Manowce - Marta Tondera-Tuzinek - ebook

Manowce ebook

Marta Tondera-Tuzinek

0,0
22,19 zł

lub
Opis

Liryka tętniąca rytmem przyrody. Pejzaże duszy przeglądającej się w lustrze natury, kawałek łąki na wyciągnięcie ręki, niebezrefleksyjny łyk świeżego powietrza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 19

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Marta Tondera-Tuzinek

Manowce

Projektant okładkiMaciej Dukata

© Marta Tondera-Tuzinek, 2021

© Maciej Dukata, projekt okładki, 2021

Liryka tętniąca rytmem przyrody. Pejzaże duszy przeglądającej się w lustrze natury, kawałek łąki na wyciągnięcie ręki, niebezrefleksyjny łyk świeżego powietrza.

ISBN 978-83-8245-656-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Zielonym Poczochrańcom

Błękitnienie

Tak jest dobrze — po horyzont czas się dłuży,

Spokój zmierzchu dzikim chabrom oczy mruży,

Nieskończenie błękitnieją nam jeziora,

W jakieś jutro wolno płynie jakieś wczoraj.

Tak jest dobrze — nieskończenie, nieskończenie,

Nieskończone błękitnienie, błękitnienie,

Spokój zmierzchu dzikim chabrom oczy mruży,

Tak jest dobrze — za horyzont czas się dłuży.

Tam — hen

Tam — hen, tam — sen

Wolność kołysze —

Zapachem traw,

Szumem drzew

Pieści ciszę.

Nieodgadniona dal

Bezdroży

Kuszący zapach ma

Rozkoszy,

Z życzliwie jasnych gwiazd

Ułoży

Obietnic

Wielki Wóz.

Tam — hen, tam — w sen

Karocą marzeń

Przez noc po świt

Słońcem znów

Się oparzyć.

Krawędzie czasu

Równiny tęsknot po brzeg niepewności,

Podskórne żyły błękitu i złota,

Robak i diament na wyschniętej kości,

Wątpliwa świętość, wątpliwa sromota.

W postaci własnej wpatrzona przepaście,

W promieniach zmarszczek wokół tafli oczu —

Samotność klifu wyrzeźbiona w czasie —

Z krańcem skąpanym w niebieskim przeźroczu.

Karmią się wdzięcznie skrzydlatym początkiem

Rozlewy pragnień i odpływy znaczeń.

Bursztyn — sarkofag na wieczną pamiątkę

Chwili zdumionej niedaremnym płaczem.

Nagie drzewa

Za oknami nagie drzewa

W siwe tiule ubrał mróz.

Żaden ptak im nie zaśpiewa,

Wiatr się śmieje z trupich póz.

Nieprzychylny rzewnym śpiewom

Długiej zimy cierpki smak.

Zamrożonym, bladym drzewom

Braknie sił, by skrzypieć w takt.

Do ziemi gną się ramiona

Strudzonych drżeniem brzóz.

Czy przyjdzie wiosna spóźniona

Gdy strącą ciężar z łóz?

Do ziemi szklą się łańcuchy

Zmarzniętych szlochów wierzb —

Splatają z zimna podmuchów

Surowy, gorzki wiersz.

Zapomniałeś już o wiośnie,

Obietnicach wonnych bzów.

Gdzież ten świergot, co radośnie

Pierwszą miłość witał znów.

Minął wdzięczny pląs motyli

I wylewność letnich burz

Niech się z deszczem nie pomyli

Łez jesiennej pory już.

Za oknami nagie drzewa

W siwe tiule ubrał mróz.

Żaden ptak im nie zaśpiewa,

Wiatr się śmieje z trupich póz.

Znikanie

Dokąd, dokąd —

Od czasu do czasu.

Nie mów, dokąd —

Do łąki, do lasów.

Od słów i od niechcenia

W niedosłowność

Nie do uwierzenia.

Dokąd, nie wiem już, dokąd

To chyba jest znikanie,

Bo tak niepostrzeżenie

Mgliste,

A ciężkie jak kamień

I szare.

Dokąd, dokąd

To dziwne znikanie —

Nie wiem, gdzieś

Za rzekę, za pamięć,