Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 402 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mandragora - Dorota Stasikowska Woźniak

"Mandragora" to kolejna powieść Doroty Stasikowskiej-Woźniak. Tym razem autorka wprowadza nas w świat magicznego kręgu Mandragory, która istnieje od wieków w dwunastu krajach, czuwając nad utrzymaniem piękna, harmonii i równowagi między męskim i żeńskim pierwiastkiem wszechświata. Do kręgu zostaje zaproszona Ewa. Ale żeby się w nim znaleźć i stać kapłanką Bogini, musi wysłuchać opowieści dwunastu jej członków. Reprezentują różne środowiska: artystyczne, naukowe, polityczne, ich życiowe losy splatają się w sposób niezwykły. Opowieści są zabarwione magią, mistyką, czarami, towarzyszą im interesujące rozważania na temat miłości, zdrady, seksu, wielkich emocji, a tłem historycznym są lata międzywojenne i czasy współczesne. Ewa powoli poznaje nie tylko tajemnice Mandragory, ale odkrywa także coś bardzo ważnego dla siebie... To powieść, od której trudno się oderwać. A ile z niej płynie dobrej energii, przekonajcie się sami. Naprawdę warto.

Opinie o ebooku Mandragora - Dorota Stasikowska Woźniak

Fragment ebooka Mandragora - Dorota Stasikowska Woźniak

Droga Ewo,

Cieszę się, że wkrótce do nas dołączysz. Jestem pewna, że spodoba Ci się kraj przodków.

Oto lista osób, które powinny Cię poznać. Odwiedź je, proszę, w podanej przeze mnie kolejności. Wszystkich uprzedzę o Twojej wizycie:

1. Andrzej – wie, że piszesz i że ja rekomenduję Cię do Mandragory. Jego książki przeczytałaś, jak sądzę, od kiedy wiesz, co Was łączy?

2. Nina – jest znaną aktorką, damą jeszcze w przedwojennym stylu. Zanim ją odwiedzisz, obejrzyj filmy, w których grała.

3. Po rozmowie z Niną zapraszam do mnie. Wypijemy kawę, może małego drinka?

4. Anna pracuje w radiu. Jest laureatką wielu znaczących międzynarodowych konkursów na reportaż. Przygotuj się, to najprawdziwsza czarownica.

5. Koniecznie odwiedź Pana Sędziego. Znajdziesz go w Sądzie Najwyższym albo na jednym z jego wielu spotkań autorskich. Ma wyjątkowy, czasami trochę męczący, dar słowa. Poproś go o jakąś sekretną opowieść. Będzie się krygował, ale się ucieszy.

6. Jestem pewna, że nieco tajemniczy Ksiądz Prałat też będzie dla Ciebie interesującym rozmówcą. Jestem ciekawa, czy opowie Ci o swoich osobistych sprawach?

7. Karolina, jak sądzę, zaprosi Cię do swojego dworku. Zajmuje się kreowaniem wizerunku. Pomaga osobom publicznym. Ma wybitne zdolności telepatyczne.

8. Frau Rose jest właścicielką młyna, który od wieków należy do jej rodziny. Propaguje styl życia zgodny z naturą. Robi fantastyczne konfitury. Jej idolką jest święta Hildegarda z Bingen. Mieszka na Opolszczyźnie!

9. Po odwiedzeniu Rose, koniecznie znów przyjedź do mnie. Myślę, że możesz mieć już wtedy wiele pytań.

Ewo, powodzenia! Słuchaj opowieści uważnie i spisuj je, jak potrafisz najpiękniej.

Serdeczności Maria Brzozowska

PS Adresy w załączniku. W razie pytań jestem do Twojej dyspozycji, telefon znasz. Ucałowania dla Romy!

Wstęp

Była pełnia. Zbliżała się północ.

Prowadzono ją żwirową aleją przez stary park. Miała opaskę na oczach. Wdychała zapachy czerwca. Po chwili żwir pod jej stopami zamienił się w gładką, twardą posadzkę. Ręce, które do tej pory trzymały ją za ramiona, zwolniły uścisk. Przez chwilę nasłuchiwała, stojąc nieruchomo. Cichy, mantryczny pomruk wielu osób stawał się coraz głośniejszy. Ktoś odsłonił jej oczy. Była w samym środku kręgu. Wokół niej stały zakapturzone postacie w pelerynach. Każda z nich trzymała zapaloną czerwoną świecę. Na pięciu kamiennych kolumnach wspierało się łagodnie zaokrąglone sklepienie, na jego szczycie zauważyła znak. Taki sam motyw znajdował się pod jej stopami.

– Jestem, która jestem. Jestem, który jestem – rozległ się mocny kobiecy głos. – Jestem tobą. Ty jesteś mną. Miłość najwyższa jest matką wszystkiego.

Zgromadzeni powtórzyli jej słowa trzykrotnie.

Poczuła ostry powiew. Świece zgasły. Rozległa się muzyka organowa. Wokół świątyni pojawił się krąg ognia, oddzielając ich od reszty świata.

– Wypij! – Jedna z kobiet wręczyła jej srebrny puchar. Spod kaptura patrzyła na nią znajoma twarz.

Spojrzała na pozostałych. Byli tu wszyscy, których poznała w ciągu ostatniego roku.

Gorzki płyn wypełnił jej usta i po chwili znak umieszczony w centrum pięcioramiennej gwiazdy, symbolizującej tożsamość człowieka i wszechświata, zawirował. Stojących wokół przysłoniła mgła, oddalali się i przybliżali. Muzyka wwiercała się jej w mózg. Kolumny wirowały. Mandragora pod jej stopami obracała się coraz szybciej.

Dicas Mihi Nomen Tuum

(Powiedz mi imię swoje)

Drzwi były solidne, dębowe, dwuskrzydłowe. Wisiał na nich wianek z bukszpanu, zwiniętych krążków siana i małych czerwonych kwiatków. Po lewej stronie tkwił przycisk dzwonka i mosiężna kołatka w kształcie lwiej głowy. Dom był duży, secesyjny, otoczony starymi drzewami. Taras wychodził wprost do ogrodu, w którym centralne miejsce zajmowała bardzo już stara jabłoń. Zanim Ewa otworzyła furtkę, obeszła dom dookoła. Sprawiał wrażenie romantycznego. Był ogrodzony przedwojennym, dobrze zachowanym parkanem, trawę równo przystrzyżono. Do wejścia prowadziły granitowe stopnie.

Nacisnęła przycisk dzwonka.

– To ty, dziecko? – Pisarz spojrzał na nią zza okularów. – Wejdź. – Otworzył szeroko drzwi i zapraszającym gestem wskazał wnętrze domu.

Bernardyn obwąchiwał jej torbę, pudel radośnie zamerdał ogonem, a szarobury mieszaniec już na progu próbował umościć sobie miejsce u jej stóp. Pisarz mówił do niej, mijając kolejne pokoje. W pewnej chwili zauważył, że jest sam. Zatrzymał się, rozejrzał i lekko zaskoczony pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Gdzież jesteś, dziewczyno? – Wychylił głowę z salonu. – No chodź, chodź, nie daj się zaanektować tym pieszczochom!

Przestąpiła przez mieszańca, potem przez próg. Przeszła przez duży ciemny hol i znalazła się w salonie. Pisarz stał przy biblioteczce. Był wysoki, mocno zbudowany. Siwe włosy oplatały jego głowę bujną lwią grzywą, a ciemne oczy patrzyły, jakby chciały ją przenicować i wejść w duszę.

Pisarz – sumienie moralne narodu, przewrotny publicysta, kpiarz i prześmiewca. Człowiek o skomplikowanej przeszłości. Za młodu komunista (mama Ewy często powtarzała, że kto za młodu nie był komunistą, to na starość będzie draniem), później antykomunista, zwolennik wywodzącego się z ludu prezydenta, a niedługo potem jego najgorętszy przeciwnik. Autor książek, które niemal natychmiast po opublikowaniu wchodziły do kanonu lektur szkolnych. Ceniony i szanowany w kraju i za granicą, przyjaciel kanclerzy i królów. Długo później, już po jego śmierci, okaże się, że był także szpiegiem i współpracownikiem tajnych służb, nie tylko polskich.

– Powiem ci, dziecko, co jest w życiu najważniejsze. Oczywiście, najważniejsze według mnie. To będzie mój powitalny prezent dla ciebie. Bo przecież mam ci coś podarować, pani profesor Brzozowska mi kazała, a z nią się nie dyskutuje. To kobieta wielkiej klasy, potężna osobowość. Siadaj! – Wskazał na jeden z dwóch stojących koło biblioteczki skórzanych foteli. – Nie traćmy czasu. – Spojrzał tam, gdzie nie było ani tego pokoju, ani książek, ani Ewy, tylko odrębny, trwający niezależnie, dla niego wciąż nasycony kolorami, świat przeszłości.

– Życie to gra – zaczął. – Trzeba liczyć wyłącznie na siebie. Dobry zawodnik niczego nie zaniedbuje. Zdobywa cele i triumfuje, jeśli pokona swoje słabości, odrzuci nienawiść, pożądanie i inne skrajne uczucia. Jeśli jest perfekcjonistą pamiętającym, że zwycięża dzięki sobie, ale za przyzwoleniem Ducha Świata, z którym jest w pełnej harmonii. Wszyscy jesteśmy aktorami i wszyscy stanowimy widownię. Bardziej lub mniej przypadkową. Żądną sensacji, specjalnego traktowania lub całkowicie obojętną. Życie to powieść, która pisze się dla każdego z nas, aż do śmierci. Tak, teraz, kiedy mam już swoje lata, już to wiem: ona się pisze. Chociaż czasami chwytamy za pióro, chcemy decydować, zapełniać strony wydarzeniami, kierować ludzkim losem, dawać i odbierać życie, sprawiać, by ktoś kochał, tęsknił, porzucał, był znany lub czuł się niedoceniany. Kusi nas tworzenie, mami ułuda mocy. Tworząc, czujemy się bogami.

Wskazał ręką na pokaźną bibliotekę, gdzie zgodnie obok siebie stali najwięksi pisarze, poszukiwacze, twórcy, odkrywcy.

– Tak jak oni wszyscy, wsłuchaj się w siebie i szukaj słów. Swoich słów. To one konstruują świat. My też jesteśmy z nich zbudowani. Nasz świat to świat słów. Bo przecież na początku było słowo. Ono jest zaczynem. Żadna idea nie istnieje bez słowa. To, co nienazwane, jest niebytem. Słowa są nam dane w wyposażeniu kulturowym. Dostajemy je wcześniej niż zachowania. Są naszym dobrodziejstwem i tragedią zarazem. Jesteśmy ludźmi, bo nazywamy. Pamiętamy przeszłość i patrzymy w przyszłość, ale tylko dzięki słowom potrafimy nazywać. Biblijne Alfa i Omega to próba nazwania nienazywalnego. Nazwij moc bogiem, a będzie bogiem, nazwij ją boginią, a będzie boginią. Jeśli chcesz, by była wielkim wybuchem, to się nim stanie. Pozostajemy na tym świecie tylko chwilę. Materializujemy się jako manifestacja boskiej siły. Jesteśmy jej elementem i wyrazem, emanacją wiecznej kosmicznej energii. Iskrą świecącą przez mgnienie. Światło jest dane nam wszystkim w momencie, kiedy się tu pojawiamy, ale jego intensywność i barwa zależą prawie wyłącznie od nas samych.

Andrzej milknie. Głaszcze psa, który przeciąga się leniwie i pomrukuje zadowolony. Drugi opuszcza głowę z rezygnacją. Wie, że tym razem pieszczota ręki pana go ominie. Trzeci leży nieruchomo, grzejąc stopy Ewy.

– Moją materią jest słowo, bo ono było na początku, jeszcze przed stworzeniem. Ze słowa wyłonił się świat. Ono stanowiło hasło, znak, uruchomiło proces. Słowo jest i będzie także twoim narzędziem i materiałem. Przeczytałem dwa twoje opowiadania, które dała mi pani profesor. Widzisz i czujesz więcej niż inni. Może nawet nie tyle czujesz, ile przeczuwasz, odgadujesz, a przy tym nie wahasz się zaglądać pod powierzchnię. Bezbłędnie rozszyfrowujesz emocje i rozpoznajesz ich kolory. Znałem kiedyś kobietę, która widziała świat jak ty. Ale ona uciekała przed swoją siłą, a ty obdzielasz nią także innych. Dajesz nie tylko ukojenie, potrafisz motywować gestem i słowem, wpływasz na nastroje i decyzje, a nawet je stymulujesz. I opisujesz zarówno to, co widoczne, jak i to, co głęboko ukryte. A nazywając świat, tworzysz go. Robisz więc to, co ja, tylko inaczej, prawda? Już choćby z racji tego, że jesteś kobietą, masz bliżej do źródła. Jesteś odczuwaniem i intuicją. Przekazujesz to, co gdzieś tam zapisane wiruje w powietrzu, czekając aż ktoś po to sięgnie i nazwie ludzkimi słowami. Dobrze zgaduję?

Ewa kiwa głową.

– Ja zachowuję się jak rzemieślnik. Siadam, biorę pióro, myślę, piszę, skreślam, znów piszę, poprawiam. Codziennie o tych samych godzinach, metodycznie. Tworzę schematy, wykresy, robię projekty graficzne zdarzeń w powieści. Zastanawiam się nad konstrukcją. Myślę. Ty przede wszystkim czujesz. Oddajesz się mocy. Jesteś i czekasz, co ześle ci kosmos. Twoje opowiadania sprawiają wrażenie pisanych bez planu, są w stereotypowym rozumieniu kobiece, pełne rozedrganych emocji, wyczuwalnych w postaciach i w samej autorce, a jednak uważam, że są całkiem niezłe. Wypływają z natury i współgrają z nią. To przychodzi do ciebie z góry, czyż nie? 

Ewa widzi migocącą, błękitnogranatową poświatę wokół jego głowy.

– Przekazywanie wiecznej miłości słowem to twój dar i misja. Tak to odbieram – puentuje i zaraz dodaje: – Dziecinko, jesteś jeszcze taka młoda, tak mało wiesz, a chcesz się brać do powieści. Najpierw trzeba gromadzić doświadczenia. Być, czerpać, patrzeć, trawić, cierpieć, chłonąć. Upadać setki razy. Podnosić się. Płakać i śmiać się do zatracenia. Kochać, nienawidzić, utracić, zyskać. Być porzuconym i wzgardzonym. Zachłysnąć się poczuciem mocy. Unieść się i dotknąć tajemnicy. Twój czas przyjdzie, kiedy będziesz miała pewność, że wszystko, co się wydarzyło w twoim życiu, było jedynie próbą poszukiwania słów i formy wyrazu, etapem przygotowującym cię do tej chwili. Czasami były to próby niezręczne, chybione, goniłaś za słowem, ścigałaś określenia, które miałaś zawsze na wyciągnięcie ręki, jednak rzadko udawało ci się je pochwycić i zapisać, a tylko takie pozwalają odetchnąć z ulgą: „Tak, to one, to właśnie ich szukałam”. Słowa. Tysiące zużytych słów. Słów niepotrzebnych, a zarazem niezbędnych do ponownego nadania im znaczeń, do wypełnienia ich nowymi wartościami. Czy rzeczywiście nowymi? Człowiek i ludzkie wartości. To się nie zmienia. Nigdy. Zmieniają się tylko narzędzia.

Wstaje i nie przerywając wywodu, podkłada płonącą zapałkę pod starannie ułożone drewno w kominku. Torfową kostkę i suche szczapy szybko zajmuje ogień.

– Miłość. Niby wszyscy wiemy, czym jest. Ale to tylko pozory. Rozejrzyj się wokół. Co w istocie oznacza to słowo? Zapisane przez poetę, może znów nabrać prastarego znaczenia, powrócić do platońskiej jaskini idei. Chociaż już z chwilą jej opuszczania, kiedy pierwszy raz zobaczyło światło rzeczywistości, zostało wypaczone. Życie obraca ideały w pył, a w każdym razie zawsze je choć trochę kruszy. Czy kiedykolwiek możemy mieć pewność, że dokonujemy właściwego wyboru? Że to najlepsza dla nas droga? Jeśli ktoś tak myśli, jest głupcem! Całe życie błądzimy i poruszamy się po omacku. Nawet kiedy mocno wierzymy, że kieruje nami intuicja, wszyscy święci i bogowie, zawsze w głębi czai się wahanie: „A co, jeśli to zły wybór?”. Człowiek błądzi. Tylko Siła Wyższa, której zawdzięczamy istnienie i do której zmierzamy, jest nieomylna. Ona po prostu jest – bez żadnych założeń, planów czy strategii. To miłość najwyższa, poza czasem i przestrzenią, poza istnieniem w naszym rozumieniu. To źródło, z którego wyłoniły się i Ziemia, i ludzie, i uczucia. Na straży tej właśnie miłości stoi Mandragora. A więc także ja. I być może ty. Zobaczymy.

Pisarz milknie. Patrzy w ogień. Drewno pali się równo, ogień strzela w górę iskierkami, które nie przejmują się kwestią platońskiej idei miłości i sprawdzaniem wartości uczuć wyższych w szarym świetle rzeczywistości, choć przecież są jej częścią.

Ewa nie wie jeszcze, że będzie jedną z kobiet w jego kolejnej powieści – delikatną i wrażliwą, choć opisywaną dość powierzchownie. Teraz widzi kolor jego emocji. W jej obecności aura wokół niego zmienia się z błękitnej na uduchowioną, fioletową.

– A czym według pana jest ta zwykła miłość, najzwyklejsza, wcale nie boska, która zdarza nam się w życiu? – Ewa patrzy na niego wyczekująco.

Andrzej pochyla się w jej stronę i całuje obie ręce z szacunkiem, trochę jakby całował matkę, w starodawny, szarmancki sposób.

– Tak mrugając oczkami, wykorzystujesz, dziecko, przewagę płci. Widać, że dobrze bawisz się rolą. Doceniam to. Sam bardzo często gram silnego, zdecydowanego mężczyznę. Teatr, jak ja to lubię! Zachwycają mnie ludzie, którzy wybierają role i kreują je z pełną świadomością. Ty robisz to doskonale.

Stukają się lampkami z koniakiem.

– Mistrzu, kurtyna się podnosi.

– Byłem młody, zdrowy i silny. Cały świat leżał u moich stóp. Tak to się mówi? Wiedziałem, że go podbiję. I że czeka mnie tylko najlepsze. Tak mi się wydawało. Nie, ja byłem tego całkowicie pewny, w tej swojej młodzieńczej, buńczucznej zarozumiałości… – Zawiesza głos i uśmiecha się do przeszłości.

Ewa spogląda tam razem z nim i widzi wysokiego, postawnego mężczyznę. Tak jak dziś, jest pewny siebie, a równocześnie trochę zadumany i lekko nieobecny. Ma potężne ramiona, ciemne włosy, zniewalający uśmiech i oczy roziskrzone jak w gorączce – magnetyczna siła przyciągania.

– Koniaku?

W książce, która okaże się jego ostatnią, opisze to spotkanie z Ewą, barokowo go ubarwiając: Ogień na kominku, mężczyzna w głębokim fotelu, u jego stóp kobieta. W ich dłoniach pękate kieliszki wypełnione koniakiem. On opowiada, ona zapatrzona w jego przeszłość. To spotkanie sięgnie ponad czas. Odmieni ostatnie lata jego życia, a ją otworzy na Mandragorę.

Ale teraz emocje spokojnie falują w powietrzu, jeszcze nie płoną, są tylko łagodnie łaskotane przez ogień w kominku. Unoszą się ku niebu i zamieniają w pachnący miłością wiatr.

– Miłość, dziecino? Z miłością sprawa jest skomplikowana. Można o niej mówić i pisać bez końca, a i tak nie wyczerpie się tematu. Słyszałem, że Amerykanie wynaleźli już lekarstwo na miłość. Potrafią i wzbudzić, i zgasić to uczucie za pomocą cudownego środka chemicznego o nazwie fenyloetyloamina. Wystarczy tylko wstrzyknąć sobie odpowiednią dawkę i już jest się zakochanym. Dawniej Amor używał strzał, a nie strzykawki. Ale czasy się zmieniły.

Andrzej kładzie głowę na oparciu fotela. Przenosi się w czasy, które migocą wciąż mocnym wspomnieniem czułości, uniesień i zadziwień. Dotyka jedwabnego szala kobiety, czuje jej zapach, całuje dłoń, układa ręce na jej talii, wtula się w zagłębienie karku, muska jej włosy ustami. I widzi jego: surowego, postawnego, starszego mężczyznę. Patrzy mu w oczy. Dostrzega w nich ból porozrywanej na strzępy duszy, a na samym jej dnie proszący o łaskę zaistnienia cień nadziei. Jest gotowy na prawdziwą rozmowę ze starym człowiekiem. Wie to, co wtedy mógł jedynie przeczuwać. Minęło ponad czterdzieści lat. Dziś, kiedy wspomina tamte zdarzenia, są równolatkami. Teraz rozumie jego proszący wzrok z tamtego czasu, gdy starał się go zrozumieć, chociaż tak naprawdę, nawet wbrew sobie, gardził nim.

Lata sześćdziesiąte. Mąż jego kochanki zaprasza go na spotkanie.

– Nie bardzo wiem, o czym chciałby pan ze mną mówić – Andrzej kłamie do słuchawki telefonicznej.

– Wie pan doskonale… – Mężczyzna śmieje się ze smutkiem.

– Skoro pan tak twierdzi…

Jak zaczął się ten romans, nie miał jeszcze trzydziestu lat. Wspólni znajomi, przypadkowe spotkanie w restauracji, kawa, alkohol, uśmiechy, żarty, spojrzenia. Coś zaiskrzyło. Dlaczego właśnie między nimi, nagle, natychmiast? To działo się niemal poza nimi. Imperatyw, poryw, boska wola, chemia, zwierzęcy magnetyzm… Czy może po prostu i prozaicznie zachwyt cielesnością?

Kiedy jej mąż zaprosił go na spotkanie, ich związek trwał już ponad rok. To były rzadkie, wykradane szarym dniom schadzki – pomiędzy fryzjerem a zakupami, wizytą u lekarza czy manikiurzystki. Krzyczała, kiedy w niej był. Zachłystywała się jego siłą i witalnością. Wtulała się w niego, uciekając przed codziennością. Pozwalała ciału na wyzwolenie. Wyginała je i prężyła, wbijała paznokcie w jego plecy, wiła się i błagała, by nie kończył. Była wtedy jego jedyną kobietą. Czekał na te spotkania, chciał czuć jej rozedrganie, słyszeć krzyk, patrzeć na ciało, które wiedziało, czego chce, i on mu to dawał.

Uciekali spojrzeniem przed porozumiewawczym wzrokiem recepcjonisty w hotelu. Wychodzili z budynku w bezpiecznych odstępach czasu, żeby nikt nie skojarzył, żeby nikt nie pomyślał… – przecież ona była żoną szanowanego mężczyzny o ugruntowanej pozycji zawodowej. Zdawało się, że nikt nie wie, niczego się nie domyśla. Miesiące niezakłócanych niczym spotkań uśpiły ich czujność. A może wcale nie chcieli być czujni? Może rozpierała ich duma, że razem tak im dobrze? I chcieli, żeby wiedzieli o nich i recepcjonista, i kwiaciarki, i kelnerki? Bo skoro o swoim szczęściu nie mogli wykrzyczeć całemu światu, to może chcieli, by chociaż kilka przypadkowych osób zobaczyło promyk ich słońca?

Kilka razy spotkali się w kawiarni. Kiedyś dotknął jej dłoni, niby przypadkiem, nie mógł się oprzeć.

A później ten telefon. I spotkanie.

– Wiem, że widuje się pan z moją żoną – zaczyna mężczyzna.

Pisarz, wtedy jeszcze młody dziennikarz, unika jego wzroku.

– Chyba mnie pan z kimś pomylił, drogi panie – chce być dyplomatą i mistrzem mowy polskiej.

– Pan jest młody, przed panem całe życie – mówi, jakby nie usłyszał, co przed chwilą powiedział Andrzej. – Jeszcze będzie mieć pan mnóstwo kobiet, żonę, którą pan pokocha. Proszę mi wierzyć. A moja żona będzie pana pięknym wspomnieniem. Bo jest piękna, nie da się ukryć. Wszystkim się podoba, więc wcale się panu nie dziwię. Niezwykle kobieca kobieta. W pańskim życiu będzie jedynie epizodem, fascynującym zapewne, a dla mnie, proszę pana, dla mnie, ona jest największym skarbem. – Ucieka wzrokiem pod stół. – Niech ją pan zostawi! Bardzo pana proszę…

Andrzej patrzy w oczy mężczyzny i widzi błagającego o litość, zmęczonego życiem, utrudzonego starca. Obiecuje mu, że nigdy jej więcej nie zobaczy.

Siedzący przy kominku pisarz spogląda w oczy swojego równolatka z lat sześćdziesiątych. Wzrusza się. Dostrzega w nich to, czego czterdzieści lat wcześniej nie mógł zobaczyć. Po jego policzkach płyną łzy.

Ich romans trwa jeszcze całe lata. Wciąż się spotykają. Recepcjonista hotelu w centrum miasta daje im klucz do pokoju, nie prosząc już nawet o dokumenty. Spotyka się z nią także w jej domu. To oficjalne wizyty. Zaprzyjaźnia się ze starym mężczyzną. Gra z nim w szachy, rozmawia o polityce i pogodzie. Kobiecie pomaga parzyć kawę w kuchni, obejmując ją i całując najczulej jak potrafi. Jej mąż siedzi wtedy w pokoju obok i prosi, by nie zapomnieli o śmietance i ciasteczkach. Ta przewrotna konspiracja męczy całą trójkę, ale stanowi równie przewrotną podnietę.

Później przychodzi rok, w którym na podjęcie ważnych decyzji nie ma dużo czasu. Stary człowiek i jego piękna żona dostają wizę do Izraela, wcale o nią nie prosząc. Sprzedają dom, pianino, pakują srebrne sztućce i kruche filiżanki. Andrzej odprowadza ich na pociąg. Jest przecież przyjacielem domu.

– Pocałuj ją, jak kochający mężczyzna całuje ukochaną kobietę – zwraca się do Andrzeja mężczyzna. – To wasz ostatni raz.

Odchodzi kilka kroków i odwraca się, by na nich nie patrzeć. Przylegają do siebie. Całują się, najpierw delikatnie, zaledwie muskając ustami, później wtulają się mocno w siebie, jakby wokół nikogo nie było. Mieszają się łzy i łkania. Nie mogą się rozstać, przecież są dla siebie stworzeni. Słychać gwizdek konduktora. Mąż bierze ją za rękę. Patrzą na siebie załzawionymi oczyma. Wiedzą, że to może pożegnanie na całe życie.

W pociągu, przy oknie, stary człowiek obejmuje troskliwie swoją ukochaną. Teraz będzie już należeć tylko do niego. Zabiera ją do innego świata, gdzie zaczną nowe życie. To, co się wydarzyło, to już przeszłość, która będzie istnieć jedynie w gwiezdnych konstelacjach.

Młody dziennikarz patrzy na odjeżdżający pociąg. Po policzkach spływają mu łzy.

Ta opowieść jest zamknięta. Ogień na kominku dogasa. Pisarz szlocha.

Oboje milczą. Ewa wstaje, dokłada drewna do ognia. Dolewa koniaku i bierze go za rękę.

– A ta kobieta?

– Co, kobieta?

– Pańska ukochana. W opowieści prawie jej nie ma.

– Jak to nie ma? – Andrzej nie kryje zdziwienia. – Przecież to całe zamieszanie przez nią! Nie ma, dobre sobie. – Upija łyk koniaku. – Czego ty, dziecko, oczekujesz? Przecież powiedziałem, że była piękna, dojrzała, nienasycona, miała wielki temperament.

– I dwaj panowie przekazywali ją sobie wzajemnie, przeżywając przy tym, oczywiście, duchowe i cielesne katusze. Potraktował ją pan jak towar.

– Brednie! To jakaś zwichrowana terminologia feministyczna! Po tobie się czegoś takiego nie spodziewałem. – Pisarz kręci głową z niedowierzaniem. – Co za czasy!

– Kobiety w pańskich opowieściach nie mają osobowości.

– Najwyraźniej nie jestem Tołstojem, Flaubertem ani Balzakiem.

– Nie spróbował pan nawet próbować. Poza tym ta kobieta nie jest przecież postacią czysto literacką.

– Nie mam, jak niektórzy twórcy, kobiecej osobowości.

– Każdy ją w pewnym stopniu ma. Tylko niektórzy skutecznie ją w sobie tłumią, zamiast pielęgnować.

– Jesteś szatanem, kobieto.

– Gdzieś już to chyba słyszałam. – Śmieje się, biorąc go znowu za rękę. – Kiedy bogini stworzyła już cały świat, przyszedł do niej Adam i zapytał: „Pani, dlaczego stworzyłaś kobietę taką piękną i niezwykłą?”. „Żebyś mógł łatwo się w niej zakochać, Adamie”. „A dlaczego równocześnie stworzyłaś ją tak naiwną?”. „Żeby ona mogła zakochać się w tobie”.

Andrzej wzdycha. Zatrzymuje wzrok na płonącym drewnie. Po chwili jest w swoim mieszkaniu sprzed lat.

Dostał tę kawalerkę jakimś cudem, w centrum miasta, trzydzieści siedem metrów kwadratowych. Mikroskopijna kuchnia bez okna, dwa pokoje i łazienka. Był dumny, kiedy przyprowadził tam Romę pierwszy raz. Mieszkanie było puste, żadnych sprzętów ani mebli.

– W tej wannie jeszcze nikt się nie kąpał – powiedział i zaczął ją rozbierać. – To będzie inauguracja.

Dziwne było to uczucie podwójnej miękkości. Prawie żadnego oporu. Nie do końca ją wtedy jeszcze czuł. Znaleźli się na zimnych kafelkach podłogi. Drżała, z zimna. Nie było ręcznika. Nie pomyślał, że może być potrzebny. Wytarł ją jej żółtym jedwabnym szalem. Pamięta go do dziś, choć to przecież szczegół. Mężczyźni na ogół nie pamiętają takich rzeczy. On zapamiętał, tak bardzo ją kochał. Na pewno nie była dla niego żadnym towarem. Ale co mógł jej wtedy zaproponować, czym zaimponować? Kawalerką w centrum miasta? Nie był jeszcze nawet pisarzem. Stał na pozycji z góry skazanej na porażkę. A mąż gwarantował jej wszystko: dom, futra, jedwabne szale, biżuterię. A on? Mógł jej dać tylko siebie. Nie sądził, żeby taką kobietę mogło to satysfakcjonować. Poza tym chciał robić karierę, pisać, zdobywać świat. Nie był gotowy na stały związek, obowiązki, może dzieci… Nawet nie chciał o tym myśleć. Miał tylko pewność, że chce z nią być, ale bez zobowiązań, planów na przyszłość, bez rozmyślań i pytań o jutro. Dla niego jutro miało przecież przyjść dopiero za tysiąc lat. Tak wtedy myślał. Czy to, że o tym wszystkim nie opowiada w książkach, dowodzi, że traktował ją jak towar? Nie! Chciał jedynie, by to, co najpiękniejsze i najbardziej ekscytujące, pozostało tylko w jego pamięci.

Widzi ją, jak stoi naga przy oknie. Jest bezradny wobec jej kobiecej siły.

– Bądź mężczyzną! – krzyczy nie wiadomo dlaczego i bije go pięściami w nagi tors.

Później siada, krzyżuje nogi i kołysze się w przód i w tył. Płacze. Wkłada długie palce między jasne włosy, ściska dłońmi głowę. Mówi szeptem, żeby coś zrobił, żeby był dla niej, a ona tylko dla niego, że dłużej tego nie zniesie. Przygarnia ją do siebie, obejmuje mocno jej biodra, delikatnie uderza ją w gołe pośladki, przylega do niej z całej siły. Kocha ją długo i namiętnie.

Teraz wie, czego oczekiwała, krzycząc „Bądź mężczyzną!”. Dopiero teraz wie.

– Może rzeczywiście empatia to nie moja specjalność – przyznaje cicho, nie podnosząc wzroku znad lampki z koniakiem. – Ale z tym towarem, to przesadziłaś, dziecko!

– Powiem panu, oczywiście tylko spróbuję, co czuła i myślała wtedy, kiedy krzyczała: „Bądź mężczyzną!”.

– Dowiem się czegoś nowego?

Ewa zdejmuje buty, wyczekując w jego wzroku pozwolenia. Podkłada nogi pod siebie, mości się w fotelu, cały czas trzymając w ręce kieliszek z koniakiem. Kiedy uznaje, że jest jej już wygodnie, zaczyna mówić.

– Roma chciała być dobrą żoną…

– Roma? Skąd wiesz, jak miała na imię? – pisarz przerywa jej zaskoczony.

Ewa wzdycha głęboko i zaczyna jeszcze raz…

Lustro

I niech tak się stanie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pani Lasu przychodzi nocą

Malleus Maleficarum

(Młot na czarownice)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Klub Byków

In Hoc Signo Vinces

(Pod tym znakiem zwyciężysz)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pierścień Bogini

Heimatlieben

Śnij swój sen

Zbieracie moje szczątki

Ewa

Zakończenie

Copyright © 2014 by Dorota Stasikowska-Woźniak All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Partner:

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Zofia Rokita Korekta: Jadwiga Piller Projekt okładki: Maciej Szymanowicz Zdjęcie na I stronie okładki: Shutterstock Zdjęcie na IV stronie okładki: Agnieszka Orlińska Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska

ISBN: 978-83-7778-645-1

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com