Wydawca: Dreams Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Małżeństwo do poniedziałku ebook

Denise Hunter  

3.98275862068966 (58)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 344 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Małżeństwo do poniedziałku - Denise Hunter

Ze względu na zbliżającą się imprezę rocznicową rodziców Abby i Ryan będą udawać zgodne małżeństwo przez jeden, ostatni weekend.

Ryan McKinley usiłował zapomnieć o swojej byłej żonie Abby, a tymczasem kupił dom, o którym ona zawsze marzyła. To był poważny błąd. Mieszkanie samemu w ogromnym, piętrowym budynku przyprawia go o jeszcze większą tęsknotę. Kiedy niespodziewanie dzwonią teściowie w sprawie zbliżającego się przyjęcia z okazji ich trzydziestej piątej rocznicy ślubu w Summer Harbor w stanie Maine, Ryan wierzy, że to sam Bóg daje mu taką szansę.

Abby McKinley tak naprawdę nigdy nie powiedziała rodzinie o rozwodzie. Napięte relacje z ojcem zaowocowały zerwaniem więzi z obojgiem rodziców. Jednak kobieta ulega matce i zgadza się pokonać dzielącą ich odległość, by przyjechać na rocznicową imprezę.

Wtedy pod jej drzwiami zjawia się Ryan, przystojny jak nigdy. Upiera się, że pojedzie do Summer Harbor, z nią czy bez niej, i Abby wie, że nie może mu odmówić. Jej rodzice wciąż nie słyszeli o rozwodzie i on o tym wie. Poza tym Ryan utrzymuje, że chce tylko odwiedzić starego przyjaciela z czasów studiów – kuzyna Abby, Beau, który niedawno stracił ojca.

To tylko jednotygodniowa wycieczka z mężczyzną, który złamał jej serce. Co mogłoby pójść nie tak?

Opinie o ebooku Małżeństwo do poniedziałku - Denise Hunter

Fragment ebooka Małżeństwo do poniedziałku - Denise Hunter

Okładka

Strona tytułowa

Denise ‌Hunter

Małżeństwo ‌do poniedziałku

Tom ‌IV ‌z serii Chapel Springs

Tłumaczenie: Joanna ‌Olejarczyk

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Married ‌‘til Monday. A Chapel Springs ‌Romance

Autor:

Denise Hunter

Tłumaczenie z języka ‌angielskiego:

Joanna Olejarczyk

Redakcja:

Lidia Miś-Nowak

Korekta:

Natalia ‌Lechoszest

Dominika ‌Wilk

Skład:

Alicja ‌Malinka

ISBN 978-83-65843-67-8

Zdjęcie ‌na ‌okładce:

© iStock.com860491230

Wektory © Freepik.com

© ‌2015 by Denise Hunter ‌by Thomas Nelson, HarperCollins ‌Christian Publishing Inc.

© ‌2018 for the Polish ‌edition by ‌Dreams Wydawnictwo

Dreams Wydawnictwo ‌Lidia ‌Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, ‌35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Rzeszów 2018, ‌wydanie I

Druk: ‌drukarnia Skleniarz

Książkę ‌wydrukowano na papierze ‌Ecco Book 2.0 80g ‌cream dostarczonym przez ‌Antalis Poland ‌Sp. z o. ‌o.

Jeśli nie zaznaczono ‌inaczej, ‌wszystkie cytaty z Pisma Świętego ‌podano za Biblią Tysiąclecia.

Wszelkie ‌prawa zastrzeżone. ‌Żadna część tej ‌publikacji ‌nie może być reprodukowana, ‌przechowywana jako źródło danych, ‌przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej ‌lub innej ‌formie zapisu bez ‌pisemnej zgody wydawcy.

Od ‌Autorki

Drodzy ‌Czytelnicy!

Nie mogę uwierzyć, ‌że dotarliśmy do ostatniego ‌tomu książek ‌z serii ‌Chapel ‌Springs! Mam ‌nadzieję, że Ci z Was, ‌którzy ‌śledzą dzieje ‌bohaterów od pierwszej ‌części, z chęcią ‌dowiedzą się, ‌co słychać u McKinley’ów. Ale ‌jeśli pierwszy raz stykacie ‌się z tą ‌serią – ‌bez ‌obaw! ‌Małżeństwo do poniedziałkujest ‌napisane w taki sposób, że ‌może być czytane ‌niezależnie. ‌Dzięki tej opowieści będziecie ‌mogli zajrzeć ‌też do Summer Harbor, ‌miejsca akcji mojej ‌kolejnej serii, w którym mieszkają ‌przystojni ‌bracia Callahan.

Od początku ‌wiedziałam, że Ryan ‌będzie ostatni, ale ‌zaczynając ‌Boskie lato,nie ‌miałam pojęcia, że wciąż był zakochany w swojej byłej żonie, Abby. W trakcie pracy nad Tańcem ze świetlikami natknęłam się na blog prowadzony przez rozwiedzionego mężczyznę. Pisał o wszystkich błędach, jakie popełnił w małżeństwie, o tym, czego żałował i co najchętniej by zmienił. Jego pełen żalu ton ścisnął mnie za serce. Spojrzałam na mojego męża i powiedziałam mu: „Opiszę historię tego człowieka”.

Małżeństwo do poniedziałku to książka, w której pod wieloma względami próbuję swoich sił po raz pierwszy. To moja pierwsza powieść drogi. Moja pierwsza powieść o pojednaniu. Z tych powodów spodziewałam się, że jej napisanie będzie nie lada wyzwaniem, ale historia Ryana i Abby przelała się na strony tej książki prosto z mojego serca. Był to więc wysiłek pełen miłości.

Opowiadanie Wam historii to przywilej, którego nie biorę za pewnik – przepełnia mnie wdzięczność wobec moich czytelników, którzy umożliwiają mi pracę. Przyrządźcie sobie zatem ulubiony napój, rozsiądźcie się wygodnie i pozwólcie, że opowiem Wam historię. Mam nadzieję, że podróż – z powrotem – do Chapel Springs sprawi Wam przyjemność.

Błogosławionego czasu!

Denise

Małżeństwo do poniedziałku

Zabytkowy pierścionek leżał na blacie kuchennym Ryana McKinleya od pięciu miesięcy. Zguba została odnaleziona, ale szczęśliwe zakończenie tej historii pozostawało poza jego zasięgiem.

Wyszedł z pomieszczenia, bardziej powodowany chęcią ucieczki od pierścionka niż czymś innym, i po drodze do schodów zatrzymał się przed zegarem wahadłowym. Włożył kluczyk do dziurki i nakręcił mechanizm, ponownie myśląc o Abby. Zawsze to ona nakręcała zegar: byleby tylko się nie zatrzymał – to było dla niej jak natręctwo.

Ale nie dla niego. Wskazówki od prawie tygodnia stały dokładnie na dwunastej siedem. Wprawił wahadło w ruch i zamknął antyczne drzwiczki, przekręcając kluczyk. Znajome tykanie wypełniło wielki, pusty dom. Musiał wyjść pobiegać. Rozciągnąć nogi i pozwolić, by rytmiczne tupanie stóp o ziemię przepędziło z jego głowy myśli o niej.

Ostatnimi czasy nie potrafił przestać rozmyślać o Abby. Zegar, pierścionek... dom. Już na milion sposobów wyzywał samego siebie od głupków. Zakup wymarzonego domu byłej żony był błędem – tak, jak ostrzegała go PJ.

Ktoś zapukał do drzwi i Ryan odetchnął z ulgą, że wyrwano go z tej zadumy.

Gdy tylko otworzył drzwi, powitał go szeroki uśmiech PJ. Proszę bardzo – siostra wywołana jak wilk z lasu.

– Dobry moment?

Spojrzał na trzymane przez nią przykryte naczynie.

– Zawsze jest dobry moment na jedzenie.

PJ przemknęła obok niego i poszła do kuchni.

– To nie mięso i ziemniaki, przykro mi. Ale Cole nie lubi francuskich naleśników, więc jesteś moim królikiem doświadczalnym.

– Ktoś musi odwalić czarną robotę.

Dziewczyna podniosła pokrywkę, a słodki, czekoladowy aromat powędrował w stronę jej brata. Żołądek Ryana zaburczał, doceniając fakt, że kolacja sama do niego przyjechała.

Wkrótce po ukończeniu szkoły kulinarnej PJ otworzyła w Chapel Springs restaurację Życzenie. W pakiecie otrzymała za darmo dom i mężczyznę swoich marzeń. Najmłodsza siostra Ryana zawsze miała fart w życiu.

Wyjął dwa widelce ze zmywarki i podał jeden PJ. Popatrzyła na niego sceptycznie.

– Czysty?

Spojrzał na nią spode łba, grzebiąc w deserze. Ciepłe ciasto praktycznie rozpływało mu się w ustach.

– Mmm... Niezłe.

– Wystarczająco dużo orzechów. Chyba. – PJ wzięła do ust maleńki kęs. – Może trochę więcej wanilii?

– Daję dziewięć i pół. Szczegóły należą do ciebie.

Kiedy jedli naleśniki, siostra opowiedziała mu, co słychać u pozostałych członków rodziny, czyli wtajemniczyła go w życie miłosne ich rodzeństwa. W plemieniu McKinley’ów miłość szerzyła się w ostatnich latach z niezwykłą siłą. Najpierw Madison, potem Jade, a teraz PJ. Dwie z nich zostały mężatkami, ale PJ nie pozostawała daleko w tyle, jak podejrzewał Ryan. Tylko on, najstarszy, wciąż był do wzięcia. Czy raczej – ponownie był do wzięcia.

Po skończeniu posiłku odłożyli widelce do zlewu.

– Muszę lecieć. Chcę zdążyć zrobić zakupy, zanim zamkną sklep.

PJ chwyciła torebkę, a Ryan nałożył pokrywkę na pojemnik z resztkami.

– Ooo, jaki śliczny. – Wyciągnęła rękę i pomachała palcami.

Ryan spojrzał na palec PJ, na którym błyszczał pierścionek Abby.

– Dla kogo to cudeńko? – spytała. – Ukrywasz coś przede mną?

Mężczyzna docisnął mocno pokrywkę, wywołując głośne kliknięcie.

– Zdejmij go.

– Ojeju, no dobra. – Szarpnęła pierścionek, krzywiąc się, gdy po kilku kolejnych obrotach nie chciał zejść.

– Poważnie? – rzekł Ryan.

– Spokojnie, dam radę. – Odkręciła kran i namydliła dłoń. – Wygląda na stary.

– Bo jest stary. Należał do babci Abby.

PJ pociągnęła jeszcze raz i wtedy pierścionek zszedł z palca. Opłukała go pod bieżącą wodą razem z dłońmi.

– Uważaj! – Ryan patrzył z przerażeniem na odpływ.

– Nie jestem głupia.

Kiedy skończyła, brat wyrwał jej pamiątkę po byłej żonie.

– Co z nim zrobisz? – spytała.

Ryan odłożył pierścionek obok ładowarki do telefonu.

– Znalazłem go podczas przeprowadzki.

Abby była zrozpaczona, gdy zauważyła, że się zapodział. Wywrócili dom przy Orchard Street do góry nogami, próbując go znaleźć. Nigdy nie była w bliskich relacjach ze swoimi rodzicami, ale babcia stanowiła dla niej cały świat. Abby trudno było pogodzić się z jej śmiercią. Przez te wszystkie lata, kiedy Ryan ją znał, właśnie wtedy była najbliższa płaczu.

– Oddasz go?

– Nie wiem.

– Musisz. Należał do jej babci. Wsadź go do koperty i wyślij. Mogę zdobyć adres Abby, jeśli chcesz.

– Nie mogę wysłać rodzinnej pamiątki pocztą.

– Zawieziesz go jej?

– Nie wiem, PJ. Jak myślisz, dlaczego leży tu od pięciu miesięcy?

– A, to przepraszam bardzo. – Dziewczyna założyła torebkę na ramię i wyszła z kuchni.

Ryan poszedł za nią, pocierając czoło palcem wskazującym. Ten cholerny pierścionek okropnie go stresował. Modlił się, ale nie zaznawał wewnętrznego pokoju. Rzeczywiście, powinien wsadzić go do koperty i o nim zapomnieć. W jego życiu będzie wtedy o jedną cząstkę Abby mniej.

Gdy siostra stała już w drzwiach, uśmiechnął się do niej potulnie.

– Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem.

– W porządku. Daj mi znać, jeżeli będziesz potrzebował jej adresu. Albo jeśli chciałbyś pogadać.

– Jasne.

Zadzwonił telefon i PJ spojrzała mu ponad ramieniem.

– Masz stacjonarny?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Lepiej odbierz.

Pożegnali się i Ryan przeszedł przez salon. Wiedział, że telefon stacjonarny był mu niepotrzebny i tylko stanowił dodatkowy koszt. Ale to był jedyny sposób, w jaki mogłaby się z nim skontaktować Abby – gdyby chciała.

Głupi jesteś, McKinley.

Tak, jeśli chodziło o Abby, wykazywał ciężką głupotę.

Chwycił słuchawkę, jednak nie rozpoznał numeru, który wyświetlał się na ekraniku.

– Halo?

Nastąpiła pauza na tyle długa, że już chciał powtórzyć.

– Ryan? Wiiitaj, mój drogi. Tu Lillian. Nie spodziewałam się, że zastanę cię w domu.

Znajomy akcent z Maine w głosie matki jego byłej żony sprawił, że Ryan zamarł. Dlaczego dzwoniła?

– Lillian. Cóż za niespodzianka.

Poczuł, jak narasta w nim paskudne uczucie. A jeśli Abby coś się stało? Zanim zdążył spytać, w słuchawce ponownie rozległ się głos.

– Co u ciebie? Tak dawno nie rozmawialiśmy.

– Wszystko w porządku. Wiesz, jakie jest Chapel Springs. Nic się tu nie zmienia. A co u ciebie i u Buda?

Wcisnął palec wskazujący między brwi. Praktycznie nie rozmawiał z Lillian, kiedy on i Abby byli małżeństwem. To dziwne, że zadzwoniła do niego teraz, ponad trzy lata po ich rozwodzie.

– Och, wszystko gra – odparła. – Przygotowujemy się do imprezy. Abby nie ma, jak mniemam?

– Eee... Nie.

– Tak myślałam. Próbowałam się dodzwonić na jej komórkę, ale znasz moją córkę. Prawie nigdy nie odbiera. Ale może to dobrze, że mogę porozmawiać z tobą.

To wydało mu się zdecydowanie zbyt dziwne. Ta kobieta była po pięćdziesiątce, na pewno nie cierpiała jeszcze na demencję.

– Cóż, Abby oczywiście mówiła mi, że nie możesz przyjechać na nasze rocznicowe przyjęcie, ale miałam nadzieję, że zmienisz zdanie. Praca nie zając, a nie odwiedzaliście nas od lat.

Jego umysł pogrążył się w zastoju. Usta poruszały się.

– Nie podoba mi się to, że Abby będzie musiała prowadzić całą drogę sama. – Zniżyła głos. – I wiesz, że jej relacje z ojcem są... trudne. Czułabym się o wiele lepiej, wiedząc, że będzie miała twoje wsparcie.

– Moje wsparcie...

– Wiem, że nie jesteśmy sobie bliscy, ale bardzo chciałabym to zmienić. Tęsknię za moim jedynym dzieckiem. A może trochę czasu poza domem zrobi wam obojgu dobrze. Takie małe wakacje.

Ryan podrapał się po głowie.

– Ja... Eee... Trochę się pogubiłem, Lillian.

Usłyszał przytłumioną rozmowę, jakby zasłoniła słuchawkę dłonią. Chwilę później znowu się odezwała.

– Bud chciałby z tobą porozmawiać, mój drogi. Dam ci go.

– Podobno jesteś taki zapracowany, że nie możesz wziąć kilku dni wolnego, aby świętować z nami rocznicę.

Ryan zapomniał już, jak Bud potrafił rzucać kąśliwymi uwagami w taki sposób, że można było wić się ze wstydu.

– Gratulacje, Bud. Wygląda na to, że szykuje się świetne przyjęcie.

– Byłoby świetne, gdyby udało mi się nakłonić zięcia, żeby przywiózł na nie naszą córkę. Lillian bardzo na to liczy.

Zięcia? Dlaczego oni oboje... Tak jakby... Ryan wiedział, że Abby nie była z nimi w bliskiej relacji. Czy to możliwe, że nie powiedziała im o rozwodzie? To nie miało sensu.

– Pies ci język odgryzł, synu?

– Nie, nie. Kiedy Abby planowała przyjechać? Ja... Nie mam pod ręką kalendarza.

Bud powtórzył pytanie Lillian, a myśli Ryana gnały jak szalone.

Może to właśnie była okazja, o którą się modlił. Jego szansa, by ponownie zobaczyć Abby. By zwrócić jej pierścionek.

Taaak, McKinley. Właśnie o to ci chodzi.

– Dzień przed przyjęciem. – Bud wrócił do rozmowy. – W przyszłym tygodniu, dwudziestego czwartego. No to jak, przywieziesz ją do domu czy nie?

Lillian skarciła go w tle, po czym sama znowu odezwała się w słuchawce:

– Tak bardzo chcielibyśmy gościć was oboje.

W przyszłym tygodniu. Jego umysł wirował. Ekipa trenerska poradzi sobie bez niego przez kilka dni. Myśl o tym, że znowu spotka Abby, wprawiła jego serce w łomot. Wysuszyła mu gardło. Ożywiła na nowo jakąś cząstkę, którą od dawna uważał za martwą i pogrzebaną.

Zobaczył Abby oczyma wyobraźni. Nie wyglądała tak jak wtedy, gdy ją poznał, gdy o nią zabiegał, ale ujrzał ją taką, jaka była potem, kiedy go pokochała. Rysy jej twarzy zmiękły, zielone oczy nie były już nieobecne i nieufne, ale otwarte. Pełne nadziei. Widział burzę jej rudych loków otaczającą kremową twarz, słodkie piegi na nosie.

– Ryan, jesteś tam?

– Tak. – Ostatnio wszystko sprowadzało się do Abby. Może Bóg usiłował coś mu przekazać. Przez jego duszę przemknęło naglące uczucie.

Czy to Ty, Boże? Czy tego chcesz?

Jego serce uspokoiło się i ogarnął go wewnętrzny pokój. Wszystko zdawało się wskazywać ten sam kierunek. Pierścionek, telefon...

Może był szaleńcem, ale zamierzał to zrobić.

– W porządku – powiedział, ściskając mocno telefon. – Przyjadę.

Było już po ósmej, a słońce zaczynało chować się za horyzontem Indianapolis, kiedy Abby McKinley pchnęła ciężkie szklane drzwi biura detektywistycznego Wainwright Investigative Services. Zmęczenie dopadało ją bardziej, niż chciała przyznać, a był dopiero poniedziałek.

Gdy weszła do biura, uderzyło ją chłodne powietrze z klimatyzacji, przynosząc ulgę po tym, jak spędziła mnóstwo czasu w swoim samochodzie z aparatem fotograficznym i ciężkim, gorącym wietrzykiem.

Szef siedział za swoim biurkiem, marszcząc brwi i wpatrując się w ekran komputera. Jego siwiejące włosy były zmierzwione, jakby przed chwilą przeczesał je ręką.

Podeszła prosto do Franka i rzuciła akta Owensa na zagracony blat tuż obok pustej torebki po doritos [1].

– Już? – spytał.

Wzruszyła ramionami, zajmując miejsce przy własnym biurku i otwierając pocztę e-mail. Frank wertował akta.

– Niezłe zdjęcia. Czyli to jednak nie basenowy.

– Zbyt oczywiste. To były chłopak. Spiknęli się ponownie na Facebooku i od dwóch miesięcy są razem.

– Jesteś genialna.

To nie było takie trudne. Małe dochodzenie, trochę grzebania w śmieciach, a trochę w domowym komputerze. Ludzie zostawiali ślady, czy tego chcieli, czy nie.

– Mam dla ciebie sprawę VIP-ów – powiedział. – Przy naszej ulicy. Żona podejrzewa męża o romans. Zamknięte środowisko, wysoko postawieni ludzie. Potrzebuję mojej najlepszej dziewczyny.

– Jestem tu jedyną dziewczyną. Jaki jest termin?

– Przyszły weekend. Wiem, że to szybko, jednak... Co?

Abby kręciła głową. Zazwyczaj udawało jej się rozwiązać sprawę tak szybko, ale...

– Wyjeżdżam w środę, pamiętasz? W trasę.

– Leć samolotem. Ja zapłacę. Kurczę, za to, ile ta paniusia nam oferuje, kupię ci bilet w pierwszej klasie.

To nie pieniądze powstrzymywały ją przed lotem. I naprawdę nie chciała odmawiać, gdy była już tak bliska awansu. Lewis wykorzysta tę okazję do maksimum. Jednak tę podróż miała zaplanowaną od kilku tygodni i nie chciała rozczarować mamy.

– Przykro mi, niestety nie mogę. Musisz oddać tę sprawę Lewisowi.

Oddawanie sprawy konkurentowi było do bani. Zamknęła pocztę i wstała, żeby wyjść.

Frank skrzywił się i przejechał dłonią po gęstych wąsach. Mogłaby przysiąc, że w powietrze wzbiły się okruszki doritos.

– Abby, potrzebuję cię przy tej sprawie.

Chwyciła torebkę z podłogi.

– Tylko że mnie nie będzie.

– Lot plus premia. Moja ostateczna oferta.

– Wierz mi, Frank. Chciałabym, ale nie mogę.

– Naprawdę chcesz, żeby przejął to Lewis? – Podtekst był jasny.

Jak bardzo chcesz tej agencji w Saint Paul?

– Nie wymigam się od tego. Przykro mi... – Otworzyła drzwi. – Do zobaczenia rano, Frank.

– Wpędzisz mnie do grobu! – zawołał, zanim drzwi zatrzasnęły się za nią.

Jazda do domu minęła szybko i bezboleśnie. Wjechała w swoje wyznaczone miejsce parkingowe i przeszła chodnikiem. Zza zasłon wyglądała głowa Boo, która opierała swoje małe łapki na dolnej ramie okiennej. Różowa kokardka na czubku jej główki przekrzywiła się. Kiedy Abby weszła do budynku, ogarnął ją smakowity zapach czosnku i oregano. Ktoś będzie miał smaczną kolację.

Pozbierała pocztę, a potem otworzyła drzwi. Mała suczka rasy yorkshire terrier zatańczyła wokół jej stóp.

– Cześć, mała Boo. Pani wróciła.

Dziewczyna podniosła psinkę i przyjęła buziaki od wiercącej się przyjaciółki, śmiejąc się z jej wylewności.

– Przepraszam, że się spóźniłam. Chodźmy siusiu.

Abby ucałowała suczkę między dużymi, spiczastymi uszami, przypięła jej smycz i zabrała na zewnątrz.

– Załatw się, Boo.

Przepełniona poczuciem winy, spacerowała z psem wokół całego osiedla aż do zmroku, po czym wróciła do domu, rozmyślając o sprawie oszustwa i wyłudzenia odszkodowania, którą właśnie zamknęła. Kiedy podgrzewała sobie kawałek wczorajszej pizzy, jej myśli powędrowały do nadchodzącego weekendu, do imprezy, do rodziców.

Do ojca.

Wczoraj wieczorem wygrzebała ślubną obrączkę z pudełka z biżuterią. Nie patrzyła na nią od dnia, w którym ją zdjęła, a jej widok rozbudził w niej wszystkie emocje. Przypomniała sobie, jak zdołowana, wypatroszona i zrozpaczona czuła się tamtego dnia. Tyle czasu minęło, zanim przestała cierpieć. Nawet teraz myśli o Ryanie otwierały tę zionącą pustkę w jej sercu.

Przestań, Abby.

Nie wiedziała, co się z nią ostatnio działo. Myśli o byłym mężu coraz częściej ją dopadały. W ten weekend zapowiadało się jeszcze gorzej, bo wszyscy będą o niego pytać. Na palcu znowu będzie miała obrączkę. Wystarczyło już samo to, że musiała zatrzymać jego nazwisko.

Nie musiałabyś, gdybyś powiedziała im prawdę.

Usiłowała. Naprawdę próbowała. Ale za każdym razem powstrzymywała się, gdy tylko wyobrażała sobie reakcję ojca. Spodziewał się, że to małżeństwo okaże się porażką. Spodziewał się, że ona okaże się porażką. Myśl o tym, że miałaby udowodnić mu, że miał rację, była nie do zniesienia.

Poza tym nie łączyła ją z rodzicami zażyła relacja. Ot, kartka na święta, wiadomość głosowa kilka razy w roku. Mama podała ojca do słuchawki, kiedy dzwoniła, by przekonać Abby do przyjazdu. Zbeształ ją za Ryana i zaczął przesłuchiwać tonem pełnym podejrzeń.

Jeżeli mogło być coś gorszego, niż przyznanie się przed ojcem do rozwodu, to przyznanie się, że okłamywała ich od trzech lat. Kłamstwo wobec ojca było surowo karane.

On nie może cię już skrzywdzić, Abby.

Nie powinna była pozwolić im się przekonać do przyjazdu w ten weekend. Teraz Lewis dostanie okazję, by się wykazać. Ryzykowała swoją szansę na prowadzenie własnej agencji, jednak nie mogła odwołać przyjazdu. Mama liczyła na to, że ją zobaczy, a Lillian Gifford doznała przez te trzy lata już dość rozczarowań.

Abby wracała do domu pierwszy raz od czasu studiów. Summer Harbor w stanie Maine nie wywoływało w niej tych samych nostalgicznych uczuć, których zazwyczaj doświadczają ludzie na myśl o rodzinnych stronach. Nie mogła zaprzeczyć, że poszarpana linia brzegowa i tętniące życiem nabrzeże z garstką uroczych sklepików były piękne. Ale większość jej wspomnień koncentrowała się na niestabilnym domu, a to powodowało, że czuła tylko lęk i niepewność.

Wyrzuciła to wszystko z umysłu. Nie będzie o tym myśleć do chwili, aż będzie to konieczne.

Kiedy zjadła kolację, usadowiła się na sofie i włączyła thriller, który właśnie się zaczynał. Boo skuliła się na jej kolanach, chrapiąc cicho, a jej maleńkie ciało unosiło się i opadało z każdym oddechem.

Dwadzieścia minut później właśnie miała zrezygnować z oglądania filmu, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Boo natychmiast się zerwała, zeskoczyła z sofy i pognała w kierunku wejścia z serią krótkich szczeknięć.

To z pewnością pani McCauley zza ściany. Listonosz za każdym razem mieszał ich pocztę. Może Abby zaprosi ją na herbatę. Przydałoby się jej towarzystwo, jakaś rozrywka, a ta kobieta, mimo że miała męża, a od roku mieszkała u nich również nastoletnia wnuczka, zawsze wydawała jej się samotna.

– Ciii, już dobrze, Boo.

Suczka nawet nie spojrzała na swoją właścicielkę. Utkwiła wzrok brązowych oczu w drzwiach i szczekała coraz głośniej. Abby sięgnęła do klamki i pociągnęła z uśmiechem na ustach.

Serce dziewczyny zadrżało. Oddech wypełnił płuca i zastygł w nich, niezdolny uciec na zewnątrz. Jej uśmiech zgasł.

Znała jego twarz tak dobrze, jak własną. Wszystkie rysy. Pod każdym kątem. Każdy złoty promyk w czekoladowo-brązowych oczach. Trzy lata nie wymazały tych szczegółów.

– Cześć, Abby – powiedział Ryan.

Jedyną rzeczą dotyczącą Ryana, którą Abby wyrzuciła z głowy, była jego postura: szerokie ramiona i wzrost. Wysokie obcasy zazwyczaj pozwalały jej zrównać się wzrokiem z większością mężczyzn, ale na byłego męża zawsze musiała spoglądać z dołu.

I teraz też górował nad nią, bo na stopach miała tylko pończochy. Zrobiła krok w tył, by stworzyć dystans. Ściany jej klatki piersiowej zaciskały się.

– Ryan. – Jakimś cudem to słowo wydostało się na zewnątrz bez oznak panującego w jej wnętrzu chaosu.

– Dawno się nie widzieliśmy, Abby.

– Co ty tutaj robisz?

Jeden z kącików jego ust uniósł się w półuśmiechu.

– Jak zwykle od razu przechodzisz do rzeczy.

Spuścił wzrok na Boo, która przestała szczekać i obwąchiwała czubek jego buta.

Kobieta wzięła drżący oddech, kiedy nie patrzył, i przybrała minę ostrożnej obojętności. Jej spojrzenie zatrzymało się na szparze uchylonych drzwi do mieszkania naprzeciwko. Wyglądała przez nią twarz pani Doherty.

– Mogę wejść?

Abby szybko przeanalizowała wszelkie możliwości, skupiając się głównie na chwilowym dyskomforcie związanym z przebywaniem z nim sam na sam i długotrwałych konsekwencjach plotkarstwa pani Doherty.

Do cholery z tym wszystkim.

Otworzyła drzwi na oścież i odsunęła się najdalej, jak tylko mogła. Jego zapach i tak do niej dotarł, wprawiając w migotanie czerwone lampki ostrzegawcze w jej umyśle. Znajomy leśny aromat, zmieszany z piżmem i skórą, będzie się tutaj unosił jeszcze na długo po tym, jak jej były mąż wyjdzie. Zanim zdążyłaby się powstrzymać, wzięła głęboki wdech, a woń natychmiast przeniosła ją z powrotem do czasów, kiedy randkowali. Cudownych, pięknych, przerażających czasów.

Zamknęła drzwi. Boo zatrzęsła się, a Abby podniosłą ją z podłogi, żeby nie zostawiła mokrej niespodzianki na dywanie. Tuliła pieska w ramionach, głaszcząc jego łebek.

Już dobrze, malutka.

Mężczyzna rozejrzał się po mieszkaniu.

– Ładnie tu.

– Jak mnie znalazłeś?

Uniósł jedną brew.

– Po tym, jak powiedziałaś mi, że wyprowadzasz się do Wisconsin?

Spuściła wzrok na Boo. Rozważała przeprowadzkę w tamte rejony. A może po prostu nie chciała, żeby Ryan wiedział, iż dzieliła ich odległość, którą da się pokonać w półtorej godziny jazdy. Jej samej trudno było się z tym pogodzić.

Rozgościł się, pochylając nad oparciem sofy i otulając pluszowe obicie grubymi palcami. Wciąż był tak przystojny, że to powinno być nielegalne. Gęste, ciemne włosy. Kwadratowa szczęka. Ciepłe, brązowe oczy.

Ona pewnie miała szałową fryzurę od leżenia na sofie, a makijaż rozmazał jej się prawdopodobnie już wiele godzin temu, ujawniając piegi. Zazwyczaj zaprosiłaby gościa, żeby usiadł i zaproponowałaby mu coś do picia, jednak nie chciała, by Ryan został u niej na dłużej. Już samo ponowne spotkanie z nim było dla jej samopoczucia wystarczająco fatalne. Nie przychodził jej do głowy żaden powód, dla którego mógłby w ten sposób zakłócić jej życie. Ale cóż, przecież zakłócał je, odkąd tylko się w nim pojawił.

– Co ty tutaj robisz? – spytała znowu, tym razem ostrym tonem. To Ryan tak na nią działał.

Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, po czym sięgnął do kieszeni spodni. Wyciągnął dłoń i otworzył ją. Abby rozdziawiła usta i westchnęła.

– Pierścionek babci! – Ich palce musnęły się, kiedy go wzięła, i usiłowała zignorować uczucie, jakie w niej wtedy wezbrało. – Gdzie go znalazłeś?

– Pod szufladą twojej szafki nocnej.

Włożyła pierścionek na palec i zacisnęła dłoń, by utrzymać cenną pamiątkę na miejscu. Była pewna, że przepadł na zawsze.

– Odkryłem jego kryjówkę podczas przeprowadzki.

A więc nie został w ich starym mieszkaniu przy Orchard Street. Nie wiedziała, z jakiego powodu na tę myśl zrobiło jej się niedobrze. Wciąż wyobrażała go sobie w ich przytulnym domku parterowym. Przez pewien czas byli tam szczęśliwi. Aż wszystko się popsuło.

– Nie mogę uwierzyć, że go znalazłeś. Gdzie się przeprowadziłeś? – I dlaczego o to pytała?

Coś błysnęło w jego oczach. Zmienił pozycję, skrzyżował ramiona na piersi, uwydatniając bicepsy.

– Bliżej miasta.

Zawsze czuł się trochę klaustrofobicznie przy Orchard Street, ponieważ dorastał na farmie. Ale to było wszystko, na co mogli sobie wtedy pozwolić. Pomyślała o ich wymarzonym domu przy Main Street i poczuła ukłucie smutku.

Nagle zaczęła się zastanawiać, czy nie ożenił się ponownie. Może dlatego się przeprowadził. Zerknęła na jego lewą dłoń – tę, o którą się otarła. Na widok jego nagiego palca zalała ją fala ulgi. Zrugała samą siebie za tę reakcję.

Jest częścią twojej przeszłości, Abby. To wszystko.

Częścią, która spowodowała wiele bólu i wpędziła w nieszczęście. Nigdy nie wyszłaby za niego za mąż, gdyby wiedziała, jakie to uczucie mieć serce złamane na pół.

Jednak wtedy nie miała wielkiego wyboru.

Boo już się uspokoiła i wierciła, by jej właścicielka uwolniła ją z objęć. Dziewczyna postawiła ją i wyprostowała się, kręcąc pierścionkiem na palcu. Antyczne zdobienie błysnęło w świetle.

– Twojej mamie na pewno ulży, kiedy w ten weekend zobaczy, że masz pierścionek.

Spojrzała na niego zaskoczona. Skąd wiedział, że w ten weekend spotyka się z rodzicami?

– Dzwoniła w zeszłym tygodniu – dodał.

Oddech zastygł jej w płucach. Czy Ryan wiedział, że Abby nie powiedziała im o rozwodzie? Czy wyjawił im prawdę? Proszę, nie. Usiłowała wyczytać odpowiedź z jego oczu lub postawy ciała, ale nie zdradziły jej niczego.

Może Ryan nie wiedział nawet, iż jej rodzice wciąż byli przekonani, że ich córka jest mężatką. Może mama się nie wygadała. Może zostawiła tylko nieszkodliwą wiadomość głosową.

– Nie powiedziałaś im, Abby?

Jej twarz zrobiła się gorąca pod jego przenikliwym spojrzeniem. Nie zrozumiałby tego. Jak mógłby zrozumieć, jeśli wychowywał się w domu cholernych Państwa Idealnych?

– Nie umiałam zebrać się w sobie, by się przyznać.

– Przez trzy lata?

– A to już tyle czasu?

Przechylił głowę, przyglądając się jej tak, jak dawniej, gdy próbował ją rozgryźć. Powodzenia.

– Nie wyprowadziłem ich z błędu – rzekł.

Kamień spadł jej z serca, chociaż utrzymała neutralny wyraz twarzy i uniosła podbródek.

– Dlaczego?

– Domyśliłem się, że miałaś jakieś powody.

O żadnym z nich nie planowała mu mówić. Wiedział o niej wystarczająco. Więcej niż ktokolwiek inny. Zerknęła na pieska, który nagle podreptał do Ryana i znowu nieśmiało obwąchał jego buty.

– To kiedy wyjeżdżamy?

Spojrzała na niego.

– Co?

– Twoi rodzice zaprosili mnie na przyjęcie. – Ryan schylił się i wyciągnął dłoń, żeby Boo mogła ją powąchać.

Abby wpatrywała się w niego. Taki nonszalancki. Taki wyluzowany. Doprowadzało ją to do szału, gdy byli małżeństwem.

– Nie możesz pojechać do domu moich rodziców.

– Jasne, że mogę.

– Jesteśmy rozwiedzeni.

– Oni o tym nie wiedzą. – Nawet na nią nie patrzył. Był zbyt zajęty głaskaniem po brzuchu jej zdradzieckiego psa.

Dlaczego to robił? Dlaczego tak po prostu zjawił się pod jej drzwiami... I wpraszał na jej podróż? To było... niedorzeczne.

– Czemu w ogóle chcesz tam jechać?

– Nie widziałem się z Beau od lat. Będzie tam, prawda?

– Oczywiście, że tak. Nie w tym rzecz.

– Mogę wziąć trochę wolnego i pomyślałem: czemu nie?

Czemu nie? Czemu nie? Umiała wymyślić na poczekaniu milion powodów, począwszy od ich nieudanego małżeństwa, po jej rodziców.

– To sześciodniowa podróż. – A gdyby Ryan pojechał z nią, wydawałaby się sześciusetletnią.

– Mam czas. Ale może masz chłopaka, który mógłby mieć coś przeciwko temu?

– Nie, nie mam... Nie jedziesz ze mną, Ryanie.

Wstał, znowu oparł się o sofę i skrzyżował stopy.

– Cóż, twoi rodzice pomyślą, że to strasznie dziwne, że przyjechaliśmy osobnymi samochodami.

Otworzyła usta. I znowu je zamknęła.

Nie wiedziała, co mogło być gorsze. Cały ten czas w aucie sam na sam z Ryanem czy udawanie małżeńskiego szczęścia przez dwa bite dni. Chciałaby z powrotem mieć przy sobie swoją puchatą, ruchliwą tarczę.

– Dlaczego to robisz?

– Było za późno, by wykupić lot.

– Nie chcesz tam jechać. Nawet nie lubisz moich rodziców.

– Ledwie ich poznałem.

– No właśnie.

– Obiecałem im, że przyjadę. A poza tym chcę być przy Beau.

– Tak jak on był przy tobie?

Ryan patrzył na nią tak uważnie, aż poczuła się jak robak pod mikroskopem.

– Zrozumiałem. To twój kuzyn. Kocha cię. To już za nami.

Nie wiedziała, że znowu byli w kontakcie, a na dodatek, że byli serdecznymi kumplami. Beau jeszcze ją popamięta. Ukrywał jej sekret przed rodzicami, przed wszystkimi, ale nie wiedziała, że sam miał swoje tajemnice.

– Śmierć ojca naprawdę dała mu w kość. Jest mu ciężko.

Niedobrze. Bardzo niedobrze. Ich małżeństwo nie skończyło się bez powodu.

– Pokłócimy się, zanim dotrzemy do granicy ze stanem Ohio.

– Myślę, że możemy śmiało założyć, że oboje trochę wydorośleliśmy.

– Już się kłócimy.

– Tylko dlatego, że zachowujesz się nierozsądnie.

Warknęła i odwróciła się od niego.

Działał jej na nerwy. Od zawsze. A mimo to jakimś cudem udało mu się wedrzeć do jej serca – a potem je rozdeptać.

– To kiedy wyjeżdżamy? Jutro? Czy w środę? Możemy spotkać się tutaj, w twoim mieszkaniu, albo możesz podjechać po mnie po drodze, jak wolisz.

Obróciła pierścionek na palcu – już wracała do starego nawyku. Musiała pomyśleć. Nie mogła jechać w taką daleką podróż z byłym mężem.

Jednak osobno też nie mogli się zjawić.

– Jak chcesz, możemy zabrać się moim pick-upem – zaproponował.

– Nie możesz jechać, Ryanie. To szaleństwo.

– Ależ to całkiem sensowne. Ja jadę do Summer Harbor, ty jedziesz do Summer Harbor, czemu więc mielibyśmy nie oszczędzić na benzynie i tym podobnych? Poza tym, jak mówiłem, twoi rodzice będą oczekiwać, że przyjedziemy razem.

Wspólny przyjazd. Wspólne jedzenie. Wspólny pokój i... wspólne spanie.

Oczyściła twarz z emocji i odwróciła się. Czy on w ogóle rozumiał, co wiązało się z tą podróżą?

– Zatrzymuję się u rodziców.

– No i?

– No i będziemy musieli dzielić razem pokój.

– Będę spał na podłodze.

– Masz odpowiedź na wszystko, nie? To będzie istna katastrofa!

– Za dużo myślisz. To tylko dwa dni z twoimi starymi. Będą zajęci imprezą. Wtopimy się w chaos, a potem wrócimy do domu. Proste.

Proste? Gdy chodziło o nią i Ryana, nic nie było proste. Nigdy. Pod każdym względem stanowił jej przeciwieństwo. On był optymistą, ona cyniczką. On był oszczędny, ona rozrzutna. On był wyluzowany, ona rozważna.

– Mam zaplanowaną trasę. Miejsca, w których chcę się zatrzymać po drodze. – Czy naprawdę brała to pod uwagę?

– Nie przeszkadza mi to.

– Będziesz musiał załatwić sobie własne pokoje w hotelach.

– Oczywiście.

To był wielki, ogromny błąd. Skrzyżowała ramiona na piersi, zmrużyła oczy i przyjrzała mu się. Z początku myślała, że się nie zmienił. Ale po wnikliwej obserwacji zauważyła sieć zmarszczek biegnących z kącików oczu. Poza tym jego szczęka, kiedyś zdecydowanie zbyt często pokryta zarostem, była świeżo ogolona.

– Słuchaj, Abby – zaczął tym cichym, czułym tonem, który zawsze ją łamał. – Wiem, że sporo przeszliśmy. Byliśmy dzieciakami. Wpakowaliśmy się w bagno i wszystko się popsuło, ale dojrzeliśmy. Żyjemy dalej. Możemy być przyjaciółmi albo przynajmniej zwykłymi znajomymi, którzy mogą pojechać gdzieś razem.

Zawsze to robił. Sprawiał, że czuła się tak, jakby przesadzała. Cóż, może rzeczywiście przesadzała.

– Będziemy musieli udawać, że jesteśmy małżeństwem – powiedziała.

– Tylko przez dwa dni.

Beau faktycznie od śmierci taty przechodził przez trudny okres. Usiłował żonglować czasem, a jednocześnie zajmować się plantacją choinek ojca i swoją pracą jako zastępcy szeryfa i Abby podejrzewała, że nie pozwala sobie na to, by poświęcić trochę czasu na żałobę. Chwile spędzone wspólnie z Ryanem na pewno dobrze mu zrobią. Choć jej były mąż śmiertelnie ją frustrował, nie znała nikogo, kto umiałby lepiej wysłuchać drugiego człowieka.

A poza tym mogłaby położyć kres podejrzeniom ojca, że ich małżeństwo się nie układa. Być może teraz jej relacja z ojcem mogła się zmienić. Była już dorosła. Nie będzie jej tak odtrącał. Nie miał już powodu, by nienawidzić własnej córki.

Ale była jeszcze cała ta sprawa z udawaniem małżeństwa.

– Tylko do niedzieli?

– Mogę prowadzić, jeżeli chcesz, albo przynajmniej się z tobą zmieniać. Żeby nie bolała cię głowa.

Jeszcze to.

Boo pojawiła się koło jej stóp. Wzięła pieska w ramiona i przytuliła do brzucha. Wiercąca się tarcza nie była ani dość duża, ani dość solidna. Ani trochę.

Ryan wyprostował się i wyjął telefon z kieszeni.

– To o której jutro?

– Wyjeżdżam w środę.

– O której?

– O siódmej rano.

– To przyjadę po ciebie o siódmej.

Nie zamierzała pozwolić mu, by przejął kontrolę nad tym wyjazdem.

– Nie, to ja przyjadę po ciebie.

– Dobra. Podasz mi swój numer telefonu?

Wytrącona z równowagi, wstukała go nerwowo w jego komórkę.

– Wyślę ci adres, więc też będziesz miała mój numer. – Otworzył drzwi. – W takim razie do zobaczenia w środę około ósmej trzydzieści. Dobranoc.

A potem drzwi się zamknęły i już go nie było. To się działo naprawdę. Jak to możliwe, że wrócił do jej życia i znowu wywrócił je do góry nogami?

Abby była na drugim roku studiów w Boston College, kiedy poznała Ryana. Po trudnym związku w szkole średniej i dwóch latach randkowania ze studentami, postanowiła sobie: żadnych mężczyzn, aż zostanie absolwentką.

Dostała pracę w Dunkin’ Donuts blisko kampusu. Wczesne godziny pracy wymogły na niej rezygnację z chodzenia do kościoła, a z wieczornych zmian nie była zadowolona jej współlokatorka, Chelsea. Abby nie tęskniła jednak ani za chodzeniem po imprezach, ani za obleśnymi facetami, którzy się do niej dostawiali, nie ustając w poszukiwaniach odpowiedniej partnerki do łóżka.

Tydzień sesji kończącej pierwszy semestr spędziła w zatłoczonej bibliotece, dzieląc kwadratowy stolik z Chelsea i kilkoma innymi studentami. Mieli uczyć się do egzaminu z angielskiego, ale jej koleżanka była bardziej zainteresowana porównywaniem planów zajęć na kolejny semestr.

Abby była obładowana zajęciami – osiemnaście godzin tygodniowo na zaliczenie, a jeśli dodać do tego pracę w sklepie z pączkami, nie zostanie jej zbyt wiele czasu na cokolwiek innego.

– O rety – powiedziała Chelsea zbyt głośnym szeptem. – W przyszłym semestrze już zupełnie zostaniesz nudziarą. – Wydęła wargi, co zwykle sprawiało, że od męskiego gatunku dostawała wszystko, czego zapragnęła.

– Za trzy lata muszę się stąd zmywać. – W przeciwieństwie do Chelsea Abby nie miała bogatego tatusia ani karty kredytowej z niewyczerpywalnym limitem.

– Zrezygnuj z jednych zajęć. Tylko jednych. Możesz się zapisać na wakacyjne kursy.

– Już się zapisałam.

– Chodź ze mną w piątek na imprezę bractwa Sigma – zaproponowała Chelsea, w mgnieniu oka zmieniając temat.

– Wiesz, że w sobotę muszę iść do pracy.

– Praca szmaca!

– Ciii. – Dziewczyna siedząca z nimi przy stole spojrzała na nie gniewnie znad okularów w okrągłych oprawkach.

– Przepraszamy – powiedziała Abby i zniżyła głos. – Mam dość tych głupich imprez. Nie wiem, czemu chcesz zobaczyć garstkę chłopaków zalewających się w trupa i robiących z siebie idiotów.

Chelsea przerzuciła długie, brązowe włosy za szczupłe ramię.

– Alarm ciachowy. Na dwunastej. O rety, on na ciebie patrzy.