Mały lord. Little Lord Fauntleroy - Frances Hodgson Burnett - ebook
Opis

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition.Utwór opowiada historię kilkuletniego ubogiego amerykańskiego chłopca; Cedryka, który niespodziewanie wraz z matką zostaje sprowadzony do Wielkiej Brytanii, by zamieszkać z nieznanym mu niezwykle bogatym dziadkiem. Pewnego dnia odwiedza ich angielski prawnik Havisham z wiadomością od dziadka młodego Cedryka, hrabiego Dorincourta, milionera, który gardzi Stanami Zjednoczonymi i był bardzo rozczarowany, gdy jego najmłodszy syn poślubił Amerykankę. Wraz ze śmiercią starszych braci swojego ojca Cedryk odziedziczył tytuł Lorda Fauntleroya i jest spadkobiercą hrabstwa i ogromnej posiadłości. Dziadek Cedryka chce, aby zamieszkał w Anglii i był wychowywany jako angielski arystokrata... (wg Wikipedii).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 548

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Frances Hodgson Burnett

 

Mały lord.

Little Lord Fauntleroy

 

Na język polski przełożyłaMaria Julia Zaleska.

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Reginald Bathurst Birch (1856-1943), Illustration page 57 de Little Lord Fauntleroy de Frances Hodgson Burnett, New-York, Charles Scribner's sons, 1886,

licencjapublic domain, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Birch_Little_Lord_Fauntleroy_p57.jpg

 

Wydanie według edycji z roku 1889.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

Uwaga: wydaniu polskim jest inny podział na rozdziały niż w wydaniu amerykańskim.

W wydaniu polskim jest ich36, w amerykańskim zaś 15.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-509-8

 

 

Mały lord

Rozdział I.

 

Cedryk nic a nic nie wiedział o swojej rodzinie. Chociaż urodził się i mieszkał w Nowym Yorku, słyszał jednak od matki, że ojciec jego, kapitan Errol, był rodem z Anglii; lecz gdy ten dobry ojciec zakończył życie, chłopczyna był jeszcze bardzo młody, zapamiętał więc tylko wyniosłą postać kapitana, piękne oczy jego niebieskie, długie wąsy; pozostało mu także w pamięci, jak on go nosił na ręku, tkliwie pieścił, sadzał na kolanach. Podczas choroby ojca oddano Cedryka do znajomych, a gdy powrócił do domu, było już po wszystkiem. Matka, która ciężko przechorowała to nieszczęście, zaczynała dopiero podnosić się z łóżka i siadać na fotelu przy oknie. Miała czarną suknią, blada była niezmiernie, dawny wyraz wesołości znikł zupełnie z prześlicznéj jéj twarzy, duże oczy ciemne błądziły w przestrzeni z wyrazem niewysłowionego smutku.

— Kochańciu — rzekł Cedryk; ojciec ją tak nazywał, a dziecko szło za jego przykładem — Kochańciu, czy tatuś zdrowszy?

Ramiona matki oplotły jego szyjkę w milczeniu; chłopczyna poszukał oczkami jej wzroku i nagle ogarnęła go ochota do płaczu. Zapytał po raz drugi:

— Kochańciu, jak się ma tatuś?

Gdy jednak i teraz odpowiedzi nie otrzymał, poczciwe serduszko poszepnęło mu, co ma robić: wspiął się na kolana matki, objął ją rączętami, przytulił twarzyczkę do jej twarzy i całował raz po raz, i w czoło, i w oczy, i w usta, ale nie pytał już o nic. Matka przycisnęła chłopczynę do siebie z czułością, i długo, długo zalewała się rzewnemi łzami, nie wypuszczając go z objęcia.

— Tatuś już przestał cierpieć — powiedziała wreszcie — tam mu dobrze, jest szczęśliwy; ale my zostaliśmy sami, dwoje nas tylko na szerokim świecie.

Chociaż Cedryk miał pięć lat dopiero, zrozumiał jednak wówczas, że ojciec jego, ten wysoki, silny, piękny mężczyzna, opuścił ich na zawsze, że go nigdy nie obaczą, bo „umarł.” Słyszał on nieraz ten wyraz i przedtem, lecz teraz dokładniej zrozumiał jego znaczenie. Był bardzo roztropny, spostrzegł więc, że matka płacze zaraz na wspomnienie tatki i postanowił nie mówić o nim w jej obecności. Spostrzegł także i to, że on jeden niewinnym swoim szczebiotem ożywiał ją nieco i odrywał od ciężkich myśli; ile razy usiadła zadumana i smutna przy kominku lub przy oknie, zaraz przybiegał i wskakiwał na kolana matki.

W mieście nikogo prawie nie znali, wiedli też życie ciche i odosobnione. Matka Cedryka była sierotą, wychodząc za mąż, i krewnych nawet nie miała. Ojciec kapitana Errol’a nazywał się hrabia Dorincourt; był to stary magnat angielski, niezmiernie bogaty, dumny, samolub, przytem nienawidził Ameryki i Amerykanów. [Tytuł hrabiego, „earl,” ma w Anglii bardzo wielkie znaczenie, w najdawniejszych czasach bowiem hrabiowie byli wielkorządcami prowincyj, dotąd noszących nazwę hrabstw. Tytuły te są po większej części w posiadaniu rodzin pochodzenia normandzkiego, gdyż Wilhelm Zdobywca obdarzał dostojeństwami i dobrami swoich rycerzy].

Miał on dwóch synów starszych od kapitana, a według praw angielskich, najstarszy tylko dziedziczył po ojcu nazwisko, tytuł i ogromne dobra. Gdyby ten najstarszy umarł bezdzietnie, drugi wchodził w jego prawa. Jako trzeci z rzędu, kapitan Errol, chociaż syn rodzony jednego z największych magnatów w Anglii, był zupełnie ubogi i musiał własną pracą zapewnić sobie utrzymanie. Rodzice zazwyczaj takich młodszych synów oddają do wojska, żeby się za pomocą protekcyj dosłużyli wyższego stopnia i większej pensyi, albo do stanu duchownego, gdzie znów mogą otrzymać probostwo, przynoszące wielkie dochody. Takie urządzenie majątkowe zowie się majoratem; zazwyczaj też przywiązane bywa tylko do linii męzkiej, córki nie dziedziczą i jeżeli taki magnat ma same córki, one są odsunięte od spadku, który zabiera dalszy krewny. Niekiedy znów tytuł tylko przechodzi na spadkobiercę mężczyznę, a majątek pozostaje przy dziewczynie, ztąd najdziwniejsze się wywiązują zawikłania.

Hrabia Dorincourt miał tedy trzech synów. Przyroda nieraz zabawne psoty płata ludziom, którzy jej gwałt zadają swemi urządzeniami społecznemi. Z tych trzech młodzieńców jeden, najstarszy, miał według tych urządzeń zagarnąć dla siebie wszystko, co jest powszechnie uważane za największe dobro na tym świecie: tytuły i bogactwa. Tymczasem najmłodszy, najbardziej wydziedziczony, jak gdyby na wynagrodzenie tej krzywdy, otrzymał znów z rąk dobrotliwej przyrody tyle hojnych darów, że bracia mogli mu pozazdrościć. Posiadał on mnóstwo przymiotów ciała i duszy, których oni byli pozbawieni; piękny, wysoki, silnie zbudowany, miał przytem niepospolite zdolności do nauki, serce nieocenione, w szkołach zdobywał miłość nauczycieli i kolegów, pierwszy był w klasie, pierwszy przy zabawie, a odrodził się w tem najzupełniej od obu starszych braci. Tamtych nikt nie lubił, bo też nie umieli na to zasłużyć.

Nietylko w szkołach, lecz i po ukończeniu nauk, i w życiu towarzyskiem, ta uderzająca różnica utrzymała się pomiędzy braćmi. Stary hrabia patrzał na to z goryczą; nie kochał on dzieci, duma, pycha rodowa, zabiła w nim wszelkie inne uczucia. Syn najstarszy, spadkobierca tytułów i bogactw, nie przynosił mu zaszczytu przed światem; przeciwnie, wstydzić się musiał za niego, bo nie odznaczał się ani rozumem, ani szlachetnością, ani nawet urodą. Takiż sam był i drugi, ojciec zniechęcił się do nich obu do tego stopnia, że patrzeć nie chciał na rodzonych synów i trzymał ich ciągle daleko od domu. Lecz dumny, samolubny starzec nie lubił także i trzeciego, a tego znów za to właśnie, że posiadał wszystkie przymioty, których brakło starszym. Jakieś dziwne, okrutne uczucie zazdrości wyrodziło się w oschłem sercu magnata. On do tego przywykł, by wszystko uginało się przed jego żelazną wolą, a tu napotkał nagle coś niepojętego: pycha rodowa kazała mu na pierwszem miejscu stawić najstarszego syna, a najmłodszego odepchnąć, i pycha ta ciężko była upokorzona, gdyż ten wydziedziczony zasługiwał właśnie na odznaczenie, tamten zaś niegodzien był wysokiego swego stanowiska.

Sprzeczne te uczucia tak gwałtownie targały jego duszą, że wysławszy dwóch starszych synów do Londynu, trzeciemu kazał wyjechać do Ameryki, aby mu zszedł z pamięci, zarówno jak z oczu. Lecz po upływie kilku miesięcy ogarnęła go tęsknota, samotność zaczęła mu ciężyć; o starszych synach dochodziły zawsze wiadomości najsmutniejsze, obaj źle się prowadzili w stolicy, żyli w najgorszem towarzystwie, hańbili znakomite nazwisko. Starzec napisał do najmłodszego syna, wzywając go do powrotu. Jednocześnie prawie otrzymał list od niego z Ameryki: kapitan Errol donosił ojcu, że ma zamiar się ożenić i prosił go o błogosławieństwo. Dumny hrabia wpadł w gniew szalony, napisał natychmiast powtórnie do syna; nietylko błogosławieństwa odmówił, lecz zastrzegł stanowczo, aby nie ważył się nigdy powracać do kraju z żoną, ani nawet pisywać do ojca lub braci. Dodał w końcu, że on go się wyrzeka, słyszeć o nim nie chce, że odtąd nie należy do rodziny.

Kapitan Errol zmartwił się niezmiernie, gdy list ten otrzymał. Był przywiązany do ojczyzny, do starego domu, w którym na świat przyszedł, kochał też serdecznie ojca, chociaż nigdy nie doznał od niego czulszego obejścia. Ale znał dobrze tego dumnego starca, wiedział, że szczęście syna bez wahania poświęci dla swego widzimisię, nie probował więc go przebłagać, narzeczonej zaś opuścić nie chciał. Wkrótce znalazł w Nowym-Yorku korzystne zajęcie, ożenił się i zamieszkał w skromnym domu w jednej z najcichszych dzielnic miasta. Tam urodził się Cedryk, a mateczka jego była taka miła, łagodna, wesoła, że młody Anglik, pomimo tylu smutnych okoliczności, nie czuł się jednak nieszczęśliwym.

Nie mało się do tego szczęścia przyczyniał i Cedryk, bo też trudno sobie wyobrazić milszego dziecięcia. Podobny zarazem do ojca i matki, miał duże, ciemne oczy, długiemi rzęsami ocienione, włosy jasne, w bujnych kędziorach spadające na ramiona. Chłopczyna odznaczał się przytem takim wdziękiem wrodzonym, tak ujmował każdego spojrzeniem i uśmiechem, że niepodobna go było nie pokochać. To też wszyscy, którzy widywali małego Cedryka, witali go uprzejmie i rozmawiali z nim z przyjemnością, nawet p. Hobbes, właściciel korzennego sklepu przy rogu ulicy, znany nudziarz i zrzęda. Urok tego dziecka polegał głównie na szczerości i ufności, którą okazywało każdemu. Poczciwe jego serduszko przepełnione było życzliwością dla wszystkich i nawzajem pociągało też wszystkich ku sobie. Szczęśliwe to usposobienie wrodzone rozwinęło się zapewne pod wpływem otoczenia. Chłopczyna miał zawsze przed oczyma widok zgody i miłości rodziców, sam także doznawał z ich strony najtkliwszego obejścia, nie słyszał nigdy słów przykrych, nieprzyzwoitych. Ojciec przemawiał do matki z największą słodyczą i dobrocią, otaczał ją troskliwością, a synek starał się naśladować go we wszystkiem.

Gdy więc zrozumiał, że ukochany ojciec już nie wróci, gdy spostrzegł głęboki smutek matki, postanowił sobie w duszy wszelkich starań dołożyć, aby ją pocieszyć. On teraz o niej powinien był pamiętać, skoro nie miała na świecie nikogo, oprócz niego. Tą myślą powodowany, wgramolił się na kolana matki, ściskał ją, całował, i jasną główkę tulił do jej łona; ta myśl i później nie opuszczała go ani na chwilę, gdy zbierał zabawki, książki z obrazkami, znosił to wszystko na sofę, gdzie matka siedziała i zadawał jej różne pytania. Był jeszcze dzieckiem i nic innego wymyśleć nie umiał, a jednak to, co czynił, dużo, bardzo dużo pociechy przynosiło tej biednej matce.

— O, Katarzyno — mówiła p. Errol do starej, przywiązanej sługi — ja czuję, że to dziecko mnie rozumie, podziela moje cierpienia i pragnie mi ulgę przynieść. Co to za serduszko nieocenione, co za roztropność w tym chłopczynie!

I w rzeczy samej, Cedryk stał się prawdziwym towarzyszem swojej mateczki, nie odstępował jej na krok, zajmował się nią i ciągle o niej pamiętał. Gdy nauczył się czytać płynnie, największą jego przyjemnością było czytywać jej głośno, najpierw książeczki z dziecinnej swej biblioteki, a potem i inne, poważniejsze, i nawet dzienniki. Z czasem na bladą twarz młodej wdowy powróciły żywsze rumieńce, i nieraz Katarzyna z zadowoleniem usłyszała z kuchni śmiech jej wesoły, gdy Cedryk powiedział coś zabawnego.

— Bo też to naprawdę niezwyczajne dziecko — mówiła Katarzyna do właściciela korzennego sklepu — tak zupełnie wygląda, jakgdyby miał rozum dorosłego człowieka. Wystaw pan sobie, przychodzi raz do mnie do kuchni, tego dnia, kiedy to wybrano nowego prezydenta, no, i dawaj ze mną o polityce rozprawiać. Stanął sobie przed ogniem, rączki powkładał w kieszonki, a minkę zrobił taką, jak adwokat lub sędzia i powiada:

— Cieszę się bardzo, że wybory tak pomyślnie się skończyły. Dobro rzeczypospolitej przedewszystkiem; to też byłem trochę niespokojny, i Kochańcia także. A Katarzyna, czy zadowolona jest z wyboru nowego prezydenta?

— Ba! — odpowiadał p. Hobbes — czy to ja raz z nim rozmawiałem o sprawach krajowych. Ten chłopiec ma rozum nad wiek.

Stara sługa niezmiernie była przywiązana do dziecka, które wypiastowała. Pyszniła się jego urodą i wdziękiem, śliczną twarzyczką, otoczoną, jasnemi kędziorami, przekonana była, że podobnej doskonałości niema drugiej na świecie.

— Takiego chłopczyka, jak nasz Cedryk — powtarzała nieraz — darmoby szukał nawet i na Piątej Alei. (Piąta Aleja jest mieszkaniem arystokracyi w Nowym-Yorku). Wszyscy się na niego oglądają, jak idzie ulicą, wystrojony w czarny aksamitny garniturek, przerobiony z paninej sukni. Wygląda zupełnie na małego lorda.

Cedrykowi nigdy nie przyszło na myśl, aby miał na małego lorda wyglądać. Najpierw i nie wiedział nawet, co to znaczy „lord.” Najserdeczniejszym jego przyjacielem był ów kupiec z narożnego sklepu korzennego, stary zrzęda, który jednak przy nim zapominał o zrzędzeniu. Cedryk miał dużo szacunku dla niego, uważał go za męża niepospolitego znaczenia i za magnata nielada. Tyle rozmaitych rzeczy było nagromadzonych w tym wspaniałym sklepie! Kawa, bakalie, pomarańcze, biszkopciki i suche konfitury. Kupiec posiadał oprócz tego wózek i konia własnego, który te wszystkie towary przywoził. Chłopczyk lubił bardzo mleczarkę, piekarza i niektórych innych przekupniów, ale p. Hobbes był u niego na pierwszym planie. Byli z sobą w takiej przyjaźni, że Cedryk codziennie, choć na chwilkę, zaglądał do sklepu, a czasem i dłużej przesiadywał, gdy zaczęli rozstrząsać jakieś ważne sprawy krajowe. Pan Hobbes czytał pilnie dzienniki polityczne i nieomieszkał udzielać Cedrykowi ciekawszych wiadomości, objaśniając je światłemi uwagami. Najwięcej zazwyczaj obchodziły go czynności prezydenta, zawsze też wypowiadał zdanie swoje otwarcie bez ogródki, jeżeli prezydent „nie spełnił powinności swych, jak należy.”

Wkrótce po owych wyborach nowego prezydenta, które tyle niepokoju przyczyniły Cedrykowi, a niemniej i staremu jego przyjacielowi, ważny i całkiem niespodziewany wypadek zmienił zupełnie cichy i jednostajny dotychczas bieg życia chłopczyka, mającego wówczas lat dziewięć. Zaznaczyć też wypada, że wypadek ten zaszedł właśnie dnia pewnego, gdy p. Hobbes, rozprawiając z Cedrykiem o Anglii, wypowiedział zdanie swoje, nadzwyczaj surowe, o arystokracyi europejskiej w ogóle, a szczególnie o hrabiach i margrabiach angielskich.

Gorąco było w godzinach południowych, i Cedryk, nabawiwszy się z towarzyszami swojego wieku w żołnierzy, wszedł do sklepu, ażeby nieco wypocząć, gdy wtem wbiegła tam także Katarzyna. Cedryk sądził zrazu, że przyszła kupić cukru albo kawy; ale się pomylił. Stara sługa wyglądała dziwnie wzruszona.

— Chodź, kochaneczku, do domu — rzekła — mama ciebie potrzebuje, chodź prędzej.

Chłopczyk jednym susem zeskoczył ze swego siedzenia.

— Czy Kochańcia gdzie wychodzi i chce mnie zabrać z sobą? — zapytał, a gdy stara sługa nic nie odpowiadała, spojrzał na nią i spostrzegł szczególne jej pomieszanie.

— Co się stało, Katarzyno? — wykrzyknął niespokojnie.

— Dziwne rzeczy dzieją się u nas — odrzekła Katarzyna drżącym głosem.

— O, mój Boże! cóż takiego? — pytał Cedryk, biegnąc za nią śpiesznie — czy Kochańcia nie chora? może się zaziębiła...

— Nie, nie, nic złego się nie stało, przeciwnie, ale takie dziwne, dziwne rzeczy!

Gdy tych słów domawiała, zbliżyli się do drzwi mieszkania, na ulicy przed domem stała najęta karetka, przez okno parterowe Cedryk ujrzał w saloniku matkę, rozmawiającą z jakimś obcym, sędziwym panem. Katarzyna nie pozwoliła mu iść tam prosto, zaciągnęła go na górę do jego pokoiku i śpiesznie podawała najstrojniejszy garniturek kremowego koloru z piękną szarfą amarantową. Było to już we cztery lata po śmierci kapitana, chłopczyk nie nosił żałoby, chociaż matka nie zdjęła dotąd czarnej sukni. Katarzyna przyczesała mu także piękne, długie włoski, a chwytając śpiesznie, to ubranie, to grzebień, powtarzała raz po raz, jakby sama do siebie:

— Boże wielki! Czy to się komu śniło! Taki magnat, taki lord! Taki pan z panów, taki hrabia!

— Cóż to za pan, Katarzyno? Co za lord, co za hrabia? — pytał Cedryk, ale nie mogąc się niczego dopytać, dał pokój i pomyślał, że przecież od matki dowie się o wszystkiem.

Gdy już był ustrojony, Katarzyna drzwi otworzyła i chłopczyk pędem zbiegł do saloniku. Na fotelu obok jego matki siedział ów sędziwy jegomość, którego przez okno był zajrzał. Pani Errol wyglądała nadzwyczajnie wzruszona, łzy nawet miała w oczach.

— O, Cedrusiu, — zawołała, biegnąc naprzeciw niemu i chwytając go w objęcia — o, Cedrusiu, dziecko moje ukochane!

A sędziwy jegomość, wysoki, chudy, o twarzy ściągłej i siwych faworytach, powstał także i wpatrując się uważnie w chłopczyka, rzekł powoli, gładząc dłonią brodę:

— Aa! więc to jest lord Fautleroy?

 

Rozdział II.

 

Podziwienie Cedryka nie miało granic i wzrastało codziennie przez cały tydzień następny. Dowiedział się rzeczy szczególnych, niepojętych! Mateczka opowiedziała mu dzieje, o których najmniejszego wyobrażenia nie miał. Musiała mu po kilka razy powtarzać też same szczegóły, zanim w końcu zrozumiał, a wówczas najpierw przyszło mu na myśl, co o tem powie pan Hobbes? W opowiadaniu mateczki była mowa o samych magnatach i hrabiach. Któżby się tego spodziewał? Rodzony dziadek Cedryka, o którego istnieniu nawet nie wiedział dotąd nasz chłopczyna, był właśnie hrabią angielskim i stryj jego, bo zarazem dowiedział się także o dwóch stryjach, stryj starszy byłby również hrabią, gdyby go nie spotkał okropny wypadek. Spadł z konia podczas polowania i na miejscu się zabił. Miał więc zająć miejsce jego drugi stryj, tymczasem dostał zgniłej gorączki w Rzymie i życie zakończył. W skutek takiego zbiegu okoliczności, po śmierci dwóch starszych braci tytuł hrabiowski i ogromny majątek spadłby był z kolei na trzeciego, to jest na ojca Cedryka, gdyby żył jeszcze. Dziś więc z całej rodziny pozostał tylko jeden Cedryk i on miał z prawa dziedziczyć wszystko po dziadku, zostać panem wielkich dóbr i nosić tytuł hrabiego po jego śmierci. Tymczasem, jako dziedzic i spadkobierca, nazywał się lordem Fautleroy. Przed nim nazwisko to nosił najstarszy z trzech braci.

Sędziwy jegomość, który to wszystko oznajmił jego matce, był to pan Hawisam, prawnik, przysłany umyślnie w tej sprawie z Anglii przez hrabiego i mający polecenie odwieść małego spadkobiercę do dziadka, do zamku rodzinnego. Matka Cedryka nie mówiła mu nigdy o rodzinie ojca, bo nie sądziła, aby kiedykolwiek w życiu miał sposobność się z nią spotkać, zwłaszcza po śmierci kapitana. Chłopczyk rósł w przekonaniu, że jest i pozostanie obywatelem amerykańskim, wszystkie te dziwne wieści zrazu mu się snem wydawały lub bajką z Tysiąca i jednej nocy. Niedziw, że całego tygodnia potrzebował na to, aby nowe położenie swoje zrozumieć i uwierzyć w nie wreszcie.

Pan Hawisam niezbyt chętnie podjął się podróży do Ameryki w tem poselstwie, lecz odmówić nie mógł hrabiemu; oddawna trudnił się jego interesami, sprzyjał mu zawsze, a teraz, gdy tyle ciężkich ciosów spadło na nieszczęśliwego starca, przejął się szczerem współczuciem dla niego. Hrabia nie robił tajemnicy przed zaufanym prawnikiem ze swoich rodzinnych przykrości. Wiedział pan Hawisam, że starsi synowie nie przynosili mu żadnej pociechy, nie pochwalał też wcale ożenienia najmłodszego z Amerykanką, gdyż podzielał uprzedzenia starca do Ameryki i jej mieszkańców i tak serdecznie nienawidził republikanów amerykańskich, jak pan Hobbes, kupiec korzenny, magnatów i hrabiów angielskich. A jednak tak jeden jak i drugi przedmiotu swej nienawiści nie znał wcale.

Jechał więc prawnik z niepokojem, nie wątpił, że młoda wdowa okaże się chciwą, interesowaną, że nie zadowolni się świetną przyszłością synka, lecz sama zechce używać bogactw i wynagrodzić sobie dotychczasową nędzę; gdyż w wyobrażeniu prawnika, któremu słowa starego hrabiego brzmiały w uszach, ta kobieta musiała być jakąś nędzarką. Przygotowany więc był na to, że go czekają różne niemiłe przejścia i targi, a tymczasem hrabia nie miał wcale zamiaru zbyt hojnie obdarzać synowej, chociaż dla dziecka musiał rad nie rad i ten ciężar znosić. Gdy karetka najęta zatrzymała się przed skromnym domem w zacisznej dzielnicy, pan Hawisam westchnął i wzruszył ramionami z niechęcią. Więc to w takiej dziurze chował się spadkobierca tylu dóbr magnackich, przyszły posiadacz i pan pałaców, zamków, ten, który w swych ręku miał zgromadzić fortuny kilku znakomitych rodów, dobra dziedziczne Dorincourt, Wyndham, Cholworth i wiele, wiele innych? Pan Hawisam czuł się niejako osobiście upokorzonym, jako umocowany głowy tego wielkiego rodu; takiegożto nędznego spadkobiercę miał wprowadzać w dumne progi starego zamku hrabiowskiego?

Katarzyna zaprowadziła gościa do saloniku na dole. Prawnik obejrzał się dokoła, zawczasu przygotowany był na to, że mu się nic podobać nie może, po chwili jednak zmienił cokolwiek zdanie. Sprzęty skromne i niekosztowne odznaczały się jednak dobrym smakiem. Nic tu nie było rażącego, niestosownego, a niektóre ozdoby, widocznie robota zręcznych rąk kobiecych, mogłyby w najświetniejszym salonie być na miejscu.

— Ho, ho! wcale to nieźle wygląda. Kapitan zapewne sam urządzał mieszkanie.

A w tem pani Errol weszła do pokoju i prawnik nie małego zdziwienia doznał na jej widok, wcale co innego sobie wyobrażał. Gdyby nie był prawym Anglikiem, panującym nad każdem wzruszeniem wewnętrznem, byłby się zdradził z tem zdziwieniem przy powitaniu; lecz pan Hawisam umiał się powstrzymać i tylko w głębi duszy, odrazu, na pierwsze wejrzenie, zmienił zupełnie przekonanie swoje o synowej hrabiego. W czarnej, gładkiej sukni, bez żadnej ozdoby, wyglądała na młodą panienkę, trudno było uwierzyć, aby mogła być matką dziewięcioletniego chłopczyka. Twarz jej piękna i niezmiernie miła miała wyraz łagodnego smutku, który jej nie opuścił od śmierci męża. Stary, doświadczony prawnik, umiał czytać w fizyognomiach ludzkich, wiedział on dobrze, iż taka twarz nie myli nigdy; dlatego też dość mu było rzucić okiem na matkę Cedryka, aby się zupełnie pozbyć swej obawy. Ta kobieta nie mogła być chciwą, samolubną; w tych rysach niewinnych, w spojrzeniu przejrzystem, malowało się tyle szlachetności, że prawnik uspokoił się zarazem i co do dziecka. Kapitan Errol był dzielnym, szlachetnym młodzieńcem, sam ojciec to przyznawał, żona jego okazała się podobną do męża, syn nie mógł się odrodzić od takich rodziców, p. Hawisam zaczynał wierzyć, że ten spadkobierca zaszczyt przyniesie rodowi.

Z lepszą tedy otuchą przystąpił do młodej kobiety i w zwięzłych słowach przedstawił jej całą sprawę i treść swojego poselstwa, a chcąc odrazu wyjaśnić rzeczy i usunąć wszelkie wątpliwości, położył bardzo wyraźny nacisk na to, że sędziwy hrabia chce zabrać do siebie wnuka i pod okiem swojem wychowywać go na przyszłego spadkobiercę.

— O mój Boże! — zawołała pani Errol — więc chcą mnie z tem dzieckiem rozłączyć? Ależ ono takie przywiązane do mnie, biedactwo! A ja?.. Cóż pocznę bez niego? wszak ja to dziecko jedno mam na całym, szerokim świecie... i zdaje mi się, że byłam dla niego zawsze dobrą matką.

Taka boleść brzmiała w jej głosie, takie łzy rzewne wybladłą nagle twarz oblały, że prawnik zaczął chrząkać i kaszlać, bo mu coś w gardle stanęło. Po chwili dopiero przemówił znowu w te słowa:

— Obowiązkiem moim jest powiedzieć pani otwarcie całą prawdę. Hrabia Dorincourt nie może... nie może mieć życzliwości dla pani. Jest podeszły w latach, ma swoje uprzedzenia, niecierpi Ameryki i Amerykanów. Bardzo był zagniewany na syna za to małżeństwo i... postanowił nie widzieć się wcale z panią. Przykro mi bardzo, że muszę być zwiastunem takich niemiłych wiadomości. Hrabia życzy sobie, ażeby lord Fautleroy mieszkał u niego, wychowywał się pod jego wyłączną opieką. Sam zaś przebywa stale na zamku swoim w Dorincourt, nigdy już teraz nie zagląda do Londynu, podagra mu bardzo dokucza, potrzebuje spokoju i ciszy. Ale hrabia ofiaruje pani na mieszkanie piękną willę w pobliżu zamku wraz z utrzymaniem stosownem. Będzie tam pani wygodnie i przyjemnie, gdyż willa położona jest w malowniczej okolicy i ogród ma piękny. Lord Fautleroy będzie panią mógł odwiedzać często, choćby i codziennie, byleś pani tylko nie przestępowała nigdy granic zamkowego parku. Widzi pani, że to nie jest właściwie rozłączenie, a warunki tej umowy nie są rzeczywiście tak... hm... tak ciężkie, jak się na pozór wydają. Zresztą, niech pani nie zapomina o ogromnych korzyściach, które pozyska tym sposobem lord Fautleroy, a zapewne łatwiej się pani zgodzi ze swoim losem.

Pan Hawisam był pewny, że młoda kobieta zacznie płakać, szlochać, narzekać, niejedna na jej miejscu postąpiłaby tak niewątpliwie; zawczasu więc przygotował się na przebycie kilku chwil przykrych, lecz omylił się bardzo. P. Errol zbliżyła się do okna, spoglądała w nie z natężeniem, jakby chciała gwałtem oderwać się od bolesnych myśli i po chwili udało jej się zupełnie zapanować nad sobą. Powróciła na dawne miejsce i mówiła spokojnie:

— Ś. p. mąż mój niezmiernie był przywiązany do starej siedziby swoich przodków, do tego zamku Dorincourt. Często o tem wspominał, kochał też serdecznie rodzinną ziemię swoję Anglią i wspomnienia lat dziecinnych były mu drogie. Bolał on nad tem szczerze, iż z woli ojca niewolno mu było powrócić do ojczyzny, i doznałby był zapewne wielkiej radości, gdyby mógł przewidzieć przyszłe losy swojego syna. I ja także sądzę, że tak być powinno, że mój chłopczyna godnie zajmie to stanowisko, i będzie szczęśliwy w kraju ojca. Mam nadzieję... nie wątpię o tem nawet, że hrabia nie zechce serca mego dziecka odwracać odemnie. Zresztą, gdyby chciał nawet, nie zdołałby tego dokazać. Cedryk ma serce poczciwe, przywiązane do mnie gorąco, nie zapomniałby o matce, gdyby nas nawet rozłączono. Obawiałam się tego bardzo, lecz skoro mi pozwalają widywać mego chłopaczka, nie będę się czuła nieszczęśliwą; przecież tu idzie o niego, o przyszłą jego pomyślność.

— Odgadłem — rzekł w duszy prawnik — myśli tylko o dziecku, nie o sobie, nie jest samolubna i chciwa, jak utrzymywał hrabia. Syn pani — mówił głośno — potrafi zapewne później to poświęcenie matki ocenić, a dużo, bardzo dużo na tem zyska. Przedewszystkiem zaręczam panią, że lord Fautleroy otrzyma wychowanie nadzwyczaj staranne, hrabia będzie czuwał nad nim troskliwie, brak opieki macierzyńskiej nie da mu się uczuć.

— Chciałabym jeszcze wiedzieć — rzekła biedna mateczka drżącym głosem — czy ten dziadek pokocha Cedrusia? Dziecko jest tkliwe z natury i zawsze było kochane...

Pan Hawisam zakaszlał znowu, trudno mu było odrazu zdobyć się na odpowiedź. Nie wyobrażał sobie, aby ten stary podagryk, wiecznie nadąsany, mógł kogokolwiek pokochać. Niewątpił jednak, że raz uznawszy chłopczyka swoim spadkobiercą, zechce pozyskać jego przychylność, a gdyby Cedryk okazał się godnym swego stanowiska, starzec pysznić się nim będzie. Czy jednak pokocha wnuka?.. To też prawnik odpowiedział dyplomatycznie:

— Hrabia Dorincourt widocznie dba o szczęście wnuka, skoro matkę jego umieszcza w pobliżu zamku; wszak dla niego to czyni jedynie.

Stary prawnik nie uważał za stosowne powtarzać własnych słów hrabiego, który o tem pomieszczeniu biednej matki nie wyrażał się ani uprzejmie, ani przyzwoicie nawet, wolał więc rzecz po swojemu przedstawić. W tej chwili pani Errol przywołała Katarzynę i kazała jej poszukać Cedryka, zapytując, gdzie on się mógł zapodzieć. Pan Hawisam niezbyt miłego doznał wrażenia, gdy stara sługa odpowiedziała:

— A gdzieżby miał być? Z pewnością siedzi w sklepie narożnym na jakiej beczułce lub pudle i o polityce rozprawia z kupcem.

Nowy niepokój ogarnął zacnego prawnika. Młodzież arystokratyczna w Anglii nie ma zwyczaju zadawać się z kupczykami. Złe towarzystwo zgubiło dwóch starszych synów hrabiego, poprowadziło ich na najgorsze drogi, a ojcu przyczyniło tyle zmartwienia. Prawdziweby to było nieszczęście, gdyby ten malec miał także skłonność wrodzoną do złego towarzystwa i już dziś przejął się gminnemi zwyczajami, które wykorzenić tak trudno!

Lecz obawy jego rozproszyły się w jednej chwili, gdy drzwi się otwarły i ujrzał wchodzącego Cedryka. Chłopczyk był niepospolicie piękny, a przytem dobrze ułożony, główkę nosił śmiało, patrzał prosto w oczy każdemu. Podobny niezmiernie do ojca, miał jednak ciemne oczy matki.

— Niema co mówić — myślał sobie w duszy pan Hawisam, przypatrując się uważnie chłopczynie, podczas gdy matka trzymała go w objęciach — taki spadkobierca nie przyniesie wstydu znakomitemu rodowi, nigdy w życiu nie widziałem milszego dziecka.

A głośno rzekł tylko poważnie:

— Więc to jest lord Fautleroy?

Cedryk nie spodziewał się, aby ktokolwiek zwracał na niego szczególną uwagę, więc uściskawszy matkę, zwrócił się do gościa i podał mu rękę, jak to czynił zazwyczaj z osobami, które kiedy niekiedy odwiedzały jego matkę. Potem odpowiadał śmiało i swobodnie na jego pytania, jak gdyby rozmawiał ze starym kupcem korzennym. Pan Hawisam odszedł po chwili, Cedryk pozostał sam z matką.

— Kochańciu — rzekł do niej — poco ja koniecznie mam być lordem i hrabią? Tylu znam chłopczyków, a niema pomiędzy nimi ani jednego lorda lub hrabiego. Czyż to koniecznie? Coś mi się to nie bardzo podoba...

Rzecz jednak była konieczna, jak się okazało z długiej rozmowy chłopczyka z matką. Siedzieli jak zwykle przy kominku, pani Errol na nizkim fotelu, a Cedryk u nóg jej na dywanie, w towarzystwie ulubionej kotki. Chwilami bawił się z nią tak wesoło, jak gdyby nic nadzwyczajnego nie zaszło dziś w jego życiu, to znów podnosił na matkę oczęta z wyrazem niepokoju i zakłopotania. Niełatwo mu przychodziło tyle nowych rzeczy pomieścić w głowinie.

— Gdyby ojciec twój żył — mówiła p. Errol — byłby przyjął z ochotą przynależny mu tytuł. Dziś ty powinieneś go zastąpić, a ja byłabym samolubną matką, gdybym cię odstręczała od tego. Taki mały chłopczyk nie może jeszcze wszystkiego zrozumieć; jak będziesz starszy, przyznasz pewnie, że ja miałam słuszność.

Cedryk pokręcił główką.

— Szkoda, że pan Hobbes nie pojedzie z nami. Tęskno mi tam będzie za nim, oj, tęskno mi będzie i za chłopcami, i za wszystkiem... 

 

Rozdział III.

 

Nazajutrz zaraz po śniadaniu Cedryk poszedł do sklepu korzennego, był mocno zaniepokojony. Zastał kupca czytającego dziennik, jak zwykle, wszedł na próg krokiem bardzo poważnym; zdawało mu się, że dotknie boleśnie starego przyjaciela, udzielając mu wiadomości o wszystkiem, co się stało dnia poprzedniego, i przez całą drogę, od domu matki do sklepu, zastanawiał się nad tem, jakby mu to ostrożnie powiedzieć.

— Dzień dobry — rzekł pan Hobbes wesoło.

— Dzień dobry panu — odpowiedział chłopczyk, z odcieniem pomieszania. Nie wskoczył na beczułkę, ani na którą z większych pak, jak to zwykł czynić, lecz usiadł spokojnie na nizkiem pudełku, oburącz objął prawe kolano, co było u niego znakiem zakłopotania, i siedział tak przez czas jakiś w milczeniu. Całe to postępowanie było tak niezwykłe, że pan Hobbes się zadziwił i spytał niespokojnie:

— Cóż to ci się stało?

Chłopczyk zebrał całą odwagę.

— Czy pamięta pan — zapytał — o czem mówiliśmy wczoraj?

— A no, zdaje się, że o Anglii.

— Otóż właśnie. A pamięta pan, o czem była mowa w chwili, gdy Katarzyna po mnie przyszła?

Pan Hobbes potarł ręką czoło.

— Coś mi się zdaje, mówiliśmy podobno o arystokracyi...

— Otóż właśnie... — tu Cedryk zawahał się nieco — mówiłeś pan o hrabiach angielskich.

— O hrabiach!

Cedryk uczuł gorący rumieniec, oblewający go po same uszy; nigdy w życiu nie był w tak wielkim kłopocie, z przykrością też myślał o tem, że i starego przyjaciela podobnego kłopotu nabawi.

— Panie Hobbes — rzekł Cedryk z pokorą — już hrabia się pokazał i jest w tej chwili tu w sklepie.

Kupiec podskoczył z siedzenia jak piłka.

— Co, co to ma znaczyć?

— To znaczy — mówił chłopczyk, spuszczając oczy — że ja jestem hrabią, czy też właściwie lordem tylko, lecz mam być hrabią w przyszłości, nie myślę pana oszukiwać.

— Oszalał chłopiec! — zawołał pan Hobbes, wziął go za rękę i pulsu poszukał — moje dziecko, co ci się stało? musisz być chory, gorączka, czy co! Wczoraj jeszcze śladu tego nie było.

I ze współczuciem położył szeroką dłoń swoję na jasnych kędziorach chłopaczka.

— Ależ ja zdrów jestem zupełnie — tłómaczył się Cedryk zdziwiony — żadnej gorączki nie mam. Dlatego to właśnie Katarzyna wczoraj po mnie przychodziła. Zastałem u mamy pana Hawisama, prawnika z Anglii, on nam całą tę sprawę wytłómaczył.

Pan Hobbes usiadł na zwykłem miejscu, nogi się pod nim zachwiały, wyciągnął dużą, kraciastą chustkę z kieszeni i otarł pot z czoła.

— Nie, nie, to niepodobna — powtarzał — alboś ty oszalał, albo ja.

— A ja panu mówię, że tak jest i niema na to żadnej rady. Pan Hawisam naumyślnie przecież z Anglii przyjechał, ażeby nas o tem uwiadomić. Dziadunio go przysłał.

— Jakże się ten twój dziadunio nazywa?

Cedryk wyjął z kieszonki starannie złożony papierek, na którym nakreślonych było kilka wyrazów dziecinną jego kaligrafią.

— Poczekaj pan, to takie długie nazwisko, że nie mógłbym go zapamiętać, więc sobie zapisałem. Dziadunio nazywa się Jan Artur Edward Errol, hrabia Dorincourt. Mieszka na zamku Dorincourt, a ma oprócz tego kilka innych i dóbr bez liku. Mój tatuś był najmłodszym jego synem i ja nie byłbym ani lordem, ani hrabią, żeby tatuś żył. No, i tatuś nie byłby lordem i hrabią, żeby żyli starsi jego bracia. Ale tak się stało, że wszyscy pomarli, a dziadunio przysłał po mnie, abym jechał do Anglii i tam na zamku z nim mieszkał.

Pan Hobbes słuchał uważnie i robiło mu się coraz goręcej, co chwila wyjmował chustkę z kieszeni i spocone czoło ocierał. Zrozumiał już teraz, że te nadzwyczajne rzeczy były czystą prawdą. Spoglądał na dziecko, siedzące na pudełku, jak zwykle, nie dostrzegł w niem jednak najmniejszej zmiany; było to i dziś toż samo poczciwe, niewinne, miłe dziecko, w tym samym garniturku z czarnego korciku, w krawatce amarantowej. Dziwny zamęt powstał w głowie zacnego kupca, nie mógł pogodzić wyobrażeń — swoich o arystokracyi z postacią tego malca, który był przecież jej przedstawicielem... A z jaką on prostotą o tem wszystkiem mówił, ani myślał się pysznić swojem wyniesieniem, przeciwnie, zdawał się niem upokorzony. Pan Hobbes otarł znowu czoło chustką i spytał:

— Jakże ty się teraz nazywasz?

— Dotychczas nazywałem się po prostu Cedryk Errol, teraz pan Hawisam powiada, że jestem lord Fautleroy. Gdym wszedł do pokoju, on się odezwał do mamy: Więc to jest lord Fautleroy? Mama mi potem wytłómaczyła, iż tytuł ten nosi spadkobierca, przyszły hrabia Dorincourt.

— Toż dopiero dziwowisko! — zawołał kupiec, a po chwili milczenia powtórzył po raz drugi — no, no, co za dziwowisko! — nie umiał inaczej wyrazić swojego zdumienia i wzruszenia.

Cedryk potwierdził skinieniem głowy, wyraz „dziwowisko” wydał mu się zupełnie stosownym do okoliczności. Miał on dużo szacunku i przywiązania dla starego kupca, wierzył w jego rozum, w trafność zdania, uważał go za doskonałość w swoim rodzaju, stron ujemnych nie dopatrując wcale. Chłopczyna nie znał świata i ludzi, nie mógł więc robić porównań niekorzystnych dla przyjaciela. Widział wprawdzie, że kupiec, i w mowie, i w sposobie postępowania, znacznie się różnił od jego mateczki, ale to go nie bardzo dziwiło. Mateczka była panią, a panie nie mogą być we wszystkiem do panów podobne; ojca zaś dobrze nie pamiętał.

Po dłuższej chwili milczenia, Cedryk odezwał się znowu:

— Anglia musi być bardzo daleko.

— Po tamtej stronie Atlantyku — odpowiedział poważnie pan Hobbes.

— Otóż to jest najprzykrzejsze. Bóg wie kiedy się zobaczymy, gdy ja odjadę.

— Cóż robić; najlepsi przyjaciele rozstawać się muszą czasami.

— A my oddawna jesteśmy w przyjaźni z panem, nieprawdaż?

— No tak, prawie od urodzenia twego. Miałeś podobno sześć tygodni, gdy po raz pierwszy ujrzałem cię na rękach piastunki.

— I pewnie panu nie przyszło na myśl wówczas, że ja będę hrabią. Toż kłopot, bo niema na to żadnej rady.

— Czy na pewno niema rady?

— Nie, mateczka powiada, że ojciec byłby bardzo za tem, gdyby żył. To wszystko właściwie jemu się należało, więc moim obowiązkiem jest zająć jego miejsce. Ale widzi pan, jeżeli już koniecznie muszę hrabią zostać, mogę przecież postarać się o to, aby być hrabią poczciwym, dobrym.

Dwaj przyjaciele długo o tych ważnych sprawach rozmawiali poufnie. Gdy pierwsze, gwałtowne wrażenie przeminęło, pan Hobbes nie okazywał takiego wstrętu, jakiego się po nim spodziewać było można, do nowego tytułu Cedryka. Usiłował widocznie zgodzić się z przeznaczeniem i przyszło mu to z łatwością. Pod koniec rozmowy był już zupełnie zrezygnowany. Zaczął też z wielkiem zajęciem rozpytywać chłopczyka o różne szczegóły, tyczące się jego wysokiego obecnego stanowiska; ten jednak niewiele mu zdołał dać objaśnień, więc kupiec tłómaczył sobie rzeczy po swojemu. Raz wpadłszy na ten przedmiot, rozprawiał bez zająknienia o obowiązkach i przywilejach hrabiów i margrabiów, a wyobrażał je sobie w sposób osobliwszy; byłby niezawodnie w zdumienie wprawił pana Hawisama, gdyby ten mógł słyszeć rozmowę kupca korzennego ze spadkobiercą domu Dorincourt’ów.

 

Rozdział IV.

 

W parę dni później stary prawnik z kolei miał z Cedrykiem dłuższą rozmowę, która niejednokrotnie wywołała uśmiech na jego usta, a w sercu zbudziła dziwne uczucie rozrzewnienia. Zdarzyło się, iż podczas odwiedzin pana Hawisama odwołano na chwilę panią Errol z saloniku; zostawiła więc gościa z synkiem, który nigdy nie czuł się onieśmielony w towarzystwie starszych. Prawnik w pierwszej chwili sam nie wiedział, o czemby miał mówić z takim niedużym interlokutorem; potem przyszło mu na myśl, że należałoby go może przygotować po trochę do spotkania z dziadkiem i do tej ogromnej zmiany, mającej zajść w jego życiu. Chłopczyna nie miał o niej najmniejszego wyobrażenia, nie wiedział nawet dotąd, że matka osobno mieszkać będzie; pani Errol postanowiła powoli i ostrożnie przygotować go do tego.

Pan Hawisam siedział w dużym fotelu przy stoliku, po drugiej stronie stał fotel większy jeszcze. Cedryk się w nim usadowił, ręce włożył w kieszonki, kiedy niekiedy potrząsał jasnemi kędziorami, wsuwał się w głąb fotelu, tak zupełnie, jak pan Hobbes. Póki matka była w pokoju, patrzał uważnie na prawnika, nie odzywając się wcale. Tamten nawzajem uważniej jeszcze wpatrywał się w malca, jakby usiłował wyczytać coś z jego twarzyczki i ciągle się namyślał, od czegoby tu zacząć rozmowę z tym małym jegością, którego nóżki nie sięgały z wysokiego fotelu do ziemi. Cedryk przemówił pierwszy.

— Muszę panu jednę rzecz powiedzieć — rzekł — ja doprawdy nic a nic nie rozumiem, co to jest hrabia?

— Czy tak! — odparł pan Hawisam.

— No tak. A jednak zdaje mi się, że skoro ja sam kiedyś mam hrabią zostać, powinienbym wiedzieć, co to znaczy.

— Bardzo słusznie — zauważył prawnik.

— Możeby pan był łaskaw mi to wytłómaczyć — mówił chłopczyna z wyrazem uprzejmej prośby — byłbym panu bardzo wdzięczny. Kto to, proszę pana, mianuje hrabiami ludzi?

— Król albo królowa. Tytuł hrabiego nadaje się zazwyczaj temu, kto wielkie usługi państwu wyświadczył.

— A! to coś tak, jak prezydent Stanów Zjednoczonych.

— Prezydent jest wybierany przez głosowanie, o ile mi się zdaje — rzekł pan Hawisam.

— O, tak! — zawołał Cedryk z żywością — trzeba być bardzo dobrym, wiele pięknych rzeczy zrobić, aby prezydentem zostać. I wówczas jest taki pyszny korowód z pochodniami, z chorągwiami, z muzyką, ja to widziałem. Czasem myślałem sobie, że chciałbym kiedyś być prezydentem; ale nigdy nawet do głowy mi nie przyszło, abym mógł zostać hrabią — chłopczyk zamyślił się na chwilę, a potem dodał z żywością — to pewnie dla tego, że o hrabiach mało co wiedziałem, o prezydencie słyszałem ciągle. — Zdawało się poczciwemu dziecku, że niegrzecznie było z jego strony dać poznać panu Hawisamowi, jak mało cenił to dostojeństwo, które na niego spadło za jego pośrednictwem. — Gdybym był wiedział dokładnie, co to jest hrabia, możebym był kiedy o tem pomyślał.

— Hrabia — rzekł prawnik poważnie — to wcale nie to samo, co prezydent.

— A! więc niema korowodu z pochodniami?

Pan Hawisam skrzyżował nogę lewą na prawej, zbliżył do siebie palce obu rąk; była to ulubiona jego postawa, gdy miał mówić o ważnych sprawach. A właśnie powiedział sobie, że nadeszła najstosowniejsza chwila; należało więc dziecku dać wyjaśnienia, o które samo prosiło, przygotowując je do zajęcia wielkiego stanowiska.

— Hrabia ma w kraju znaczenie niepospolite — mówił z namaszczeniem.

— I prezydent także — zawołał Cedryk — korowód z pochodniami ciągnie się czasem na parę mil długości, a race, a ognie sztuczne! Pan Hobbes pokazywał mi to wszystko.

— Hrabia — mówił dalej prawnik, zachowując nastrój poważny — hrabia ma zazwyczaj pochodzenie bardzo starożytne.

— Pochodzenie? Co to znaczy, proszę pana?

— To znaczy, że ród jego jest bardzo dawny, bardzo stary.

— Aha! zdaje się, że już teraz rozumiem — rzekł Cedryk, głębiej wsuwając ręce w kieszonki — stara przekupka, ta, co sprzedaje jabłka u bramy parku, musi mieć także starożytne... jakże to pan mówił, po... pochodzenie. Taka jest stara, że zaledwie chodzić może. Już ma z pewnością ze sto lat. A jednak biedna kobieta musi siedzieć nawet w deszcz przy bramie i sprzedawać jabłka, bo inaczej nie miałaby z czego żyć. Bardzo mi jej żal, a i innym chłopcom także. Pewnej niedzieli mój kolega Billy dostał od swojej babuni całego dolara. Zacząłem go prosić, ażeby codzień kupował za parę groszy jabłek u staruszki i on się łatwo dał namówić, bo to bardzo poczciwy chłopak, ten Billy. Ale cóż, jadł codzień jabłka i we czwartek tak mu już obrzydły, że patrzeć nie mógł na nie. Bo widzi pan, jeżeli ktoś niebardzo lubi jabłka, to mu się prędko muszą uprzykrzyć. Na szczęście moja mama miała wówczas tyle pieniędzy, że mogła mi dać także całego dolara. Kupowałem też codzień po parę jabłek, póki dolara starczyło, chociaż i mnie w końcu już się były sprzykrzyły. Biedna staruszka! Pewnieby i panu żal było, gdyby ją pan zobaczył. Mówi, że ją strasznie łamie w kościach, zwłaszcza gdy wilgoć jest na dworze. Bo też takie ma starożytne pocho... pochodzenie.

Pan Hawisam zaczął gładzić brodę palcami, był w niepewności, jakim sposobem chłopczyka z błędu wyprowadzić?

— Już to ja miałem co innego na myśli, mówiąc o starożytnem pochodzeniu — rzekł wreszcie — to wyrażenie nie oznacza wieku osoby, tylko długie istnienie rodu. Jeżeli naprzykład nazwisko jakieś od kilkuset lat jest noszone przez ludzi znakomitych, sławnych, mających zasługi w kraju, mówimy o ich potomkach, dziś żyjących, iż mają starożytne pochodzenie.

— A! to tak jak Jerzy Waszyngton — zawołał Cedryk z zapałem — słyszałem o nim odkiedy jestem na świecie, a jest on sławnym od wielu lat. Pan Hobbes powiada, że nazwisko jego nigdy nie będzie zapomniane.

— Pierwszy hrabia Dorincourt otrzymał swój tytuł przed czterystu laty — odrzekł pan Hawisam głosem uroczystym.

— Doprawdy! — zawołał Cedryk — to piękny kawał czasu. Czy pan to mówił Kochańci? Toby jej pewnie sprawiło przyjemność. Powiemy jej, jak powróci, ona bardzo lubi słuchać takich ciekawych wiadomości. A co on takiego wielkiego zrobił, za co hrabią został?

— Było kilku hrabiów — opowiadał dalej prawnik — którzy w rządach państwa dopomagali królom. Inni znów wsławili się męztwem i bohaterskiemu czynami na polach bitwy.

— Chciałbym iść w ich ślady! — zawołał Cedryk — tatuś był także żołnierzem i pewnie dzielnym. Tatuś musiał być podobny do Jerzego Waszyngtona; może to dla tego Pan Bóg tak zrządził, że ten tytuł hrabiowski spadł na niego, onby go nosił godnie, gdyby był żył. Bardzo się cieszę, że hrabiowie wsławiają się męztwem, to piękna rzecz, męztwo! Dawniej, gdym był jeszcze mały, obawiałem się sam zostać w pokoju bez światła; ale jak posłyszałem o Jerzym Waszyngtonie, o jego męztwie, i o mężnem wojsku amerykańskiem, co pod jego rozkazami walczyło, pozbyłem się tego brzydkiego zwyczaju.

— Jest jeszcze jedna wielka korzyść, którą daje stanowisko hrabiowskie — mówił pan Hawisam powoli, z naciskiem i baczną zwracając uwagę na to, jakie wrażenie wywrą na chłopcu jego słowa — hrabiowie są zwykle niezmiernie bogaci.

— To dobrze — rzekł Cedryk z prostotą — jabym chciał być bogatym.

— A.. a dlaczego? — spytał prawnik.

— O, dlatego, że za pieniądze można mieć tyle różnych rzeczy — mówił chłopczyk bez zająknienia — naprzykład ta przekupka, co to jabłka sprzedaje, jak mówiłem panu; gdybym był bardzo bogaty, tobym jej zaraz kupił zakryty straganik z piecykiem żelaznym na zimę, a w dnie słotne i zimne dawałbym jej po dolarze, żeby mogła siedzieć w domu i nie wychodzić z temi jabłkami. Kupiłbym jej także grubą, ciepłą chustkę, a możeby nie cierpiała tak na łamanie w kościach. To musi być okropne, takie łamanie. Ona powiada, że to z zimna, żeby się okryła ciepłą chustką, możeby wszystko ustało.

— Zapewne — rzekł prawnik z uśmiechem — ale czyż tylko to można kupić za pieniądze?

— O, ja wiem, że za pieniądze wszystkiego dostanie. Gdybym ich miał dużo, bardzo dużo, tobym nakupił mnóstwo ślicznych rzeczy dla Kochańci; naparstek złoty, pierścionek z brylantem, wachlarz z kości słoniowej, ba! kupiłbym jej nawet powóz i konie, żeby nie chodziła piechotą i nie czekała na tramwaje. Gdyby Kochańcia chciała, tobym jej nakupił także ślicznych sukien jedwabnych, różowych, niebieskich, z pysznemi koronkami. Cóż, kiedy ona nie lubi innych, tylko gładkie czarne..... Ale już wiem, co jabym zrobił; zaprowadziłbym ją do sklepów, niechby sobie sama wybierała, co chciała. Ba! a jest jeszcze i Dik...

— Cóż to za Dik? — spytał prawnik zaciekawiony coraz więcej.

— Chłopiec taki, co czyści buty przechodniom; doskonale to robi, ma ogromną wprawę. Siedzi zawsze tam na rogu placu. Znam go oddawna, od niepamiętnych czasów. Raz, byłem jeszcze mały, wyszedłem na przechadzkę z Kochańcią. Tegoż samego dnia dostałem pyszną nową piłkę; tak wysoko skakała do góry. Aż tu, gdyśmy przechodzili ulicę w poprzek, moja piłeczka wypadła mi z rąk i potoczyła się daleko, pomiędzy powozy. Ja się rozpłakałem; to było bardzo dawno, widzi pan, dzieciak był jeszcze ze mnie. Dik czyścił buty jakiemuś panu, zobaczył to i zawołał: „Proszę poczekać!” a jak tylko skończył swoję robotę, poskoczył żwawo, nie uważał na powozy, schwycił piłkę w jednej chwili, otarł ją swoją kurtką i podał mi, mówiąc: „Masz, kawalerze!” Mama podziękowała mu pięknie, ja także, od tej pory, ile razy przez plac przechodzimy, zatrzymujemy się obok Dika, rozmawiamy z nim, pytamy, jak mu się powodzi. Parę dni temu mówił, że nieosobliwie.

— I cóżbyś chciał zrobić dla niego, mylordzie? — zapytał pan Hawisam, uśmiechając się znowu.

— Kupiłbym mu stolik, parę stołków, całe urządzenie takie, jak u tego starszego człowieka, co po drugiej stronie placu czyści buty przechodniom. Może pan nie widział? Ma nawet ogromny parasol czerwony i okrywa nim cały stolik i siebie, gdy deszcz pada, lub upał jest wielki. To bardzo wygodnie. I kupiłbym mu także nowe szczotki, i ubranie nowe; onby się tak cieszył! Poczciwy Dik, wczoraj właśnie mi mówił: „Żeby mi kto pożyczył kilka dolarów, urządziłbym się inaczej, a zarazby lepiej poszły interesa.”

Cedryk długo jeszcze opowiadał o przyjacielu swoim Diku, przekonany, że to niezmiernie zajmowało sędziwego jegomościa. I w rzeczy samej pan Hawisam słuchał z wielkiem zajęciem, chociaż, prawdę powiedziawszy, niewiele go obchodziły dzieje chłopca, czyszczącego buty, ani przekupki, sprzedającéj jabłka; całą uwagę jego pochłaniał niewinny szczebiot jasnowłosego chłopczyka, który myślał tylko o innych, zapominając zupełnie o sobie.

— Ale nie powiedziałeś mi dotąd, mylordzie, czegobyś pragnął dla siebie samego, gdybyś miał dużo pieniędzy? — spytał wreszcie.

— Dla siebie? O, mnóstwo, mnóstwo rozmaitych rzeczy. Najpierw dałbym jeszcze pieniędzy Katarzynie, żeby odniosła Brygidzie. To jej siostra, ona ma sześcioro dzieci, a mąż często nie może dostać roboty. Nieraz tak płacze biedaczka, jak tu przyjdzie. Kochańcia daje jej różne stare rzeczy, i chleb, i mąkę, i kaszę, a ona się cieszy bardzo i dziękuje, ale potem znowu płacze. Chciałbym także kupić piękny zegarek z łańcuszkiem i fajkę z morskiej piany; Pan Hobbes byłby uradowany, gdybym mu taki upominek zaniósł; ja wiem, co on lubi.

W tej chwili pani Errol powróciła do saloniku.

— Przepraszam pana bardzo — rzekła — tak długo mnie zatrzymali w kuchni, przyszła tam biedna kobieta, siostra mojej służącej...

— Lord Fautleroy opowiadał mi właśnie o niej, mówił, że radby jej dopomódz.

— Bo też ta biedaczka rzeczywiście zasługuje na litość — mówiła matka Cedryka — mąż jej zachorował, nie może pracować, straszna nędza im grozi.

Cedryk zeskoczył z fotela, zbliżył się do matki i rzekł do niej półgłosem:

— Pójdę na chwilkę do Brygidy. Cóż to za nieszczęście, że Michał zachorował! — a potem, zwracając się do gościa, dodał głośniej — to taki dobry człowiek, a taki grzeczny. Zrobił mi kiedyś prześliczną szabelkę drewnianą. Bo on jest doskonałym rzemieślnikiem..

I wybiegł z pokoju. Pan Hawisam milczał przez chwilę, zdawał się namyślać i wahać, wreszcie rzekł:

— Hrabia, dostojny mój klient, dał mi rozmaite polecenia, wyprawiając mnie po wnuka. Pragnął on szczerze, aby lord Fautleroy jechał do Anglii z ochotą i życzliwie był usposobiony dla dziadka... o ile to być może. W tym celu upoważniony jestem, nie szczędząc pieniędzy, dogadzać wszystkim życzeniom młodego lorda, zaspokajać jego upodobania, pamiętając o tem, aby wiedział, że te dary pochodzą od dziadka. Hrabia zapewne nie domyślał się, jakie będą upodobania wnuka i życzenia jego... Co do mnie jednak, muszę się zastosować do polecenia, które otrzymałem i jeżeli lord Fautleroy chce wspomódz tę kobietę...

Musimy tu dodać parę słów wyjaśnienia. Pan Hawisam, spełniając ściśle polecenia hrabiego, nie uważał jednak za właściwe powtarzać dosłownie tego, co dostojny jego klient mówił przytem. Hrabia nie zbyt wzniosłe zdradzał myśli, gdy upoważniał prawnika do obsypania darami małego lorda.

— Daj mu pan poznać odrazu — rzekł — że u mnie będzie opływał w dostatki, że życie jego dotychczasowe przy matce było nędzą w porównaniu do tego, jakie go czeka na zamku Dorincourt. Niech wie o tem, że jeśli zostanie magnatem i będzie mógł pieniądze rozrzucać garściami, to z łaski dziadka!

Nie przytoczył więc tych słów stary prawnik, a matka Cedryka miała naturę nazbyt szlachetną i prawą, aby zdołała odgadnąć samolubne pobudki, kierujące postępowaniem hrabiego. Wydało jej się to rzeczą bardzo prostą, że starzec ten, utraciwszy wszystkich synów, osamotniony nad grobem, starał się pozyskać przywiązanie jedynego wnuka. Przytem ucieszyła się niezmiernie myślą, że pierwszy użytek z tego ogromnego majątku w ręku jej synka będzie dobrym uczynkiem. Wreszcie i ona także szczerze pragnęła przyjść w pomoc biednej kobiecie, ze wszech miar zasługującej na współczucie.

— O, jakże to pięknie ze strony hrabiego! — zawołała pani Errol, zarumieniona z radości. — Cedruś będzie taki szczęśliwy! On bardzo lubi Brygidę i jej męża, bo też to tacy poczciwi ludzie. Ja nie byłam w stanie im dopomódz, chociaż robiłam, co mogłam. Michał jest rzeczywiście doskonałym rzemieślnikiem, o ile zdrowie mu służy. Na nieszczęście choruje nieborak oddawna, potrzebuje lekarstw, posilnych pokarmów, ciepłego odzienia. Biedni ludzie wyczerpali wszystkie oszczędności i dziś im nędza zagraża. Ale z pewnością grosza nie zmarnują.

Pan Hawisam zapuścił chudą rękę w boczną kieszeń surduta i wyjął gruby pugilares, wyładowany banknotami. Dziwny uśmiech błądził na jego twarzy. Zastanawiał się nad tem, co też powie stary hrabia, ten samolub, zrzęda, którego oschłe serce nie znało dla nikogo litości, gdy dowie się o najpierwszem żądaniu swego wnuka, o szczególnym użytku, jaki uczynił z jego pieniędzy?

— Wiadomo pani — rzekł prawnik — że hrabia Dorincourt jest jednym z najbogatszych ludzi w Anglii. Sądzę więc, że to nie będzie zadużo, gdy wręczę synowi pani w jego imieniu pięć funtów sterlingów dla tej ubogiej kobiety.

— Pięć funtów! — zawołała pani Errol — ależ to dla nich będzie prawdziwe bogactwo! O, mój Boże! to nie do uwierzenia!

— Niema w tem jednak nic nadzwyczajnego — mówił prawnik z tym samym uśmiechem — powinna pani oswoić się z tą myślą, iż wielka zmiana zaszła w położeniu jej syna. Będzie on rozporządzał w przyszłości ogromnym majątkiem, wielką władzę miał w swych ręku.

— Wielką władzę! — powtórzyła matka ze wzruszeniem — mój chłopaczek drogi! Oby tylko godnym się okazał tak wysokiego stanowiska; czy ja potrafię, dobrze go do tego przygotować? To taka wielka odpowiedzialność! Kochany mój Cedruś!..

Pan Hawisam musiał znów uciec się do kaszlu. Nie był on zbyt czułego usposobienia, a jednak stare jego serce poruszyło się, gdy spotkał wzrok młodej kobiety, w którym malował się wyraz rzewnego niepokoju.

— Sądząc z rozmowy, którą mnie przed chwilą zaszczycił lord Fautleroy — rzekł wreszcie prawnik — może pani być o to zupełnie spokojną. Jest on jeszcze dzieckiem, zapewne, ale zdaje się, że zawsze, tak samo jak dziś, będzie myślał o innych daleko więcej, niż o sobie.

W tej chwili Cedryk wszedł do saloniku.

— Biedny Michał chory na artre... tretyzm, jak mówi Brygida — rzekł chłopczyk wchodząc — to muszą być okropne bóle. Nie może nic zarobić i nie będą mieli czem komornego zapłacić; Michał się martwi, a to z pewnością zwiększa te jego bóle. Żebyż przynajmniej Basia, najstarsza córka, miała porządniejsze ubranie, mogłaby pójść gdzieś poszukać zarobku; cóż, kiedy biedaczka taka obdarta, że się ludziom pokazać nie może.

Twarz chłopczyka posmutniała wyraźnie, gdy to mówił.

— Cedryku — odezwała się matka — pan Hawisam ma ci coś do powiedzenia.

— Hrabia Dorincourt polecił mi... — zaczął stary prawnik i zająknął się zakłopotany. Sam nie wiedział, jak ma to polecenie przedstawić dziecku, spojrzał więc na matkę, jakby wzywając jej pomocy.

Pani Errol przyklękła żywo na kobiercu obok synka, zbliżyła twarz swoję do jego twarzyczki, zarzuciła mu ramiona na szyjkę i mówiła:

— Wszak wiesz, Cedrusiu, że hrabia jest twoim dziaduniem, rodzonym ojcem twojego ojczulka; ten dobry dziadunio kocha ciebie bardzo, bo stracił wszystkie dzieci i ty jeden pozostałeś mu na świecie. On pragnie twojego szczęścia, a że jest niezmiernie bogaty, może ci dać wszystko, czego zażądasz, spełnić każde twoje życzenie. Wyobraź sobie, że dał panu Hawisamowi mnóstwo pieniędzy dla ciebie, więc jeśli chcesz, możesz część ich wziąć zaraz i dać Brygidzie na zapłacenie komornego i kupienie najpotrzebniejszych rzeczy dla męża i dzieci. A co! nie spodziewałeś się takiej radości, nieprawdaż? — i na zakończenie złożyła pocałunek serdeczny na policzkach chłopczyny, zarumienionych nagle na wieść o tych bogactwach, spadających tak w porę. Cedryk przez chwilę spoglądał błyszczącemi oczyma, to na matkę, to na prawnika.

— Czy ja naprawdę mogę wziąć zaraz te pieniądze? — spytał wreszcie — i mogę je dać Brygidzie? Bo ona już odchodzi...

Pan Hawisam podał mu pięć sztuk złota. Cedryk chwycił je i pędem wybiegł z pokoju, a po chwili dał się słyszeć głos jego; nim jeszcze dobiegł do kuchni, już wołał radośnie:

— Brygido, Brygido, poczekaj! Oto masz pieniądze, zapłacisz komorne i zostanie na inne wydatki. Co za szczęście! To dziadunio, mój własny dziadunio przysłał mi tyle pieniędzy. Patrz, Brygido, to dla ciebie i dla Michała.

— O, panie Cedryku! — wykrzyknęła biedna kobieta, nie mogąc uwierzyć w tak wielkie szczęście — pięć funtów w złocie! Czy pan wie, że to znaczy dwadzieścia pięć dolarów? Ależ ja takiej sumy przyjąć nie mogę bez pozwolenia mamy...

— Przepraszam pana — rzekła z uśmiechem pani Errol — muszę tam pójść na chwilkę.

I wyszła, zostawiając pana Hawisama samego. Wnet jednak wpadł śpiesznie Cedryk, rozpromieniony, szczęśliwy, wołając:

— Rozpłakała się! Ale mówiła, że to z radości. Nie widziałem, żeby kto płakał z radości. O, jakiż ten mój dziadunio jest dobry! Widzę, że to bardzo przyjemnie być hrabią, bardzo, bardzo przyjemnie; teraz już i ja z ochotą będę lordem, i hrabią.

 

Rozdział V.

 

Dnia następnego pan Hawisam miał sposobność przekonać się, że mały lord Fautleroy, jakkolwiek w wielu rzeczach okazywał usposobienie nad wiek poważne, do zabawy niemniej był ochoczy od innych dzieci swojego wieku. Prawnik jechał, jak zwykle, karetką najętą, skręcał właśnie z ulicy na plac obszerniejszy, gdy usłyszał gwar i ujrzał gromadkę chłopców. Dwaj z pomiędzy nich z zapałem wielkim wyzywali się do wyścigów, a w jednym z owych ochotników pan Hawisam poznał jego Dostojność, lorda Fautleroya, który hałasował i krzyczał najgłośniej. Obaj współzawodnicy stanęli wreszcie obok siebie na jednej linii, z prawą nogą wyciągniętą naprzód, czekając hasła.

— Raz! dwa! trzy! — wrzasnął chłopak, stojący za nimi.

Pan Hawisam kazał stangretowi się zatrzymać i wychylił głowę z karetki, wyglądając z ciekawością i zajęciem wielkiem wyniku wyścigów. Nigdy jeszcze zacny prawnik nie brał tak do serca dziecinnej zabawy; uśmiech zadowolenia ukazał się na jego ustach, gdy dostojny lord Fautleroy pomknął z miejsca, jak strzała; czerwone pończoszki migały przed oczyma prawnika z szybkością błyskawiczną, duży kapelusz spadł z głowy chłopczyka, a on, niezważając na to, z rozwianemi włosami pędził dalej i dalej, wyprzedzając swego współzawodnika.

— Wiwat! wiwat Cedryk! — wołali chłopcy chórem, klaszcząc w ręce, skacząc i tańcząc w zapale. — Wiwat Billy! — ozwali się z kolei, gdy drugi zrównał się prawie z Cedrykiem. Był to ten sam Billy, o którym wspominał mały lord, gdy opowiadał dzieje starej przekupki, sprzedającej jabłka.

— Ręczę, że pierwszy dobiegnie do mety! — mówił sam do siebie pan Hawisam, nie spuszczając z oczu czerwonych pończoszek, które znów na przedzie migały, chociaż i Billy dzielnie wywijał nogami — cośbym dał za to, żeby pierwszy dobiegł!

I wnet przeraźliwe okrzyki, tańce i skoki szalone, obwieściły tryumf zwycięzcy. Przyszły hrabia Dorincourt na dwie sekundy wcześniej stanął przy słupie latarni gazowej, stanowiącej metę.

— Wiwat Cedryk Errol! — wołała w niebogłosy krzykliwa gromadka — jeszcze raz i jeszcze raz wiwat!

A pan Hawisam wychylił się zupełnie z okna swej karetki i zawołał także:

— Wiwat lord Fautleroy! — potem kazał stangretowi jechać dalej. Gdy stanął przed mieszkaniem pani Errol, ujrzał obu współzawodników wyścigowych, przechadzających się wolniejszym krokiem. Trzymali się pod ręce i rozmawiali z ożywieniem, za nimi postępowała reszta wesołej gromadki. Cedryk był zarumieniony, zdyszany, długie kędziory włosów przylegały mu do spoconych skroni.

— Niezawodnie dlatego wygrałem — mówił do towarzysza — że mam dłuższe nogi od ciebie. Bo ty przecież niegorzej odemnie biegasz. A potem starszy jestem, niewiele, ale zawsze starszy o trzy tygodnie. Przecież i to coś znaczy.

Chciał mu osłodzić upokorzenie tej porażki. Cedryk miał to już w swojej naturze, że nieustannie myślał o przyjemności innych daleko więcej, niż o swojej własnej. Nawet w tej chwili tryumfu, wśród radości zwycięztwa, zaraz sobie przypomniał, że zwyciężony musiał doznawać uczuć odmiennych i wszelkich starań dokładał, aby go pocieszyć i rozweselić. Udało mu się doskonale; Billy, chłopak troszkę zarozumiały, zrazu spuścił był nosa i wyglądał strasznie zasępiony, lecz wkrótce, udobruchany przez Cedryka, zaczął się przechwalać swoim zwyczajem, jakgdyby był zwycięzcą a nie zwyciężonym.

 

Rozdział VI.

 

Im bliżej pan Hawisam poznawał małego lorda, tem większy pociąg czuł do niego. Wyobraźnia przedstawiała mu nieraz wspaniałą komnatę na zamku Dorincourt, biblioteką zwaną, a w niej starca samotnego, znękanego chorobą i zgryzotą. Otoczony przepychem, liczną służbą, posłuszną na każde jego skinienie, starzec nie miał jednak przy sobie ani jednej istoty, któraby go kochała, bo też i sam w ciągu długiego swego życia nigdy nikogo nie kochał. Myślał on zawsze tylko o własnych upodobaniach i przyjemnościach, nie dbał o pragnienia lub potrzeby innych ludzi. Ogromne bogactwa i wielkie przywileje, które mu nadawało wysokie stanowisko jego w kraju, wydawały mu się rzeczą należną hrabiemu Dorincourt, jedynie dla osobistej jego dogodności daną mu przez łaskawą Opatrzność. O obowiązkach, przywiązanych do takiego dostojeństwa, ani pomyślał nigdy.

Teraz był już sędziwy, a z długiego życia pozostała mu tylko podagra, dużo gorzkich wspomnień, nadzwyczajna draźliwość i niechęć do całego świata, który mu odpłacał podobną monetą: hrabia nigdy nie był lubiony. Gdyby chciał, mógłby zgromadzić w zamku swoim licznych gości, dawać wspaniałe obiady, wyprawiać polowania. Lecz nie miał do tego żadnej ochoty, wiedział, że chociaż sąsiedzi przez grzeczność przyjęliby zaproszenie jego, żaden z nich nie przybyłby z prawdziwą przyjemnością; nie zasłużył bowiem na życzliwość niczyją, sam to czuł dobrze, był złośliwy, każdemu lubił dokuczyć nieznośną swoją pychą, okazywaniem swej wyższości, przycinkami przynajmniej, jeżeli nie mógł czem innem.

I stary prawnik porównywał w myśli hrabiego z tym małym chłopaczkiem, szczerym, niewinnym, dobrodusznym, przypominał sobie wdzięczną jego postać, gdy parę dni temu siedział naprzeciw niego w dużym fotelu, z rączkami w kieszonkach i opowiadał mu po swojemu o Brygidzie, o Diku, o przekupce, sprzedającej jabłka i innych serdecznych przyjaciołach. Myślał też o tem pan Hawisam, że niezmierne bogactwa hrabiego wraz ze wszystkiemi przywilejami, przywiązanemi do nich, z możnością czynienia wiele dobrego lub złego, kiedyś przejść muszą w te małe rączki, i powtarzał w duszy:

— Toż dopiero będzie różnica! O, różnica nielada!

Tymczasem nowe stanowisko lorda i spadkobiercy możnego hrabi coraz więcej przypadało do smaku Cedrykowi. Byle tylko objawił jakie życzenie, natychmiast było spełniane, a on korzystał z tego z taką prostotą i radością, że nieraz ubawił niezmiernie sędziwego prawnika. Ani się spodziewał umocowany hrabiego, jadąc do Nowego-Yorku, jakie sprawy przyjdzie mu załatwiać w tem mieście. Długo potem pamiętał przechadzkę, w której towarzyszył jego Dostojności na kilka dni przed wyjazdem do Anglii. Najpierw poszli w odwiedziny do Dika, następnie zatrzymali się obok przekupki, sprzedającej jabłka i tu Cedryk w zdumienie nieopisane wprawił staruszkę, oznajmiając jej krótko i węzłowato, że dostanie ciepłą chustkę, stragan z nakryciem od deszczu, piecyk żelazny i oprócz tego małą pieniężną zapomogę, która biednej kobiecie wydała się bogactwem nieobliczonem.

— Bo trzeba pani wiedzieć — mówił chłopczyk — że ja wyjeżdżam do Anglii, będę tam lordem i spadkobiercą hrabiego. Chciałbym przed odjazdem poradzić coś na to, ażeby panią tak nie łamało w kościach. Ja sam nigdy nie miałem łamania w kościach i nie rozumiem dobrze, co to znaczy; domyślam się jednak, że to musi być cierpienie bardzo przykre, może też ta ciepła chustka przyniesie pani ulgę.

— To taka poczciwa kobieta — rzekł Cedryk do prawnika, gdy odeszli dalej i zostawili staruszkę od zmysłów prawie odchodzącą ze zdziwienia i radości — raz upadłem, biegnąc do parku i stłukłem sobie kolano; ona to widziała i dała mi jabłuszko bez pieniędzy. Nigdy tego nie zapomnę; jeżeli ktoś dobry był dla nas, to trudno o tem nie pamiętać.

Chłopczyna złote miał serce, nie pojmował nawet niewdzięczności. Widzenie się z Dikiem było nadzwyczaj wzruszające. Interesa tego biedaka znajdowały się właśnie w najsmutniejszym stanie; szczotki mu się popsuły, a nie miał za co kupić nowych. Gdy Cedryk oznajmił mu ze zwykłą swoją prostotą o nowem swem stanowisku, nie pyszniąc się ani wynosząc, tylko dla wyjaśnienia, że ma obecnie dużo pieniędzy i może z łatwością przyjacielowi dopomódz w biedzie, Dik oniemiał w pierwszej chwili z podziwienia. Dowiedziawszy się, że chłopczyk został lordem, a w przyszłości ma być hrabią, spoglądał na niego przez czas jakiś wytrzeszczonemi oczyma, z rozwartemi ustami, przyczem głowę tak przechylił, że czapeczka mu spadła na ziemię. Podniósł ją i mruknął coś półgłosem, czego pan Hawisam nie zrozumiał, lecz musiał zrozumieć Cedryk, gdyż odpowiedział z uśmiechem:

— Nie, nie, Diku, ja nie oszalałem. Pan Hobbes taksamo myślał zrazu, że straciłem głowę; a tymczasem to wszystko czysta prawda. Ja nawet z początku nie miałem wcale ochoty do owego lordostwa i hrabiostwa, ale teraz, dotknąwszy tego z blizka, widzę, że to niezła rzecz i jestem zadowolony. Obecnie dziadunio nosi tytuł hrabiego i powiada, wyobraź sobie, że chce mi dogadzać we wszystkiem. Dziadunio jest bardzo, bardzo dobry, chociaż hrabia, przysłał mi mnóstwo pieniędzy przez pana Hawisama i pozwolił ich użyć, jak mi się podoba.

Przy zakończeniu rozmowy, Cedryk wręczył Dikowi kwotę pieniężną, wystarczającą na zakupienie wszystkich przedmiotów, których tak gorąco pragnął: stolika, stołka, parasola, wybornych szczotek i zapasu szuwaksu. Dik sam obliczył, ile te skarby kosztować będą, ale Cedryk zmusił go potem do przyjęcia oprócz tego kilku dolarów, za które mógł kupić nowe ubranie, buty i czapkę porządną. Biedny chłopiec, tak samo jak i stara przekupka, niedowierzał zrazu swojemu szczęściu; nogi się pod nim chwiały, spoglądał na Cedryka osłupiałym wzrokiem, to znów przecierał sobie oczy w obawie, czy to nie sen piękny, z którego się rozbudzi za chwilę. Musiał jednak w końcu uwierzyć, gdy jedną i drugą ręką dotknął prawdziwych banknotów, któremi mały lord opowiadanie swoje potwierdził.

— Bywaj zdrów, Diku, — rzekł Cedryk w końcu, a chociaż starał się mówić spokojnie, głos jego był drżący, oczy mgła przyćmiła — bywaj zdrów. Spodziewam się, że już teraz interesa twoje coraz lepiej iść będą. Żal mi bardzo, że się rozstać musimy, ale może ja tu jeszcze kiedy przyjadę z Anglii. Napisz do mnie, proszę cię, a ja ci odpiszę. Ale pamiętaj adresować do lorda Fautleroya, ja już teraz inaczéj się nazywam.

Dik przymrużył oczy, bo i on nadaremnie łzy powstrzymywał. Biedny chłopak nie umiał sobie zdać sprawy z uczuć swoich, cieszył się i smucił zarazem. Tak go coś w gardle dławiło, że nie był w stanie przemówić, klipał tylko oczyma, chwytał powietrze ustami, z trudnością udało mu się w końcu przełknąć dziwną zawadę w gardle i wyjąkał przytłumionym głosem:

— Oj, mnie także bardzo, bardzo żal... — potem zwrócił się do prawnika, ukłonił mu się z uszanowaniem, mówiąc: — I panu także niech Bóg płaci. Ale to dziecko!.. O, takich dzieci niewiele jest na świecie!

Pan Hawisam odszedł z małym lordem, a Dik spoglądał za nimi zamglonemi oczyma, przełykał raz po raz zawadę, dławiącą go w gardle, patrzał, aż póki wdzięczna postać Cedryka nie znikła na zakręcie ulicy. Wówczas dopiero odwrócił się i poszedł w inną stronę.

Przez cały tydzień, poprzedzający wyjazd, Cedryk po parę godzin codziennie spędzał w sklepie korzennym. Pan Hobbes wyglądał ciągle smutny i przygnębiony. To niespodziewane rozstanie z małym przyjacielem było dla niego ciosem bardzo ciężkim. Gdy Cedryk przyniósł mu piękny zegarek z łańcuszkiem i prosił, ażeby przyjął od niego ten dar na pamiątkę, stary kupiec tak był wzruszony, że zamiast dziękować, zaczął głośno nosa ucierać kraciastą swoją chustką, położywszy piękny upominek na kolanach.

— Niechno pan zajrzy do środka — rzekł Cedryk — tam jest napis na kopercie, sam go podyktowałem jubilerowi, ślicznie to wyciął małemi literkami ale wyraźnie: „Lord Fautleroy ofiaruje tę pamiątkę najdawniejszemu swemu przyjacielowi i prosi, aby pan Hobbes nie zapomniał o nim.” Ile razy pan otworzy zegarek i napis obaczy, będzie pan musiał o mnie pomyśleć. O, bo przykroby mi było niezmiernie, gdyby pan o mnie zapomniał.

Pan Hobbes znowu utarł nosa jeszcze głośniej.

— O to niema obawy — rzekł drżącym nieco głosem — byleś ty nie zapomniał o mnie, jak się tam dostaniesz pomiędzy tych swoich lordów i hrabiów...

— Bądź pan spokojny, nie zapomnę nigdy. Tyle przyjemnych, szczęśliwych chwil spędziłem tu u pana, w tym sklepie. Ale ja mam nadzieję, że obaczymy się w Anglii, że pan do nas kiedyś przyjedzie. Dziadunio z pewnością pana zaprosi, jak się dowie o naszej przyjaźni, napisze do pana list, a pan przecież o dziaduniu tak źle myśleć nie będzie, jak o tych innych niegodziwych hrabiach. Przyjedzie pan, nieprawdaż, kochany panie Hobbes?

— Przyjadę do ciebie — odpowiedział stanowczo pan Hobbes.

Stanęło więc na tem, że jeżeli sędziwy hrabia napisze własnoręczne zaproszenie, kupiec odłoży na bok republikańskie uprzedzenia do arystokracyi i raczy przybyć do zamku Dorincourt, dla spędzenia kilku tygodni z przyjacielem swym, młodym lordem spadkobiercą.

 

Rozdział VII.

 

Wszystkie przygotowania do podróży ukończyły się nareszcie, powóz, mający odwieźć Cedryka z matką do portu, stanął przed domem. Dziwne uczucie niepokoju i smutku ogarnęło chłopczynę. Pani Errol odeszła do swego pokoju i drzwi za sobą zamknęła, zostawiając go samego. Gdy wyszła, w oczach jej widać było ślady łez, mimowolne drżenie poruszało usta. Cedryk podbiegł do niej, ona się pochyliła, wzięła go w objęcia, on zarzucił ramiona na jej szyję i długo, długo ściskali się w milczeniu. Chłopczyk nie zdawał sobie dobrze sprawy z tego smutku, dzielił go jednak z matką i tkliwie szepnął jej do ucha:

— Dobrze nam tu było razem w tym domu, nieprawdaż, Kochańciu?

— O tak, moje dziecko drogie — odrzekła matka, łkając rzewnie — i nigdy nie zapomnimy dni spędzonych w tym domu.

— Nigdy, nigdy!

W milczeniu siedli do powozu i w milczeniu przebyli krótką drogę do portu. Cedryk usiadł bliziutko przy matce i przytulony do niej nie odezwał się ani jednem słowem. Wkrótce ujrzeli się na pomoście pięknego parowca, wśród gwaru, hałasu, zamętu. Co chwila nadjeżdżały do przystani omnibusy, powozy rozmaitego rodzaju, przywożące pasażerów i ich pakunki. Tragarze zabierali ciężary i przenosili je na okręt. Podróżni śpieszyli się, potrącali, obawiając się opóźnić. Majtkowie odwijali liny, oficerowie wydawali rozkazy. Panowie i panie z dziećmi przychodzili na pomost pożegnać odpływających krewnych lub znajomych. Przechadzano się, rozmawiano, niektórzy wyglądali wesoło, lecz większa część tych osób była smutna, niejedna kobieta ocierała zapłakane oczy. Cedryk przypatrywał się wszystkiemu, widok ten zajmował go niezmiernie. Spoglądał z uwagą, to na ogromne zwoje lin, to na jakieś dziwne przyrządy, których użytku nie znał jeszcze, to znów podnosił oczy w górę i gonił kłęby dymu, buchające z komina parowca. Układał sobie w myśli, jak to on wkrótce zapozna się z żeglarzami i dowie się od nich różnych ciekawych rzeczy o okręcie, o morzu, o krajach dalekich i rozbójnikach morskich.

A gdy tak przypatrywał się wszystkiemu, rzucając oczyma na prawo i lewo, spostrzegł ruch jakiś nagły o kilka kroków od siebie na pomoście. Ktoś przeciskał się przez tłum podróżnych i tragarzy, torując sobie drogę niekiedy i łokciami. Był to młody chłopiec, w którym Cedryk poznał odrazu Dika, chociaż ubrany był w strój nowy od stóp do głowy, w ręku trzymał jakiś przedmiot czerwony.

— Biegłem co tchu, ażeby pana pożegnać, kochany panie Cedryku, czy tam mylordzie, do licha! zapomniałem o tytule. Chciałem koniecznie mylordowi przynieść pamiątkę, kupiłem to za pieniądze, zarobione wczoraj nowemi szczotkami — tu rozwinął niedużą chusteczkę jedwabną, którą trzymał w ręku — na morzu bywa czasem wietrzno, a to można na szyję włożyć. Niosłem paczkę porządnie obwiniętą, ale mi papier spadł gdzieś po drodze, gdym się musiał pchać przez ciżbę. Nieznośni ludzie, nie chcieli mnie puścić. Taka chusteczka zawsze się przyda, mylord ją włoży do kieszeni, a ile razy wyjmie, przypomni sobie Dika. Aha! jak ja to obmyśliłem!

Dik jednym tchem wypowiedział to wszystko, oddał chusteczkę Cedrykowi i schwycił drobną jego rączkę w swoje szerokie, żylaste dłonie. Wtem ozwał się dzwonek, chłopak odskoczył nagle, ruch zwiększył się na pomoście i Dik znikł z oczu małego lorda, który nie miał czasu mu podziękować nawet. Po chwili dopiero ujrzał znów Cedryk przyjaciela, przeciskającego się wśród tłumu osób, które podobnie jak i on powracały na ląd, pożegnawszy podróżnych. Dzwonek był hasłem, że statek odpływa.

Gwar i zamieszanie na pomoście doszły do najwyższego stopnia, z lądu dochodziły okrzyki pożegnania, na które niemniej donośnie odpowiadano z okrętu.

— Bywajcie zdrowi! Do widzenia! Napiszcie zaraz po przybyciu! Napiszemy z Liverpool’u!

Takie wykrzykniki krzyżowały się raz po raz w powietrzu. Cedryk rozwinął chusteczkę jasnokarmazynową w rzucik ciemniejszy, w kształcie podkowy, chłopczyk był zachwycony tym wspaniałym upominkiem. Zbliżył się do baryery i powiewając chusteczką, wołał także wraz z innymi:

— Bywaj zdrów, Diku! Nie, do widzenia! Dziękuję ci, serdecznie dziękuję!

Ciężki parowiec poruszył się i wśród tych okrzyków począł zwolna odpływać od brzegu. Matka Cedryka nasunęła na twarz gęstą, czarną zasłonę. Smutek niewypowiedziany ścisnął jej serce na myśl, że opuszcza ziemię rodzinną i odpływa do obcego kraju. Lecz wnet spojrzała na syna, odetchnęła i