Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 574 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Małżeństwo po szwedzku - Krystyna Ylva Johansson

Małżeństwo po szwedzku to poruszające wyznania Polki, która w siermiężnych czasach socjalizmu decyduje się na małżeństwo z poznanym korespondencyjnie Szwedem. Bez pieniędzy i ze skromnym doobytkiem wyrusza na północ Szwecji, gdzie spodziewa się życia w spokoju i dobrobycie. Na lotnisku wita ją dziwny starszy mężczyzna, który rozklekotanym samochdem wiezie ją nie do obiecanej w listach willi, lecz do skromnego ,zapuszczonego domu. Krystyna próbuje przystosować się do nowych warunków, ale skąpstwo i dziwactwa męża zaczynają ją niepokoić. Bariera językowa wzmaga jeszcze uczucie obcości, a tajemnicze zachowanie męża i mroczna okolica budzą w niej poczucie zagrożenia. Nie ma pieniędzy na powrót do Polski, więc musi walczyć o przetrwanie w obcym, nieprzyjaznym środowisku. Nie może też odejść od męża, bo jako jego prawowita małżonka nie uzyskałaby żadnej pomocy socjalnej.

Oparta na faktach powieść ukazuje gorzki smak emigracyjnego życia, burzy wyidealizowany mit Szwecji jako państwa dobrobytu i pokazuje różnice kulturowe pomiędzy naszymi krajami.

Opinie o ebooku Małżeństwo po szwedzku - Krystyna Ylva Johansson

Fragment ebooka Małżeństwo po szwedzku - Krystyna Ylva Johansson

Re­dak­cja

Elż­bie­ta Spa­dziń­ska-Żak

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Bar­ba­ra Try­bus

Wy­da­nie I, ma­rzec 2009

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, al. Har­cer­ska 3 C

tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35

fax (0-32) 348-31-25

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Co­py­ri­ght by Vi­de­ograf II Sp. z o.o., Cho­rzów 2009

ISBN 978-83-7183-672-5

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pa­mię­ci Ro­dzi­ców

Rozdział 1

Pod­cho­dzi­li­śmy do lą­do­wa­nia. Przez okno wi­dać było skrzy­dło sa­mo­lo­tu i błę­kit­ne, roz­świe­tlo­ne nie­bo. Pod nami roz­cią­ga­ła się bia­ła rów­ni­na chmur jak za­sy­pa­ne śnie­giem pole. Kie­dy ją prze­nik­nę­li­śmy, uka­zał się ar­chi­pe­lag ska­li­stych fior­dów i le­si­stych, czar­no­zie­lo­nych wysp, pół­wy­spów i przy­ląd­ków po­prze­ci­na­nych li­nij­ka­mi sza­rych dróg. Przy­po­mi­na­ły ta­jem­ni­cze zna­ki wy­ry­te na ta­bli­cach za­ro­śnię­tych la­sa­mi pust­ko­wi. W za­to­kach nie było wi­dać stat­ków ani ło­dzi, a w głę­bi lą­dów nie za­zna­czał się naj­mniej­szy na­wet ślad osa­dy czy po­je­dyn­cze­go domu.

Kra­jo­braz zmie­nił się jed­nak na­gle. Sa­mo­lot szarp­nął i prze­sko­czył ko­lej­ną prze­szko­dę wia­tru. Ho­ry­zont za­ko­ły­sał się i uspo­ko­ił, a pod wi­bru­ją­cy­mi ko­ła­mi pod­wo­zia za­lśni­ła rze­ka. Pły­nę­ła we wgłę­bie­niu ko­li­stej rów­ni­ny oto­czo­nej ze wszyst­kich stron wzgó­rza­mi. Na jej oby­dwu brze­gach roz­cią­ga­ło się mia­sto, od­sła­nia­ły się pola za­bu­do­wań i dziel­nic wro­śnię­tych w las, któ­ry gęst­niał aż do da­le­kiej gó­rzy­stej per­spek­ty­wy.

Pró­bo­wa­łam wy­po­wie­dzieć na­zwę mia­sta, ale mój ję­zyk i my­śli bun­to­wa­ły się prze­ciw­ko trud­nym szwedz­kim sa­mo­gło­skom. Umeå zbli­ża­ło się więc do mnie i mia­ło wkrót­ce wy­lą­do­wać w moim ży­ciu jako obce i nie­moż­li­we do wy­po­wie­dze­nia. Drga­ło we mnie lę­kiem nie­unik­nio­nych te­raz zda­rzeń, któ­rych ob­ra­zy i zna­cze­nia wi­dzia­łam i sły­sza­łam po pol­sku. Do­ko­ła sie­dzie­li Szwe­dzi ubra­ni na spor­to­wo, w dżin­sy, ko­lo­ro­we ko­szu­le i kurt­ki z met­ka­mi zna­nych za­chod­nich firm. Te dro­gie kurt­ki rzu­ca­li na po­rę­cze fo­te­li albo upy­cha­li w po­jem­ni­kach nad gło­wa­mi, kie­dy w sa­mo­lo­cie ro­bi­ło się cie­pło. Ko­bie­ta sie­dzą­ca obok mnie prze­su­wa­ła cały czas pal­ca­mi po zło­tej ko­lii, a sto­pa­mi udep­ty­wa­ła skó­rza­ną to­reb­kę z wklę­słym na­pi­sem fir­my Guc­ci.

Ob­ser­wu­jąc ją, sta­ra­łam się usa­do­wić tak, by nie zwra­cać na sie­bie uwa­gi. Wy­da­wa­ło mi się, że jest bar­dzo zim­no. Owi­nę­łam się li­chym swe­trem z do­mów to­wa­ro­wych Cen­trum. Ob­cią­gnę­łam kre­to­no­wą spód­ni­cę, któ­rą mama uszy­ła mi na tę oka­zję. Nogi w pla­sty­ko­wych san­da­łach prze­szmu­glo­wa­nych z NRD usta­wi­łam rów­no i sta­bil­nie przed fo­te­lem. Od fo­te­la wia­ło jed­nak chło­dem, a wy­ło­żo­ny przed nim chod­nik mro­ził mnie jak zlo­do­wa­cia­ła sa­dzaw­ka. Ten lód nie ta­jał we mnie, cho­ciaż czu­łam jed­no­cze­śnie we­wnętrz­ny żar cie­ka­wo­ści i ocze­ki­wa­nia. Drża­łam z chło­du i upa­łu, jak­by w ata­ku ja­kiejś nie­sa­mo­wi­tej od­mia­ny ma­la­rii.

Lot­ni­sko pod­no­si­ło się tym­cza­sem ku nam z każ­dą se­kun­dą co­raz bli­żej. Świa­tła „za­piąć pasy” świe­ci­ły się już od dłuż­szej chwi­li, a pa­sa­że­ro­wie przy­go­to­wy­wa­li się do ry­chłe­go wyj­ścia. Skła­da­li ga­ze­ty, któ­re czy­ta­li pod­czas lotu. Strze­py­wa­li okrusz­ki ka­na­pek. Roz­glą­da­li się za ba­ga­ża­mi usta­wio­ny­mi pod fo­te­la­mi. Ja też wy­su­nę­łam do przo­du pla­sty­ko­wą tor­bę, ale sama by­łam już my­śla­mi na lot­ni­sku. Wi­dzia­łam je, cho­ciaż mia­łam się na nim zna­leźć pierw­szy raz w ży­ciu. Lot­ni­sko, a szcze­gól­nie hala przy­lo­tów, zmie­nia­ła się jed­nak cią­gle, jak­by ją ktoś do­pie­ro bu­do­wał z róż­nych ele­men­tów i na­stro­jów.

W jed­nej se­kun­dzie była to ja­sna, prze­stron­na sala z pa­ste­lo­wy­mi ścia­na­mi i prze­gro­da­mi z gru­be­go szkła i chro­mu. Przy ścia­nach sta­ły no­wo­cze­sne drew­nia­ne re­ga­ły, a na nich umiesz­czo­ne były dzie­siąt­ki ko­lo­ro­wych ma­ga­zy­nów. Z gło­śni­ków prze­ni­ka­ła bal­la­da Po­wer of Love, a z nie­wi­docz­nych dez­odo­ran­tów są­czył się za­pach czy­sto­ści i per­fum. Ale już w na­stęp­nej se­kun­dzie hala prze­obra­ża­ła się w cze­luść dwor­ca ko­le­jo­we­go w Miń­sku. Za­mie­nia­ła się w ten dwo­rzec aku­rat wte­dy, kie­dy ża­rów­ki w krysz­ta­ło­wym ży­ran­do­lu prze­pa­la­ły się, a woda z dwu nie­czyn­nych klo­ze­tów za­czy­na­ła for­so­wać mar­mu­ro­wą po­sadz­kę koło brą­zo­we­go mo­nu­men­tu wo­dza re­wo­lu­cji.

Ist­nia­ły więc jak­by dwie hale przy­lo­tów, a mię­dzy nimi znaj­do­wa­ła się gra­ni­ca. Mia­łam ją prze­kro­czyć z pol­skim pasz­por­tem i pi­smem Elo­fa w ręku. Była to kart­ka wiel­ko­ści A4 z tek­stem na­pi­sa­nym na co naj­mniej pięć­dzie­się­cio­let­niej ma­szy­nie o sta­ro­świec­kich czcion­kach. Część z nich pod­sko­czy­ła do góry, nad­pi­su­jąc tekst nie­spo­dzie­wa­ny­mi glo­sa­mi. Ani tek­stu, ani glos nie ro­zu­mia­łam jed­nak i z ca­ło­ści do­ku­men­tu waż­ny był dla mnie tyl­ko pod­pis. Ozdob­ne, za­ma­szy­ste E i po­zo­sta­łe trzy li­te­ry do­pi­sa­ne na róż­nych, ale na ogół niż­szych po­zio­mach ka­li­gra­fii.

Ten pod­pis otwie­rał przede mną gra­ni­cę, pod­czas gdy sam Elof krył się w cie­niu mo­ich do­my­słów i na­dziei. Był za­le­d­wie wer­sją wy­ima­gi­no­wa­ne­go prze­ze mnie szki­cu bez twa­rzy, syl­wet­ki, ge­stu po­wi­ta­nia czy choć­by zdaw­ko­we­go uśmie­chu. Jak czło­wiek, któ­re­go fo­to­gra­fia nig­dy nie na­de­szła, a list nad­szedł, ale na­pi­sa­ny był po szwedz­ku. Sam Elof zy­ski­wał jed­nak na tej sy­tu­acji. Jego ta­jem­ni­cza syl­wet­ka i oso­bo­wość sta­wa­ły się co­raz bar­dziej atrak­cyj­ne, a nie­zna­ne, da­le­kie oto­cze­nie, w któ­rym żył, przy­cią­ga­ło mnie z co­raz więk­szą siłą.

Same ro­man­tycz­ne ba­na­ły o wi­kin­gach, la­sach i fior­dach wzbo­ga­ca­ły opis Elo­fa z dnia na dzień, mię­dzy ko­lej­nym nie­zro­zu­mia­łym li­stem i kart­ką. Był te­raz wy­so­ki i smu­kły, choć jed­no­cze­śnie sil­ny i na pew­no bar­dzo wy­trwa­ły. Miał po­dłuż­ną, nor­dyc­ką twarz o ostrych ry­sach, ale czy­stych, błę­kit­nych oczach w ko­lo­rze let­nie­go fior­du. Wło­sy ja­sne, pro­ste, si­wie­ją­ce z po­bla­skiem śnie­gu w samo po­łu­dnie. Nie śmiał się gło­śno i nie wy­cią­gał ra­mion na po­wi­ta­nie, ale prze­cież nie roz­grze­wa­ło go słoń­ce Sy­cy­lii od po­ko­leń. Na­to­miast jego chłód i opa­no­wa­nie uspo­ka­ja­ły mnie i za­chę­ca­ły do wy­cią­gnię­cia ręki.

Za Elo­fem wy­ra­stał z dnia na dzień co­raz wyż­szy las, głów­nie świer­ki i so­sny, choć od cza­su do cza­su bie­la­ły rów­nież brzo­zy z ja­kichś pół­noc­nych scen daw­nych ra­dziec­kich fil­mów. Ist­nia­ła tak­że per­spek­ty­wa domu, a wła­ści­wie wil­li w du­żym ogro­dzie peł­nym nie­okre­ślo­nej na ra­zie, ale zie­lo­nej ro­ślin­no­ści, krze­wów i niż­szych drzew. Wil­la wy­po­sa­żo­na była w no­wo­cze­sny ga­raż z au­to­ma­tycz­nie otwie­ra­ny­mi drzwia­mi jak w ame­ry­kań­skich sce­nach z Hol­ly­wo­odu. Otwie­rał je ta­jem­ni­czy przy­rząd przy­ci­ska­ny pal­cem. Z ga­ra­żu wy­jeż­dżał za­dba­ny sa­mo­chód wy­so­kiej kla­sy. Naj­czę­ściej wy­obra­ża­łam go so­bie jako nowy mo­del vo­lvo, kwin­te­sen­cję bez­pie­czeń­stwa i luk­su­su w wer­sji me­ta­li­zo­wa­nej.

Moim od­stęp­stwem na rzecz przy­ro­dy, do któ­rej Szwe­dzi, jak wie­dzia­łam, są bar­dzo przy­wią­za­ni, stał się niedź­wiedź miesz­ka­ją­cy w le­sie na ty­łach wil­li Elo­fa. Był duży, owło­sio­ny i dzik­szy niż osob­ni­ki z ka­mien­ne­go wy­bie­gu na war­szaw­skiej Pra­dze. Wy­da­wał się jed­nak cał­kiem oswo­jo­ny, przy­najm­niej z mo­imi my­śla­mi. Dla­te­go też za­sko­czy­ło mnie na­głe ude­rze­nie po­tęż­nej łapy, przez któ­rą pchnię­ta zo­sta­łam do przo­du, ku praw­dzi­wej rze­czy­wi­sto­ści. Sa­mo­lot ude­rzył wła­śnie pod­wo­ziem o pas do lą­do­wa­nia i za­czął ha­mo­wać, zwra­ca­jąc się ku hali przy­lo­tów.

Lot­ni­sko było nie­wiel­kie i pra­wie pu­ste. Na po­bli­skim pa­sie stał sa­mo­lot lo­kal­nych li­nii lot­ni­czych star­tu­ją­cy z Umeå do od­da­lo­nej o pięć­set ki­lo­me­trów na pół­noc Ki­ru­ny. Za­po­wia­da­no ten lot przez gło­śni­ki. Pod nasz sa­mo­lot pod­je­cha­ły schod­ki, po któ­rych ze­szli­śmy pra­wie wprost do hali przy­lo­tów. Była ja­sna, prze­szklo­na, a jej ume­blo­wa­nie i wy­po­sa­że­nie od­po­wia­da­ło pra­wie do­kład­nie stan­dar­dom mo­ich wy­obra­żeń. Z wy­jąt­kiem bal­la­dy Po­wer of Love. Przez gło­śni­ki po­da­wa­no prak­tycz­ne in­for­ma­cje o au­to­bu­sie do śród­mie­ścia, czy­li pla­cu Va­sa­plan, i o moż­li­wo­ści wy­na­ję­cia tak­só­wek tak­że na dal­sze tra­sy. Au­to­bus pod­jeż­dżał wła­śnie pod wia­tę przy­stan­ku, a tak­sów­ki usta­wia­ły się gę­sie­go na po­sto­ju. Więk­szość pa­sa­że­rów za­bie­ra­ła jed­nak swo­je ba­ga­że i szła w kie­run­ku par­kin­gu.

Wkrót­ce też hala przy­lo­tów opu­sto­sza­ła. Zo­sta­łam wła­ści­wie tyl­ko ja i czar­no­skó­ra ro­dzi­na bez­sku­tecz­nie ocze­ku­ją­ca czy­je­goś przy­jaz­du. Poza tą ro­dzi­ną koło sto­ja­ka na ga­ze­ty wi­dzia­łam star­sze­go wy­so­kie­go męż­czy­znę w spor­to­wej kurt­ce i dżin­sach. Wa­ha­jąc się, po­de­szłam do nie­go i nie­pew­nie za­py­ta­łam: „Elof?”. Ale spoj­rzał na mnie tyl­ko zdzi­wio­ny i nic nie od­po­wie­dział. Za­czę­łam więc szu­kać w tor­bie słow­ni­ka pol­sko-szwedz­kie­go, żeby się ja­koś wy­tłu­ma­czyć. I wła­śnie wte­dy zo­ba­czy­łam in­ne­go star­sze­go męż­czy­znę, któ­ry wy­cho­dził zza szkla­nej prze­gro­dy i zbli­żał się w moją stro­nę. Za chwi­lę pod­szedł do mnie, po­dał mi rękę i pod­niósł moją tor­bę bez sło­wa. Tym ra­zem mu­siał to być Elof.

W pierw­szej chwi­li trud­no mi było oswo­ić się z za­mia­ną wy­ima­gi­no­wa­ne­go Elo­fa na praw­dzi­we­go. Na pierw­szy rzut oka tyl­ko tro­chę sie­bie przy­po­mi­na­li. Praw­dzi­wy Elof był rze­czy­wi­ście wy­so­ki, miał na pew­no po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, ale wy­glą­dał ra­czej na wy­chu­dzo­ne­go niż na smu­kłe­go. Jego po­cią­gła twarz wy­da­wa­ła się też znacz­nie star­sza i bar­dziej po­bruż­dżo­na zmarszcz­ka­mi niż tego ocze­ki­wa­łam. Wło­sy miał cał­kiem siwe, a oczy wpraw­dzie nie­bie­skie, ale wy­bla­kłe i czuj­ne. Jesz­cze bar­dziej niż wy­gląd Elo­fa roz­cza­ro­wał mnie jego ubiór. To nie był Szwed w no­wo­cze­snych spodniach i dro­giej kurt­ce. Ubra­ny był w gra­na­to­wą ma­ry­nar­kę z krem­pli­ny, któ­rą prze­cho­wy­wał chy­ba na od­święt­ne oka­zje przez wie­le lat. Miał też rów­nie sta­re i wy­słu­żo­ne sza­re spodnie, w któ­rych on – a może ktoś inny – za­pra­so­wał kan­ty. Naj­gor­sze jed­nak były jego po­ma­rań­czo­we skó­ro­po­dob­ne pół­bu­ty o nie­mod­nym mo­de­lu, po­rząd­nie przy­dep­ta­ne na pię­tach i o uko­śnie zdar­tych ob­ca­sach.

Praw­dzi­wy Elof przy­po­mi­nał miesz­kań­ca Mła­wy czy Grój­ca, któ­ry przy­jeż­dża do War­sza­wy spo­ra­dycz­nie, a gar­de­ro­bę na­by­wa raz na kil­ka lat. Tak my­śla­łam, idąc śla­dem wy­krzy­wio­nych ob­ca­sów, któ­re spraw­nie i dość szyb­ko prze­miesz­cza­ły się w stro­nę par­kin­gu i sa­mo­cho­du. Był to ford. Wpraw­dzie nie pro­to­typ tej mar­ki, ale mo­del sprzed co naj­mniej dzie­się­ciu, pięt­na­stu lat. Pod­sta­wa ka­ro­se­rii wy­da­wa­ła się nie­pro­por­cjo­nal­nie pła­ska i dłu­ga, opie­ra­ła się na wiel­kich błot­ni­kach i przy­kry­ta była czymś w ro­dza­ju bre­zen­to­wej bud­ki.

W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łam, że Elof bę­dzie mu­siał wy­cią­gnąć kor­bę, żeby uru­cho­mić sil­nik. Sprzę­gło jed­nak dzia­ła­ło, pe­dał gazu rów­nież, więc ru­szy­li­śmy bez żad­nych kło­po­tów. Kie­dy skrę­ca­li­śmy na szo­sę i wiel­gach­na kie­row­ni­ca ob­ró­ci­ła się płyn­nie w lewo, zwró­ci­łam uwa­gę na ręce Elo­fa. Były dłu­gie, ko­ści­ste i po­kry­te ru­da­wym za­ro­stem. Naj­gor­sze jed­nak wy­da­ły mi się pa­znok­cie. Zro­go­wa­cia­łe i po­żół­kłe od­sła­nia­ły śla­dy ude­rzeń i od­kształ­ceń, a do­oko­ła ob­ry­so­wa­ne były czer­nią ja­kiejś za­daw­nio­nej, brud­nej ro­bo­ty na polu czy w le­sie.

Po­my­śla­łam, że sa­mo­chód Elo­fa przy­po­mi­na ka­ry­ka­tu­rę ame­ry­kań­skie­go krą­żow­ni­ka szos, a w jego „ka­brio­le­cie” roz­gry­wa się pa­ro­dia hol­ly­wo­odz­kie­go hap­py endu. Ja mam pięć­dzie­siąt lat, a on jest o dwa­na­ście lat star­szy. Na­sze uczu­cia roz­wi­ja­ły się jak do­tąd ko­re­spon­den­cyj­nie. Obec­nie zaś ja­ki­kol­wiek dia­log jest nie­moż­li­wy, bo on mówi tyl­ko po szwedz­ku, a ja mu­szę szu­kać każ­de­go szwedz­kie­go słów­ka w słow­ni­ku. W do­dat­ku ten za­rdze­wia­ły ford to ist­na drwi­na z mo­ich ma­rzeń o me­ta­li­zo­wa­nym vo­lvo mo­del 1986.

Przy tak ka­ta­stro­fal­nym zde­rze­niu ma­rzeń z rze­czy­wi­sto­ścią po­stę­po­wa­łam zwy­kle w ten sam spo­sób. Ośmie­sza­łam oczy­wi­ste ab­sur­dy i mrzon­ki z sa­tys­fak­cją czło­wie­ka, któ­re­go stać na po­czu­cie hu­mo­ru na­wet we wła­snych spra­wach. Opo­wia­da­łam o da­nym zda­rze­niu dow­cip naj­pierw so­bie, a po­tem in­nym, po czym znaj­do­wa­łam ja­kiś inny cel i ma­rze­nie. W obec­nej sy­tu­acji me­to­da ta nie mia­ła jed­nak za­sto­so­wa­nia. Nie mo­głam za­wró­cić na lot­ni­sko, bo mój bi­let po­wrot­ny waż­ny był za dwa ty­go­dnie i nie pod­le­gał wy­mia­nie, a na nowy nie mia­łam pie­nię­dzy. Była to więc ka­ta­stro­fa po­waż­na i nie­od­wra­cal­na.

Na szczę­ście i z ta­ki­mi trud­no­ścia­mi da­wa­łam so­bie radę dzię­ki mo­jej dru­giej, nie­ro­man­tycz­nej na­tu­rze. Ta dru­ga ja, spo­koj­na, cier­pli­wa, po­my­sło­wa i przed­się­bior­cza za­wsze ra­to­wa­ła zwa­rio­wa­ną ro­man­tycz­kę. Te­raz też mó­wi­ła do mnie z roz­wa­gą: To nie wina Elo­fa, że może być tyl­ko taki, jaki jest i mieć to, co ma. Ktoś mu tłu­ma­czył li­sty, mó­wił, że je­stem głów­nym spe­cja­li­stą w Mi­ni­ster­stwie Kul­tu­ry i Sztu­ki, dzien­ni­kar­ką i że ob­je­cha­łam wie­le kra­jów świa­ta.

Wy­obra­że­nie mi­ni­ster­stwa było dla Elo­fa rów­nie od­le­głe jak Sztok­holm, do któ­re­go leci się z Umeå go­dzi­nę. Kul­tu­rę i sztu­kę ko­ja­rzył w naj­lep­szym ra­zie z dziel­ni­co­wą bi­blio­te­ką, gdzie czy­tał ga­ze­ty. Nie bu­dził w nim też po­dzi­wu abs­trak­cyj­ny ty­tuł głów­ne­go spe­cja­li­sty. Ta­kie­go ko­goś nie za­trud­nia­ła ani miej­sco­wa szko­ła pod­sta­wo­wa, ani po­bli­ska przy­chod­nia, więc kto to miał niby być. Rów­nie obce były dla Elo­fa po­dró­że. Miał for­da, więc mógł wy­brać się kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów za Umeå, ale lot­nisk na pew­no nie od­wie­dzał. Na­wet lot­ni­ska we wła­snym mie­ście.

Elof wie­dział na­to­miast coś nie­coś o Pol­sce, bo oglą­dał te­le­wi­zję i czy­tał pra­sę. Pol­ska to był bied­ny kraj, do któ­re­go z Umeå wy­wo­zi­ło się dary – uży­wa­ną odzież, pro­szek do pra­nia i jed­no­ra­zo­we pie­lu­chy. W prze­ciw­ną zaś stro­nę – z Pol­ski do Umeå – przy­wo­zi­ło się ko­bie­ty, przy­szłe żony miesz­kań­ców mia­sta i oko­lic.

Przy­je­cha­łam więc tu nie jak bo­ga­ta tu­ryst­ka z Nie­miec na przy­kład czy USA, ale jak ktoś w ro­dza­ju bia­łej ko­bie­ty z eu­ro­pej­skie­go Se­ne­ga­lu czy Kon­ga. Dla­te­go też po­win­nam przy­jąć z wdzięcz­no­ścią po­wi­ta­nie na lot­ni­sku. Tak mó­wi­ła moja roz­sąd­na na­tu­ra. Przy­je­chał po mnie, więc mnie gdzieś za­wie­zie. Prze­cze­kam w tym miej­scu dwa ty­go­dnie, a po­tem wró­cę do War­sza­wy. Dwa ty­go­dnie to nie wiecz­ność, wy­ja­śnia­ła cier­pli­wie, choć o „wiecz­no­ści” w Umeå i z Elo­fem nie mia­ła zie­lo­ne­go po­ję­cia. Na­wet ona.

Zwy­kle wy­obra­że­nie „dziel­ni­cy” i po­ję­cie „las” nie­wie­le mają ze sobą wspól­ne­go. Tu­taj jed­nak dziel­ni­ca prze­pla­ta­ła się z la­sem i nie wi­dać było mię­dzy nimi żad­nej wy­raź­nej gra­ni­cy. Na spo­rym le­śnym ob­sza­rze mię­dzy świer­ka­mi wy­ra­sta­ły domy i nie­wiel­kie osie­dla. Ba­gni­ste mie­dze łąk od­mie­rzo­ne były słup­ka­mi z na­zwa­mi ulic mia­sta, o ile w ten spo­sób moż­na było so­bie wy­obra­zić mia­sto. Two­rzy­ły je bo­wiem drew­nia­ne jed­no­pię­tro­we domy z wiej­ski­mi przy­bu­dów­ka­mi. Czymś w ro­dza­ju ma­łych sto­dół, dre­wut­ni, szop i wy­gó­dek. W więk­szo­ści po­ma­lo­wa­nych far­bą w ko­lo­rze ciem­no­bu­racz­ko­wym, na któ­re­go tle wi­dać było bia­łe ob­ra­mo­wa­nia okien. Choć po oby­dwu stro­nach szo­sy, czy ra­czej uli­cy, w cie­niu le­śnej zie­le­ni po­ja­wia­ły się też domy sło­necz­ne, ja­skra­wo­żół­te.

I jed­ne, i dru­gie wy­glą­da­ły jak świe­żo od­re­mon­to­wa­ne let­ni­sko­we domy za­moż­nych, pe­dan­tycz­nych wła­ści­cie­li, któ­rzy nie mu­szą się bać zło­dziei i wła­mań. Par­ce­le nie były ogro­dzo­ne, ogro­dów nie za­my­ka­ły par­ka­ny ani bra­my. Do wie­lu otwar­tych ga­ra­ży moż­na by chy­ba było wejść, uru­cho­mić sa­mo­cho­dy i wy­je­chać, nie alar­mu­jąc wła­ści­cie­li. Ro­we­ry i dzie­cin­ne ro­wer­ki sta­ły opar­te o ścia­ny, a na traw­ni­kach le­ża­ły roz­rzu­co­ne luk­su­so­we za­baw­ki – ko­lo­ro­we trak­to­ry, spy­cha­cze, mi­nia­tu­ro­we ko­siar­ki do tra­wy i sa­mo­cho­dy.

W mia­rę, jak od­da­la­li­śmy się od lot­ni­ska, z ogro­dów mię­dzy drze­wa­mi co­raz czę­ściej wy­ła­nia­ły się wil­le. Małe, z dwo­ma okna­mi i za­da­szo­nym gan­kiem, ale też oka­za­łe mu­ro­wa­ne re­zy­den­cje z nad­bu­do­wa­ny­mi pię­tra­mi, wy­ku­sza­mi i przy­do­mo­wy­mi oran­że­ria­mi. Przed naj­bliż­szym skrzy­żo­wa­niem skrę­ci­li­śmy w pra­wo i wje­cha­li­śmy na most.

– Ume­älven – ode­zwał się po raz pierw­szy Elof i ko­ści­stym pal­cem wska­zał wod­ne roz­le­wi­sko, w któ­rym błę­kit­na­wy nurt nie­ba gnał z wia­trem i fa­la­mi na po­łu­dnie.

– Ume – po­wtó­rzył, jak­by chciał się prze­ko­nać, że usły­sza­łam. A do mnie ta pra­sta­ra na­zwa rze­ki prze­mó­wi­ła pierw­szym sło­wem po­wi­ta­nia.

– Hem? – spy­ta­łam. – Do domu?

Na co Elof ski­nął gło­wą i po raz pierw­szy uśmiech­nął się. Hem. Jego ko­ści­sta twarz zła­god­nia­ła, a nie­bie­skie oczy po­ja­śnia­ły od we­wnętrz­ne­go bla­sku.

Wie­czo­rem tego dnia dłu­go nie mo­głam za­snąć, choć ćmi­ła mi w gło­wie nie­pew­ność i pul­so­wa­ło zmę­cze­nie. Kim wła­ści­wie jest Elof? Czym się zaj­mu­je? Z cze­go żyje? Ma dużą wil­lę z wiel­kim ogro­dem w za­moż­nej dziel­ni­cy mia­sta. Nie stać go jed­nak na ku­pie­nie prze­cięt­ne­go uży­wa­ne­go sa­mo­cho­du. Oszczę­dza na pa­rze bu­tów i ma­ry­nar­ce. W jego sza­fie nie wi­dać in­ne­go obu­wia niż te wy­ko­śla­wio­ne pół­bu­ty. A na wie­sza­kach wisi tyl­ko kil­ka sta­rych ny­lo­no­wych ko­szul i czar­ny gar­ni­tur ku­pio­ny chy­ba na ja­kiś po­grzeb sprzed trzy­dzie­stu lat. Kie­dy grze­ba­no nie tyl­ko ko­goś waż­ne­go w tym domu, ale jak­by cały dom i wszel­ką na­dzie­ję na dal­sze nor­mal­ne ży­cie. Wy­da­wa­ło mi się, że wszę­dzie tu czuć stę­chli­znę i za­la­tu­je ple­śnią jak z ja­kiejś daw­no nie­wie­trzo­nej pa­ka­me­ry. Do­zna­łam szo­ku, kie­dy Elof wpro­wa­dził mnie po raz pierw­szy do tego sar­ko­fa­gu mody i ume­blo­wa­nia z lat pięć­dzie­sią­tych.

Przed­po­kój wy­ło­żo­ny był brą­zo­wym li­no­leum w be­żo­we gwiaz­dy i księ­ży­ce. Na wprost drzwi wej­ścio­wych sta­ła po­dłuż­na ław­ka wspar­ta na to­czo­nych nóż­kach, sty­lo­wo po­wy­gi­na­nych od za­mo­co­wa­nia na boki, jak­by me­bel miał za chwi­lę roz­płasz­czyć się na pod­ło­dze. Nad ław­ką za­wie­szo­ne było pro­sto­kąt­ne lu­stro w tym sa­mym sty­lu. Tło sta­no­wi­ła be­żo­wa ta­pe­ta, z któ­rej wy­ra­sta­ły duże sło­necz­ni­ki za­sa­dzo­ne w re­gu­lar­nych rzę­dach. Mię­dzy jed­nym ze sło­necz­ni­ków i ramą lu­stra za­wie­szo­no de­ko­ra­cyj­ną gło­wę Mu­rzyn­ki en face z du­żym kol­czy­kiem w jed­nym uchu.

Z przed­po­ko­ju wcho­dzi­ło się do ma­łej sy­pial­ni, wy­ło­żo­nej drew­nia­ną bo­aze­rią kuch­ni i prze­stron­ne­go sa­lo­nu, któ­ry kie­dyś był pew­nie chlu­bą wła­ści­cie­la domu, ale te­raz wy­raź­nie pod­upadł. Znaj­do­wał się tu wy­staw­ny ko­mi­nek, a nad nim ob­raz. Po ob­ra­zie po­zo­stał jed­nak tyl­ko ja­śniej­szy pro­sto­kąt ścia­ny. Przy prze­ciw­le­głej ścia­nie sta­ła ozdob­na szaf­ka, bia­ła, ze zło­ty­mi ele­men­ta­mi wy­koń­cze­nia, a nad nią zwi­sa­ły krysz­ta­ło­we gro­na zło­tych kin­kie­tów. Fo­te­le, zlo­ka­li­zo­wa­ne w środ­ku sa­lo­nu przy ła­wie, i po­sta­wio­ny na ukos re­gał świad­czy­ły o znacz­nie skrom­niej­szych am­bi­cjach de­ko­ra­to­ra wnę­trza. Zhar­mo­ni­zo­wa­no je z ław­ką i Mu­rzyn­ką z przed­po­ko­ju. Pa­so­wa­ły do nich rów­nież bi­be­lo­ty zgro­ma­dzo­ne na pół­kach re­ga­łu. Zwra­cał wśród nich uwa­gę duży zie­lo­ny but ze szkła, jak się póź­niej oka­za­ło, na­gro­da, któ­rą Elof otrzy­mał za udział w kon­kur­sie tra­dy­cyj­ne­go tań­ca to­wa­rzy­skie­go.

Pra­wie rów­no­cze­śnie za­in­te­re­so­wa­ła mnie fo­to­gra­fia Elo­fa w zło­tych ra­mach i ta­pe­ta na ścia­nach sa­lo­nu. W ja­kimś dziw­nym sko­ja­rze­niu fo­to­gra­fia zy­ska­ła tło i zna­cze­nie dzię­ki ta­pe­cie, a ta­pe­ta opo­wie­dzia­ła mi swo­ją hi­sto­rię umiej­sco­wio­ną w ży­ciu Elo­fa. Był to Elof mło­dy, przy­stoj­ny, z gład­ką po­dłuż­ną twa­rzą, w któ­rej wy­róż­niał się duży, ko­ści­sty nos i wą­skie, wy­bla­kłe usta. Elof miał wy­so­kie czo­ło, pod­wyż­szo­ne przez pro­ste, bar­dzo ja­sne wło­sy za­cze­sa­ne do tyłu. Miał też bar­dzo ja­sne brwi i bia­ła­we dłu­gie rzę­sy.

Naj­bar­dziej wy­ra­zi­ste w jego twa­rzy były jed­nak oczy, któ­re czar­no-bia­ła fo­to­gra­fia za­bar­wi­ła zim­nym ko­lo­rem sta­li. Oczy te zwra­ca­ły się wprost ku pa­trzą­ce­mu, prze­ka­zy­wa­ły mu roz­kaz i ze znie­cier­pli­wie­niem cze­ka­ły na wy­ko­na­nie tego roz­ka­zu, gro­żąc karą. Elof miał na so­bie ma­ry­nar­kę, wy­pra­so­wa­ną ko­szu­lę z koł­nie­rzy­kiem o za­okrą­glo­nych ro­gach i kra­wat w pa­ski. By­łam pew­na, choć fo­to­gra­fia tego nie po­ka­zy­wa­ła, że trzy­ma się pro­sto, sztyw­no, jak­by po woj­sko­we­mu. A jego wy­gląd coś mi przy­po­mi­nał, coś z dzie­ciń­stwa i z cza­sów nie­miec­kiej oku­pa­cji.

Ta­pe­ta w sa­lo­nie była sza­ra w bia­łe i brą­zo­we kwa­dra­ty i koła. Mia­ła jed­nak róż­ne od­cie­nie. Pod ob­ra­za­mi, któ­rych już nie było, po­zo­stał jej od­cień ja­śniej­szy, a przy kon­tak­tach i nie­da­le­ko ko­min­ka na­bra­ła bar­wy ciem­no­sta­lo­wej. Tra­cąc daw­ną świe­żość, zy­ska­ła ole­iste śla­dy przy­bru­dzeń i plam. Nie­któ­re z nich utrwa­li­ły od­ci­ski pal­ców Elo­fa, wspo­mnie­nia ja­kichś daw­nych fak­tów i zda­rzeń. Ta­pe­ta nie pa­mię­ta­ła Elo­fa z fo­to­gra­fii, ale za­cho­wa­ła z pew­no­ścią pa­mięć jego ży­cia sprzed trzy­dzie­stu lat. Kie­dy wciąż był mło­dy, trzy­mał się pro­sto i wie­rzył, że wszyst­ko może być pod kon­tro­lą, jak się póź­niej na­uczy­łam, allt un­der kon­troll. Ja­kim był wte­dy czło­wie­kiem? Czy nie uśmie­chał się, bo nie po­zwa­lał mu na to ry­tu­ał fo­to­gra­fo­wa­nia? Po­wa­ga tak waż­nej chwi­li w ży­ciu pro­ste­go czło­wie­ka? Czy też jego pew­ność sie­bie po­kry­ta była cien­ką war­stwą su­ro­wej nie­śmia­ło­ści? A może kładł się na nim cień tych zim­nych la­sów? Czerń świer­ków?

My­śla­łam cały czas, co­raz bar­dziej sen­na i zmę­czo­na. Chcia­łam za­nu­rzyć się w ci­szę i ciem­ność po­ko­ju na pod­da­szu Elo­fa. Za­po­mnieć o jego fo­to­gra­fii. Ci­szę strza­ska­ła jed­nak na­gle se­ria wy­strza­łów, a ciem­ność za­pło­nę­ła po­ża­ra­mi. Przed oknem, pod drzwia­mi i w wy­peł­nio­nych ża­rem ścia­nach. Wy­da­wa­ło mi się, że z piw­ni­cy, bo to była te­raz piw­ni­ca, nie ma wyj­ścia. Ale ręka mamy cią­gnę­ła mnie ku ja­kimś drzwiom, a jej głos wo­łał, że­bym bie­gła. Bie­głam więc, po­ty­ka­jąc się o gru­zy, że­la­zne rury i po­rzu­co­ne wa­liz­ki. Za­po­mnia­łam na­wet o swo­jej lal­ce. Nie mo­głam już jed­nak po nią wró­cić, bo dom pło­nął, a na po­dwór­ku ja­kiś strasz­ny głos ry­czał: Schnel­ler! Raus!

Tyl­ko że po­dwór­ko było znów po­ko­jem. Po­środ­ku stał stół, a przy nim dwa krze­sła. Sie­dzie­li na nich nie­zna­ni mi męż­czyź­ni, któ­rych twa­rzy ani gło­sów nie mo­głam roz­po­znać. Spo­tka­łam się z nimi, to pa­mię­ta­łam, ale po­win­nam już wyjść, bo zro­bi­ło się póź­no. W tej ciem­no­ści nie znaj­dę dro­gi. „Gdzie jest mój dom?” – za­py­ta­łam prze­stra­szo­na, zwra­ca­jąc się w stro­nę sto­łu. Mo­je­go gło­su nie było sły­chać, mimo to je­den z męż­czyzn pod­niósł się, zbli­żył do okna i po­ka­zał mi coś w ciem­no­ści. „Tam jest twój dom – po­wie­dział, cią­gnąc mnie za rękę. – Bie­gnij!”.

Z po­cząt­ku nic nie wi­dzia­łam. Do­pie­ro po chwi­li za­czę­łam od­róż­niać w przy­bli­ża­ją­cym się mro­ku wy­so­ki ce­gla­ny mur, a nad nim ga­łę­zie roz­ro­śnię­tych kasz­ta­nów. Kie­dy pa­dło na nie świa­tło księ­ży­ca, do­strze­głam tak­że to, co było za mu­rem. Sama by­łam już po jego dru­giej stro­nie, koło ka­mien­ne­go anio­ła. Anioł stał u wez­gło­wia oka­za­łe­go gro­bu. W jed­nej ręce miał księ­gę, a dru­gą pod­trzy­my­wał bia­łe­go mar­mu­ro­we­go go­łę­bia. Nie­spo­dzie­wa­nie go­łąb uniósł skrzy­dła i wzle­ciał ku wierz­choł­kom kasz­ta­nów, zo­sta­wia­jąc za sobą echo dziw­ne­go kwi­le­nia i świer­go­tu. Ten głos obu­dził mnie.

Cała by­łam owi­nię­ta koł­drą, a twarz mia­łam wtu­lo­ną w po­dusz­kę. Cięż­ko mi było od­dy­chać. W pierw­szej chwi­li nie mo­głam się zo­rien­to­wać, gdzie je­stem. Zie­lo­ne ta­pe­ty w po­ma­rań­czo­we li­lie, pla­sty­ko­wy aba­żur na lam­pie u su­fi­tu, ny­lo­no­we fi­ran­ki w oknie nie zga­dza­ły się ze wspo­mnie­niem mo­je­go domu. Wsta­łam więc, po­de­szłam do okna i wyj­rza­łam. Okno wy­cho­dzi­ło na ogród. Wi­dać było z nie­go so­czy­ście zie­lo­ny traw­nik, kil­ka nie­wy­so­kich ja­bło­ni i gę­ste krze­wy ubar­wio­ne czer­wie­nią doj­rza­łych po­rze­czek. Elof zry­wał po­rzecz­ko­we ki­ście i wrzu­cał je do wiel­kie­go garn­ka. Nad jego gło­wą prze­la­ty­wa­ły pta­ki, ćwier­ka­jąc i kwi­ląc.

Kie­dy ode­tchnę­łam cierp­kim za­pa­chem traw i krze­wów, ostat­ni cień snu znik­nął. W świe­tle po­ran­ka zbla­dła też i zni­kła groź­na po­stać Elo­fa. Po­ra­nek po­we­se­lał, za­po­wia­da­jąc po­god­ny, nie­zwy­kły dzień w nie­zna­nym kra­ju i za­gad­ko­wym domu. Elof z au­re­olą pta­ków nad gło­wą i garn­kiem peł­nym po­rze­czek w ręku wy­da­wał mi się te­raz ro­man­tycz­nym bo­ha­te­rem siel­skiej opo­wie­ści. W jej tle wy­ma­lo­wa­na była po­lna dro­ga z per­spek­ty­wą do­mnie­ma­ne­go zam­ku lub dwo­ru. Sama zaś ak­cja klu­czy­ła szla­kiem ta­jem­nic – zwy­kle była to ta­jem­ni­ca wiel­kie­go spad­ku i wy­ra­cho­wa­ne­go mał­żeń­stwa – ale osta­tecz­nie koń­czy­ła się szczę­śli­wie w ró­ża­nej oran­że­rii lub sa­lo­nie. Do zwy­kłej kuch­ni za­wró­cił moje ma­rze­nia Elof, gło­śno wo­ła­jąc: – God mor­gon! God mor­gon! Dzień do­bry!

Stał przy elek­trycz­nej ku­chen­ce i ener­gicz­nie mie­szał drew­nia­ną łyż­ką w sta­ro­świec­kim ron­dlu z dłu­gą rącz­ką. Za­war­tość ron­dla pyr­ko­ta­ła i sy­cza­ła, wy­pry­sku­jąc sza­re klu­chy na pły­tę ku­chen­ki. Pły­ta po­kry­wa­ła się li­sza­jem spa­le­ni­zny, a prze­strzeń mię­dzy drew­nia­ny­mi ścia­na­mi kuch­ni gęst­nia­ła w opa­rach swą­du. Elof nie prze­ry­wał jed­nak mie­sza­nia ani nie od­su­wał ron­dla, choć do­glą­dał go z na­tę­żo­ną uwa­gą, od­mie­rza­jąc czas i ry­tu­ał go­to­wa­nia. Do­pie­ro w sto­sow­nej chwi­li po­ło­żył na sto­le drew­nia­ną pod­staw­kę, a na niej umie­ścił ron­del wy­peł­nio­ny ka­szą. Po­tem wska­zał sto­ją­cy przede mną głę­bo­ki ta­lerz z nie­mym py­ta­niem. Kie­dy zaś za­prze­czy­łam ru­chem gło­wy, sam za­brał się do je­dze­nia.

Naj­pierw prze­niósł po­kaź­ną war­stwę ka­szy na swój ta­lerz. Po­tem przy­su­nął do ta­le­rza sło­ik i się­ga­jąc do nie­go wiel­ką łyż­ką, wy­ło­żył na ka­szę gru­bą war­stwę dże­mu bo­rów­ko­we­go. W koń­cu po­lał ca­łość gę­stym fi­lem – jak­by ke­fi­rem – wy­peł­nia­jąc ta­lerz, i za­czął jeść. Z uwa­gą za­gar­niał na łyż­kę ko­pia­ste por­cje, pod­no­sił je z na­my­słem do ust i su­mien­nie prze­żu­wał. Mię­dzy każ­dym za­gar­nię­ciem i prze­żu­ciem ro­bił jed­nak krót­ką prze­rwę, jak­by chciał sku­pić całą swo­ją ener­gię na tej waż­nej dla nie­go czyn­no­ści je­dze­nia.

Gry­złam chrup­ki i pa­trzy­łam na Elo­fa jak onie­mia­ła. Wy­da­wa­ło mi się, że ob­ser­wu­ję ja­kiś sta­ry ry­tu­ał, któ­ry dla nie­go jest co­dzien­no­ścią, a dla mnie kom­plet­ną eg­zo­ty­ką. Eg­zo­tycz­ne były nie same skład­ni­ki je­dze­nia – ka­sza, dżem i po­dob­ny do ke­fi­ru czy jo­gur­tu fil, ale fi­lo­zo­fia je­dze­nia. Sens prze­żu­wa­nia, któ­ry sta­wał się sen­sem ży­cia. Pa­trzy­łam te­raz na Elo­fa jak na czło­wie­ka, któ­ry do­pie­ro co po­sta­wił dzi­dę pod drze­wem i za­bie­ra się do roz­ry­wa­nia upo­lo­wa­ne­go zwie­rza­ka. Po pro­stu oczu nie mo­głam od nie­go ode­rwać. „To guru – my­śla­łam. – Ucie­kam od co­dzien­no­ści w dżun­glę nie­zwy­kłych zda­rzeń. Zo­sta­wiam za sobą lu­dzi, z któ­ry­mi mo­gła­bym się iden­ty­fi­ko­wać. Przede mną jest za­wsze ja­kiś guru. Czy ten guru nie mógł­by przy­najm­niej do­myć rąk?” – pod­po­wia­da­ła mi zło­śli­wie moja dru­ga, roz­sąd­na na­tu­ra. Umeå to nie dżun­gla.

Mia­łam jed­ną książ­kę z ilu­stra­cja­mi, ale była czar­no-bia­ła i nie­cie­ka­wa. Ilu­stra­cje po­wta­rza­ły tyl­ko to, co znaj­do­wa­ło się w na­szym ma­łym po­ko­ju. Mama sie­dzi przy ma­szy­nie i szy­je. Bab­cia stoi przy kuch­ni i go­tu­je obiad. Szma­cia­na lal­ka zaj­mu­je pół mo­je­go krze­sła. Wy­glą­da tak, jak­by ją ktoś wy­ciął z ga­ze­ty. Wy­cią­gam kred­ki i za­ma­zu­ję każ­dą stro­nę na żół­to, zie­lo­no, po­ma­rań­czo­wo. Do­ry­so­wu­ję nie­bie­skie kre­chy i ma­lu­ję fio­le­to­we kół­ka z ocza­mi.

Na­gle przy­po­mi­na mi się coś we­so­łe­go. Bio­rę czer­wo­ną kred­kę i przy­ci­skam ją z ca­łej siły do stro­ny książ­ki, żeby było wi­dać trój­kąt, czub­kiem do góry. Od razu pod trój­ką­tem ob­ry­so­wu­ję kół­ko, a pod kół­kiem „pi­szę” jesz­cze je­den trój­kąt. Tym ra­zem czub­kiem do dołu. Gór­ny trój­kąt za­ma­lo­wu­ję na czer­wo­no, a w kół­ku mażę oczy, nos i usta. Tuż nad bia­łym trój­ką­tem, któ­ry jest bro­dą. Śmie­ję się. Kra­sno­lu­dek pój­dzie za­raz do lasu. Scho­wa się pod mu­cho­mo­rem.

Praw­dzi­we­go lasu nie pa­mię­tam. Tyl­ko bab­cia pa­mię­ta­ła lep­kie od ży­wi­cy so­sny i piach na wy­dmach za do­mem, któ­ry ro­dzi­ce wy­naj­mo­wa­li „na let­ni­sko”. Opo­wia­da­ła o san­dał­kach na dro­dze. Zdję­łam je, kie­dy zro­bi­ło się go­rą­co, zo­sta­wi­łam na sa­mym środ­ku dro­gi i „po­szłam w świat”. Bab­cia od­cho­dzi­ła od zmy­słów, szu­ka­jąc mnie w ca­łej oko­li­cy. A samo zda­rze­nie rzu­ci­ło czar­ny cień na mój pa­ro­let­ni cha­rak­ter. Ale te­raz na­wet z bab­cią nie mo­głam od­cho­dzić za da­le­ko, bo na uli­cach były ła­pan­ki i nie­któ­rzy lu­dzie nie wra­ca­li do domu. Mo­głam za to ba­wić się na po­dwór­ku.

Było to po­dwór­ko-stud­nia, ale nie­zu­peł­nie, bo tyl­ko z trzech stron za­bu­do­wa­no je ka­mie­ni­ca­mi, w któ­rych i do­ro­śli, i dzie­ci wi­dzie­li nie­bo odra­pa­nych mu­rów i kon­ste­la­cje sza­rych okien. Z czwar­tej stro­ny wi­dać było praw­dzi­we nie­bo, a pod nim ogró­dek od­dzie­lo­ny od po­dwór­ka dru­cia­ną siat­ką. Dzie­ci zna­la­zły w niej dużą dziu­rę, przez któ­rą moż­na było prze­cho­dzić. Zbie­ga­łam więc z czwar­te­go pię­tra po scho­dach jak dra­bi­na. Pod­ska­ku­jąc, prze­bie­ga­łam cień i brzyd­ki za­pach bra­my, a po­tem skra­da­łam się do ogród­ka. Jed­ne­go sła­bo­wi­te­go drzew­ka aka­cji i paru zie­lo­nych krza­ków agre­stu. Były moim la­sem. Ten las udzie­lał schro­nie­nia kra­sno­lud­kom, kie­dy opu­ści­ła je Ma­ry­sia, ale i moim wy­my­ślo­nym przy­go­dom.

Od go­dzi­ny je­cha­li­śmy le­śną dro­gą do miej­sca, któ­re Elof na­zwał på lan­det (na wsi). Była to więc z pew­no­ścią wieś. Po­su­wa­li­śmy się po krót­kich, pro­stych od­cin­kach dro­gi, a po­tem wcho­dzi­li­śmy na­gle w za­krę­ty, któ­re Elof po­ko­ny­wał, od­krę­ca­jąc kie­row­ni­cę raz na lewo, raz na pra­wo z dużą płyn­no­ścią i wpra­wą. Zza ko­lej­nych za­krę­tów ude­rzał w nas ten sam kra­jo­braz. Świer­ko­we drze­wa usta­wio­ne w czar­nej gę­stwie in­nych świer­ko­wych drzew, aż do zu­peł­nej ciem­no­ści nie­prze­nik­nio­ne­go lasu. Tyl­ko gdzie­nieg­dzie ja­śnia­ła jak świecz­ka brzo­za z czar­ny­mi, by­stry­mi ocza­mi na bia­łej ko­rze.

Cały na­syp mię­dzy dro­gą a la­sem po­kry­ty był jak­by dar­nią we wszyst­kich je­sien­nych już od­cie­niach żół­ci i brą­zu, sza­ro­ści i beżu, ró­żo­wej czer­wie­ni i zie­lon­ka­wej bie­li. W mia­rę, jak ta grzy­bo­wa darń pod­no­si­ła się do wy­so­ko­ści runa le­śne­go, gęst­nia­ły w niej po­ro­sty, skłę­bio­ne za­ro­śla ja­gód i bo­ró­wek, zmierz­wio­ne ga­łę­zie od­ra­sta­ją­cej wierz­by i wy­bu­ja­łe krza­ki ma­lin.

Od cza­su do cza­su gę­stwi­na roz­stę­po­wa­ła się jed­nak na­gle, uka­zu­jąc pod­mo­kłą, zdra­dli­wą sie­lan­kę ba­gna. Było jak le­śna łąka przy­kry­ta kę­pa­mi wo­do­ro­stów i ple­śnie­ją­cych mchów, z wro­śnię­ty­mi weń ga­łąz­ka­mi żu­ra­wi­ny i przy­po­mi­na­ją­cy­mi małe lich­ta­rzy­ki krzacz­ka­mi hjor­tro­nu, czy­li ma­li­ny mo­rosz­ki. W środ­ku błysz­cza­ło nie­kie­dy nie­wiel­kie błę­kit­ne je­zior­ko, jak ostrze­że­nie przed nie­wi­docz­ną w ba­gnie wodą.

Cza­sem skrę­ca­li­śmy ku po­bo­czu i sta­wa­li­śmy. Mo­głam wte­dy po­dejść bli­żej do lasu i wsłu­chać się w jego ta­jem­ni­cze szu­my i skrzyp­nię­cia. Od­róż­nić sze­lest spa­da­ją­cych li­ści brzo­zy, wy­chwy­cić czuj­nym uchem trzask pę­ka­ją­cych ga­łę­zi świer­ków, utrwa­lić w za­sły­sza­nej pa­mię­ci ci­che chlup­nię­cie wody. Do­oko­ła nie było ani zwie­rząt, ani lu­dzi. Dro­gą nie prze­je­chał ża­den sa­mo­chód. A że nie­daw­ne za­krę­ty wy­pro­sto­wa­ły się na­gle, Elof przy­ci­snął pe­dał gazu, pró­bu­jąc od­zy­skać czas stra­co­ny na „zwie­dza­nie”.

Je­cha­li­śmy więc te­raz szyb­ciej i pew­niej. Wi­dzie­li­śmy już na­wet domy zbli­ża­ją­cej się do nas wsi, gdy Elof gwał­tow­nie za­ha­mo­wał, a sa­mo­chód od­rzu­ci­ło na lewy pas. Tuż przed nami wi­dać było jesz­cze przez chwi­lę wiel­ki sza­ro­bru­nat­ny zad ło­sia. Truch­tem po­ko­ny­wał od­le­głość mię­dzy na­sy­pem po na­szej le­wej stro­nie a naj­bliż­szy­mi świer­ka­mi. Elof po­słał w ślad za nim coś, co przy­po­mi­na­ło prze­kleń­stwo.

Wieś to­wa­rzy­szy­ła na­sze­mu prze­jaz­do­wi bar­dzo krót­ko. Były to tyl­ko dwa domy miesz­kal­ne i je­den ze skle­pem spo­żyw­czym ICA na par­te­rze. Za nimi dro­ga pro­wa­dzi­ła do tar­ta­ku z wie­żow­ca­mi skła­do­wa­nych de­sek. A po­tem, skrę­ca­jąc nie­co w pra­wo, otwie­ra­ła przed nami jak­by wiej­ską ale­ję wśród upraw­nych pól. Pro­wa­dzi­ła, jak in­for­mo­wa­ły dro­go­wska­zy, do po­bli­skie­go mia­stecz­ka Vän­näs­by.

My skrę­ci­li­śmy jed­nak po paru ki­lo­me­trach w po­lną, roz­jeż­dżo­ną ko­le­inę bie­gną­cą wzdłuż rze­ki, pra­wie na sa­mej gra­ni­cy szu­wa­rów. Zbli­ża­li­śmy się do jej kre­su, gdy zza ko­lej­ne­go za­krę­tu wyj­rzał pa­gó­rek, a na nim sa­mot­ny bu­racz­ko­wy dom. Ostat­ni we wsi. Pierw­szy od stro­ny pną­ce­go się ku gó­rze lasu. Föräl­rar­hem – po­wie­dział Elof. Dom ro­dzi­ców. Z bli­ska wi­dać było, że jest opusz­czo­ny.

Nig­dy dom nie był moim prze­zna­cze­niem. Dom mógł prze­cież spło­nąć, ni­cze­go więc nie za­pew­niał. Poza tym nig­dy nie mia­łam wła­sne­go domu. W ka­mie­ni­cy, w domu czy na­wet w wil­li miesz­ka­li też inni lu­dzie, inne ro­dzi­ny. Dla mnie prze­zna­czo­ny był za­le­d­wie skra­wek do­mo­we­go po­miesz­cze­nia. Je­den po­kój, a w naj­gor­szym ra­zie tyl­ko miej­sce w jed­nym po­ko­ju. Miej­sce do spa­nia, kąt do sie­dze­nia, kwa­drat na bla­cie sto­łu wy­star­cza­ją­co duży, żeby po­sta­wić ta­lerz i ku­bek. Prze­strzeń mię­dzy ga­zo­wą ku­chen­ką na dwa garn­ki a umy­wal­ką, kil­ka me­trów kwa­dra­to­wych, któ­re pod­czas pra­nia zaj­mo­wa­ła ba­lia i wy­peł­nia­ły opa­ry go­to­wa­nej bie­li­zny.

Dom mógł być dla mnie tyl­ko opi­sem z po­wie­ści ume­blo­wa­nej sa­lo­na­mi i wy­po­sa­żo­nej w służ­bę. Albo też mógł być po pro­stu zmy­śle­niem tej mo­jej zwa­rio­wa­nej ro­man­tycz­ki. Dla niej wszyst­ko sta­wa­ło się moż­li­we. Na­wet po­dróż do nie­zna­ne­go Elo­fa z pół­noc­nej Szwe­cji. Tyl­ko za­po­wiedź pły­ną­cej przez moje my­śli bal­la­dy Po­wer of Love – Po­tę­ga mi­ło­ści – oka­za­ła się nie­moż­li­wa do speł­nie­nia. Zmie­ni­łam więc po la­tach jej ty­tuł. Była to te­raz Po­wer of Lie – Po­tę­ga kłam­stwa.

Rozdział 2

Szarą pla­mę krót­kie­go zi­mo­we­go dnia po­kry­ła czerń wie­czo­ru. Zi­mo­wy wiatr prze­śli­zgnął się po chod­ni­kach, zo­sta­wia­jąc na nich mrocz­ny po­łysk cie­niut­kiej war­stwy lodu. Pró­bo­wa­łam iść szyb­ciej, ale świa­do­me nie­bez­pie­czeń­stwa nogi ha­mo­wa­ły każ­dy mój krok. A na­pęcz­nia­ły cię­żar pod roz­pię­tym fu­trem pchał mnie do tyłu. Ude­rzał w odrę­twia­łe wnętrz­no­ści brzu­cha. Na­pie­rał na roz­ją­trzo­ne bó­lem ner­ki. Na­peł­niał gar­dło i usta mdlą­cym sma­kiem nie­po­ko­ju. Nie wi­dzia­łam przy­szłej twa­rzy dziec­ka.

Wy­da­wa­ło mi się tyl­ko, że sły­szę jego płacz, ale wy­cie­ra­łam rę­ka­wicz­ką wła­sne po­licz­ki, a przed ocza­mi mia­łam cią­gle twarz mamy. Jak­by za­sty­głą i mar­twą, choć ona żyła, a po ojcu zo­sta­ła już tyl­ko sza­ra fo­to­gra­fia, za­wie­szo­na na ścia­nie man­do­li­na i wspo­mnie­nie uśmie­chu. Chcia­łam zo­stać z mamą na tych kil­ka go­dzin, resz­tę cza­su do ju­trzej­sze­go dnia pra­cy. Ja­kieś dziw­ne od­czu­cie wy­pro­wa­dza­ło mnie jed­nak na przy­sta­nek, przy­na­gla­ło my­ślą o domu i cze­ka­ją­cym Ada­mie.

Było już bar­dzo póź­no, kie­dy ko­lej­nym au­to­bu­sem do­je­cha­łam do opu­sto­sza­łej uli­cy. Z tru­dem do­się­głam chod­ni­ka i do­tar­łam do furt­ki. Wiel­kie fron­to­we okna wil­li od stro­ny miesz­ka­nia są­sia­dów były ja­sno oświe­tlo­ne. Zło­ci­ste za­gon­ki świa­tła się­ga­ły w głąb zi­mo­we­go ogro­du, do prze­rze­dzo­nych krze­wów i otrzą­śnię­tych z li­ści drzew. Za to w oknie na­szej kuch­ni było zu­peł­nie ciem­no, choć wy­da­wa­ło mi się, że w ciem­no­ściach od­bi­ja się jak­by sła­by po­blask świa­tła z głę­bi miesz­ka­nia.

Otwo­rzy­łam drzwi i prze­szłam przez hol. Zro­bi­łam kil­ka kro­ków w kie­run­ku po­ko­ju i na­gle sta­nę­łam. Za­trzy­mał mnie głos Ada­ma. Nie­spo­dzie­wa­nie cie­pły, roz­ba­wio­ny, ta­jem­ni­czy i ko­kie­te­ryj­ny jak te­nor uwo­dzi­cie­la, któ­re­mu tra­fi­ła się wła­śnie wol­na noc i nie­za­ję­ta blon­dy­na z po­bli­skie­go baru. W jed­nej chwi­li nie­opi­sa­nej wście­kło­ści i żalu pod­bie­głam do Ada­ma, wy­rwa­łam mu z ręki słu­chaw­kę i ci­snę­łam nią z ca­łej siły o pod­ło­gę. To, co Adam po­tem mó­wił do mnie, nie mia­ło zna­cze­nia. Wie­dzia­łam, że kła­mie.

Adam nie na­le­żał do kłam­ców wy­ra­cho­wa­nych i ra­cjo­nal­nych. Kła­mał, bo był ar­ty­stą ob­da­rzo­nym nie­ogra­ni­czo­ną, im­pul­syw­ną wy­obraź­nią i tem­pe­ra­men­tem ak­to­ra. Męż­czy­zna bez­barw­ny, po­zba­wio­ny po­lo­tu plą­tał­by się pew­nie w „rze­czo­wych” wy­ja­śnie­niach póź­ne­go po­wro­tu do domu. Dla Ada­ma po­wrót o dru­giej nad ra­nem był jak szan­sa od­śpie­wa­nia so­lo­wej arii w pre­sti­żo­wym przed­sta­wie­niu. Na­wet ktoś, kto go do­brze znał i słu­chał wie­le razy, nie mógł się oprzeć uro­ko­wi jego zmy­ślo­nych opo­wie­ści. Choć­by to była po­wta­rza­na wie­le razy hi­sto­ria dra­ma­tycz­ne­go spo­tka­nia z ko­le­ga­mi z cza­sów woj­ny, bo­ha­te­ra­mi spod Le­ni­no.

Hi­sto­ria sama w so­bie nie była zresz­tą waż­na. Waż­ny był spo­sób, w jaki on ją opo­wia­dał, a wła­ści­wie prze­ży­wał. Błysk sza­rych oczu ocie­nio­nych czar­ny­mi rzę­sa­mi. In­ten­syw­ność i me­lo­dia ni­skie­go, za­bar­wio­ne­go lwow­skim ak­cen­tem gło­su. Pla­stycz­ne ru­chy dłu­gich rąk. Na ta­kie środ­ki wy­ra­zu z tru­dem zdo­był­by się Ju­liusz Oster­wa, gdy­by w do­dat­ku miał jak Adam pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu. I na co dzień zaj­mo­wał się re­da­go­wa­niem dzien­ni­ków w ra­diu, a nie gra­niem w te­atrze.

Wie­le razy sie­dzia­łam w ka­wia­ren­kach pro­win­cjo­nal­nych te­atrów, pi­łam kawę i słu­cha­łam miej­sco­wych aman­tów po czter­dzie­st­ce. Opo­wia­da­li o swo­ich suk­ce­sach, uży­wa­jąc tek­stów gra­nych przed laty po­sta­ci. Trud­no było uwie­rzyć w ich wy­le­nia­łe wdzię­ki i pro­po­zy­cje nie do od­rzu­ce­nia, ale oni wciąż w nie wie­rzy­li. Brak im było dy­stan­su do od­gry­wa­nych ról, nie mie­li po­czu­cia hu­mo­ru. Adam, choć nie ak­tor, za­wsze wie­dział, kie­dy koń­czy się jego zmy­ślo­na hi­sto­ria, a za­czy­na scep­tycz­na rze­czy­wi­stość. Gra­ni­cę mię­dzy nimi po­ko­ny­wał z na­tu­ral­ną swo­bo­dą i uśmie­chem. Świa­do­my uzy­ska­ne­go przed chwi­lą efek­tu, ale też przy­go­to­wa­ny na wy­my­śle­nie no­wej dra­ma­tycz­nej czy za­baw­nej hi­sto­rii, któ­ra za­wład­nie uwa­gą wi­dzów i słu­cha­czy.

Wkrót­ce po ślu­bie je­cha­li­śmy po­cią­giem na wcza­sy. Na twar­dych miej­scach do le­że­nia po­ko­ny­wa­li­śmy wie­lo­go­dzin­ną dro­gę nad mo­rze, choć mo­gła to być też po­dróż w kie­run­ku gór. Ja w prze­dzia­le dam­skim, on w prze­dzia­le mę­skim. Dzie­li­ła nas cien­ka ścian­ka, przez któ­rą sły­chać było gło­sy są­sia­dów: wcze­sne ziew­nię­cia i po­chra­py­wa­nia, sa­pa­nie ko­goś, kto nie mógł się uło­żyć, roz­mo­wę dwu męż­czyzn, a wła­ści­wie opo­wia­da­nie jed­ne­go z nich, prze­ry­wa­ne krót­ki­mi py­ta­nia­mi dru­gie­go. Za­pa­dał zmierzch. Ruch kół po­cią­gu ko­ły­sał prze­dzia­łem, sen­ność ko­ły­sa­ła mną, ale głos opo­wia­da­ją­ce­go wciąż sły­sza­łam. Wy­da­wa­ło mi się na­wet, że od­róż­niam go i iden­ty­fi­ku­ję.

– Same bia­łe kru­ki – zwie­rzał się opo­wia­da­ją­cy – opra­wio­ne w skó­rę. Lek­ko prze­tar­te na kan­tach, ale z wy­raź­ny­mi, tło­czo­ny­mi zło­tem ty­tu­ła­mi. Szes­na­sty, sie­dem­na­sty wiek. A co za pa­pier, cien­ki jak je­dwab, druk ozdob­ny, ini­cja­ły w de­ko­ra­cjach ma­lo­wa­nych, wie­lo­ko­lo­ro­wych. I tak pół­ka za pół­ką. Aż żal…

Słu­cha­ją­cy prze­rwał ja­kimś ci­chym py­ta­niem, na któ­re opo­wia­da­ją­cy za­re­ago­wał z za­pa­łem znaw­cy, ko­lek­cjo­ne­ra.

– Ależ oczy­wi­ście… pier­wo­dru­ki kla­sy­ków, ura­to­wa­ne z po­ża­ru wła­sny­mi rę­ka­mi…

Po­ciąg w tym mo­men­cie przy­ha­mo­wał, le­żan­ką szarp­nę­ło gwał­tow­nie, a ja roz­bu­dzi­łam się z opo­wia­da­nia o bia­łych kru­kach i wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści ko­le­jo­we­go prze­dzia­łu. Głos są­sia­da zza ścia­ny sły­sza­łam jed­nak nadal bar­dzo wy­raź­nie. Rów­nież ten śpiew­ny lwow­ski ak­cent. Z sa­mym nar­ra­to­rem spo­tka­łam się do­pie­ro rano przy oknie w ko­ry­ta­rzu.

– Co ty za bzdu­ry opo­wia­dasz. Na ra­zie masz tyl­ko dwa rocz­ni­ki „Po­rad­ni­ka pro­pa­gan­dy­sty” na tych rzę­dach pół­ek. I to zde­kom­ple­to­wa­ne – po­wie­dzia­łam, iro­ni­zu­jąc.

Ale Adam ani się nie spe­szył, ani nie ob­ra­ził. Wprost prze­ciw­nie. Przy­jął moje sło­wa jako po­chwa­łę. Ro­ze­śmiał się uba­wio­ny.

– No wi­dzisz, no wi­dzisz – po­wie­dział. – A on uwie­rzył w te bia­łe kru­ki. Tak mu o nich opo­wie­dzia­łem, że uwie­rzył. Ale wiesz, ta z tą wiel­ką wa­liz­ką obok…

Za­czął snuć nową opo­wieść, na­da­jąc jej po­cząt­ko­we re­alia i wstęp­ne re­kwi­zy­ty. A ja śmia­łam się na cały głos. Bo to było sil­niej­sze ode mnie.

Męż­czyzn bar­dzo wy­so­kich trak­tu­je się czę­sto jako w pe­wien spo­sób spo­wol­nio­nych i lek­ko ocię­ża­łych. Adam był bar­dzo wy­so­ki, ale od­zna­czał się wy­jąt­ko­wą ru­chli­wo­ścią. Szyb­kość jego re­ak­cji mo­gła­by wpra­wić w zdu­mie­nie na­wet do­świad­czo­ne­go pre­sti­di­gi­ta­to­ra. Nie tyl­ko jego zmy­ślo­ne hi­sto­rie po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły jak kró­lik wy­cią­gnię­ty z cy­lin­dra i za­mie­nio­ny w apasz­kę. Rów­nież on sam po­ja­wiał się i zni­kał w naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nych mo­men­tach. W tym sen­sie nie był za­wo­do­wym pre­sti­di­gi­ta­to­rem, lecz czło­wie­kiem, któ­re­go nuży ra­cjo­nal­na po­wsze­dniość, a ba­wią sztucz­ki. Zu­peł­nie bez­in­te­re­sow­ne „nu­me­ry”. Za­my­kam oczy i wi­dzę Ada­ma.

Jest śli­sko, w do­dat­ku uli­ca opa­da stro­mo w dół. Adam pro­wa­dzi mnie pod rękę, a z jego dru­giej stro­ny idzie czte­ro­let­nia Mo­ni­ka ubra­na w sza­re fu­ter­ko. Adam trzy­ma ją za rącz­kę i coś jej opo­wia­da. Na­gle do­strze­gam ja­kiś ruch. Sza­re fu­ter­ko ze­śli­zgu­je się w śnieg, a rącz­ka z wi­szą­cą na sznur­ku rę­ka­wicz­ką wy­cią­ga się do mnie. Ada­ma nie ma, wi­dzę tyl­ko, że do­my­ka­ją się drzwi po­bli­skiej ka­wiar­ni. Gdy­bym przy­po­mnia­ła go so­bie te­raz, szedł­by znów mię­dzy mną a Mo­ni­ką i nie mógł­by zro­zu­mieć, dla­cze­go go szu­ka­łam.

Był prze­cież z nami cały czas. Opo­wia­dał baj­kę. Otrze­py­wał fu­ter­ko i rę­ka­wicz­kę ze śnie­gu. Po­wie­dział „dzień do­bry” są­siad­ce z domu wcza­so­we­go na na­szej uli­cy. Szu­kał w kie­sze­ni drob­nych na bi­le­ty do kina. Za­sta­na­wiał się na­wet, czy nie wró­ci­my au­to­bu­sem, bo jest na­praw­dę śli­sko. Kie­dy za­my­kam oczy, wi­dzę Ada­ma i my­ślę, że przez sześć lat ży­łam nie z czło­wie­kiem, męż­czy­zną, mę­żem, lecz z dłu­gą nie­obec­no­ścią. On był tą dłu­gą nie­obec­no­ścią.

Dziś Adam jest już tyl­ko wspo­mnie­niem. Jego śmiech, fan­ta­zja, urok niby to zdzi­wio­nych oczu i cza­ro­dziej­skie sztucz­ki dłu­gich rąk za­sty­gły w fo­to­gra­fiach. A te sto­ją na ho­no­ro­wym miej­scu pa­mię­ci obok sta­rej po­do­bi­zny jego ro­dzi­ców. Mat­ka ubra­na jest w od­święt­ną bluz­kę i dłu­gą spód­ni­cę. Po­słusz­na fo­to­gra­fo­wi sprzed lat pa­trzy przed sie­bie, ale nie uśmie­cha się. Jej czuj­ne, tro­chę jak­by wil­cze oczy są ciem­ne i po­nu­re. Całe świa­tło lwow­skie­go ate­lier sku­pia się na po­sta­ci sto­ją­ce­go obok ojca, przy­stoj­ne­go wę­gier­skie­go hu­za­ra w peł­nym umun­du­ro­wa­niu i z sza­blą u boku.

Adam ma oczy mat­ki, ale cha­rak­ter i uśmiech ojca. Uro­dził się w ma­jąt­ku za­po­bie­gli­wej lwow­skiej ro­dzi­ny po­sia­da­ją­cej dom, par­ce­le i ce­giel­nię na Ły­cza­ko­wie. W praw­dzi­wym spad­ku, któ­re­go nie za­bra­ły mu ani wła­dza ra­dziec­ka, ani po­wo­jen­na re­pa­tria­cja, do­stał jed­nak tyl­ko tem­pe­ra­ment swo­ich osia­dłych na po­gra­ni­czu Tran­syl­wa­nii wę­gier­skich przod­ków. W jego krwi mu­so­wa­ło moc­ne czer­wo­ne wino, jego przy­śpie­szo­ny puls od­mie­rzał rytm czar­da­sza. Z tra­dy­cyj­nej de­wi­zy „wino, ko­bie­ty i śpiew”, tyl­ko śpiew nie pa­so­wał do za­in­te­re­so­wań po­tom­ka wę­gier­skie­go hu­za­ra.

Moż­na by są­dzić, że Adam był po­sta­cią ope­ret­ko­wą, jed­nak ope­ret­ka, w któ­rej ob­sa­dził go los, roz­gry­wa­ła się na sce­nach krwa­we­go wo­jen­ne­go dra­ma­tu. By­li­śmy kie­dyś na balu, chy­ba dzien­ni­ka­rzy. Adam uświet­niał pro­gram im­pre­zy, tań­cząc z ko­lej­ny­mi part­ner­ka­mi do ostat­nie­go tchu. Wła­śnie zbli­żył się do na­sze­go sto­li­ka, wy­ko­nu­jąc bra­wu­ro­we pas wła­sne­go po­my­słu i usły­sza­łam, jak mówi do part­ner­ki: „No nie, sztucz­na szczę­ka to coś okrop­ne­go. Wca­le się pani nie dzi­wię…”. Kie­dy spo­tka­li­śmy się jak zwy­kle w ta­kich sy­tu­acjach koło szat­ni, żeby ode­brać pal­ta, za­czę­łam się śmiać.

– Masz szczę­ście, że w tym mo­men­cie nie wy­pa­dła two­ja sztucz­na szczę­ka – po­wie­dzia­łam.

Może to i było okrut­ne z mo­jej stro­ny. Wie­dzia­łam, że stra­cił część zę­bów, kie­dy za­ata­ko­wał go szkor­but na Sy­be­rii. Mó­wił, że wy­ci­nał las ra­zem z in­ny­mi Po­la­ka­mi z Ukra­iny, a po­tem za­cią­gnął się do ko­ściusz­kow­ców. Ze­sła­li go na Sy­be­rię, cho­ciaż na­le­żał do Kom­so­mo­łu? Coś w tej hi­sto­rii się plą­ta­ło, ale to praw­da, że tyl­ko hi­sto­ria WKPB, któ­rej uczy­łam się na pa­mięć przed eg­za­mi­nem na po­lo­ni­sty­ce, ukła­da­ła się w spój­ną ca­łość.

Moje ży­cie z Ada­mem przy­po­mi­na­ło baj­kę opo­wie­dzia­ną w od­wrot­nej ko­lej­no­ści. Od koń­ca do po­cząt­ku. Naj­pierw od­był się ślub w urzę­dzie sta­nu cy­wil­ne­go, bo roz­wie­dzio­ny kró­le­wicz nadal był zwią­za­ny ko­ściel­ną przy­się­gą ze swo­ją pierw­szą żoną. Po­tem po­je­cha­li­śmy do pa­ła­cu, czy­li wil­li, gdzie ży­li­śmy dłu­go i nie­szczę­śli­wie, cho­ciaż do­stat­nio. A na za­koń­cze­nie przy­mie­rzy­łam pan­to­fe­lek i oka­za­ło się, że nie pa­su­je ani do mo­ich wy­obra­żeń o sto­pie ży­cio­wej, ani do ro­man­tycz­nych złu­dzeń na te­mat kró­le­wi­cza. Przez pe­wien czas wil­la wy­da­wa­ła mi się pa­ła­cem, zresz­tą fak­tycz­nie była przed­wo­jen­ną re­zy­den­cją przed­wo­jen­nej pre­zy­den­to­wej. Tyle że po woj­nie po­dzie­lo­ną na trzy miesz­ka­nia dla urzęd­ni­ków par­tyj­nych i pań­stwo­wych wyż­szej i śred­niej ran­gi.

Po ta­bo­re­cie z mi­ską do my­cia praw­dzi­wa ła­zien­ka z wan­ną i we­nec­kim oknem ro­bi­ła na mnie osza­ła­mia­ją­ce wra­że­nie. Kil­ku­na­sto­me­tro­wa kuch­nia za­miast ku­chen­ki ga­zo­wej na dwa garn­ki urze­czy­wist­nia­ła mło­dzień­cze ma­rze­nia o lep­szym ży­ciu. A frag­ment przed­wo­jen­nej sali ba­lo­wej, ten, któ­ry na­le­żał do miesz­ka­nia Ada­ma, z ka­se­to­na­mi, in­tar­sjo­wa­nym par­kie­tem i ręcz­nie tka­nym chiń­skim dy­wa­nem roz­wie­wał wszel­kie wąt­pli­wo­ści na te­mat mał­żeń­stwa i zwią­za­nej z nim ka­rie­ry. Owia­na ba­lo­wym wy­stro­jem sali tań­czy­łam przy­tu­lo­na do ma­rzeń o Ada­mie. Sam Adam był jed­nak nie­obec­ny, zaś sala, a z nią tak­że cała wil­la za­czę­ła stop­nio­wo tra­cić daw­ny czar. Praw­dzi­wy cios za­ata­ko­wał jed­nak moje ma­rze­nia cał­kiem na­gle i ze stro­ny zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nej.

Znacz­ną część par­te­ru wil­li zaj­mo­wa­ła ro­dzi­na pre­ze­sa. Całe pierw­sze pię­tro na­le­ża­ło do mi­ni­stra. Teo­re­tycz­nie wspól­ny dla wszyst­kich miesz­kań­ców wil­li był ogród. W prak­ty­ce użyt­ko­wa­ła go jed­nak głów­nie mi­ni­stro­wa, któ­ra mia­ła ba­dy­lar­skie ko­rze­nie, a na­wet – jak mó­wił Adam – nadal funk­cjo­nu­ją­ce go­spo­dar­stwo „pod szkłem”. Mi­ni­stro­wa była wy­so­ka i krzep­ka, w prze­ci­wień­stwie do lek­ko ste­try­cza­łe­go męża prze­rzu­ca­ją­ce­go się w swo­ich za­in­te­re­so­wa­niach eta­to­wych od ener­gii ato­mo­wej do an­ty­re­wo­lu­cyj­nych po­glą­dów pol­skich ro­man­ty­ków. Po­dej­rze­wa­łam, że brak ma­tu­ry oraz szko­le­nie na ko­lej­nych szcze­blach par­tyj­nej edu­ka­cji znacz­nie roz­sze­rzy­ły jego ho­ry­zon­ty. Na­pi­sa­ne przez nie­go „wy­po­wie­dzi” cy­to­wa­no zresz­tą w wie­lu fa­cho­wych, a na­wet na­uko­wych cza­so­pi­smach PRL-u. Kie­dy na­de­szły sło­necz­ne dni lata, sta­wia­łam wó­zek Mo­ni­ki pod gru­szą, a sama sia­da­łam obok, na ław­ce, z książ­ką w ręku. W ta­kiej wła­śnie sy­tu­acji za­sta­ła mnie w ogro­dzie mi­ni­stro­wa.

– Cią­gle je­steś z tym skur­wie­lem? – po­wie­dzia­ła bez wstę­pów. – On cię wy­koń­czy – do­da­ła i od razu za­czę­ła przy­ci­nać se­ka­to­rem ze­schnię­te ga­łę­zie for­sy­cji. Jak­by na znak, że ja też po­win­nam się od­ciąć od do­tych­cza­so­we­go ży­cia z Ada­mem.

Praw­do­po­dob­nie nie zdo­by­ła­bym się na tak skró­to­we okre­śle­nie oso­bo­wo­ści Ada­ma. Ogól­nie jed­nak zga­dza­łam się z opi­nią mi­ni­stro­wej. Nu­dzi­łam się w przy­mu­so­wej sa­mot­no­ści mo­ich dwu­dzie­stu paru lat. W prze­ci­wień­stwie do są­siad­ki zza ścia­ny – za­wo­do­wej pani domu – nie po­tra­fi­łam po­świę­cić dni i mie­się­cy na pu­co­wa­nie krysz­ta­łów i do­mo­we wy­pie­ki. Nie cie­szy­ły mnie ani nowe fi­ran­ki, ani ku­pio­ne oka­zyj­nie ręcz­ni­ki. Nie cie­szy­ło mnie na­wet dziec­ko, zbyt małe, że­bym mo­gła się z nim po­ro­zu­mieć. Pra­nie pie­luch, kar­mie­nie ma­łej ły­żecz­ką, ukła­da­nie w wóz­ku – to były obo­wiąz­ki osnu­te po­wsze­dnią sza­ro­ścią. Z góry wia­do­mo ja­kie, z góry wia­do­mo kie­dy. W ma­rze­niach ucie­ka­łam od nich, bie­gnąc ku fa­scy­nu­ją­cym przy­go­dom.

By­łam za­zdro­sna nie tyle o sa­me­go Ada­ma, co o jego ży­cie cie­kaw­sze od mo­je­go. O swo­bo­dę ro­bie­nia tego, co się chce. Za­zdro­sne żony bu­dzi­ły we mnie sprze­ciw i wstręt. Są sta­re – my­śla­łam – zgry­wa­ją się na mą­dre i po­błaż­li­we, a je­dy­ne, co uda­je się im osią­gnąć, to nud­ne mał­żeń­stwo i zmarszcz­ki. Są ża­ło­sne, kie­dy się obu­rza­ją i kie­dy prze­ba­cza­ją, cze­ka­jąc na od­święt­ne mo­men­ty, w któ­rych wy­stą­pie­nie „wraz z mał­żon­ką” na­le­ży do nie­kwe­stio­no­wa­nych obo­wiąz­ków męża. Gdy­by po­zba­wi­ło się je me­try­ki ślu­bu, pę­kły­by jak pu­sty ba­lon – my­śla­łam z wście­kło­ścią. Dla­te­go też rzu­ci­łam słu­chaw­ką i drwi­łam z Ada­ma. To były od­ru­chy mo­jej ra­cjo­nal­nej, ale i nie­ubła­ga­nej na­tu­ry, któ­ra po­tra­fi­ła bun­to­wać się i mścić. Nie prze­ba­cza­ła na­wet mnie sa­mej ro­man­tycz­nych złu­dzeń. Ośmie­sza­ła je.

Ro­zum­na mia­ła już pe­wien plan i po­mysł na jego re­ali­za­cję. Kal­ku­lu­jąc ewen­tu­al­ne trud­no­ści, nie mo­gła prze­wi­dzieć, ja­kie kło­dy bę­dzie jej rzu­cać pod nogi zło­śli­wy los. Bo to oka­za­ło się do­pie­ro póź­niej. Zresz­tą w spra­wie, na któ­rą nie mia­ła żad­ne­go wpły­wu. Po­czą­tek był jed­nak obie­cu­ją­cy. Mi­ni­ster sie­dział w ogro­dzie i na­wet nie uda­wał, że coś czy­ta czy pi­sze. Z ła­two­ścią więc na­wią­za­łam z nim roz­mo­wę na te­mat an­ty­re­wo­lu­cyj­ne­go świa­to­po­glą­du Zyg­mun­ta Kra­siń­skie­go, o któ­rym na­pi­sa­łam pra­cę ma­gi­ster­ską. Po czym, zga­dza­jąc się w peł­ni z opi­nią o zdra­dziec­kich kno­wa­niach ary­sto­kra­cji, na­po­mknę­łam, że szu­kam pra­cy. Ro­man­tycz­na była, oczy­wi­ście, obu­rzo­na. Przy­po­mnia­ła mi, że od­rzu­ci­łam pro­po­zy­cję pro­fe­so­ra, spe­cja­li­sty od so­cja­li­stycz­nej wi­zji Sło­wac­kie­go. Po­wo­ła­ła się na­wet na ma­szy­no­pis, któ­ry na znak mo­ral­ne­go pro­te­stu wrzu­ci­łam do po­jem­ni­ka na śmie­ci. Ale te­raz to nie ona mo­gła mi za­ła­twić pra­cę.

Zgod­nie z mo­imi prze­wi­dy­wa­nia­mi mi­ni­ster za­czął od wąt­pli­wo­ści.

– Obec­nie to trud­na spra­wa, na wszyst­kich sta­no­wi­skach kom­pre­sja eta­tów i oszczęd­no­ści. Ale ju­tro spo­ty­kam się z to­wa­rzy­szem – tu wy­mie­nił na­zwi­sko – i prze­dys­ku­tu­je­my moż­li­wo­ści. Być może po­trze­bu­ją ko­goś otwar­te­go na tę pro­ble­ma­ty­kę.

Mnie wy­da­wa­ło się, że cho­dzi o pro­ble­ma­ty­kę li­te­ra­tu­ry. Tym­cza­sem mi­ni­ster miał na my­śli in­sty­tu­cję zaj­mu­ją­cą się tu­ry­sty­ką. In­sty­tu­cja mie­ści­ła się w re­pre­zen­ta­cyj­nym pa­ła­cy­ku. Wy­strój jej nie był prze­sad­nie wy­staw­ny, ale chod­ni­ki na ko­ry­ta­rzu i dy­wan u se­kre­ta­rza ge­ne­ral­ne­go „za­bez­pie­czo­no”. Me­ble od­po­wia­da­ły wy­mo­gom mody biu­ro­wej lat sześć­dzie­sią­tych, a na dole znaj­do­wa­ła się re­stau­ra­cja – sto­łów­ka do­stęp­na dla wszyst­kich pra­cow­ni­ków. Naj­bar­dziej obie­cu­ją­ce były jed­nak pen­sje – prze­wyż­sza­ły wy­na­gro­dze­nia na­uczy­cie­lek, za­trud­nio­nych gdzie in­dziej re­dak­to­rów czy pra­cow­ni­ków biu­ro­wych. Z miej­sca też za­pro­po­no­wa­no mi sta­no­wi­sko star­sze­go re­dak­to­ra do spraw wy­daw­nictw tu­ry­stycz­nych.

Wi­dzę sie­bie przy biur­ku, na któ­rym leżą te wy­daw­nic­twa tu­ry­stycz­ne: Prze­wod­nik szla­kiem Le­ni­na, In­for­ma­tor o ścież­kach bo­jo­wych AL, Zjazd gwiaź­dzi­sty mło­dzie­ży wiej­skiej, a obok po­zy­cje wy­daw­ni­cze o cha­rak­te­rze spe­cja­li­stycz­nym: Złaz do Ja­ski­ni Ciem­nej. Po­rad­nik dla spe­le­olo­gów, Ko­lar­stwo gór­skie na tra­sach Są­dec­czy­zny w la­tach 1947-1950 oraz bro­szu­ra hi­sto­rycz­na Dzie­sięć wie­ków Pol­ski. Za­czy­na­ła się od po­gań­skich oby­cza­jów pro­ste­go ludu pra­sło­wiań­skie­go. To ta „pro­ble­ma­ty­ka” mia­ła wy­peł­niać osiem go­dzin każ­de­go z mo­ich dni i w kon­se­kwen­cji spro­wa­dzić mnie na ma­now­ce. Kie­dy dziś my­ślę o pra­cy w tej in­sty­tu­cji, ho­ry­zont mo­ich wspo­mnień za­cią­ga się chmu­ra­mi, któ­rych ko­lor przy­po­mi­na sza­rzy­znę tu­ry­stycz­nych be­st­sel­le­rów.

By­łam w sta­nie re­da­go­wać je trzy go­dzi­ny dzien­nie, czy­li do po­łu­dnia. Po­tem ogar­nia­ło mnie zwąt­pie­nie, a na­wet swe­go ro­dza­ju wro­gość do wszel­kie­go ro­dza­ju zjaz­dów, zła­zów i spły­wów. Sy­pa­łam kawę do szklan­ki, za­le­wa­łam ją wrząt­kiem i wy­obra­ża­łam so­bie tłu­my en­tu­zja­stów za­dep­tu­ją­cych przy­ro­dę z oka­zji 22 Lip­ca czy Re­wo­lu­cji Paź­dzier­ni­ko­wej. Pi­łam brą­zo­wo­czar­ny bełt zwa­ny kawą po tu­rec­ku, a ocza­mi wy­obraź­ni śle­dzi­łam kon­wo­je au­to­bu­sów do­wo­żą­ce gru­py pra­cow­ni­cze na grzy­by. Od­twa­rza­łam na­wet w pa­mię­ci pew­ną wy­ciecz­kę, a wła­ści­wie rejs stat­kiem po Wi­śle, w któ­rym uczest­ni­czy­łam z ko­niecz­no­ści. Im­pre­za ta mo­gła­by prze­ra­zić twór­ców fil­mu Rejs, a dla mnie skoń­czyć się tra­gicz­nie.

Pa­mię­tam, że był to wy­jąt­ko­wo upal­ny i bez­chmur­ny li­piec. Mo­ni­ka z mamą mia­ły zo­stać na wcza­sach do koń­ca mie­sią­ca. A ja spę­dza­łam week­en­dy jak zwy­kle w to­wa­rzy­stwie obiet­nic i nie­spo­dzie­wa­nych na­grań Ada­ma. W koń­cu zde­cy­do­wa­łam się na piąt­ko­wy wy­jazd do domu wy­ciecz­ko­we­go nad Za­lew Ze­grzyń­ski. Re­zer­wa­cję uzgod­ni­łam z ko­le­żan­ką – dom na­le­żał do na­szej bazy – bi­let ku­pi­łam w PKS-ie i pod wie­czór do­je­cha­łam do przy­stan­ku na pu­stej szo­sie. Stąd wą­ska le­śna ścież­ka pro­wa­dzi­ła wprost do domu wy­ciecz­ko­we­go od­da­lo­ne­go o pięć ki­lo­me­trów.

Na­stęp­ne dwa dni spę­dzi­łam na wy­brze­żu ob­ro­śnię­tym opa­la­ją­cy­mi się tu­ry­sta­mi. Na­prze­ciw przy­sta­ni, od któ­rej na­pły­wa­ła fala pie­śni ma­so­wych i in­for­ma­cji o im­pre­zach. Jed­ną z nich or­ga­ni­zo­wa­ła rada za­kła­do­wa war­szaw­skie­go przed­się­bior­stwa, któ­re­go za­ło­ga zbli­ża­ła się wła­śnie na po­kła­dzie stat­ku „Sy­re­na”. Po­mysł, żeby się do niej przy­łą­czyć, przy­szedł mi do gło­wy w chwi­li, gdy spusz­cza­no ze stat­ku trap. Był to – jak ro­zu­mia­łam – je­dy­ny po­most mię­dzy mną a do­mem, po­nie­waż w nie­dzie­lę po po­łu­dniu i wie­czo­rem nie kur­so­wa­ły au­to­bu­sy do War­sza­wy.

Z tor­bą pod ręką od­cze­ka­łam ko­lej­ne ku­ja­wia­ki i spon­ta­nicz­ne wy­ko­na­nia chó­ral­ne Ej, ka­lin­ka, ka­lin­ka maja, po czym ulo­ko­wa­łam się tuż przy tra­pie. Wła­śnie za­ję­li na nim miej­sca or­ga­ni­za­to­rzy im­pre­zy i je­den z nich za­czął dy­ry­go­wać wdra­pu­ją­cym się na sta­tek tłu­mem. Kie­dy usły­sza­łam jego wo­ła­nie „Szyb­ciej, szyb­ciej, ko­le­żan­ko”, wmie­sza­łam się mię­dzy wcho­dzą­cych, we­szłam na po­kład i usia­dłam na ław­ce. Po­nie­waż na­le­ża­łam te­raz do „za­ło­gi”, nie py­ta­łam, do­kąd sta­tek ma do­trzeć, bo i tak by­łam pew­na, że do War­sza­wy. Uni­ka­łam też roz­mów z współ­to­wa­rzy­sza­mi po­dró­ży, cho­ciaż oni pró­bo­wa­li na­wią­zać ze mną kon­takt.

– Ko­le­żan­ka z opa­ko­wań czy z sor­tow­ni? – zwró­cił się do mnie lek­ko ły­sie­ją­cy bru­net. – Bo jak z sor­tow­ni, to je­stem tu z ko­le­gą – do­dał, plą­cząc się nie­co i prze­chy­lił bu­tel­kę z czer­wo­ną kart­ką do ust.

– Z sor­tow­ni to ja je­stem – od­po­wie­dzia­ła z god­no­ścią chu­da ko­bie­ci­na w chu­st­ce na gło­wie.

Ale bru­net nie dał się zbyć.

– Bo ja to ko­le­żan­kę gdzieś wi­dzia­łem.

– Może w sto­łów­ce – za­ry­zy­ko­wa­łam, wie­dząc, że tak pręż­ny za­kład pra­cy nie może nie mieć sto­łów­ki.

– No wła­śnie – ucie­szył się bru­net, nie­bez­piecz­nie prze­chy­la­jąc się w moją stro­nę. – Pę­ka­ła je­stem. Sta­siu za­raz przyj­dzie. Po­szedł do bu­fe­tu.

– Ty Sta­sia do ni­cze­go nie mie­szaj – za­pro­te­sto­wał ni­ski blon­dyn o prze­krwio­nych oczach i za­mach­nął się na­gle na mo­je­go no­we­go zna­jo­me­go, na szczę­ście bez­sku­tecz­nie.

– A kul­tu­ral­no-oświa­to­wy i tak za­raz przyj­dzie – do­dał z groź­bą w gło­sie blon­dyn i upadł na ław­kę obok mnie.

Sy­tu­acja za­czę­ła przy­bie­rać nie­bez­piecz­ny ob­rót. Po­dej­rze­wa­łam, że kul­tu­ral­no-oświa­to­wy zna za­ło­gę i może być trzeź­wy. Wo­bec cze­go może też we mnie od­kryć ja­kiś obcy ele­ment. Chwy­ci­łam więc tor­bę i prze­pchnę­łam się do schod­ków na dół. W ten spo­sób zna­la­złam się w głów­nej sali ba­lo­wej, w wi­rze tań­czą­cych obe­rka. Uchy­la­jąc się od kuk­sań­ców i kop­nia­ków, prze­do­sta­łam się do ko­ry­ta­rza i za­czę­łam szu­kać schro­nie­nia na po­zo­sta­ły od­ci­nek rej­su. Na szczę­ście drzwi do naj­bliż­szej ka­ju­ty były otwar­te. We­szłam do środ­ka i za­ba­ry­ka­do­wa­łam się krze­słem. Ka­ju­ta słu­ży­ła za pa­ka­me­rę na tak zwa­ne ma­te­ria­ły pro­pa­gan­do­we. Opar­te o ścia­nę sta­ły czer­wo­ne trans­pa­ren­ty i fla­gi, a na przy­kry­tym ko­cem łóż­ku le­ża­ły afi­sze. Na jed­nym z nich od­czy­ta­łam ha­sło: „Kul­tu­ra dla mas pra­cu­ją­cych miast i wsi! Precz z bur­żu­azyj­ną in­te­li­gen­cją!”.

Zgod­nie ze swo­im prze­zna­cze­niem, in­sty­tu­cja tu­ry­stycz­na mia­ła sku­piać ama­to­rów-en­tu­zja­stów. I tak też z pew­no­ścią było u jej po­cząt­ków i źró­deł. Do tej pory zgła­sza­li się star­si lu­dzie ze swo­imi prze­wod­ni­ka­mi, wła­sno­ręcz­nie wy­kre­ślo­ny­mi szki­ca­mi szla­ków i pa­mięt­ni­ka­mi wy­cie­czek. Na­uczy­cie­le kra­jo­znaw­cy, bez­in­te­re­sow­ni or­ga­ni­za­to­rzy wy­praw dla mło­dzie­ży, dzia­ła­cze re­gio­nal­ni i wiel­bi­cie­le sztu­ki lu­do­wej. Za­po­trze­bo­wa­nie na ich dzia­łal­ność było jed­nak nie­wiel­kie.

Cen­tra­la in­sty­tu­cji tu­ry­stycz­nej na­sta­wia­ła się na suk­ces od­dzia­ły­wa­nia ma­so­we­go i pro­pa­gan­dę tego suk­ce­su. Mia­łam w nim rów­nież pew­ną rolę do ode­gra­nia, choć re­da­go­wa­nie wy­daw­nictw tu­ry­stycz­nych nie było naj­waż­niej­sze. Roz­li­cza­no mnie ze zdo­by­wa­nia pa­pie­ru na druk tych wy­daw­nictw, a pa­pier po­cho­dził naj­czę­ściej z kra­dzie­ży w dru­kar­niach. Mu­sia­łam tyl­ko zna­leźć od­po­wied­nie­go dru­ka­rza, a ten otrzy­my­wał umo­wę-zle­ce­nie na ni­ko­mu nie­zna­ne usłu­gi tu­ry­stycz­ne, od­kła­dał na bok po­trzeb­ną ilość pa­pie­ru i dru­ko­wał. Je­śli nie sa­tys­fak­cjo­no­wa­ła go umo­wa, za­rząd przy­zna­wał mu na­gro­dę z czę­stym wów­czas uza­sad­nie­niem „za ca­ło­kształt”. Po­cząt­ko­wo nę­ka­ły mnie pew­ne oba­wy, ale z cza­sem na­bra­łam pew­no­ści sie­bie.

O spe­cy­fi­ce in­sty­tu­cji tu­ry­stycz­nej de­cy­do­wa­ła ka­dra za­wo­do­wa, a przy­najm­niej pew­na jej część. Za­si­la­li ją, co zro­zu­mia­łam do­pie­ro po pew­nym cza­sie, pra­cow­ni­cy apa­ra­tu bez­pie­czeń­stwa od­su­nię­ci chwi­lo­wo od dzia­łań ope­ra­cyj­nych. W in­sty­tu­cji tu­ry­stycz­nej nad­zo­ro­wa­li po­stę­py po­pu­la­ry­za­tor­skie i oso­bo­we na no­wych szla­kach. Ale byli wy­na­gra­dza­ni sto­sow­nie do swo­ich po­przed­nich za­sług, co pod­no­si­ło śred­nią płac w ca­łej in­sty­tu­cji. Być może wpły­wa­ło na­wet na ogól­ną at­mos­fe­rę przy­chyl­no­ści i do­ce­nia­nia pra­cow­ni­ków.

Nie mo­głam się oprzeć wra­że­niu, że wszy­scy trak­to­wa­ni tu są jak klien­te­la skle­pów za żół­ty­mi fi­ran­ka­mi. Ja­da­ją wy­staw­ne obia­dy w miej­sco­wej re­stau­ra­cji, od­by­wa­ją wy­ciecz­ki lu­stra­cyj­ne do baz w kra­ju i wy­wo­że­ni są na szko­le­nia za gra­ni­cę. Na­wet nie przy­pusz­cza­łam, że i ja zbli­żę się wkrót­ce do tych uprzy­wi­le­jo­wa­nych krę­gów pra­cow­ni­czych.

Tym­cza­sem pew­ne­go dnia, bez­barw­ne­go jak wszyst­kie w in­sty­tu­cji tu­ry­stycz­nej, wszedł do mo­je­go po­ko­ju je­den z pra­cow­ni­ków. Nie wie­dzia­łam, czy po­my­lił drzwi, czy przy­szedł w ja­kimś kon­kret­nym celu. Bez ja­kich­kol­wiek wy­ja­śnień wziął krze­sło i usiadł na­prze­ciw­ko mnie. Od razu zo­rien­to­wał się jed­nak, że sy­tu­acja przy­po­mi­na prze­słu­cha­nie i za­czął się śmiać. Nie śmiał się „z ca­łe­go ser­ca” jak Adam. Miał wą­skie usta i ostre rysy twa­rzy, któ­re szyb­ko re­ago­wa­ły na jego spo­strze­że­nia. Mu­siał być bar­dzo by­stry i z pew­no­ścią o tym wie­dział.

Mó­wił coś o po­go­dzie, ale w ogó­le nie słu­cha­łam, z cze­go też na pew­no zda­wał so­bie spra­wę. Za to ob­ser­wo­wa­łam go, a on pa­trzył na mnie, jak­by po­rów­ny­wał twarz z kar­to­te­ką – za­drwi­ła Roz­sąd­na i zbie­ra­ła da­lej kry­tycz­ne spo­strze­że­nia.

Miał naj­wy­żej metr sie­dem­dzie­siąt kil­ka cen­ty­me­trów wzro­stu, nie uzna­ła­bym go więc za bar­dzo przy­stoj­ne­go. Ubra­ny był w ele­ganc­ki, na pew­no za­chod­ni gar­ni­tur, ale wi­dzia­łam, że się tym dro­gim gar­ni­tu­rem nie przej­mu­je i wca­le o nie­go nie dba. „Na pew­no ma tłu­stą pla­mę koło kie­sze­ni i za­ku­rzo­ne buty” – su­ge­ro­wa­ła Roz­sąd­na. Ewen­tu­al­nej pla­my nie wi­dzia­łam, bo za­sła­nia­ło ją biur­ko. Ale buty były rze­czy­wi­ście za­ku­rzo­ne. Przy­ła­pał mnie na tym od­kry­ciu i znów za­czął się śmiać.

– Le­piej wyjdź­my stąd, za dużo ku­rzu w tych pani bro­szu­rach – po­wie­dział i pod­szedł do wie­sza­ka. – Kawę po tu­rec­ku mo­że­my wy­pić w lep­szym lo­ka­lu.

Po­tem sy­tu­acja za­czę­ła się roz­wi­jać jak w mar­nym ro­man­sie. „Na­wet się nie zo­rien­to­wa­łam”, kie­dy po­dał mi ża­kiet, otwo­rzył drzwi i po­pro­wa­dził do „Eu­ro­pej­skiej”. Za­mó­wił kawę, tort i mar­ti­ni. A kie­dy przy­szło do pła­ce­nia, wy­jął ele­ganc­ki skó­rza­ny port­fel z kie­sze­nią, w któ­rej była trzy­cen­ty­me­tro­wa war­stwa bank­no­tów. Tak po­zna­łam Mi­cha­ła, któ­ry zro­bił na Ro­man­tycz­nej cał­kiem do­bre wra­że­nie. Uśmie­cha­ła się, nie wia­do­mo, czy na myśl o tych za­ku­rzo­nych bu­tach, czy pod wpły­wem mar­ti­ni. Na­wet in­sty­tu­cja tu­ry­stycz­na wy­da­wa­ła się jej te­raz mniej po­nu­ra.

Przez dwa na­stęp­ne dni pró­bo­wa­łam się sku­pić na Re­gu­la­mi­nie Gór­skiej Od­zna­ki Tu­ry­stycz­nej, ale raz po raz pa­trzy­łam na drzwi. Trze­cie­go dnia, kie­dy Roz­sąd­na wy­per­swa­do­wa­ła mi już wszel­kie złu­dze­nia, wszedł na­gle Mi­chał. W ręku miał por­ce­la­no­wy wa­zo­nik, chy­ba bar­dzo sta­ry i cen­ny, a w nim ga­łąz­kę stor­czy­ka. Po­sta­wił wa­zo­nik na biur­ku i po­wie­dział: „Do bu­kie­tu zbie­rze­my kwia­ty na łące” – a na­stęp­nie się­gnął po mój ża­kiet.

„Czy ten czło­wiek w ogó­le nie pra­cu­je?” – za­py­ta­ła z po­zor­nym zdzi­wie­niem Roz­sąd­na.

Ale nie zwra­ca­łam już na nią uwa­gi.

Z par­kin­gu przed pa­ła­cy­kiem po­je­cha­li­śmy be­żo­wym volks­wa­ge­nem do re­stau­ra­cji w Świ­drze. Kie­dy spa­ce­ro­wa­li­śmy le­śną dróż­ką, Mi­chał przy­cią­gnął mnie do sie­bie i ca­ło­wał każ­dy skra­wek mo­jej twa­rzy. Z ta­kim unie­sie­niem i za­chłan­no­ścią, jak­bym mia­ła za chwi­lę znik­nąć. „Ko­cha­na – dła­wił się wprost tym piesz­czo­tli­wym sło­wem, szu­ka­jąc mo­ich oczu, skro­ni, ust. – Ko­cha­na…”.

Adam był nie­wąt­pli­wie tak zwa­nym uro­czym męż­czy­zną, ale cza­ro­wał całe to­wa­rzy­stwo, wszyst­kie oko­licz­ne pa­nie. Wszel­kie zwią­za­ne z nim prze­ży­cia mia­ły cha­rak­ter po­wierz­chow­ny i krót­ko­trwa­ły. Tak na­praw­dę Adam za­chwy­cał się sa­mym sobą w roli cza­ro­dzie­ja, a ko­bie­ty po­trzeb­ne były w jego cyr­ku jako swe­go ro­dza­ju asy­stent­ki. Ta po­da­je mu cy­lin­der do nu­me­ru z kró­li­kiem, tam­ta spę­dza z nim noc, a on ko­cha wszyst­kie, czy­li żad­ną.

Mi­chał był w pew­nym sen­sie za­prze­cze­niem Ada­ma. Je­śli roz­ża­rzy­ło się w nim za­in­te­re­so­wa­nie ja­kąś ko­bie­tą, nie wi­dział żad­nej in­nej, tyl­ko ją. Go­tów był też po­świę­cić wszyst­ko, żeby tę ko­bie­tę za­hip­no­ty­zo­wać i zdo­być. Przy­wią­zać do sie­bie i uza­leż­nić od swo­ich pra­gnień. Ce­cho­wa­ła go na­mięt­na uczu­cio­wość wła­ści­cie­la nie­wol­ni­cy, któ­ra – jak w moim wy­pad­ku – była młod­sza od nie­go o pięt­na­ście lat i wy­da­wa­ła się wy­star­cza­ją­co atrak­cyj­na, żeby mógł za­po­mnieć o ca­łym świe­cie. Przy­najm­niej na pe­wien czas.

„Masz, ko­cha­na” – mó­wił i za­kła­dał mi na rękę zło­ty ze­ga­rek. „Weź­mie­my ten pier­ścio­nek” – de­cy­do­wał, w ogó­le nie py­ta­jąc mnie o zda­nie. Nie­kie­dy wyj­mo­wał wprost z kie­sze­ni gar­ni­tu­ru prze­pięk­ne brosz­ki albo mi­nia­tu­ro­we chiń­skie fi­gur­ki i sta­wiał na moim biur­ku. Przez cały czas ży­łam jak w nie­usta­ją­cym ocza­ro­wa­niu. Snu­łam się po fan­ta­stycz­nej rze­czy­wi­sto­ści ogro­du, któ­rym mnie ota­czał. Za ba­jecz­ny­mi pal­ma­mi i ko­lo­ro­wy­mi krze­wa­mi za­cza­ja­ła się już jed­nak na mnie praw­da.

Scho­dzi­łam kie­dyś na obiad do sto­łów­ki i na stop­niu wy­ło­żo­nym chod­ni­kiem zo­ba­czy­łam za­ku­rzo­ne buty Mi­cha­ła. Wy­da­wa­ło mi się, że spe­szy­ło go na­sze spo­tka­nie i nie wie, co po wie­dzieć. Tuż za nim wcho­dził po scho­dach sie­dem­na­sto – czy osiem­na­sto­let­ni chło­pak. Smu­kły, wyż­szy od Mi­cha­ła, ale bar­dzo do nie­go po­dob­ny. Tyl­ko jego twarz sta­no­wi­ła jak­by wy­ra­zist­szą i czyst­szą w swym orien­tal­nym cha­rak­te­rze ko­pię twa­rzy Mi­cha­ła.

Wi­dy­wa­łam ta­kie w cza­sie póź­niej­szych po­dró­ży po Bli­skim Wscho­dzie i pół­noc­nej Afry­ce. Za­wsze zdu­mie­wał mnie żar czar­nych oczu i na­zna­czo­ne me­lan­cho­lią, a na­wet mi­sty­cy­zmem ostre rysy twa­rzy. Pa­trzy­łam peł­na po­dzi­wu na ru­chli­we ręce za­rad­nych miesz­kań­ców pu­styń, oaz i ta­jem­ni­czych miast. Te ręce od­mie­rza­ły lub wa­ży­ły to­war, li­czy­ły i cho­wa­ły utarg, uczest­ni­czy­ły w roz­mo­wie z klien­tem i mo­dli­twie, za­chę­ca­ły na­stęp­ne­go prze­chod­nia do od­wie­dze­nia skle­pu, a nie­rzad­ko pod­mie­nia­ły jed­no­cze­śnie za­ku­pio­ną rzecz na gor­szą, lecz w tej sa­mej ce­nie.

W jed­nej chwi­li zo­ba­czy­łam to wszyst­ko w oczach chło­pa­ka, na pew­no syna Mi­cha­ła, cho­ciaż ten chło­pak nie był prze­cież świa­do­my mo­je­go upo­ko­rze­nia. Na­wet jego pra­przod­ko­wie nie mo­gli po­no­sić od­po­wie­dzial­no­ści za Mi­cha­ła. „Sama po­no­szę za sie­bie od­po­wie­dzial­ność” – pod­po­wie­dzia­ła mi Roz­sąd­na. A ja wsty­dzi­łam się tych wszyst­kich pre­zen­tów, za któ­re by­łam ku­po­wa­na.

Tym­cza­sem hi­sto­ria z Mi­cha­łem trwa­ła jesz­cze, ale zbli­ża­ła się ku nie­uchron­ne­mu koń­co­wi. Naj­pierw od­był się wiel­ki fi­nał uka­zu­ją­cy praw­dzi­wych bo­ha­te­rów byle ja­kie­go ro­man­su. Po­wie­dzia­łam Ada­mo­wi, że nie mogę z nim być, po­nie­waż ko­cham ko­goś in­ne­go. To było naj­prost­sze wy­ja­śnie­nie, ale też – mu­szę przy­znać uczci­wie – ze­msta za kłam­stwa o spo­tka­niach z ko­le­ga­mi z cza­sów woj­ny i rze­ko­mych na­gra­niach. W ten spo­sób spro­wo­ko­wa­łam Ada­ma do za­aran­żo­wa­nia spek­ta­klu z nim sa­mym w roli nie­szczę­śli­we­go, zdra­dzo­ne­go męża.

Spek­takl od­był się w ka­wiar­ni „Bri­stol” przy peł­nej ob­sa­dzie wi­dzów. Naj­pierw Adam, wzno­sząc się po­nad oso­bi­stą krzyw­dę, za­py­tał, ja­kie Mi­chał ma wo­bec mnie ży­cio­we pla­ny. Po­tem Mi­chał, uży­wa­jąc kwe­stii sta­rej jak grec­ka tra­ge­dia, od­po­wie­dział, że bar­dzo mnie sza­nu­je jako ko­le­żan­kę z pra­cy, ale nic go ze mną nie łą­czy. Po­nad­to jest żo­na­ty i ma dwóch sy­nów. Po czym Adam, cze­ka­ją­cy od pew­ne­go cza­su na efek­tow­ny fi­nał, pod­niósł się na całą swo­ją wy­so­kość, sta­nął pro­sto i rąb­nął w twarz ry­wa­la. A do mnie zwró­cił się ze sło­wa­mi: „No wi­dzisz, ja­kie­go so­bie wy­bra­łaś szma­tław­ca”. Na­stęp­nie po­cią­gnął mnie za rękę i wy­pro­wa­dził z ka­wiar­ni, nie pa­trząc już w stro­nę na­sze­go sto­li­ka. Na tym sto­li­ku przed Mi­cha­łem le­żał nie­za­pła­co­ny ra­chu­nek za kawę. Roz­sąd­na po­wie­dzia­ła, że jej zda­niem by­łam świad­kiem naj­więk­szej sce­ny ba­ta­li­stycz­nej w ży­ciu by­łe­go ko­ściusz­kow­ca.

Wkrót­ce po­tem żona Mi­cha­ła wraz z sy­na­mi wy­emi­gro­wa­ła do Nie­miec Za­chod­nich. Mi­chał twier­dził, że zo­sta­je ze wzglę­du na mnie, po­ka­zy­wał na­wet po­da­nie o roz­wód, któ­re – jak się póź­niej oka­za­ło – wy­co­fał. Praw­dzi­wy po­wód jego po­zo­sta­nia był jed­nak zu­peł­nie inny. Do PRL-u przy­ku­ły go daw­ne ta­jem­ni­ce służ­bo­we, o któ­rych nie mia­łam po­ję­cia. Nie mógł do­stać ze­zwo­le­nia na emi­gra­cję.

Wy­je­chał do­pie­ro po kil­ku la­tach dzię­ki fał­szy­wym pa­pie­rom, któ­re ku­pi­ła mu żona za pie­nią­dze swo­jej bo­ga­tej ro­dzi­ny z Izra­ela. Po czym znik­nął z mo­je­go ży­cia, a po­ja­wi­li się w nim jego daw­ni pra­co­daw­cy. Te­raz ja by­łam za­mknię­ta w ob­szer­nym wię­zie­niu Pol­ski Lu­do­wej. Nie mo­głam wy­je­chać na­wet do NRD. Kie­dy gdzieś szłam, to­wa­rzy­szył mi cień w skó­rza­nym płasz­czu. Ak­cja jak w fil­mie o szpie­gach. A po­tem już tyl­ko cień złych wspo­mnień, ale i one prze­śla­do­wa­ły mnie przez dłu­gie lata. Tak wła­śnie za­czę­ła się hi­sto­ria po­szu­ki­wa­nia „Elo­fa” z urze­ka­ją­cą me­lo­dią bal­la­dy Po­wer of Love, a wła­ści­wie Po­wer of Lie w ży­cio­wym tle.

Rozdział 3

Oran­że­rię roz­ja­śnia blask słoń­ca. Zło­te pro­my­ki igra­ją w ja­snych wło­sach Jo­an­ny. Za­pa­la­ją świa­teł­ka ra­do­ści w jej błę­kit­nych oczach. Mu­ska­ją czer­wień ust, do któ­rych zbli­ża­ją się spra­gnio­ne po­ca­łun­ków usta Zbi­gnie­wa.

„Co za ba­nał!” – mówi Roz­sąd­na i od­kła­da na pół­kę po­pu­lar­ny ro­mans.