Manson - Tom O Neill, Dan Piepenbring - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Wstrząsający reportaż odkrywający prawdę o zbrodniach Charlesa Mansona.

Latem 1969 roku Charles Manson zleca członkom swojej sekty brutalne morderstwa w Hollywood. W ciągu dwóch dni ginie siedem osób, w tym Sharon Tate, żona Romana Polańskiego. Pół wieku później reporter Tom O’Neill publikuje nieznane dotąd fakty, obalające “oficjalną wersję wydarzeń” tej legendarnej zbrodni. Jeśli myślisz, że znasz prawdę, mylisz się.

O’Neill prace nad książką prowadził przez 20 lat. Gdy w 1999 roku zaczął zgłębiać temat, natrafił na setki nieścisłości w relacji policji i prokuratury. Z kim tak naprawdę zadawał się Manson i jak daleko posunęli się jego hollywoodzcy znajomi, żeby ukryć swoje powiązania? Dlaczego śledczy nie powstrzymali go, mając ku temu tak wiele okazji? Czy handlarze narkotyków, którzy znali Mansona, mogli zatrudnić go do zainicjowania mściwej masakry w willi Polańskich?

Reportaż „Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood” to całkowicie nowy obraz morderstwa, które wstrząsnęło światem. Zawiera setki niepublikowanych wywiadów i dziesiątki nieznanych opinii publicznej dokumentów z archiwów policji, FBI i CIA. Zgłębiając tajemnicę sprzed pięćdziesięciu lat, autor podąża tropem zagadek i mrocznych sekretów Hollywood. Szokująca prawda, do której dotarł, dopiero teraz ujrzy światło dzienne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 628

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Chaos

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Redakcja: Jan Jaroszuk

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Katarzyna Głowińska (Lingventa)

Copyright © 2019 by Tom O’Neill

Zdjęcie na okładce © Bettmann/Getty Images

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Radosław Madejski

ISBN 978-83-287-1020-7

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

Moim Rodzicom

Prolog

Vincent Bugliosi podniesionym głosem perorował zapamiętale.

– Nie ma nic gorszego, niż oskarżyć prokuratora o to, co zarzucasz mnie. To jest karygodne oszczerstwo!

Był luty 2006 roku, świeciło słońce, a my siedzieliśmy w kuchni jego domu w Pasadenie. Kwiatowe ornamenty, wyściełane meble i płot z białych sztachetek za oknem nie za bardzo licowały z atmosferą wrogości, która wzbierała w tym przytulnym wnętrzu. Bugliosi chciał mnie pozwać. Ostrzegał, że zażąda stu milionów dolarów odszkodowania i będzie to „jeden z największych procesów o zniesławienie w historii dziennikarstwa”. Zapewniał mnie, że nie zdołam zatrzymać całej tej sądowej machiny, jeśli nie zmienię tonu wypowiedzi na jego temat.

– Myślę, że powinniśmy uważać się za wrogów – oświadczył później.

Vince – mówiliśmy sobie po imieniu, bo tak chyba przystoi wrogom – był znakomitym mówcą i właśnie wygłaszał jedną z typowych dla siebie tyrad. Tego dnia przeprowadzałem wywiad już ponad sześć godzin, a on niemal nie dopuszczał mnie do głosu, rozprawiając z takim samym znawstwem, jak przed trzydziestu pięciu laty, kiedy występował w roli oskarżyciela w procesie Charlesa Mansona. Mimo siódmego krzyżyka na karku zachował imponującą posturę i górował nade mną, kiedy siedzieliśmy przy laminowanym stole, na którym spoczywały notatniki, zapisane kartki, dyktafony, długopisy i stos książek – wszystkie jego autorstwa. Krzepki i dziarski, z metalicznym błyskiem w niebieskich oczach, przysiadał na krześle tylko po to, by po chwili znów się zerwać i oskarżycielsko wymierzyć we mnie palec.

Wertując jeden ze swoich żółtych brulionów, podpierał się komentarzami, które sobie zaznaczył.

– Jestem przyzwoitym facetem, Tom, i zamierzam ci uświadomić, jak przyzwoity jest Vince Bugliosi.

I tak też uczynił – miał przygotowane „oświadczenie wstępne”, które mi odczytał, co zajęło mu czterdzieści pięć minut. Uparł się, żeby zacząć od tego. Wciągnął w to wszystko swoją żonę Gail, żeby mieć świadka na wypadek, gdybym próbował coś przeinaczyć. Słowem, zamienił swoją kuchnię w salę rozpraw, na której był w swoim żywiole.

Bugliosi stał się sławny dzięki sprawie Mansona, przykuwając uwagę całej Ameryki opowieściami o hipisowskich mordercach, praniu mózgu, konfliktach etnicznych i upiornych konsekwencjach transów narkotycznych. Od początku przypominał mi wielokrotnie, że napisał trzy bestsellery, a jeden z nich, Helter Skelter, stał się najpopularniejszą książką z gatunku true crime. Jeśli Vince był tego dnia trochę podekscytowany, to ja nie ustępowałem mu pod tym względem. Zamierzałem nękać go pytaniami o rolę w procesie Mansona. Helter Skelter ma wiele słabych punktów – nieścisłości, przemilczeń i sprzeczności z raportami policyjnymi. Sprowadza się do oficjalnej relacji i mało komu przyszłoby do głowy, żeby ją podważać. Odkryłem jednak skarbnicę dokumentów – wielu z nich nikt nie przeglądał od dziesiątek lat i nigdy nie uwzględnił w żadnym sprawozdaniu – obciążających Bugliosiego oraz grono osób, które odegrały w tej sprawie kluczowe role, jak kurator sądowy Mansona, jego przyjaciele z Hollywood, a także otaczający go prawnicy, śledczy, naukowcy i lekarze. Wpadła mi między innymi w ręce odręczna notatka Vince’a stanowiąca dowód na to, że jeden z jego świadków skłamał pod przysięgą.

Czasami się zastanawiam, czy Vince zauważył, jakim kłębkiem nerwów byłem tego dnia. Nie jestem szczególnie pobożny, ale rano poszedłem do kościoła i odmówiłem krótką modlitwę. Mama zawsze mi mówiła, że warto się pomodlić, jeśli człowiek potrzebuje pomocy, a w takiej sytuacji nie pogardziłbym żadnym wsparciem. Miałem nadzieję, że ta rozmowa z Bugliosim stanie się punktem zwrotnym w moich wnikliwych badaniach dotyczących sprawy Mansona, którym poświęciłem siedem lat. Jak dotąd przeprowadziłem ponad tysiąc wywiadów z wieloma ludźmi. Na różnych etapach swojej pracy czułem się załamany i ogarniały mnie obawy, że staję się jednym z „tych ludzi”, dotkniętym obsesją zwolennikiem teorii spiskowych, zwykłym szaleńcem. Przestałem utrzymywać kontakty z przyjaciółmi, a członkowie rodziny zaczęli się martwić o moje zdrowie psychiczne. Sam Charles Manson beształ mnie zza murów więzienia. Wiele razy grożono mi śmiercią. Nie jestem łatwowierny, ale moje odkrycia mnie samemu wydawały się nieprawdopodobne; okazało się, że sprawa zbrodni sprzed ponad półwiecza pachnie tuszowaniem faktów i matactwami, w które uwikłana była policja z całej Kalifornii. A także sądy oraz – muszę wziąć głęboki oddech, zanim to powiem – CIA.

Gdybym zdołał nakłonić Bugliosiego, aby przyznał się w wywiadzie do popełnionych uchybień lub nawet przypadkowo ujawnił jakieś szczegóły, mógłbym wreszcie doprowadzić do końca dziesiątki niewyjaśnionych wątków w moim dziennikarskim śledztwie. Może wkrótce potem wróciłbym do normalnego życia, jakkolwiek miałoby ono wyglądać. A przynajmniej zyskałbym pewność, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby dotrzeć jak najdalej w głąb tej bezdennej otchłani.

Ale siedząc w kuchni Bugliosiego i patrząc, jak mija godzina za godziną, a Vince bierze w obronę i obwarowuje każde swoje zdanie, zacząłem tracić entuzjazm. Unikał odpowiedzi na moje pytania i prawie nie dopuszczał mnie do głosu.

– Jestem pełen uznania – rzekł z przekąsem. – Znalazłeś coś, czego ja nie widziałem na oczy. Owszem, pewne rzeczy mogły mi umknąć – przyznał i było to jedyne ustępstwo z jego strony, ale zaraz potem dodał: – Ale nigdy nie zrobiłbym tego, co insynuujesz. Czy to jasne? Nigdy. Przeczyłoby to wszystkiemu, czego w życiu dokonałem. A po drugie, Tom, nawet gdybym brał pod uwagę coś takiego – chodziło mu o nakłanianie do krzywoprzysięstwa – to do niczego nie prowadziło. To niedorzeczne. Bzdura i tyle… Zresztą kogo to obchodzi? To rzecz bez znaczenia!

Kogo to obchodzi? W ciągu tych lat nieraz zadawałem sobie takie pytanie. Czy warto poświęcać tak wiele czasu i energii na badanie jednej z najgłośniejszych i najczęściej komentowanych zbrodni w dziejach Ameryki? Jak w ogóle mogłem się w coś takiego zaangażować? Pamiętam, że słuchając przydługiego „oświadczenia wstępnego” Vincenta, zerkałem na jego żonę. Gail siedziała oparta o kuchenny blat i oczy same jej się zamykały ze zmęczenia, aż w końcu nas przeprosiła i poszła na górę, żeby się położyć. Pewnie już setki razy słuchała każdej z tych jego wycyzelowanych kwestii, w których dodawał sobie splendoru. Kiedy spoglądam na siebie z boku, odnoszę wrażenie, że wszyscy czują się tak jak Gail tamtego dnia. O nie, znowu morderstwa Mansona. Już to przerabialiśmy. Wiemy już wszystko, czego można było się dowiedzieć. Nie każ nam znowu tego słuchać.

Dlatego niemal poczułem ulgę, kiedy zobaczyłem, że Vince jest taki niespokojny. To właśnie świadomość, że zalazłem mu za skórę, dodawała mi sił. Dlaczego tak bardzo mu zależało, żeby położyć temu kres? I jeżeli to, co odkryłem, rzeczywiście jest „bez znaczenia”, czemu tak wielu jego byłych współpracowników mówiło mi coś wręcz odwrotnego?

Od jednego z tych ludzi Vince dostał cynk o moich poszukiwaniach i ubzdurał sobie, że podejrzewam go o wrobienie Mansona. Oczywiście się mylił. Nigdy nie broniłem Mansona. Moim zdaniem był on w każdym calu takim wcieleniem zła, jakim przedstawiały go media. Jednak faktem jest, że Stephen Kay, współoskarżyciel w procesie i człowiek spoza kręgu przyjaciół Bugliosiego, nie krył zdumienia z powodu odręcznych notatek Vince’a, które znalazłem. Powiedział mi, że to by wystarczyło, żeby unieważnić wyroki skazujące Mansona i członków jego sekty. Nigdy do tego nie dążyłem. Chciałem tylko dociec, co tak naprawdę się stało.

– Teraz nie wiem, w co wierzyć – wyznał mi Kay. – Jeśli Vince zrobił coś takiego, to co jeszcze mógł zmienić?

Również chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie, ale Vince zawsze potrafił zręcznie zmienić temat.

– Do czego to prowadzi? – powtarzał. – Jaki to ma sens?

Sens moim zdaniem był taki, że akt krzywoprzysięstwa stawiał pod znakiem zapytania cały motyw zbrodni. Jednak Vince nie wziął tego pod uwagę, gdyż był zbyt zajęty wygłaszaniem protekcjonalnych komentarzy na temat motywów mojego postępowania. Jak mam czelność insynuować, że zrobił coś niegodziwego? Jak mogę spojrzeć sobie w oczy, jeżeli zszargałem jego nienaganną reputację? Z upodobaniem powtarzał, że wszystkie zmiany trzeba zaczynać od „człowieka w lustrze”, jakby to on sam, a nie Michael Jackson rozpowszechnił to powiedzenie.

– Przed nim nie uciekniesz – mówił. – Nie uwolnisz się od niego!

Próbowałem skierować rozmowę z powrotem na Mansona, jednak Vince nic sobie z tego nie robił. Chciał mi czytać jakieś „rekomendacje” na temat swojego szlachetnego charakteru, żeby „włączyć je do protokołu”.

Tego dnia obaj mieliśmy po dwa dyktafony; okazałem się tak samo zapobiegliwy jak on, bo również nie chciałem ryzykować, że wskutek jakiejś usterki zostanę z niepełnym zapisem rozmowy. Wiele razy, ilekroć napięcie rosło i Vince zamierzał powiedzieć coś poufnego, domagał się, abyśmy przerwali nagrywanie, co oznaczało, że każdy z nas musiał wyłączyć po dwa magnetofony, czasami jedynie na kilka sekund, żeby potem uruchamiać je na nowo. Musiałem patrzeć mu na ręce, bo często zapominał o jednym ze swoich.

W takich chwilach naskakiwał na mnie, a jego oczy ciskały gromy spod siwych brwi.

– Jeśli w swojej książce dopuścisz się zniesławienia, jedno powinieneś wiedzieć – oświadczył. – Powinieneś wiedzieć, że nie pozostawisz mi wyboru. Będę musiał cię pozwać.

Kiedy wyszedłem z jego domu, słońce już znikło za górami San Gabriel, a mnie bolała głowa od tych wszystkich krzyków. Gail nie zadała sobie trudu, żeby zejść na dół. Zanim dotarłem do samochodu, Vince złapał mnie za rękę i przypomniał, że jego przychylna opinia mogłaby zwiększyć sprzedaż mojej książki, a on chętnie by się do tego przyczynił, zwłaszcza że zaaprobował rękopis.

– Nie oczekuję niczego w zamian – dodał, ale trudno było mi w to uwierzyć.

W drodze powrotnej do domu czułem przygnębienie. Właśnie stoczyłem pojedynek z jednym z najsłynniejszych prokuratorów i autorów prozy dokumentalnej. Oczywiście nie udało mi się go złamać, ale wiedziałem, że nie jestem w tym odosobniony. Inni dziennikarze przestrzegali mnie przed jego trudnym usposobieniem. Mary Neiswender, która pracowała dla „Long Beach Press Telegram” i „Independent”, powiedziała, że Bugliosi groził jej, kiedy w latach osiemdziesiątych przygotowywała demaskatorski artykuł na jego temat. Wiedział, do której szkoły chodzą jej dzieci, i napomknął, że „bardzo łatwo podrzucić narkotyki do ich szafek”. Tak naprawdę nie potrzebowałem informacji z innych źródeł, bo zaledwie przed kilkoma minutami Vince osobiście wyznał, że nie ma skrupułów przed krzywdzeniem ludzi, jeśli trzeba „wymierzyć sprawiedliwość albo wziąć odwet”.

Jak się okazało, nie było mi dane długo cieszyć się spokojem. Po powrocie do domu w Venice Beach zastałem na automatycznej sekretarce wiadomość od Bugliosiego. Chciał przedyskutować „parę dodatkowych kwestii”, oddzwoniłem więc do niego i znowu przegadaliśmy kilka godzin. Następnego dnia odbyliśmy kolejną rozmowę telefoniczną, a potem jeszcze jedną i jeszcze jedną. Kiedy Vince coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że nie zamierzam ustąpić, ogarniała go coraz większa irytacja.

– Jeżeli chociaż zasugerujesz swoim czytelnikom, że zataiłem jakieś dowody przed ławą przysięgłych – zapowiedział przez telefon – to możesz mi wierzyć albo nie, ale narazisz siebie i swojego wydawcę na problemy finansowe.

Domagając się przeprosin, zapewniał mnie, że „stąpam po kruchym lodzie”.

– Niewykluczone, że kiedy znowu się zobaczymy, będziesz stał przed sądem i odpowiadał na moje pytania.

Na szczęście do tego nie doszło. Następnym razem spotkałem go w czerwcu 2011 roku. Wypatrzył mnie, swojego wroga, wśród publiczności wypełniającej aulę biblioteki w Santa Monica, gdzie miał wygłosić odczyt.

– Tom O’Neill to ty? – zagadnął.

– Tak. Cześć, Vince.

– Z czego się tak cieszysz?

Jego uwagę musiał przyciągnąć mój nerwowy uśmiech.

– Cieszę się, że cię widzę – odparłem.

Zmierzył mnie badawczo spojrzeniem i zapytał:

– Zrobiłeś coś z włosami?

– Nie.

– Masz inną fryzurę – stwierdził, a potem ruszył przed siebie, przeciskając się przez tłum.

To była nasza ostatnia rozmowa. Vince zmarł w 2015 roku. Czasami żałuję, że nigdy nie przeczyta tej książki, nawet gdyby miał mnie pozwać z powodu jej treści. Jakiż byłem naiwny, oczekując od niego konkretnych odpowiedzi na swoje pytania. Odtwarzam w pamięci nasze rozmowy i zastanawiam się, kiedy mogłem przyłapać go na kłamstwie, kiedy powinienem był przycisnąć go mocniej i jak miałem odpierać jego kontrataki. Naprawdę sądziłem, że przy odpowiedniej dozie wytrwałości zdołam dokopać się do prawdy. Wszyscy, którzy mogliby ją wyjawić, włącznie z Mansonem, dziś już nie żyją, a mnie od dwudziestu lat nie przestają nurtować te same pytania. Ale co do jednego nie mam wątpliwości – większość ustaleń, które uznajemy za fakty, jest fikcją.

Rozdział 1Zbrodnia stulecia

Dwadzieścia lat opóźnienia

Moje życie weszło w ostry zakręt 21 marca 1999 roku, dzień po moich czterdziestych urodzinach. Właśnie wtedy wszystko się zaczęło. Leżałem skacowany na łóżku, tak samo jak po niezliczonych imprezach urodzinowych w poprzednich latach, i ogarniała mnie fala wstrętu do samego siebie. Byłem niezależnym dziennikarzem i od czterech miesięcy nie pracowałem. Dziennikarstwem zająłem się właściwie przez przypadek. Przez wiele lat nocami woziłem turystów dorożką po Central Parku i z czasem niezamawiane materiały, które przesyłałem do takich magazynów jak „New York”, zapewniły mi poważniejsze i korzystniejsze zlecenia. Chociaż czułem się szczęśliwy, kiedy zamieszkałem w Venice Beach i utrzymywałem się z pisania, tęskniłem za Nowym Jorkiem, a moje widoki na przyszłość wciąż były niepewne. Przyjaciele mieli zobowiązania: zakładali rodziny, pracowali od rana do wieczora w zgiełkliwych biurach, żyli pełnią życia. A ja wprawdzie miałem lata młodości już za sobą, ale cieszyłem się taką swobodą, że mogłem się wylegiwać do późnego popołudnia i w zasadzie tego dnia na niewiele więcej byłoby mnie stać. Czułem się do bani. Kiedy zadzwonił telefon, musiałem zdobyć się na spory wysiłek, żeby podnieść słuchawkę.

Dzwoniła Leslie Van Buskirk, moja dawna redaktorka z magazynu „Us”, obecnie zatrudniona w „Premiere”, żeby zaproponować mi zlecenie. Zbliżała się trzydziesta rocznica mordu dokonanego przez sektę Mansona i Leslie potrzebowała reportażu o reperkusjach tamtych wydarzeń dla mieszkańców Hollywood. Nawet po tylu latach przywódca Rodziny wciąż był swego rodzaju symbolem brutalnej przemocy w amerykańskim stylu, takiej, która zdaje się pojawiać znikąd i potwierdza najmroczniejsze lęki co do natury naszego społeczeństwa. Tamta zbrodnia, jak twierdziła moja redaktorka, wciąż wywierała ogromny wpływ na zbiorową wyobraźnię. Co sprawiało, że Manson był takim wyjątkiem? Dlaczego wraz ze swoją sektą wciąż stanowił element przekazu kulturowego, podczas gdy inne, nawet bardziej makabryczne zbrodnie popadały w zapomnienie? „Premiere” to magazyn filmowy, dlatego moja redaktorka chciała, żebym porozmawiał z przedstawicielami hollywoodzkiej starej gwardii, pokolenia, dla którego Manson był niepokojąco „teraźniejszy”, i dowiedział się, jak postrzegają go z perspektywy trzydziestu lat. Tak wyglądał ogólny zarys, ale Leslie wierzyła, że nadam mu właściwy kształt i stworzę coś frapującego.

Omal jej nie odmówiłem. Nigdy nie interesowałem się szczególnie tą sprawą. Kiedy to się stało, miałem dziesięć lat i mieszkałem w Filadelfii. Nie przypominam sobie, aby zbrodnia Mansona jakoś szczególnie mnie obeszła, chociaż mój brat zaklina się, że pamięta, jak zbierałem wycinki prasowe na ten temat. Jeśli już, to mogłem się uważać za jednego z nielicznych mieszkańców tej planety, którzy nigdy nie słyszeli Helter Skelter Beatlesów. Manson spowszedniał niczym popularna piosenka albo kultowy film i właśnie dlatego nie wzbudzał mojego zainteresowania. Morderstwa, do których doszło za jego namową, często nazywano zbrodnią stulecia, a coś, co zasługuje na takie miano, zazwyczaj jest już dogłębnie zbadane.

Jednak musiałem wreszcie czymś się zająć i zdałem się na osąd Leslie. Wspólnie pracowaliśmy nad kilkoma artykułami dla magazynu „Us”, który wtedy nie był jeszcze plotkarskim tygodnikiem i ukazywał się co miesiąc, i zlecenie takie jak to byłoby mile widzianą odskocznią od typowych dla dziennikarstwa lifestyle’owego wywiadów z gwiazdami filmowymi, które odwiedzałem w ich luksusowych rezydencjach w Hollywood Hills, gdzie wysłuchiwałem oklepanych kwestii o odważnych decyzjach zawodowych i potrzebie prywatności. Nie mówię, że była to praca pozbawiona zawirowań. Kłóciłem się zaciekle z Tomem Cruise’em o scjentologię, w trakcie wywiadu z Garrym Shandlingiem zostałem nagle sam w jego domu, a Aleca Baldwina doprowadziłem do furii, ale jego wszyscy wkurzają.

Innymi słowy, miałem trochę doświadczenia, ale tak naprawdę niezbyt wiele, jeśli chodzi o dociekanie prawdy. Kiedy ostatnio pisałem o niewyjaśnionym morderstwie, natrafiłem na kilka obiecujących tropów, ale ponieważ sprawa była w głównej mierze poszlakowa, redakcja wolała nie podejmować zbędnego ryzyka i mój artykuł ukazał się ze spiłowanymi pazurkami.

Pomyślałem, że tym razem mógłbym lepiej się spisać. O ile mnie pamięć nie myli, mój skacowany umysł nie widział w tym zadaniu nic trudnego. Umówiliśmy się z redaktorką na pięć tysięcy słów za trzy miesiące. Potem zacząłem się zastanawiać nad możliwością powrotu do Nowego Jorku.

Minęło dwadzieścia lat, a mój reportaż nie jest ukończony, „Premiere” już nie istnieje, a ja nadal mieszkam w Los Angeles.

Układanka

Zanim zabrałem się do przeprowadzania wywiadów, przeczytałem Helter Skelter. Uświadomiłem sobie, o co chodzi w całym tym zamieszaniu – to była mocna i wciągająca książka, pełna makabrycznych szczegółów, o których nie miałem pojęcia. Opisane w niej morderstwa otaczała tak złowroga aura, że zawsze zdawały się funkcjonować w próżni. A jednak w relacji Bugliosiego wszystko to, co jawiło się jako nieciekawe i przebrzmiałe, odsłaniało nagle swoje intrygujące oblicze.

W trakcie lektury sporządzałem notatki i planowałem wywiady, próbując znaleźć jakiś aspekt sprawy, którego jeszcze nikt nie zgłębił. Na początku książki Bugliosi sprowadza na ziemię każdego, komu się wydaje, że śledztwo w sprawie morderstwa jest proste:

W literaturze miejsce zbrodni przyrównywane jest często do obrazkowej układanki. Jeśli ktoś jest wystarczająco cierpliwy i nie ustaje w wysiłkach, umieści w końcu wszystkie kawałki we właściwych miejscach. Policyjne wygi mają na tę sprawę inny pogląd […]. Nawet jeśli pojawia się jakieś rozwiązanie, to pozostają zbędne kawałki – dowody, które do niczego nie pasują. A niektórych fragmentów zawsze będzie brakować[1].

Zgadzałem się z nim, mimo to nie dawały mi spokoju te „zbędne kawałki”, których w tym przypadku nie zauważyłem zbyt wiele. Układanka Bugliosiego była niepokojąco kompletna.

Jego poczucie pewności utwierdziło mnie w przekonaniu, że media zdążyły już wyczerpać temat. Drążenie tej sprawy mogłoby zatem wyczerpać także i mnie. Bugliosi nazywa Mansona „ucieleśnieniem zła” oraz symbolem „mrocznego i złowrogiego oblicza człowieczeństwa”[2]. Przywołując w pamięci twarz Mansona, widziałem to zło – maniakalny błysk w oczach i wyciętą na czole swastykę. Widziałem nasze wyobrażenia o schyłku lat sześćdziesiątych. Widziałem zwyrodnienie hipisowskich marzeń, przedśmiertne drgawki kontrkultury i panującą w Los Angeles posępną dionizyjską atmosferę, w której łączyły się żywioły pieniędzy, seksu i sławy.

Ponieważ wszyscy dobrze znamy ten obraz, trudno mówić o tych morderstwach w sposób, który oddaje całą skalę ich potworności. Przyswajamy nagie fakty prawie tak samo, jakbyśmy wkuwali na pamięć szkolne formułki, odzierając je z głębszego sensu, dlatego masakra, która przed laty wstrząsnęła Ameryką, została sprowadzona do serii zwięzłych haseł w Wikipedii i popularnych zdjęć. Jak każde inne wydarzenie historyczne, wydaje się nam odległa i jednoznaczna.

Najważniejsze, abyśmy poczuli ten wstrząs, który zaczyna powracać, kiedy odgrzebane szczegóły układają się w spójną całość. To nie tylko historia. To jest coś, co Bugliosi w swojej mowie wstępnej wygłoszonej podczas procesu nazwał „silną obsesją na punkcie gwałtownej śmierci”[3]. Chociaż sprawa zyskała powszechny rozgłos, kilka najbardziej podstawowych szczegółów wciąż spowija mrok tajemnicy. Istnieją co najmniej cztery wersje wydarzeń, różniące się tym, kto komu zadał cios i jakiego użył noża, co powiedział i w którym miejscu stał. Zeznając w czasie procesu, oskarżeni często zaprzeczali sobie nawzajem, a to, co mówili, nie zawsze pokrywało się z wynikami autopsji. W ich oświadczeniach, które wciąż zmieniali albo odwoływali, było sporo przesady. Maniacy wciąż czepiają się najmniejszych rozbieżności na miejscu zbrodni, kawałków uszkodzonej okładziny na uchwycie rewolweru, rozmieszczenia plam krwi i ustalonego oficjalnie przez koronera czasu zgonu ofiar. Nawet gdyby się udało rozwiać te wątpliwości, pozostałoby najważniejsze pytanie: Dlaczego w ogóle do tego doszło?

Coś, co wstrząśnie światem

Jak można wywnioskować z pierwszej strony „Los Angeles Timesa”, piątek 8 sierpnia 1969 roku był najzwyklejszym dniem. W szpitalu mimo wysiłków lekarzy zmarł ranny policjant. Rada miasta uchwaliła nowy budżet dla szkół, a naukowcy ogłosili optymistycznie, że lodowa czapa na południowym biegunie Marsa może być zamieszkała przez tamtejsze formy życia. W Londynie członkowie zespołu The Beatles przed studiem nagrań odbyli sesję fotograficzną na przejściu dla pieszych, a ich zdjęcie trafiło na okładkę albumu Abbey Road. W wieczornych wiadomościach CBS Walter Cronkite mówił o dewaluacji franka.

Kosmiczny wyścig szedł pełną parą i Amerykanie snuli fantastyczne wizje przyszłości, czasem zaprawione odrobiną lęku. Niecałe trzy tygodnie wcześniej NASA po raz pierwszy wysłała ludzi na Księżyc, a zakończona powodzeniem misja stała się godnym podziwu świadectwem postępu technologicznego. Tymczasem na amerykańskich listach przebojów triumfowała piosenka duetu Zager and Evans In the Year 2525, roztaczająca dystopijną wizję przyszłości, w której „obejdzie się bez prawdy i kłamstw / A wszystkie swoje myśli, czyny i słowa / Zażyjesz w pigułce”. Nikt nie przypuszczał wówczas, jak trafne okażą się te przewidywania.

Późnym wieczorem na ranczu Spahn Movie mężczyzna i trzy kobiety wsiedli do zdezelowanego żółtego forda falcona, rocznik 1959, i odjechali w stronę Beverly Hills. Zatrudniony na ranczu robotnik usłyszał, jak jedna z kobiet mówi: „Jedziemy załatwić parę pieprzonych świń”[4].

Słowa te wypowiedziała dwudziestojednoletnia Susan „Sadie” Atkins, która pochodziła z San Jose. Była córką dwojga alkoholików, jako nastolatka śpiewała w chórze kościelnym, a brat i jego koledzy często wykorzystywali ją seksualnie[5]. Porzuciła naukę w liceum i wyjechała do San Francisco, gdzie została tancerką w klubie topless i uzależniła się od LSD.

– Rodzice w kółko mi powtarzali: „Staczasz się, staczasz się, staczasz się” – wyznała później. – Więc się stoczyłam. Stoczyłam się na samo dno[6].

Obok niej z tyłu samochodu siedziała w kucki – członkowie grupy usunęli tylne fotele, żeby zrobić więcej miejsca na jedzenie, które wygrzebywali z kubłów na śmieci podczas regularnych objazdów bogatych dzielnic – jej rówieśniczka Patricia „Katie” Krenwinkel. Pochodziła z Inglewood i w dzieciństwie miała problemy hormonalne, których skutkiem był niepohamowany apetyt, i problemy z samoakceptacją. Jako nastolatka popadła w narkomanię i nadużywała alkoholu. Któregoś dnia 1967 roku zostawiła samochód na parkingu, nie zgłosiła się po wypłatę do agencji ubezpieczeniowej, w której pracowała, i znikła bez śladu.

Na fotelu pasażera siedziała Linda Kasabian, dwudziestolatka z New Hampshire. Jako licealistka grywała w koszykówkę, ale rzuciła szkołę, żeby wyjść za mąż; jej małżeństwo przetrwało niespełna pół roku. Wkrótce potem została aresztowana podczas policyjnego nalotu na melinę narkomanów w Bostonie. Wiosną 1968 roku ponownie wyszła za mąż, urodziła dziecko i przeprowadziła się do Los Angeles. Czasami przedstawiała się jako Wiedźma Yana.

Za kierownicą forda siedział Charles „Tex” Watson, mierzący metr dziewięćdziesiąt wzrostu dwudziestotrzylatek z Teksasu. Za młodu był skautem i kapitanem szkolnej drużyny futbolowej, a czasem pomagał ojcu, który prowadził stację benzynową i sklep spożywczy. Kiedy dostał się na Uniwersytet Północnego Teksasu, wstąpił do bractwa studenckiego i zaczął brać udział w alkoholowych balangach. Wkrótce rzucił studia i przeprowadził się do Kalifornii, gdzie znalazł pracę w sklepie z perukami. Pewnego dnia zabrał autostopowicza, którym okazał się Dennis Wilson, jeden z członków grupy Beach Boys, i to przypadkowe spotkanie na zawsze zmieniło życie ich obu.

Tamtej nocy wszyscy czworo byli od stóp do głów ubrani na czarno. Żadne nie miało na koncie aktów przemocy. Należeli do komuny hipisowskiej, zwanej Rodziną. Żyjący w izolacji na ranczu Spahna – dwóch kilometrach kwadratowych górzystego terenu, który kiedyś służył za plan filmowy dla westernów i seriali – członkowie Rodziny przyjęli charakterystyczny dla New Age światopoglądowy zlepek enwironmentalizmu, kontestacji politycznej i apokaliptycznego chrześcijaństwa, których dopełnieniem było kategoryczne odrzucenie tradycyjnej moralności. Ale przede wszystkim kierowali się kaprysami swojego przywódcy, trzydziestoczteroletniego Charlesa Millesa Mansona. To on kazał im wyruszyć w tę nocną podróż.

Zdezelowany ford zatrzymał się przed domem z numerem 10050 przy Cielo Drive, gdzie mieszkała aktorka Sharon Tate ze swoim mężem, reżyserem Romanem Polańskim. Polański był wtedy w Londynie, gdzie szukał plenerów do filmu Dzień delfina, thrillera science fiction o tresowanym delfinie, który został wykorzystany do zamachu na prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Jazda zajęła im około czterdziestu minut. Było tuż po północy, kiedy dotarli na miejsce. W Benedict Canyon panowała cisza, jak gdyby zatłoczone i gwarne Los Angeles znajdowało się w całkiem innym świecie. Zbudowany w 1942 roku dom należał kiedyś do pewnej francuskiej aktorki, która zaprojektowała go na wzór wiejskiej posiadłości z Normandii, gdzie spędziła młodość. Niewidoczny z ulicy długi i niski budynek stał na ustronnej arkadyjskiej działce, do której prowadziła ślepa droga. Był usytuowany na stoku wzgórza, co zapewniało malownicze widoki – panoramę Los Angeles na wschodzie i okazałe rezydencje Bel Air na zachodzie. W pogodny dzień widać było z niego oddalony o kilkanaście kilometrów Pacyfik.

Watson wspiął się na słup, żeby przeciąć kable telefoniczne. Wiedział, jak się do tego zabrać, bo był tu już wcześniej. Zamiast otworzyć przyciskiem sterowaną elektrycznie bramę, intruzi postanowili wdrapać się na skarpę i stamtąd zeskoczyć na teren posiadłości. Wszyscy byli uzbrojeni w noże myśliwskie, a Watson miał również rewolwer Buntline, kaliber 22. Kasabian została przy wejściu na czatach, a troje pozostałych ruszyło w górę zbocza w stronę domu.

Na końcu podjazdu natknęli się na osiemnastoletniego Stevena Parenta, który właśnie zamierzał opuścić posesję[1]. Chwilę wcześniej odwiedził mieszkającego w domku dla gości dozorcę, któremu zamierzał sprzedać radiobudzik Sony, a teraz siedział w ramblerze ojca i już opuścił szybę, żeby nacisnąć umieszczony na metalowym słupku przycisk do otwierania bramy. Watson podszedł i wycelował do niego z rewolweru.

– Proszę, nie rób mi krzywdy! – krzyknął chłopak i zasłonił się rękami. – Nikomu nic nie powiem!

Watson zamachnął się nożem i ranił go w lewy nadgarstek, przecinając pasek od zegarka. Potem strzelił do niego cztery razy – w rękę, w lewy policzek i dwa razy w klatkę piersiową. Parent zginął na miejscu, a samochód wypełniła kałuża jego krwi.

Odgłos wystrzałów poniósł się echem po okolicy, ale widocznie nikt z obecnych w domu przy Cielo Drive 10050 niczego nie usłyszał. Rezydencja miała grube, kamienne ściany pokryte drewnianym sidingiem, których kolor określano później często w artykułach prasowych jako „pomidorową czerwień”. Przy brukowanej ścieżce, łukiem prowadzącej do frontowego ganku, stała rustyklana studnia ozdobiona kamiennymi figurkami gołębi i wiewiórek. Za domem znajdował się basen i skromny bungalow dla gości. Wokół budynku ciągnął się niski żywopłot, a nad uroczymi rabatkami aksamitek i stokrotek zwieszały się konary majestatycznych sosen. Białe drzwi holenderskie prowadziły do salonu, w którym belkowany strop, kominek i drabina z sekwojowego drewna służąca do wchodzenia na antresolę tworzyły przytulną atmosferę.

Dom był zamknięty, Watson rozciął więc moskitierę w oknie jadalni i dostał się do środka, a potem otworzył frontowe drzwi, żeby wpuścić Atkins i Krenwinkel. W salonie trójka morderców natknęła się na Wojciecha Frykowskiego, trzydziestodwuletniego imigranta z Polski i obiecującego filmowca, który spał na kanapie z zawieszoną na oparciu amerykańską flagą. Właśnie dochodził do siebie po dziesięciodniowym transie meskalinowym. Doświadczywszy w dzieciństwie brutalności wojny, wiódł w Ameryce hulaszcze życie, a jego znajomi uważali, że ma w sobie coś „posępnego i niepokojącego”. Należał do tego pokolenia Polaków, które historia pchnęła na „zwichrowaną orbitę”[7].

Frykowski przeciągnął się i potarł zaspane oczy, żeby przyjrzeć się lepiej stojącym nad nim postaciom w czerni.

– Która godzina? – odezwał się, najwyraźniej biorąc intruzów za swoich przyjaciół.

Watson wycelował do niego z rewolweru.

– Cicho bądź – rozkazał. – Nie ruszaj się albo zginiesz.

Polak zesztywniał, kiedy zaczęła do niego docierać groza sytuacji.

– Kim jesteś i co tu robisz?

– Jestem diabłem i przyszedłem zgotować wam piekło – odpowiedział Watson i kopnął go w głowę.

Znalezionym w bieliźniarce ręcznikiem Atkins związała Frykowskiemu ręce, a potem na polecenie Watsona zaczęła szukać innych domowników. Przez uchylone drzwi zajrzała do sypialni, gdzie zobaczyła rozpartą wygodnie na łóżku kobietę z książką. Była to Abigail Folger, dwudziestopięcioletnia dziedziczka fortuny kawowej. Przebywała w tym domu razem z Frykowskim, który od kwietnia był jej partnerem. Uniosła wzrok znad książki, uśmiechnęła się i pomachała do Atkins, która odpowiedziała jej takim samym gestem i ruszyła dalej w głąb korytarza.

W drugiej sypialni na skraju łóżka siedział jakiś mężczyzna i rozmawiał z leżącą obok ciężarną kobietą w samej bieliźnie. Mężczyzną był Jay Sebring, trzydziestopięcioletni stylista fryzur. Jego zakład w Beverly Hills przyciągał wiele gwiazd filmowych, a Sebring zasłynął z tego, że chętnie strzygł klientów w prywatnym salonie, a nie w zwykłym zakładzie fryzjerskim. W czasie wojny koreańskiej służył w marynarce wojennej i był bardzo skrytym człowiekiem, podobno jego numer telefonu znało tylko pięć osób.

Na łóżku leżała jego była dziewczyna, dwudziestosześcioletnia aktorka Sharon Tate. Była w ósmym miesiącu ciąży i niedawno zagrała swoją pierwszą poważną rolę w filmie 12+1, a menadżer obiecał jej, że kiedyś zostanie gwiazdą. Urodziła się w Dallas, a dzieciństwo spędziła w różnych miastach na całym świecie, w których stacjonował jej ojciec, oficer armii amerykańskiej. Była tak piękna, że podobno sparaliżowała ruch uliczny, kiedy po raz pierwszy odwiedziła Nowy Jork[8]. Zdobywała tytuły miss i już nawet jako sześciomiesięczne niemowlę zajęła pierwsze miejsce w konkursie piękności dla dzieci. Miała nadzieję, że dzięki karierze filmowej zostanie doceniona za coś więcej niż tylko urodę. Kiedy zamieszkała w domu na Cielo Drive, który nazywała „miłosnym gniazdkiem”[9], z optymizmem spoglądała w przyszłość. Wierzyła, że narodziny dziecka scementują jej małżeństwo z Polańskim, który czasami ją poniżał[10].

Atkins zdała relację Watsonowi i jeszcze raz związała Frykowskiemu ręce kawałkiem nylonowej linki. Potem przyprowadziła do salonu Folger, grożąc jej nożem, i poszła do drugiej sypialni po Sebringa i Tate.

– Idziecie ze mną – rozkazała im. – I ani słowa, bo was pozabijam.

Przerażeni domownicy proponowali intruzom pieniądze i wszystkie kosztowności, jakie mieli, błagając ich, żeby nikomu nie robili krzywdy. Watson kazał im położyć się na brzuchu przed kominkiem. Kiedy Tate zaczęła płakać, powiedział, żeby się zamknęła. Związał Sebringowi ręce z tyłu i okręcił mu szyję liną, którą przerzucił nad belką stropową. Potem w taki sam sposób skrępował Tate i Folger, używając drugiego końca liny.

– Człowieku, nie widzisz, że ta kobieta jest w ciąży? – zaczął protestować Sebring.

Wstał i próbował zbliżyć się do Tate, ale Watson strzelił do niego dwa razy. Ranny w płuco Sebring osunął się na rozłożony przed kominkiem dywan. Ponieważ wszyscy troje byli połączeni jedną liną, Sebring, upadając, poderwał z podłogi Tate i Folger, które musiały stanąć na palcach, żeby uniknąć uduszenia. Watson opadł na kolana obok fryzjera i zaczął mu zadawać ciosy nożem, a potem wstał i kopnął go w głowę. Kazał Krenwinkel wyłączyć światło w całym domu.

– Co z nami zrobicie? – zapytała Tate.

– Wszyscy umrzecie – oznajmił Watson.

Frykowski, który zdołał uwolnić ręce z więzów, rzucił się na Atkins. Chwycił ją za włosy i próbował rozbroić, ona jednak kilka razy ugodziła go nożem, gdy tarzali się na podłodze salonu, przypominając bezładną plątaninę ciał i połyskującej stali. Mimo odniesionych ran Frykowski wstał i krwawiąc obficie, próbował uciekać, podczas gdy Atkins, która w ferworze walki zgubiła nóż, nie przestawała okładać go pięściami. Kiedy wybiegł na trawnik za domem, Watson strzelił do niego dwa razy, powalił go na ziemię i zaczął uderzać rewolwerem w tył głowy z taką siłą, że rozbił mu czaszkę i uszkodził jedną z drewnianych okładzin uchwytu.

Tymczasem w salonie Tate wciąż szlochała, a Folger, która zsunęła pętlę z szyi, również rzuciła się do ucieczki. Była w połowie trawnika, biegnąc w rozwianej koszuli nocnej niczym zjawa, kiedy dogoniła ją Krenwinkel i zadała jej dwadzieścia osiem ciosów nożem. Po chwili dołączył do nich Watson.

– Poddaję się – wyszeptała Folger resztką sił. – Już nie żyję. Macie mnie.

Dwójka ociekających krwią i własnym potem morderców ujrzała Frykowskiego, który jeszcze raz zdołał się podnieść i szedł w ich stronę chwiejnym krokiem. Zadźgali go z taką samą mechaniczną precyzją, zatapiając ostrza w jego ciele. Podczas sekcji zwłok Polaka koroner naliczył pięćdziesiąt jeden ran kłutych, a prócz tego trzynaście urazów czaszki i dwie rany postrzałowe.

Atkins została w domu z Tate, która siedziała na podłodze i płakała. Wciąż była w samej bieliźnie i wokół szyi miała owiniętą linę, która łączyła ją z martwym ciałem jej byłego narzeczonego. Z całej czwórki domowników tylko ona jeszcze żyła. Nosiła w sobie dziecko, chłopczyka, i do porodu zostały jej dwa tygodnie. Watson wrócił do salonu i rozkazał Atkins zabić ostatnią z ofiar.

– Chcę urodzić moje dziecko – mówiła przez łzy Tate, błagając o darowanie życia.

– Kobieto, nie mam dla ciebie litości – odparła morderczyni, chwytając ją od tyłu za szyję. – Nie rusza mnie to, że umrzesz.

Ugodziła ją nożem w brzuch. Watson przyłączył się do niej. Obydwoje zadali Tate szesnaście ciosów, zanim ta krzyknęła, wzywając swoją matkę, i skonała. Atkins dotknęła jednej z ran i oblizała palce. Później wspominała, że krew była „ciepła, lepka i miała przyjemny smak”.

– Pokosztować śmierci, a mimo to dawać życie – powiedziała – oj, to dopiero sztuka.

Zanurzyła ręcznik w krwi Tate, podeszła do drzwi frontowych i na nich zgodnie z poleceniem Watsona, który kazał jej „napisać coś, co wstrząśnie światem”, nagryzmoliła słowo „Świnia” (PIG). Zadanie zostało wykonane.

Nad ranem Watson, Atkins, Krenwinkel i Kasabian wrócili na ranczo i udali się na spoczynek. Wszyscy smacznie zasnęli.

– Odpłynęłam – wspominała później Atkins. – Jakbym była martwa. Nie mogłam o niczym myśleć. To było jak utrata przytomności, urwał mi się film… Miałam pustkę w głowie. Nie zostało we mnie nic, jakbym wszystko z siebie wyrzuciła[11].

To, co wydarzyło się przy Cielo Drive 10050, było aktem tak bezdusznego i barbarzyńskiego okrucieństwa, że cała Ameryka doznała głębokiego wstrząsu. Śledząc doniesienia prasowe z 8 i 9 sierpnia 1969 roku, można odnieść wrażenie, że te dwa kolejne dni należały do zupełnie innych światów. Media od razu zwietrzyły coś mrocznego i tajemniczego, bardziej makabrycznego niż zwykłe morderstwo. Jedna z gazet pisała o „krwawej orgii”[12], w innych pojawiły się doniesienia o „mordzie rytualnym”[13] i „dziwnych obrzędach religijnych”[14]. Dziennikarze nie mieli dostępu do informacji albo je przekręcali. Pojawiły się pytania, czy chodziło o narkotyki i czy Sebring miał na głowie czarny satanistyczny kaptur. Szerzej cała sytuacja jawiła się jako nieprawdopodobny koszmar. Jeden z policjantów, którzy jako pierwsi przybyli na miejsce, porównał leżące na trawniku ciała do polanych czerwoną farbą manekinów. Inny powiedział: „To wygląda jak pole bitwy”[15]. Dywany były przesiąknięte krwią, a w suficie widniały ślady po zabłąkanych kulach. W osobie Romana Polańskiego, który w swoich filmach jawnie, a nawet ostentacyjnie nawiązywał do okultyzmu, opinia publiczna dopatrywała się kogoś, kto prawdopodobnie ściągnął na siebie fatum. Według jednego z artykułów tragiczna wiadomość dopadła Polańskiego w Londynie, kiedy gościł na przyjęciu i właśnie rozmawiał o niedawno zmarłym przyjacielu.

– Entliczek, pentliczek – powiedział. – To na kogo teraz padnie?

Wtedy zawołano go do telefonu i dowiedział się o masakrze w swoim domu[16].

Na tym się nie skończyło. W niedzielny wieczór 10 sierpnia na ranczu Spahna do czwórki morderców dołączyły kolejne osoby – osiemnastoletni Steven „Clem” Grogan, niezbyt rozgarnięty muzyk uzależniony od narkotyków, i rok starsza Leslie „Lulu” Van Houten, laureatka studenckiego konkursu piękności w hrabstwie Orange, która grała na suzafonie w szkolnej orkiestrze.

Do grupy dołączył również Charles Manson. Ich przywódca.

Wszyscy siedmioro wcisnęli się do zdezelowanego forda i wyruszyli na poszukiwanie nowych ofiar. Przez blisko trzy godziny krążyli w napięciu po Los Angeles i okolicach, aż wreszcie Manson wybrał posesję przy Waverly Drive 3301 w Los Feliz, tuż obok domu, w którym kiedyś pomieszkiwał. Nie mając pojęcia, kim są lokatorzy, najpierw sam wybrał się na zwiady, uzbrojony w pistolet i nóż. Pozostali świadkowie twierdzą, że zabrał ze sobą Texa Watsona. W środku zastał Lena LaBiancę, czterdziestoczteroletniego właściciela sieci sklepów, który spał na kanapie z gazetą na twarzy. W sypialni znajdowała się jego trzydziestoośmioletnia żona Rosemary, którą ostatnimi czasy prześladował paranoiczny lęk przed włamywaczami i która tak jak całe miasto była przerażona mordem w willi Tate[17]. Mimo to Manson dostał się do środka frontowymi drzwiami i w pojedynkę związał ich oboje. Potem wrócił do swoich pomocników, którzy czekali w samochodzie na końcu długiego podjazdu.

Do roli katów wyznaczył znów Watsona i Krenwinkel. Tym razem jednak przydzielił im Van Houten, która jeszcze nigdy w życiu nikogo nawet nie uderzyła. Rozkazał całej trójce wejść do domu i zabić wszystkich, których zastaną w środku.

Uzbrojeni jedynie w noże myśliwskie mordercy wtargnęli do willi i rozdzielili małżonków. Lenowi zadali dwadzieścia sześć ciosów, po czym na brzuchu wycięli mu słowo „Wojna”, a obok wbili widelec. Zostawili także nóż do steków wbity w jego szyję. Rosemary miała czterdzieści jeden ran kłutych, z których znaczna część została zadana po śmierci. Przed opuszczeniem miejsca zbrodni sprawcy namazali na ścianach krwią Lena słowa „Powstanie” i „Śmierć świniom”. Na drzwiach lodówki zostawili krwawy napis „Healter Skelter” – przekręcony tytuł piosenki Beatlesów.

Wewnętrzna martwota

Ta straszliwa rzeź w całym ogromie swego barbarzyństwa – śmierć ciężarnej gwiazdy i ciało mężczyzny podziurawione kuchennymi utensyliami – pogłębiła w społeczeństwie poczucie przesytu. Buntowniczy duch ostatniej dekady zaczynał nabierać zbyt dużego rozmachu. Musiało dojść do jakiejś konfrontacji, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie, spoglądając z perspektywy czasu; utajona przemoc nie mogła bez końca pozostawać w zamknięciu.

Sama zbrodnia, jak również poszukiwanie morderców, a potem sensacyjny proces, który trwał przeszło dziewięć miesięcy, zdominowały Amerykę. Jednak Manson i jego banda wpadli w ręce policji dopiero pod koniec roku. Sprawcy pozostawali nieznani i wciąż przebywali na wolności, toteż mnożyły się plotki, a napięcie sięgało zenitu. Przez jakiś czas śledczy sądzili, że morderstwa w Beverly Hills i w Los Feliz nie są powiązane ze sobą i państwo LaBiancowie padli ofiarą naśladowcy. Nawet Trumanowi Capote’owi, który zaledwie kilka lat wcześniej opublikował Z zimną krwią, udzieliła się ta gorączka spekulacji i w programie „The Tonight Show” przedstawił swoją „fantastyczną” teorię. Jego zdaniem sprawca był jeden, cierpiał na silną paranoję i działał w napadzie szału.

Mijały kolejne dni, tygodnie i miesiące, a dwie oddzielne grupy dochodzeniowe z Departamentu Policji Los Angeles nie wymieniały ze sobą informacji, ponieważ detektywi byli przekonani, że prowadzą niepowiązane ze sobą śledztwa. Podczas gdy oni tracili cenny czas, podążając fałszywymi tropami, prasa odnosiła się do ich poczynań ze sceptycyzmem, nie szczędząc kąśliwych uwag. Przez cztery miesiące policja nie miała pojęcia, kto popełnił jedną z najbardziej szokujących zbrodni w historii Ameryki.

Wystarczy dostatecznie długo wałkować ten temat, żeby ktoś wreszcie przytoczył słynne spostrzeżenie Joan Didion z jej książki The White Album: „lata sześćdziesiąte skończyły się nagle 9 sierpnia 1969 roku. Tego dnia napięcie przerwało tamy. Paranoja sięgnęła zenitu”. Jest w tych słowach ziarno prawdy, jednak cały proces nie wybuchł nagle. Zaczął się tego dnia, ale tak naprawdę trwał aż do 1 grudnia 1969 roku, gdy policja poinformowała o swoim sukcesie i Ameryka po raz pierwszy zobaczyła twarze morderców. Wtedy paranoja wkroczyła w fazę pełnego rozkwitu, a idealizm lat sześćdziesiątych wydał ostatnie tchnienie.

Na konferencji prasowej Edward M. Davis, szef policji Los Angeles, stanął przed rzędem mikrofonów i oznajmił zdumionym dziennikarzom, że śledztwo zakończyło się pomyślnie. Wydano nakazy aresztowania Charlesa Watsona, Patricii Krenwinkel i Lindy Kasabian. Reszta nazwisk miała zostać ujawniona w sądzie podczas odczytywania aktów oskarżenia. Ku zaskoczeniu wszystkich dodał, że sprawy Tate i małżeństwa LaBianców łączą się ze sobą, a podejrzani mogą być odpowiedzialni za wiele innych niewyjaśnionych morderstw.

Nie wspomniał tego dnia o Mansonie i Atkins, gdyż obydwoje znajdowali się już za kratkami. W połowie października Manson wraz z grupą swoich zwolenników wpadł w ręce policji podczas nalotu na ranczo Barkera w posępnej Dolinie Śmierci, kryjówkę złodziei samochodów znajdującą się w jeszcze bardziej odludnym miejscu niż ranczo Spahna. Atkins usłyszała zarzut morderstwa – niezwiązanego ze sprawą; ofiarą był Gary Hinman, dawny przyjaciel Mansona – i przebywała w więzieniu dla kobiet Sybil Brand Institute w hrabstwie Los Angeles, gdzie pochwaliła się innej więźniarce, że brała udział w masakrze na Cielo Drive. Ta przypadkowa wzmianka doprowadziła do przełomu w śledztwie, kiedy detektywi połączyli fakty, które pozostawały dla nich zagadką przez blisko cztery miesiące.

Dziennikarze znaleźli kolejny gorący temat. Zdjęcia Mansona oraz innych członków Rodziny pojawiały się na pierwszych stronach gazet i ekranach telewizorów na całym świecie. Ich widok wzbudzał zdumienie. To nie były twarze zatwardziałych przestępców ani zbiegłych pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych. To byli hipisi, typowe dzieci kwiaty w pełnym rozkwicie swojej naiwnej młodości – brodaci i długowłosi mężczyźni nosili naszyjniki z paciorków i kowbojskie kurtki z frędzlami; kobiety w dżinsach, ręcznie farbowanych, pstrokatych bluzkach i bez staników miały zmierzwione i tłuste włosy. Mówili również jak hipisi, rozprawiali o etosie wolnej miłości, wyrzekając się monogamii i małżeństwa na rzecz eksperymentów seksualnych. Tworzyli koczownicze komuny, które wędrowały wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża w pomalowanych na jaskrawe kolory autobusach i rozpadających się gruchotach. Wierzyli, że środki halucynogenne wzmacniają duszę i rozwijają świadomość. Swoje dzieci, które przychodziły na świat w warunkach naturalnych, wychowywali wspólnie w duchu wiejskiej prostoty.

Jednak w innych aspektach ich filozofia miała zabarwienie gnostyckie i ocierała się o teologię. Ich zdaniem czas nie istniał. Głosili, że nie ma Boga, zła ani śmierci. Każda istota ludzka jest Bogiem i diabłem jednocześnie, a oba te byty przenikają się w niej nawzajem. Tak naprawdę wszystko we wszechświecie łączy się ze sobą, stanowi jedność. Kodeks moralny Rodziny, jeśli w ogóle taki istniał, był pełen sprzeczności. Wprawdzie nie godziło się zabijać zwierząt – nawet węże i pająki, które gnieździły się w ich ruderach, traktowali z szacunkiem – jednak w zabijaniu ludzi nie widzieli nic złego, ponieważ życie ludzkie w zasadzie nie miało dla nich wartości. Zabicie człowieka było równoznaczne – jak to później ujął Tex Watson – z „odłamaniem drobniutkiego kawałka z jakiegoś wielkiego kosmicznego ciasta”[18]. Jeśli już, to śmierć była czymś, na co trzeba się otworzyć, ponieważ zapewniała duszy jedność ze wszechświatem.

Skąd wzięły się takie poglądy? Sprawcy morderstw dorastali i kształcili się w przyzwoitych i tradycyjnych amerykańskich społecznościach, ale teraz nikt się do nich nie przyznawał. Rodzina w swojej utopijnej wspólnocie, swobodzie seksualnej i zamiłowaniu do narkotyków zapewniała odskocznię każdemu, kto czuł się zagubiony i przytłoczony politycznymi realiami epoki. Ruch hipisowski wzbudzał niemałe nadzieje, odrzucając wysoko ceniony system wartości na rzecz czegoś nowego i niesprawdzonego. Po masakrze w willi Tate okazało się jednak, że hipisi i odmieńcy są nie tylko zabawnym urozmaiceniem, ale potrafią też zachwiać ustalonym porządkiem. Zatroskani moraliści zawsze wytykali im rozwiązłość, podczas gdy inni patrzyli na nich z utajoną zazdrością. Rodzice obawiali się, że ich dzieci rzucą naukę, zostaną hipisami i nigdy się nie ustatkują. W całym kraju młodzież podróżowała autostopem. W zgodnej opinii tradycjonalistów hipisi byli na ogół nieszkodliwi, ale nikt nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Sporadycznie dochodziło do aktów przemocy z ich udziałem, jednak żadne z tych przestępstw nie było tak bezwzględne i metodycznie zaplanowane jak seria morderstw, które popełnili wyznawcy Mansona. Ponadto było w tej sprawie zbyt wiele niejasności, począwszy od motywów zbrodni aż po liczbę ofiar. Według niektórych szacunków w ciągu czterech miesięcy 1969 roku mogły zginąć aż trzydzieści trzy osoby, i to tylko dlatego, że jeden człowiek kazał je zabić[2]. To było coś zupełnie nowego.

Kiedy Ameryka wciąż dochodziła do siebie po ogłoszeniu aktów oskarżenia, 12 grudnia w magazynie „Time” ukazał się artykuł, którego autor w pokrętny sposób utożsamiał hipisów z przemocą. Jego zdaniem „wezwanie do wolności” stanowiło podatny grunt dla „przestępców i psychopatów” w takim samym stopniu jak dla niewinnych pacyfistów. Ale w jaki sposób, zastanawiał się, „dzieciaki, które rzuciły szkołę w imię dobroci i czułości, miłości i piękna, mogą ulegać zbrodniczym podszeptom?”[19]. Doktor Lewis Yablonsky, socjolog i autor książki The Hippie Trip, wyraził opinię, że członkowie tej subkultury są ludźmi „samotnymi i wyobcowanymi”:

Nawet kiedy zachowują się, jakby kogoś kochali, mogą być całkowicie niezdolni do współczucia. To właśnie dlatego mogą zabijać z taką obojętnością. Pod względem społecznym wielu hipisów cechuje wewnętrzna martwota. Niektórzy muszą doświadczyć skrajnie silnych emocji, żeby w ogóle cokolwiek poczuć. Potrzebują intensywnych i wyszukanych doznań, jak akty seksualne, przemoc lub nagość – wszelkiego rodzaju dionizyjskich uniesień.

„Mechaniczny chłopiec”

No i czy ten Charles Milles Manson, którego twarz nagle zaczęła pojawiać się wszędzie, nie był typowym przykładem miłośnika dionizyjskich uniesień? Miał trzydzieści pięć lat, z czego niemal połowę spędził za murami różnych instytucji penitencjarnych, i potrafił zniewalać serca i umysły swoich zwolenników, przeważnie młodych kobiet. Większa część Rodziny liczącej około trzydziestu członków pozostawała pod jego wpływem od niespełna dwóch lat, a niektóre osoby znacznie krócej. Mimo to wszyscy byli gotowi bez zbędnych pytań zrobić wszystko, czego od nich zażądał, włącznie z zamordowaniem całkiem obcych ludzi. Wymagał od nich bezwarunkowego posłuszeństwa.

Manson nie był typowym materiałem na charyzmatycznego przywódcę. Kiedy przyszedł na świat w Cincinnati w stanie Ohio, jego matka miała szesnaście lat. Ojca nigdy nie poznał, za to szybko przekonał się, jak smakuje nędza i cierpienie. Mało kto nie patrzył na niego z góry, co w całkiem dosłownym sensie było uzasadnione, ponieważ miał niecały metr sześćdziesiąt wzrostu.

Zaniedbywano go w dzieciństwie. Jeszcze kiedy był niemowlakiem, matka zostawiała go bez opieki i włóczyła się po knajpach ze swoim bratem. Kiedyś postanowili obrabować mężczyznę, który wyglądał na zamożnego. Po kilku godzinach schwytała ich policja i matka Mansona usłyszała kilkuletni wyrok. „Charlie” miał osiem lat, kiedy wyszła na wolność. Razem z jej kolejnymi partnerami tułali się po różnych obskurnych norach. Tymczasem jego matka znów trafiła do więzienia za kradzież, aż w końcu poznała pewnego komiwojażera z Indianapolis, wyszła za niego w 1943 roku i próbowała ograniczyć picie. Manson już jako dziewięciolatek wagarował i regularnie okradał lokalne sklepy. Matka szukała mu rodziny zastępczej, ale zaopiekował się nim kurator i wysłano go do Gibault School for Boys, prowadzonej przez katolickich misjonarzy szkoły dla młodocianych przestępców w Terre Haute w stanie Indiana. Kiedy stamtąd uciekł, matka odesłała go z powrotem. Ta rozłąka musiała odcisnąć na nim piętno, przynajmniej zdaniem jego akolity Watsona, który napisał później, że Manson „szczególną nienawiścią darzył kobiety będące matkami. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z jego uczuciami wobec własnej matki, chociaż nigdy o tym nie mówił. Najbardziej zbliżył się do tej kwestii w jednej ze swoich piosenek: »Jestem mechanicznym chłopcem. Jestem chłopcem swojej mamusi«”[3][20].

„Mechaniczny chłopiec” nie zagrzał długo miejsca w Terre Haute. Po dziesięciu miesiącach znowu uciekł i zaczął okradać domy, żeby zdobyć środki na utrzymanie. Wkrótce trafił do poprawczaka w mieście Omaha w Nebrasce. Stamtąd również udało mu się zbiec, wtedy zaczął włamywać się do sklepów spożywczych. Kiedy skończył trzynaście lat, wysłano go do Indiana Boys School, zakładu o surowszym rygorze, gdzie, jak twierdził, gwałcili go inni chłopcy. Nauczył się symulować chorobę psychiczną, żeby nie zbliżali się do niego. I notorycznie uciekał – osiemnaście razy w ciągu trzech lat.

W lutym 1951 roku, kiedy miał szesnaście lat, ponownie uciekł, tym razem z dwoma innymi chłopcami. Przekroczyli granicę stanu skradzionym samochodem, co kwalifikowało się jako przestępstwo federalne. Ich eskapada zakończyła się na blokadzie drogowej w stanie Utah, a Manson został wysłany do National Training School for Boys, rozpoczynając swoją długą przygodę z amerykańskim systemem resocjalizacyjnym. Stamtąd przeniesiono go do Natural Bridge Honor Camp, gdzie zgwałcił jednego z pensjonariuszy, grożąc mu nożem. Podobnych wybryków dopuszczał się w zakładzie poprawczym w Wirginii, a na koniec trafił do Ohio i w 1954 roku uzyskał przedterminowe zwolnienie za dobre sprawowanie, aczkolwiek psychiatrzy często wspominali o jego „antyspołecznym zachowaniu” i „urazie psychicznym”[21].

Niecały rok później był już żonaty i miał zostać ojcem. Imał się różnych prac, ale nie potrafił zerwać z kradzieżami samochodów, a kilkoma z nich jeździł, ponownie przekraczając granicę stanu. Za te przestępstwa został skazany na trzy lata uwięzienia w Terminal Island w San Pedro w stanie Kalifornia. Gdy w 1958 roku wyszedł na wolność, jego żona złożyła pozew rozwodowy, a on, żeby zarobić na życie, zajął się stręczycielstwem. W maju następnego roku ponownie został aresztowany, tym razem za sfałszowanie czeku na 37 dolarów i 50 centów. Groziło mu za to dziesięć lat więzienia, ale sędzia wzruszony błaganiem kobiety, która oświadczyła, że kocha Mansona i chce go poślubić, wydał wyrok w zawieszeniu.

Manson nadal parał się stręczycielstwem, kradł samochody i dokonywał przekrętów finansowych. Był pod obserwacją FBI, bo agenci mieli nadzieję, że przyłapią go na pogwałceniu ustawy Manna zabraniającej przerzucania prostytutek między stanami. Nigdy nie udało im się wnieść oskarżenia z tego powodu, ale wyjeżdżając do Meksyku w towarzystwie jednej z kobiet, Manson popełnił przestępstwo i musiał odsiedzieć dziesięcioletni wyrok. Ten sam sędzia, który dał mu szansę, teraz oznajmił: „Podsądny absolutnie nie kwalifikuje się do otrzymania nadzoru kuratorskiego”[22].

Podczas długiej odsiadki Manson zaczął grać na gitarze i zainteresował się scjentologią. Nie ukrywał swoich muzycznych aspiracji i zza krat obserwował z wielkim zainteresowaniem błyskawiczny wzrost popularności Beatlesów. Personel więzienia zwrócił uwagę na jego talent do snucia porywających opowieści i ciągłe „problemy z osobowością”.

Kiedy Manson wychodził na wolność, miał trzydzieści dwa lata, z czego ponad połowę spędził pod kuratelą państwa. Życie w więzieniu odpowiadało mu do tego stopnia, że zapytał, czy nie mógłby po prostu tam zostać. Zawarta w jednym z raportów opinia głosi: „Nie ma planów na przyszłość i twierdzi, że nie ma dokąd pójść”.

Krwiożercze maszyny

Kiedy czytałem pierwsze doniesienia prasowe na temat Rodziny, trudno mi było oddzielić wyolbrzymienia od rzeczywistości. Często przedstawiano Mansona jako zręcznego manipulatora – „diabolicznego flecistę z Hameln”, jak to ujął pewien dziennikarz – dysponującego jakąś mroczną siłą[23]. Tydzień po aresztowaniu członków sekty na okładce magazynu „Life” ukazało się zdjęcie Mansona, który patrzył na świat opętańczym wzrokiem niczym współczesny Rasputin. Na fotografiach wewnątrz numeru „kobiety Mansona”, głównie nastolatki, prezentowały swoje dzieci, obejmując je szczupłymi rękami. Deklarowały miłość i dozgonne wsparcie dla „Charliego”, którego uważały jednocześnie za wcielenie Chrystusa.

Media zaczęły już nazywać Rodzinę „koczowniczą bandą hipisów”[24] i „pseudoreligijną sektą”[25], a według pewnego wstrząsającego artykułu zamieszczonego na łamach „New York Timesa” jej członkowie „wiedli gnuśny żywot, oddawali się wolnej miłości, urządzali nocne wyścigi motocyklowe i byli ślepo posłuszni tajemniczemu guru, który sprawował władzę nad ich ciałami i umysłami”[26].

Natomiast prasa undergroundowa odnosiła się do Mansona z wielką wyrozumiałością. Uważano, że jest niewinny, a władze przesadnie rozdmuchały jego status przywódcy lewicującej wspólnoty. „Tuesday’s Child”, kontrkulturowy dwutygodnik o zabarwieniu okultystycznym, ukazujący się w Los Angeles, nadał Mansonowi tytuł „człowieka roku”. Niektórzy nawet nie zwracali uwagi na fakt, że był inicjatorem serii morderstw. Najbardziej szokująca była wypowiedź Bernardine Dohrn z antywojennego ruchu studenckiego Weather Underground: „Załatwienie tych bogatych świń ich własnymi nożami i widelcami, a potem zjedzenie posiłku w tym samym pokoju – ale odjazd! Weathermani rozumieją Charlesa Mansona”[27].

Obejrzałem pierwszy telewizyjny materiał o Mansonie, który toczył dookoła gniewnym wzrokiem, kiedy strażnicy prowadzili go zakutego w kajdanki i zgarbionego na przesłuchanie przedprocesowe. Nie dostrzegłem zbyt wielu śladów jego osławionej charyzmy, natomiast stało się dla mnie jasne, dlaczego otaczająca go wynaturzona aura pseudomistycyzmu i więziennej agresji stwarzała pozory autentyczności. Ilekroć pojawiał się na sali rozpraw, dawał błazeński pokaz kontrolowanego obłędu. Kłócił się z sędzią, dowodząc, że powinien mieć prawo do reprezentowania samego siebie. „Dziewczyny” naśladowały zachowanie swojego przywódcy, wdając się w publiczne sprzeczki z sędzią oraz przydzielonymi im z urzędu obrońcami i odmawiając przestrzegania nawet najbardziej podstawowych zasad sądowej etykiety.

Fakt, że Manson został aresztowany w Dolinie Śmierci, miejscu tak nieprzyjaznym jak mało które w Stanach, uczynił jego postać jeszcze bardziej fascynującą. Dziennikarze porównywali go do Rasputina, podkreślając jego urok pustynnego wędrowca. Zdaniem jednego z nich był „brodatym, demonicznym Mahdim”, który przewodził „quasi-religijnej, hipisowskiej sekcie narkomanów i przestępców”[28]. Inny reporter opisał go jako „zarośniętego człowieczka o przeszywających brązowych oczach”, Rodzinę zaś nazwał „koczowniczą grupą w hipisowskim stylu”[29]. Zbrodnicze zapędy Mansona wydawały się niewytłumaczalne. Nawet w notatkach, które biegli psychiatrzy gryzmolili na sali sądowej, można trafić na wzmiankę o „psychice rozdartej na strzępy przez potężne siły agresji, poczucia winy i wrogości”[30].

Zauważyłem jednak, że poza całym tym przedstawieniem opinia publiczna przejawiała bardziej szczere i głębsze zainteresowanie sprawą, tą samą układanką, którą pochłonęła mnie bez reszty. Jak i dlaczego ci młodzi ludzie przeobrazili się w morderców? A bardziej dosadnie: Czy coś takiego mogło spotkać każdego amerykańskiego dzieciaka? Czy każdy mógł posunąć się „za daleko”?

Proces zaczął się w lipcu 1970 roku. Na miejsce odosobnienia członków ławy przysięgłych wybrano hotel Ambassador, w którym dwa lata wcześniej doszło do zamachu na Roberta Kennedy’ego. Gmach sądu w centrum Los Angeles stał się areną medialnego cyrku, jakiego jeszcze nigdy w żadnym kraju nie widziano. Sześcioro podsądnych – Charles Manson, Patricia Krenwinkel, Susan Atkins, Leslie Van Houten, Steve Grogan i Linda Kasabian – wzbudzało takie zainteresowanie, jakby byli najsłynniejszymi osobistościami świata. (Tex Watson stanął przed sądem w Teksasie, gdzie go schwytano, i miał wrócić do Kalifornii na mocy międzystanowej ekstradycji).

Vincent Bugliosi stał się osobą publiczną i de facto tłem dla Mansona. Chociaż ich wygląd na to nie wskazywał, byli rówieśnikami; tak naprawdę Manson był starszy o trzy miesiące. W chwili rozpoczęcia procesu obaj mieli po trzydzieści pięć lat. Jednak łysiejący Bugliosi w trzyczęściowym garniturze stanowił uosobienie normalnego świata, z całą powagą jego władzy i moralności. Czasem wydawał się tak stary, że mógłby być ojcem Mansona.

W Helter Skelter Bugliosi odnosi się z niechęcią do stereotypowego wizerunku prokuratora jako prawicowego orędownika prawa i porządku, który pragnie „za wszelką cenę uzyskać wyrok skazujący”[31]. Jednak robił dokładnie takie wrażenie. Na zdjęciach często otaczają go mikrofony reporterów, kiedy wygłasza swoje poważne oświadczenia, pomagając światu pojąć rzeczy niepojęte. Dziennikarze wyśmiewali jego „wyważoną argumentację”[32].

W oświadczeniu wstępnym Bugliosi, postać nie mniej barwna od Mansona, nadał sprawie, która i tak już budziła wielkie emocje, jeszcze bardziej sensacyjny charakter. Przedstawiony przez niego motyw zbrodni budził zdumienie swoją osobliwością, łącząc w sobie rasizm z apokaliptyczną retoryką biblijną, a wszystko to do taktu piosenki Beatlesów – „angielskiej grupy muzycznej”, jak ich po sztywniacku określił.

Manson był wielkim fanem Beatlesów i wierzył, że przemawiają do niego przez ocean słowami piosenek. […] Dla Charlesa Mansona określenie „Helter Skelter”, które stanowi tytuł jednej z piosenek Beatlesów, oznaczało murzyńskie powstanie, mające zniszczyć całą białą rasę poza Charlesem Mansonem oraz jego wybranymi zwolennikami, zamierzającymi uciec przed Helter Skelter na pustynię i schronić się w bezdennej otchłani – w miejscu, którego opis Manson zaczerpnął z ostatniej księgi Nowego Testamentu, z 9 rozdziału Objawienia św. Jana[33].

Żaden sąd nigdy nie słyszał czegoś takiego. Ludzie zabijają się nawzajem z przeróżnych powodów, jednak zazwyczaj mają one charakter osobisty, a nie metafizyczny. Rzadko się zdarza, aby ktoś splatał tego rodzaju wątki – rasizm, muzykę rockową i proroctwa biblijne – w jedną śmiertelnie niebezpieczną filozofię. Kiedy przesłuchiwany w charakterze świadka Paul Watkins, były członek Rodziny, zabrał głos, żeby rozwinąć temat Helter Skelter, szczegóły okazały się jeszcze bardziej szokujące. Watkins mówił o „wielkim podziemnym mieście” ukrytym w tak szerokiej rozpadlinie, że „można po niej pływać ślizgaczem”. O mieście, któremu „nie trzeba słońca ni księżyca” i w którym rośnie „drzewo życia, rodzące dwanaście owoców”[34], Rodzina dowiedziała się również z Księgi Objawienia. Dzięki tym owocom ze swojego podziemnego Elizjum miała powiększyć liczebność do 144 tysięcy osób.

Chociaż brzmiało to niedorzecznie – tłumaczył Bugliosi – zwolennicy Mansona przyjęli jego przepowiednię Armagedonu, jak gdyby przyniósł ją z góry Synaj. Byli gotowi zabijać na jego rozkaz, żeby proroctwo się spełniło.

Nie wyjaśnia to jednak, dlaczego Manson wybrał za cel akurat rezydencje Tate i LaBianców. Osobiście znał poprzedniego lokatora tego pierwszego domu, Terry’ego Melchera, producenta muzycznego i syna Doris Day. Marzyło mu się, żeby zostać gwiazdą rocka, i chciał nagrać płytę, a Melcher rozważał taką możliwość, jednak ostatecznie się rozmyślił. Wiosną 1969 roku Manson postanowił odwiedzić Melchera, mając nadzieję, że zdoła go nakłonić do zmiany zdania, ale zamiast niego zastał przyjaciela nowych lokatorów. Nie spodobał mu się opryskliwy ton, jakim ów człowiek oznajmił mu, że producent już tam nie mieszka. W rezultacie dom przy Cielo Drive stał się symbolem establishmentu, który go odrzucił. Jak powiedziała później Susan Atkins, przez ten zbiorowy mord Manson chciał „zasiać strach w Terrym Melcherze”, wysyłając jasny sygnał wyniosłym gwiazdom i biznesmenom. Jeśli chodzi o LaBianców, Manson mieszkał kiedyś tuż obok, w domu, który właśnie stał pusty, ale to nie miało znaczenia[4]. Uznał sąsiadów za wystarczająco dobry cel, ponieważ bez względu na to, kim byli, również symbolizowali establishment, któremu chciał zgotować Helter Skelter.

W owym czasie był to najbardziej długotrwały i kosztowny proces w historii Stanów Zjednoczonych. Sprawa nie wyglądała tak prosto, jak mogłoby się wydawać, ponieważ Manson w rzeczywistości nikogo własnoręcznie nie zabił. W rezydencji Tate nigdy nie był i chociaż wtargnął do domu LaBianców, opuścił go, zanim jego wyznawcy dokonali rzezi. Oznaczało to, że można go było skazać za morderstwo pierwszego stopnia jedynie na podstawie oskarżenia o zmowę. Zgodnie z zasadą odpowiedzialności za cudze czyny każdy uczestnik zmowy jest również winny przestępstw, które popełnili jego wspólnicy. Innymi słowy, gdyby oskarżenie zdołało udowodnić, że Manson zlecił wszystkie te morderstwa, byłby za nie odpowiedzialny, nawet jeżeli nie tknął palcem żadnej z ofiar. Bugliosi musiał wykazać, że Manson miał wyjątkową zdolność oddziaływania na myśli i czyny swoich zwolenników, że członkowie jego grupy byli gotowi zrobić wszystko, czego od nich zażądał, włącznie z pozbawieniem życia zupełnie obcych osób.

Sprawa byłaby skomplikowana, nawet gdyby wszystko przebiegało gładko, tymczasem Rodzina robiła, co mogła, żeby rzucać kłody pod nogi. Gdy pierwszego dnia procesu Manson zjawił się w sądzie, miał na czole wyciętą literę „X”, a rana była tak świeża, że jeszcze krwawiła. Następnego dnia takie same krwawe iksy pojawiły się na czołach Atkins, Krenwinkel i Van Houten. Trzy młode kobiety przemierzały sądowe korytarze w podskokach, trzymając się za ręce i śpiewając kołysanki autorstwa Mansona. Śmiały się w oczy fotografom, którzy tłoczyli się, żeby zrobić im zdjęcia. Ilekroć podczas rozprawy ich guru na coś się oburzał, robiły to samo, naśladując jego miny i powtarzając przekleństwa.

Sędzia Charles Older często groził Mansonowi usunięciem z sali. Raz podsądny odwzajemnił reprymendę:

– To ja będę musiał cię usunąć, jeśli nie przestaniesz. Mam swój własny mały system… Myślisz, że żartuję?

Chwycił zaostrzony ołówek, przeskoczył nad stołem i rzucił się w kierunku Oldera. Został obezwładniony, tymczasem jego współoskarżone również zerwały się z miejsc i zaczęły skandować niezrozumiałe wersety po łacinie. Manson nie stracił animuszu i kiedy strażnicy wlekli go w stronę wyjścia, krzyczał:

– W imię chrześcijańskiej sprawiedliwości ktoś powinien uciąć ci głowę!

Był to przebłysk dzikiej brutalności, którą skrywał pod maską filozofa i mistyka. Sędzia zaczął nosić pod togą trzydziestkęósemkę.

Nie mniejsze zamieszanie panowało poza salą rozpraw, gdyż na rogu Temple Street i Grand Avenue co rano zbierali się członkowie Rodziny i urządzali czuwania. Obdarci, ale pełni determinacji siadali w kręgach na chodniku i śpiewali piosenki na cześć swojego przywódcy. Kobiety karmiły piersią niemowlęta, a mężczyźni śmiali się i przeczesywali palcami długie, zmierzwione włosy. Wzorem Mansona wszyscy mieli na czołach wycięte iksy i rozdawali ulotki, które wyjaśniały, że ich samookaleczenie jest symbolem „wyiksowania ze społeczeństwa”.

Bugliosi nazywał oskarżonych „krwiożerczymi maszynami” – pretensjonalnie, ale trafnie. To określenie wyrażało niepokojącą dwoistość ich natury – odczłowieczeni i sztuczni, byli wyprani z emocji, a mimo to zdolni do popełnienia morderstwa, którego żywiołowość przechodziła wszelkie wyobrażenie. Tex Watson wręcz gloryfikował później tę bezduszną i automatyczną ekstazę zabijania: „jeszcze i jeszcze, raz za razem, moja ręka jak maszyna, zespolona z ostrzem”[35]. Susan Atkins wyznała współwięźniarce, że zatopienie noża w ciężarnym brzuchu Tate było „jak spełnienie seksualne. Szczególnie gdy widzi się tryskającą krew. To lepsze niż orgazm”[36]. A za tym wszystkim stał Manson, dla którego seks stanowił esencję życia, mimo że porównywał się do mechanicznego chłopca.

Stan nicości

Pierwszy etap procesu zakończył się po siedmiu wyczerpujących miesiącach, a ława przysięgłych potrzebowała dziesięciu dni, zanim wydała jednogłośny werdykt, uznając oskarżonych za winnych. W drugiej fazie prokurator miał zaprezentować argumenty, które przemawiały za orzeczeniem kary śmierci. Na poparcie swojego stanowiska oskarżyciele i obrońcy przytaczali niespotykane dotąd dowody, między innymi zbiór materiałów na temat LSD, co miało dowieść, że jest to środek służący nie tylko do rozrywki, ale również do sterowania umysłami. Podczas tej drugiej fazy procesu roztrząsano także kwestie, które nie dawały mi spokoju przez dwadzieścia lat. Czy Manson faktycznie poddawał swoich wyznawców „praniu mózgu”? A jeżeli tak, to w jaki sposób? I jeżeli sprawca przestępstwa rzeczywiście znajduje się pod psychologicznym wpływem innej osoby, to kto ponosi odpowiedzialność za jego czyny?

Po raz pierwszy trzy oskarżone, Atkins, Krenwinkel i Van Houten, były przesłuchiwane w charakterze świadków. Jedna po drugiej opowiadały o swojej roli w morderstwach, oczyszczając Mansona z wszelkich podejrzeń o udział i deklarując całkowity brak skruchy. Krewni ofiar słuchali zszokowani, jak z obojętnością i kliniczną precyzją opisywały ostatnie chwile ich najbliższych. Wyjaśniały, że zabicie człowieka jest aktem miłości, gdyż uwalnia go od ograniczeń bytu fizycznego.

Niemal bez zmrużenia oka Susan Atkins wspominała, jak Tex Watson kazał jej zamordować Tate:

– Spojrzał na nią i powiedział: „Zabij ją”. No to ją zabiłam. Ugodziłam ją nożem, ona upadła, a wtedy znowu ją dźgnęłam. Nie pamiętam, ile ciosów jej zadałam.

Na pytanie, czy wobec Sharon Tate albo pozostałych ofiar czuła wrogość, Atkins wzruszyła ramionami.

– Widziałam ich wszystkich po raz pierwszy – odparła. – Jak mogłam coś do nich czuć, skoro ich nie znałam?

Dodała, że jej zdaniem to, co robiła, „było w porządku”, gdyż czuła się „z tym dobrze”.

Patricia Krenwinkel wyznała, że była obojętna, zadając Abigail Folger dwadzieścia osiem ciosów nożem.

– O czym tu opowiadać? Po prostu to zrobiłam i nie widziałam w tym nic złego.

Zapytana, dlaczego pozbawiła życia kobietę, która była jej zupełnie obca, odpowiedziała:

– No cóż, trudno to wyjaśnić. Coś takiego przyszło mi do głowy i ta myśl zamieniła się w czyn.

– Żal to tylko słowo. Nikogo nie wskrzesi – oznajmiła Leslie Van Houten, która zadźgała Rosemary LaBiancę. – Co czuję? Stało się. Zginęła i tyle.

Wobec tak nieskruszonej postawy kobiet Bugliosi miał twardy orzech do zgryzienia, chcąc przekonać sąd do orzeczenia kary śmierci. Jego rozumowanie opierało się na pozornej sprzeczności. W pierwszej fazie procesu twierdził, że oskarżone były „bezwolnymi zombie” i Manson miał nad nimi całkowitą władze. Teraz musiał dowieść czegoś odwrotnego: że w takim samym stopniu jak ich przywódca odpowiadają za popełnioną zbrodnię.

– Chociaż są automatami gotowymi z niewolniczym posłuszeństwem spełnić każdy rozkaz Mansona – twierdził Bugliosi – nadal przenika je do głębi taka żądza krwi, że zasługują na najwyższy wymiar kary.

Zdaniem adwokatów oskarżone były tylko pionkami. Posługując się precyzyjnie wyważoną kombinacją narkotyków, hipnozy i zastraszania, Manson zamienił te łagodne kobiety w psychopatyczne morderczynie. W tamtym czasie amerykańscy naukowcy mieli za sobą niewiele ponad dziesięć lat badań nad LSD, zdecydowanie za mało, aby mogli wyciągnąć jednoznaczne wnioski. Manson, argumentowała obrona, użył narkotyków, żeby omotać swoje łatwowierne wyznawczynie, dostać się do najgłębszych zakamarków ich umysłów i urobić je dla swoich potrzeb.

Byli członkowie Rodziny często wspominali jego przemyślane metody „prania mózgu”, które zaczynało się od uwodzenia nowych kandydatek poprzez „bombardowanie” ich miłością, seksem i narkotykami. Świadek oskarżenia, Paul Watkins, zeznał, że na ranczu Spahna mniej więcej co tydzień odbywały się orgie. Organizował je Manson, który rozdzielał narkotyki, osobiście ustalając wielkość każdej dawki. A potem, jak opisuje Bugliosi w swojej książce:

Charlie tańczył wkoło, a wszyscy pozostali za nim, jak pociąg. Gdy zdejmował ubranie, reszta robiła to samo. […] Potem Charlie kierował orgią, układał ciała, kombinacje, pozycje.„Modelował z nich piękny wzór, jakby tworzył rzeźbiarskie arcydzieło – powiedział Watkins – ale zamiast gliny używał żywych ciał”[37].

Jeśli któreś z tych ciał miały zahamowania, Manson pozbywał się ich. Pod jego wpływem ludzie robili rzeczy, przed którymi najbardziej się wzbraniali.Wprowadzenie do grupy pewnej trzynastolatki polegało na tym, że Manson odbywał z nią stosunek analny, podczas gdy reszta to obserwowała. Manson „wszedł także w młodego chłopaka”, żeby pokazać innym, że sam odrzucił wszelkie zahamowania[38].

Tex Watson w swoich wspomnieniach Will You Die For Me?, które ukazały się w 1978 roku, opowiada podobną historię. „W domu na ranczu znajdowało się wyłożone w całości materacami pomieszczenie służące do uprawiania seksu. […] Jeśli ulegaliśmy jeszcze jakimś zahamowaniom, oznaczało to, że wciąż odtwarzamy role, do których zaprogramowali nas rodzice”.

Manson sprawiał, że jego wyznawcy czuli się wyzwoleni i pożądani, a potem izolował ich od świata zewnętrznego, zakazując im kontaktów z bliskimi i powierzając codzienne zadania na rzecz wspólnoty. W jego świecie nie było gazet, zegarów ani kalendarzy. Nadawał członkom swojej grupy nowe imiona.

– Żeby osiągnąć całkowite wyzwolenie umysłu, powinnam wymazać z pamięci swoją przeszłość – oświadczyła Susan Atkins. – Najlepiej to osiągnąć poprzez zmianę tożsamości.

Dopełnieniem inicjacji był udział w długich sesjach LSD, często ciągnących się nieprzerwanie przez kilka dni, podczas których Manson tylko udawał, że zażywa narkotyk, albo przyjmował znacznie mniejsze dawki. Zachowując trzeźwość umysłu, manipulował swoimi wyznawcami za pomocą wymyślnych gier słownych i technik stymulacji zmysłowej, które opracował w ciągu dwóch lat po zwolnieniu z więzienia. Van Houten wyznała, że z każdym następnym transem narkotycznym coraz bardziej oddalała się od rzeczywistości, aż w końcu nawet rażące sprzeczności wydawały się możliwe do pogodzenia – dobro mogło być złem, Bóg mógł być Szatanem, śmierć mogła być tym samym co życie.

Paul Watkins był przekonany, że Manson chciał za pomocą LSD „wpoić członkom Rodziny swoją filozofię, wykorzystać ich lęki oraz słabości i wymusić na nich posłuszeństwo”. I to mu się udało. Watkins opowiedział o sytuacji, w której Manson oznajmił Susan Atkins, że chciałby od niej dostać połówkę kokosa, nawet gdyby miała po nią jechać do Rio de Janeiro. Atkins „wstała natychmiast i szła już do drzwi, gdy Charlie powiedział: »Zapomnij o tym«”[39]. Manson był mistrzem w „odnajdywaniu głęboko zakorzenionych kompleksów”. Potrafił „zagnieździć się w czyjejś głowie”, pozbawiając swoją ofiarę punktów odniesienia, moralnego oparcia i korzeni. Członkowie Rodziny żyli w „nowym świecie” wykreowanym przez LSD, które sprawiało, że stawali się „wolni od pragnień i zespoleni z wirującym poza czasem kalejdoskopem życia”[40].

Jak na ironię, gdy jego wyznawcy coraz bardziej upodabniali się do robotów – zeznał Brooks Poston, jeden z członków Rodziny – Manson nauczał ich, że ludzie w normalnym świecie „są jak komputery”[41]. Ich poglądy są po prostu efektem programowania społeczeństwa, a każdy program można wykasować. Przed sądem Susan Atkins porównała Tate do „maszyny IBM – słowa wydobywały się z jej ust, ale nie miały dla mnie sensu”.

Tex Watson napisał, że celem nowicjatu w Rodzinie było osiągnięcie wypalenia wewnętrznego – zażywanie LSD i słuchanie piosenek Mansona w ilościach gwarantujących powrót do stanu „czystości i nicości”, co przypominało powtórne narodziny. Nazywano ten proces „zgonem umysłu”, pozwalał on nowym członkom włączyć się do grupy i dzielić z nią „jeden wspólny mózg”[42].

Żeby zrobić użytek z tego rodzaju historii, Bugliosi musiał uciec się do prokuratorskich sztuczek magicznych. Przedstawiał podsądne jako ofiary psychologicznej manipulacji, jednak nie twierdził, że Manson rzeczywiście wykreował swój zastęp morderców. Wbrew teorii Mansona o „programowaniu umysłów” nie istniał w ogóle wzorzec, według którego jeden człowiek mógłby zrobić coś takiego z drugim. Zamiast tego, dowodził Bugliosi, w podświadomości członków sekty musiały od dawna kryć się jakieś mordercze zapędy, które Manson potrafił rozpoznać i wykorzystać, mimo to każda z oskarżonych kobiet jest odpowiedzialna za swoje czyny. Stanowisko to nie przestaje mnie intrygować i wprawiać w zakłopotanie – wynika z niego, że w grę wchodziła taka forma prania mózgu, której ofiary do pewnego stopnia pozostawały „sobą”.

Jednak kiedy przyszło do podjęcia decyzji o karze śmierci, obrona powołała biegłych psychiatrów, którzy zaprzeczyli, jakoby Manson poddawał swoich wyznawców praniu mózgu, a także oświadczyli, że wyznawcy ci nie mogą ponosić odpowiedzialności za popełnione morderstwa. Narkotyki zapewniły Mansonowi dostęp do najbardziej chwiejnych sfer podświadomości. Naukowcy wyjaśnili, jak LSD może zburzyć i odbudować osobowość, jak trzeźwy „przewodnik”, który ma za zadanie przeprowadzić kogoś spokojnie przez wielogodzinny trans, może nadużyć swojej pozycji, zaszczepiając w umyśle tej osoby złowrogie ideały i przekonania. Poprzez wielokrotne powtarzanie i umacnianie ideały te zapuściły korzenie i rozkwitały, nawet kiedy członkowie Rodziny byli trzeźwi. Jeśli dodać do tego inne metody zniewalania, jak deprywacja sensoryczna i hipnoza – obie Manson opanował – możliwe było przeprogramowanie czyjegoś kodeksu moralnego, aby osoba ta nie uznawała takich wartości jak dobro i zło.

Jednym ze świadków obrony był doktor Joel Fort, psychiatra i założyciel pierwszego w USA ośrodka, w którym prowadzono terapię przy użyciu LSD. Wyraził on przekonanie, że Manson stosował ten narkotyk, aby wykształcić „w dziewczynach nowy wzorzec zachowania” skutkujący „całkowicie neutralną postawą, która pozwala na zupełnie inne niż w przypadku normalnych ludzi postrzeganie śmierci albo zabijania” i eliminuje „zaangażowanie społeczne, współczucie i wartości moralne”.

W jednej z najbardziej znamiennych dyskusji przed sądem adwokat Mansona, Irving Kanarek, zapytał doktora Forta, czy mogłaby istnieć „szkoła zbrodni” kształcąca wyrzutków społecznych stymulowanych narkotykami:

– Powiedzmy, że dysponując wiedzą na temat LSD, można prowadzić szkołę zbrodni i tak zaprogramować ludzi, żeby wyruszyli w świat i popełniali morderstwa. Chce pan powiedzieć, że to jest wykonalne, że można w ten sposób zawładnąć ludzkim umysłem?

– Właśnie o tym mówię – odparł Fort, choć przyznał, że nigdy czegoś takiego nie widział.

Porównał takie działania do możliwości rządu, który wykorzystując mgliste ideały patriotyczne, przysposabia żołnierzy do zabijania z imieniem kraju na ustach.

Jednak