Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 246 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Manitou - Graham Masterton

Nowy Jork, czasy współczesne. Do świata żywych powraca po trzystu latach duch największego indiańskiego szamana, Misquamacusa, by dokonać zemsty za dusze swoich braci. Odrodzony w ciele młodej dziewczyny, Karen Tandy, próbuje sprowadzić z przeciwnej strony bytu inne demony. nW szpitalu na Manhattanie rozpętuje się walka tytanów, która może pochłonąć całą ludzkość. W przerażających okolicznościach giną ludzie. Jasnowidz Harry Erskine z pomocą indiańskiego szamana, Śpiewającej Skały, podejmuje walkę ze starożytną magią i siłami nadprzyrodzonymi.

Opinie o ebooku Manitou - Graham Masterton

Fragment ebooka Manitou - Graham Masterton

Najsłynniejszy ‌cykl ‌horrorów Grahama ‌Mastertona

Jasnowidz Harry Erskine ‌i szaman Śpiewająca Skała podejmują ‌walkę z najokrutniejszym i najzłośliwszym ‌z indiańskich ‌demonów, Misquamacusem, który pojawia ‌się we współczesnym świecie ‌w przeróżnych ‌wcieleniach.

Do ‌cyklu należą ‌powieści: ‌Manitou, Zemsta Manitou, ‌Duch zagłady, Krew ‌Manitouoraz Armagedon.

MANITOU

Opowieść porównywana ‌do takich klasyków grozy ‌jak ‌Egzorcystaczy Dziecko Rosemary.

Nowy Jork, ‌czasy współczesne. Do ‌świata ‌żywych ‌powraca ‌po trzystu latach duch ‌największego indiańskiego szamana, Misquamacusa, ‌by dokonać zemsty za ‌dusze swoich braci. Odrodzony ‌w ciele młodej dziewczyny; Karen ‌Tandy; próbuje sprowadzić z przeciwnej ‌strony bytu inne demony. ‌Zbliża ‌się ‌pojedynek, w którym ludzkość ‌może ponieść porażkę. ‌Tylko ‌okultysta Harry Erskine z pomocą ‌indiańskiego szamana, Śpiewającej Skały, ‌podejmują walkę ‌ze starożytną magią ‌i siłami nad¬przyrodzonymi.

GRAHAM MASTERTON

Popularny angielski ‌pisarz. Urodził się ‌w 1946 r. w Edynburgu. ‌Po ukończeniu studiów pracował ‌jako ‌redaktor ‌w miesięcznikach, m.in. „Mayfair” i w angielskim ‌wydaniu „Penthouse’a”. Autor licznych ‌horrorów, ‌romansów, powieści obyczajowych, ‌thrillerów oraz ‌poradników seksuologicznych. ‌Zdobył ‌Edgar Allan ‌Poe ‌Award, ‌Prix Julia Verlanger i był ‌nominowany do Bram ‌Stoker Award. Debiutował ‌w 1976 r. ‌horrorem Manitou(zekranizowanym ‌z Tonym ‌Curtisem ‌w roli ‌głównej). Jego dorobek ‌literacki ‌obejmuje ‌ponad 80 książek – ‌powieści i zbiorów opowiadań ‌– o całkowitym nakładzie ‌przekraczającym 20 ‌milionów egzemplarzy, z czego ‌ponad dwa miliony kupili ‌polscy czytelnicy. ‌Wielką popularność pisarza ‌w Polsce, ‌którą ‌często odwiedza, ugruntował ‌cykl poradników seksuologicznych, w tym wielokrotnie wznawiane Magia seksu i Potęga seksu. W ostatnim czasie Graham Masterton skupił się na kontynuacji cyklu kryminałów z Katie Maguire, do którego należy siedem powieści: Białe kości, Upadłe anioły, Czerwone światło hańby, Uznani za zmarłych, Siostry krwi, Pogrzebani i Martwi za życia.

grahammasterton.co.ukgrahammasterton.blox.pl

Tego autora

Sagi historyczne

WŁADCY PRZESTWORZY

IMPERIUM

DYNASTIA

Rook

ROOK

KŁY I PAZURY

STRACH

DEMON ZIMNA

SYRENA

CIEMNIA

ZŁODZIEJ DUSZ

OGRÓD ZŁA

Manitou

MANITOU

ZEMSTA MANITOU

DUCH ZAGŁADY

KREW MANITOU

ARMAGEDON

Wojownicy Nocy

ŚMIERTELNE SNY

POWRÓT WOJOWNIKÓW NOCY

DZIEWIĄTY KOSZMAR

Katie Maguire

BIAŁE KOŚCIksiążka wcześniej ukazała się pt. KATIE MAGUIRE)

UPADŁE ANIOŁY

CZERWONE ŚWIATŁO HAŃBY

UZNANI ZA ZMARŁYCH

SIOSTRY KRWI

POGRZEBANI

MARTWI ZA ŻYCIA

Inne tytuły

STUDNIE PIEKIEŁ

ANIOŁ JESSIKI

STRAŻNICY PIEKŁA

DEMONY NORMANDII

ŚWIĘTY TERROR

SZARY DIABEŁ

ZWIERCIADŁO PIEKIEŁ

ZJAWA

BEZSENNI

CZARNY ANIOŁ

STRACH MA WIELE TWARZY

SFINKS

WYZNAWCY PŁOMIENIA

WENDIGO

OKRUCHY STRACHU

CIAŁO I KREW

DRAPIEŻCY

WALHALLA

PIĄTA CZAROWNICA

MUZYKA Z ZAŚWIATÓW

BŁYSKAWICA

DUCH OGNIA

ZAKLĘCI

ŚPIĄCZKA

SUSZA

SZKARŁATNA WDOWA

Tytuł oryginału:

THE MANITOU

Copyright © Graham Masterton 1975, 1976

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Wiesław Marcysiak 2012

Redakcja: Joanna Morawska

Projekt graficzny okładki: Kat JK Lee

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-082-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Zapytany, jak wygląda ów demon, stary czarownik Misquamacus zasłonił swą twarz tak, że było widać tylko oczy, i zdał szczegółową relację. Według niego bywał mały i zwarty niczym Wielka Ropucha, a innym razem stawał się rozległy i mętny niczym chmura, zupełnie pozbawiony kształtu, ale z twarzą, z której wyrastały węże.

H.P. Lovecraft(przekład Wiesław Marcysiak)

Wstęp

Przeważnie amatorzy beletrystyki pomijają wstęp, gdy zabierają się do dobrej książki – zwłaszcza jeżeli chodzi o powieści z dreszczykiem. Z drugiej jednak strony Manitou nie jest zwyczajną powieścią.

Jeżeli nie wiecie, czym jest manitou, to nie zamierzam pomniejszać efektu zaskoczenia, jaki szykuje fabuła, co już wkrótce sami odkryjecie. Jako osoba zdecydowanie doświadczona w zgłębianiu ciemnej strony zjawisk nadprzyrodzonych powiem tylko, że kiedy oddacie się lekturze, czeka was spora dawka dreszczy.

Jeżeli macie jakiekolwiek obawy przed nieznanym, przed otwarciem drzwi uwalniających przerażenie, które wbrew woli może wpełznąć w wasze sny, to odłóżcie tę lekturę i wybiegnijcie na słońce. Już! Manitou niczym narkotyk ma niesamowitą zdolność przejmowania władzy nad umysłem od chwili, gdy zaczniecie czytać, aż do momentu wypuszczenia książki z drżących palców po skończeniu ostatniej strony.

Kiedy czarujący, mądry i wykształcony człowiek, taki jak Graham Masterton, z powodzeniem wymyśla okropieństwa, to naprawdę ogarnia mnie troska o czytelników. Mastertonowi udało się utkać tak przekonywającą pajęczynę przerażenia i niepewności w dość zwykłym i powszednim środowisku, że pomimo naszego przekonania, iż takie rzeczy nie mogą istnieć, pozostaje dręcząca wątpliwość. Może odkrył coś, czego potem setnie pożałował – coś w rodzaju puszki Pandory.

Kiedy zaczniecie czytać Manitou, zorientujecie się bez problemu, że jest to po prostu kolejna trzymająca w napięciu powieść, ale jak płonący fosfor, raz zapalony, przywiera do was i ogarnia z każdej strony, nie odpuści, dopóki całkowicie nie pochłonie.

Dla prawdziwych maniaków horrorów Manitou posiada wiele zalet. Łącząc składniki niczym szef kuchni, autor stworzył coś o znajomym smaku, co wystarczy, byście książkę łapczywie pochłonęli, a potem zrozumieli, że posmakowaliście czegoś wyjątkowego.

A teraz, abyście mieli nad czym się zastanawiać… Oto zdarzenie, które wyda się całkowicie niezwiązane, ale radzę wam je schować pośród różnorakich informacji nagromadzonych w życiu. Niczym glutaminian sodu może później wzmocnić smak. Przed kilku laty u piętnastoletniego Japończyka lekarze wykryli guz w piersi. Im był większy, tym bardziej wydawał się nietypowy. Ostatecznie okazało się, że jest to ludzki płód. To rzeczywiście się wydarzyło, obojętnie czy Graham Masterton wiedział o tym, czy też nie.

Jeżeli Dziecko Rosemary dało nam przeraźliwego potomka kobiety i szatana, a Egzorcysta to tytaniczna walka między siłami dobra i zła, to Manitou zapoznaje nas z elementami obydwu tych filmów oraz z dodatkowym składnikiem inteligentnego zagrożenia, wobec którego siły krzyża i współczesnej nauki stają się bezradne. Wykorzystuje znajome koncepcje horroru i manipuluje czytelnikiem za sprawą całkowicie szokującego i unikalnego połączenia przerażenia tworzącego gęsty splot suspensu.

Bernhardt J. Hurwood

Prolog

Zadzwonił telefon. Doktor Hughes, nie podnosząc wzroku, wyciągnął rękę, aby poszukać aparatu. Dłoń wędrowała pośród stosów papierów, kałamarzy, gazet sprzed tygodnia i pozgniatanych pudełek po kanapkach. Natrafiła na telefon i podniosła słuchawkę.

Doktor Hughes przysunął słuchawkę do ucha. Był wymizerowany i zirytowany niczym wiewiórka próbująca ukryć orzechy.

– Hughes? Tu McEvoy.

– Tak? Przepraszam, ale jestem bardzo zajęty.

– Nie chciałem ci przeszkadzać, ale mam tu na dole pacjentkę, której stan powinien cię zainteresować.

Doktor Hughes pociągnął nosem i zdjął okulary bez oprawki.

– Co to za stan? – zapytał. – Słuchaj, to bardzo miłe z twojej strony, że dzwonisz do mnie, ale mam tu cały stos papierkowej roboty i naprawdę nie mogę…

McEvoy nie dał się zniechęcić.

– Hm, ale naprawdę uważam, że to cię zainteresuje. Guzy to twoja specjalność, prawda? A tu mamy taki, przy którym wszystkie inne bledną.

– A co jest w nim takiego wyjątkowego?

– Jest umiejscowiony na karku. Pacjentka rasy białej, dwadzieścia trzy lata. Żadnej uprzedniej historii jakichkolwiek narośli, złośliwych czy łagodnych.

– No i…?

– Porusza się – oświadczył doktor McEvoy. – Ten guz rzeczywiście się rusza, jakby pod skórą było coś żywego.

Doktor Hughes rysował kwiatki długopisem. Na chwilę zmarszczył brwi.

– Zrobiłeś prześwietlenie? – spytał.

– Będzie za dwadzieścia minut.

– W dotyku?

– Jak każdy inny guz. Tylko że się wije.

– Próbowałeś naciąć? Może to po prostu infekcja.

– Najpierw poczekam na zdjęcie.

Doktor Hughes w zamyśleniu ssał końcówkę długopisu. W myślach wertował wszystkie strony wszelkich medycznych podręczników, jakie w życiu pochłonął, poszukując podobnego przypadku lub precedensu, a nawet czegoś choćby pozornie łączącego się z przypadkiem poruszającego się guza. Może to przez zmęczenie, ale w żaden sposób nie potrafił niczego znaleźć.

– Jack?

– Tak, jestem tu ciągle. Która jest godzina?

– Dziesięć po trzeciej.

– W porządku. Zaraz zejdę.

Hughes odłożył słuchawkę, opadł na oparcie fotela i przetarł oczy. Dzisiaj były walentynki, a na ulicach Nowego Jorku temperatura spadła do minus dziesięciu, na chodnikach leżała piętnastocentymetrowa warstwa śniegu. Niebo miało stalową barwę i było zaciągnięte chmurami. Sznur samochodów posuwał się powoli na wyciszonych jezdniach. Widziane z osiemnastego piętra Szpitala Sióstr z Jerozolimy miasto przedstawiało się przedziwnie w błyszczącej poświacie, jakiej nigdy dotąd nie widział.

Zupełnie jakbym znalazł się na Księżycu, pomyślał doktor Hughes. Albo na końcu świata. Albo w epoce lodowcowej.

Popsuło się ogrzewanie, więc nie zdjął płaszcza. Siedział w kręgu światła biurkowej lampy, wyczerpany młody człowiek w wieku trzydziestu trzech lat, z nosem ostrym i spiczastym niczym skalpel i z czupryną ciemnokasztanowych włosów. Wyglądał bardziej na młodocianego mechanika samochodowego niż na krajowego eksperta od nowotworów złośliwych.

Nagle drzwi do jego gabinetu otworzyły się i do środka weszła zażywna kobieta o siwych włosach z okularami w czerwonych oprawkach na czole, niosąca naręcze papierów i kubek kawy.

– Trochę więcej papierkowej roboty, doktorze. Pomyślałam też, że przyda się panu coś na rozgrzewkę.

– Dziękuję, Mary. – Hughes otworzył nową teczkę, którą mu przyniosła, i mocniej pociągnął nosem. – Jezu, widziałaś to? Mam tu być ekspertem, a nie urzędnikiem. Wiesz, zabierz to i podrzuć doktorowi Ridgewayowi. On lubi papierkową robotę. Bardziej od ciała i krwi.

Mary wzruszyła ramionami.

– To właśnie doktor Ridgeway przysłał to panu.

Hughes wstał. W palcie wyglądał niczym Charlie Chaplin w Gorączce złota. Poirytowany machnął teczką i przewrócił jedyną kartkę walentynkową, którą – jak się domyślał – przysłała mu matka.

– Dobrze, już dobrze. Przyjrzę się temu później. Zejdę na dół, do doktora McEvoya. Ma dla mnie pacjentkę, którą muszę obejrzeć.

– Dużo czasu to panu zajmie, doktorze? – spytała Mary. – Ma pan spotkanie o szesnastej trzydzieści.

Spoglądał na nią zmęczonymi oczami, jakby się zastanawiał, kim jest ta kobieta.

– Dużo? Nie, raczej nie. Tylko tyle, ile trzeba.

Wyszedł z gabinetu na korytarz oświetlony jarzeniówkami. Szpital Sióstr z Jerozolimy był kosztowną prywatną kliniką, nigdy nie pachniało tu niczym tak praktycznym jak fenol czy chloroform. Podłogi wyłożono grubym, czerwonym dywanem, a na każdym rogu stały świeże kwiaty. Bardziej przypominał hotel, do którego dyrektorzy w średnim wieku zabierają swoje sekretarki na weekend wyuzdanego grzechu.

Hughes wezwał windę i zjechał na piętnaste piętro. Patrząc na swe odbicie w lustrze w kabinie windy, uznał, że wygląda na bardziej chorego od niejednego ze swoich pacjentów. Może zrobi sobie urlop. Jego mama zawsze lubiła Florydę, a może nawet odwiedzą siostrę Hughesa w San Diego.

Przeszedł przez dwoje wahadłowych drzwi i dalej do gabinetu doktora McEvoya. Ten niski, mocno zbudowany mężczyzna nosił kitle o wiele za ciasne pod pachami. Przypominał parówkę przebraną za chirurga. Twarz miał dużą i nalaną jak księżyc, dziobatą cerę i perkaty nos Irlandczyka.

Kiedyś grywał w drużynie futbolowej szpitala, aż pękła mu rzepka kolanowa w gwałtownym zwarciu. Obecnie chodził, przesadnie kulejąc.

– Dobrze, że przyszedłeś – przywitał Hughesa z uśmiechem. – To bardzo szczególny przypadek, a wiem, że jesteś największym ekspertem na świecie.

– Bez przesady – odparł Hughes – ale dziękuję za komplement.

McEvoy wetknął palec do ucha i obracał nim z wielkim namysłem i uwagą.

– Zdjęcia rentgenowskie będą za pięć lub dziesięć minut. Tymczasem nic innego nie przychodzi mi do głowy.

– Mogę zobaczyć pacjentkę? – spytał Hughes.

– Oczywiście. Jest w mojej poczekalni. Raczej zdjąłbym płaszcz na twoim miejscu. Pacjentka pomyśli, że sprowadziłem cię z ulicy.

Doktor Hughes odwiesił bezkształtny, czarny płaszcz i poszedł za kolegą do jaskrawo oświetlonej poczekalni. Były tam fotele, czasopisma i kwiaty oraz akwarium pełne kolorowych, egzotycznych rybek. Przez rolety wpadał niesamowity, metaliczny poblask popołudniowego śniegu.

W rogu pokoju czytała gazetę szczupła, ciemnowłosa dziewczyna. Miała pociągłą, delikatną twarz – zupełnie jak elf, pomyślał Hughes. Nosiła prostą sukienkę koloru kawy, przy której jej policzki przybrały ziemistą barwę. Jej zdenerwowanie zdradzała jedynie popielniczka wypełniona niedopałkami oraz chmura dymu w powietrzu.

– Panno Tandy – odezwał się doktor McEvoy – oto doktor Hughes. Specjalista w takich przypadkach jak pani. Chciałby tylko obejrzeć panią i zadać kilka pytań.

Panna Tandy odłożyła gazetę i uśmiechnęła się.

– Oczywiście – odpowiedziała z charakterystycznym akcentem z Nowej Anglii. Dobre pochodzenie, pomyślał Hughes. Nie musiał zgadywać, czy jest zamożna, czy też nie. Nie szukało się porady w Szpitalu Sióstr z Jerozolimy, jeżeli człowiek musiał się liczyć z każdym groszem.

– Proszę się pochylić – polecił. Panna Tandy zgięła się wpół, a Hughes uniósł włosy na jej karku.

W zagłębieniu u nasady czaszki znajdowała się gładka, okrągła narośl mniej więcej wielkości i kształtu szklanego przycisku do papieru. Lekarz przesunął po niej palcami; wydawało się, że ma normalną konsystencję łagodnego włókniaka.

– Jak długo to pani ma? – spytał.

– Dwa lub trzy dni – odparła panna Tandy. – Umówiłam się na wizytę, gdy tylko zaczęło rosnąć. Przestraszyłam się, że to… rak albo coś podobnego.

Hughes spojrzał na kolegę, marszcząc czoło.

– Dwa lub trzy dni? Jest pani pewna?

– Tak – odpowiedziała pacjentka. – Dzisiaj jest piątek, prawda? Wyczułam go po raz pierwszy we wtorek rano po przebudzeniu.

Hughes ścisnął delikatnie guz palcami. Był twardy, ale lekarz nie wyczuwał żadnych ruchów.

– Czy to boli? – spytał.

– Jakby łaskotało. Nic więcej.

– Pani odczuwała to samo, gdy ja naciskałem – wtrącił McEvoy.

Doktor Hughes opuścił włosy panny Tandy i powiedział, że może już się wyprostować. Przysunął krzesło i znalazł w kieszeni wymięty skrawek papieru. Zaczął pisać pospiesznie, jednocześnie mówiąc do kobiety.

– Jak duży był guz, gdy go pani pierwszy raz zauważyła?

– Bardzo mały. Mniej więcej wielkości ziarna fasoli.

– Czy rósł cały czas, czy tylko w pewnych momentach?

– Wydaje się, że rośnie tylko w nocy. To znaczy, co rano, kiedy się budzę, jest większy.

Hughes dokonywał szczegółowych zapisków na kawałku papieru.

– Czy czuje go pani normalnie? To znaczy, czy czuje go pani teraz?

– Nie wydaje się gorszy niż jakikolwiek inny guz. Ale czasami mam wrażenie, że się porusza.

Dziewczyna miała ciemne oczy, a kryło się w nich więcej obaw, niż zdradzał to głos.

– Hm. – Zastanowiła się. – To zupełnie tak, jakby komuś było niewygodnie w łóżku: wierci się, a potem nieruchomieje.

– Jak często to się dzieje?

Wyglądała na zmartwioną. Wyczuwała zdezorientowanie u doktora Hughesa i to ją niepokoiło.

– Nie wiem. Może cztery albo pięć razy dziennie.

Lekarz napisał coś jeszcze i zagryzł wargę.

– Panno Tandy, czy zauważyła pani jakieś zmiany w ogólnym stanie zdrowia przez ostatnie kilka dni, odkąd pojawił się ten guz?

– Jedynie lekkie zmęczenie. Raczej mam kłopoty ze snem, ale nie straciłam na wadze ani nic w tym rodzaju.

– Hm. – Napisał coś jeszcze i długo przyglądał się temu. – Dużo pani pali?

– Przeważnie tylko pół paczki dziennie. Nie jestem nałogowym palaczem. Teraz się denerwuję.

– Niedawno miała pani prześwietlenie klatki piersiowej – wtrącił doktor McEvoy. – Wszystko w normie.

– Czy mieszka pani sama? – spytał Hughes. – Gdzie pani mieszka?

– Tymczasowo mieszkam u cioci. Pracuję dla wytwórni płytowej jako osobista asystentka. Chciałam znaleźć samodzielne mieszkanie, ale rodzice uważają, że powinnam pomieszkać trochę z ciocią. Ona ma sześćdziesiąt dwa lata. To wspaniała starsza pani. Dobrze się rozumiemy.

Doktor Hughes pochylił głowę.

– Proszę się nie obrazić, że o to zapytam, panno Tandy, ale chyba zrozumie pani, dlaczego jestem zmuszony. Czy pani ciotka cieszy się dobrym zdrowiem i czy mieszkanie jest czyste? Nie ma w nim żadnego zagrożenia dla zdrowia, jak karaluchy czy zapchane odpływy albo resztki jedzenia?

Panna Tandy nieomal zaśmiała się, po raz pierwszy, od kiedy zobaczył ją doktor Hughes.

– Moja ciocia jest zamożną osobą, doktorze. Zatrudnia pełnoetatową sprzątaczkę i pomoc do gotowania i towarzystwa.

Lekarz skinął głową.

– Dobrze, poprzestaniemy na tym. Doktorze, zobaczymy co z tymi zdjęciami?

Wrócili do gabinetu i usiedli. McEvoy wyciągnął gumę do żucia i zgiął ją w zębach.

– Co ty o tym sądzisz?

Hughes westchnął.

– W tej chwili nic nie sądzę. Ten guz wyrósł w dwa lub trzy dni, a ja nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim. Do tego dochodzi to wrażenie poruszania się. Czy sam czułeś, jak się rusza?

– Oczywiście – odparł McEvoy. – Jedynie nieznaczne przemieszczanie, jakby tam w środku coś było.

– To mogą powodować ruchy szyi. Ale tak naprawdę nic nie wiemy, dopóki nie zobaczymy zdjęć.

Siedzieli w milczeniu przez kilka minut, a zewsząd docierały do nich odgłosy pracy szpitala. Doktor Hughes był zmarznięty i zmęczony i zastanawiał się, kiedy wróci do domu. Nie spał do drugiej w nocy, zajmując się papierami i statystyką. Zanosiło się na to, że dzisiaj sytuacja się powtórzy. Pociągnął nosem i spojrzał na swój zdarty, brązowy but na dywanie.

Po pięciu lub sześciu minutach drzwi do gabinetu się otworzyły i weszła pani radiolog z dużą brązową kopertą. Lekarka była wysoka i czarnoskóra, miała krótkie włosy i traktowała wszystko niezwykle serio.

– Co o tym sądzisz, Seleno? – spytał McEvoy, niosąc kopertę przez pokój do podświetlanej tablicy.

– Nic a nic, doktorze. Jest wystarczająco wyraźne, ale to nie ma najmniejszego sensu.

Lekarz wyciągnął zdjęcie i przypiął je do tablicy. Włączył światło i wszyscy zobaczyli tył czaszki panny Tandy widziany z boku. Była też duża szarawa narośl, wewnątrz której zamiast normalnych włókien znajdował się splot tkanek i kości.

– Widzisz tutaj – powiedział McEvoy, wskazując długopisem. – Wydaje się, że są tu jakieś kostne korzenie trzymające narośl przy karku. Do diaska, co o tym sądzisz?

– Nie mam najmniejszego pojęcia – odparł Hughes. – Nigdy nie widziałem niczego, co choćby po części było do tego podobne. To wcale nie wygląda jak guz.

McEvoy wzruszył ramionami.

– Dobra, to nie jest guz. W takim razie co?

Hughes przyjrzał się uważniej zdjęciu. Plątanina tkanek i kości była zbyt bezkształtna i pomieszana, aby dopatrzyć się w tym jakiegoś sensu. Pozostała tylko jedna rzecz: operować. Wyciąć i zbadać dokładnie. A zważywszy na tempo, w jakim to coś się rozrastało, operacja powinna być przeprowadzona szybko.

Podniósł słuchawkę telefonu na biurku kolegi.

– Mary? Posłuchaj. Jestem nadal u doktora McEvoya. Mogłabyś sprawdzić najbliższy dostępny termin operacji? Mam tu coś, czym trzeba zająć się pilnie. Tak jest. Tak, guz. Ale jest bardzo złośliwy i mogą być problemy, jeżeli nie będziemy szybko operowali. Właśnie. Dziękuję.

– Złośliwy? – spytał McEvoy. – Skąd wiemy, że jest złośliwy?

Hughes pokręcił głową.

– Nie wiemy, ale dopóki się nie dowiemy, czy jest niebezpieczny, czy nieszkodliwy, będę go traktować jako niebezpieczny.

– Do diaska, chciałbym wiedzieć co to takiego – powiedział ponuro McEvoy. – Przejrzałem leksykon medyczny i nie ma w nim nic podobnego.

Hughes uśmiechnął się zmęczony.

– Może to nowa choroba. Może nadadzą jej nazwę od twojego nazwiska. Choroba McEvoya. W końcu sława. Zawsze chciałeś był sławny, prawda?

– Teraz wolałbym kubek kawy i kanapkę z wołowiną na ciepło. Nagrodę Nobla mogę dostać kiedy indziej.

Zadzwonił telefon. Hughes podniósł słuchawkę.

– Mary? Och, dobrze. Dobrze, świetnie. Tak, pasuje. Podziękuj doktorowi Snaithowi.

– Jest wolny? – spytał McEvoy. – Jutro rano, o dziesiątej. Pójdę przekazać wiadomość pannie Tandy.

Doktor Hughes przeszedł podwójnymi drzwiami do poczekalni, a panna Tandy nadal tam siedziała, paliła kolejnego papierosa i niewidzącymi oczami spoglądała na czasopismo na kolanach.

– Panno Tandy?

Szybko podniosła wzrok.

– Och, tak – odezwała się. Lekarz przysunął krzesło i usiadł obok niej, splatając dłonie przed sobą. Starał się wyglądać poważnie, zdecydowanie i wiarygodnie, aby ją uspokoić, bo najwyraźniej się bała, ale był tak bardzo zmęczony, że wyglądał jedynie na mocno chorego.

– Proszę posłuchać, zdaje się, że będziemy musieli operować. Nie wygląda na to, że powinniśmy się martwić tą naroślą, ale skoro rośnie w takim tempie, chciałbym ją usunąć jak najszybciej. I chyba pani też.

Uniosła rękę do karku, a potem opuściła ją i kiwnęła głową.

– Rozumiem. Oczywiście.

– Gdyby pani mogła być tu jutro przed ósmą, to umówię doktora Snaitha na zabieg na dziesiątą. Doktor Snaith to świetny chirurg; ma wieloletnie doświadczenie z guzami takimi jak u pani.

Panna Tandy próbowała się uśmiechnąć.

– To bardzo miłe z pana strony. Dziękuję.

Hughes wzruszył ramionami.

– Proszę mi nie dziękować. Wykonuję jedynie swoją pracę. Ale nie ma się pani czym martwić. Nie będę udawał, że pani przypadek jest powszechny, bo tak nie jest. Jednak jesteśmy po to, aby zajmować się takimi niezwykłymi przypadkami. Trafiła pani we właściwe ręce.

Karen Tandy zgasiła papierosa i zabrała swoje rzeczy.

– Czy będzie mi coś potrzebne? – spytała. – Zdaje się, że dwie koszule nocne i szlafrok?

Hughes skinął głową.

– Proszę też przynieść pantofle. W zasadzie nie będzie musiała pani leżeć.

– Dobrze – odpowiedziała.

Lekarz odprowadził ją do drzwi. Patrzył, jak pospiesznie odchodzi korytarzem do windy, i przyszło mu do głowy, że przypomina mu elfa. Nie należał do tych lekarzy, którzy myśleli o swoich pacjentach jedynie w kategoriach ich choroby i nic poza tym. Był przeciwieństwem doktora Pawsona, pulmonologa, który pamiętał poszczególne schorzenia jeszcze długo po tym, jak zapomniał twarze, które się z nimi wiązały. Życie to coś więcej niż tylko niekończąca się parada guzów i narośli, pomyślał Hughes. Przynajmniej taką miał nadzieję.

Nadal stał na korytarzu, kiedy McEvoy wystawił swoją księżycową twarz zza drzwi.

– Jack?

– Tak?

– Możesz wejść na moment i spojrzeć na to?

Zmęczonym krokiem wszedł za McEvoyem do jego gabinetu. Kiedy rozmawiał z panną Tandy, kolega przeglądał podręczniki medyczne, a całe jego biurko pokrywały ryciny i zdjęcia rentgenowskie.

– Znalazłeś coś? – spytał Hughes.

– Sam nie wiem. To wydaje się tak szalone, jak wszystko inne w tym przypadku.

McEvoy podał ciężki podręcznik otwarty na stronie pokrytej rycinami i diagramami. Hughes zmarszczył czoło i uważnie im się przyjrzał, a potem podszedł do podświetlanej tablicy i przestudiował czaszkę panny Tandy.

– To szalone – stwierdził.

McEvoy stał z rękami na biodrach i kiwał głową.

– Masz całkowitą rację. To szalone. Ale musisz przyznać, że jest całkiem podobne.

Hughes zamknął książkę.

– Jednak nawet jeżeli masz rację… W ciągu dwóch dni?

– Hm, to możliwe, wszystko jest możliwe.

– Skoro to jest możliwe, to Red Sox wygrają w następnym sezonie.

Dwaj pobladli lekarze stali w gabinecie na piętnastym piętrze szpitala i spoglądali na zdjęcie rentgenowskie, nie wiedząc, co o nim myśleć.

– Może to kawał? – zasugerował McEvoy.

Hughes pokręcił głową.

– Absolutnie. Jak by to było możliwe? I po co?

– Nie wiem. Ludzie robią takie kawały z różnych powodów.

– Możesz podać powód dla tego przypadku?

McEvoy wykrzywił twarz.

– A wierzysz, że to jest prawdziwe? – spytał.

– Tego nie wiem – odparł Hughes. – Może jest. Może to jeden przypadek na milion, który jest naprawdę prawdziwy.

Znowu otworzyli książkę i przyjrzeli się zdjęciu, a im bardziej porównywali ryciny z guzem panny Tandy, tym więcej odnajdywali podobieństw.

Zgodnie z podręcznikiem Ginekologii klinicznej plątanina tkanek i kości, którą nosiła panna Tandy na karku, była ludzkim płodem wielkości odpowiadającej ósmemu tygodniowi.

ROZDZIAŁ 1Z ciemności nocy

Jeżeli sądzicie, że łatwe jest życie jasnowidza, to spróbujcie przepowiedzieć przyszłość piętnaście razy dziennie po dwadzieścia pięć dolarów, a wtedy zobaczycie, czy wam się nie odechce.

Kiedy Karen Tandy konsultowała się z doktorem Hughesem i doktorem McEvoyem w Szpitalu Sióstr z Jerozolimy, ja zapoznawałem starszą panią Winconis z perspektywami na najbliższą przyszłość za pomocą kart tarota.

Siedzieliśmy w moim mieszkaniu przy Tenth Avenue przy stoliku pokrytym zielonym suknem. Zasłony były szczelnie zaciągnięte, w kącie sugestywnie tliło się kadzidełko, a moja imitacja lampy naftowej rzucała tajemnicze cienie. Pani Winconis była pomarszczona i stara, pachniała piżmowymi perfumami i futrem z lisów, a przychodziła do mnie co piątek na szczegółowe omówienie następnych siedmiu dni.

Kiedy wyłożyłem karty w kształcie krzyża celtyckiego, starsza pani wierciła się i zerkała na mnie jak wyjedzony przez mole gronostaj wyczuwający swoją ofiarę. Wiedziałem, że nie może się doczekać, żeby zapytać mnie, co zobaczyłem, ale nigdy nie zdradzałem się z niczym, dopóki nie ujrzałem całości. Im więcej napięcia, tym lepiej. Musiałem przejść przez całą szopkę westchnień, min, zagryzania wargi i udawania, że nawiązuję kontakt z mocami zza światów. W końcu za to właśnie płaciła dwadzieścia pięć dolarów.

Jednak kobieta nie potrafiła oprzeć się pokusie. Gdy ostatnia karta znalazła się na swoim miejscu, pani Winconis pochyliła się do przodu i zapytała:

– Co to takiego, panie Erskine? Co pan widzi? Czy jest coś o Tatusiu?

„Tatusiem” nazywała pana Winconisa, grubego i ponurego starego kierownika supermarketu, który nałogowo palił cygara i nie wierzył w nic bardziej mistycznego niż pierwsza trójka na torze wyścigów konnych Aqueduct. Pani Winconis nigdy z tym się nie zdradziła, ale z tego, jak się wysławiała, aż nazbyt jasno wynikało, że największą nadzieją w jej życiu było, aby serce Tatusia nie wytrzymało i fortuna rodu Winconis przypadła jej w udziale.

Spojrzałem na karty z typową dla mnie wyraźną koncentracją. Wiedziałem o tarocie tyle, co każdy, kto zadał sobie trud przeczytania ABC tarota. Jednak liczył się styl. Jeżeli ktoś chce być jasnowidzem, co w zasadzie jest łatwiejsze od pracy w agencji reklamowej albo opieki nad dziećmi na koloniach czy oprowadzania wycieczek, to trzeba wyglądać jak jasnowidz.

Jestem dość niepozornym trzydziestodwulatkiem z Cleveland, z zaczątkami łysiny pod kasztanową czupryną oraz ze zgrabnym, choć za dużym nosem na przystojnej, ale bladej twarzy, toteż zadałem sobie trud i pomalowałem brwi w szatańskie łuki, do tego wkładałem szmaragdową pelerynę z satyny z ponaszywanymi księżycami i gwiazdami, a na głowę zielony trikorn. Kapelusz miał kiedyś znaczek drużyny futbolowej Green Bay Packers, ale odczepiłem go z oczywistych powodów.

Zainwestowałem w kadzidło i kilka oprawionych w skórę tomów Encyclopaedia Britannica, do tego w zdezelowaną, starą czaszkę z antykwariatu z Greenwich Village, a potem umieściłem ogłoszenie w gazecie, które brzmiało: „Niewiarygodny Erskine – odczytywanie przyszłości, przepowiadanie losu, odgadywanie linii życia”.

W ciągu dwóch miesięcy miałem więcej klientów, niż mogłem obsłużyć, i po raz pierwszy w życiu stać mnie było na nowego mercury’ego cougara z zestawem kwadro ze słuchawkami. Jednak, jak mówię, nie było to łatwe. Do mojego mieszkania napływała ciągła fala mizdrzących się pań w średnim wieku, które pragnęły za wszelką cenę dowiedzieć się, co je czeka w ich nudnym życiu, a to wystarczyło, abym na wieki pogrążył się w studni ludzkiej rozpaczy.

– No i…? – spytała pani Winconis, kurczowo ściskając w pomarszczonych dłoniach torebkę z krokodylej skóry. – Co pan widzi, panie Erskine?

Pokręciłem głową powoli i dostojnie.

– Karty dzisiaj mówią bardzo poważnie, pani Winconis. Niosą wiele ostrzeżeń. Mówią, że naciska pani zbyt mocno na przyszłość, która kiedy przyjdzie, może nie dać pani tyle radości, ile się pani spodziewa. Widzę tęgiego dżentelmena z cygarem… To musi być Tatuś. Mówi coś w wielkim smutku. Mówi coś o pieniądzach.

– Co takiego mówi? Czy karty zdradzą, co mówi? – wyszeptała pani Winconis. Kiedy tylko wspominałem o pieniądzach, starsza pani zaczynała drżeć i podrygiwać niczym ryba na haczyku. W swoim czasie widziałem, jak paskudne żądze zżerają ludzi, ale żądza pieniędzy u kobiety w średnim wieku to naprawdę obrzydliwy widok.

– Mówi, że coś jest zbyt drogie – kontynuowałem specjalnym, głuchym głosem. – Coś jest zdecydowanie zbyt drogie. Wiem, co to takiego. Widzę to. On mówi, że łosoś w puszce jest za drogi. Nie uważa, że ludzie będą chcieli go kupować w tej cenie.

– Och – rozzłościła się pani Winconis, ale wiedziałem, co robię. Dwukrotnie tego ranka sprawdziłem cenę w rubryce drożejących towarów w supermarketach i wiedziałem, że konserwa z łososia podrożeje. W przyszłym tygodniu, kiedy Tatuś zacznie się na to skarżyć, pani Winconis przypomni sobie te słowa i będzie pod sporym wrażeniem moich zdolności jasnowidzenia.

– A co ze mną? – dopytywała się. – Co się stanie ze mną?

Ponuro spoglądałem w karty.

– Niezbyt dobry tydzień, obawiam się. Zupełnie niedobry. W poniedziałek będzie miała pani wypadek. Niezbyt poważny. Co najwyżej spadnie pani coś ciężkiego na nogę, ale będzie to bolesne. Nie będzie mogła pani zasnąć w nocy w poniedziałek. We wtorek zagra pani w brydża z przyjaciółkami, jak zwykle. Ktoś panią oszuka, ale nie odkryje pani, kto to zrobił. Więc niech pani gra o niskie stawki i nie ryzykuje. W środę odbierze pani niemiły telefon, bardzo możliwe, że obsceniczny. W czwartek zje pani coś, co pani zaszkodzi, i pożałuje pani, że to w ogóle zjadła.

Pani Winconis wbiła we mnie swoje mętne, szare oczy.

– Czy naprawdę jest aż tak źle? – spytała.

– Nie musi być. Proszę pamiętać, że karty mogą zarówno przepowiadać, jak i ostrzegać. Jeżeli podejmie pani kroki, aby uniknąć tych pułapek, tydzień niekoniecznie okaże się taki zły.

– No to Bogu za to dziękować – przystała na to. – Warto wydać pieniądze, aby wiedzieć, co cię czeka.

– Duchy dobrze myślą o pani – powiedziałem moim specjalnym głosem. – Dbają o panią i nie chciałyby, aby się pani martwiła albo cierpiała. Jeżeli właściwie potraktuje pani duchy, one też potraktują panią należycie.

Pani Winconis wstała.

– Panie Erskine, nie wiem, jak panu dziękować. Będę już szła, ale zajrzę do pana w przyszłym tygodniu, dobrze?

Uśmiechnąłem się w duchu.

– Oczywiście, dobrodziejko. I proszę nie zapominać mistycznego motta na ten tydzień.

– Ależ nie, oczywiście. Jak ono brzmi w tym tygodniu?

Otworzyłem wystrzępioną, starą książkę, która leżała na stole obok mnie.

– Pani mistyczne motto na ten tydzień brzmi: „Strzeż dobrze pestek, a owoc wyrośnie cały i zdrowy”.

Pani Winconis stała przez chwilę z nikłym uśmiechem na pomarszczonej, starej twarzy.

– Jest piękne, panie Erskine. Będę je powtarzać co rano po przebudzeniu. Bardzo dziękuję za przecudowną sesję.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparłem.

Odprowadziłem ją do windy, uważając, by żaden z sąsiadów nie zobaczył mnie w prześmiesznej, zielonej pelerynie i kapeluszu, i pomachałem jej na pożegnanie. Gdy tylko znikła wraz z windą, wróciłem do mieszkania, zapaliłem światło, zgasiłem kadzidło i włączyłem telewizor. Przy odrobinie szczęścia zdążę jeszcze na Kojaka.

Szedłem do lodówki po piwo, kiedy zadzwonił telefon. Przytrzymałem słuchawkę brodą, jednocześnie otwierając puszkę. Głos z drugiej strony należał do kobiety (oczywiście) i był nerwowy (oczywiście). Tylko zdenerwowane kobiety szukały porady u kogoś takiego jak Niesamowity Erskine.

– Pan Erskine?

– Tak jest: „Erskine to ja, a wróżbiarstwo mój fach”.

– Proszę pana, czy mogłabym przyjść zobaczyć się z panem?

– Ależ tak, oczywiście. Opłata wynosi dwadzieścia pięć dolarów za zwykły wgląd w najbliższą przyszłość, trzydzieści dolarów za roczną przepowiednię i pięćdziesiąt za wizję całego życia.

– Chcę wiedzieć tylko, co się wydarzy jutro. – Głos był młody i bardzo zmartwiony. Od razu domyśliłem się, że mam do czynienia z porzuconą sekretarką w ciąży.

– Cóż, proszę pani, tym właśnie się zajmuję. O której chciałaby pani przyjść?

– Około dziewiątej? Czy to nie za późno?

– Dziewiąta pasuje, cała przyjemność po mojej stronie. Czy mogę prosić o nazwisko?

– Tandy. Karen Tandy. Bardzo dziękuję, panie Erskine. Do zobaczenia o dziewiątej.

* * *