

Skoro mowa o sukach, @MalcolmSaint wie coś na ten temat,

@malcolmsaint powiedz, proszę, że kazałeś tej swojej byłej lasce spieprzać na drzewo! ZASŁUGUJESZ NA KOGOŚ ZNACZNIE LEPSZEGO. ZASŁUGUJESZ NA KSIĘŻNICZKĘ.

W INTERFACE

Chłopie! Zadzwoń do nas, jak będziesz w mieście, chcielibyśmy cię z kimś poznać.

A niżej zdjęcie kobiety, która posyła mu całusa.

Krzywię się na widok jej sterczących brodawek, wyraźnie widocznych pod mokrym, markowym topem.

Przewijam zdjęcia, na których został oznaczony, i natrafiam na jedno, gdzie rzeczywiście go widać. Opędza się od dziennikarza zadającego mu pytanie o moją zdradę. Jego oczy zasłaniają modne ray-bany, a jego żuchwa wygląda jak wyryta w granicie.

Boże, miej mnie w swojej opiece. Teraz, kiedy zaczęłam szukać, nie jestem w stanie przestać. Na słynnym lokalnym vlogu znajduję to:

Rzeczywiście pojawiły się spekulacje dotyczące tego, czy jego szaleńcze zachowanie w ciągu ostatniego miesiąca ma związek z niedawnym rozstaniem z dziennikarką Rachel Livingston. Podobno był to jego pierwszy poważny związek. Do głośnego rozstania miliardera z Livingston – która gromadziła materiały na temat Sainta, odkąd się poznali – doszło, kiedy jej działania wyszły na jaw. Krótko potem w „Edge” pojawił się artykuł przedstawiający jej wersję wydarzeń. Odkąd w siedzibie M4 widziano Livingston, aż huczy od plotek, że na stronie internetowej Interface pojawi się dział informacyjny…

Tymczasem Sainta pochłania wykonywanie akrobatycznych skoków ze spadochronem i przejmowanie kolejnych spółek w tempie, który niepokoi członków jego zarządu…

A NA FACEBOOKU

#TBT ThrowbackThursday: pamiętasz to zdjęcie? Zakładaliśmy się o to, jak długo to potrwa, ale nikt nie przewidział, że aż tak długo! Może i wygląda to tak, jakby cię orżnęła, ale my wiemy lepiej, że nikt nie rżnie tak mocno jak ty – mam nadzieję, że nieźle sobie użyłeś!

Wpatruję się w ekran. Nagle robi mi się niedobrze na myśl, ile z tego on także czytał. Czy takie właśnie ma o mnie zdanie? Dziwka? Jestem dziwką i suką, która dała dupy za informacje? Jestem jak ogłuszona, kiedy dociera do mnie, że bez względu na to, ile włożyłam serca w swój artykuł – był to, jak mówi Helen, list miłosny do niego – słowa nie miały znaczenia. Wszystko przebiły moje czyny.

Saint ceni prawdę i lojalność.

Nie zniosę tego.

Otwieram pocztę i przeglądam mejle od niego.

Nawet jeśli to samobójstwo.

Nawet jeśli jest on dla mnie czymś najbardziej nieosiągalnym na świecie, umiejscowionym tak daleko, że potrzebowałabym satelity, która wyniosłaby mnie wystarczająco wysoko, abym go dosięgnęła. Jest moim osobistym księżycem…

W Stop Przemocy zawsze czekam, aby się przekonać, jak mogę pomóc tym, którzy doznali straty. Zawsze czekam, aby się przekonać, czy zdrowie mojej mamy jest stabilne. Czekam na odpowiedni temat do artykułu.

Nie chcę dłużej czekać.

Nie chcę czekać na temat, na odpowiedni moment, na natchnienie, na to, aż o nim zapomnę, czekać, aż będzie mnie pragnął, czekać, by się przekonać, czy czas to mój sprzymierzeniec, który pomoże naprawić nasze stosunki.

Koszmarnie zdenerwowana, ale pełna determinacji, wybieram jego adres służbowy. Ten, którego używałam na samym początku, kiedy zaczęłam przeprowadzać z nim wywiady. Nie mam pojęcia, kto przeczyta tego mejla, ale piszę, wiedząc, że muszę to zrobić rzeczowo i prosto.

Panie Saint,

jestem bardzo wdzięczna za pańską propozycję. Chciałabym to z Panem szerzej omówić. Czy mógłby Pan podać dzień i godzinę, kiedy mogłabym zjawić się w Pana firmie? Dopasuję swój grafik do pańskiego.

Dziękuję.

Rachel

Praca i pisanie

o prawda, spałam tylko trzy godziny, ale nazajutrz jestem pełna determinacji, aby kolejny dzień okazał się choć odrobinę dobry. Uśmiecham się nawet do kilkorga nieznajomych, kiedy wysiadam z taksówki, wsiadam do windy i wchodzę do redakcji „Edge”. Nad kawą gawędzę z kolegami z pracy, następnie dzwonię do mamy, aby życzyć jej miłego dnia, i odpisuję na kilka mejli.

Ale w głowie ciągle słyszę ciche brzęczenie.

Wciąż widzę te zielone oczy, kiedy tylko spojrzę na… właściwie to na cokolwiek.

Widzę pełne usta.

Pełne usta, uśmiechające się do mnie tak jak kiedyś.

Robię powolny wydech, ze wszystkich sił staram się odsunąć od siebie myśli o tym, co wydarzyło się wczoraj, i wbijam wzrok w ekran komputera.

Mój bardzo pusty, bardzo biały ekran komputera.

Słychać stukanie w klawiatury i redakcyjne rozmowy. Od czasu mojego listu miłosnego do Sainta „Edge” radzi sobie nieco lepiej. Przestano likwidować etaty, zatrudniono dwóch nowych dziennikarzy i choć jest nas tylko kilkanaścioro, jakoś udaje nam się robić dużo szumu. Jesteśmy specjalistami od sprawiania, że każde wydarzenie dnia wydaje się istotniejsze, niż jest w rzeczywistości. Polowanie na newsy to w końcu nasza praca. Tworzenie historii.

Napisz coś, Rachel.

Robię głęboki wdech, kładę palce na klawiaturze i zmuszam się, aby napisać jedno słowo. Jedno słowo przekształca się w dwa, a potem moje palce nieruchomieją. Skończyło mi się natchnienie. Skończyły się pomysły. Jestem pusta.

Czytam, co napisałam.

MALCOLM SAINT.

Pierwszy raz w swojej karierze cierpię na niemoc twórczą. Cała miłość, jaką darzyłam opowiadanie historii – miłość, która zrodziła się, kiedy byłam mała i układałam opowieści o mojej mamie – ulotniła się w dniu, w którym jedna z tych historii odebrała mi coś bezcennego.

Coś, co się nazywa…

MALCOLM SAINT.

Od tygodni błagam Helen, aby przydzieliła mi jakiś porządny temat. Taki, który by mnie zmotywował i dzięki któremu dotarłoby do mnie, że to, co piszę, może mieć moc sprawczą. Ale ona co rusz wymyśla jakieś usprawiedliwienia. Twierdzi, że skoro mam problem z mniej ważnymi tematami, z całą pewnością nie jest to odpowiedni moment na coś wielkiego.

Wciskam klawisz Backspace i patrzę, jak jego nazwisko znika.

MALCOLM SAIN

MALCOLM SAI

MALCOLM SA

MALCOLM S

MALCOLM

O Boże.

Zaciskam powieki i wykasowuję resztę.

Kierowana impulsem, sięgam do przewieszonej przez oparcie fotela torby i wyjmuję z niej złożoną kartkę. Rozkładam ją i wbijam wzrok w to, co widać na samym dole. W nakreślony męską ręką podpis.

Facet, przez którego mój cały świat wiruje. Wszystko mnie boli na sam widok tego podpisu.

– Rachel! – woła Sandy. Wsuwam kartkę z powrotem do torby, wychylam się ze swojego boksu i widzę, że pokazuje na szklaną ścianę, która oddziela Helen od nas wszystkich. – Masz tu przyjść! – woła.

Zabrawszy notatki, których treść zdążyłam jej już przesłać mejlowo, staję w progu gabinetu. Rozmawia przez telefon i gestem pokazuje, abym zaczekała.

– Och, jak najbardziej! A więc kolacja. Przyprowadzę ze sobą swojego najlepszego gracza – rzuca, po czym się rozłącza i z promiennym uśmiechem mnie przywołuje.

No cóż. Ma dziś dobry humor.

– Hej, Helen – mówię. – Widziałaś propozycje tematów, które ci wysłałam?

– Tak, a odpowiedź brzmi: „Nie”. – Jej uśmiech blednie i Helen wbija we mnie uważne spojrzenie. – Nie będziesz o tym pisać. – Wzdycha, po czym przekłada na biurku jakieś papiery. – Rachel, nikt nie chce czytać o jakichś tam zamieszkach – wymawia to słowo takim tonem, jakiego ktoś inny mógłby użyć do wypowiedzenia słowa „ekskrementy”. – Masz żywe, pełne energii pióro! – kontynuuje. – Wykorzystaj je, aby dawać radość, a nie skupiaj się na bolączkach tego świata. Opowiadaj o tym, co jest dobre. W co się powinno ubierać na randki z superfacetem? Zrób użytek z tego, co ci się przytrafiło z tym twoim seksownym eksem, i naucz dziewczęta, jak się powinno randkować.

– JESTEM SINGIELKĄ, HELEN, hello? Po co komu rady na temat randek od osoby, która spieprzyła swoją jedyną szansę na… – Milknę i pocieram skronie. – Helen, wiesz, że mam teraz mały problem.

– Chodzi ci o to, że nie możesz pisać?

Krzywię się.

To boli, dlatego że od ponad dwudziestu lat pisanie było tym, czym pragnęłam się zajmować w życiu.

– Idź. – Helen wskazuje drzwi. – Napisz mi coś o tym, jak się należy ubrać na pierwszą randkę.

– Helen… – Zamiast tego robię kilka kroków w jej stronę. – Helen, rozmawiałyśmy już o tym. Pamiętasz? O tym, jak bardzo chcę pisać o problemach dręczących dzisiejszy świat, o problemach dręczących Chicago. Chcę pisać o dyskryminacji, o przemocy na ulicach, a ty, choć obiecałaś mi takie tematy, nie dajesz mi nic. Prawdę mówiąc, ostatnimi czasy w mojej rubryce pojawiają się wyłącznie informacje o życiu singla i randkowaniu w wielkim mieście. Nie mam chłopaka i w ogóle nie chodzę na randki. Nie interesuje mnie ten aspekt życia, zwłaszcza po tym, co się stało. Tak sobie myślę, że może gdybyś znowu dała mi temat, który roznieci we mnie ogień… to wpadłabym w rytm. Właściwie to jestem pewna, że tak by się stało – mówię błagalnie.

– Nie zawsze możesz pisać to, na co masz ochotę, musimy myśleć o innych i o twoich czytelnikach – przypomina mi. – O lojalnych czytelnikach, którzy towarzyszą ci od początku dziennikarskiej kariery i których interesują twoje rady na temat randek. Spotykałaś się z bardzo znanym i przystojnym mężczyzną. Nie odrzucaj tego doświadczenia. W końcu pojawią się inne szanse, Rachel. Ledwo co udało nam się zaczerpnąć tchu. I nim znowu udasz się w innym kierunku, na razie musisz pozostać na stabilnym gruncie.

– Ale czy nie chodziło o to, aby podejmować ryzyko, gdyż tylko w ten sposób możemy dokądś zajść?

– Nie. Właściciele nie chcą w tej chwili podejmować ryzyka, nie teraz, kiedy wszystko dopiero się stabilizuje. No dobrze. Czy na kilka tygodni możesz mi darować te gadki o zamieszkach i bezpieczeństwie? Możesz to dla mnie zrobić?

Zmuszam się, aby kiwnąć głową, po czym sznuruję usta i się odwracam. Staram się nie czuć gniewu i frustracji, kiedy jednak wychodzę z gabinetu Helen i słyszę stukot tych wszystkich klawiatur, i patrzę, jak moi współpracownicy piszą swoje artykuły – niektórzy znudzeni, inni zadowoleni albo zaabsorbowani pracą – tak bardzo bym chciała poświęcić się czemuś, co również mnie pochłonie w stu procentach.

– Hej. Ty tam. Ze złotymi włosami, fantastycznym ciałem, ale pochmurną miną! – woła Valentine ze swojego boksu.

– Dzięki – mówię, podchodząc do niego.

Pokazuje, abym spojrzała na jego komputer, staję więc za nim i się nachylam, żeby zerknąć na monitor.

I oto widzę Sina.

Filmik, na którym w najmniejszym nawet geście widać władzę i potęgę. Cała mięknę, kiedy słucham, jak odpowiada na pytanie dotyczące aktualnych cen ropy. Głupie, zdradzieckie ciało.

Po tym, jak razem oglądamy to przez chwilę, Valentine mówi:

– Twój eks.

To nie jest mój eks, myślę ze smutkiem, żałując, że choćby przez chwilę nie mam odwagi, aby tak siebie nazywać.

– On rzeczywiście potrafi wypełnić sobą całą przestrzeń. W najbliższy weekend będzie głównym prelegentem w McCormick Place. Tak sobie myślę, by poprosić Helen, żeby pozwoliła mi się tam wybrać. Chyba że ty chcesz? – Val zerka na mnie przez ramię.

Kręcę z frustracją głową. Po czym wzruszam ramionami. Po czym kiwam głową.

– Chciałabym, ale nie mogę.

Valentine się zachmurza. Na pewno przypomniały mu się te wszystkie nienawistne mejle, jakie przychodziły do redakcji po publikacji artykułu Victorii.

– Musisz częściej wychodzić z domu. Masz ochotę na clubbing w ten weekend ze mną i moim obecnym facetem?

– Wybieram się na biwak. Ale ty – śmiało, żyj niebezpiecznie. Jakoś zbiorę kaucję na to, żeby wyciągnąć cię z więzienia.

Śmieje się, a ja wracam do swojego boksu i siadam na krześle. Jestem pełna determinacji, aby pokonać niemoc twórczą. Chcę napisać doskonały artykuł poświęcony randkom, taki, który każdej dziewczynie mojego pokroju pomoże poznać i przyciągnąć do siebie wymarzonego mężczyznę.

Wzdycham, otwieram przeglądarkę i biorę się do przeszukiwania forów poświęconych randkom. Na początek chcę poznać największe bolączki dziewczyn przed pierwszą randką, ale zanim to zrobię, otwieram kolejną zakładkę. Wpisuję link do konferencji prasowej. Następnie zakładam słuchawki, podgłaśniam i gapię się na filmik z Saintem.

Stoi na podium. Wszystkie miejsca są zajęte, ludzie stoją nawet za rzędami krzeseł. Przede wszystkim biznesmeni. Choć dostrzegam też kilka wdzięczących się fanek.

Konferencja odbywa się na świeżym powietrzu i wiatr porusza lekko jego włosami. Z głośników dobywa się jego głos, niski i głęboki. Choć słucham go w komputerze i przecież nie zwraca się bezpośrednio do mnie, na moich rękach i tak pojawia się gęsia skórka.

Kiedy kamera robi zbliżenie, patrzę, jak nawiązuje kontakt wzrokowy ze słuchaczami, i przeszywa mnie ból. Jego spojrzenie, choć skierowane do nieznajomych, wydaje się o wiele cieplejsze niż wczoraj, kiedy patrzył na mnie.

Ale myślę o tym, jak płonęły jego oczy, gdy zerwał ze mnie koszulę, a potem leżałam naga i czekałam na jego dotyk, spalając się w tym czasie na popiół…

I o tym, z jaką chłopięcą nadzieją patrzył na mnie, prosząc po raz kolejny cierpliwie i uparcie, abym była jego dziewczyną.

To okropne, że już nigdy więcej nie będę jego „małą”.

Przez cały dzień regularnie sprawdzam pocztę… i nie pojawia się żaden mejl od niego.

Dzień kończę napisaniem dwóch zdań do artykułu poświęconego randkom. Valentine i Sandy wybierają się do pobliskiego bistro i kiedy przechodzimy razem przez lobby, Valentine proponuje:

– Chodź z nami, Rachel.

– Ja chyba muszę… – Kręcę głową. – Spróbuję w domu trochę popracować.

– Bzdura – mówi, kiedy wychodzimy z budynku.

– Daj jej spokój, Val – stopuje go Sandy.

– Martwię się o tę dziewczynę. Ostatnio ciągle jest smutna.

– O mnie się nie martw, nic mi nie jest – zapewniam go, zatrzymując taksówkę. – Do zobaczenia jutro.

Przyjaciółki

alentine nie jest jedyną osobą, która „się martwi”. Moje przyjaciółki także to robią. I później tego wieczoru nalegają na babską rozmowę.

Wynn była zdecydowana, by omówić „kwestię pracy”. Zakładam, że Gina jej powiedziała o ofercie Malcolma, jako że nikt nie wie o mojej blokadzie twórczej. Nawet moje przyjaciółki. Naprawdę nie lubię być osobą, która leży na podłodze po tym, jak znokautowało ją życie. Próbuję wrócić do normalności, choć nie wiem już, jak ona wygląda.

Ale przynajmniej jedną stałą w moim życiu jest cotygodniowe wyjście na drinka z Wynn i Giną. Zajmujemy wysoki stolik pod oknem. Jest tu całkiem przyjemnie.

Mimo to nie przestaję sprawdzać skrzynki mejlowej.

– Nie rozumiem, dlaczego sądziłaś, że on tak szybko zechce z tobą porozmawiać o tym, co się stało. Minęły dopiero cztery tygodnie, a to, co się wydarzyło, było takie trochę… cóż, mogło to trwać nawet lata – stwierdza Wynn.

– Wow, Wynn – jęczę.

– Mówię po prostu, jak jest, Rachel!

Dopijam koktajl. Moje myśli mkną ku jego dłoni dotykającej pod stołem mojego uda…

Do błyszczących zielonych oczu, droczących się ze mną, aż nie jestem w stanie tego znieść…

Kocham moje przyjaciółki. Przyjaźnimy się od zawsze. Moją mamę też nazywają mamą i wiedzą o mnie wszystko. Jednak teraz, kiedy Wynn prosi mnie, abym się odniosła do „kwestii pracy”, a Gina opowiada jej o wszystkim, w milczeniu sączę koktajl, zasmucona bardziej, niż to po sobie pokazuję. Przyjaciółki wiedzą o mnie wszystko, ale jednocześnie nie wiedzą niczego.

Nie wiedzą, że kiedy tu siedzę, wspominam, jak przekomarzał się ze mną z powodu tego, że nie jestem typem ryzykantki. Jak mnie namawiał do tego, abym wyszła ze swojego pudełka, bo on zawsze mnie złapie. Ale czy teraz by to zrobił?

– Nieważne, dlaczego zrobił to po czterech tygodniach – wtrącam, kiedy Wynn i Gina sprzeczają się o to, czemu skontaktowanie się ze mną zajęło mu tak dużo czasu. – Chcę jedynie, żeby ze mną porozmawiał. Chcę wiedzieć, czy go zraniłam, tak żeby móc mu to wynagrodzić. Chcę mieć szansę na to, aby wyjaśnić, przeprosić.

– Ty się jeszcze zastanawiasz, czy go zraniłaś? – pyta zdumiona Wynn. – Emmett mi mówił, że gdybyś nie zalazła mu za skórę, nie ma takiej opcji, aby poświęcił ci choć sekundę.

– Interesujące – stwierdza Gina. Patrzy na mnie i dodaje: – Nie tylko ty jesteś nawiedzana przez Sainta, nie sądzisz, że ty także go nawiedzasz?

– Nie chcę, byśmy byli dla siebie duchami. Chcę, żebyśmy wrócili do tego etapu, kiedy on… mi ufał.

Wynn gwiżdże.

– Może uda ci się zaciągnąć tego faceta do łóżka, może niechętnie będzie cię kochał, ale w życiu już ci nie zaufa.

Krzywię się na tę myśl.

– To prawda, zaufanie jest dla niego bardzo ważne. Jeśli nie uda mi się udowodnić mu, że jestem godna jego zaufania, to czeka mnie co najwyżej los jednej z jego czterodniowych dziewczyn.

– Odniosłaś wrażenie, że dałby ci drugą szansę? – pyta Wynn.

Milczę.

– Rachel?

– Nie, Wynn. On już mnie nie chce. Ale muszę go przeprosić. Ja po prostu… – Kręcę głową. – Po prostu nie wiem, co mam zrobić. – Na stoliku pojawia się następna kolejka drinków. Patrzę na Wynn i marszczę brwi, gdyż coś do mnie dociera. – Więc rozmawiałaś o tym z Emmettem?

– Eee, no tak – odpowiada z wyraźnym zażenowaniem. – Wszystkich interesował ten temat, wiesz?

– Czy Emmett miał dla mnie jakąś radę? – pytam z lekką drwiną.

Wynn wzrusza ramionami.

– Nie sądzi, aby facet pokroju Sainta dał ci drugą szansę. No ale jednak zaproponował ci pracę, więc…

– Co Emmett, szef kuchni, może wiedzieć o mężczyźnie, do którego dosłownie należy całe Chicago? – wtrąca Gina, przewracając oczami. – Poza tym Emmett to facet. Mówi ci to, Wynn, na wypadek gdyby się miało okazać, że jesteś dziennikarką i ujawnisz fakt, iż nosi różową bieliznę.

– Gina – beszta ją Wynn.

Gina uśmiecha się szeroko, po czym mówi do mnie:

– Tahoe twierdzi…

– Tahoe? – pytamy jednocześnie z Wynn. Obie zaszokowane.

– Tahoe ROTH? – pyta Wynn. – Potentat z branży naftowej i najlepszy kumpel Sainta?

– To niejedyny najlepszy kumpel Sainta. Callan Carmichael także nim jest – oświadcza Gina, po czym posyła mi przepraszające spojrzenie. – Sorki, Rache. Nie powinnam ci o tym mówić. Ale on się martwi i ja też. I… cóż, z tego, co mówił Tahoe, z Saintem nie jest najlepiej. Jest zimniejszy niż zazwyczaj. Bardzo zamknięty w sobie.

Siedzę i słucham. Przepełnia mnie ból.

– On kocha Sainta tak, jak ja kocham ciebie – mówi Gina, a kiedy Wynn otwiera usta, żeby zadać oczywiste pytanie, unosi rękę i ją powstrzymuje. – Nie obchodzi mnie Tahoe, ale jemu wasze rozstanie sprawiło równie mało przyjemności, jak mnie. Zadzwonił do mnie, aby dowiedzieć się, co się dzieje, no bo oczywiście Saint nic nie mówi. I twierdzi, że od śmierci matki Sainta nie widział go w takim stanie.

Wiem, że jego matka była jedyną osobą, której autentycznie zależało na Malcolmie, że czuł, iż ją zawiódł, że zawiódł w ten sposób siebie samego, że od jej śmierci próbuje wypełnić pustkę. Słowa Giny dosłownie rozkładają mnie na łopatki.

– Przestań rozmawiać z Tahoe’em – beszta ją Wynn. – On wykorzystuje to tylko jako pretekst, żeby uprawiać z tobą seks.

– Wiem, co nie? – śmieje się Gina.

– No i? Pozwolisz mu na to? – pyta zaciekawiona Wynn.

– Nie! Jest okropny. To znaczy w sumie jest niezły, ale jego zachowanie jest okropne.

Patrząc w swój koktajl, zastanawiam się, czy doszłam już do tego momentu picia, kiedy staję się zbyt emocjonalna.

Tyle się już napłakałam, że nawet nie muszę próbować. To był tego rodzaju płacz, gdy łzy po prostu płyną. Bez ostrzeżenia. Bez żadnego wysiłku. Po prostu płyną. Płakałam na myśl, że już nigdy więcej z nim nie będę. I płakałam, ponieważ wiem, że zraniłam tego pięknego, ambitnego, inteligentnego, hojnego, troskliwego mężczyznę. Kiedyś opierałam policzek w miejscu, gdzie mogłam słuchać bicia jego serca. Teraz skrywa się ono za żelaznymi drzwiami i trzymetrową ścianą, którą ja wzniosłam.

– Rachel, mężczyźni tacy jak Saint się nie angażują. Nie na dłuższą metę. Ale… on się jednak do ciebie odezwał. Zaproponował ci pracę. Jeśli odpowiednio zareagujesz, to może… – Gina urywa i wzdycha. – Kurde, sama nie wiem. Nie wiem, jak ci pomóc, Rache.

– Dla Sainta ważna jest fizyczność. Wiesz, co by wam dobrze zrobiło? Seks tyranozaurów: ostry, gwałtowny, rozkoszny, bolesny i oczyszczający – orzeka Wynn. Po czym dodaje: – A potem zasnęlibyście na łyżeczkę. Choć w sumie Emmett i ja jesteśmy ze sobą na tyle krótko, że jeszcze tego nie potrafimy. U nas to bardziej zasypianie w pozycji na widelec.

– A co to, u diabła, takiego? – pyta Gina, marszcząc brwi.

– Kiedy facetowi staje podczas leżenia na łyżeczkę! – Wynn przewraca oczami. Następnie patrzy na mnie i chichocze. – Z wami też tak było? – pyta.

– On lubił… eee, ciągnąć mnie za ucho. – Z roztargnieniem pociągam za jedno ucho, dając się porwać wspomnieniom.

– To dlatego, że masz naprawdę małe, urocze uszy. Emmett lubi całować mój nos.

Moje serce stało się niczym pusta skorupka od jajka. Gotowe jest pęknąć, kiedy palcami muskam kącik swoich ust.

– Saint całował mnie tutaj, w kącik ust, tak dręcząco powoli…

– O rany, zaraz się porzygam! – oświadcza Gina.

Wynn śmieje się, ale ja milczę, gdyż na nowo dopadły mnie ból, żal i rozpacz.

– Ej, słyszałaś o Victorii? – pyta Gina. – Straciła pracę po tym, jak Saint położył łapy na jej demaskatorskim artykule, i teraz zajmuje się jedynie tweetowaniem i narzekaniem. Jest kimś w rodzaju twitterowej celebrytki, ale założę się, że kupuje lajki pod swoimi tweetami, no bo kto ją w ogóle czyta? – Po czym, zaniepokojona tym, co właśnie powiedziała, dodaje: – ALE NIE WCHODŹ NA MEDIA SPOŁECZNOŚCIOWE. Nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Zasznurowuję usta i nie informuję ich o tym, że niedawno urządziłam sobie społecznościową ucztę i od tamtej pory nie jestem w stanie przestać.

– Nie rozumiem, dlaczego nie zrobił tego samego z moim artykułem. Dlaczego tylko z jej?

– Wyraźnie nie zależało mu na tym, jak go opisywały. – Wynn wzrusza ramionami. – Może właśnie dlatego zablokował jedynie artykuł Victorii? Dlatego, że napisała o tobie.

Znowu gram w mejlową ruletkę, raz za razem odświeżając pocztę.

– Rache, martwimy się o ciebie i te smutne oczy pandy – mówi Wynn.

– Nie jestem smutną pandą, dajcie spokój.

– Oczu pandy nie masz tylko wtedy, kiedy zamiast nich pojawia się cielęcy wzrok od myślenia o nim.

– Cha, cha. – Przewracam oczami i odsuwam od siebie koktajl. – Ja go po prostu kocham. Tak bardzo go kocham. Nie mogę znieść myśli, że go zraniłam. Mam w głowie mętlik i naprawdę nie wiem, co zrobić.

Obie milczą, a ja znowu znajduję się w siedzibie M4.

Uwięziona przez te zielone, zimne jak lód oczy.

Wiadomość

środku nocy budzi mnie ciche wibrowanie telefonu, który leży na stoliku obok łóżka. Biorę go do ręki i serce zaczyna mi walić jak młotem, kiedy widzę ikonkę wiadomości i nazwisko„Saint”.

W moim brzuchu harcuje ogromne stado motyli.

Rachel,

pasuje mi czwartek o 14.15. Ufam, że uda nam się wszystko załatwić przed moim kolejnym spotkaniem o 14.30.

M.

O Boże, sam mi odpisał.

Mojej uwadze nie uchodzi fakt, o której godzinie wysłał SMS-a. O 3.43.

Balował gdzieś?

Zapalam lampkę, opieram się o zagłówek i sprawdzam twittera Tahoe, bo ten facet to kopalnia wiadomości.

Mój kolo @malcolmsaint ma nową laskę, która domaga się jego uwagi.

Serce mi zamiera. Czuję się, jakby kopnął mnie właśnie koń.

Nową laskę?

Jęczę i chowam twarz w poduszce. Dobry Boże. On mnie zniszczył. Zniszczył mój sen. Zniszczył słowo „zaklepywać”. I słonie, i winogrona, i męskie białe koszule – i garnitury. Zniszczył mnie dla innych mężczyzn. Zniszczył seks z innym mężczyzną – coś, czego nawet nie chcę próbować – i zniszczył nawet seks z samą sobą. Nie dam rady teraz zasnąć.

Ponownie czytam tweet – z boleśnie ściskającym się żołądkiem – i zmuszam się do kliknięcia w link. A potem gapię się na zdjęcie przedstawiające piękny samochód z błyszczącymi kołpakami, który wygląda, jakby był w stanie rozpostrzeć skrzydła i wzbić się w powietrze.

Uśmiecham się do siebie i wzdycham z ulgą.

Tahoe wyjaśnia, że „laska” to pagani huayra gullwing, luksusowy, ręcznie robiony samochód sportowy, których rocznie produkuje się zaledwie sześć sztuk. Wersja Sainta, warta niemal dwa miliony dolarów, ma czarną tapicerkę z czerwonymi przeszyciami i błyszczącą, czerwoną karoserię. Sądząc po tym, w jaki sposób otwierają się drzwi, dach i bagażnik, to auto to odpowiednik transformera – zaprojektowany tak, aby po otwarciu zaprezentować to, co kryje się w środku.

Nie jestem maniaczką motoryzacji, ale nawet ja widzę, że to wyjątkowe cacko.

Wybrane przez mężczyznę obdarzonego wyjątkowym smakiem, który pragnie mieć to, co najlepsze.

Myślę o Malcolmie i o tym, jak uwielbia szybką jazdę swoimi samochodami, i zalewa mnie fala bolesnego pragnienia. Co ja bym dała, żeby znowu siedzieć na fotelu pasażera, podczas gdy on zabiera mnie na przejażdżkę życia. Kradnąc przy tym moje serce.

Prawda

czwartek w redakcji „Edge” zjawiam się wyjątkowo wcześnie. Wykorzystując wymówkę w postaci artykułu o pierwszej randce, nie wdaję się w rozmowę z plotkującymi współpracownikami, tylko parzę sobie kawę, zasiadam w swoim boksie i zabieram się do pracy.

Przeglądam wszystkie notatki, zwłaszcza te, które dotyczą tego, czym martwią się kobiety przed pierwszą randką. A martwią się wszystkim, począwszy od: „Czy powinnam dać się pocałować na pierwszej randce, jeśli zależy mi na dłuższym związku?”, a skończywszy na: „W co się ubrać, aby wysłać odpowiedni sygnał?”.

Sporządzam wstępny szkic, zaczynając od stwierdzenia, że zdecydowanie powinno się włożyć coś, co powie facetowi: „Nie jestem zdzirą, ale jestem dobra w łóżku”.

Następnie piszę o tym, że powinno się wybrać strój, który podkreśla kobiece kształty, ale nie przylega jak druga skóra.

No i kolejna rada: twój ubiór ma mówić: „Jestem kobietą, a nie dziewczyną”.

Piszę: odrobina dekoltu, podkreślona talia.

Jeśli podoba ci się ten facet, chcesz, aby pragnął cię równie mocno, jak ty jego. Więc twój strój powinien mówić: „Hej, mam na sobie nieco więcej niż zazwyczaj, ale czy nie miałbyś ochoty dowiedzieć się, co kryje się pod tą warstwą ubrań?”.

W tym miejscu rozwodzę się na temat badań męskiej psychiki, udowadniających, że im mniej widać, tym bardziej mężczyzna jest zaintrygowany.

Przez kolejną godzinę udaje mi się zapisać dwie strony, po czym biorę się do poprawek, nie zwracając uwagi na fakt, że w redakcji panuje dziś większy hałas niż zazwyczaj. W południe, kiedy jestem gotowa, aby jechać do domu, Valentine kładzie na moim biurku egzemplarz „Chicago Tribune”.

– Czytaj – mówi.

Gazeta ma dzisiejszą datę, ale przeczytano ją tyle razy, że kartki wydają się miękkie jak bibułka.

SPÓŁKA LINTON CORPORATION ZAINTERESOWANA NABYCIEM NOWEGO „EDGE”

Krążą spekulacje, jakoby niedawno założona spółka Linton Corporation zastanawiała się nad przejęciem niedużego, lokalnego magazynu „Edge”. Dyrektor ds. nabyć ww. spółki, Carl Braunsfeld, komentuje, że „Edge”, znany głównie z artykułów o modzie i kulturze, zdobył nieco rozgłosu po tym, jak pierwszą dziewczynę znanego chicagowskiego ulubieńca, Malcolma Sainta, przyłapano na gromadzeniu materiałów do poświęconego mu artykułu demaskatorskiego. Młody dyrektor oświadczył: „W tej chwili rozważamy różne inwestycje i nic nie jest jeszcze pewne, jednak…

O mój Boże.

Zaciskam powieki i jeszcze bardziej niż dotychczas nienawidzę swojego głupiego artykułu o Malcolmie.

– To prawda, co tu piszą?

– Helen nic nie wie. – Wzrusza ramionami. – Kurde, w sumie chciałbym, żeby to była prawda. A może jednak nie.

Marszczę brwi i ponownie czytam artykuł. Ciekawe, czy Saint zna tego Carla Braunsfelda. Zapamiętuję nazwisko, po czym Valentine zabiera gazetę i zanosi ją do koleżanki w sąsiednim boksie. Zbieram swoje rzeczy i jadę do domu, żeby się przebrać.

Po tym, jak przez cały ranek pisałam o pierwszej randce, buzują we mnie takie emocje, jakbym sama się na nią wybierała. Czy to nie jest marzenie? Nowy początek z tym samym facetem?

Masz ładnie wyglądać, Livingston!

Decyduję się na luźną jedwabną bluzkę z dekoltem w serek, a do niej dobieram czarną, długą do kolan spódnicę z wysokim stanem, która ładnie podkreśla talię i biodra. Do tego jasnobrązowe czółenka, które kolorystycznie zlewają się z moimi nogami, dodatkowo je wydłużając, i delikatny łańcuszek z zawieszką w kształcie litery „R”, spoczywającej w miejscu, gdzie trzepocze puls. Zakładam jeszcze bransoletkę na kostkę, aby wyglądać bardziej wyrafinowanie, kobieco i młodzieńczo, a całości dopełnia koralowa szminka.

Owszem, dla Sainta wyglądałam już znacznie bardziej uwodzicielsko.

Ale wybieram się do siedziby M4 i nie mogę wyglądać jak klubowy kociak. Mój strój musi sprawić, by potraktował mnie dzisiaj poważnie.

Po raz ostatni przeczesuję grzebieniem włosy, upewniam się, czy bluzkę mam ładnie wsuniętą w spódnicę i czy nie prześwituje przez nią stanik, a gdy już jestem w pełni zadowolona z tego, jak wyglądam, biorę torebkę, do której chowam dokumenty, i wychodzę z mieszkania.

W milczeniu jadę taksówką. Jestem podekscytowana tym, że zobaczę Sainta. I zdenerwowana. I czuję lęk.

Kilka miesięcy temu, kiedy po raz pierwszy zjawiłam się w biurowcu M4, sądziłam, że zaczynam pracę nad artykułem swojego życia. Teraz to już nie jest tylko artykuł. To moje życie.

Budynek M4 jest równie błyszczący i olśniewający, jak zawsze. Wysiadam z taksówki i wpatruję się w niego. Z miejsca, w którym stoję, nie widać jego szczytu. Jeszcze nigdy nie czułam się taka mała i nic nieznacząca.

– O Boże – szepczę bez tchu i wygładzam dłońmi spódnicę.

Sprawdzam w telefonie godzinę. Czternasta osiem, co oznacza, że do spotkania zostało siedem minut.

Zaczynam iść w stronę wejścia, gdy nagle tuż przed sobą dostrzegam srebrnego bugatti z rejestracją BUG 3 i wychodzącego od strony kierowcy mężczyznę.

Żołądek podchodzi mi do gardła. Podnosi mi się temperatura. Patrzę, jak Saint rzuca kluczyki czekającemu w pogotowiu kierowcy. Gdy bierze z tylnego siedzenia marynarkę i prostuje się, aby ją włożyć, włosy ma potargane przez wiatr.

Wstrzymując oddech, przyglądam się, jak wchodzi energicznym krokiem do budynku. I przez kilka kolejnych sekund nie jestem się w stanie ruszyć. Po prostu stoję i gapię się w punkt, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się Saint. Gdy mija pół minuty, biorę głęboki wdech i wchodzę za nim.

– Witam, Rachel Livingston do Malcolma Sainta – mówię w recepcji, po czym zerkam w stronę wind.

Cholera. On tam jeszcze jest.

Nie tak wyobrażałam sobie początek naszego spotkania.

Kiedy siedząca za biurkiem blondynka weryfikuje moje nazwisko i gestem pokazuje na szklaną windę, dociera do mnie, że nie mogę tak stać i czekać, aż on sobie pojedzie.

Czuję ściskanie w brzuchu.

Mroczność Sainta stanowi kontrast z otaczającym go jasnym marmurem. Czekając na windę, sprawdza coś w telefonie. Za nim stoi dwóch mężczyzn. Milczących. Pełnych szacunku. Można powiedzieć, że z respektem wpatrują się w tył jego głowy.

Zdenerwowana podchodzę i zatrzymuję się jakiś metr dalej.

Kiedy drzwi windy się rozsuwają i ludzie wysiadają, wielu wita się z nim cicho:

– Panie Saint.

Wsiada, a za nim panowie w garniturach. Ze wzrokiem wbitym w ziemię robię to samo i zajmuję miejsce w rogu po prawej stronie.

Saint stoi pośrodku, zawłaszczając sobą trzy razy więcej miejsca niż jego ciało.

– Panie Saint – przerywa ciszę jeden z mężczyzn – …chciałbym jedynie powiedzieć, że praca dla pana to zaszczyt. Jestem Archie Weinstein, jeden z nowych analityków budżetowych…

– To przyjemność mieć pana w swoim zespole – słyszę głos Sainta.

Jestem przekonana, że wymieniają uścisk dłoni. I jestem przekonana, że teraz patrzy na mnie. Jestem gotowa się o to założyć. Czuję jego spojrzenie na swoich plecach. Słyszałam to w jego głosie, kiedy odpowiadał Archiemu. Mężczyźni wysiadają na dziewiętnastym piętrze. Nam zostało do pokonania jeszcze tylko trzydzieści dziewięć.

Cholera, nie przygotowałam się na wspólną jazdę windą.

W chwili gdy drzwi się zasuwają, w powietrzu słychać trzask iskier.

– Spodziewam się, że ty także dołączysz do zespołu M4.

Zamykam oczy. Nie mogę uwierzyć, jak bardzo porusza mnie jego obecność. Jak z równowagi wyprowadza mnie sam jego wzrok. I jakie dreszcze wywołuje jego głos. Zmuszam się, aby się odwrócić. Patrzy na mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Jego spojrzenie jest bezkresne. Patrzy na mnie tak, jakby próbował wyczytać z mojej twarzy odpowiedź.

Oblewam się rumieńcem. Jak zwykle.

– Ja… – Odkasłuję. – To bardzo hojna propozycja, ale…

Ding!

Gestem pokazuje, żebym wysiadła jako pierwsza, a ja zmuszam swoje nogi do tego, by ruszyły się z miejsca. Kiedy on także wychodzi z windy, niemal się potykam, próbując za nim nadążyć.

Jego sekretarki są całe zaaferowane. Catherine, główna asystentka, wręcza mu listę wiadomości i karteczki samoprzylepne.

– Panie Saint, dzwoniono z Indii i Wielkiej Brytanii – mówi cicho, wyszedłszy zza biurka, po czym wspomina o długiej liście innych dzwoniących, przełożonych spotkaniach i osobach proszących o rozmowę.

– Coś nowego w sprawie spotkania zarządu Interface? – pyta, przeglądając wręczone mu kartki.

– Na biurku leży raport, sir.

– Dobrze.