Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 387 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Małżeństwo ze snu - Julia Quinn

Cecilia Harcourt jest sierotą, a jej brat został ranny podczas wojny w koloniach. Teraz ma dwa wyjścia: oba nie do przyjęcia – zamieszkać z nielubianą ciotką lub wyjść za mąż za podstępnego kuzyna. Wybiera… trzeci wariant: podróż przez Atlantyk, by pielęgnować brata, dopóki nie wróci do zdrowia. Po tygodniu poszukiwań znajduje jednak nie brata, ale jego najlepszego przyjaciela, przystojnego oficera Edwarda Rokesby’ego. Edward leży nieprzytomny i rozpaczliwie trzeba mu troskliwej opieki. Cecilia postanawia, że uratuje żołnierzowi życie, nawet jeśli znajdzie się u jego boku jedynie dzięki pewnemu
kłamstwu…
Ryzykuje całą swoją przyszłość. Kiedy jednak prawda wyjdzie na jaw, Edward może sprawić jej kilka niespodzianek….

Opinie o ebooku Małżeństwo ze snu - Julia Quinn

Fragment ebooka Małżeństwo ze snu - Julia Quinn

Korekta

Renata Kuk

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© VJ Dunraven/Fotolia

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

The Girl with the Make-Believe Husband

Copyright © 2017 by Julie Cotler Pottinger

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6569-8

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Nanie Vaz de Castro,

która tak umie inspirować.

To chyba dobrze, że w USA

w sieci Bob’s nie mogę dostać

czekoladowych shake’ów Ovomaltine.

A także Paulowi.

Jest w tym jakaś ironia, że napisałam

powieść o pozornym mężu,

kiedy ty wyjechałeś na trzy miesiące,

żeby wspiąć się na Mount Everest.

Tylko

1

Manhattan Czerwiec 1779

Bolała go głowa.

Poprawka, potwornie bolała go głowa.

Nie potrafił jednak określić, co to za ból. Może dostał postrzał kulą z muszkietu? Wydawało się to prawdopodobne, skoro był akurat w Nowym Jorku (a może w Connecticut?) i służył jako kapitan w armii Jego Królewskiej Mości.

Trwała chyba jakaś wojna, z czego niejasno zdawał sobie sprawę.

Ale ten szczególny łoskot – jakby ktoś grzmocił w jego czaszkę armatą (uwaga, nie kulą armatnią, ale całą armatą) – zdawał się wskazywać, że rąbnięto go w głowę czymś o wiele cięższym niż kula.

Może kowadłem, zrzuconym z drugiego piętra.

Jeśli jednak spojrzeć na to z pozytywnej strony, taki ból oznaczał, że żyje, a to było nie najgorszym losem, zważywszy wszystko, co kazało mu uważać, że do niego strzelono.

Na wojnie, o której pomyślał… ludzie ginęli.

Z przerażającą regularnością.

Nie umarł zatem. To było dobre. Nie wiedział jednak dokładnie, gdzie się znajduje. Należało oczywiście otworzyć oczy, ale nawet mimo zaciśniętych powiek, zdawał sobie sprawę, że jest dzień, a choć lubił patrzeć na coś z metaforycznej, pozytywnej strony, był również całkiem pewny, że z tej dosłownej blask okaże się oślepiający.

A więc nie otwierał oczu.

Tylko słuchał.

Nie był sam. Nie mógł uchwycić sensu rozmowy, lecz docierał do niego stłumiony dźwięk słów i czuł, że ktoś się wokół niego krząta. Ludzie chodzili, stawiali jakieś rzeczy na stołach, przesuwali krzesło po podłodze.

Ktoś jęczał z bólu.

Większość głosów należała do mężczyzn, lecz w pobliżu była przynajmniej jedna kobieta. Na tyle blisko niego, że słyszał szmer jej oddechu. To, czym się zajmowała, wywoływało ciche dźwięki; wkrótce zrozumiał, że okrywa go kocem i dotyka jego czoła dłonią.

Podobały mu się ciche dźwięki, ledwie dosłyszalne pomruki i westchnienia, które zapewne wydawała nieświadomie. I przyjemnie pachniała, trochę cytryną, a trochę mydłem.

A trochę ciężką pracą.

Znał tę woń. I on ją wydzielał, choć zwykle zmieniała się już po chwili w wyraźny smród.

W jej przypadku była jednak wcale przyjemna. No, może tylko trochę zbyt intensywna. Ciekawiło go, kim jest ta kobieta, która czuwa nad nim tak troskliwie.

– Jak on się dziś miewa?

Edward zesztywniał. Ten męski głos był nowy, a on nie był pewien, czy chce, żeby ktokolwiek wiedział o jego powrocie do świadomości.

Chociaż nie był pewny dlaczego.

– Tak samo – padła odpowiedź kobiety.

– Martwi mnie to. Jeśli się wkrótce nie ocknie…

– Wiem – odparła kobieta z lekką irytacją w głosie, która wydała mu się dziwna.

– Czy zdołała pani podać mu bulion?

– Tylko parę łyżek. Z obawy, żeby się nim nie zakrztusił, gdybym próbowała dać mu więcej.

Mężczyzna wydał pomruk świadczący o uznaniu.

– Niech mi pani przypomni, od jak dawna leży w tym stanie.

– Od tygodnia. Cztery dni przed moim przyjazdem i trzy potem.

Tydzień. Edward zastanawiał się nad tym. Tydzień oznaczał, że teraz musi być… Marzec? Kwiecień?

Nie, chyba tylko luty. A tu jest zapewne Nowy Jork, nie Connecticut.

Nie wyjaśniało to jednak, czemu głowa go tak piekielnie boli. Najwyraźniej miał jakiś wypadek. A może go zaatakowano?

– Wciąż nie ma zmiany? – spytał mężczyzna, chociaż kobieta już to przecież powiedziała.

Musiała jednak mieć dużo więcej cierpliwości niż Edward, bo odparła cichym, czystym głosem:

– Nie, żadnej.

Mężczyzna wydał jakiś dźwięk, który wcale nie był pomrukiem. Edward jednak nie umiałby go określić.

– Ehm… – kobieta odkaszlnęła. – Czy wie pan coś o moim bracie?

Jej brat? Kto był jej bratem?

– Obawiam się, że nie, pani Rokesby.

Pani Rokesby?

– Upłynęły już prawie trzy miesiące – powiedziała cicho.

Pani Rokesby? Edward gorąco pragnął, żeby wrócili do tego tematu. W Ameryce Północnej był, jak się orientował, tylko jeden Rokesby. On sam. Jeśli więc ona jest panią Rokesby…

– Myślę – odrzekł męski głos – że lepiej byłoby, by skupiła się pani raczej na pielęgnowaniu męża.

Męża?

– Zapewniam pana – odparła, znów z odcieniem irytacji w głosie – że czuwam nad nim jak najpilniej.

Mąż? Oni go nazywali jej mężem? Czyżby się ożenił? Nie mógł być żonaty. Jakże mógłby poślubić kogoś i nie pamiętać o tym?

Kim była ta kobieta?

Serce zaczęło mu gwałtownie łomotać. Co się z nim u diabła stało?

– Czy on się teraz nie poruszył? – spytał mężczyzna.

– Nie… nie sądzę.

Podeszła szybko ku niemu. Dotknęła ręką jego policzka, potem piersi, lecz mimo jawnego zaniepokojenia było w tych jej ruchach coś kojącego, niezaprzeczalnie trafnego.

– Edwardzie? – spytała, biorąc go za rękę. Pogładziła ją kilkakrotnie, muskając lekko palcami jego skórę. – Czy mnie słyszysz?

Powinien był odpowiedzieć. Martwiła się o niego. Jakiż dżentelmen nie chciałby złagodzić kobiecego niepokoju?

– Boję się, że możemy go stracić – rzekł mężczyzna dużo mniej łagodnie, niż Edward uznałby za właściwe.

– Wciąż jednak oddycha – odparła stanowczym tonem kobieta.

Mężczyzna nic nie odrzekł, ale musiał mieć minę pełną litości, bo kobieta powtórzyła, głośniej tym razem:

– Wciąż jednak oddycha.

– Pani Rokesby…

Edward poczuł, że palce kobiety zaciskają się wokół jego ręki. Potem położyła na niej drugą dłoń, dotykając lekko stawów. Był to ledwie cień uścisku, ale on odczuł go całą swoją istotą.

– Wciąż oddycha, pułkowniku – powiedziała spokojnym zdecydowanym głosem. – A póki oddycha, ja zostanę przy nim. Może nie jestem zdolna pomóc Thomasowi, ale…

Thomas. Thomas Harcourt. To się ze sobą łączyło. A więc musi być jego siostrą, Cecilią. Znaną mu dobrze.

Albo może i nie. Nigdy jej jeszcze nie spotkał, lecz czuł się tak, jakby ją znał. Pisywała do brata z pilnością niemającą sobie równiej w regimencie. Thomas dostawał dwa razy tyle listów co Edward, choć Edward miał czworo rodzeństwa, a Thomas tylko jedną siostrę.

Cecilia Harcourt. Cóż ona u licha robi w Ameryce Północnej? Powinna być w Derbyshire, w tym miasteczku, które Thomas tak skwapliwie opuścił. Miejscowość z ciepłymi źródłami. Matlock. Nie, Matlock Bath.

Edward nigdy tam nie był, uważał jednak, że musi to być urocze miejsce. Choć Thomas sądził inaczej, rzecz jasna: lubił hałaśliwe miejskie życie i nie mógł się doczekać nominacji oficerskiej oraz wyjazdu. Cecilia różniła się jednak od niego. W jej listach małe miasteczko z Derbyshire było jak żywe; Edward niemal czuł, że mógłby rozpoznać jej sąsiadów, gdyby się tam wybrał z wizytą.

Miała żywy, błyskotliwy umysł. O Boże, jak bardzo żywy. Thomas tak się zwykle zaśmiewał jej listami, że Edward w końcu poprosił go, by mu je czytał na głos.

Pewnego dnia, kiedy Thomas ślęczał nad odpowiedzią, Edward tyle razy mu przerywał, że Thomas w końcu odsunął krzesło i odłożył pióro.

– Napisz sam do niej – powiedział.

No i Edward to zrobił.

Nie bezpośrednio, rzecz jasna. Nigdy by tak nie uczynił, byłoby to coś krańcowo niestosownego. Nie pozwoliłby sobie obrazić jej w ten sposób. Dopisywał jednak po kilka słów na końcu listów Thomasa, a w jej odpowiedziach zawsze było kilka przeznaczonych dla niego linijek.

Thomas miał jej miniaturę i choć mówił, że namalowano ją kilka lat temu, Edward często się jej przyglądał. Patrzył uważnie na portrecik młodej kobiety i zastanawiał się, czy jej włosy rzeczywiście mają tak złocisty kolor i czy naprawdę uśmiecha się w ten sposób, z tajemniczo zaciśniętymi wargami.

Sądził zresztą, że tak nie jest. Nie wydawała mu się kobietą pełną sekretów. Uśmiech jej winien więc być pogodny i szczery. Sądził nawet, że spotka ją być może, kiedy ta przeklęta wojna wreszcie się skończy. Nigdy jednak nie powiedział nic Thomasowi.

Byłoby to dziwne.

A teraz Cecilia była tutaj. W koloniach. Nie miało to wcale sensu, ale co z tego? Edward został ranny w głowę, Thomas, jak się wydawało, zaginął bez wieści, a…

Edward starał się z całej siły, żeby myśleć.

…a on się najwyraźniej ożenił z Cecilią Harcourt.

Uniósł powieki, usiłując skoncentrować wzrok na wpatrzonej w niego zielonookiej kobiecie.

– Cecilio?

Cecilia miała całe trzy dni, by wyobrazić sobie, co Edward Rokesby powie, kiedy się w końcu ocknie. Zastanawiała się nad różnymi możliwościami, a najprawdopodobniejszą z nich były słowa:

– Kim do diabła pani jest?

Albowiem wbrew temu, co myślał pułkownik Stubbs i wszyscy inni w tym raczej skromnie wyposażonym szpitalu wojskowym, nie nazywała się Cecilia Rokesby, tylko Cecilia Harcourt i bynajmniej nie była żoną całkiem przystojnego, ciemnowłosego mężczyzny leżącego obok na łóżku.

A całe to nieporozumienie miało coś wspólnego z tym, że podała się za żonę owego mężczyzny wobec jego dowódcy, dwóch żołnierzy i jednego urzędnika.

Wtedy wyglądało to na dobry pomysł.

Niełatwo jej przyszło wyruszyć do Nowego Jorku. Zdawała sobie dobrze sprawę z niebezpieczeństw podróży do targanych wojną kolonii, nie mówiąc już o przepłynięciu burzliwego północnego Atlantyku. Ale ojciec jej zmarł, później zaś otrzymała wiadomość, że Thomas został ranny, a jej wstrętny kuzyn zaczął się kręcić koło Marswell…

Nie mogła pozostać w Derbyshire.

Nie miała jednak dokąd się udać.

A zatem podjęła jedyną zapewne raptowną decyzję w jej życiu, spakowała manatki, zakopała srebra w ogrodzie i zapłaciła za rejs z Liverpoolu do Nowego Jorku. Gdy tam jednak przybyła, nigdzie nie było ani śladu Thomasa.

Odnalazła jego regiment, nikt jednak nie potrafił jej udzielić odpowiedzi, co się z nim stało, a kiedy wciąż się dopytywała, wojskowi przepędzali ją jak uprzykrzoną muchę. Ignorowano ją lub traktowano z góry, a zapewne też okłamywano. Wydała niemal wszystkie pieniądze, jadła tylko raz dziennie i mieszkała w pensjonacie dla kobiet razem z inną jego lokatorką, która mogła być prostytutką; albo może i nie.

(Z pewnością odwiedzali ją jacyś mężczyźni, pytanie tylko, czy jej za te wizyty płacili. Cecilia musiała przyznać, że raczej miała taką nadzieję, gdyż cokolwiek owa niewiasta robiła, robiła to bardzo pilnie.)

Wreszcie po blisko tygodniu bezskutecznych starań Cecilia usłyszała, jak jeden żołnierz mówił drugiemu, że kilka dni wcześniej przywieziono do szpitala mężczyznę rannego w głowę i nieprzytomnego. Nazywał się Rokesby.

Musiał to być Edward Rokesby.

Cecilia nigdy go nie widziała, lecz był najlepszym przyjacielem jej brata, czuła się więc tak, jakby go znała. Wiedziała na przykład, że pochodził z Kent, że był drugim synem hrabiego Manstona i że miał jednego młodszego brata we flocie, a drugiego w Eton oraz zamężną, lecz bezdzietną siostrę, i że najbardziej mu brakowało na obczyźnie musu z agrestu, jaki robiła jego kucharka.

Starszy brat miał na imię George – i Cecilię zaskoczyło, gdy Edward przyznał w listach, że wcale mu nie zazdrości pozycji dziedzica majątku. Pewnego razu napisał, że hrabiowski tytuł jest czymś, co nieznośnie odbiera człowiekowi swobodę, a on wiedział, że jego miejsce jest w wojsku, by mógł się bić za króla i ojczyznę.

Cecilia sądziła, że ktoś z zewnątrz mógłby być zaszokowany wielką zażyłością widoczną w korespondencji, wiedziała jednak, że wojna zmienia ludzi w filozofów. Może właśnie dlatego Edward Rokesby zaczął dopisywać na końcu listów Thomasa po kilka zdań przeznaczonych dla niej? Wymiana myśli z nieznajomą mogła być pewną pociechą. Nietrudno zdobyć się na bezpośredniość wobec kogoś, kto nigdy nie zasiądzie razem z tobą przy obiedzie.

Tak się przynajmniej domyślała. Może zresztą pisał te same rzeczy w listach do swojej rodziny i przyjaciół w hrabstwie Kent? Wiedziała od brata, że był „praktycznie już zaręczony” z sąsiadką. Z pewnością pisywał również i do niej.

Nie wyglądało to zresztą tak, jakby Edward naprawdę z nią korespondował. Zaczęło się od krótkich wzmianek Thomasa „Edward mówi to i to” lub „zastanawia mnie, że kapitan Rokesby uważa…”

Kilka z tych wzmianek było niezwykle zabawnych i Cecilia, tkwiąc w Marswell wśród coraz wyższych rachunków i obojętności ojca, z chęcią się nieoczekiwanie uśmiechała przy ich lekturze. Zaczęła więc z grzeczności dodawać po kilka słów do własnych listów: „powiedz, proszę, kapitanowi Rokesby’emu…”, a później: „z pewnością kapitan Rokesby ucieszy się, słysząc, że…”.

Pewnego zaś dnia w liście brata znalazła cały ustęp napisany inną ręką. Były to zwięzłe pozdrowienia, kilka słów o polnych kwiatach i podpis:

„Z oddaniem,

kapitan Edward Rokesby”.

Z oddaniem.

Uśmiechnęła się wtedy niemądrze, jakby była osobą całkowicie pozbawioną rozumu. Marzyła o mężczyźnie, którego nigdy nie spotkała!

No i pewnie nigdy nie spotka.

Nic jednak nie mogła poradzić na swój smutek. Nieważne, że letnie słońce błyszczało na wodzie jezior – bez brata w Derbyshire zawsze jej dni były szare. Przemijały z wolna, jeden za drugim, prawie bez różnicy. Prowadziła dom, układała budżet i troszczyła się o ojca, mimo że on wcale tego nie zauważał. Od czasu do czasu odbywały się jakieś zabawy, lecz niemal połowa mężczyzn w jej wieku zaciągnęła się do wojska i na tych balach zawsze bywało dwa razy więcej dam niż dżentelmenów.

Skoro więc syn hrabiego napisał do niej o polnych kwiatach…

Poczuła drgnienie serca.

Doprawdy, było to od lat coś najbardziej zbliżonego do flirtu.

Gdy jednak podjęła decyzję o podróży do Nowego Jorku, myślała o bracie, nie o Edwardzie Rokesby. A gdy nadszedł list z wiadomością od dowódcy Thomasa…

Był to najgorszy dzień w jej życiu.

List zaadresowano, rzecz jasna, do ojca. Cecilia podziękowała posłańcowi i upewniła się, czy dano mu coś do zjedzenia, nie wspominając ani słowem, że Walter Harcourt zmarł niespodziewanie trzy dni wcześniej. Zabrała złożony list do swojego pokoju, zamykając drzwi na klucz, a potem patrzyła na niego przez całą długą minutę, nim zebrała się na odwagę, żeby podważyć palcem woskową pieczęć.

Pierwszą jej reakcją była ulga. Przedtem sądziła, że list mówi o śmierci Thomasa i że ona nie ma już nikogo na świecie. Wiadomość, że został ranny, była zatem istnym błogosławieństwem.

Potem zjawił się jednak kuzyn Horace.

Cecilia nie była zaskoczona jego obecnością na pogrzebie ojca. W końcu ludzie tak robią, jeśli nawet nie łączy ich bliska przyjaźń z krewnym. Ale potem Horace został na miejscu. O Boże, jakiż był nudny. Wciąż coś gadał i gadał, a Cecilia nie mogła się nigdzie ruszyć, by zaraz nie szedł za nią, mówiąc, jak bardzo zależy mu na jej dobrobycie.

Co gorsza, zaczął robić aluzje do Thomasa i do tego, że bardzo niebezpiecznie jest służyć jako żołnierz w koloniach. I że wszyscy odetchną z ulgą, jeśli Thomas wróci na należne mu miejsce jako właściciel Marswell.

A tym, czego nie mówił, było rzecz jasna przekonanie, że jeśli Thomas nie wróci, to on, Horace, odziedziczy cały majątek.

Przeklęty, nonsensowny majorat! Cecilia wiedziała, że powinna szanować przodków, lecz gdyby mogła cofnąć czas i stanąć oko w oko ze swoim dziadkiem, chętnie by mu skręciła kark. Kupił ziemię, wybudował na niej dom i łudząc się mirażem dynastycznej wielkości, uczynił majątek majoratem, Marswell przechodziło więc z ojca na syna, a jeśli syna nie było, to na najbliższego męskiego krewnego. Nieważne, że Cecilia mieszkała w tym domu całe życie, że znała wszystkie jego zakamarki, że służba ufała jej i szanowała ją. Gdyby Thomas zmarł, kuzyn Horace z miejsca by przybył z Lancashire i objął wszystko w posiadanie.

Cecilia próbowała utrzymać go w niewiedzy o ranie Thomasa, ale takiej wiadomości nie dało się ukryć. Jakiś życzliwy sąsiad musiał coś powiedzieć, bo Horace dzień po pogrzebie oświadczył, iż jako najbliższy męski krewny Cecilii musi zadbać o jej dobrobyt.

No i oczywiście powiedział, że powinni się pobrać.

Nie, pomyślała sobie Cecilia. Nie, stanowczo nie powinni.

– Musisz liczyć się z faktami – rzekł, robiąc krok w jej kierunku. – Zostałaś sama. Nie możesz długo mieszkać w Marswell bez przyzwoitki.

– Pojadę do naszej starej ciotki – powiedziała.

– Do Sophie? – spytał lekceważąco. – Przecież ona ledwie sobie zdaje sprawę, co się wokół niej dzieje.

– To do drugiej. Do Dorcas.

Zmrużył oczy.

– Nie znam jej zbyt dobrze.

– Nic dziwnego – odparła Cecilia. – To ciotka mojej matki.

– A gdzież ona mieszka?

Dorcas była wprawdzie tworem wyobraźni Cecilii, ale wiedziała, że babka była Szkotką, więc powiedziała:

– W Edynburgu.

– Chciałabyś zostawić dom?

Jeśli oznaczało to uniknięcie małżeństwa z kuzynem, odpowiedź brzmiała „tak”.

– Nauczę ja cię rozumu – mruknął i nim zdołała się zorientować, co miał zamiar zrobić, pocałował ją.

Cecilia nabrała gwałtownie tchu, gdy ją puścił, a potem dała mu w twarz.

Horace odwzajemnił się jej tym samym, a tydzień później Cecilia wyruszyła do Nowego Jorku.

Podróż trwała pięć tygodni, więcej niż potrzebowała, by gruntownie przemyśleć swoją decyzję. Nie miała jednak pojęcia, co jej pozostawało. Nie wiedziała, dlaczego Horace koniecznie chciał ją poślubić, skoro i tak by odziedziczył Marswell. Mogła tylko przypuszczać, że miał kłopoty finansowe i musiał gdzieś zamieszkać. Gdyby ożenił się z nią, zaraz by się tam wprowadził w nadziei, że Thomas nigdy nie wróci.

Cecilia wiedziała, że małżeństwo z kuzynem byłoby rozsądnym wyborem. Gdyby Thomas zmarł, mogłaby zostać w ukochanym domu dzieciństwa. Mogłaby też przekazać go własnym dzieciom.

Tylko że, niestety, te dzieci byłyby również dziećmi Horace’a, a myśl o dzieleniu łoża z tym człowiekiem… o życiu z tym człowiekiem…

Nie mogła tak zrobić. Marswell nie było tego warte.

Znalazła się w niełatwej sytuacji. Horace nie mógł co prawda zmusić jej do zgody na swoje zaloty, ale potrafił uprzykrzyć jej życie, no i miał też rację pod jednym względem: nie mogła pozostać w Marswell na czas nieokreślony bez przyzwoitki. Miała ledwie dwadzieścia dwa lata, a przyjaciele i sąsiedzi daliby jej pewną swobodę manewru ze względu na okoliczności, ale samotna młoda kobieta była zachętą do plotek. Jeśli Cecilia miała dbać o swoją reputację, musiała przygotowywać się do wyjazdu.

Było w tym tyle ironii, że chciało się jej krzyczeć. Miała zachować dobre imię, wyruszając w samotną podróż za ocean. Musiała jedynie zadbać, by nikt w Derbyshire o tym nie wiedział.

Thomas był jej starszym bratem, opiekunem i najbliższym przyjacielem. Ze względu na niego zamierzała zdecydować się na podróż, choć dobrze wiedziała, że będzie ryzykowna i być może bezowocna. Mężczyźni umierali od zakażeń dużo częściej niż od ran odniesionych na polu walki. Zdawała sobie sprawę, że brat może już nie żyć, gdy ona wyląduje w Nowym Jorku.

Tylko że nie spodziewała się, by rzeczywiście umarł.

Właśnie w tym wirze rozterek i braku nadziei usłyszała o ranie Edwarda. Gorąco pragnęła pomóc komukolwiek i właśnie ta chęć pomocy zawiodła ją do szpitala. Jeśli nie może czuwać nad bratem, niech przynajmniej zrobi to dla jego najlepszego przyjaciela. Podróż do Nowego Świata nie może spełznąć na niczym.

Szpital okazał się kościołem zajętym przez armię brytyjską, co już samo w sobie było osobliwe, a kiedy spytała, czy może zobaczyć Edwarda, dano jej niedwuznacznie do zrozumienia, że nie jest tam mile widziana. Kapitan Rokesby był oficerem, jak poinformował ją wartownik ze szpiczastym nosem. A także synem hrabiego, czyli kimś o wiele zbyt ważnym, by przyjmować wizyty różnych niżej postawionych osób.

Cecilia wciąż próbowała wyobrazić sobie, co właściwie wartownik przez to rozumie, gdy spojrzał na nią wyniośle i powiedział, że kapitana Rokesby’ego mogą odwiedzać tylko wojskowi i rodzina.

A wtedy Cecilia palnęła:

– Jestem jego żoną!

Gdy to powiedziała, nie było już odwrotu.

Nie wpuszczono by jej wprawdzie nawet i wtedy, zapewne zostałaby więc bezlitośnie wyrzucona ze szpitala, gdyby nie obecność dowódcy Edwarda. Pułkownik Stubbs nie był najserdeczniejszym z ludzi, lecz wiedział o przyjaźni Edwarda i Thomasa, nie zdziwiła go zatem wiadomość, że Edward poślubił siostrę swojego przyjaciela.

Nim Cecilia zdołała choćby pomyśleć, snuła już całą opowieść o zalotach podczas korespondencji i o zawarciu małżeństwa per procura na statku.

Choć było to zdumiewające, wszyscy jej uwierzyli.

Nie żałowała jednak swego kłamstwa. Nie można było zaprzeczyć, że stan Edwarda polepszył się pod jej opieką. Zwilżała mu gąbką czoło, gdy gorączkował, i przewracała z boku na bok najlepiej, jak potrafiła, zapobiegając odleżynom. Prawda, że oglądała przy tej okazji więcej jego ciała, niż wypadało to robić damie, ale wymogi obyczajności muszą ulec złagodzeniu podczas wojny.

No i nikt przecież nie znał prawdy.

Powtarzała to sobie niemal co godzinę. Znajdowała się pięć tysięcy mil od Derbyshire. Każdy, kogo znała, sądził, że wyjechała do ciotki. Prócz tego Harcourtowie nie obracali się w tych samych kręgach, co rodzina Rokesbych. Może Edward mógł stać się przyczyną plotek w dobrym towarzystwie, ale Cecilia z pewnością nie – i nie istniała możliwość, by plotki o drugim synu hrabiego Manstona zdołały dotrzeć do mieściny takiej jak Mattlock Bath.

Co miała zrobić, gdy on w końcu odzyska przytomność?

No cóż, uczciwie mówiąc, nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Nieważne, co by się wtedy stało. Wśród mnóstwa rozpatrywanych przez nią możliwości żadna nie przewidywała, by ją rozpoznał.

– Cecilio? – powiedział. Spojrzał na nią, mrugając powiekami, a ona w oszołomieniu wpatrywała się jak zahipnotyzowana w jego zdumiewająco błękitne oczy.

Powinna była wiedzieć, jaki mają kolor.

Po chwili zrozumiała, że to wprost groteskowe. Nie miała żadnego powodu, żeby znać ich barwę.

A jednak w jakiś dziwny sposób… powinna była ją znać.

– Odzyskałeś przytomność? – odezwała się niemądrze. Usiłowała powiedzieć coś więcej, lecz słowa utknęły jej w gardle. Walczyła o oddech, ogarnięta uczuciem, którego nie potrafiła nazwać. Wyciągnęła drżącą dłoń i dotknęła jego czoła, nie wiedząc, czemu to robi; nie miał już gorączki od ponad dwóch dni. Przepełniała ją jednak chęć, żeby go dotknąć, poczuć pod palcami to, na co patrzyła.

Odzyskał świadomość.

Był żywy.

– Proszę się cofnąć – zażądał pułkownik Stubbs – i wezwać doktora.

– Niech pan sam wzywa doktora! – parsknęła, odzyskując nieco rozsądku. – Jestem jego żo…

Urwała. Nie mogła jawnie kłamać wobec Edwarda.

Pułkownik Stubbs pojął jednak, co chciała powiedzieć, i mruknąwszy niezrozumiale coś nieprzyzwoitego, wycofał się, żeby poszukać lekarza.

– Cecilio? – powtórzył Edward. – Skąd się tu wzięłaś?

– Wyjaśnię ci za chwilę – wyszeptała pospiesznie. Pułkownik miał wkrótce wrócić, a ona wolała nie wyjaśniać niczego w obecności innych osób. Ale Edward nie mógł jej kazać, żeby odeszła, dodała więc jedynie: – Na razie…

– Gdzie ja jestem? – przerwał jej.

Chwyciła za koc, Edwardowi przydałaby się dodatkowa poduszka, ale w jej braku koc musiał wystarczyć. Pomagając mu podsunąć się wyżej na łóżku, wsunęła koc z tyłu za niego i powiedziała:

– W szpitalu.

Rozejrzał się nieufnie po sali. Architektura świadczyła, że to budowla sakralna.

– Z witrażami?

– No bo przedtem był to kościół. A teraz szpital.

– Ale gdzie? – spytał z pewnym zniecierpliwieniem.

Ręce jej znieruchomiały. Coś tu było nie w porządku. Odwróciła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

– W Nowym Jorku.

Zmarszczył brwi.

– A ja sądziłem, że…

Czekała, lecz nie skończył zdania.

– A ty myślałeś, że gdzie jesteś? – spytała.

Przez chwilę wpatrywał się w nią bezmyślnie, a potem powiedział:

– Nie wiem. Byłem… – urwał i twarz mu się boleśnie skrzywiła, jakby sprawiało mu ból intensywne myślenie. – Chyba w Connecticut – powiedział w końcu.

Cecilia wyprostowała się powoli.

– Udałeś się do Connecticut.

Rozchylił wargi.

– Udałem się?

– Tak. Byłeś tam ponad miesiąc.

– Co takiego? – Coś błysnęło w jego oczach. Cecilia uznała, że to może lęk.

– Nie przypominasz sobie? – spytała.

Zaczął mrugać powiekami dużo szybciej niż normalnie.

– Mówisz, że ponad miesiąc?

– Tak mi powiedziano. Jestem tu od niedawna.

– Ponad miesiąc – powtórzył znowu. A potem potrząsnął głową. – Jak to możliwe…

– Nie wolno ci się zanadto wysilać – powiedziała, zbliżając się, żeby znów wziąć go za rękę. Zdawało się go to uspokajać. A na pewno uspokajało ją samą.

– Nie pamiętam… czy naprawdę byłem w Connecticut. – Spojrzał na nią gniewnie i ścisnął ją boleśnie za rękę. – Jakże zdołałem wrócić do Nowego Jorku?

Wzruszyła bezradnie ramionami. Nie znała odpowiedzi, którą pragnął usłyszeć.

– Nie wiem. Szukałam Thomasa i usłyszałam, że ty tu jesteś. Znaleziono cię koło Kip’s Bay z raną w głowie.

– Szukałaś Thomasa – powtórzył za nią, a ona niemal widziała, jak mąci mu się w myślach. – Dlaczego szukałaś Thomasa?

– Dostałam list, że został ranny, ale teraz gdzieś zniknął i…

Edward zaczął ciężko dyszeć.

– Kiedy wzięliśmy ślub?

Cecilia otwierała już usta, żeby mu odpowiedzieć, ale zdołała tylko wyjąkać kilka bezużytecznych sylab. Czy on naprawdę myśli, że są małżeństwem? Przecież nigdy jej nie widział.

– Nie pamiętam – jęknął.

Cecilia spytała, dobierając ostrożnie słowa:

– Czego nie pamiętasz?

Spojrzał na nią półprzytomnie.

– Nie wiem.

Wiedziała, że powinna go jakoś pocieszyć, ale mogła jedynie wpatrywać się w niego. Oczy miał puste, a skóra, i tak już blada z powodu choroby, wydawała się teraz wręcz szara. Chwycił za skraj łóżka, jakby to był brzeg szalupy ratunkowej, a ona miała chęć zrobić to samo. Sala zaczęła wirować wokół niej, zwężając się w ciasny, wąski tunel.

Ledwie mogła oddychać.

A on wyglądał tak, jakby miał lada chwila rozlecieć się na kawałki.

Zmusiła się, żeby spojrzeć mu w oczy, i zadała jedno jedyne pytanie:

– Czy przypominasz sobie cokolwiek?

2

Koszary w Hampton Court Palace są, jak uważam, znośne, a nawet bardziej niż znośne, choć nie dorównują ani trochę wygodom w domu. Oficerów ulokowano po dwóch w dwuosobowych pomieszczeniach, mamy zatem nieco prywatności. Mieszkam więc razem z innym porucznikiem nazwiskiem Rokesby. On jest synem hrabiego, czy uwierzysz?…

Z listu Thomasa Harcourta do siostry Cecilii

Edward walczył o oddech. Jego serce najwyraźniej chciało wyskoczyć mu z piersi i mógł myśleć jedynie o tym, że powinien zleźć z tego polowego łóżka. Musiał zrozumieć, o co tu chodzi. Musiał…

– Leż spokojnie! – krzyknęła Cecilia, z trudem usiłując powstrzymać go przed wypadnięciem z łóżka. – Uspokój się!

– Pozwól mi wstać! – upierał się, choć jakaś niewielka, rozumna cząstka jego umysłu usiłowała uzmysłowić mu, że nie wie, dokąd ma pójść.

– Proszę cię, uspokój się! – błagała Cecilia, trzymając go z całej siły za oba nadgarstki. – Poczekaj, nabierz tchu!

Spojrzał na nią, ciężko dysząc.

– Co się tu dzieje?

Przełknęła ślinę i rozejrzała się wokoło.

– Myślę, że powinniśmy poczekać na doktora.

Ale on był zbyt wzburzony, żeby czekać.

– Jaki dziś dzień? – spytał.

Zdumiała się, zaskoczona.

– Piątek.

– Pytam o datę! – parsknął.

Nie odpowiedziała od razu, ale kiedy to już zrobiła, odparła powoli i ostrożnie:

– Dwudziesty piąty czerwca.

Serce Edwarda znów zaczęło wściekle łomotać.

– Co takiego?!

– Gdybyś tylko poczekał na…

– Niemożliwe. – Edward dźwignął się na łóżku i siadł nieco prościej. – Mylisz się.

Pokręciła z wolna głową.

– Nie.

– Niemożliwe. Niemożliwe! – Rozejrzał się gorączkowo po sali. – Pułkowniku! – krzyknął donośnie. – Doktora! Jakiegokolwiek!

– Edwardzie, przestań! – zawołała, usiłując uniemożliwić mu wstanie z łóżka, ale on zesunął już nogi na ziemię. – Błagam cię, poczekaj, póki lekarz cię nie obejrzy!

– Hej, ty tam! – wrzasnął, wskazując drżącą ręką na czarnoskórego mężczyznę, który zamiatał podłogę. – Którego mamy dzisiaj?

Mężczyzna wytrzeszczył oczy na Cecilię, bez słów prosząc ją o jakąś wskazówkę.

– Którego mamy dzisiaj? – powtórzył Edward. – Jaki to miesiąc? Powiedz mi, jaki teraz jest miesiąc.

Mężczyzna znów zerknął na Cecilię, ale tym razem odpowiedział:

– Czerwiec, sir. Koniec czerwca.

– Nie! – stęknął Edward, opadając z powrotem na łóżko. – Nie!

Zamknął oczy, próbując zebrać myśli mimo pulsującego w czaszce huku. Musi być jakiś sposób, żeby to ustalić. Jeśli zdoła się należycie skupić na ostatniej rzeczy, jaką zapamiętał…

Otworzył raptownie oczy i spojrzał na Cecilię.

– Nie przypominam sobie ciebie.

Szyja jej zadrgała. Edward wiedział, iż powinien się wstydzić, bo niemal doprowadził ją do płaczu. A ona była damą. Była jego żoną. Z pewnością mu wybaczy. Musiał jednak zrozumieć… musiał wiedzieć, co się z nim stało.

– Wypowiedziałeś moje imię – szepnęła – kiedy odzyskałeś przytomność.

– Wiem, kim jesteś – odparł. – Tylko że ja cię nie znam.

Usta jej drgnęły, gdy wstała. Wsunęła pasmo włosów za ucho, nim zacisnęła dłonie. Denerwowała się, co mógł bez trudu dostrzec. A potem błysnęła mu krańcowo zaskakująca myśl – Cecilia wyglądała trochę inaczej niż na miniaturze należącej do jej brata. Usta miała szersze i pełniejsze, niepodobne do słodkich i tajemniczych usteczek widniejących na portreciku. Włosy też nie były wcale tak cudownie złociste, jak je ukazał malarz, tylko raczej ciemnoblond, podobnie jak włosy Thomasa, choć bez rudawego odcienia.

Przypuszczał, że nie przebywała zbyt często na słońcu.

– Ty jesteś Cecilią Harcourt, prawda? – spytał, bo zorientował się w końcu, że nigdy tego nie potwierdziła.

Kiwnęła głową.

– Tak, oczywiście.

– Tutaj, w Nowym Jorku? – Wpatrywał się uważnie w jej twarz. – Dlaczego?

Zobaczył, że patrzyła teraz w bok, całkiem jakby potrząsnęła przedtem głową.

– To skomplikowane.

– Ale myśmy się pobrali? – Sam nie był pewien, czy to stwierdzenie, czy pytanie.

Nie był też pewien, czy chce, żeby to było stwierdzenie, czy też może pytanie.

Przysiadła ostrożnie na łóżku. Edward nie miał jej za złe wahania. Rzucał się przecież jak schwytane w pułapkę zwierzę. Musiała być dosyć mocna, skoro zdołała sobie z nim poradzić.

A może to on stał się bardzo słaby?

Cecilia znowu przełknęła ślinę, jakby przygotowując się do czegoś trudnego.

– Muszę ci powiedzieć, że…

– Co się tu dzieje?!

Odwróciła się gwałtownie i obydwoje spojrzeli na pułkownika Stubbsa, który szedł pospiesznie przez kaplicę, prowadząc ze sobą doktora.

– Czemu koce leżą na podłodze? – spytał.

Cecilia ponownie wstała i odsunęła się na bok, tak by doktor mógł zająć jej miejsce przy Edwardzie.

– Rzucał się – wyjaśniła. – Nie wie, co się z nim dzieje.

– Wiem, co się ze mną dzieje! – prychnął Edward.

Doktor spojrzał na niego, ale Edward chętnie by go chwycił za gardło. Czemu patrzy na Cecilię? Przecież właśnie on jest pacjentem!

– Zdaje mu się, że… – Cecilia przygryzła wargę, wciąż spoglądając to na niego, to na doktora. Nie widziała, co ma mówić. Edward nie mógł jej o to winić.

– Pani Rokesby… – upomniał ją lekarz.

Znów to samo. Pani Rokesby. Był więc żonaty. Kiedyż, u diabła, się ożenił?

– No cóż – odparła bezradnie, usiłując znaleźć właściwe słowa, by wyjaśnić niesłychaną sytuację. – Sądzę, że on nie pamięta…

– Wyduś to wreszcie z siebie, kobieto! – warknął pułkownik Stubbs.

Edward niemal zerwał się z łóżka, nim zdał sobie sprawę, o co mu chodzi.

– Jakim tonem pan do niej mówi!

– Nie, nie – pospiesznie uspokoiła go Cecilia – wszystko w porządku, pułkownik nie chciał mnie obrazić. Wszyscy jesteśmy w rozterce.

Edward prychnął ze złością i byłby przewrócił oczami, gdyby ona właśnie w tym momencie nie położyła mu łagodnie ręki na ramieniu. Miał na sobie cienką, niemal przetartą koszulę, poczuł więc, jak jej palce chwyciły go z pełną chłodu i spokoju siłą.

Ochłonął. Gniew nie opuścił go całkowicie w jakiś magiczny sposób, ale mógł już nabrać głęboko tchu – na tyle, by powstrzymać się od złapania pułkownika za gardło.

– Nie wiedział, jaki dziś jest dzień – wyjaśniła Cecilia pewniejszym już głosem. – Sądził, zdaje się, że to… – Spojrzała na niego.

– Nie czerwiec! – parsknął.

Doktor zmarszczył brwi i ujął go za nadgarstek, jakby chcąc zmierzyć puls. Kiedy to zrobił, spojrzał mu w jedno oko, a potem w drugie.

– Moje oczy są w porządku – wymamrotał Edward.

– Jaka jest ostatnia rzecz, którą pan zapamiętał, kapitanie Rokesby? – spytał doktor.

Edward rozchylił usta, pragnąc odpowiedzieć, ale w głowie miał tylko pełno szarej mgły. Jakby znalazł się na stalowosinym oceanie, nienaturalnie spokojnym, bez jednej fali.

Bez żadnych wspomnień.

Chwycił gwałtownie garścią za pościel. Jakże, u diabła, miał odzyskać pamięć? Nie był nawet pewien, co się z nim przedtem działo.

– Spróbuj pan sobie przypomnieć, Rokesby – burknął pułkownik.

– Przecież próbuję! – odparł gniewnie. Czy oni myślą, że jest idiotą? Że nie zdaje sobie z niczego sprawy? Nie wiedzą, co dzieje się w jego głowie, a miał tam tylko przeogromną pustkę zamiast pamięci. – Nie wiem nic – odparł w końcu. Powinien był zebrać wszystkie siły. Jest przecież żołnierzem; uczono go, jak zachować spokój w obliczu niebezpieczeństwa. – Myślę, że… chyba… miałem się udać do kolonii Connecticut.

– No i udał się pan tam – powiedział pułkownik. – Pamięta pan to?

Edward pokręcił głową. Próbował sobie przypomnieć… ale nic z tego – wiedział tylko niejasno, że ktoś kazał mu wyruszyć właśnie tam.

– To była ważna podróż – podkreślił pułkownik. – Powinien nam pan powiedzieć o wielu rzeczach.

– Teraz chyba nie dam rady – odparł z goryczą.

– Niechże pan nie wywiera na niego takiej presji – wtrąciła się Cecilia. – Dopiero co oprzytomniał.

– Pani troska jest godna szacunku – odparł Stubbs – ale tu chodzi o bardzo ważne rzeczy z wojskowego punktu widzenia i nie można ich odłożyć na później z powodu bolącej głowy. – Spojrzał na stojącego obok żołnierza i skinął głową w kierunku drzwi. – Wyprowadź stąd panią Rokesby. Może wrócić, kiedy skończymy przesłuchiwać kapitana.

Och, nie. Nie mogli mu tego zrobić.

– Moja żona zostanie przy mnie! – uciął Edward.

– Nie wolno jej poznać tak istotnych informacji.

– Cóż z tego, skoro nie potrafię ich panu udzielić.

Cecilia weszła pomiędzy pułkownika a łóżko.

– Musi pan dać mu czas na odzyskanie pamięci.

– Pani Rokesby ma słuszność – stwierdził lekarz. – Przypadki tego typu są rzadkie, ale najpewniej kapitan przypomni sobie większość rzeczy, choć może nie wszystkie.

– Kiedy? – spytał pułkownik.

– Nie potrafię powiedzieć. A na razie musimy zapewnić mu największy spokój, jak to możliwe w tych niełatwych okolicznościach.

– Nie! – odezwał się Edward, bo spokój i cisza były ostatnimi rzeczami, jakich potrzebował. Całkiem jak wszystko inne w jego życiu. Jeśli chciał w czymś osiągnąć sukces, musiał ciężko pracować i ćwiczyć, ćwiczyć.

Nie mógł leżeć w łóżku, pragnąc spokoju i ciszy.

Spojrzał ku Cecylii. Znała go. Mógł nie pamiętać jej twarzy, lecz przez ponad rok korespondowali ze sobą. Znała go i wiedziała, że nie mógł leżeć bezczynnie.

– Cecilio – powiedział – z pewnością ty to zrozumiesz.

– Sądzę, że doktor ma rację – odparła spokojnie. – Gdybyś tylko chciał odpocząć…

Ale Edward z miejsca pokręcił głową. Oni wszyscy się mylili. Oni nie…

Niech to diabli.

Przenikliwy ból przeszył mu czaszkę.

– Moja głowa! – jęknął. Nie mógł nią poruszać zbyt szybko. Czuł się tak, jakby mózg rozsypał mu się z trzaskiem na kawałki.

– Czy pamięta pan coś? – spytał znów pułkownik.

– Nie, ty przeklęty… – Edward zdołał urwać, nim powiedział coś niewybaczalnie grubiańskiego. – Czuję tylko ból.

– Dosyć tego! – oświadczyła Cecilia. – Nie pozwolę, żeby go dłużej wypytywano!

– Nie pozwoli pani, żebym… co robił? – odparował pułkownik. – Jestem jego dowódcą!

Szkoda, że Edward nie mógł się zmusić do otwarcia oczu, bo chętnie by zobaczył, jak wygląda twarz pułkownika, gdy Cecilia parsknęła:

– Ale nie moim!

– Może ja bym coś powiedział? – wtrącił lekarz.

Edward usłyszał, jak ktoś zbliża się o krok, a potem poczuł, że materac ugina się, gdy doktor siada koło niego.

– Czy może pan otworzyć oczy?

Edward pokręcił głową, ale tym razem wolniej. Czuł, że jedynym sposobem walki z bólem było zaciśnięcie powiek.

– Bywa tak przy tego rodzaju ranach – stwierdził łagodnym tonem doktor. – Mogą potrzebować czasu, żeby się zagoić, a podczas tego procesu często bywają bardzo bolesne. Obawiam się, że przynaglanie nic tutaj nie da.

– Rozumiem – powiedział Edward. Nie podobało mu się to, lecz pojął, że nie może być inaczej.

– Nie można od nas, ludzi medycyny, zbyt wiele żądać – ciągnął doktor. Głos jego brzmiał teraz ciszej, jakby odwrócił się w stronę kogoś innego. – Nie wiemy wielu rzeczy tyczących uszkodzeń mózgu. Idę o zakład, że więcej o nich nie wiemy, niż udało nam się dowiedzieć.

Edward nie uznał tego za uspokajające.

– Żona pielęgnowała pana z największą troskliwością – i lekarz poklepał go przy tych słowach po ramieniu. – Radzę, żeby nadal to robiła, ale jeśli można, już poza szpitalem.

– Poza szpitalem? – powtórzyła Cecilia.

Edward wciąż nie otwierał oczu, ale dosłyszał w jej głosie nutę przerażenia.

– Nie ma już gorączki – zwrócił się do niej doktor – a rana goi się dobrze. Nie widzę oznak infekcji.

Edward dotknął głowy i skrzywił się.

– Lepiej tego nie robić – ostrzegł go lekarz.

Edward otworzył w końcu oczy i spojrzał na swoje palce. Niemalże spodziewał się ujrzeć na nich krew.

– Przecież nie mogę zabrać go ze szpitala – powiedziała Cecilia.

– Poradzi sobie pani świetnie – uspokajał ją doktor. – On nie mógłby marzyć o lepszej opiece niż ze strony małżonki.

– Nie zrozumiał mnie pan – odparła. – Nie mam gdzie go zabrać.

– Gdzie zamieszkałaś? – spytał Edward. Przypomniał sobie nagle, że była jego żoną i że to on odpowiada za jej bezpieczeństwo oraz dobrobyt.

– Wynajęłam pokój. Niedaleko stąd. Ale tam jest tylko jedno łóżko.

Po raz pierwszy, odkąd odzyskał przytomność, Edward poczuł, że na jego twarzy maluje się uśmiech.

– Jedno małe łóżko – uściśliła. – Ledwie go starczy dla mnie. Stopy wystawałyby ci na zewnątrz. – A potem, gdy nikt nie powiedział nic na tyle szybko, by złagodzić jej wyczuwalne zakłopotanie, dodała:

– To tylko pensjonat dla kobiet. Nie przyjęto by go tam.

Edward zwrócił się ku pułkownikowi i spytał z rosnącym niedowierzaniem:

– Moja żona zatrzymała się w pensjonacie?

– Nie wiedzieliśmy o tym – odpowiedział Stubbs.

– Musiał pan wiedzieć. Przecież jest tu już trzeci dzień.

– Skoro tam się zatrzymała…

Zaczęła w nim wzbierać furia. Wiedział, czym są takie pensjonaty w Nowym Jorku. Nieważne, że nie mógł sobie przypomnieć zaślubin. Cecilia była jego żoną i już.

A wojsko pozwoliło jej przebywać w tak podejrzanym miejscu?

Edward został wychowany jako dżentelmen i pewnych zniewag nie potrafił ścierpieć. Zapomniał o bólu w głowie, a nawet o tym, że jego żona, kobieta, którą przysiągł szanować, została haniebnie zaniedbana przez tych samych towarzyszy broni, którym poświęcił ostatnie trzy lata swojego życia.

Głosem twardym jak stal zażądał:

– Ma pan jej znaleźć jakieś właściwsze miejsce.

Stubbs uniósł brwi. Obydwaj wiedzieli, kto z nich był pułkownikiem, a kto tylko kapitanem.

Ale Edward nie pozwolił się pohamować. Przez większą część wojskowej kariery nie dbał o swoje wysokie pochodzenie, teraz jednak poniechał powściągliwości.

– Ta kobieta – powiedział – jest panią Edwardową Rokesby.

Pułkownik Stubbs już otwierał usta, chcąc coś powiedzieć, lecz Edward mu nie pozwolił.

– Ona jest moją żoną i synową hrabiego Manstona – ciągnął głosem lodowatym dzięki całym pokoleniom arystokratycznego wychowania. – Nie powinna przebywać w miejskim pensjonacie.

Cecilia, najwyraźniej czując się niepewnie, próbowała coś wtrącić.

– Było mi tam bardzo dobrze – powiedziała prędko. – Zapewniam cię.

– Nie jestem pewien – odparł, nie spuszczając wzroku z pułkownika Stubbsa.

– Znajdziemy jej jakieś bardziej odpowiednie miejsce – odparł pułkownik z niechęcią.

– Dzisiejszego wieczoru – uściślił Edward.

Mina pułkownika mówiła wyraźnie, że uważa to za nierozsądne żądanie, ale po pełnej napięcia chwili dodał:

– Możemy ją umieścić w Devil’s Head.

Edward skinął głową. W tym zajeździe mieszkali głównie oficerowie brytyjscy. Uważano go za najlepszą oberżę tego rodzaju w Nowym Jorku. Nie było to wiele, ale prócz umieszczenia Cecilii w domu prywatnym, Edward nie mógł trafić lepiej. Nowy Jork był rozpaczliwie przeludniony i chyba połowa środków, jakimi dysponowała armia, szła na zapewnienie żołnierzom kwatery. Gospoda Devil’s Head nie byłaby może czymś odpowiednim dla samotnie podróżującej damy, ale jako żona oficera Cecilia miałaby tam zapewniony szacunek i bezpieczeństwo.

– Monthy opuszcza nas jutro – powiedział pułkownik. – Jego pokój wystarczy wam obojgu.

– Proszę go umieścić z jakimś innym oficerem – zażądał Edward. – Ona będzie potrzebować pokoju jeszcze tej nocy.