Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 313 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mama - Sylwia Kubryńska

Czy mogę cofnąć czas? Czy mogę cofnąć czas i przyspieszonym kursem uzupełnić braki w tej profesji, jaką jest macierzyństwo? Czy to, że nie umiałam wychować lepiej, mnie usprawiedliwia? Przecież wtedy, na samym początku, nie było takiej szkoły. Nie było kursów, kierunku studiów. Pewnie nadal nikt nie zrobił. Wyższa Szkoła Macierzyństwa. Boże, co za nisza! Tymczasem nie ma, nie było, nie skończyłam, nie zaliczyłam. Mam to oblane na całej linii i dlatego moja matka, jak pani nauczycielka, jak nie przymierzając – własna teściowa – zadaje mi takie pytanie. Do tablicy: Mama. Proszę odpowiedzieć na pytanie: Czy ty w ogóle kochasz swoje dziecko!?

Brawurowa książka Sylwii Kubryńskiej to szczera i bezkompromisowa opowieść o tym, jak macierzyństwo zmienia kobietę. To książka o wymaganiach świata i wszystkich dookoła wobec matek i ich matczynej samotności…

Nareszcie brudne i męczące macierzyństwo ma głos!

Sylwia Kubryńska – jedna z najbardziej cenionych polskich współczesnych pisarek. Feministka, felietonistka, matka. W 2015 roku głośną książką "Kobieta (dość) doskonała" zdobyła listy bestsellerów. Jej kolejne powieści: "Furia mać!" (2016), "Biurwa" (2016) i "30 sekund" (2017) były szeroko komentowane. Każda jej książka to wydarzenie literackie.

Już myśli nad kolejną.

Czy mogę cofnąć czas? Czy mogę cofnąć czas i przyspieszonym kursem uzupełnić braki w tej profesji, jaką jest macierzyństwo? Czy to, że nie umiałam wychować lepiej, mnie usprawiedliwia? Przecież wtedy, na samym początku, nie było takiej szkoły. Nie było kursów, kierunku studiów. Pewnie nadal nikt nie zrobił. Wyższa Szkoła Macierzyństwa. Boże, co za nisza! Tymczasem nie ma, nie było, nie skończyłam, nie zaliczyłam. Mam to oblane na całej linii i dlatego moja matka, jak pani nauczycielka, jak nie przymierzając – własna teściowa – zadaje mi takie pytanie. Do tablicy: Mama. Proszę odpowiedzieć na pytanie: Czy ty w ogóle kochasz swoje dziecko!?

Brawurowa książka Sylwii Kubryńskiej to szczera i bezkompromisowa opowieść o tym, jak macierzyństwo zmienia kobietę. To książka o wymaganiach świata i wszystkich dookoła wobec matek i ich matczynej samotności…

Nareszcie brudne i męczące macierzyństwo ma głos!

Sylwia Kubryńska – jedna z najbardziej cenionych polskich współczesnych pisarek. Feministka, felietonistka, matka. W 2015 roku głośną książką "Kobieta (dość) doskonała" zdobyła listy bestsellerów. Jej kolejne powieści: "Furia mać!" (2016), "Biurwa" (2016) i "30 sekund" (2017) były szeroko komentowane. Każda jej książka to wydarzenie literackie.

Już myśli nad kolejną.

Opinie o ebooku Mama - Sylwia Kubryńska

Fragment ebooka Mama - Sylwia Kubryńska

 

Copyright © Sylwia Kubryńska, 2018

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© kasinv/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Katarzyna Gwicińska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-761-1

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

 

Wszelkie wydarzenia i bohaterowie

stanowią fikcję literacką.

Niemniej każda fikcja literacka, także tu,

karmi się zwykłym życiem.

 

Dla Julii

 

Pacyfik

– To która babcia będzie chowała?

Gabinet ginekologiczny w przychodni rejonowej. Szarobeżowy budynek z odrapaną elewacją. W środku lastryko na podłodze i lamperia na ścianach. I pełno kobiet, smutnych, pękatych, zaniedbanych. Czemu kobiety w ciąży są tak zaniedbane? Czy ja też będę zaniedbana?

– To która babcia będzie chowała?

Jest jedna młoda. Tleniona blondynka z zamazanymi pudrem plamami na skórze. Brzydka, rzecz jasna. Brzydka i mająca w sobie to coś odstręczającego, co ma każda baba w ciąży. Taką fizjologię na twarzy. Obleśny ekshibicjonizm ciążowy. I ten obsceniczny brzuch rozpierający materiał sukienki. Ten pępek wydatny, zarysowujący wypukłość pod tkaniną.

Obok niej siedzi pryszczaty chłopak, trzyma ją za rękę. I choć jest jeszcze na tyle młody, że ma pryszcze, to brzuszkiem może zaimponować nawet swojej ciężarnej pani. Z miejsca mnie to denerwuje, nienawidzę jej i jego. Nienawidzę tych par spodziewających się dzieci, nienawidzę tej nowej durnej mody na przyłażenie RAZEM do ginekologa, żeby obejrzeć płód i RAZEM robić jakieś idiotyczne uwagi, że to tam, na tym ekranie, to zamazane, niewyraźne, czarno-białe coś, to niby jest śliczne. Nienawidzę.

– To która babcia będzie chowała?

Dobre pytanie. Może babcia Ewa? Mogłaby, czemu nie, tylko że zmarła na raka. Stasia? Świetny pomysł. Tak między czwartą a piątą rano, zanim pobiegnie do pracy w sklepie spożywczym na dwanaście godzin, przepraszam, na piętnaście, zapomniałam, że sklep do dwudziestej. Ale po powrocie, czemu nie, w końcu ma na głowie jeszcze tylko dwoje małych własnych dzieci.

Na mnie nie było czasu, na te małe też jakoś nie za bardzo, to czemu nie na wnuka? Co za problem, pani doktor?

Szybko poszło. U nas w rodzinie idzie szybko, błyskawicznie. Osiemnaście lat. Dziewiętnaście. Ledwo się na uczelnię dostałam. Nikt wcześniej nie mówił o antykoncepcji. Nikt nie mówił o seksie. Jak się nie mówi, można udawać, że go nie ma. Dzieci pojawiają się jak pakunki z bocianiego dzioba. Pstryknięcie palcami. Rachu-ciachu i po strachu.

Do końca życia kierat.

– To która babcia będzie chowała?

Może tamta, jego matka, której nawet nie znam? Nadawałaby się? Z pewnością. Tak między jednym kieliszkiem a drugim, między jednym upadkiem w kawiarni kina Polonia a drugim. Widziano ją niedawno, domagała się wódki. Obsługa tłumaczyła, że nie prowadzą alkoholu, wtedy się przewróciła. On był zażenowany. Nie. Wściekły. Nie wiem zresztą, co czuł, nie mam nawet ochoty sobie wyobrażać, nie mam ochoty go znać. Moja mama się nie przewraca. Przynajmniej to.

A może moja babcia, ta spod Lwowa, co mnie ruskiego uczyła? Co mnie uczyła po rusku śpiewać? Prawdopodobnie najprędzej, gdyby tylko nie była już taka stara i niedołężna. I gdyby nie miała na głowie swoich dwunastu wnuków. I dziadka, co przecież, jak każdy facet, też dziecko.

Najpierw urosły mi piersi. Rosły i bolały. Nie miałam już żadnego stanika, wszystkie za małe. Nosiłam taką koszulkę z napisem „Pacyfik”. A pod spodem wzburzone fale oceanu. Koledzy z roku śmiali się ze mnie, jeden z nich przechrzcił na „Cycyfik”. O, Cycyfik idzie. Śmiałam się razem z nim. A przecież to wcale śmieszne nie było. Przynajmniej dla mnie.

Jak wchodziłam do akademika, wszystko mi śmierdziało. Akademik trzypiętrowy, zanim doszłam na ostatnie piętro, już miałam wszystko pod gardłem. W trzysta osiem śmierdziało psującą się szynką z Pawła szafki. Za tapczanem leżały skarpetki Orzysza. Kiedyś tego nie czułam. Teraz czuję. Czuję jak pies, owczarek niemiecki. Tropię ślady rozpadu. Rozpada mi się życie, rozpada się ciało. Ze zgrabnej siksy zamieniam się w Cycyfik. Na gładkiej dotąd skórze, tak gładkiej jak lakier na mercedesie, jak to mówił Krzysztof, teraz pojawiają się rozstępy. Rośnie we mnie moja własna zagłada. Chcę od niej uciec, nie mogę. Biegam codziennie, do utraty tchu, do utraty zmysłów. Czy można uciec od własnego ciała? Od brzucha? Na razie wierzę, że można. Można się trochę zabić, żeby siebie ocalić? Kwas foliowy. Witamina B. Wino Arizona. Siadam na parapecie w pokoju chłopaków. Piętra w tym akademiku są wyjątkowo wysokie. Przechylam się na zewnątrz. Może kawałek mnie wypadnie? Zginie, zabije się, odczepi się ode mnie na zawsze?

Artur wyskoczył. Wyskoczył na główkę, jakby do wody skakał, debil. W szpitalu leżał potem pół roku i się zrastał. Przeżył, rzecz jasna. Tylko czemu wyskoczył? Wystarczyło, że Julka go rzuciła. Boże, jak facetom mało trzeba. Chciałabym, żeby mnie ktoś rzucił. Chciałabym mieć tylko taki problem. Tańczyłabym na tym parapecie do rana z tanim winem. Jak kiedyś. Jak za starych dobrych czasów, pięć tysięcy lat temu, w zeszłym miesiącu, w zeszłym tygodniu, wczoraj. Mój Boże, jakie to wszystko ulotne. Wystarczy chwila, kilka sekund. Miałeś uważać.

Prawie się udało.

To ja panu już podziękuję. Zmienię numer telefonu i pokoju w akademiku.

Chciałabym, żeby mnie ktoś rzucił. Tylko tyle: zerwanie. Boże, jaki to fajny mały problem! Jaki to beztroski kłopot! Dziewczyny, kiedy ktoś was rzuci, róbcie imprezę! Bawcie się! To naprawdę luksus, mercedes wśród problemów. Tymczasem mnie nigdy nikt nie rzuca. Ze mną jest za dobrze. Każdy chce się przykleić, przywrzeć, zatopić. Pojeździć na mnie, popodgryzać. Jestem jak drzewo, Matka Ziemia. Ja i dwójka małych dzieci mojej matki. Ja i osiemnaście psów bezdomnych. Ja i zagubiony syn alkoholiczki, który myśli, że prawie to spoko.

Ja. I rosnący we mnie wyrok.

Zupełnie sama, zakręcona wokół własnej osi w kosmosie samotności.

MAMA.

Spierdalać wszyscy! Spierdalać przez okno, trzecie piętro, pokój trzysta osiem.

Moja uczelnia znajduje się w pięknym miejscu, w Kortowie pod Olsztynem. Gmachy akademickie stoją wśród drzew, w parkach, nad jeziorem. Kiedy zaczynałam studia, na zajęciach z angielskiego nauczyciel zapytał świeżo upieczonych studentów, czemu wybrali akurat tę uczelnię. Jakaś laska spod Krakowa odpowiedziała z rozbrajającą szczerością, że doszły ją słuchy, jak piękne i imprezowe jest to miejsce. I dlatego.

Ja wybrałam tę uczelnię dlatego, że nie miałam kasy na żadną inną. Tu mieszkam po prostu. I tu będę mieszkać do końca swych dni, bo właśnie przybetonowałam się do tego miejsca za pomocą plusika na teście ciążowym. Kiedyś nie miałam kasy, żeby wyjechać? Ha, ha, ha. Teraz nie będę miała kasy, żeby żyć.

Przychodzę tu codziennie i codziennie rano słucham na wykładach, jak wygląda zapłodnienie. Co za paradoks, że studiuję bioinżynierię. To nauka o rozmnażaniu, rozpłodzie, superowulacji, ejakulacji, genetyce. To jest właśnie szkoła. Człowiek się uczy, zalicza, ale w życiu z tej nauki nie korzysta. Niby wiadomo, a jednak nie wiadomo, skąd się biorą dzieci.

Są kobiety, które tak się wstydzą tej niewiedzy, że ściemniają coś o zabezpieczeniach. A to niby wpadka, a spiralka zawiodła, a tabletki nie zadziałały, a prezerwatywa pękła. Tak, jasne. Oczywiście. Wszystko wam zawiodło. Głupio się przyznać do głupoty. Mnie też głupio się przyznać, więc nie mówię nic. Nic nikomu. Zwłaszcza matce.

Jest mi niedobrze. Wybiegam z sali, biegnę daleko w kortowski las na górę, z której tak niedawno, zimą zjeżdżałam z Julką i Olką Rybak na saneczkach. Boże, jak było pięknie. Zazdroszczę wszystkim kobietom, które nie są w ciąży. Zazdroszczę każdej studentce, która ma pod opieką tylko siebie. Biegnę, a łzy mi lecą po policzkach. Zachłystuję się własną rozpaczą, uciekam z potrzasku, z którego uciec się nie da. Dobiegam wreszcie do miejsca, które prowadzi w kierunku stadniny koni należącej do uczelni. Konie. To takie piękne zwierzęta. Podchodzę do zagrody, głaszczę po pysku piękną kasztanową klacz. Mój Boże, mogłabym nauczyć się jeździć na koniach, gdyby nie to wszystko. Mogłabym tyle zrobić, gdyby nie to wszystko... I nagle olśnienie. Oczywiście. Zacznę jeździć na koniach! To musi być skuteczne. To musi zadziałać. Widziałam nieraz na filmach, jak jakaś tam damulka na koniu traci ciążę. Dramat, płacz i nadęty mąż przemierzający nerwowo salony ich wspólnego pałacu.

Z miejsca zapisuję się na praktyki. A tam zero jazdy konnej, każą mi sprzątać końskie łajno. Zamiatać stajnię. Wygrabiać liście z zeszłego roku. Oswajać się ze zwierzętami. Nie wiadomo, ile to potrwa. Nie doczekam się nauki jazdy. Ile mi jeszcze czasu zostało? Dziewięć miesięcy to szmat okazji. Może spadnę ze schodów? Może wyskoczę z pociągu? Kurwa, co ja mam ze sobą zrobić? Co ja mam zrobić?

Wyskoczę z pociągu.

Zaczynają mnie nękać bóle głowy. Idę do akademickiego lekarza, przychodnia jest w szóstce, niedaleko dziewiątki, akademika chłopaków. Bliżej jeziora. Wszystko tu jest blisko jeziora, w którym przecież zawsze mogę się jeszcze utopić. Moje autodestrukcyjne myśli zaczynają mnie prześladować. Autodestrukcja przybiera postać nieustającej migreny. Organizm jest cwany. Lepiej zamienić rozpacz w migrenę, człowiek nie ma siły się zabić. Człowiek zwija się w bólu fizycznym i zapomina o tym, w jakiej dupie się znalazł. Ja z bólu zapominam. Zapominam do tego stopnia, że skarżąc się na ból, milczę na temat ciąży. Ten daje mi końską, nomen omen, dawkę paracetamolu. W zastrzyku. Pielęgniarka wbija igłę i powoli, a boleśnie, pompuje w mój pośladek truciznę. Wyobrażam sobie, jak substancja przenika z krwią do łożyska, stamtąd zabija po kolei każdą rwącą się do rozwoju komórkę mojego problemu. Wychodzę z poczuciem zwycięstwa. Zwycięstwo zamienia się w porażkę w innym gabinecie. Ginekologicznym.

– To która babcia będzie chowała?

Czasem pytania potrafią zabijać. Ja chcę zabić. Zeskoczyć z fotela i rzucić się na tę okrutną lekarkę. Za tę „babcię”. I za tę ciążę. Trzeci miesiąc. To już trzeci miesiąc. Czas się kurczy. Zostaje mi coraz mniej szans.

Dywan

Najbardziej wkurwia mnie facet od genetyki. I matka. I ciotka Teresa. I Orzysz. I kuzynka. Koleżanka matki z tym swoim głupim, śmierdzącym psem Pako. Wujek Witek wiecznie pijany i też śmierdzący. I słońce. Deszcz. Wiatr. Kwiecień. Moje dwudzieste urodziny. Wszystko.

Nienawidzę poranków. Nienawidzę porannych mdłości, które się przeze mnie przetaczają bezwstydnie w każdym, najmniej pożądanym miejscu. W autobusie. Na chemii analitycznej, wśród probówek. W trzysta osiem. Na przystanku. W klubie Stajnia. Poranne mdłości zagarniają każdą porę dnia i nocy i są już od dawna nieporanne. Wszędzie czuję ten zapach, mdły, rozgrzany, tętniący zapach trzewi i zepsutej szynki z Pawła szafki. Wszystko jest przepełnione fizjologią, procesem, rozpadem i rozwojem, życiem zepsutym, grzechem biologii. Chciałabym zatopić twarz w czymś chemicznym, nieorganicznym, bez zapachu śluzu i jelit, śliny, potu, krwi, łoju. Nigdzie tego nie znajduję. Jestem czujnikiem związków węgla, wyczuwam je na kilometr, węszę, czuję, cierpię. Swoim niepojętym skanerem widzę rzeczy niewidzialne, jak za szafką psuje się banan, jak pod łóżkiem schnie kawałek kiełbasy, toczy się z niego kiełbasiany jad. Gdzieś w rowie rozkłada się przejechany kot, w kominach wylęgają się muchy. Mój węch rejestruje wszystko, absolutnie wszystko, superszybki procesor mojego nowego mózgu rozbija to na rzeczy zdrowe i niezdrowe, i cóż, wszystko jest niezdrowe i na wszystko rzygam.

Zachciało mi się czipsów. Kupiłam w markecie „Pod dziewiątką” paczkę bekonowych. Po czterech chrupkach zamieniam się w bekon, już czuję własne otłuszczone czerwone boczki, których nic nie uratuje, nic, chyba że jabłko. Biegnę po jabłko do warzywniaka przy pętli autobusowej. Skubię bilon, proszę jabłko, duże, zielone, kwaśne, zatapiam zęby w jabłku, chwila ulgi, moment świeżości, na ułamek sekundy nie jestem rozgrzanym kawałkiem mięsa, jest nadzieja, może nie zgniję jak ten banan i kiełbasa, może się jakoś z tego wykaraskam.

Jabłko znika pożerane łapczywie i zostaje w nim ząb. Zęby śnią mi się od trzech miesięcy, ciągle je tracę, ciągle mam z nimi problem, a tu proszę, sen proroczy, pół zęba tkwi w jabłku, umieram, rozkładam się za życia. Nie ma we mnie wapnia, magnezu, potasu. Jest tylko obcy, Obcy – decydujące starcie, wyssanie ze mnie wszystkiego, nawet zębów. Lecę do szóstki, kurwa, oddajcie mi zęby, a w przychodni mówią, że muszę sobie kupić Calcium-Sandoz, sorry, trzydzieści pięć złotych.

A ja ledwo co na jabłko wyścibiłam, skąd mam wziąć trzydzieści pięć na Calcium-Sandoz?

Lekarz mówi, że mam złe wyniki, że sypię się jak Etiopka, w ciąży się trzeba odżywiać, a nie wino Arizona. Prawda jest taka, że o tym winie nie mówi, bo ja się nie przyznaję przecież, poza tym już dawno nie mogę nawet na wino patrzeć, co dopiero pić! Ciąża rzuciła moje wino, ciąża zdecydowała, że nie smakują mi papierosy. Ciąża zdecydowała za mnie. I teraz nie mogę pić ani palić, a przecież z tego składała się istota mojej egzystencji, rano fajka, wieczorem browar. Teraz kradnę jabłka na straganach i zbieram na Calcium-Sandoz. Może matce powiem? Nie, nie powiem, matka mnie zabije. A i tak nie ma kasy na jakieś wapno zagraniczne. Już wolę umrzeć bez zębów, wolę wyskoczyć z pociągu.

W końcu znajduję. Znajduję to miejsce, czuję je z ulicy. Wchodzę do sklepu z dywanami, podchodzę bez słowa tłumaczenia do stojaków i na nich wywieszonych arrasów, zatapiam twarz w fabrycznie nowych włóknach. Nic nie śmierdzi. Nic nie śmierdzi. Pachnie nowością, pachnie chemią, pachnie niczym. Wtulam się w dywan jak dziecko i nie mogę powstrzymać ataku łez.

Jednej rzeczy żałuję bardzo. To znaczy wcale nie jednej, ale jak już tak musi być, to tej jednej rzeczy żałuję bardzo. I wiem, dokładnie wiem, że to moje żałowanie jest trochę absurdalne, tak jakby żałowało się jakiegoś gestu bez znaczenia tuż przed pożarem.

Wtedy, tam, na tym łóżku Pawła, kiedy Paweł wyszedł i zostawił nam swoje łóżko (czemu Paweł to zrobił, czemu nas nie pogonił?!), gdy byłam tak blisko z nim... powiedziałam mu, że go kocham. Powiedziałam mu, że go kocham. Mój Boże, nawet teraz, kiedy to wspominam, kiedy o tym myślę, czuję w środku takie dźgnięcie, ukłucie bolesne, przerażające ukłucie pustki. Bo to, że ja powiedziałam, że go kocham, to jeszcze nic. NIC – idealne określenie. Bo on odpowiedział milczeniem.

Nie mogę sobie tego darować. Nie mogę darować sobie tego tonu, niemal płaczliwego, niemal błagalnego. Nie mogę odżałować tego, że na tę krótką chwilę zapomniałam o swojej niezłomności, o chłodzie, o byciu niewzruszoną. Tak bardzo tego żałuję, jakby ta właśnie moja chwila słabości była odpowiedzialna za to, co się stało. Za to, że ten jeden moment odsłonięcia najczulszego punktu mógł być jednocześnie jakimś cudem, odsłonięciem biologicznym, zwolnieniem osłon białkowo-lipidowych moich tkanek, moich komórek rozrodczych, których kategoryczne zamknięcie, jak zamknięcie własnych uczuć, chroniło mnie dotąd przed zagładą.

To jedno, przepraszam, te dwa słowa. Kocham cię. I koniec. Pancerz puścił, wrota się otworzyły i zostałam zapłodniona. Zostałam zgubiona. Nastąpił mój koniec, koniec tej, którą byłam, beztroskiej, bezsennej, niezależnej dziewczyny zjeżdżającej saneczkami z kortowskich górek.

Życie jest piękne, dopóki nie uchylisz furtki swojej słabości. Dopóki ktoś nie wstawi stopy między twoją wolnością a uczuciem. Potem wali się wszystko. Mnie się wszystko zawaliło.

I teraz nienawidzę siebie takiej, którą się stałam. Nienawidzę w sobie tych uczuć, które mną tak pokierowały. Nienawidzę swojej zmienionej fizjologii, nienawidzę fizjologii w ogóle. Bo przecież uczucia, emocje to też fizjologia. Tak, tak, to też fizjologia, żadna magia. Wystarczy wstać nieco wcześniej w piątek i przyjść na wykład o tym, jak działa układ nerwowy oraz hormonalny. Nienawidzę więc własnej fizjologii, własnego układu nerwowego oraz hormonalnego, nienawidzę swojego samopoczucia sterowanego tymi układami, nienawidzę zależności od zapachów, smaków, poranków i snu. Nienawidzę tych podłych pięciu żołnierzy w mojej głowie, tej małej podstępnej drużyny zarządzających mną emocji: gniewu, lęku, odrazy, smutku, radości. A najbardziej nienawidzę tej ostatniej, radości, bo od niej bierze się ta durna szczerość, naiwność, dziecięca ufność psiny tulącej się do nic nieczującego i właśnie przez to LEPSZEGO kogoś. Chciałabym nic nie czuć, chciałabym odrzucić wszystkie te powyższe dyktatury systemu, jaki stanowię ja.

Nienawidzę tego swojego naiwnego, ufnego, psiego „kocham cię” wybrzmiałego tamtej nocy. Wybrzmiałego bez odpowiedzi, bez wyznania zwrotnego, kiedy przecież „kocham cię” jest głodem, jest wołaniem, samo w sobie domaga się komunikatu: „Ja ciebie też kocham”.

A tego nie było. Tego nie usłyszałam. Nie usłyszałam, bo on tego wcale nie powiedział. Nie powiedział i nawet żadnym gestem tego nie przyjął. Boże, jaki wstyd! Zakłopotanie! Najgorsze dla dziewczyny, najgorsze na świecie jest to zakłopotanie w ciszy nocnej po pełnym nadziei (pieprzona radość!) wyznaniu: „Kocham cię”.

Ogłaszam koniec miłości. Nie znam jej i znać więcej nie chcę. Moi rodzice nie dali mi miłości, mój chłopak (mój?) nie dał mi miłości, życie miłości mi poskąpiło. Nie mogę tego czuć, nie mogę o tym mówić, nie wolno mi się do tego przyznawać. Miłość to słabość. Miłość to pułapka. Miłość to bezbronność. Raz się stałam bezbronna. I mam za swoje.

Nigdy więcej nikomu nie powiem tych dwóch słów. Mało tego. Nigdy więcej ich nie poczuję. Muszę to sobie obiecać. Muszę w sobie wytworzyć całkowitą odporność na tę obrzydliwą słabość, jaką jest miłość. Muszę zablokować emocje, muszę być tak doskonała jak on, nic nieczujący cyborg, super cool osoba, psychopatyczny, zimny, piękny, niezłomny android z planety: Wyjebane Na Wszystko.

***

Reklamy tych wszystkich środków dla dzieci, proszków, mydeł, kremów, pieluch! Oliwek, posypek, pudrów, szamponów! Odżywek, papek, mleka w proszku, startych marchewek, startych moreli, zmiksowanych pulp owocowych, z twarożkiem, z jogurcikiem, z kluseczkami!

Te rozkrochmalone, jasne mamuśki w porannym świetle! Te ich zatroskane miny, te pocieszne twarze! To szczęście jedyne na świecie, ta ekstaza wśród misiów, grzechotek, karuzel! Te kołderki w błękity, te podusie w róże! Te bielusieńkie prześcieradła! Te łóżeczka miękkie, te zasłonki kolorowe! Te śpioszki, te majteczki! Kaftaniki! Skarpetusie!

Te pupy, te udeczka, te dołeczki! Te napompowane bobasy, te słodkie ulepki, te uśmieszki, te buziaczki! Te pępki, pępuszki na wystających brzuszkach! Te rozgniecione usta modelek na gładkiej skórze niemowląt! Ta mamusiowość, ta rozkosz, ta mdląca, drapiąca za uszami słodycz...

Kurwa, nie mogę.

***

Ludzkość przeżyła setki tysięcy lat bez Calcium-Sandoz. Bez papek i gerberów z jogurcikiem. Bez syropu Materna i bez pampersów. Bez posypek i oliwek. Czemu teraz TRZEBA to wszystko kupić? Czemu trzeba pić wodę mineralną ZDRÓJ zamiast kranówy? Nic nie rozumiem, głupia jestem, głupia byłam, głupia będę. Mój dziadek mawiał, że się głupi urodził i głupi umrze. Tak samo ze mną. Po co mi w ogóle te studia były? Po co ryłam biofizykę, po co z organicznej latałam pięć razy na egzamin? Facet od anatomii tłumaczył, że się do tego nie nadaję. Miał rację. Po co ci ten trud, dziewczyno, pytał. I tak nie dasz rady.

Nie daję rady.

Nie nadążam za tym wszystkim. Nie nadążam za kosztami ciąży. Jestem w czwartym miesiącu, zęby mi lecą, włosy mi lecą, na twarzy mam plamy. W środku czuję pustkę emocjonalną pomieszaną z pełnią cielesną. Zawsze byłam ładna, teraz jestem brzydka. Zawsze byłam szczupła, teraz jestem gruba. Zawsze bardzo chciałam żyć, teraz bardzo nie chcę.

Matka dziś zapytała, co mi się stało. Czemu mam takie uda? Wzruszyłam ramionami. Powiedziałam, żeby spojrzała na swoje. Mam tę przewagę, że poszłam w ojca i zawsze, nawet w dziewiątym miesiącu, będę szczuplejsza. Odczepiła się.

Te plamy przeszły mi z twarzy na brzuch i plecy. Swędzą. Zastanawiam się, czy to nie ospa. Albo jakaś inna szkarlatyna. Dobrze by było. Podobno w tym wieku ciężko się to przechodzi. Jakie jest ryzyko poronienia?

No to znów idę do przychodni. Tym razem z plamami. Nienawidzę łazić po lekarzach, po tych zapyziałych przychodniach z mnóstwem utyskujących ludzi. Czuję się tam taka rozlazła, fizjologiczna, krwawa. Siedzę z tymi plamami na brzuchu, z cyckami po sufit, z miną wkurwioną. Na ścianach plakaty. Radosne oczekiwanie. Bądź promienną mamą. Kup produkty Sandoz. Łykaj maternę do szczęśliwego rozwiązania. Przepraszam, a jeśli dla mnie żadne rozwiązanie nie jest szczęśliwe? Gdzie wiszą plakaty z nieszczęśliwym rozwiązaniem? Gdzie plakaty mówiące o wpadce? Przecież chyba nie jestem jedyna? Nie jestem odosobniona? Co? Gdzie smutna, załamana, samotna dziewczyna, która musi rzucić studia i sama wychowywać dziecko? Co?!

Jak na ironię do poczekalni wchodzi jakaś młoda, piękna, superzadbana i na pewno nie w ciąży walkiria. Patrzę na nią z zazdrością i podziwem. Zalewa mnie jakaś mieszanina zachwytu i wściekłości. Zachwytu, bo tak mi się ta świeżość nietknięta problemem ciążowym podoba, a jednocześnie doprowadza do furii, że ze mną już tak nie jest. Owszem, na początku, gdy tylko zaczęłam podejrzewać, że coś ze mną nie tak, robiłam wszystko, żeby sobie i światu udowodnić, że nic się nie zmieniło. Tak samo jak wcześniej chodziłam na wysokich obcasach, tak samo jak wcześniej nosiłam mini, tak samo jak wcześniej malowałam usta, tak samo jak wcześniej piłam wino. Aż mnie zemdliło, aż mną szarpnęło, aż się na te swoje fatałaszki porzygałam. Aż mnie ból kręgosłupa zgiął na środku ulicy. Ale nie, nie poddałam się tak łatwo. Chciałam swoim wyglądem, swoim zachowaniem zaczarować ten stan, zamrozić go, nie dać się mu rozwijać. Więc męczyłam się dalej. Aż zobaczyłam w lustrze własną karykaturę, pogiętą z bólu i mdłości cycatkę z plamami na twarzy i bez zęba, która nie ma już siły dalej dźwigać własnego pozoru.

I teraz ta cycatka siedzi w legginsach, tak, w legginsach, jak Hausfrau z NRD, i patrzy z zazdrością na młodą studentkę, która nie dość, że jest piękna, to jeszcze jest mądra, o niebo mądrzejsza ode mnie, bo przyszła sobie właśnie do lekarza po tabletki antykoncepcyjne, a nie z niespodzianką w brzuchu!

Boże, jaki wstyd! Boże, jak mi wstyd! Jestem prymitywną Afrykanką na tle tych uświadomionych dziewcząt. Nie mogę o tym myśleć. Muszę przestać o tym myśleć, bo zwariuję. Przecież w mojej rodzinie są same wpadki. Przecież Majka też wpadła. I Grażyna. I Agata. Przecież nie jestem sama.

Jestem sama.

Jestem sama, odkąd pamiętam.

Chcą mnie do szpitala położyć. Świetnie. Najlepiej do izolatki, bo to wygląda na ospę. Ospa w tym wieku, załamuje ręce lekarka. Jest młoda, fajna, ale i tak mnie wkurza. Ja nie chcę do szpitala, ja mam sesję. Mam sesję, psa i dwoje rodzeństwa, którymi muszę się zająć. Lekarka się dziwi, mówi, że teraz ja jestem najważniejsza. JA jestem NAJWAŻNIEJSZA.

Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha!

Aaaa, haha, haha, hahahaha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha!

Najciekawsze, że nie ma żadnych korzyści. Zresztą, co się dziwić? Powinnam się przyzwyczaić. Żadnych korzyści. Ospa w ciąży wcale nie oznacza poronienia. Tylko trwałe uszkodzenie płodu. W sensie, że jak się urodzi, to nie żadne zdrowe dziecko, tylko chore i kalekie, a ja będę miała nie tylko nieślubne dziecko na głowie, ale nieślubne i jeszcze kalekie, i będę wychodzić z nim na wózku inwalidzkim do końca życia, i zmieniać mu pieluchy wcale nie takie śliczne jak w tych reklamach, tylko takie pieluchy dla dorosłych, w żadne misie.

I najlepiej będzie, jak sprawdzę w książeczce zdrowia, czy przechodziłam ospę.

Szukam książeczki zdrowia po szafkach w chacie, dopada mnie matka i pyta, co jest grane. Szukam książeczki, po co, potrzebuję, po co, i tak w kółko. W końcu mówię, że chyba mam ospę. Ona nie pamięta, czy miałam ospę, mówi, że ojciec może pamięta, ojciec mówi, że miałam, ale w książeczce musi być, książeczki nie ma, lekarka nie wierzy, a musi wiedzieć. Osrali się z tą ospą, wściekam się w środku, a matka, że no i co, że ospa. A ja, że no właśnie w dupie bym miała, ale jednak chodzi o to, że to nie takie proste, bo ospy w tym stanie nie powinnam mieć. A ona, że w jakim stanie?

Ojciec się wściekł najbardziej, szarpał psa nerwowo, kleszcze mu wyciągał, w końcu rzucił się do drzwi, wyszedł, trzasnął. Cisza. A mnie jakby nagle wszystko zobojętniało, zupełnie się zlało w jedno, czy ojciec zły, czy pies ma kleszcze, czy ja mam ospę. Wszystko jedno. Jestem nagle głodna potwornie. Nagle, nieoczekiwanie, zupełnie nie w porę, wręcz nieprzyzwoicie. Do tej pory prawie nic nie jadłam, nic nie mogłam przełknąć, czipsy wyrzygałam, jabłko wyrzygałam wraz z zębem, na wszystko haft. A teraz nagle – w tej nieodpowiedniej podniosłej chwili, gdy rodzice się dowiadują o niechcianej, nieplanowanej i zupełnie nie w porę ciąży – tak samo nie w porę rzucam się do lodówki. I mam ochotę na warzywa, na mięso, na kaszę, na majonez, na wszystko.

Wyżeram więc wszystko, nawet przez moment rozważam puszkę chappi, szczęśliwie porzucam ten pomysł, za to biorę psa na spacer i łażę godzinami po lesie, wyszukując poziomek spośród leśnego poszycia.

Może wreszcie się udało? Może zamieniłam się w Pris, w cyborga z planety WNW – Wyjebane Na Wszystko?

Tylko że matka wcale tak tego nie widziała. To znaczy nie widziała tego tak, że ja zjadłam ze smakiem zawartość lodówki z tej prostej przyczyny, że przez ostatnie trzy miesiące nie jadłam praktycznie nic, a rosnący we mnie organizm wymiótł już wszystko, co we mnie gdzieś tam było atrakcyjnego, i dlatego po prostu byłam wściekle głodna. Nie. Matka oszalała, bo jej córka kompulsywnie zachorowała na bulimię, jednocześnie chora na ospę i w ciąży opuściła dom i diabli ją ponieśli. Trochę miała w tym racji, bo ze spaceru po lesie wcale nie wróciłam do niej, ale pojechałam do akademika, gdzie razem z chłopakami i Julką Piskorz spaliliśmy zioło i w pełnej wesołości graliśmy w butelkę PET.

Ja się do spalenia zioła pierwsza rwałam. Zawsze tak mam, kiedy muszę szybko o czymś zapomnieć. A teraz bardzo szybko musiałam zapomnieć o wielu rzeczach, o wielu kosmicznie wielkich rzeczach, które dopadły moją cudowną planetę WNW. I są to rzeczy, które mnie całkowicie przerosły, mianowicie: ciąża i ospa. Nie wiem, jak sobie inni radzą z tego typu problemami, może jakoś lepiej, szczerze zazdroszczę. Ja w tej jednej chwili poczułam, że jeśli natychmiast nie odetnę się od samej siebie, jeśli natychmiast nie odetnę się od drużyny pięciu zasranych żołnierzy w moim mózgu, to po prostu zwariuję, poryczę się, rozsypię się, nie wiem, co się ze mną stanie, na pewno coś apokaliptycznego.

Dlatego zaciągałam się naprawdę zachłannie i długo trzymałam dym w płucach, żeby mnie ostro sieknęło i zabrało od wszystkiego, co średnio wesołe, dużo mniej wesołe niż gra w butelkę PET.

Gra w butelkę PET polega na tym, że wskazany przez zakręconą butelkę otrzymuje z całej możliwej siły cios butelką w głowę ku ogromnej radości pozostałych. Tak więc w tę inteligentną grę grałam do jedenastej w nocy, po czym zasnęłam skulona na tapczanie Pawła. Ile to trwało? Może pół godziny? Obudziło mnie szarpnięcie za ramię i jakaś dziwna duszność.

– Krew ci leci z nosa.

To on. Krzysztof. Syn alkoholiczki. Ojciec mojego dziecka.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Pacyfik

Dywan

Kocyk

Boks numer cztery

Śnieg

Pierwszy zamach na dziecko

Zamach na dziecko

Choroba zwana macierzyństwem

Śmierć

Matka wycięta z obrazka

Gitara

Ostatni śpiew tego życia

Spotkanie integracyjne

Zęby

Taniec demona

Pokój w hotelu Orbis

Taśma

Dwa czarne lwy

Cisza na pogrzebie

Ferrari

Koszula w kratę

Wiara

Brak pracy domowej

Tańce

Wielki projekt

Karteczki

Piasku ziarenka

Michał

Ojciec

Pączki

Sonia

Jezioro