Malwina i Eliza na tropie. Szczęśliwa nieboszczka - Małgorzata J. Kursa - ebook

51 osób właśnie czyta

Opis

Eliza, żwawa księgowa z Kraśnika, nie może uwierzyć w samobójstwo sąsiadki, która zginęła, wypadając z okna. Dzieli się wątpliwościami ze swoją wieloletnią przyjaciółką Malwiną. Obie panie postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce… Nieboszczka w opinii Elizy tryskała radością, a przecież osoby szczęśliwe nie odbierają sobie życia! Malwina i Eliza, dzielny osiedlowy duet, wszczynają śledztwo, poświęcając nań zaplanowany wspólny urlop, choć każda decyduje się na to z innych powodów...

Czy dwie dociekliwe i pomysłowe pięćdziesięciolatki poradzą sobie ze skomplikowaną sprawą, dysponując jedynie wiedzą nabytą z oglądanych filmów kryminalnych? Czy sprzeczne motywy nie przeszkodzą ich prywatnemu dochodzeniu? Samobójstwo czy zabójstwo? Gwarantujemy, że kibicując ich śledztwu, padniecie trupem z wrażenia!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 212

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Małgorzata J. Kursa, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © Tetiana Kulikova, © Konstantin Kulikov,

© Mariia Boiko, © didecs/123.rf.com

Zdjęcie Małgorzaty Kursy © archiwum prywatne

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Klara Perepłyś-Pająk

Redakcja: Daria Paulina Domachowska

Korekta: Marta Kozłowska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Wydanie elektroniczne 2019

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-88-4 (EPUB); 978-83-66229-89-1 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Ciało Antoniny Barańskiej spadło z trzeciego piętra bloku przy ulicy Metalowców dokładnie o dwudziestej trzeciej i z głuchym uderzeniem zaległo na wypieszczonych rabatkach przyblokowego ogródka, dotkliwie je rujnując.

Okoliczności plenerowe były w zasadzie dość przyjemne. Zarówno pod względem widoków, jak i unoszących się w powietrzu zapachów. Przesuszona słońcem trawa roztaczała wokół upojny aromat siana, nad nieboszczką rozpostarły się miłośnie gałęzie przekwitłego bzu. Od strony osiedlowej uliczki dobiegała mocna woń uwolnionych upałem olejków wierzby lapońskiej. Jednakowoż na Antoninie Barańskiej nie robiło to już żadnego wrażenia.

Nikt nie usłyszał odgłosu upadku. Zagłuszyło go wycie syreny fabrycznej, zwiastujące koniec zmiany, oraz wrzaski nabombanej piwem młodzieży, okupującej ławkę pod wierzbą. Nawet mieszkająca na parterze babcia Makowiecka, którą do szału doprowadzał każdy najmniejszy hałas, niczego nie zauważyła, bo pochrapywała smacznie, włożywszy wcześniej do uszu stopery. Miała tego żałować do końca życia – nigdy więcej nie zdarzyła się jej bowiem okazja, by ostatecznie zakasować „Jednoosobowe Kraśnickie Centrum Informacyjne”, czyli starą Majewską.

Nocne powietrze pachniało skoszoną trawą, ławkowa młodzież, zmożona procentami, powoli cichła, zaś Antonina malowniczo zalegała na podłożu z kwiatów, upozowana dramatycznie przez tajemniczą postać, która chwilę po jej upadku wynurzyła się z klatki, osłaniając swe oblicze przed zapalającym się automatycznie światłem...

Ciało miał odkryć dopiero nad ranem pracownik spółdzielni mieszkaniowej sprzątający osiedle.

Eliza Barnaba opuszczała mieszkanie niemal w euforii. Uporała się z niespodziewanym zleceniem, choć jeszcze wczoraj była pewna, że straci przez nie najbliższą przyjaciółkę i wyczekiwany przez cały rok wakacyjny wyjazd.

Eliza, po redukcji etatów w kraśnickiej fabryce, założyła jednoosobową firmę rachunkową i całkiem nieźle sobie radziła, utrzymując siebie i syna. Na małżonka liczyć nie mogła, bo ten zazwyczaj zapijał swoje problemy. Wykopała go więc do mamusi i nie chciała przyjąć z powrotem, nawet wtedy, gdy przestał pić. Odkąd ich jedyny syn się ożenił i oboje młodzi zamieszkali z nią, Eliza nie cierpiała na brak towarzystwa. A gdy tęskniła do ludzi, w odwodzie zawsze miała Malwinę – przyjaciółkę ze szkolnej ławy.

Schodziła teraz z trzeciego piętra z lekkością i energią nastolatki. Zlecenie wykonane, a dodatkowa kasa za ekspresową robotę przyjemnie zasili jej wakacyjne konto. W tym roku już po raz drugi wybierały się z Malwiną do Ostrowia Kierwińskiego, gdzie czekał na nie ulubiony pokój i znajomi gospodarze. Przed wyjazdem zamierzała uzupełnić zapasy w lodówce, bo lada moment z tygodniowego wypadu na Słowację miały wrócić dzieci.

Po wyjściu z klatki Elizę uderzyło upalne powietrze i energia nieco w niej sklęsła. Dostojnym krokiem ruszyła wzdłuż bloku. Po drodze wyrzuciła do ekologicznego pojemnika kilka plastikowych butelek i już miała skręcić w kierunku głównej ulicy, kiedy do jej uszu dobiegł babski jazgot. Rozpoznała przenikliwy głos starej Majewskiej i natychmiast zmieniła plany.

– A co panie tak rajcują w samo południe? – zagaiła neutralnie, ale kiedy zobaczyła załzawione oczy siedzącej na ławce babci Makowieckiej, od razu się przejęła. – Pani Makowiecka, jakieś nieszczęście nie daj Boże? Jak trzeba pomóc, to ja...

– A co tam Barnabina może pomóc, jak już po ptokach – stara Majewska wzruszyła kościstymi ramionami i posłała babci złośliwe spojrzenie. – Drugi raz nieboszczka nie zleci, żeby se Makowiecka mogła popatrzeć. A pod jej oknami spadła! Taka okazja! A jak ją policjanty pytały, to ona ani be, ani me – podsumowała z satysfakcją.

– Bo zatyczki miałam w uszach – zapłakała rzewnie babcia Makowiecka. – Te młode przez cały wieczór się darły. I te jakieś hop – hopy puszczały. Nie dało się spać inaczej!

– Darły się – przytaknęła sąsiadka z ostatniej klatki, obrzucając zadowoloną z siebie Majewską wzrokiem bazyliszka. – Ja tam żadnych zatyczek nie miałam, a też nie słyszałam, jak ta nieszczęśnica gruchnęła.

– Ja też nie – dołączyła sąsiadka z pierwszego piętra. – Sypialnię mam z drugiej strony. Może to i lepiej, bo ten młody policjant, co wszystkich oblatywał, to taki bardziej służbowy był. Aż mi się niewyraźnie na sumieniu zrobiło...

– Zaraz! O czym panie mówią? – zdezorientowana Eliza klapnęła ciężko na ławkę stojącą naprzeciwko i pochyliła się lekko w stronę upchniętych ciasno kraśnickich kokoszek. – Jaka nieboszczka?! Kogoś zabili? Tutaj?! A gdzie policja? Przecież mam okna na tę stronę, a nic nie słyszałam... To w nocy było?

– A w nocy, w nocy – stara Majewska łypnęła na nią z politowaniem. – Policja to z rana swoje odpracowała, bo ten od sprzątania ją zdybał w rabatkach. Przyjechali, zabrali kobitę, a potem poszli po sąsiadach... No, że one z kurami spać chodzą, to ja jeszcze rozumiem, ale wy, Barnabina, jeszcze nie w takich latach, żeby...

– Ani ja nie „wy”, ani Barnabina – przerwała jej Eliza, która serdecznie nie znosiła tej starej plotkary. – Barnabina to moja teściowa, a towarzysze to za PRL-u byli! Niektórzy i w nocy pracują! A pani skąd taka poinformowana? Z naszego osiedla na Sikorskiego kawałek. Aż taki dobry słuch pani ma?

– A mam! – stara Majewska wyprostowała się dumnie. – I wiem, kogo pytać. Chłopak od Styrbułów poszedł w policjanty. Dziadek i ojciec to jeszcze w milicji służyli, a Romek już na nowe trafił...

– E tam, na nowe – prychnęła z pogardą sąsiadka z ostatniej klatki, poklepując pocieszająco babcię Makowiecką, która przestała pochlipywać i pilnie nadstawiała ucha. – Takie same one, jak tamte.

– Wcale nie takie same! – zaprotestowała ta z drugiego piętra. – Tamte to i w nocy przyjeżdżały, jak trza było. Spałowały łobuza, zabrały na „dołek” i spokój był. A te nowe to nawet na benzynę nie mają.

– No co też pani opowiada! – Eliza nierozważnie dała się wciągnąć w dyskusję. – Nie widziała pani radiowozów na ulicy? Ciągle jeżdżą po Kraśniku.

– W dzień! A w nocy to chyba benzyna im się kończy, bo jak kiedyś Makowiecka zgłaszała tych smarkaczy, żaden się nie pokazał!

– Nie mają gdzie wsadzać, bo więzienia pełne – wyjaśniła stara Majewska i od razu wróciła do meritum: – Młody Styrbuła matce się pochwalił. Od razu. Bo się chce wykazać, a ten nowy komendant mu utrudnia. Ale akurat go wezwali do Warszawy i Romek sam do tej nieboszczki przyjechał. Antonina Barańska się nazywała. Te dwa okna na trzecim piętrze – machnęła żylastą ręką w górę – to jej. Młody Styrbuła sprawę rozwiązał od razu, bo list znaleźli...

– Jaki list? – nie zrozumiała babcia Makowiecka.

– Samobójczynia, znaczy – sapnęła ze zgrozą sąsiadka z pierwszego piętra i na wszelki wypadek przeżegnała się ukradkiem.

– Samobójczynia – przytaknęła z niezdrową satysfakcją Majewska. – Podobno jej chłop do Anglii pojechał za robotą i zadzwonił, że już nie wraca. A ta Barańska to w ogóle taka niegramotna była. Zamiast do niego pojechać i jak się należy rozumu go nauczyć, to ona prochy łykała i po lekarzach latała. Bo Styrbulina mówiła, że miała... no... Dy... du... de...

– Depresję – mruknęła Eliza.

– O to, to – zgodziła się skwapliwie Majewska i fuknęła pogardliwie. – Ja to se tak czasem myślę, że oni specjalnie wymyślają te choroby, żeby od ludzi pieniądze wyłudzać...

– Czyli policja uznała, że ta nieszczęśnica napisała list i wyskoczyła z okna? – przerwała jej Eliza, której nie interesowały przemyślenia starej plotkary. – Trochę nietypowe. Mogła połknąć garść tabletek albo gaz odkręcić... Przecież taki upadek nie zawsze kończy się śmiercią. A jakby została inwalidką do końca życia? Miała jakąś rodzinę w Kraśniku?

– Siostrę miała – sąsiadka z pierwszego piętra uprzedziła Majewską, która już otwierała usta. – A ten jej mąż to lekarz. Pojechał do Anglii, bo sobie ponoć dobrze płatną pracę załatwił. W ichnim szpitalu. I żonę też miał tam ściągnąć, bo ona pielęgniarką była. Widocznie mu się coś odwidziało... – westchnęła.

– Nie widocznie, tylko na pewno – poprawiła Majewska. – Chłopy tak mają. Co z oczu, to i z serca... I nie ma co kombinować. Kobita napisała list, a potem skoczyła. A młody Styrbuła pewnie pochwałę dostanie. Dobrze mu się trafiło.

Eliza spojrzała na nią z obrzydzeniem i wstała.

– Szkoda, że za cenę czyjegoś życia... Pani Makowiecka – pochyliła się nad staruszką i pogładziła ją po ramieniu – nie ma pani czego żałować. Taki widok do przyjemnych nie należy, a pani ma słabe serce. Lepiej niech pani już wraca do domu. Ten upał też się pani nie przysłuży... – ugryzła się w język, żeby nie dodać, że najbardziej dopiecze kobiecinie gadanie starej plotkary.

– Kiedy jedziecie? – zapytała Lala, krojąc pomidory na sałatkę. – Już się mama spakowała?

Eliza spojrzała na synową znad góry kanapek, które szykowała na kolację dla swojego jedynaka i przy okazji zahaczyła wzrokiem o wiszący w kuchni duży zegar.

– Lalu, dokończ to, dobrze? Za chwilę będą Informacje. Pamiętasz, mówiłam ci o tej nieboszczce z bloku naprzeciwko. Ciekawa jestem, czy coś na ten temat powiedzą, bo żadnej Barańskiej nie kojarzę z twarzy...

– Pewnie nie siadywała na ławce z tymi plotkarami – mruknęła uszczypliwie synowa i kiwnęła głową. – Niech mama sobie obejrzy, ja dokończę.

Eliza odłożyła nóż, wytarła ręce i przeszła do pokoju, w którym stał telewizor. Nie lubiła go. Tęskniła za wysłużonym odbiornikiem z wielkim kineskopem, który niegdyś kupili na raty z niepijącym jeszcze Stasiulkiem. Może i staroć, ale działał bez zarzutu i nie męczył oczu tak jak nabyty przez Piotrusia płaski odbiornik. I miał normalne rozmiary. Ten nowy kojarzył jej się z kinowym ekranem. No, owszem, przyjemnie oglądało się na nim ulubione seriale kryminalne, ale pozostałe możliwości, z którymi usiłował zaznajomić ją syn, do niczego jej nie były potrzebne. Eliza zawsze uważała, że wszelki nadmiar jest denerwujący.

Kiedy usiadła z pilotem w dłoni, Lala przyniosła jej ulubioną herbatę i talerzyk z sałatką. Eliza po raz kolejny pomyślała, że jednak ma szczęście. Synowa jej się naprawdę udała. Nawet upodobania miały zbliżone – obie uwielbiały czytać i oglądać kryminały, a potem dyskutować o błędach, jakie popełniali przestępcy. W końcu miały doświadczenie. Osobiście przeprowadziły kilka udanych akcji odwetowych, a ona sama, wspomagając przyjaciółkę w kłopocie, pozbyła się nawet kiedyś wielce uciążliwego nieboszczyka.

Eliza z dużym samozaparciem obejrzała lokalny program informacyjny (zazwyczaj pieczołowicie je omijała z uwagi na wszędobylską politykę i niezrozumiały język używany przez lektorów) i tylko raz wyłączyła fonię. Przeczekała relację z sesji Rady Miejskiej i włączyła głos dopiero wtedy, gdy na ekranie zobaczyła znajomą twarz miejscowego rzecznika policji.

Rozczarowała się. Rzecznik przestrzegał jedynie przed upałami, które źle wpływają na refleks kierowców i przypominał, by nie szarżować w czasie kąpieli w zalewie. W dodatku co chwilę zza ramienia mówiącego wychylała się młoda, pyzata, męska gęba z lekkim wytrzeszczem i mało inteligentnym wyrazem oblicza.

Gdy Informacje się skończyły, a na ekranie pojawiły się lokalne ogłoszenia, Eliza sięgnęła po pilota, by wyłączyć odbiornik i wtedy zobaczyła znajomą twarz. Roześmiana młoda blondynka w pielęgniarskim fartuchu stała na szpitalnym korytarzu.

Eliza odruchowo zaczęła czytać tekst zamieszczony pod zdjęciem. Był to podpisany przez pracowników kraśnickiego ZOZ-u nekrolog niejakiej Antoniny Barańskiej. Wynikało z niego, że zmarła tragicznie w wieku niespełna trzydziestu lat, zostawiając współpracowników szpitala w nieutulonym żalu.

Eliza błyskawicznie skojarzyła nazwisko z osiedlową samobójczynią. Zawód też się zgadzał – któraś z sąsiadek wspomniała, że nieboszczka była pielęgniarką. Ale dlaczego wydawała się jej znajoma? Prawda, Kraśnik to nie metropolia i ludzie tu znają się choćby z widzenia. Ale Eliza nie mogła się pozbyć wrażenia, że coś jej umyka... Gdzie mogła wpaść na tę nieszczęsną Antoninę? W szpitalu nie bywała od lat, na kokoszej ławce nie siadywała... Na ulicy? W sklepie? Codziennie spotykała mnóstwo ludzi, ale przecież nie notowała w pamięci ich twarzy, bo po co? Chyba, że... Chyba, że przypadkowemu spotkaniu towarzyszył jakiś wyjątkowy incydent. Wtedy Eliza zwykle zamieniała się w dociekliwą obserwatorkę, bo chciała zrozumieć, co doprowadziło do owego zajścia. Przeważnie wniosek był jeden – ludzka głupota i bezmyślność, ale zawsze wolała to sprawdzić.

„Gdzie ja ją mogłam spotkać?” – zastanawiała się gorączkowo, choć na ekranie migotały już jedynie lokalne reklamy. Wyłączyła telewizor, usiadła w fotelu, upiła łyk herbaty i w myślach analizowała swoje ostatnie wizyty w kraśnickich sklepach. Musiała wpaść na nieboszczkę niedawno, bo gdyby zdążyła o niej opowiedzieć Malwinie, teraz nie miałaby problemu, by przypomnieć sobie okoliczności takiego spotkania.

– Kurczę, znowu upaprałam się pomidorami. Powinnam chyba zbroję zakładać. Zawsze mi jakiś pryśnie!

Poirytowany głos Lali wyrwał Elizę z transu. Spojrzała na jasny T-shirt synowej ozdobiony świeżym krwistoczerwonym rozbryzgiem i nagle doznała olśnienia.

– Pomidory! – wyrwało się jej z ulgą. – Sklep! Pamiętam!

Lala natychmiast przycupnęła na drugim fotelu i zaintrygowana spojrzała na teściową. Czekała na opowieść i nie miała najmniejszych wątpliwości, że będzie ciekawa. A nawet więcej: nie przyznałaby się do tego ukochanemu małżonkowi, ale na samym dnie duszy piastowała nadzieję, że ta opowieść stanie się zalążkiem kolejnej ekscytującej przygody. Piotruś, który panicznie obawiał się detektywistycznych ciągotek swojej rodzicielki, robił, co mógł, by zniechęcić matkę do pakowania się w kłopoty. Lala pomyślała, że idealnie dopasował się charakterem do zdrobnień, którymi czule nazywała go Eliza – Piotruś, Piotrula. Taki właśnie był: poczciwy, praworządny, rozsądny i nieco flegmatyczny. Ale jutro miał wyjechać na tydzień do Krakowa, bo jego znajomi komputerowcy organizowali właśnie burzę mózgów, finalizując jakiś projekt. Lala kompletnie się na tym nie znała, wiedziała jednak jedno – pochłonięty ulubionym zajęciem mąż będzie stracony dla świata. A to przed pozostawioną samopas małżonką rysowało szerokie spektrum możliwości. Zamierzała wykorzystać ten brak kontroli co do sekundy. Dlatego teraz poprawiła się w fotelu i wyczekująco wpatrzyła w teściową.

– To niemożliwe – oświadczyła stanowczo Eliza, potrząsając głową. – To po prostu niemożliwe. Nie mogła popełnić samobójstwa. Widziałam ją kilka dni wcześniej. To była najszczęśliwsza kobieta na świecie. Nie mogła się zabić!

– Mówi mama o tej denatce z bloku naprzeciwko? – upewniła się Lala. – Znałyście się?

– Nie – Eliza ponownie potrząsnęła głową. – Wpadłam na nią tylko raz w markecie. Przy pomidorach właśnie. Czekaj, to było... – zmarszczyła brwi z namysłem. – Wy jeszcze nie wróciliście, a ja przez ostatni tydzień nadrabiałam robotę. Wychodziłam z domu tylko wtedy, gdy naprawdę musiałam... Dziś jest piątek, ta Antonina zginęła z wtorku na środę, a ja w poniedziałek przed południem rozmawiałam z nią w sklepie... Co byś zrobiła, gdyby ci znienacka obca baba uświniła drogą kieckę rozdyźdanym pomidorem? Do tego w miejscu publicznym? I masz świadomość, że z tym Picassem na sobie będziesz musiała przedefilować przez spory kawałek miasta? Jak ostatnia fleja? – Eliza wbiła w synową pytające spojrzenie.

– No, szczęśliwa bym nie była – stwierdziła Lala ostrożnie. – Ja co prawda jestem dobrze wychowana, ale coś mogłoby mi się wyrwać. Niekoniecznie od razu bluzg, ale jęk na pewno – dodała uczciwie.

– Właśnie! – Eliza uniosła do góry palec jak batutę. – Każdej normalnej babie by się wyrwało. Inwektywa, jęk, wrzask – cokolwiek... Nawet gdyby w pierwszej chwili zaniemówiła z zaskoczenia, potem by to uczciwie odpracowała, zgodnie z przynależnością płciową... Obcą babą byłam ja – wyznała z westchnieniem. – Stałyśmy obie przy skrzynce z pomidorami i sprawdzałyśmy ich twardość. Pomacałam jednego, a on strzelił sokiem prosto na jej gors i rozmazał się na biuście... – Eliza opuściła rękę i zamilkła na chwilę, przypominając sobie zgrozę, jaka ją wtedy ogarnęła. – Mnie zatchnęło, a ona... Ona zaczęła się śmiać. Ale jak! Tak zaraźliwie, aż obie się w końcu popłakałyśmy. A kiedy wreszcie zaczęłam ją przepraszać, powiedziała, że to najszczęśliwszy dzień jej życia i że nie ma zamiaru przejmować się głupim pomidorem.

– A powiedziała, dlaczego? – wtrąciła szybko Lala. – Ten najszczęśliwszy dzień?

– Powiedziała. Kiedy wyszłyśmy wreszcie z tego marketu, dałam jej wodę i chusteczki, żeby się trochę ogarnęła. No i tak jakoś przysiadłyśmy na ławce i zaczęłyśmy rozmawiać... Właściwie to głównie ona mówiła. Że mąż jest lekarzem. Że przez długi czas podejrzewała, że ma kochankę. Że nie dawała sobie niczego wytłumaczyć i on w końcu zdecydował się wyjechać do Anglii. Kolega załatwił mu pracę w prywatnej klinice. Przez pół roku nie ruszyła kasy, którą jej przesyłał i czekała na pozew rozwodowy, choć pisał, że tęskni i chciałby ją do siebie ściągnąć...

– Pisał? – zdziwiła się Lala. – Teraz wszyscy gadają przez Skype’a.

– Nie chciała z nim gadać – Eliza wzruszyła ramionami. – Zapętliła się na tej kochance i nie życzyła sobie żadnych tłumaczeń. Przy okazji popadła w nerwicę i zaczęła brać prochy na uspokojenie – pokręciła głową z ubolewaniem.

– To skąd jej się nagle wzięło to szczęście? – Lalę aż skręcało z ciekawości.

– Z maila, kochana. Kiedy przeczytała, że czeka na nią miejsce pracy w tej samej klinice i domek, który już zdążył wynająć, że on sam tęskni i czeka, że zabukował jej bilet na samolot, nagle do niej dotarło, jaką głupotę zrobiła – odparła Eliza. – Tym bardziej, że jej własna siostra stała za nim murem i usiłowała wybić Antoninie z głowy wiarę w plotki. Odpuściła więc sobie kochankę i postanowiła przed wyjazdem zadbać o siebie, żeby odpowiednio zaprezentować się małżonkowi.

– Nie wierzyła mu przez pół roku, a po tym jednym mailu tak od razu jej się przestawiło? – Lala była sceptyczna.

– Nie od razu. Najpierw sobie wszystko przemyślała. Nie ukrywała wcale, że zdjęcia, które jej przesłał, zrobiły na niej duże wrażenie. Ponoć od zawsze oboje marzyli o własnym domu. A ten bardzo przypadł jej do gustu – wyjaśniła Eliza.

– Znaczy: materialistka – stwierdziła synowa z potępieniem.

– Nie sądzę. Podejrzewam, że wciąż go kochała. Przyznała, że nigdy nie złapała go na kłamstwie, ale ktoś, komu bardzo ufała, dał jej do zrozumienia, że jej mąż ma romans. Dopiero niedawno połapała się, że ten ktoś prawdopodobnie sam ma nieczyste sumienie. Jej mąż wyjechał, zmienił otoczenie. Uznała, że nawet jeśli kiedyś nie był wobec niej w porządku, mogą spróbować od nowa. Zwłaszcza, że zadzwonił i powiedział, że jeśli ona nie przyjedzie, rzuci wszystko i wróci do kraju... Lala, ta kobieta była tak szczęśliwa, że aż biło od niej światło – powiedziała z przekonaniem Eliza. – Nie uwierzę, że popełniła samobójstwo. A jeśli policja znalazła jakiś list, to znaczy...

– ...że ktoś jej pomógł wyskoczyć przez to okno – dokończyła Lala i oczy jej błysnęły. – To co robimy?

– My? – Eliza uniosła brwi. – Jesteś pewna, że...

– Mamo! – synowa spojrzała na nią z oburzeniem. – Ominęło mnie przemieszczanie trupa w waszym wykonaniu i ciężko to przeżyłam. Tym razem nie odpuszczę! Piotruś znika na tydzień. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal... Proszę! – złożyła ręce w błagalnym geście. – Weźcie mnie do spółki. We trzy na pewno rozwiążemy tę sprawę!

– Najpierw muszę powiedzieć o wszystkim Malwinie – westchnęła Eliza. – Ciężko będzie ją przekonać. Przecież wiesz, że jej zięć pracuje w policji. Uparta jest jak oślica. Nie będzie chciała mu szkodzić.

– Mamo, Łukasz jest teraz na jakimś szkoleniu. Spotkałam dziś przypadkiem jego żonę. Wiesz, że jest dziennikarką. Mówiła, że nie ma z kim gadać na komendzie. Ten nowy komendant wyjechał do Warszawy...

– Werner? Chcą nam go zabrać? – zaniepokoiła się Eliza. – Malwina mówi, że to całkiem sensowny facet... No, może dlatego, że Łukasz go chwali... A właśnie! Nie rozumiem, dlaczego dali tę sprawę jakiemuś młokosowi, zamiast...

– No bo Łukasz i Tadzio Skotnicki są na tym szkoleniu. Podobno Werner ich wysłał – westchnęła Lala, ale zaraz dodała pocieszająco: – Wracają w przyszłym tygodniu.

– A prokurator? – drążyła Eliza. – Jerczykowi zaszkodziły te upały, czy co? Dlaczego nie działa? Powinien wszystko dokładnie sprawdzić, zanim... Ja się chyba do niego zgłoszę. Jako świadek. I powiem uczciwie, że nie wierzę w żadne samobójstwo.

– Jerczykowie pojechali na wakacje w jakieś egzotyczne landy – uświadomiła ją synowa. – Wiem od Luki. Sama czeka na powrót Łukasza, bo też zaplanowali urlop w jakiejś dziczy... Pojechała na komendę służbowo w sprawie tego samobójstwa. Nikt nie chciał z nią rozmawiać – rzecznik powiedział, że sprawa zamknięta, tylko jakiś palant snuł się za nią jak cień i skamlał o wywiad. Luka była strasznie zła, że zmarnowała tyle czasu, bo...

– Młody Styrbuła! – warknęła Eliza. – Malwina mi mówiła, że to podobno kompletny idiota. Poprzedni komendant posadził go w dyżurce, żeby przyjmował zgłoszenia. Miał się tam jak pączek w maśle, dopóki nie przyszedł Werner. Teraz ze wszystkimi musi jeździć na patrole, ale podobno wielkiego pożytku z niego nie mają... Wiesz co, Lalu? Nie ma co czekać na cud. Same musimy wziąć się do roboty. Tylko najpierw muszę przekonać Malwinę, żeby nam pomogła... Oj, ciężko będzie...

Od otwartego na oścież balkonu szedł lipcowy żar, przesycony wonią przyblokowych róż. Wentylator mielił powietrze, ale nie dawał ochłody. Za oknem trwała cisza, przerywana od czasu do czasu warkotem przejeżdżającego samochodu.

Eliza wierciła się na kanapie jak potępieniec. Upał nie pozwalał jej zasnąć. I myśli, które szalały w jej głowie. Wieczorna rozmowa z Lalą sprawiła, że przed oczami wciąż miała roześmianą twarz Antoniny Barańskiej. Nie było takiej siły, która by ją przekonała, że kobieta zginęła z własnej ręki.

Pomoc Malwiny była niezbędna. Przyjaciółka nie tylko dysponowała zięciem policjantem, ale dzięki córce zatrudnionej w lokalnej gazecie mogła zebrać istotne dla wyjaśnienia zagadki informacje.

Eliza westchnęła ciężko. Łatwo nie będzie. Malwinę Letycję Pędziwiatr znała od czasów podstawówki. Rozdzieliło je na długo dopiero dorosłe życie. Natykały się na siebie sporadycznie (bo w Kraśniku nie dało się inaczej), ale codzienne problemy nie sprzyjały podtrzymywaniu przyjaźni. Eliza wciąż prowadziła wojnę podjazdową z upiorną teściową, której celem życia stało się buntowanie jedynego syna przeciwko nowej rodzinie. Kiedy wreszcie Stasiulek uznał racje mamusi i zaczął pić w głębokim i wygodnym przekonaniu, że to małżeństwo zaprzepaściło jego szanse na lepszy żywot, udręczona małżonka szarpała się finansowo, by potomek mógł skończyć studia. W tym samym czasie Malwina, porzucona przez zdegustowanego jej ciążą męża, błyskawicznie przeprowadziła rozwód, raz na zawsze skreślając przedstawicieli męskiego rodu z listy swoich zainteresowań, po czym postanowiła sama utrzymać siebie i dziecko. Kiedy Lukrecja zdała maturę i dostała się na studia, Malwina wyjechała do Kanady, aby stamtąd wspomagać finansowo córkę. Na stałe wróciła do Kraśnika dopiero po jej ślubie, by – w razie potrzeby – pogonić zięcia, gdzie pieprz rośnie. Jak do tej pory owa potrzeba nie zaistniała.

Spotkały się przypadkiem, przeżywając niezapomniane chwile przy własnoręcznym wymierzaniu kary kraśnickim rzezimieszkom, a potem podczas męczącej akcji pozbywania się podrzuconego nieboszczyka. Razem jeździły co roku na wakacje i obie wiedziały, że w każdej sytuacji mogą na siebie liczyć. No, prawie w każdej. Eliza miała świadomość, że Malwina nie zrobi niczego, co mogłoby zaszkodzić policyjnej karierze zięcia. Jeśli zamierzała poprosić przyjaciółkę o pomoc w sprawie śmierci Antoniny Barańskiej, musiała ją najpierw przekonać, że Łukasz na tym nie ucierpi.

Westchnęła i energicznie poderwała się z pościeli. Nie dało się spać w tej duchocie. Może chwila na balkonie przyniesie odrobinę ulgi?

W bloku naprzeciwko okna były ciemne. Zwykle w weekendy do późnej nocy rozświetlała je poświata bijąca od telewizorów, ale teraz trwały wakacje. Wiele kraśnickich rodzin zabierało dzieciaki i bodaj na kilka dni przenosiło się na wieś. Prawie każdy tutaj miał w okolicy odziedziczone po przodkach gospodarstwo. Ziemi pozbywano się bez sentymentu, dom zostawiano na wszelki wypadek. Ci, których było na to stać, kupowali w tutejszych biurach podróży wczasy zagraniczne i też znikali na tydzień lub dwa. W mieście zostawała sama starszyzna i wakacyjnie podrzucane dziadkom wnuki.

Eliza oparła się o balustradę balkonu i spojrzała w dół. Upadek z trzeciego piętra to nie przelewki. Można się paskudnie połamać, ale i zabić się też można... Czy człowiek, który decyduje się na taki krok po prostu leci na łeb na szyję jak worek cementu? Czy przypadkiem nie wyciąga odruchowo rąk, żeby się jednak uratować? Wypchnięty siłą, z pewnością będzie się bronił. Z obejrzanych w telewizji filmów, pokazujących rozmaite śledztwa, Eliza wiedziała, że układ ciała po upadku wiele mówi fachowcom. W jakiej pozycji leżała Antonina? Ale przecież, gdyby ją ktoś wypchnął, broniłaby się, krzyczała... W nocy każdy odgłos słychać wyraźniej, Eliza dobrze o tym wiedziała. Niewielka odległość między blokami powodowała, że przy uchylonym oknie każda awantura była doskonale słyszalna. Niejeden raz Eliza była mimowolnym świadkiem rodzinnych nieporozumień. Gdyby Antonina krzyczała, ktoś musiałby ją usłyszeć. Nie ona, bo pracowała w pokoju od frontu, ale inni...

Wpatrzyła się z natężeniem w okno, z którego wypadła nieszczęsna denatka. Jak to wyglądało? Usiadła na parapecie i po prostu się zsunęła? Zewnętrzny parapet był zbyt wąski, nie dałaby rady na nim stanąć... No dobrze, ktoś ją zepchnął. Ale to też nie takie proste. Na pewno stawiałaby opór... Chyba, że... Chyba, że byłaby nieprzytomna...

Eliza pokręciła głową, nie odrywając oczu od okna naprzeciwko. Miała okazję osobiście się przekonać, jak ciężkie jest bezwładne ciało zmarłego. Nieprzytomny człowiek może nie jest aż taki sztywny, ale jego przemieszczenie też wymaga siły... Czyżby małżonek postanowił ostatecznie pozbyć się Antoniny, uśpiwszy najpierw jej czujność?

Przed oczami Elizy nagle coś zamigotało. W jednej chwili znieruchomiała i prawie przestała mrugać oczami. Za prześwitującymi zasłonami przesuwała się wiązka światła.

Eliza rzuciła się do pokoju i chwyciła komórkę. Skierowała ją na okno, które ją interesowało, ustawiła na nagrywanie i zastygła w bezruchu. Teraz była już pewna, że Antonina nie popełniła samobójstwa. Jeśli mieszkanie zostało zapieczętowane przez policję, nikogo nie powinno w nim być. Jeżeli natomiast nadal było dostępne dla rodziny, nie istniał żaden sensowny powód, by ta wizytowała je w środku nocy z latarką w ręku. Zatem w środku musiał znajdować się ktoś obcy. Być może nawet zabójca...

Eliza przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna zadzwonić na policję. Zniechęcała ją do tego jednak nieobecność tych stróżów prawa, których szanowała i myśl, że ci, którzy są dostępni, znowu mogą coś spaprać. Nie, nie będzie nigdzie dzwonić. Jeśli ktoś wlazł do mieszkania denatki w niecnych zamiarach, w końcu musi je opuścić. Zamierzała pozostać na balkonie tak długo, jak będzie trzeba. Ale najpierw... Wystarczy tego nagrywania. Już uwieczniła tajemniczą nocną wizytę. Teraz trzeba się przygotować do kolejnego zadania. Wpadła do pokoju, złapała porządną lornetkę, którą kiedyś podarowała jej Malwina oraz złożony leżak, po czym zajęła pozycję obserwacyjną na balkonie. Zacisnęła zęby i postanowiła czatować na drania do oporu.

– Mamo! Kurczę, mamo! Coś się stało?! Dlaczego mama tu leży?

Niepokój w głosie synowej i gorączkowe potrząsanie wyrwały Elizę ze snu. Rozejrzała się nieprzytomnie i ku swojemu zdziwieniu stwierdziła, że zamiast we własnym łóżku zalega na balkonowym leżaku z potężną lornetką w objęciach. Przeleciało jej przez myśl, że jeśli, nie daj Bóg, lunatykuje, Malwina stanowczo odmówi wspólnych noclegów, a w dodatku będzie jej tę przypadłość złośliwie wytykać. Od razu oprzytomniała. Wetknęła lornetkę w dłonie przestraszonej Lali, niemrawo podniosła się z leżaka i mamrocząc pod nosem nieprzyjazne komentarze na temat swojej inteligencji, teleportowała się do łazienki z nadzieją, że wścibskie kumoszki zasiedlające ławkę przy sąsiednim bloku nie wypatrzyły jeszcze jadowicie morelowej koszuli nocnej na ukwieconym balkonie.

Obdarowana niespodziewanie Lala zrobiła duże oczy na widok lornetki, ale tylko westchnęła i poszła do kuchni, by zaparzyć teściowej ulubioną herbatę. Do herbaty podała jagodzianki, które kupiła rano, wyprawiając męża do Krakowa.

Kiedy umyta i ubrana Eliza stanęła w drzwiach kuchni, śniadanie było gotowe.

– Piotrula pojechał? – spojrzała pytająco na zamyśloną Lalę siedzącą przy stole.

– Pojechał... Dlaczego mama spała na balkonie? Aż tak było gorąco? Leżak chyba nie jest zbyt wygodny. Może powinnyśmy kupić hamak? Nie no co ja mówię – zreflektowała się synowa. – Przecież tu za mało miejsca... Wentylator! Jeszcze jeden wentylator! Pójdziemy do sklepu i...

– Przeżyję bez wentylatora – Eliza z przyjemnością zaciągnęła się aromatem ulubionej herbaty i upiła łyk. – No tak, upał mi dokopał, owszem. Ale nie mogłam spać głównie z powodu Antoniny i dlatego wyszłam na balkon. Chciałam obejrzeć... Jak to się mówi?... A, miejsce zdarzenia... Zobacz sama – podała synowej swoją komórkę. – Nakręciłam to w nocy. Słabo widać, ale...

– Przyniosę laptopa – poderwała się Lala. – I przerzucę ten film do siebie. Piotruś pokazał mi parę sztuczek. Może uda mi się poprawić ostrość... Niech mama coś zje. Zaraz wracam.

Eliza posłusznie ugryzła kawałek jagodzianki, nie patrząc nawet na to, co je. Czuła ulgę na myśl, że jej ukochany syn akurat dziś wyjechał i nie będzie musiała wysłuchiwać jego przestróg i pouczeń. Za to bez ograniczeń będzie mogła korzystać z czasu i umiejętności jego małżonki.

– Poprawiłam jakość! – podekscytowana Lala wpadła do kuchni i z rozmachem postawiła laptopa na stole. – Mamo! Ktoś plątał się w nocy po mieszkaniu nieboszczki! Widać wyraźnie światło latarki!

– Wiem, kochana – Eliza kiwnęła głową z widoczną satysfakcją. – A ponieważ nie wierzę, że eteryczne zjawy z zaświatów potrzebują materialnej latarki, by zajrzeć w znajome kąty, jestem pewna, że nocną wizytę składał ten, kto pomógł Antoninie wylecieć przez to okno. I dlatego właśnie wzięłam na balkon lornetkę. Żeby przyuważyć, kto wyjdzie z klatki. Tam w nocy zapala się automatycznie światło...

– Wiem – przerwała Lala. – Piotruś mi tłumaczył. Wmontowany jest czujnik ruchu... I co? Ktoś się pojawił? Znamy go? – wpatrzyła się z nadzieją w teściową.

– Nie – odparła Eliza z westchnieniem. – To znaczy nie wiem, czy go znamy, bo... Nie mam pojęcia, co ten cymbał tam tak długo robił i kiedy wreszcie wylazł, bo czekałam i czekałam, aż...

– ...aż mama zasnęła – dokończyła rozczarowana Lala.

– Bo to flegmatyk jakiś! – burknęła z urazą Eliza. – W dodatku nienormalny! Najpierw przez pół godziny latał z tą latarką po mieszkaniu. Wiem, bo patrzyłam na zegarek – światło znikło po trzydziestu dwóch minutach. Więc od razu złapałam lornetkę i nie spuszczałam oka z drzwi klatki. Komórkę miałam w drugiej ręce, żeby mu fotkę strzelić, jak będzie wyłaził... No i tak czekałam, czekałam i czekałam, a ten bałwan się nie pokazywał. Nogi mnie w końcu rozbolały, więc usiadłam na leżaku, no i chyba przysnęłam... Ale przysięgam, że przez czterdzieści minut nie odrywałam oczu od tych cholernych drzwi! Nawet jakby złaził na czworakach i tyłem, to przez ten czas dotarłby na parter! To jakiś zwyrodnialec!

Lala przez chwilę milczała, przeżuwając informacje, po czym niepewnie powiedziała:

– Niekoniecznie. A może to ktoś z sąsiadów?

Elizę zatchnęło na moment. Tej opcji nie wzięła pod uwagę. Poderwała się z krzesła, na stojąco wepchnęła w siebie resztę jagodzianki, dopiła herbatę i zakomenderowała:

– Zbieraj się, Lala! Idziemy do Malwiny! Tylko najpierw sprawdzę, gdzie jest. Mam nadzieję, że w domu a nie w swoim barku...

Malwina Letycja Pędziwiatr – stateczna kulinarna bizneswoman w kraśnickim wydaniu, przez chwilę tępo wpatrywała się w podekscytowaną twarz przyjaciółki, a potem na jej obliczu błysnęła zgroza.

– Czy cię rozum opuścił, kobieto? – wysyczała, kiedy głos jej wrócił. – Za chwilę jedziemy na wakacje, a ty sobie jakąś szczęśliwą nieboszczkę wymyśliłaś? Nudzi ci się?! Zabieraj się za pakowanie, bo znowu wszystko zostawisz na ostatnią chwilę!

– Ona nie popełniła samobójstwa – uparła się Eliza. – Szczęśliwi ludzie nie skaczą z okna!

– Szczęśliwi ludzie też robią rozmaite głupoty – oświadczyła twardo Malwina i groźnie wycelowała w nią palec. – Ty sobie z tego szczęścia wzięłaś na głowę Stasiulka z mamusią, a ja tego cholernego Pędziwiatra... Odczep się od kobity! Sama mówiłaś, że zostawiła list! Szczęście jej minęło i skoczyła...

– Nie skoczyła! – warknęła Eliza. – Wiem, z kim rozmawiałam! Gdybyś miała ochotę popełnić samobójstwo po dezercji Pędziwiatra, wybrałabyś taki głupi sposób? Prochy, gaz, żyły sobie podciąć, utopić się ostatecznie, to rozumiem, ale skoczyć z okna?

– A gdzie się miała utopić? – zainteresowała się zgryźliwie Malwina. – Wisła u nas nie płynie. W wannie? I nie porównuj mnie z jakąś samobójczynią! Prędzej bym Pędziwiatra utłukła niż siebie!

– A ty Wanda jesteś, że ci Wisła potrzebna? Zalew mamy. I basen.

– I ratowników – Malwina puknęła się wymownie w czoło. – Od śledztw jest policja. Im za to płacą.