Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mam na imię Ania - Anna Grodzka

Można być wolnym człowiekiem tylko wtedy, gdy jest się sobą. Historia Anny Grodzkiej.

Ta książka jest jak odkrywanie świata, jakiego nie znamy. I chociaż transpłciowość była i jest obecna na Ziemi od tak dawna jak długa jest historia człowieka, i jest tak naturalna jak naturalna jest różnorodność całej przyrody i każdego gatunku, to dla zdecydowanej większości z nas pozostaje nieznana. Czytając historię Anny Grodzkiej – pierwszej polskiej posłanki , która nie ukrywa transpłciowej przeszłości – staniesz przed pytaniami, jakich zazwyczaj sobie się nie zadaje. Co dla Ciebie znaczy być kobietą czy mężczyzną? Co to znaczy „być sobą”? Do czego potrzebne jest Ci „własne ja”. Czym jest wolność? Czy warto oddać kawałek siebie innym ludziom?

Dopóki oddychasz, nie myślisz o tym, jak bardzo potrzebujesz powietrza. Dopóki, wśród innych ludzi jesteś sobą, nie wiesz, że nie jest to wcale takie oczywiste...

Fascynująca opowieść autobiograficzna.

Opinie o ebooku Mam na imię Ania - Anna Grodzka

Fragment ebooka Mam na imię Ania - Anna Grodzka

ANNA GRODZ­KA

Mam na imię Ania

Co­py­ri­ght © by Anna Grodz­ka, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Książ­kę tę de­dy­ku­ję moim ma­mom

PRZEDMOWA

Ta książ­ka nie jest hi­sto­rią mo­je­go ży­cia. Jest je­dy­nie hi­sto­rią mo­jej, i nie tyl­ko mo­jej, trans­pł­cio­wo­ści.

Zde­cy­do­wa­na więk­szość lu­dzi nie ma pro­ble­mu ze swo­ją toż­sa­mo­ścią. We­wnętrz­ne „ja” więk­szo­ści z nas od­po­wia­da na­sze­mu wi­ze­run­ko­wi. Oto­cze­nie wi­dzi po pro­stu kon­kret­ne­go czło­wie­ka – męż­czy­znę lub ko­bie­tę. Dzię­ki temu na­sze we­wnętrz­ne „ja”, oso­bo­wość, po­stać za­cho­wu­je moż­li­wość peł­ne­go kon­tak­tu z oto­cze­niem, nie­skrę­po­wa­nej wy­mia­ny my­śli i uczuć. Każ­dy z nas żyje, sta­ra się żyć, w har­mo­nii z in­ny­mi ludź­mi, któ­rzy są – jak po­wie­trze – nie­zbęd­ni do na­sze­go funk­cjo­no­wa­nia. Po­wie­trza nie do­strze­ga­my na co dzień, nie za­sta­na­wia­my się na­wet nad tym, jak to jest, że od­dy­cha­my. Ale czy pró­bo­wa­li­ście so­bie kie­dyś wy­obra­zić, że ży­je­cie, nie od­dy­cha­jąc? Je­śli nasz wi­ze­ru­nek spo­łecz­ny nie od­po­wia­da na­szej toż­sa­mo­ści, je­śli świat po­strze­ga nas jako in­nych, niż je­ste­śmy, wte­dy... wte­dy po­wie­trza za­czy­na nam bra­ko­wać.

Zde­cy­do­wa­łam się na­pi­sać tę książ­kę w na­dziei, że uda mi się wpro­wa­dzić was w świat, w któ­rym nig­dy nie by­li­ście. Świat lu­dzi, któ­rym bra­ku­je po­wie­trza. To inny punkt wi­dze­nia, dość uni­kal­ne do­świad­cze­nie, in­spi­ra­cja do do­ko­na­nia uni­wer­sal­nych, mam na­dzie­ję, spo­strze­żeń i wy­cią­gnię­cia rów­nie uni­wer­sal­nych wnio­sków.

Na­praw­dę ser­decz­nie dzię­ku­ję, że się­gnę­li­ście po tę książ­kę. Wie­rzę, że kie­ro­wa­li­ście się otwar­to­ścią na in­nych lu­dzi, sza­cun­kiem dla ludz­kiej od­mien­no­ści i wol­no­ści wy­bo­ru. Wie­rzę, że nie ma­cie je­dy­nie słusz­ne­go „prze­pi­su na czło­wie­ka”, a świat po­strze­ga­cie jako miej­sce, w któ­rym może się od­na­leźć każ­dy, kto nie jest wro­giem dru­gie­go czło­wie­ka i nie uwa­ża prze­mo­cy za na­rzę­dzie ko­mu­ni­ka­cji. Mam na­dzie­ję, że wszy­scy, któ­rzy zdo­ła­ją prze­brnąć przez przed­sta­wio­ną tu hi­sto­rię, przez re­flek­sje spi­sa­ne ręką oso­by „in­nej”, przez wie­le lat ob­ser­wu­ją­cej świat zza we­nec­kie­go lu­stra, zo­ba­czą coś w so­bie, coś w lu­dziach wo­kół, coś, cze­go wcze­śniej do­strzec nie mie­li oka­zji. Mam na­dzie­ję, że dla ni­ko­go czas po­świę­co­ny na lek­tu­rę nie bę­dzie cza­sem stra­co­nym.

Poza przy­to­czo­ny­mi tu krót­ki­mi hi­sto­ria­mi ży­cia kil­ku in­nych osób trans­pł­cio­wych, któ­re po­zna­łam, książ­ka opo­wia­da o sy­tu­acjach i zda­rze­niach ma­ją­cych istot­ne zna­cze­nie dla mo­jej, ale nie tyl­ko mo­jej, prze­mia­ny trans­sek­su­al­nej. Pi­szę otwar­cie o swo­ich roz­ter­kach, wąt­pli­wo­ściach i emo­cjach. Oprócz wła­snych do­świad­czeń sta­ra­łam się za­wrzeć w tym tek­ście to, cze­go na­uczy­łam się dzię­ki oso­bi­stym kon­tak­tom z set­ka­mi osób trans­pł­cio­wych, któ­re dane mi było po­znać w ży­ciu, w tym na pro­wa­dzo­nych prze­ze mnie, wraz z in­ny­mi wo­lon­ta­riu­sza­mi, spo­tka­niach grup wspar­cia dla osób trans. Dużo mo­ich opi­nii i in­for­ma­cji po­cho­dzi tak­że z pu­bli­ka­cji, któ­re przez wie­le lat uda­wa­ło mi się śle­dzić jako psy­cho­loż­ce szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wa­nej te­ma­tem.

Wszyst­kim ży­czę po­ży­tecz­nej i mi­łej lek­tu­ry. A oso­bom trans­pł­cio­wym – wię­cej zro­zu­mie­nia, ak­cep­ta­cji i em­pa­tii ze stro­ny naj­bliż­szych.

Je­cha­ły­śmy już trze­cią go­dzi­nę, sa­mo­cho­do­we wy­cie­racz­ki nie­stru­dze­nie zgar­nia­ły z szy­by płat­ki śnie­gu. Była pięk­na zima. I data – 21 grud­nia 2007. Po­bo­cza po­kry­wał bia­ły puch, ga­łę­zie drzew ugi­na­ły się pod śnie­go­wy­mi cza­pa­mi. Kra­jo­braz Pod­la­sia wy­glą­dał jak z baj­ki. Gdy­by na­gle z lasu wy­je­cha­ły sa­nie za­przę­żo­ne w re­ni­fe­ry, nie wy­wo­ła­ło­by to ni­czy­je­go zdzi­wie­nia. Pra­wie sły­sza­łam dzwo­necz­ki za­przę­gu.

– Nie jedź tak szyb­ko. – Moja przy­ja­ciół­ka Lal­ka, z któ­rą wy­bra­łam się w tę wy­jąt­ko­wą po­dróż, była lek­ko po­iry­to­wa­na.

– Szyb­ko?

– No tak, przy­spie­szasz – za­uwa­ży­ła.

Od­po­wie­dzia­łam uśmie­chem. Wiem, pa­sa­żer za­wsze bar­dziej się de­ner­wu­je i czę­ściej robi uwa­gi. Zwol­ni­łam.

Kil­ka dni wcze­śniej, sie­dem­na­ste­go grud­nia, po­że­gna­łam swo­je po­przed­nie ży­cie. Po­zwo­li­ło mi to wy­brać się w tę po­dróż. Je­cha­łam, przy­go­to­wa­na na ewen­tu­al­ną po­raż­kę. Je­cha­łam, go­to­wa do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o so­bie. Cze­góż no­we­go może do­wie­dzieć się o so­bie po­nad­pięć­dzie­się­cio­let­nia ko­bie­ta?

– Ro­zu­mie pani, cho­dzi o tę róż­ni­cę w da­tach... – Stu­ka­łam pal­cem w skró­co­ny od­pis aktu uro­dze­nia. Od paru chwil usi­ło­wa­łam się po­ro­zu­mieć z urzęd­nicz­ką w urzę­dzie sta­nu cy­wil­ne­go, do­kąd przy­szłam jako Krzysz­tof, żeby za­ła­twić do­ku­men­ty po­trzeb­ne mi do spra­wy są­do­wej.

– Jaką róż­ni­cę? Ma pan prze­cież datę uro­dze­nia. To jest skró­co­ny od­pis – mó­wi­ła do mnie po­wo­li, wy­raź­nie wy­ma­wia­jąc każ­de sło­wo; bar­dzo się sta­ra­ła, że­bym wła­ści­wie zro­zu­mia­ła pro­blem.

– Wiem, że skró­co­ny. Wła­śnie go przy­nio­słem. Cho­dzi mi o datę jego wy­sta­wie­nia. Niech pani spoj­rzy. Wy­sta­wio­no go, gdy mia­łem osiem­na­ście lat. – Te­raz z ko­lei ja roz­wi­ja­łam swój dar prze­ko­ny­wa­nia.

– Pro­szę pana, akt uro­dze­nia wy­sta­wia się po uro­dze­niu dziec­ka. W cią­gu sied­miu dni na­le­ży przyjść do urzę­du i zgło­sić po­ja­wie­nie się no­we­go oby­wa­te­la. – Pa­trzy­ła na mnie świ­dru­ją­cym wzro­kiem. – Nie wte­dy, gdy dziec­ko osią­ga do­ro­słość.

– No wła­śnie – po­wie­dzia­łam do­bit­nie.

– Co „wła­śnie”? – od­par­ła za­czep­nie.

– To „wła­śnie”, że mój jest wy­sta­wio­ny nie­zgod­nie z tym prze­pi­sem.

Po­pa­trzy­ła na skra­wek pa­pie­ru. Skra­wek, któ­ry prze­wra­cał moje ży­cie do góry no­ga­mi. Albo je pro­sto­wał. To za­le­ży, co chcia­ło się osią­gnąć. Oso­bi­ście wo­la­ła­bym, żeby pro­sto­wał, ale mia­łam wąt­pli­wo­ści, czy bę­dzie to ta­kie ła­twe.

Moje ży­cie prze­wra­ca­ło się do góry no­ga­mi pa­ro­krot­nie. Po raz pierw­szy, gdy po­zna­łam swo­ich ro­dzi­ców, jesz­cze nie­świa­do­ma tego, że więk­szość dzie­ci po­zna­je ro­dzi­ców w zu­peł­nie inny spo­sób. Zmie­ni­ło się też w spo­sób za­sad­ni­czy, gdy na świat przy­szedł mój syn i roz­pie­ra­ły mnie duma i szczę­ście, ale też wte­dy, gdy po­zna­łam dia­gno­zę, coś, do cze­go by­łam prze­ko­na­na, po­trze­bo­wa­łam tyl­ko oświad­cze­nia na pi­śmie. Albo może wte­dy, gdy pod­ję­łam de­cy­zję, że będę żyć w zgo­dzie ze sobą. Sta­ło się to wte­dy, gdy stra­ci­łam ner­kę. A może jesz­cze wcze­śniej. Za­nim przy­szłam na świat. Ktoś coś po­plą­tał i uro­dzi­łam się w cie­le chłop­ca. Bo los jest prze­wrot­ny. Przez cały czas sły­szę jego chi­chot.

– Tu jest na­pi­sa­ne, że akt wy­sta­wio­no w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym dru­gim.

– No wła­śnie – po­twier­dzi­łam.

Przez chwi­lę mie­rzy­ły­śmy się wzro­kiem, prze­ka­zu­jąc so­bie po­za­wer­bal­nie ja­kąś wie­dzę ta­jem­ną.

– I cze­go by pan po­trze­bo­wał? – za­py­ta­ła po dłuż­szej chwi­li.

– Chcę uzy­skać mój pier­wot­ny akt uro­dze­nia. Wie pani, chciał­bym wie­dzieć, jak na­zy­wa się moja mat­ka.

Urzęd­nicz­ka przez chwi­lę wa­ży­ła w so­bie de­cy­zję czy roz­wa­żała ja­kąś kwe­stię. W koń­cu ode­zwa­ła się:

– To ja pój­dę po kie­row­nicz­kę.

Cze­ka­ły­śmy krót­ką chwi­lę. Kie­row­nicz­ka oka­za­ła się ko­bie­tą w śred­nim wie­ku, o mi­łym wy­glą­dzie. Po­ru­sza­ła się zde­cy­do­wa­nie i pew­nie. Spra­wia­ła wra­że­nie wła­ści­wej oso­by na wła­ści­wym sta­no­wi­sku. Uspo­so­bi­ło mnie to do niej przy­jaź­nie i na­dzie­ja zmie­ni­ła się w prze­ko­na­nie, że spra­wę uzy­ska­nia aktu uro­dze­nia za­ła­twię po­myśl­nie.

– Słu­cham... – Pa­trzy­ła na mnie uważ­nie.

– Cho­dzi mi o od­pis aktu uro­dze­nia. Ten, któ­ry mam, zo­stał wy­sta­wio­ny, gdy ukoń­czy­łem osiem­na­ście lat. Czy mógł­bym uzy­skać ory­gi­nal­ny, gdzie są dane mo­ich praw­dzi­wych ro­dzi­ców?

– Do cze­go to panu po­trzeb­ne?

– Pyta pani o do­ku­ment czy o rze­czy­wi­stość?

Za­wa­ha­ła się.

– Py­tam oczy­wi­ście, w ja­kim celu po­trzeb­ny jest panu od­pis. Mam obo­wią­zek wie­dzieć, dla ja­kie­go urzę­du wy­sta­wia­my od­pis aktu uro­dze­nia.

– Dla sądu, ale przede wszyst­kim chcę wie­dzieć, chcę uzy­skać tę in­for­ma­cję dla sie­bie. Tak po pro­stu. Ro­dzi­ce utrzy­my­wa­li praw­dę w ta­jem­ni­cy, a ja mam pew­ne po­dej­rze­nia. Bo sko­ro akt jest z ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku, a ja uro­dzi­łem się w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym czwar­tym, to o co cho­dzi? Czy do­my­ślam się wła­ści­wie?

– Lo­gi­ka pod­po­wia­da...

– No wła­śnie. Ale ta lo­gi­ka to do­pie­ro wierz­cho­łek góry lo­do­wej, pro­szę pani. Nie­po­kój, cie­ka­wość, bo mam pra­wo wie­dzieć... kim je­stem, jak na­zy­wa się moja bio­lo­gicz­na mama.

Za­uwa­ży­łam jej re­zer­wę. Po­sta­no­wi­łam więc uzu­peł­nić wy­ja­śnie­nia.

– Moi ro­dzi­ce, ci któ­rzy mnie wy­cho­wa­li... to byli wspa­nia­li lu­dzie. Obo­je już nie żyją. Bar­dzo ich ko­cha­łem.

Wzru­szy­łam się. Chy­ba to za­uwa­ży­ła.

– Wie pan... Chcia­ła­bym, żeby moje ad­op­to­wa­ne dziec­ko też tak kie­dyś po­wie­dzia­ło.

Za­sko­czy­ła mnie. Nie zdą­ży­łam nic po­wie­dzieć, bo usły­sza­łam już tyl­ko:

– Pro­szę usiąść i po­cze­kać. – Od­wró­ci­ła się szyb­ko i po­szła.

Po­czu­łam ro­sną­ce na­pię­cie. Niech to bę­dzie co­kol­wiek... W tym mo­men­cie chcia­łam tyl­ko zo­ba­czyć to na wła­sne oczy i do­tknąć ka­wał­ka pa­pie­ru, któ­ry przy­bli­żył­by mnie do tam­te­go dnia sprzed po­nad pół wie­ku. Wie­dzia­łam, że w za­sa­dzie nie zmie­ni to ni­cze­go w moim ży­ciu, ale pra­gnie­nie, aby do­wie­dzieć się, skąd po­cho­dzę, ja­kie są moje ko­rze­nie, było wów­czas nie do po­ko­na­nia. Jaką ko­bie­tą jest Ona? Może – my­śla­łam – uła­twi mi to zro­zu­mie­nie sie­bie i wła­snej sy­tu­acji?

Kie­dy po kil­ku mi­nu­tach kie­row­nicz­ka wy­ło­ni­ła się zza za­ło­mu ścia­ny, trzy­ma­ła w ręku sza­ry, cie­nio­wa­ny se­gre­ga­tor z lat pięć­dzie­sią­tych. Pa­trzy­łam na ten se­gre­ga­tor jak za­uro­czo­na.

– Oso­ba za­in­te­re­so­wa­na ma pra­wo wglą­du. Może pan obej­rzeć pier­wot­ny akt uro­dze­nia, ale nie wol­no go fo­to­gra­fo­wać, nie zro­bi­my ko­pii i nie do­sta­nie pan żad­ne­go po­świad­cze­nia – usły­sza­łam.

Po­wpi­na­ne w księ­gę do­ku­men­ty dźwi­ga­ły cię­żar cza­su, były lek­ko po­żół­kłe, za­pi­sa­ne zie­lon­ka­wo­gra­na­to­wym atra­men­tem, naj­czę­ściej szpi­cza­stym pi­smem z lek­ki­mi za­wi­ja­sa­mi przy „y” lub „j”. Pal­ce kie­row­nicz­ki prze­kła­da­ły pa­pier­ki po­cząt­ko­wo szyb­ko, po­tem zwol­ni­ły i im bli­żej było do szes­na­ste­go mar­ca, tym wol­niej od­wra­ca­ły się kart­ki.

Kie­dy kie­row­nicz­ka zna­la­zła od­po­wied­nią stro­nę, po­de­szła i po­ło­ży­ła księ­gę na sto­le przede mną. Zo­ba­czy­łam zna­ny mi do­ku­ment. Ale kie­row­nicz­ka po­wo­li od­wró­ci­ła jed­ną stro­nę wstecz. Sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma pa­trzy­łam na po­żół­kły do­ku­ment.

– Pana mama to Ma­ria Grodz­ka, uro­dzo­na dnia... – Po­ma­ga­ła mi, czy­ta­jąc na głos. – A tu: „na pod­sta­wie de­cy­zji sądu dziec­ko płci... mę­skiej, o imie­niu Krzysz­tof, przy­spo­so­bio­ne Ka­zi­mie­rze i Jó­ze­fo­wi Bę­gow­skim”. To wpis na pod­sta­wie de­cy­zji sądu – wy­ja­śni­ła. Usia­dła przy biur­ku na­prze­ciw.

Da­lej czy­ta­łam sama. Bar­dzo sta­ra­łam się za­pa­mię­tać każ­de sło­wo. „Za­miesz­ka­ła we wsi Śnia­do­wo, po­wiat łom­żyń­ski, oj­ciec Ta­de­usz”.

– Ta­de­usz? – za­py­ta­łam gło­śno.

– Słu­cham? – Spoj­rza­ła na mnie.

– To wszyst­ko, nie ma nic wię­cej?

– Wszyst­ko, tak jak pan wi­dzi.

Pa­trzy­łam nadal na po­żół­kłą kar­tę.

– Za­pa­mię­tał pan? Tak?

Ski­nę­łam gło­wą.

– Co pan te­raz zro­bi?

– Jesz­cze nie wiem, ale chy­ba po­sta­ram się ją od­na­leźć. Je­śli żyje, je­śli gdzieś jest. Chcę jej po­dzię­ko­wać... No, wie pani, za to, że je­stem.

Przy­glą­da­ły mi się dwie pary okrą­głych, uważ­nych oczu. Wresz­cie kie­row­nicz­ka prze­chy­li­ła się do urzęd­nicz­ki sie­dzą­cej za za­ło­mem ścia­ny i po­wie­dzia­ła:

– Kry­siu, przy­go­tuj od­pis zu­peł­ny. – Zwró­ci­ła się do mnie: – To bę­dzie od­pis nie­uwzględ­nia­ją­cy tej kar­ty, któ­rą pan wi­dział. Ta­kie są za­sa­dy.

Urzęd­nicz­ka od­da­li­ła się w stro­nę biur­ka, na któ­rym stał kom­pu­ter, by przy­go­to­wać od­pis. Kie­row­nicz­ka uśmiech­nę­ła się nie­ocze­ki­wa­nie, sy­gna­li­zu­jąc, że mówi do mnie jako oso­ba pry­wat­na.

– Moja cór­ka ma w tej chwi­li sześć lat. Ad­op­to­wa­li­śmy ją z mę­żem, gdy mia­ła pół roku... – Po­sła­ła mi ra­do­sny uśmiech, któ­ry od­wza­jem­ni­łam. Sta­ły­śmy się przez chwi­lę jak­by wspól­nicz­ka­mi, choć dzie­li­ło nas wszyst­ko: hi­sto­rie ży­cia, lu­dzie, sy­tu­acje.

Wy­szłam z urzę­du z do­ku­men­tem w dło­ni. Mo­głam się ubie­gać o nowy do­wód oso­bi­sty, pro­ces trans­for­ma­cji był już pra­wie ukoń­czo­ny. Bra­ko­wa­ło te­raz je­dy­nie – lub aż – wy­ro­ku sądu, urzę­do­we­go po­twier­dze­nia zmian. Na po­cząt­ku no­we­go ży­cia mia­łam po­znać moją bio­lo­gicz­ną mamę. Było w tym coś ta­jem­ni­cze­go, eks­cy­tu­ją­ce­go, po­twier­dza­ją­ce­go słusz­ność do­tych­czas po­dej­mo­wa­nych de­cy­zji. By­łam cie­ka­wa, nie­pew­na i pod­eks­cy­to­wa­na.

Na ak­cie uro­dze­nia wid­niał ad­res mamy – Śnia­do­wo. I to był cel mo­jej po­dró­ży. A Lal­ka po­wie­dzia­ła, że oczy­wi­ście ze mną po­je­dzie. Prze­cież nie może tego prze­ga­pić.

Po raz pierw­szy od­pis aktu uro­dze­nia był mi po­trzeb­ny do wy­ro­bie­nia do­wo­du oso­bi­ste­go i pra­wa jaz­dy. Zda­wa­łam eg­za­min wła­śnie oko­ło osiem­na­stych uro­dzin. Sa­mo­chód sta­no­wił moją pa­sję, ra­dość i był wy­róż­nie­niem. Wte­dy, pra­wie czter­dzie­ści lat temu, mało kto miał pra­wo jaz­dy, szcze­gól­nie w tak mło­dym wie­ku. Kup­no auta sta­wa­ło się wów­czas wy­da­rze­niem ro­dzin­nym.

Oj­ciec bar­dzo dbał o to, by wzmac­niać moją mę­skość, czy­li o to, bym roz­wi­ja­ła mę­skie za­in­te­re­so­wa­nia. Na­ma­wiał mnie na tre­nin­gi ko­szy­ków­ki, pro­wa­dzał na me­cze pił­ki noż­nej, na­kła­niał do ko­lek­cjo­no­wa­nia sa­mo­cho­dzi­ków, znacz­ków, węd­ko­wa­nia, uczył mnie jeź­dzić war­sza­wą już wte­dy, kie­dy gło­wą nie się­ga­łam jesz­cze szy­by. Sa­dzał naj­pierw na ko­la­nach, a po­tem na po­dusz­kach. No a póź­niej zgo­dził się, bym dość wcze­śnie na­praw­dę za­czę­ła pro­wa­dzić.

Jaz­da spra­wia­ła mi sza­lo­ną fraj­dę. Lu­bi­łam jeź­dzić sa­mo­cho­dem i dbać o nie­go. Pro­wa­dzi­łam do­brze, sto­sun­ko­wo szyb­ko opa­no­wa­łam ma­te­riał te­sto­wy, włącz­nie z bu­do­wą sa­mo­cho­du i sil­ni­ka spa­li­no­we­go, co było wte­dy wy­ma­ga­ne. Te­sty za­li­czy­łam za pierw­szym po­dej­ściem, eg­za­min prak­tycz­ny też zda­łam od razu. Kie­dyś zresz­tą nie­zda­nie eg­za­mi­nu było rzad­ko­ścią, pod­czas gdy te­raz – jak wia­do­mo – jest do­kład­nie od­wrot­nie.

Wte­dy o wie­lu spra­wach my­śla­ło się in­a­czej, po­stę­po­wa­nie w nie­któ­rych wy­pad­kach też było tro­chę inne niż obec­nie. Wów­czas ła­twiej było uzy­skać pra­wo jaz­dy, ale z ko­lei o trans­sek­su­al­no­ści wie­dzia­no znacz­nie mniej, bra­ko­wa­ło też przy­zwo­le­nia spo­łecz­ne­go, by o „ta­kich” spra­wach roz­ma­wiać. Kwe­stie płcio­wo­ści – orien­ta­cji sek­su­al­nej, ba, na­wet doj­rze­wa­nia płcio­we­go – były tabu lub w naj­lep­szym ra­zie te­ma­tem nie­chęt­nie po­ru­sza­nym. Wpro­wa­dze­nie do szkół przed­mio­tu „przy­go­to­wa­nie do ży­cia w ro­dzi­nie so­cja­li­stycz­nej” wy­wo­ła­ło burz­li­wą dys­ku­sję, było zor­ga­ni­zo­wa­ne źle i chy­ba z za­ło­że­nia nie speł­ni­ło swo­jej roli. O tem­po­ra, o mo­res.

Moż­na po­wie­dzieć, że ze wzglę­du na cza­sy, w ja­kich do­ra­sta­łam, wy­cho­wa­nie mnie było dla mo­ich ro­dzi­ców dość trud­ne. Do­stęp prze­cięt­ne­go czło­wie­ka do wie­dzy me­dycz­nej z dzie­dzi­ny sek­su­olo­gii był ogra­ni­czo­ny, świa­do­mość nie­któ­rych pro­ble­mów – żad­na. Nie­mniej sta­ra­li się po­do­łać tru­do­wi „wy­pro­wa­dze­nia mnie na lu­dzi”, „wy­cho­wa­nia na czło­wie­ka”, każ­de na swój spo­sób. Oj­ciec wła­śnie po­przez roz­wi­ja­nie mo­ich za­mi­ło­wań spor­to­wych i mo­to­ry­za­cyj­nych, mama – wspie­ra­jąc mnie i sta­ra­jąc się zro­zu­mieć. Czu­łam, że oby­dwo­je bar­dzo mnie ko­cha­ją.

Tata był ofi­ce­rem Woj­ska Pol­skie­go, więc pew­na dys­cy­pli­na mu­sia­ła obo­wią­zy­wać tak­że w domu. Był wy­ma­ga­ją­cy i sta­now­czy. Nie lu­bił dłu­gich wło­sów u chłop­ców i gdy do­ra­sta­łam, pew­ne­go dnia sta­ło się to po­wo­dem scy­sji mię­dzy nami, ale wte­dy pra­wie każ­dy znał ten pro­blem z wła­sne­go domu. W szko­le rów­nież wy­ma­ga­no krót­kich wło­sów.

Mama wi­dzia­ła i ro­zu­mia­ła moje nie­przy­sto­so­wa­nie do śro­do­wi­ska ró­wie­śni­ków. Czy­ta­ła róż­ne książ­ki, mniej lub bar­dziej fa­cho­we, i sta­wia­ła je wy­so­ko, na naj­wyż­szej pół­ce w kuch­ni, że­bym – przy­najm­niej jej zda­niem – nie mo­gła po nie się­gnąć. Dla mnie jed­nak nie sta­no­wi­ło to żad­nej prze­szko­dy. W póź­niej­szych la­tach tam­te tek­sty po­zwo­li­ły mi zro­zu­mieć, że po­win­nam szu­kać me­dycz­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia swo­jej sy­tu­acji. Naj­pierw jed­nak mu­sia­łam przejść wy­bo­istą dro­gę, bo­le­sny czas okre­śla­nia wła­snej płcio­wo­ści, i znieść brak ak­cep­ta­cji ze stro­ny ró­wieś­ni­ków.

Gdy już zda­łam eg­za­min prak­tycz­ny na pra­wo jaz­dy, oka­za­ło się, że do wy­sta­wie­nia do­ku­men­tu po­trzeb­ny jest od­pis aktu uro­dze­nia. Mama stwier­dzi­ła wte­dy, że ten akt się gdzieś za­po­dział, i oj­ciec mu­siał je­chać do Otwoc­ka, by uzy­skać dru­gi. By­łam tro­chę zdzi­wio­na, po­nie­waż do­ra­sta­łam w prze­ko­na­niu, że uro­dzi­łam się w War­sza­wie. Ro­dzi­ce po­wie­dzie­li mi, że owszem, mie­li­śmy wów­czas otrzy­mać miesz­ka­nie w War­sza­wie, ale w mar­cu ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go czwar­te­go roku, ocze­ku­jąc na nie, prze­by­wa­li w Otwoc­ku, a po­przed­nio – z uwa­gi na pra­cę ojca – miesz­ka­li znacz­nie da­lej, w Kłodz­ku. Nig­dy nie po­wie­dzie­li mi, że je­stem ad­op­to­wa­na. W tam­tych cza­sach (a nie było to prze­cież tak daw­no temu!) uwa­ża­ło się zresz­tą, że dzie­ci ra­czej nie po­win­ny znać praw­dy, gdyż może ona być dla nich przy­kra albo stać się źró­dłem pro­ble­mów. Nie wiem, kie­dy tra­fi­łam do domu ro­dzi­ców. Pierw­sze zdję­cie z nimi zro­bio­no zimą. Mia­łam wte­dy oko­ło roku. Za­pew­ne nig­dy nie do­wie­dzia­ła­bym się, że uro­dzi­ła mnie inna ko­bie­ta, gdy­by nie to, że któ­re­goś dnia – gdy skła­da­łam do sądu wnio­sek o ko­rek­tę płci me­try­kal­nej – znów był mi po­trzeb­ny akt uro­dze­nia. Wów­czas za­uwa­ży­łam, że data wy­sta­wie­nia do­ku­men­tu jest zgod­na mniej wię­cej z datą mo­ich osiem­na­stych uro­dzin.

Na dwie­ście pięt­na­stym ki­lo­me­trze skrę­ci­łam w lewo na nie­wiel­kim roz­jeź­dzie. Prze­je­cha­ły­śmy jesz­cze tyl­ko przez most i zna­la­zły­śmy się w miej­sco­wo­ści Śnia­do­wo. Zmie­rza­łam w stro­nę ko­ścio­ła. Li­czy­łam na to, że ksiądz oka­że się skarb­ni­cą wie­dzy o miesz­kań­cach Śnia­do­wa, obec­nych i tych sprzed lat, że skie­ru­je mnie we wła­ści­wą stro­nę. Zna­le­zie­nie ko­ścio­ła nie było pro­ble­mem. Po prze­je­cha­niu kil­ku­set me­trów nie­opo­dal ryn­ku uj­rza­ły­śmy cha­rak­te­ry­stycz­ną strze­li­stą bu­dow­lę z czer­wo­nej ce­gły. Za­par­ko­wa­łam i obie, ja prze­bra­na za Krzysz­to­fa, we­szły­śmy na te­ren przy­ko­ściel­ny. Śnieg chrzę­ścił pod bu­ta­mi, mróz szczy­pał w po­licz­ki. Obe­szły­śmy bu­dy­nek do­oko­ła, ale żad­ne z drzwi nie chcia­ły ustą­pić. Za­kry­stia i kan­ce­la­ria też były za­mknię­te. Star­szy męż­czy­zna, któ­ry przez cały czas, gdy okrą­ża­ły­śmy świą­ty­nię, od­gar­niał śnieg z pla­cu, ob­ser­wo­wał na­sze po­czy­na­nia.

– Cze­go pań­stwo szu­ka­ją? – za­py­tał wresz­cie.

– Ko­le­żan­ka mo­jej mamy miesz­ka w tej oko­li­cy. Prze­jeż­dża­li­śmy tędy, a mama pro­si­ła, żeby ją od­na­leźć, po­zdro­wić... Grodz­ka się na­zy­wa. Ma­ria Grodz­ka, te­raz ma pew­nie z sie­dem­dzie­siąt lat.

– A, tak, Grodz­kich to tu parę do­mów jest... A z tą Ma­ry­sią do szko­ły cho­dzi­łem, pa­mię­tam. Ale ona już daw­no nie jest Grodz­ka. Nie wiem do­kład­nie, gdzie miesz­ka, bo się prze­nio­sła po ślu­bie do Łom­ży, to ja­kieś dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów stąd.

– A jak się te­raz na­zy­wa?

– Oj... nie pa­mię­tam, jak po ślu­bie ma. Ale Grodz­ka Ma­ry­sia. Tak, to z nią do szko­ły cho­dzi­łem. Pod­sta­wo­wej. Jak po­je­dzie­cie pro­sto na Ostro­łę­kę i w pra­wo, to będą ta­kie trzy domy. I je­den z nich, ten koło sa­dzaw­ki, to Grodz­kich jest. Tam się za­py­taj­cie.

Rze­czy­wi­ście. Tra­fi­ły­śmy do domu ku­zy­no­stwa mamy, gdzie do­sta­ły­śmy szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje: na­zwi­sko, ad­res, te­le­fon.

Wró­ci­ły­śmy do sa­mo­cho­du. Te­raz naj­bar­dziej in­te­re­so­wa­ła mnie kwia­ciar­nia. Chcia­łam ku­pić dzie­więt­na­ście róż i pę­dzić, by je wrę­czyć. Pa­li­ły mnie cie­ka­wość i prze­moż­na po­trze­ba ak­cep­ta­cji przez jed­ną z naj­waż­niej­szych osób w moim ży­ciu. Jak­kol­wiek było.

– Je­dzie­my da­lej? – za­py­ta­ła Lal­ka.

– No masz! Oczy­wi­ście! – żach­nę­łam się. – To chy­ba nie był naj­lep­szy po­mysł, by ku­po­wa­nie kwia­tów zo­sta­wić na ostat­nią chwi­lę.

– Mó­wi­łam, żeby za­brać bu­kiet z War­sza­wy – wy­po­mi­na­ła mi Lal­ka. – Te­raz mo­że­my mieć pro­blem.

Wie­dzia­łam, że ma ra­cję.

– Naj­pierw do­wiedz­my się, któ­ry to dom – po­wie­dzia­ła Lal­ka.

– Spo­ko. Z GPS-em nie za­błą­dzi­my.

Wje­cha­ły­śmy na nie­wiel­ki ma­ło­mia­stecz­ko­wy ry­nek, ja­kich wie­le, na któ­rym mie­nił się ko­lo­ra­mi przed­świą­tecz­ny ba­zar. Na sto­łach były roz­ło­żo­ne swoj­skie wę­dli­ny, wę­dzo­ne szyn­ki, pach­nia­ły wła­śnie upie­czo­ne pasz­te­ty. Obok mi­go­ta­ły cho­in­ko­we świa­teł­ka, błysz­cza­ły łań­cu­chy, pysz­ni­ły się bomb­ki i inne ozdo­by. Po są­siedz­ku rój róż­nej wiel­ko­ści świą­tecz­nych mi­ko­ła­jów przy­po­mi­nał o tym, że trze­ba ku­po­wać pre­zen­ty. Naj­więk­szy mi­ko­łaj wspi­nał się po dra­bi­nie, tar­ga­jąc cięż­ki wór. Za­pew­ne zaj­rzy przez ko­min, by zro­bić nie­spo­dzian­kę dzie­ciom. Nie­co mniej­szy, z pu­co­ło­wa­ty­mi po­licz­ka­mi, ko­ły­sał się na boki, wy­gry­wa­jąc me­lo­dię.

– Kwia­ciar­nia... Za tym do­mem jest kwia­ciar­nia. Za­trzy­maj.

Zno­wu mia­ła ra­cję. Ku­pi­łam dzie­więt­na­ście róż za co­kol­wiek świą­tecz­ną cenę. Kwia­ciar­ka była zdzi­wio­na licz­bą kwia­tów, któ­re chcia­łam ku­pić. Tłu­ma­czy­ła, że wy­star­czy sie­dem róż, co naj­wy­żej dzie­więć. Na każ­dą uro­czy­stość. Lu­dzie wię­cej nie ku­pu­ją. Upar­łam się jed­nak przy dzie­więt­na­stu. Wy­li­czy­łam, że Ma­ria mia­ła dzie­więt­na­ście lat, gdy mnie uro­dzi­ła. By­łam ura­do­wa­na i pod­eks­cy­to­wa­na. Po przej­ściach ostat­nich kil­ku lat dzi­siej­szy dzień był dla mnie na­gro­dą, mia­łam na­dzie­ję na zro­zu­mie­nie ze stro­ny mamy. Róże w War­sza­wie ku­pi­ła­bym może co­kol­wiek ta­niej, ale za­pew­ne nie pach­nia­ły­by tak wspa­nia­le...

Z bu­kie­tem wró­ci­ły­śmy do sa­mo­cho­du. Pod­je­cha­łam ka­wa­łek da­lej, do­słow­nie na są­sied­nią uli­cę. Mo­co­wa­łam się przez chwi­lę z za­spą, usi­łu­jąc bez­piecz­nie za­par­ko­wać. Nie była to re­pre­zen­ta­cyj­na uli­ca i od­śnie­że­nie jej na pew­no nie sta­no­wi­ło prio­ry­te­tu dla władz mia­sta. Miesz­kań­cy dba­li je­dy­nie o frag­men­ty chod­ni­ka przed swo­imi bra­ma­mi, by dało się przejść. Pry­zmy śnie­gu za­le­ga­ły przy kra­węż­ni­kach, pra­wie unie­moż­li­wia­jąc za­par­ko­wa­nie sa­mo­cho­du.

Lal­ka ob­ser­wo­wa­ła, jak sta­ran­nie wy­bie­ram nu­mer pani Ma­rii Grodz­kiej.

– Tut...tut...tut...

– Słu­cham – ode­zwał się spo­koj­ny głos star­szej ko­bie­ty.

– Dzień do­bry. Mam na imię Krzysz­tof i dzwo­nię w ta­kiej spra­wie... Wie pani... No bo ja... po­szu­ku­ję mamy.

Z dru­giej stro­ny za­pa­dła ci­sza. Czy mogę da­lej mó­wić?

– Nie bar­dzo wiem, jak mo­gła­bym panu po­móc – usły­sza­łam wresz­cie.

– Uro­dzi­łem się szes­na­ste­go mar­ca ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go czwar­te­go roku w Otwoc­ku. Na­zy­wam się Krzysz­tof. Krzysz­tof Bę­gow­ski.

Od­po­wie­dzia­ła mi ci­sza.

– Nie ocze­ku­ję ni­cze­go poza po­twier­dze­niem, że się nie mylę – kon­ty­nu­owa­łam. – Pro­szę się nie oba­wiać. Na­praw­dę ni­cze­go od pani nie chcę, przy­wio­złem tyl­ko kwia­ty. Chcę po­dzię­ko­wać za ży­cie, któ­re otrzy­ma­łem...

– Wie pan, je­stem za­ję­ta, ro­bię te­raz pie­ro­gi. Niech pan przy­je­dzie po świę­tach – po­wie­dzia­ła ja­koś tak bez­rad­nie.

– Pro­szę mnie do­brze zro­zu­mieć. Ni­cze­go nie ocze­ku­ję, chciał­bym tyl­ko wie­dzieć, czy się nie mylę. Czy pani jest moją mamą. Chcę tyl­ko pa­nią zo­ba­czyć... spo­tkać się. Mam kwia­ty...

– Ale co ja mogę...? – Bar­dziej się do­my­śli­łam, niż usły­sza­łam, co mówi ta ko­bie­ta.

– Chcę tyl­ko wrę­czyć kwia­ty. Ni­cze­go nie ocze­ku­ję... – po­wtó­rzy­łam.

– Chwi­lecz­kę – po­wie­dzia­ła już gło­śniej i ja­koś ochry­ple. – Ale musi pan po­cze­kać, cała je­stem w mące.

Ode­tchnę­łam głę­bo­ko i po­pa­trzy­łam na Lal­kę, ocze­ku­jąc wspar­cia.

– To co... te­raz?

– Jak chcesz być sama, to pój­dę na ten ba­za­rek. Po­trzeb­ny mi jest jesz­cze je­den pre­zent...

– Ra­czej zo­stań. Albo do­bra, nie będę cię za­trzy­my­wać.

Lal­ka i tak już wy­sia­da­ła z sa­mo­cho­du.

– Chcesz szyn­kę? – za­py­ta­ła, za­my­ka­jąc drzwi. Zda­je się jed­nak, że nie li­czy­ła na od­po­wiedź.

Wy­sia­dłam z auta. Sta­ra­łam się trzy­mać kwia­ty w gó­rze, by mama, nad­cho­dząc, od razu wi­dzia­ła, że to wła­śnie ja. Prze­glą­da­łam się ner­wo­wo w lu­ster­ku sa­mo­cho­du, chcąc spraw­dzić, jak wy­glą­dam. Brr. Pa­skud­nie. Dziś jak Krzy­siek. Od­cho­dzi­łam od sa­mo­cho­du, wra­ca­łam. Trwa­ło to oko­ło czter­dzie­stu mi­nut. Lal­ka ku­pi­ła szyn­kę dla sie­bie i dla mnie. Po­tem jesz­cze ha­fto­wa­ną bluz­kę dla Zuzi i ko­lej­kę z szy­na­mi. Chy­ba też dla Zuzi. Nie wiem. Zmar­z­ły­śmy w koń­cu i z po­wro­tem wsia­dły­śmy do auta. Wy­pa­try­wa­ły­śmy star­szej ko­bie­ty, mil­cząc, nie chcąc wer­ba­li­zo­wać nie­po­ko­ju, że może nie przyj­dzie.

Po kil­ku fał­szy­wych alar­mach zo­ba­czy­ły­śmy ko­bie­tę, któ­ra szła w to­wa­rzy­stwie star­sze­go męż­czy­zny i roz­glą­da­ła się do­ko­ła. Wy­sko­czy­ły­śmy z sa­mo­cho­du. W pierw­szej chwi­li oby­dwo­je byli spię­ci i sza­le­nie ofi­cjal­ni. Mama była drob­ną, siwą ko­bie­tą o ła­god­nych sza­rych oczach. Gdy­bym ją so­bie kie­dyś wy­obra­ża­ła, nie mo­gła­bym zro­bić tego le­piej. Tym ra­zem rze­czy­wi­stość się po­sta­ra­ła i po­da­ro­wa­ła mi ob­raz, o ja­kim ma­rzy­ła­bym, gdy­bym ma­rzy­ła. Ale ja nie ma­rzy­łam o ro­dzi­cach. Prze­cież ich mia­łam. Ko­cha­ją­cych, dba­ją­cych o moje dziś i ju­tro. Cza­sem tyl­ko za­da­wa­łam so­bie py­ta­nie... Po­nie­waż nie uwa­ża­łam, żeby te­raz było w po­rząd­ku się­ga­nie do ma­rzeń czy roz­trzą­sa­nie py­tań, któ­rych za­zwy­czaj za­da­wa­łam wie­le, szyb­ko wy­ję­łam z sa­mo­cho­du kwia­ty i wy­cią­gnę­łam przed sie­bie pur­pu­ro­wy wie­cheć.

– Dzień do­bry. To dla pani – po­wie­dzia­łam, po­da­jąc kwia­ty. – Dzię­ku­ję, że pani przy­szła. Chcę po­dzię­ko­wać... pani. Czy mogę mó­wić „mamo”?

– Tak, syn­ku.

– Dzię­ku­ję, mamo, że da­łaś mi ży­cie.

Przy­tu­li­łam ją, chy­ba na­ra­ża­jąc bu­kiet na uszczer­bek. Od­wza­jem­ni­ła uścisk. Za­uwa­ży­łam łzy błysz­czą­ce w jej oczach. Męż­czy­zna to­wa­rzy­szą­cy ma­mie przy­tu­lił za­sko­czo­ną Lal­kę, któ­ra na­tych­miast po­czu­ła się jak ryba w wo­dzie. Sta­ła obok i coś mó­wi­ła ja­koś tak szyb­ko i ra­do­śnie. W tych emo­cjach jej nie przed­sta­wi­łam.

– No wi­dzisz, Ma­ry­siu, mamy trzy cór­ki, to te­raz bę­dzie­my mie­li i syna. – Męż­czy­zna sta­rał się mó­wić po­god­nym, dziar­skim to­nem.

– Wej­dzie­cie na her­ba­tę? – stwier­dzi­ła ra­czej, niż za­py­ta­ła mama.

– Z przy­jem­no­ścią – od­par­ła na­tych­miast Lal­ka.

– Nie chce­my prze­szka­dzać... – Mia­łam pew­ne wąt­pli­wo­ści.

– Żona ma ra­cję... – po­wie­dział męż­czy­zna.

Zro­bi­łam nie­okre­ślo­ny gest ręką.

– Ale tyl­ko na chwil­kę – bro­ni­łam się.

Blok z lat pięć­dzie­sią­tych, czy­sty, za­dba­ny, nie­zbyt duży – jak więk­szość blo­ków w ma­łych mia­stach. We­szli­śmy do klat­ki, po­tem na pię­tro i do skrom­nie urzą­dzo­ne­go miesz­ka­nia. Sta­ro­mod­ne me­ble z lat sześć­dzie­sią­tych, zdję­cia có­rek na ścia­nach, mnóst­wo. Po pra­wej kuch­nia, w wą­skim ko­ry­ta­rzu wie­szak i komo­da z tra­dy­cyj­nym, prze­wo­do­wym te­le­fo­nem, po le­wej – drzwi do po­ko­ju dzien­ne­go, a na wprost sy­pial­nia i ga­bi­net. Męż­czy­zna ge­stem za­pro­sił nas do du­że­go po­ko­ju.

– To her­ba­ta czy kawa? – upew­nia­ła się mama. Się­gnę­ła do re­ga­łu i wy­ję­ła szkla­ny wa­zon.

– Her­ba­ta, z cy­try­ną, je­śli moż­na.

– A sło­dzisz? – Uśmiech­nę­ła się po raz pierw­szy.

– Nie sło­dzę. Lu­bię sło­dy­cze, ale nie po­wi­nie­nem ich jeść. – Roz­sia­dłam się na wer­sal­ce. Po­dob­ną pa­mię­ta­łam z dzie­ciń­stwa, ale nie mia­ło to nic wspól­ne­go z tą. Za­dzwo­nił te­le­fon. Za­uwa­ży­łam dru­gi tra­dy­cyj­ny apa­rat na sto­licz­ku w po­bli­żu te­le­wi­zo­ra. Taki z ka­blem cią­gną­cym się do gniazd­ka. Apa­rat z po­przed­niej epo­ki.

– Ja od­bio­rę – rzu­cił w stro­nę przed­po­ko­ju męż­czy­zna. Pod­niósł słu­chaw­kę i od­wró­ciw­szy się do okna, za­czął roz­ma­wiać pół­gło­sem. Zo­rien­to­wa­łam się z roz­mo­wy, że dzwo­ni cór­ka, bę­dzie po­ju­trze na lot­ni­sku w War­sza­wie, a po­tem wy­bie­ra się do ro­dzi­ców.

Mama wnio­sła na tacy her­ba­tę i po­kro­jo­ne cia­sto droż­dżo­we. Męż­czy­zna od­wró­cił się w moją stro­nę i po­wie­dział:

– Mamy dwa apa­ra­ty, ale je­den nu­mer. I za­wsze dzwo­nią oby­dwa, a od­bie­ra­my, gdzie nam wy­god­niej. Żeby nie bie­gać po ca­łym miesz­ka­niu. Ta­kie tra­dy­cyj­ne, ze sznu­rem i słu­chaw­ką...

– Wła­śnie te­raz, jak za­dzwo­ni­łeś, jed­no­cze­śnie ode­bra­li­śmy i mąż sły­szał na­szą roz­mo­wę – do­da­ła mama ci­cho, dziw­nym to­nem.

Jesz­cze nie ro­zu­mia­łam, ile na­ro­bi­łam za­mie­sza­nia. Ale przy­bra­łam grzecz­ną minę i po­wie­dzia­łam:

– Aha.

Ma­rian, bo oka­za­ło się, że tak ma na imię mąż mamy, roz­ma­wiał nadal przez te­le­fon i chy­ba nie sły­szał, co mó­wi­ła.

– Tak, mąż wcze­śniej nie wie­dział, że cię uro­dzi­łam.

Mama od­wró­ci­ła się i wy­szła z po­ko­ju. Po­zwo­li­ła, żeby sło­wa dźwię­cza­ły w mo­jej gło­wie, uno­si­ły się w po­miesz­cze­niu tak dłu­go, by ich sens do­tarł do mo­jej świa­do­mo­ści. Nie po­wie­dzia­ła ni­ko­mu, że mnie uro­dzi­ła, że by­łam. Nie chcia­ła po­wie­dzieć mę­żo­wi o moim ist­nie­niu, a ja tak ob­ce­so­wo wtar­gnę­łam w ich ży­cie i to tuż przed świę­ta­mi Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Po­czu­łam się win­na, ale jed­no­cze­śnie – pa­ra­dok­sal­nie – w ja­kimś sen­sie szczę­śli­wa, że tu je­stem.

Skąd się tu wzię­łam? Jak to moż­li­we? Kil­ka dni temu roz­wód za­koń­czył naj­waż­niej­szy etap mo­je­go ży­cia. Prze­ciął coś, co było jego tre­ścią przez po­nad trzy­dzie­ści lat – mi­łość. Mi­łość, z któ­rej żad­ne z nas nie mo­gło i nie chcia­ło zre­zy­gno­wać. Mi­łość, w któ­rej żad­ne z nas nie umia­ło dłu­żej trwać. Wte­dy, kil­ka dni temu, kie­dy pła­ka­łam w sa­mo­cho­dzie za­raz po roz­pra­wie są­do­wej, po­sta­no­wi­łam po­je­chać do Otwoc­ka, aby po­brać akt uro­dze­nia i zło­żyć go w są­dzie z wnio­skiem o praw­ne uzgod­nie­nie płci. Aby być wresz­cie dla świa­ta nie Krzyś­kiem, ale po pro­stu sobą – Anią. Kil­ka dni temu do­wie­dzia­łam się, że ro­dzi­ce, któ­rzy mnie wy­cho­wa­li, nie byli mo­imi ro­dzi­ca­mi bio­lo­gicz­ny­mi. Ad­op­to­wa­li mnie. By­łam pew­na, że nie mam ro­dzi­ców, bo obo­je już nie żyli. I pew­nie nig­dy nie od­kry­ła­bym, że jed­nak mam ro­dzi­nę – bio­lo­gicz­ną mamę – gdy­by nie to, że zmie­nia­jąc cał­ko­wi­cie swo­je ży­cie, po­bra­łam w urzę­dzie ten akt uro­dze­nia. Dzi­siaj przy­je­cha­łam tu i wiem, że mam mamę. A za kil­ka dni są świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Może ma to ja­kiś ta­jem­ni­czy trans­cen­dent­ny sens? Za­my­ka­łam jed­ną część ży­cia, by otwo­rzyć na­stęp­ną. Za ja­kiś czas z wy­ro­kiem sądu będę mo­gła tak­że w do­ku­men­tach być ko­bie­tą, a dla mamy, któ­rej wy­da­wa­ło się, że uro­dzi­ła chłop­ca, mo­głam się stać ko­lej­ną cór­ką. Za­czy­na­łam nowe ży­cie, a ono pro­wa­dzi­ło mnie do jego po­cząt­ku. My­śląc o tym, czu­łam smu­tek i na­dzie­ję. Tań­czy­ły we mnie sple­cio­ne w ja­kimś sza­lo­nym, wa­riac­kim tań­cu. Nie wie­rzę w Boga, ale gdy­by na­wet był, to pew­nie nie za­słu­ży­ła­bym na jego ła­skę. Wszyst­ko dzia­ło się nie­mal w przed­dzień Wi­gi­lii, zbli­ża­ły się świę­ta, co zwięk­sza­ło ma­gię prze­ży­wa­nych chwil.

Moje re­flek­sje prze­rwa­li mama i Ma­rian. Mama nio­sła wa­zon z kwia­ta­mi, a Ma­rian ta­lerz i dzban. Pa­trzy­łam na nich i po­wró­ci­ła myśl, jak da­le­ce spra­wi­łam im pro­blem swo­im po­ja­wie­niem się. Nie umia­łam tego oce­nić. Jak oni so­bie z tym po­ra­dzą? Bo prze­cież to nie tak mia­ło być. Nie za­mie­rza­łam do­ko­ny­wać ro­dzin­nej re­wo­lu­cji... Nie wie­dzia­łam, czy mam te­raz prze­pra­szać czy ra­czej mil­czeć i uda­wać idiot­kę...

Mama usia­dła na prze­ciw­le­głym koń­cu wer­sal­ki. Ma­rian i Lal­ka kro­ili w kuch­ni i do­no­si­li wik­tu­ały, prze­zna­czo­ne pier­wot­nie na świę­ta – swoj­skie kieł­ba­sy, sal­ce­son, no i wód­kę. Kie­dy ko­lej­ny raz wy­szli do kuch­ni, mama po­ło­ży­ła na sto­le wiel­ki al­bum ze zdję­cia­mi. Ale naj­pierw spoj­rza­ła mi w oczy i po­wie­dzia­ła ze wzru­sze­niem w gło­sie:

– Mam na­dzie­ję, że mi wy­ba­czysz.

– Co mam wy­ba­czyć?

– To, że cię zo­sta­wi­łam w tym ośrod­ku. To była taka or­ga­ni­za­cja, Liga Ko­biet. Po­ma­ga­ła ko­bie­tom w ta­kiej sy­tu­acji jak moja. By­łam w szko­le, w mie­ście, poza do­mem. Mia­łam wte­dy dzie­więt­na­ście lat. Po­zna­łam chło­pa­ka.

– Ta­de­usza.

– Tak, Ta­de­usza. Skąd wiesz?

– Z aktu uro­dze­nia. Nie było tam na­zwi­ska. Jak się na­zy­wał?

– Te­raz już nie­waż­ne. Kie­dy mu po­wie­dzia­łam, że bę­dzie­my mie­li dziec­ko...

– Zwiał.

– Pró­bo­wał mnie na­mó­wić, że­bym usu­nę­ła cią­żę. Nie zgo­dzi­łam się. My­śla­łam, że bę­dzie­my ra­zem. Był ko­le­ja­rzem. Za ja­kiś czas znik­nął. To nie był do­bry czło­wiek. A ja... w tam­tych cza­sach... pa­nien­ka nie mo­gła na wieś wró­cić z dziec­kiem.

– Wiem! Wiem, że tak było. Wiem. Nie mo­głaś. Lu­dzie za­tru­li­by ci ży­cie.

– Nie mo­głam tak wró­cić. Ro­zu­miesz?

– Ro­zu­miem bar­dzo do­brze, mamo. Nie mam żalu. Nie uniesz­czę­śli­wi­łaś mnie. Mia­łam wspa­nia­łe ży­cie – po­wie­dzia­łam, uj­mu­jąc ją obie­ma dłoń­mi za ręce.

Kie­dy do po­ko­ju we­szli z po­wro­tem Lal­ka z Ma­ria­nem, mu­sie­li zo­ba­czyć wzru­sza­ją­cą ro­dzin­ną scen­kę. Sie­dzia­ły­śmy z mamą przy­tu­lo­ne, ocie­ra­jąc łzy. Na wi­dok przy­by­łych mama opa­no­wa­ła się. Przy­su­nę­ła się do al­bu­mu le­żą­ce­go na sto­le i do­syć uro­czyś­cie oznaj­mi­ła:

– Opo­wiem ci tro­chę o nas. Masz trzy sio­stry. Ewe­li­na uro­dzi­ła się tu­taj, w Łom­ży. Te­raz miesz­ka w An­glii. – Mama uśmiech­nę­ła się do mnie sze­ro­ko. – To two­ja naj­star­sza sio­stra.

– Ja je­stem naj­star­sza – sko­men­to­wa­łam i szyb­ko się po­pra­wi­łam: – naj­star­szy.

Przy­su­nę­łam się bli­żej al­bu­mu, bli­żej mamy. Czu­łam, jak ogar­nia­ją mnie cie­pło i ser­decz­ność tego domu.

– Iwo­na uro­dzi­ła się dwa lata póź­niej – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc ko­lej­ne zdję­cie. – A Mag­da osiem lat po­tem.

Słu­cha­łam jej słów, ale moje my­śli po­bie­gły w inną stro­nę. Wy­obra­zi­łam so­bie jej ból. Ból, jaki mu­siał ją gnę­bić, kie­dy jej chło­pak ka­zał usu­nąć cią­żę. Ból, jaki czu­ła, gdy po­tem znik­nął, kie­dy od­mó­wi­ła, i zro­zu­mia­łam jej lęk przed po­wro­tem na wieś z nie­ślub­nym dziec­kiem. Czy dziś ro­zu­mie­my ten lęk? Lęk przed ludz­ką nie­to­le­ran­cją, lęk przed ludź­mi, któ­rzy mają je­dy­nie słusz­ny prze­pis na czło­wie­ka i jego ży­cie.

Po na­szym pierw­szym spo­tka­niu mama i Ma­rian za­dzwo­ni­li, za­pra­sza­jąc ser­decz­nie na Wi­gi­lię. Czu­łam, że bar­dzo tego chcą, ale nie mo­głam tak po pro­stu tam po­je­chać. Mia­łam w gło­wie de­pre­syj­ną myśl, że roz­wi­ja­nie go­rą­cej re­la­cji ro­dzin­nej nie ma przy­szło­ści, je­śli mam dla nich być Krzyś­kiem. Czu­łam, że ten dzień, kie­dy ich od­na­la­złam, to był prze­błysk świa­tła, któ­re szyb­ko zga­śnie. Prze­cież nie mogę po­wie­dzieć sie­dem­dzie­się­cio­let­niej ma­mie, że cho­ciaż uro­dzi­ła syna, ma jesz­cze jed­ną cór­kę. A Ma­rian? Bied­ny Ma­rian, któ­ry za­py­tał Ma­ry­się: „dla­cze­go mi nie po­wie­dzia­łaś?”. Co po­my­śli? Prze­cież nie będę przed nimi uda­wać Krzyś­ka przez resz­tę ży­cia. Co tu dużo ga­dać, wy­mó­wi­łam się, że świę­ta mam już za­pla­no­wa­ne. Stchó­rzy­łam. To praw­da, na świę­ta za­pro­si­li mnie Lal­ka z mę­żem, ale wie­dzia­łam, że Wi­gi­lię będą ob­cho­dzić u jej sio­stry. Głu­pio wpra­szać się do ko­goś. Moi ro­dzi­ce nie żyli. Resz­ta ro­dzi­ny za­nie­cha­ła kon­tak­tów ze mną, kie­dy po­wie­dzia­łam, że ko­ry­gu­ję płeć. Syn spę­dzał świę­ta u swo­jej mamy. Praw­do­po­dob­nie więc sie­dzia­ła­bym w Wi­gi­lię sama lub spę­dza­ła­bym ten czas w Trans-Fu­zji, gdy­by nie te­le­fon...

– Wiesz, Krzy­siu, kie­dy Ewe­li­na do­wie­dzia­ła się, że ma bra­ta, po­sta­no­wi­ła przy­le­cieć na Wi­gi­lię do Pol­ski. Będą wszyst­kie two­je sio­stry i ich ro­dzi­ny. Mu­sisz przy­je­chać!

– Ale prze­cież...

– Bar­dzo cię pro­szę. Mu­sisz! Wy­myśl coś, że­byś był.

Ode­bra­ło mi mowę. Być zna­czy kon­ty­nu­ować, pod­trzy­my­wać zna­jo­mość. Prze­cież nie będę im całe ży­cie kła­ma­ła, a praw­dy zdra­dzić nie mogę.

– Nie wiem, co po­wie­dzieć... To zna­czy... tak.

– Obie­cu­jesz?

– Tak, będę na pew­no.

To były chy­ba naj­bar­dziej świą­tecz­ne świę­ta, ja­kie pa­mię­tam. Ta­kie licz­ne, ro­dzin­ne i peł­ne zwie­rzeń. Przy­je­cha­ła, jak uprze­dza­ła mama, cała ro­dzi­na, moje trzy sio­stry z mę­ża­mi i dzieć­mi. Ewe­li­na z Lon­dy­nu, Iwo­na z Nie­miec, Mag­da z War­sza­wy. Zlot ca­łe­go świa­ta... Nie zna­li­śmy się, a jed­nak od razu po­czu­łam, że się zna­my. Zro­bi­li­śmy prze­gląd ży­cia, każ­dy spo­wia­dał się ze swo­je­go. Ja tak­że. Ale tego, co naj­waż­niej­sze, mu­sia­łam uni­kać jak ognia. Bo­la­ło mnie, że nie mogę im się przed­sta­wić jako Ania. To zu­peł­nie nie pa­so­wa­ło do at­mos­fe­ry.

W tle ci­chut­ko po­brzmie­wa­ły z ra­dia ko­lę­dy, za okna­mi skrzył się śnieg. A my ga­da­li­śmy, ga­da­li­śmy. Świę­ta mia­ły wy­miar bar­dziej ma­gicz­ny, niż mo­gło­by się wy­da­wać. Py­ta­li mnie o wszyst­ko. O żonę, o roz­wód i jego przy­czy­nę. Czu­łam się okrop­nie, kie­dy po­wie­dzia­łam, że roz­wie­dli­śmy się z po­wo­du róż­ni­cy cha­rak­te­rów.

Zro­bi­ło się bar­dzo póź­no. Czas było wra­cać. Do sa­mo­cho­du do­kwa­te­ro­wa­no mi Ewe­li­nę, bo rano mia­ła po­wrot­ny sa­mo­lot do Lon­dy­nu, do swo­ich dzie­ci. Chcia­ła spę­dzić z nimi świę­ta. Ja­dąc, kon­ty­nu­owa­ły­śmy pa­sjo­nu­ją­ce wi­gi­lij­ne zwie­rze­nia. Ewe­li­na prze­cież przy­by­ła do Pol­ski wła­ści­wie dla mnie, zo­ba­czyć się z bra­tem. Je­cha­ły­śmy tu­ne­lem lasu w smu­dze re­flek­to­rów. Wy­cie­racz­ki zgar­nia­ły z szy­by płat­ki śnie­gu. Pły­ną­ca z ra­dia świą­tecz­na mu­zy­ka bu­do­wa­ła ta­jem­ni­czą, od­re­al­nio­ną at­mos­fe­rę. Je­cha­ły­śmy nie­zbyt szyb­ko, po­nie­waż było śli­sko. Roz­ma­wia­łam z Ewe­li­ną o róż­nych rze­czach, ale my­śla­łam sta­le, jak jej po­wie­dzieć o tym, co na­praw­dę waż­ne. Za­sta­na­wia­łam się już wcześ­niej i wła­ści­wie pod­ję­łam de­cy­zję. Ewe­li­na miesz­ka w An­glii. Lon­dyn to mie­szan­ka kul­tur, ras, ko­lo­rów skó­ry. Jej naj­ła­twiej bę­dzie mnie zro­zu­mieć. Po chwi­li mil­cze­nia prze­ła­ma­łam się i za­czę­łam:

– Ewe­lin­ko, mu­szę ci coś wy­znać...

– Are you gay? – Ewe­li­na chęt­nie uży­wa­ła an­giel­skich słów.

Za­sko­czy­ła mnie. Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, że ja... że rze­czy­wi­ście może to tak wy­glą­dać. Na tym eta­pie mo­jej prze­mia­ny wy­glą­da­łam bar­dzo dziw­nie jak na „praw­dzi­we­go” męż­czy­znę – dłu­gie wło­sy zwią­za­ne w kit­kę, ko­ra­li­ki na szyi, kol­czy­ki w uszach, mało mę­skie blu­zecz­ki...

– No, I am not, but... I am trans­se­xu­al.

Tym ra­zem chy­ba ja ją za­sko­czy­łam.

Wy­ja­śni­łam jej, czym jest trans­pł­cio­wość, i do­da­łam, że mnie wła­śnie to do­ty­ka.

Po­wie­dzia­łam, że mam spi­sa­ną hi­sto­rię swo­je­go ży­cia i umó­wi­ły­śmy się, że jej wy­ślę. No i za­py­ta­łam ją o to, co w tym mo­men­cie było dla mnie naj­waż­niej­sze – czy mogę opo­wie­dzieć całą tę hi­sto­rię sio­strom i ma­mie.

– Sio­strom tak. Są otwar­te, nie będą mia­ły z tym pro­ble­mu. Ale ma­mie nie mów – od­po­wie­dzia­ła Ewe­li­na i po na­my­śle do­da­ła: – Mama nie zro­zu­mie.

Na­dzie­ja, któ­ra po­wo­li się we mnie ro­dzi­ła, pry­sła. Było mi smut­no. Jak mo­głam, głu­pia, spo­dzie­wać się cze­goś in­ne­go? Za­wa­lił się świat, któ­ry od kil­ku go­dzin bu­do­wa­łam w ma­rze­niach. Wie­dzia­łam jed­nak, że za­sto­su­ję się do tego, co po­wie­dzia­ła mi sio­stra. Dłu­gą chwi­lę je­cha­ły­śmy w mil­cze­niu.

Już wte­dy funk­cjo­no­wa­łam prze­cież jako ko­bie­ta, bra­łam hor­mo­ny, więc prze­bie­ra­nie się za Krzyś­ka było dla mnie co­raz trud­niej­sze. Cza­sem, ni­czym fa­ta­mor­ga­na, oaza na ho­ry­zon­cie po­ja­wia­ła się po­zy­tyw­na myśl. Już nie będę czwar­tą cór­ką Ma­ry­si. Co ja plo­tę! Pierw­szą.

E-mail z opo­wia­da­niem, w któ­rym przed­sta­wi­łam Anię, wy­sła­łam sio­strom za­raz rano. Przy­najm­niej tyle mo­głam zro­bić.

W re­ak­cji na ten list otrzy­ma­łam od­po­wiedź od Ewe­li­ny, a w za­sa­dzie nie od­po­wiedź, tyl­ko sze­reg py­tań. Spró­bo­wa­łam na nie od­po­wie­dzieć.

Hej, Sio­strzycz­ko!

Pro­szę, na­pisz, czy mogę na­szą ostat­nią ko­re­spon­den­cję prze­ka­zać Iwo­nie i Mag­dzie. Wszak to, o czym chcę Ci po­wie­dzieć, chcę po­wie­dzieć tak­że im. Od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­re mi za­da­jesz, będą, być może, in­te­re­so­wa­ły Was wszyst­kie. Nie­któ­re z tych py­tań były po­trzeb­ne tak­że mnie. Pró­bu­jąc na nie od­po­wie­dzieć, pró­bo­wa­łam od­po­wie­dzieć tak­że so­bie.

Iwo­na od­pi­sa­ła na mój list, w któ­rym prze­pra­sza­łam Was za po­wsta­łą sy­tu­ację, więc mam na­dzie­ję, że prze­czy­ta, co chcę Wam prze­ka­zać w od­po­wie­dzi na Two­je py­ta­nia. Mag­dy nie in­da­go­wa­łam i nie epa­to­wa­łam swo­ją oso­bą, po­nie­waż uzna­łam, że je­śli nie od­pi­su­je, to pew­nie nie chce tej ko­re­spon­den­cji. List wy­ślę jed­nak tak­że do niej. Je­śli nie ze­chce czy­tać, po pro­stu go ska­su­je.

Ro­zu­miem kon­ster­na­cję i nie­po­kój, ja­kie w Was wy­wo­ła­łam swo­im nie­spo­dzie­wa­nym po­ja­wie­niem się. Do­wo­dem, że ro­zu­miem, jest list, któ­ry wy­sła­łam do Cie­bie, za­nim na to za­re­ago­wa­ły­ście. Na­pi­sa­łam w nim, że do­tar­ło do mnie, że zro­zu­mia­łam pro­blem, jaki spra­wi­łam ma­mie i Ma­ria­no­wi. W li­ście tym prze­pra­szam Was wła­śnie za to, a nie za to, jaka je­stem. Prze­pra­szam Was więc za to jesz­cze raz i pro­szę o wy­ba­cze­nie oraz zro­zu­mie­nie. Fakt, sama się so­bie dzi­wię, że te re­flek­sje w peł­ni do­tar­ły do mnie do­pie­ro po po­wro­cie do War­sza­wy z Za­ko­pa­ne­go. Prze­cież nadal, mam na­dzie­ję, nie je­stem idiot­ką. A jed­nak... Tak bar­dzo się cie­szy­łam od­na­le­zie­niem mamy i Was, że nie po­my­śla­łam, że przed Ma­ry­sią i Ma­ria­nem nie mogę ujaw­nić praw­dy, bo ich w ten spo­sób skrzyw­dzę. Prze­cież nie będą w sta­nie przy­jąć jej bez bólu. Pro­szę o wy­ba­cze­nie. Mam na­dzie­ję, że zro­zu­mie­cie.

W paź­dzier­ni­ku 2006 żona po­in­for­mo­wa­ła mnie, że pod­ję­ła osta­tecz­ną de­cy­zję o roz­wo­dzie. Do No­we­go Roku nie umia­łam się z tym po­go­dzić. Chcia­łam jesz­cze coś zmie­nić, tłu­ma­czyć, roz­ma­wiać, ale oka­za­ło się to już nie­moż­li­we. W za­sa­dzie sama nie wiem, co chcia­łam osią­gnąć tymi dzia­ła­nia­mi, sko­ro nie umia­łam jej przy­rzec, że już nig­dy... że bę­dzie mo­gła o tym, co się ze mną dzie­je, za­po­mnieć. Chcia­łam, że­by­śmy byli ra­zem. Ona też... Gdy­by mo­gła. Całe dwa po­przed­nie lata sta­no­wi­ły dla nas emo­cjo­nal­ny kosz­mar. A te­raz po­zo­sta­ła pust­ka.

W czerw­cu stra­ci­łam pra­cę z po­wo­du upad­ku mo­jej fir­my. Sta­ra­łam się – po­cząt­ko­wo z opty­mi­zmem, a ostat­nio z na­ra­sta­ją­cym nie­po­ko­jem – po­zbie­rać ja­koś i usta­wić swo­je in­te­re­sy.

Bio­rę hor­mo­ny od maja 2007 roku. Prze­ży­wam ra­dość i uczu­cie nie­zna­ne mi do tej pory, uczu­cie fi­zycz­nej wol­no­ści, tak jak­bym zrzu­ci­ła krę­pu­ją­cą mnie sko­ru­pę.

Pró­bu­ję po­przez wy­zna­nie praw­dy prze­ko­nać się, czy uda mi się prze­pro­wa­dzić przy­ja­ciół w moje nowe ży­cie, gdy za­cznę funk­cjo­no­wać z od­mien­ną toż­sa­mo­ścią. Skut­ki są, nie­ste­ty, róż­ne. Więk­szość bli­skich mi osób, jak są­dzę, stra­cę jed­nak na za­wsze. Tra­cę grunt pod no­ga­mi.

Sprze­da­ły­śmy nasz dom. Nasz wy­ma­rzo­ny nie­gdyś dom, w któ­ry wło­ży­ły­śmy wie­le ser­ca i w któ­rym mia­ły­śmy się ra­zem ze­sta­rzeć.

17  grud­nia, w dniu roz­wo­du, do­wie­dzia­łam się, że zo­sta­łam ad­op­to­wa­na. W kil­ka dni po­tem prze­ży­łam ra­dość „od­kry­cia i po­zna­nia” cu­dow­nych ro­dzi­ców. Nie­sa­mo­wi­te i szczę­śli­we zda­rze­nie.

Z jed­nej stro­ny czu­ję się co­raz bar­dziej sa­mot­na, nic nie jest już ta­kie jak kie­dyś. A z dru­giej prze­ży­wam ol­brzy­mią ra­dość z po­wo­du trans­for­ma­cji. Ko­niec z grą, mogę mó­wić tak, jak my­ślę i jak czu­ję. Już nie mu­szę uda­wać fa­ce­ta. No i mama! Odna­la­złam ro­dzi­nę. Od­kry­cie mamy i Was wy­wo­ła­ło we mnie ra­dość i uczu­cie bli­sko­ści. Prze­ży­łam cu­dow­ne, cie­płe, ro­dzin­ne świę­ta. Wi­dzia­ły­ście moją uśmiech­nię­tą od ucha do ucha idio­tycz­ną gębę?!

Ale te­raz mam ko­lej­ne re­flek­sje w tej spra­wie, bar­dziej opty­mi­stycz­ne.

Do tej pory za­kła­da­łam, że dzię­ki uwol­nie­niu się od nie swo­jej płci, dzię­ki temu, że za­pła­ci­łam wiel­ką emo­cjo­nal­ną i ży­cio­wą cenę tego uwol­nie­nia, nie będę już nig­dy ni­cze­go uda­wać. Że zo­sta­nie mi dana wol­ność od sko­ru­py. Wol­ność od wię­zie­nia za we­nec­kim lu­strem. Upi­ję się tą wol­no­ścią!

Mimo że wresz­cie mam pra­wo czuć się ko­bie­tą i ra­do­śnie czu­ję ją w so­bie, to wciąż jesz­cze nie je­stem nią „na sta­łe”. By­wam nią tyl­ko wte­dy, kie­dy mogę so­bie na to po­zwo­lić. Ten stan bę­dzie trwał do cza­su, aż uło­żę so­bie ży­cie na nowo. Już jako Ania.

Jed­nak prze­cież na­wet wte­dy (je­śli mi