Wydawca: Axis Mundi Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 209 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mam to za sobą i inne wyznania - Shirley MacLaine

Nagrodzona Oskarem wybitna aktorka nie raz udowodniła, że ma wspaniałe pióro. Tym razem napisała książkę pełną refleksji i wspomnień dotyczących swojego życia i filmowej kariery, zawarła w niej mądre, przewrotne i dowcipne życiowe przemyślenia. Stosując klucz – "te rzeczy mam za sobą, a z tych nigdy nie zrezygnuję" opowiada o wielu aspektach swojego życia. To wspaniała lektura – nie tylko dla wielbicieli kina i talentu aktorki.

Opinie o ebooku Mam to za sobą i inne wyznania - Shirley MacLaine

Fragment ebooka Mam to za sobą i inne wyznania - Shirley MacLaine

Okładka

Karta tytułowa

SHIRLEY MacLAINE

MAM TO ZA SOBĄ

i inne wyznania

Wydawnictwo Axis Mundi

Dedykacja

Dla Petera

Uwertura

W całym naszym życiu nawet najokrutniejszy dramat i najbardziej absurdalna komedia są jak show-biznes, jak przedstawienie. Miałam wiele szczęścia, gdyż sama stworzyłam adaptację mojego życia. Grałam w tym filmie główną rolę, wyprodukowałam go, pisałam scenariusz i reżyserowałam, a nawet finansowałam i zajęłam się jego dystrybucją. Co lepsze, udaje mi się co pewien czas ponownie go obejrzeć i dostrzec szczegóły, które mi umknęły. W trzecim akcie mojego życia wiele spraw stało się jasnych. Tak wiele się skończyło i tak wiele mam za sobą.

Nauczyłam się mniej martwić, gdy staram się o film czy rolę, gdy dbam o swoje otoczenie i gdy złoszczę się na naszych rządzących, którzy działają z pobudek politycznych raczej niż życiowych. I mam to za sobą. Nie słucham już reklam, nie śledzę mody (nigdy mnie za bardzo nie interesowała), nie przejmuję się imprezami, na których powinnam się pokazać, i całym tym szaleństwem czerwonego dywanu. Staję się coraz bardziej niezależna od oczekiwań zewnętrznego świata. Tak naprawdę, jedyne, co mnie martwi i z czego nie rezygnuję to moja odwieczna obawa, że przemiana w szczęśliwą, wiekową pustelniczkę niekoniecznie jest zdrowa. Ale kto tak powiedział? Nie jestem zainteresowana bankietami, nowymi strojami (tylko tymi, które są wygodne), społeczną akceptacją i obecnością na żadnej gwiazdorskiej liście VIP-ów. Mój Boże, co za wspaniałe życie!

Ale… nie rezygnuję z chodzenia do kina, do teatru, na koncerty symfoniczne, z dobrych obiadów (uczę się chodzić sama do restauracji). Chodzę na sensowne imprezy dobroczynne (wpadam na pół godziny), odwiedzam chorych przyjaciół, wożę leki i zabawki do schronisk dla zwierząt.

Mam za sobą troskę o to, co pomyślą inni (dałam sobie z tym radę już lata temu), oraz chęć, by przekonać ich do swojego sposobu myślenia.

Z jednej rzeczy nigdy nie zrezygnuję. Mam w sobie wrodzoną ciekawość. Nigdy nie przestanę pytać: dlaczego? To pytanie towarzyszyło mi przez całe życie, było moją pożywką, moją inspiracją, moją radością, moją intelektualną karmą i smakiem. Nigdy nie przestanę szukać Wielkich Prawd. I nie jestem w tym osamotniona. Większość ludzi, których spotykam na całym świecie, wierzy, że nie jesteśmy we wszechświecie sami, ale starają się nie mówić o tym otwarcie, ponieważ panicznie boją się publicznego ośmieszenia z powodu swoich przekonań. Wielu naukowców, nauczycieli akademickich i ważnych postaci, które spotkałam, niechętnie mówi o tym w prywatnych rozmowach, z obawy, że zostaną źle odebrani. (To kolejny powód, dla którego wielbię wybitnego i nieustraszonego Stephena Hawkinga!).

Podczas podróży po całym świecie zrozumiałam, że ludzie szukają czegoś, co wypełni przepełniającą ich samotność, gonią za czymś, co ja nazywam „Wielką Prawdą”. Nieważne, jaki jest ich status majątkowy. Kiedy skończą się powierzchowne rozmowy, żarty, biesiadowanie, hollywoodzkie plotki i wzajemne uprzejmości, rozmowa zawsze zmierza do pytań: dlaczego tu jesteśmy, jaki jest cel naszego życia, czy Bóg naprawdę istnieje, czy jesteśmy samotni we wszechświecie? Dzieje się tak dlatego, że podobnie do mnie, ludzie zdają sobie sprawę, iż pieniądze nie są odpowiedzią na wypełniającą ich życie pustkę. A czasem nawet ją pogłębiają, ponieważ zarządzanie pieniędzmi (albo obawa, że jest ich zbyt mało) odrywa ich od zastanawiania się nad tym, co ich naprawdę martwi.

Zrozumiałam więc, że musimy przejść bardzo wiele po to, by dotrzeć do Wielkich Prawd. Miałam dobrą zabawę, decydując, co mam już za sobą, a czego nigdy za sobą mieć nie będę… od rzeczy śmiesznych po Wielce Wysublimowane.

Cieszę się, że gram teraz w trzecim akcie mojego życia. Kochałam moje przygody, a dziś doceniam możliwość zwolnienia tempa i spojrzenia w przeszłość. Niekiedy odczuwam wręcz nieznośną ekstazę samotności z powodu mojej przeszłości, żałując, że nie byłam wtedy jeszcze świadoma. Czasami odnoszę wrażenie, że to wszystko przytrafiało się innej osobie i mam ochotę się z tego wyrwać. Jak to możliwe, że tyle zrobiłam, byłam w tak wielu miejscach, poznałam tak wielu ludzi – a teraz to jest przeszłością, niebytem, wspomnieniem kolorowych historii i filmików nawiniętych na wielką szpulę w moim umyśle? Co pewien czas te filmiki się włączają, chcą być na nowo odtwarzane. Dlaczego kiedyś nie zauważałam tak wielu rzeczy? Jakie głębsze przesłanie mi umknęło? Gdzie są teraz ci wszyscy aktorzy, aktorki i politycy z mojej przeszłości? Są wciąż ze mną, we wszystkich rzeczach, których mnie nauczyli, we wspomnieniach czasów, w których wspólnie żyliśmy. Fascynujący i utalentowani ludzie, inspirujące konwersacje i ciekawość przyszłości – tego nigdy nie będę miała za sobą!

A teraz niech przedstawienie się rozpoczyna!

Nie mam za sobą głodu wiedzy

Kiedy patrzę wstecz na moje siedemdziesięciosześcioletnie, pełne przygód życie, chcę celebrować fakt, że wciąż tu jestem. Równie ważne jak to, że „wciąż” jestem, jest bycie „tu”. Jedną z największych moich życiowych pasji były podróże, co niestety nie jest już aktualne. Mam to za sobą. Lubię być tam, gdzie jestem. I lubię mieć spokój.

Myśl, by iść przez lotnisko w ciągłym przerażeniu, że bandziory z TSA (Transport Security Administration – Ochrona Lotów) nie pozwolą mojej terierce, Terry, wsiąść ze mną do samolotu, to mój najgorszy koszmar. Co się z nami stało? Posłusznie trzęsiemy się ze strachu i ledwo porusza nas fakt, który powinien nas przerażać: daliśmy przyzwolenie na to, że zagrożenie terroryzmem jest ważniejsze od naszej wolności przemieszczania się.

Ja już w to nie wierzę. Nie wierzę, że terroryzm jest prawdziwym powodem, dla którego staliśmy się salutującymi robotami. Nie chcemy dostrzec, że terroryzm jest wygodną wymówką dla rządzących, by zręcznie przekształcać nas w uległe społeczeństwo, które bezwolnie podda się władzy.

Tom Paine* zawsze był moim idolem. Pisał o rozsądku, który wszczyna rewolucję, i wychwalał wyższość Ery Rozumu ponad wszelkimi religiami. Oczywiście został po nim tylko nędzny grób, nad którym nikt nawet się nie pochyli. Zbytnio igrał z ogólnie akceptowanymi zachowaniami, co nie pasowało tym, dla których najważniejsza była polityczna popularność i utrzymanie status quo. Takim ludziom jak on, rzadko stawia się pomniki i świątynie.

W moich żyłach płynie krew Ojców Założycieli, ponieważ urodziłam się i zostałam wychowana w stanie Wirginia, prawdziwej kolebce amerykańskiej rewolucji. To również kolebka metafizycznych idei – w tym wolnomularstwa. Ale na słowa typu „metafizyczny” nadejdzie jeszcze czas. Od dawna mam już za sobą religijne szufladki w myśleniu, ponieważ chciałam mieć przestrzeń, by swobodnie oddychać. Właśnie po to jest wolność.

Zastanawia mnie fakt, i nie uważam tego za przypadek, że w czasie rządów George’a W. Busha rozwinęła się u mnie astma. Byłam tak sfrustrowana jego idiotyzmem i szerzeniem się zła, że dosłownie nie mogłam oddychać. Trzy razy trafiałam na ostry dyżur i za każdym razem czułam, że umrę z braku tlenu. Czułam, że kraj dotychczas wolnych ludzi również zaczynał się dusić. Ludzie dali się ogłupić i nie zauważali już, iż przestają być panami swojego życia i swoich myśli. Nie wiem, czy jedenasty września został zaplanowany przez kogoś innego niż Osamę bin Ladena i Al Kaidę. Ale z pewnością wydarzenia te doprowadziły do ograniczenia wolności osobistej, która miała być naszym niezbywalnym prawem i w obronie której mieliśmy zawsze stawać do walki. Mówiono nam, że naszym patriotycznym obowiązkiem jest walczyć i zabijać tych, którzy pozbawią nas wolności. Nie potrzebowaliśmy Osamy. Pozwoliliśmy na to nie zadając pytań wybieranym przez nas liderom, którzy wmówili nam, że największym dobrem jest narodowe bezpieczeństwo.

Dla mnie przeszukiwanie moich bagaży i obmacywanie mojego ciała oraz psa dzieje się wbrew konstytucji. Pewnego razu, w Los Angeles, wielki, gruby i niechlujny facet zmusił mnie do chodzenia w tę i z powrotem z Terry pod pachą (niemal dwanaście kilo) przez bramkę bezpieczeństwa, ponieważ podałam mu odwróconą kartę pokładową. Prychałam z wściekłości jak kot i dosłownie przepełniała mnie nienawiść do autorytatywnego faceta, który wyładowywał na mnie swoją żądzę władzy, na znanej i rzeczywiście uprzywilejowanej kobiecie. Słyszałam, że potem został zwolniony. Być może trafił na Rosie O’Donnell**. Podróże w kraju oraz za granicą to dla mnie nieustanne przypominanie, że zaczynamy bać się samych siebie, bać się naszych sąsiadów, a strach jest przecież najsilniejszą bronią masowego rażenia. Nie mam zamiaru walczyć z obrzydzeniem wobec takiego stanu rzeczy. Ale skończyłam już z podróżami, poza sytuacjami, kiedy są absolutnie konieczne. Chyba że statek kosmiczny z Plejady zaproponuje mi wyprawę na planetę, gdzie rozwiązano już takie problemy.

Nie znoszę faktu, że zrezygnowałam z podróży z powodu całego tego zawracania głowy z bezpieczeństwem. Gdziekolwiek się wcześniej znalazłam, moim udziałem były bardzo złożone przeżycia. Nauczyłam się o sobie wiele, ponieważ kiedy trafiałam do zupełnie obcego środowiska, byłam jedyną osobą, na której mogłam polegać. Nigdy nie podróżowałam jako ktoś uprzywilejowany. Rzadko korzystałam z pierwszej klasy. Chciałam doświadczyć „prawdziwego” życia z dala od ekskluzywnego świata, w którym żyłam, od czasu gdy jako dwudziestolatka znalazłam się w Hollywood. Jeśli ludzie mnie rozpoznawali, poddawałam się tej sytuacji i najczęściej zyskiwałam nowych przyjaciół.

Podróże były moją najlepszą szkołą. Dzięki nim nauczyłam się dostrzegać i poznawać inne punkty widzenia i inne „rzeczywistości”. Od najwcześniejszych lat kina, amerykańska kinematografia znana była na całym świecie. Zauważyłam, że wszędzie, gdzie trafiałam, ludzie opowiadali mi swoje największe sekrety, ponieważ – jak podejrzewam – byłam rozpoznawalna i w jakiś sposób wydawało się im, że mnie znają. Pochlebiało im, że interesuję się nimi i ich słucham. Szybko nauczyłam się, że moja amerykańska wersja prawdy nie jest jedyną obowiązującą. Chodzi nie tyle o relatywność prawdy, ile o to, że ona wciąż się zmienia.

Odkryłam, że życie samo w sobie jest teatrem. Każda kultura odgrywa w nim własną rolę. Czasami spotykałam podczas moich podróży ludzi złych i nieetycznych. Czasami byli uprzejmi i godni zaufania. Czasami zdarzenia były komiczne, a czasem dramatyczne. Przez całe życie grałam Amerykankę, więc podczas podróży mogłam zerwać z tym stereotypem i czuć, jak staję się członkiem nowej społeczności i kultury. Zaczęłam patrzeć na siebie w nieco bardziej obiektywny sposób i moje widzenie większości spraw stało się bardziej elastyczne. Sprawy, które do moich czterdziestych urodzin wydawały mi się moralnie niepewne, stały się teraz lekcjami, a nie sądami… nawet w kwestii śmierci.

Pamiętam, jak płynęłam na klong (łódce) w Bangkoku. Mijając swoją wynajętą łodzią mieszkańców innych łódek, przyglądałam się ich pracy. Nagle, nie więcej niż trzydzieści metrów ode mnie, malutkie dziecko wychyliło się przez burtę rodzinnej łódki i wpadło do wody. Zaczęłam go wypatrywać. Jego rodzice usłyszeli, jak się krztusi, odwrócili się, ale nie zrobili nic, by ratować dziecko. Zniknęło pod wodą i utopiło się. Byłam zdruzgotana, chciałam sama rzucić się na ratunek, ale powstrzymał mnie mój przewodnik. Z buddyjskiego punktu widzenia nie powinno się ingerować w karmiczną wolę Boga. Jeśli rodzice albo ktokolwiek inny skoczyłby dziecku na ratunek, przez resztę życia pozostałoby ono w uzależnieniu od swojego wybawcy. Życie dziecka należałoby do niego. A takiego losu buddysta nigdy nie chciałby nikomu narzucić.

Dla buddysty śmierć jest tylko inną formą życia. Jest częścią cyklu życia. Życie i śmierć nie są rozpatrywane w kategoriach indywidualnego ocalenia lub straty. Los utopionego dziecka nie powinien być zakłócany. Zdarzenie przyjmowane jest jako wola boża. Na tej samej zasadzie napiętnowane jest morderstwo, ponieważ zabijanie to zakłócanie woli Boga. Według buddystów istnieje ogromna różnica pomiędzy zabijaniem a przyzwoleniem na nadejście śmierci. Los i przeznaczenie są ich filozofią i religią. Pamiętam, że miałam przyjaciela, który posiadał prywatny samolot i mówił, że nigdy nie zatrudniłby pilota buddysty, ponieważ taki pilot nie walczyłby zbytnio w sytuacji potencjalnego wypadku – zdałby się na los i przeznaczenie.

Parę dni po tym, jak byłam świadkiem śmierci tamtego dziecka, poszłam na tajski mecz bokserski. Tajski boks różni się od innych tym, że wolno kopać jakkolwiek i w cokolwiek. Bokserzy nie mieli żadnego innego zabezpieczenia ani ochrony poza osłonami na pachwinach. Podczas ceremonii poprzedzającej mecz zawodnicy wchodzili na ring i zanosili modlitwy oraz wyrazy szacunku dla Buddy. Każdy modlił się o powodzenie swojego przeciwnika, nie samego siebie. Grupa muzyków grała, a każdy z bokserów wykonywał rytualny taniec i rodzaj pantomimy, w której przedstawiał los swojego przeciwnika. Kiedy padał sygnał, zawodnicy zaczynali walić, dźgać, szturchać i uderzać swoich przeciwników, używając rąk i nóg. Wszelkie chwyty były dozwolone. Jeden z bokserów kopnął drugiego w głowę, złapał go za szyję i skręcił mu kark. Mężczyzna zmarł na miejscu.

Nie mogłam uwierzyć, że był to sport popularny wśród spokojnych Tajów, ale zgromadzony tłum szalał z radości. Na ring weszli nowi bokserzy, odprawili modły i pokłonili się Buddzie, wykonując rytualne gesty i ruchy. Zaczęła się walka. Jeden uderzył drugiego łokciem w czoło, powodując obfity krwotok. Wrzask tłumu na widok krwi był oszałamiający. Wyrażali swój entuzjazm, zagłuszając muzykę, która była tam grana. Wezwano lekarza, ale tłum głośno skandował: „Dajcie mu walczyć!”. Ranny bokser stanął na nogi, zanim lekarz się oddalił. Tłum znów wyraził swój zachwyt. Ranny bokser zaatakował przeciwnika, rozmazując krew na nich obu. Przeciwnik kopał go wielokrotnie w ranną głowę. Krew była wszędzie. Tłum szalał w ekstazie. Ja niemal nie dostałam ataku apopleksji. Lekarz wrócił, a tłum zaczął buczeć. Rannemu założono dwa szwy, ponieważ rana była groźnie otwarta. Obydwaj bokserzy wyglądali bardziej jak krwawe strzępy niż jak ludzie. W końcu mecz przerwano, co wprawiło publiczność w złość.

Tak, Tajlandia to kraj paradoksów. Ale czyż nie jesteśmy tacy właśnie? Rozrywka jednych jest piekłem innych.

Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem upodobanie do tak krwawego sportu nie jest dla Tajów ujściem dla skrywanego gniewu i uległości. Czy ten sport nie jest wentylem dla ich wrogości oraz wściekłości (emocji, które tkwią w nas wszystkich)? Być może gwałtowne rozgrywki są konieczne jako alternatywa dla tego, co moglibyśmy sobie nawzajem zrobić.

W Tajlandii po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak zaściankowe są moje poglądy. Wszystkiego, co wiem, nauczyłam się z ograniczonych źródeł mojego dzieciństwa – od rodziców, ze szkół, do których chodziłam, okolicy, w której dorastałam. Jako dziecko i nastolatka dorastająca w „kraju ludzi wolnych”, nie zostałam nauczona rozumować w sposób wykraczający poza zasady wyznaczone przez moich przywiązanych do tradycji nauczycieli. Moi rodzice zawsze starali się mnie chronić, kiedy na zbyt wiele się odważałam. W ten sposób zbudowali wokół mnie wysoki mur z emocji. Nauczyłam się go przeskakiwać. Wtedy budowali coś jeszcze wyższego. Przez to też przeskakiwałam. Nie straszyli mnie – po prostu chcieli chronić. Być może szukałam tak wielu niebezpiecznych sytuacji w moim życiu, ponieważ rodzice pokazali mi, że na świecie jest wiele przerażających rzeczy, ale nie tłumili mojej ciekawości. W ten sposób uczyli mnie, jak przeskakiwać mury. Robiłam to przez całe życie. Celowo lub nie, rodzice nauczyli mnie, jak pokonywać własne ograniczenia i jak mieć odwagę.

Kiedy wspominam swoje doświadczenia, zastanawia mnie, dlaczego niektóre wyróżniam jako ważne w moim życiu. Istnieje wyraźna różnica pomiędzy doświadczeniami serca a doświadczeniami rozumu i ciała. Gdybym miała teraz napisać książkę tylko o moich podróżach, byłaby to inna książka niż te, które pisałam w przeszłości. Prawda jest taka, że niezależnie od tego, dokąd jeździłam, zawsze szukałam siebie. Ta podróż do swojego wnętrza, kiedy kształtowałam swoje przekonania i wartości, będąc w domu czy w odległych zaułkach świata, była najważniejszą ze wszystkich podróżą. Ta wędrówka pomogła mi zrozumieć prawdziwe znaczenie duchowości. Nauczyłam się, że to ja stwarzam swój świat. Starałam się zrozumieć postać, jaką wykreowałam, by grała mnie w teatrze życia.

* Thomas Paine (1737-1809) – angielski pisarz i myśliciel okresu oświecenia. Uczestnik rewolucji amerykańskiej, jeden z Ojców Założycieli USA. Prekursor liberalizmu. Opublikował pamflet Zdrowy rozsądek, w którym nawoływał do stworzenia niepodległego państwa, w miejsce dotychczasowych kolonii brytyjskich w Ameryce. Głosił radykalne idee wolnościowe, popierał rewolucję francuską i prawo narodów do wybierania demokratycznych rządów.

** Aktorka komediowa, dziennikarka prowadząca programy telewizyjne, znana z mocnej osobowości, silnych liberalnych poglądów i bezkompromisowości.

Już nie przejmuję się tym, czego nie powinnam robić

Lubię proces starzenia się, ponieważ pozwala on zapominać o wszystkim, co miało znaczenie w przeszłości. Kiedyś myślałam, że to, czy włożę na premierę wysokie obcasy, naprawdę ma znaczenie. Wyobrażacie sobie? W ciągu wielu lat zrozumiałam, że „teatr” z przeszłości to scenariusz, według którego nie chcę już grać.

Im jestem starsza, tym bardziej mój scenariusz obfituje w przygody, a nawet jest bardziej ryzykowny. Ale nie ma zabawy, gdy gra się tylko w bezpiecznych scenach. Nauczyłam się tego, obserwując moich rodziców. Lata temu opuściłam bezpieczny port mojego dzieciństwa i moich rodziców, by żeglować razem z wiatrem. Poznawałam świat i ta podróż prowadziła mnie do mego własnego wnętrza.

Wiem, czym jest teatr wojny, teatr polityki w Waszyngtonie, teatr wiadomości telewizyjnych… Gdybyśmy my, ludzie, pisali scenariusze i grali w teatrze rzeczywistości, chciałabym mój scenariusz zmienić. Postanowiłam zgłębić scenariusz wewnętrznej prawdy.

Nie mam za sobą, i nigdy nie będę miała, chęci zrozumienia mężczyzn i kobiet (szczególnie na planie filmowym)

Mam wiele przyjaciółek aktorek w moim wieku i kiedy się spotykamy, rozmawiamy o tym, jak zawsze trudno było przetrwać kobietom w biznesie filmowym, który jest obsesyjnie zainteresowany młodością, seksualnością i pięknem. Wiemy, że musimy być twarde i odporne, ale czy nie tracimy w ten sposób naszej kobiecej wrażliwości? A czy dobrze jest mieć w sobie kobiecą bezbronność? Nie wydaje mi się, by mężczyźni jeszcze ją doceniali.

Kiedy patrzę na zdjęcia na mojej Ścianie Życia – ścianie w domu, na której wieszam zdjęcia, setki zdjęć, dokumentujące filmy i wiele ważnych momentów mojej życiowej podróży – twarze, które na mnie patrzą, należą w dużej mierze do mężczyzn. Ale tak naprawdę, w ciągu ostatnich dziesięciu lat inspirowały mnie: Elizabeth, Nicole, Jane, Meryl, Sophia i parę innych kobiet. Mężczyźni, których spotykałam, to być może wybitni aktorzy, lecz nie tak ludzkie istoty, jak kobiety, na których można było polegać, z ich wielką inteligencją i odwagą. Przeciwnie do popularnych przekonań, kobiety pracujące razem w filmie wcale ze sobą drapieżnie nie konkurują. I zazwyczaj solidarnie występują przeciwko silnej męskiej władzy. Podczas pracy nad Stalowymi magnoliami nasz reżyser, Herb Ross, był wciąż nieuprzejmy dla Dolly Parton i debiutującej Julii Roberts. Reszta z nas zwróciła mu uwagę. Film odniósł wielki sukces i Julia stała się gwiazdą światowego formatu. Kobiety komunikują się ze sobą na poziomie uczuć i serca. Mężczyźni pozostają na podstawowym poziomie logiki i umysłu. W dawnych czasach krążyło po Hollywood ciekawe powiedzenie: „Nigdy nie żeń się z aktorką – to więcej niż kobieta. Nigdy nie wychodź za aktora – to mniej niż mężczyzna”.

Ale muszę przyznać, że mnie zawsze podobali się koledzy z planu. Uważałam, że są intrygujący, a szczególnie ich próżność. Próżność aktorów wykracza poza wszelkie miary. Oni dobrze o tym wiedzą. Robert Mitchum był dla mnie przykładem największych skrajności. Często wydawał się skrępowany zabiegami makijażysty i operatora, który starał się oświetlić jak najlepiej jego niepowtarzalną twarz. Czasami żartował sobie ze swojej twarzy, deprecjonując ją, ale kiedy schodził z planu, poruszał się w typowy dla siebie sposób – język jego ciała mówił coś w stylu: „Nie zadzieraj ze mną, jestem twardzielem, który jadł chleb z niejednego pieca”. Kiedy rzucał coś niezobowiązująco przez ramię, miał dopracowane dolne rejestry w głosie. Tak, w swoim mniemaniu był esencją męskości, ale ja widziałam w nim coś innego. Miał zwyczaj mówić: „Zagram w tym gównianym filmie, żeby ktoś inny nie musiał tego robić. Lepiej niech na mnie trafi”. Był niezwykle inteligentnym facetem ze wspaniałą pamięcią, który nie musiał spędzać zbyt wiele czasu na nauce swoich kwestii lub na analizowaniu granej przez siebie postaci. Ale jego język ciała krył coś, czego nie chciał okazywać. Nie lubił walki. Nie lubił się kłócić (wolał raczej wypowiadać się autorytatywnie), a kiedy chodziło o ważne dla niego decyzje, muszę powiedzieć, że był emocjonalnym tchórzem. Cała jego postawa, jego głos, jego poglądy, które tworzyły jego wizerunek, jednocześnie kryły jego największy sekret – nie potrafił w ogóle podejmować decyzji. Był skrajnie pasywny. Życie mu się przydarzało. Ja mu się przydarzyłam. Rzadko kiedy miał na cokolwiek wpływ.

Gdy byłam nastolatką, był moim idolem z plakatu. Podziwiałam jego potężną sylwetkę i sposób, w jaki poruszał się na ekranie. Wyglądał, jakby pływał. Jego kwadratowa twarz i dające poczucie bezpieczeństwa ramiona sprawiały, że w środku topniałam. Kiedy więc został obsadzony u mojego boku jako Jerry w Dwoje na huśtawce, dana mi była przyjemność spotkania z idolem moich szczenięcych lat i dokonania jego oceny z dorosłego punktu widzenia. Bardzo mi się podobał. Jedną z zalet pracy w świecie filmu jest to, że albo weryfikuje się złudzenia, albo się je podtrzymuje. Z nim działo się i jedno, i drugie, do momentu kiedy zdałam sobie sprawę, że był fascynujący, ale zupełnie nie dla mnie stworzony. Być może tracenie złudzeń i podążanie dalej jest znakiem dojrzałości – ale możliwość zachowania swoich fantazji jest taka pociągająca!

Plan filmowy to miejsce, gdzie ludzie otwierają swoje serca, więc poznanie kogoś często oznacza miłość. Film opowiada o ludzkich emocjach. Każda zaangażowana do niego osoba musi dotrzeć nie tylko do głębi emocji granej przez siebie postaci, ale też do własnych uczuć. Pomiędzy kolejnymi ujęciami jest dużo czasu na omawianie nastrojów, konfliktów i obaw każdego, z kim pracujesz. Każdy na planie wie, że cokolwiek się tam zdarzy, pozostanie tajemnicą. Wie o tym ekipa, wiedzą aktorzy, wiedzą pracownicy biurowi. Kiedy opuścisz plan i robisz swoje, nie ma już takiej ochrony.

Jest