Opis

Książka jest relacją z 3,5-miesięcznej podróży przez Afrykę, którą odbył Arkady Paweł Fiedler, wnuk wybitnego polskiego podróżnika i pisarza – Arkadego Fiedlera. Ponad 16-tysięcznokilometrową trasę wiodącą wzdłuż Afryki Wschodniej od Egiptu przez Sudan, Etiopię, Kenię, Ugandę, Rwandę, Tanzanię, Zambię, Botswanę, Namibię do Przylądka Dobrej Nadziei w Republice Południowej Afryki przejechał fiatem 126 p, czyli poczciwym maluchem. Pomysł na tak nietypową wyprawę zrodził się z pasji podróżowania samochodem, sentymentu do tego, jak się później okazało, charyzmatycznego pojazdu – Zielonej Bestii, który działał na Afrykańczyków jak magnes, i przede wszystkim drzemiącej w genach chęci spełnienia marzenia o egzotycznej ekspedycji.

Charakter publikacji odwołuje się do klasycznej formy dziennika podróży, w którym śledzimy codzienne życie człowieka, który spontanicznie docierając do zapomnianych wiosek i miasteczek, odkrywa swoją, inaczej doświadczaną Afrykę. Jak pisze Fiedler: Afryka odkrywana i widziana zza okna dzielnego malucha staje się moją Afryką. Ten typ podróżowania: dodaje autentyczności w poznawaniu świata. W ten sposób poznaje niezwykle gościnnych Nubijczyków, widzi biedę i codzienną udrękę w Etiopii, jest świadkiem święta Hamerów, czyli słynnej ceremonii skoków przez byki, obrzędu, podczas którego chłopiec staje się dojrzałym mężczyzną i nabywa prawo do znalezienia sobie partnerki. W Namibii spotyka się z potomkami Buszmenów. 

Dopełnieniem relacji z tej niezwykłej podróży są zamieszczone w książce zdjęcia, które ukazują nie tylko piękno przyrody, ale także nieznany nam świat afrykańskich tradycji i wierzeń.

Celem ekspedycji jest również realizacja filmu dokumentalnego, którego ideą jest miedzy innymi pokazanie zmian cywilizacyjnych, przez które przechodzi Afryka. Ekipa odpowiedzialna za materiał do ww. projektu towarzyszyła Fiedlerowi podczas całej wyprawy. Emisja 10-odcinkowego serialu planowana jest na koniec kwietnia lub początek maja 2016 roku.

Projekt „Maluchem przez Afrykę” był nominowany do nagrody National Geographic Traveler.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

Przedstawicielki ludu Samburu – Albert Wójtowicz

Zdjęcie na skrzydełku okładki

Adam Cieślawski

Opracowanie redakcyjne

Elżbieta Kowalewska

Redaktor prowadzący

Barbara Czechowska

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Elżbieta Steglińska

Krystyna Wysocka

Zdjęcia

Albert Wójtowicz

Mapa

Anna Szymańska

© for the text and photos by Arkady Paweł Fiedler, Warszawa 2016

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-7495-930-8

Sport i Turystyka – MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

Książkę dedykuję Anh, Mai i Arkademu Antoniemu. Dziękuję, że byliście, gdy mnie nie było

Dziękuję mojemu tacie Arkademu Radosławowii siostrze Dianie za wsparcie i zmotywowanie mniedo napisania tej książki. Bez Was ona by nie powstała

Prolog

Jak wyjechać Maluchem do Afryki

Mój pracodawca w Wielkiej Brytanii, firma National Amusments UK Ltd., która prowadzi sieć kin Showcase Cinemas, co jakiś czas organizowała spotkania biznesowe dla wszystkich dyrektorów swoich kin. Byłem jednym z nich, więc też musiałem uczestniczyć w podobnych spotkaniach. W 2008 r., kiedy pracowałem dla firmy już dobrych kilka lat, coraz bardziej odczuwałem jakąś wielką tęsknotę, jeszcze wtedy nie do końca wiedziałem za czym. Praca zaczęła mnie strasznie denerwować i pomimo kilku sukcesów zawodowych oraz możliwości awansu czułem, że się nie realizuję, nie spełniam, że marnuję swój czas, robiąc coś na siłę, właściwie tylko dla chęci zarobku i stabilnej sytuacji materialnej. Przełom nastąpił podczas jednego z takich spotkań. Czasy były niespokojne, kryzys nazywany przez Brytyjczyków credit crunch pogrążał Wielką Brytanię i ludzie masowo tracili pracę. Zamykano firmy, nawet te o wieloletnich tradycjach, ikony brytyjskich High Streets. Chociaż branża kinowa w miarę dobrze się trzymała, bo kino to jedna z tańszych rozrywek w Wielkiej Brytanii, również i moją firmę dotknęły problemy, o których mieliśmy dyskutować na spotkaniu. Biedniejsi ludzie musieli ograniczać swoje cotygodniowe wypady do movies, za to ci, którzy do tej pory zarabiali więcej, zaczęli wracać do kin i tańszej rozrywki. Problem firmy tkwił w kredytach zaciągniętych przez firmę matkę w Stanach Zjednoczonych, dążącą do ich szybkiej spłaty. Niestety, kryzys sprawił, że okazało się to niemożliwe. Kiedy siedziałem na tym spotkaniu i patrzyłem na wszystkie te słupki, wykresy, dane, analizy, gdzie ciąć, gdzie zarabiać więcej, doznałem olśnienia: co ja tutaj robię? Nagle dotarło do mnie, że przecież zupełnie mnie to wszystko nie interesuje. Czułem się wypalony. Owszem, walczyłem jeszcze twardo w firmie przez następnych kilka lat. Placówki, którymi zarządzałem, prężnie działały i były zyskowne. Kino dostało nagrodę za najlepsze kino roku, a ja zostałem menedżerem roku w swoim regionie. Jednak od czasu tamtego spotkania miałem poczucie, że muszę tę swoją narastającą tęsknotę rozpoznać i nazwać po imieniu. Dojrzałem do jakiejś zmiany, do pierwszego ruchu. Chciałem wsiąść w samochód i dokądś pojechać. Postanowiłem zacząć od swojego kraju, Polski, do której zawsze mnie ciągnęło.

Większość urlopu spędzałem zwykle z bliskimi w Puszczykowie. Tym razem zamiast spokojnie odpoczywać w rodzinnym domu, postanowiłem samochodem ruszyć w drogę. Pragnąłem odwiedzić miejsca znane mi z wakacyjnych wypadów, te, które odwiedzałem, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, oraz te poznane w czasach liceum i studiów. Chciałem zobaczyć, co się tam zmieniło, ale przede wszystkim pragnąłem dotrzeć do miejsc, które były mi jeszcze nieznane. Doszedłem do wniosku, że najbardziej zróżnicowaną Polską, i z tego powodu szczególnie ciekawą, będzie Polska wzdłuż granic. Zaplanowałem objechać ją jak najbliżej granic, jedną z najdłuższych możliwych tras w kraju. Wtedy też wpadłem na pomysł, aby wybrać się w tę podróż maluchem, skoro ma to być podróż sentymentalna. W przeszłości często jeździło się właśnie maluchem, zatem dlaczego by sobie teraz nie przypomnieć, jak się taką maszynę prowadzi?

Do udziału w wyprawie zaprosiłem mojego wieloletniego przyjaciela Mateusza Kunickiego. Zgodził się i przystąpiliśmy do planowania podróży. Wpadłem też na pomysł udokumentowania naszej ekspedycji. Pisanie nigdy za dobrze mi nie szło, dlatego postanowiłem zarejestrować podróż filmowo. Dołączyli do nas operator Marcin Aziukiewicz, dźwiękowiec, który często zapominał nagrywać dźwięk, moja siostra z mężem i brat, którzy dokumentowali podróż fotograficznie. Załoga jechała oczywiście innym samochodem. Śledzili i uwieczniali to, co się dzieje z Maluchem na trasie. Auto było trochę przerdzewiałym granatowym EL-em z 1998 r., kupionym za 800 złotych. Podreperowaliśmy je i wyruszyliśmy na wakacje. Wakacje inne niż wszystkie.

Projekt udał się świetnie, zrealizowałem wszystko, co sobie zaplanowałem. Powstał film z podróży. Poza odkryciem niezwykłych stron naszego kraju dokonałem dwóch bardzo osobistych konstatacji. Moja tęsknota, którą próbowałem zdefiniować, okazała się tęsknotą za podróżą, poznawaniem świata, za przemieszczaniem się i docieraniem do nowych nieznanych miejsc. Zawsze lubiłem podróże, wakacje i wyjazdy, przygotowania do nich, lecz nigdy wcześniej nie czułem, że podróż może stać się sposobem na życie. Drugim odkryciem był rzecz jasna Maluch. Odkryłem go jakby na nowo, ten trochę niedorzeczny wdzięk maszyny z przeszłości. Maluch był moim pierwszym samochodem i bez trudu zabierał mnie do wielu ciekawych miejsc. Podczas pamiętnej podróży wzdłuż granic Polski przejechałem nim w sumie ponad 4500 kilometrów. Okazało się, że rzeczywiście po przesiadce ze współczesnego samochodu jazda maluchem może być trudna, lecz bardzo pouczająca. Brak miejsca, niewygodne fotele, ryk silnika bez mocy i sznur samochodów za tobą, w szczególności gdy wleczesz się pod górkę – doprawdy maluch może nauczyć kierowcę pokory. Narzuca podróży swój własny rytm, zmusza do wolnej i rozważnej jazdy. Wymaga, by o niego dbać i nie szarżować, jeśli chce się utrzymać samochód jak najdłużej w jednym kawałku. W maluchu funkcjonuje się wolniej. W ogóle mam wrażenie, że dzięki podróży nim to dzisiejsze, tak pędzące życie zwalnia. Jest się jakby bliżej mijanych po drodze miejsc. Podróż nie jest tylko przemieszczaniem się z miejsca do miejsca w zamkniętej puszce. Jadąc kaszlakiem znacznie lepiej rozpoznaje się przestrzenie pomiędzy celami podróży. Sama droga i jazda wypełniają się treścią. Stają się przygodą.

Zastanawia fakt, że w dzisiejszych czasach, naznaczonych ciągłą pogonią za nowością – także w dziedzinie motoryzacji, pamięć o maluchu nie odchodzi do lamusa. Przeciwnie, autko wzbudza sentyment i zainteresowanie, implikując przyjazne relacje ze spotkanymi po drodze ludźmi. To, co mi się najbardziej podoba w podróży nim, to fakt, że nawiązuje się z pojazdem bardzo specyficzną więź. Maluch to raczej niepewna maszyna. Przy dłuższych eskapadach jest gwarantowane, że coś się popsuje. Trzeba więc o niego dbać, szanować go, respektować jego ograniczenia, wręcz chuchać na niego. Pamiętać o tym, żeby ze względu na nieduży bak zjechać do stacji benzynowej mniej więcej co 300 kilometrów. Dłuższej podróży towarzyszy pewien niepokój, czujny kierowca wsłuchuje się w każdy dźwięk, który wydaje auto. Maluch staje się równouprawnionym członkiem ekspedycji.

Podczas tej kilkunastodniowej podróży po Polsce, odkrywając różnorodne miejsca, podjąłem decyzję, że warto spróbować poważniej związać swoją przyszłość z podróżami, że jest to moment w moim życiu, kiedy mogę jeszcze takiej zmiany dokonać. A jeśli się nie uda, to do korporacji zdołam zawsze wrócić. Posmakowawszy doświadczeń, jakie daje podróż Maluchem, postanowiłem, że zabiorę go na następną wyprawę. Do Afryki. O podróży samochodem po Afryce myślałem już od jakiegoś czasu. Kontynent ten fascynuje mnie od dzieciństwa i w jakimś sensie, dzięki muzeum w Puszczykowie[1], w którym się wychowywałem, i dzięki mojemu dziadkowi i ojcu jest mi bliski. Gdy kiedykolwiek w przeszłości myślałem o dalekim świecie, Afryka zawsze pojawiała się na pierwszym miejscu – jako ląd znany mi do tej pory tylko ze zdjęć, opowieści i muzealnych eksponatów.

Konkretne przygotowania zaczęły się na rok przed wyjazdem. W planowaniu wyprawy zawsze staram się najpierw dokładnie sprecyzować jej cel. Oczywiście, może ich być kilka. Gdy nie podróżuje się samotnie, niezwykle ważne okazuje się ustalenie i wyznaczenie konkretnych zadań wszystkim uczestnikom podróży. Musi być pewność, że wszyscy dobrze wiedzą, za co są odpowiedzialni. W moim przypadku, poza osobistym celem, jakim była sama podróż i chęć przemierzania Afryki, nakreśliłem dwa zadania. Pierwszym było przejechanie kontynentu afrykańskiego z jednego krańca na drugi małym fiatem, i to on miał być głównym bohaterem podróży. Drugim nakręcenie filmu ukazującego podróż takim samochodem przez miejsca, do których nigdy jeszcze nikt nim nie dotarł. Czyli de facto mój projekt, który nazwałem PoDrodze Afryka, stał się ekspedycją filmowo-podróżniczą.

Teraz trzeba było przygotować samochód, skompletować ekipę odpowiedzialną za film i zorganizować dla niej drugi samochód, sprzęt filmowy i wyprawowy, przygotować trasę, no i oczywiście zadbać o finanse i sprawy organizacyjne typu wizy, szczepienia itd. Najprostszym elementem tej układanki było zaplanowanie trasy. Naczytałem się sporo książek relacjonujących podobne podróże, poprzeglądałem strony internetowe, po czym usiadłem do Google maps i zacząłem planować zarys drogi, którą chciałbym jechać. Obecnie są tylko dwie bezpieczne drogi prowadzące przez kontynent afrykański. Jedna wschodnim wybrzeżem, a druga zachodnim. Postanowiłem pojechać stroną wschodnią, trochę ze względu na to, że mój dziadek i ojciec jeździli do Afryki Zachodniej i moja podróż przez Afrykę Wschodnią mogłaby uzupełnić lukę w rodzinnych podróżach. Afrykę Zachodnią, która też mnie wabi, zostawiłem na następną podróż.

Kilka lat temu, przed wybuchem wiosny arabskiej, do Afryki Wschodniej można było się dostać z Europy na kilka sposobów – płynąć promem do Tunezji i potem przez Libię dojechać do Egiptu lub drogą lądową dostać się do Egiptu przez Syrię. Niestety, w momencie mojego wyjazdu okazało się to niemożliwe ze względów bezpieczeństwa. Pozostało jedynie udać się bezpośrednio do Egiptu. Początkowo planowałem jechać drogą lądową do Iskenderun w Turcji, skąd pływał prom do Egiptu. Niestety, prom został zawieszony tuż przed rozpoczęciem wyprawy i ostatecznie trzeba było wysłać samochody w kontenerze z Gdyni.

Do nakręcenia filmu dokumentującego wyprawę zaprosiłem, tak jak w podróż dookoła Polski, doświadczonego operatora Marcina Aziukiewicza. Marcin dawał gwarancję, że nakręcone setki godzin materiału filmowego z Afryki będą jakościowo o niebo lepsze niż wakacyjne filmiki na YouTube. Bardzo podobały mi się jego zdjęcia z naszej eskapady po Polsce i cenię go za solidne podejście do pracy. Operator filmów podróżniczych musi być przede wszystkim empatyczny i otwarty wobec samej podróży oraz nieznanego, które ona ze sobą niesie. Marcin świetnie się do tego nadaje, a poza tym dobry z niego kompan. Byłem przekonany, że poradzi sobie z trudami afrykańskiej podróży. Niestety, kilka miesięcy przed wyjazdem poważnie nawalił mu kręgosłup i nie mógł ze mną pojechać. Wcześniej chęć wyjazdu wyrażał Kris, mój kolega z czasów londyńskich, który później pod okiem Marcina montował film z wyprawy krajowej. Kris podszedł do szansy wyjazdu z dużym entuzjazmem. Przedstawiłem mu warunki i czego może się spodziewać w tak długiej i wymagającej podróży. Pieniądze oczywiście były symboliczne, ale miał wyjazd do Afryki za darmo. Dałem mu kilka tygodni, aby ułożył sobie wszystkie sprawy i ostatecznie potwierdził decyzję, co uczynił i przekonał mnie, że chce zrobić świetny film. Najbardziej zależało mi na tym, żeby ten film autentycznie oddawał charakter podróży, żeby kamera spontanicznie podążała za tym, co ona przyniesie. Dlatego w ramach przygotowań do projektu poleciłem mu, aby obejrzał kilka realizacji telewizyjnych i filmowych, dotyczących różnych ekspedycji, których charakter najbardziej mi odpowiadał.

Przygotowania nabierały coraz większego rozpędu. Zacząłem się zastanawiać, czy powinienem zastosować w maszynie jakieś ulepszenia. Obiło mi się o uszy, że właśnie zakończyła się czeska wyprawa trabantami przez Amerykę Południową, w której brał też udział polski zespół z maluchem. Znalazłem w internecie informację, że jeden z jej uczestników jest z Poznania. Zapytałem go, czy zechciałby się ze mną spotkać i pogadać o swoich doświadczeniach z podróży.

Radek zaczął rozmowę od pytania, które nieco zbiło mnie z tropu:

– Ale dlaczego tym strasznym samochodem?

Okazało się, że nie podróżował maluchem z zamiłowania do tego pojazdu, lecz na zaproszenie Tomka z Krakowa, który kiedyś pojechał małym fiatem do Mongolii.

Podczas wyprawy Czechów Radek zajmował się naprawami malucha na trasie. Zasugerował mi kilka przeróbek w aucie, a przede wszystkim zamontowanie w nim chłodnicy oleju. W przeciwnym razie pojazd może nie wytrzymać wysokich afrykańskich temperatur. Zadeklarował się, że podeśle mi listę takich przeróbek i listę części, które powinienem wymienić na nowe. Zainteresowała mnie bardzo opowieść o filmie, który nakręcili Czesi. Dowiedziałem się od Radka, że połowa materiału filmowego była jego autorstwa. Szukałem osoby, która mogłaby asystować głównemu operatorowi filmu i być jednocześnie drugim operatorem, a ponadto przydałby się ktoś z doświadczeniem mechanika. Zaproponowałem mu, aby dołączył do ekspedycji.

Pozostało zorganizować drugi samochód i kierowcę. Pomyślałem o Kubie Dąbrowskim, którego poznałem kilka lat temu na wyjeździe do Namibii, organizowanym przez jego dziewczynę Aldonę. Byłem wtedy w Afryce po raz pierwszy. Kuba miał duże doświadczenie wyprawowe i nadawał się do tego świetnie. Był też chyba jedyną osobą prowadzącą samochód, przy której mogłem się zdrzemnąć na siedzeniu pasażera. Nie ze względu na jakąś szczególną monotonię jego jazdy, ale dlatego że prowadził bardzo pewnie. Kuba zgodził się na udział w wyprawie i ekipę miałem w komplecie.

Przed wyjazdem kontaktowaliśmy się wszyscy regularnie, kilka razy zorganizowałem wspólne spotkania. Omawialiśmy cele wyprawy, trasę, podział ról i obowiązków oraz warunki uczestnictwa w projekcie. Problemem okazało się znalezienie odpowiedniego samochodu dla ekipy. Najlepiej nadawałby się do tego ładowny pikap. Oprócz sprzętu wyprawowego i filmowego zamierzałem też w nim umieścić części do Malucha, więc przestrzeń ładunkowa była bardzo istotna. Żaden z producentów takich pojazdów niestety nie chciał się zaangażować w projekt, dlatego ostatecznie musiałem za pożyczone pieniądze kupić samochód, oczywiście z nadzieją, że wróci do Polski w całości. Po podróży zamierzałem go sprzedać i spłacić dług. Wybrałem toyotę hilux z 2008 r. ze 120-konnym silnikiem 2,4 Diesel. Kuba orzekł, że to straszny muł, a do tego z blokadą mostu tylko na zasadzie LSD. Samochód nie był specjalnie przygotowywany do wyjazdu, poza zmianą olei, filtrów i paska rozrządu. W porównaniu do spotykanych na afrykańskich drogach wyprawówek, wyglądał dość skromnie. Sprzęt, które tamte woziły, pewnie kilkakrotnie przekraczał wartość naszej toyoty. Pojazd jednak świetnie się sprawdził. Służył nie tylko jako środek transportu ekipy, ale także jako ruchomy statyw, dzięki czemu wiele ujęć Malucha jest dynamicznych.

Na wyprawę chciałem zabrać Malucha, którym jechałem wzdłuż granic Polski. Niestety, było to niemożliwe, gdyż od tamtego wyjazdu był bardzo rzadko używany i w dużym stopniu podupadł blacharsko. Próbowałem go naprawiać, ale okazało się, że 90 procent blachy wymaga wymiany, co z kolei było zbyt kosztowne. Postanowiłem więc wymontować z samochodu wszystko, co zdatne do użytku, włącznie z silnikiem, i kupić inną maszynę. Nowym pojazdem wyprawowym został zielony Maluch EL również z 1998 r., z przebiegiem 78000 kilometrów.

Znalezienie odpowiedniego mechanika też wymagało niemałej cierpliwości. Wszyscy, z którymi rozmawiałem, odmawiali współpracy. Część nie chciała brać odpowiedzialności za maszynę, obawiając się usterek w Afryce. Jeden nawet powiedział, pukając się w głowę:

– Chłopcze, Maluch ci się rozkraczy gdzieś w buszu i będziesz do mnie z płaczem dzwonił, że się popsuł.

Innym zaś po prostu nie chciało się grzebać w Maluchu. W końcu trafiłem do Marka. Z małymi fiatami miał do czynienia w przeszłości, nie przestraszył się i podjął wyzwanie, ruszając z remontem na pół roku przed wyjazdem. Części zostały skompletowane i można było zacząć pracę. Praktycznie zostało wymienione prawie wszystko, począwszy od zawieszenia przez hamulce, linki, gumki, sprężynki. Jednak z większości przeróbek zrezygnowałem, dochodząc do wniosku, że byłoby świetnie, gdyby Maluch pokonał Afrykę w wersji jak najbardziej zbliżonej do stanu fabrycznego, bez znacznych udoskonaleń. Zastosowałem tylko wzmocnione przeguby, aluminiową miskę olejową i maglownicę od fiata 126 bis, wyciąłem termostat i to wszystko. Pierwszy silnik został odebrany 12 dni przed wyjazdem, co nie dawało właściwie żadnych szans na jakiekolwiek poprawki, gdyby coś nie działało. Silnik został dotarty dopiero w Egipcie. Drugi silnik odebrałem na dzień przed wyjazdem, o 23.00.

Podróż przez Afrykę samochodem to nie wypad back­packera i wiąże się ze sporymi wydatkami. Do tego jeszcze produkcja filmu i ekipa z drugim samochodem, koszty razy cztery. Przed wyjazdem próbowałem zainteresować projektem wiele firm i instytucji, jednak proszenie w Polsce firm o wsparcie to bardzo niewdzięczna robota. Wydaje mi się, że niektórzy menedżerowie ciągle jeszcze podchodzą do tego typu projektów z bardzo małą wyobraźnią albo jej po prostu nie mają. Często pada też pytanie, a co ja będę z tego mieć, jeśli coś nie wypali i pozostanie tylko wielki wstyd? Na szczęście udało mi się też trafić na otwartych i zainteresowanych projektem ludzi. Kilkoro z nich i kilka firm wsparło projekt, za co jestem im bardzo wdzięczny. Podnoszące na duchu było też wsparcie kilkudziesięciu osób, które dołożyły się na paliwo, za co w podzięce wypisałem ich imiona na masce Malucha. Jechały razem ze mną przez całą Afrykę. Osiemdziesiąt procent wydatków musiałem wziąć na siebie. Wykorzystałem swoje oszczędności, pożyczyłem trochę pieniędzy od rodziny i do ostatniego grosza wydrenowałem swoją kartę kredytową.

Ostatni tydzień przed wyjazdem, po złożeniu i uruchomieniu Malucha, spędziłem, jeżdżąc nim po Wielkopolsce. Chciałem sprawdzić, czy wszystko działa. Działało. Maluch odpalał, jeździł i się nie psuł. Brał trochę więcej oleju, ale w tej fazie docierania to ponoć normalna sprawa. Po 500 km zmieniłem olej i z uczuciem ulgi mogłem zacząć się pakować.

Wysyłamy samochody

1 sierpnia 2014 r.

Dzisiaj w Puszczykowie stawiła się cała ekipa. Radek przyjechał wyprawowym Maluchem, ponieważ dzień wcześniej miał dospawać do rur wspierających hak holowniczy metalową kratkę osłaniającą miskę olejową, najniższy element auta. Kiedy zobaczyłem to dzieło, szczerze się przeraziłem. Kratka była ciężka, toporna i strasznie gruba. Zdecydowanie będę nią częściej orał pustynię, niż jechał do przodu – pomyślałem. Zobaczymy, najwyżej się ją zdemontuje. Wszystko właściwie było już gotowe do wyjazdu, pozostało tylko załadować samochody. Malucha zapakowałem w miarę szybko i sprawnie. Oprócz osobistych rzeczy umieściłem w nim cztery koła zapasowe, dwa na dachu i dwa w bagażniku. Na dach miały pójść jeszcze dwa kanistry na benzynę, które dopiero zamierzałem kupić. Ponadto zabrałem kilka części zamiennych, między innymi: alternator, rozrusznik, zapasowy resor, 20 filtrów powietrza i kilka filtrów paliwa oraz 5 litrów oleju silnikowego. W sumie załadowany był cały bagażnik i cała tylna kanapa wraz z miejscami na podłodze za siedzeniem kierowcy i pasażera. Siedzenie pasażera zostawiłem wolne. Nigdy nie wiadomo, może operator będzie chciał nakręcić coś w środku, albo może kogoś będzie trzeba dokądś podwieźć. Jak się okazało podczas podróży, przednie siedzenie służyło mi do zarządzania kamerami GoPro, których miałem 3 sztuki, bateriami, ładowarkami i kabelkami do nich. Był to taki mój osobisty stolik, z którego podczas jazdy bardzo często korzystałem. Trzymałem tam również mapę, telefon, radio do kontaktu z drugim samochodem, jedzenie i picie.

Trudniej było spakować toyotę. Choć na pace miejsca było wiele, to ledwo udało się wszystko zmieścić. Musiały tam wejść dwie skrzynie, głównie z częściami do Malucha, ale także z kilkoma rzeczami do toyoty, jak filtry i oleje. W bagażniku jechało jedno koło zapasowe do toyoty, drugie podróżowało na dachu, a trzecie pod podwoziem. Na dach wepchnąłem jeszcze trapy na błoto lub piach. W jednej skrzyni było miejsce na zapasowy silnik do Malucha z mojej starej granatowej maszyny, który miałem odebrać z warsztatu. Im bliżej do wyjazdu, tym bardziej obawiałem się o awaryjność fiacika, dlatego lista części zamiennych, poszerzona też o zapasowy silnik, robiła się coraz dłuższa i dłuższa… Byłem nie na żarty spanikowany. Dręczyło mnie, że Maluch będzie mi się co chwila psuł i jak sobie z tym poradzę na afrykańskiej ziemi. Co zrobię, jeśli zabraknie mi jakiejś części do wymiany? Na przejechanie Afryki nie miałem zbyt wiele czasu, tym bardziej na ewentualne oczekiwanie przesyłki ratunkowej z Polski. Żartowaliśmy, że z tych wszystkich części, które wiozłem, będę mógł zbudować prawie nowego Malucha. Byłem naprawdę przerażony.

Sprzęt kuchenny oraz cały sprzęt wideo też upchnęliśmy w toyocie. Chłopaki zapakowali swoje namioty i torby. I byłoby dobrze, gdyby nie to, że przez nieszczęs­ny i nieobecny jeszcze zapasowy silnik, trzeba było wszystko za chwilę rozpakować, aby go włożyć do odpowiedniej skrzyni. Silnik Malucha wielkością przypomina bardziej silnik motocykla niż samochodu, więc miejsca specjalnie dużo nie zabierał, ale skrzynia, w której miał się znaleźć, znajdowała się na samym spodzie sterty pakunków.

2 sierpnia 2014 r.

Nareszcie dzień wyjazdu! Silnik Malucha w końcu zapakowany, wszystko gotowe. Wyjazd z puszczykowskiego Muzeum dziadka Arkadego w samo południe. Za trzy dni samochody będą pakowane do kontenera w Gdyni. Po drodze mam jeszcze zboczyć z trasy i zahaczyć o Warszawę, bardzo istotny punkt w mojej podróży. W stolicy bowiem muszę odebrać karnety CPD (Carnet de passage) dla obydwu samochodów. Umówiłem się na ich odbiór 4 sierpnia.

Do Puszczykowa przyjechała pożegnać Malucha całkiem spora grupa ludzi – niemało znajomych, media też dopisały. Uderzyło mnie, że wiele osób uważa moją podróż za wyczyn. A ja nie traktuję swoich podróży w ten sposób. Nie uprawiam sportów wyczynowych, tylko jeżdżę po świecie, poznaję ludzi i odkrywam nowe, nieznane miejsca. Jazda Maluchem jest integralną częścią tych podróży.

W końcu ruszyliśmy w drogę. Maluch na czele, toyota jego śladem. Najpierw oczywiście na stację benzynową, później do sklepu kupić prowiant na kolację i dalej w kierunku Warszawy. Na trasę zamiast głównych dróg wybrałem boczne, mniej uczęszczane, za to zdecydowanie ciekawsze. Maluch nadaje się świetnie do jazdy takimi peryferyjnymi trasami. Nieśpieszna jazda sprzyja lepszemu poznawaniu miejsc i można je chłonąć nawet zza szyby samochodu.

Założeniem trzydniowej wspólnej jazdy po Polsce, poza oczywiście odebraniem karnetów w Warszawie i dotarciem do portu w Gdyni, było trochę lepsze poznanie się ekipy w warunkach podróży. W tym krótkim czasie trzeba było sprawdzić, czy cały ten ekspedycyjny „organizm” nie zacznie się rozpadać. Testowaliśmy między innymi sprzęt filmowy, sprawdzaliśmy możliwości i sposoby filmowania Malucha na drodze, w ruchu. Uczyliśmy się współpracy i koordynacji między ekipą w toyocie i mną w Maluchu. Niestety, już na samym początku nie wszystkie aspekty tej współpracy wychodziły.

Maluch sprawował się dobrze, mnie też całkiem nieźle się jechało. Nie przeszkadzały mi hałas i wysoka temperatura powietrza. Chcąc oswoić się z kamerą zamontowaną w samochodzie, dużo do niej mówiłem. Raz nawet wałkowałem jakiś temat przez dobre pół godziny, co było dla mnie zaskoczeniem, bo do tej pory mówienie do kamery raczej mnie paraliżowało i efekty nie były najlepsze. Jedyny szkopuł w tym, że zapomniałem włączyć mikrofon. Pierwszy nocleg rozbiliśmy nad jeziorem o nazwie Jeziorsko. Miejsce było dość nędzne. Co prawda nad samą wodą, ale w sąsiedztwie brudnego lasku. Nie mogło się obyć bez smażonych na ognisku kiełbasek na kolację.

3 sierpnia 2014 r.

Dzisiejszy plan to dojazd w okolice Warszawy i nocleg na kempingu na granicy Puszczy Kampinoskiej. Źle mi się jechało, byłem strasznie niewyspany. W nocy trapił mnie przebieg dnia i martwiłem się o synchronizację ekipy. W pewnym momencie zaczęło coś mocno szarpać w Maluchu przy ruszaniu na pierwszym biegu i wstecznym. Już dzień wcześniej odczuwałem jakieś poszarpywanie, dzisiaj jednak zdecydowanie się to nasiliło, do tego stopnia, że miałem niekiedy problem z samym ruszaniem. Trzeba będzie sprawę zbadać jutro wieczorem po dojeździe do Rumi, gdzie mieliśmy się zatrzymać na noc u Kuby i Aldony. Kuba ma na szczęście kanał w garażu, co ułatwi sprawę.

Wieczorem na kempingu chciałem przedyskutować dwa dni wspólnej podróży i omówić sprawy filmu. Niestety, rozmowa zeszła na pierwsze małostkowe konflikty, które pojawiły się w załodze. Wściekłem się, że jeszcze przed wyruszeniem na afrykański kontynent dzieją się takie rzeczy. Że też zachciało mi się produkować filmy – pomyślałem. Mogłem przecież wybrać się jedynie na miłą wycieczkę do Afryki i nic więcej!

4 sierpnia 2014 r.

Rano szybkie śniadanie i wyjazd do Warszawy na umówione spotkanie w siedzibie PZM po odbiór karnetów. Przywitał nas Maciej Różański, z którym utrzymywałem kontakt podczas kilkumiesięcznej procedury załatwiania karnetów. Wspaniale, że PZM z dyrektorem na czele zgodzili się wesprzeć projekt, biorąc opłatę za karnet na siebie. Koszt takiego karnetu jest boles­ny, do tego trzeba zapłacić ogromną kaucję. Karnet jest swego rodzaju paszportem samochodu, którego zadaniem jest zabezpieczenie interesów celnych odwiedzanych krajów, stąd kaucja. Jej wysokość w przypadku Malucha wynosiła 15000 złotych. Za taką kwotę pewnie przejechałbym Maluchem całą Afrykę. Maciej zabrał nas do siedziby PZM-Travel, gdzie po podpisaniu kilku papierków otrzymaliśmy karnety. Dzięki dużej serdeczności załogi PZM miałem z głowy pierwszy, bardzo ważny element podróży kaszlakiem do Afryki. Maluch mógł być dumny ze swojego osobistego karnetu CPD. Droga do Czarnego Lądu stanęła przed nim otworem.

No, ale najpierw trzeba dojechać do Rumi i zobaczyć, co w Maluchu piszczy przed załadowaniem pojazdu do kontenera. Jadąc znowu bocznymi drogami, wpadliśmy na trasę Tour de Pologne, co zatrzymało nas na dobrą godzinę. Potem Kris z Kubą pojechali szybciej, bo po drodze musieli wpaść jeszcze do Bydgoszczy, gdzie Kris miał umówioną wizytę u lekarza. Ja wlokłem się dalej kaszlakiem, kaszlakowym tempem, z Radkiem na pokładzie, choć zacząłem się już scalać z moją maszyną i samotność zupełnie mi nie doskwierała. Poza tym Radek jeszcze chyba nie do końca pojął sens wczorajszej wieczornej rozmowy, a mi zupełnie nie chciało się do niej wracać.

Gdy dotarliśmy do Rumi, Radek, jako mechanik wyprawy, zabrał się do wyciągania silnika. Mnie od początku wydawało się, że problem tkwi w sprzęgle. Radek przeciwnie, twierdził, że coś jest nie tak ze skrzynią biegów. Nie chciało mi się wierzyć, bo skrzynia przed wyjazdem była dokładnie przejrzana i przygotowana do podróży. Ostatecznie wymieniliśmy łożysko docis­kowe sprzęgła z nadzieją, że to ono powodowało szarpanie. Niestety, nie poprawiło to sytuacji, a wręcz ją pogorszyło. Nowe łożysko było kiepskiej jakości i powodowało, że sprzęgło zaczęło się ślizgać na każdym biegu, nawet na czwórce. Kuba zasugerował, żeby zmienić samą tarczę sprzęgła i zostawić stare łożysko. Ale dochodziła już piąta rano i nie mieliśmy czasu na ponowne wyciąganie silnika. Samochód musiał znaleźć się w porcie o godzinie 9.00. Zdecydowałem, że wyślemy Malucha do Egiptu w takim stanie, w jakim jest, i ponownie zajmiemy się naprawą zaraz po wyciągnięciu pojazdu z egipskiego portu.

5 sierpnia 2014 r.

Zaledwie dwie godziny leżenia w namiocie i czas zbierać się do wyjazdu. Maluch na hol, aby nie spalić sprzęgła, i w drogę do portu w Gdyni. I tak właśnie zaczęła się moja przygoda. Na holu! Mam nadzieję, że nie jest to zły zwiastun i że w Afryce nie będzie trzeba zbyt często holować maszyny. Przykry to widok – Maluch na sznurku.

Sprawy w porcie trwały kilka godzin, dwa samochody zmieściły się w jednym kontenerze. Maluch został do niego wepchnięty, toyota wjechała o własnych siłach. Obydwa pojazdy zostały odpowiednio zamocowane, akumulatory odłączone i można było powiedzieć: do zobaczenia na początku września! Planowo statek miał pojawić się w egipskiej Damietcie 1 września. Drzwi do kontenera zamknięto i zaplombowano, a my rozjechaliśmy się w swoje strony.

Przed wylotem do Egiptu jadę jeszcze do Berlina i dla wszystkich członków wyprawy załatwiam wizy do Etiopii i Namibii. Wizy do innych afrykańskich krajów, przez które planowaliśmy jechać, można otrzymać podczas przekraczania granic. Procedura w etiopskiej ambasadzie okazała się nieskomplikowana, wszystko trwało niecałą godzinę. W namibijskiej niestety przeciwnie. Chciano wyrobić mi wizę od ręki, ale brakowało potwierdzenia rezerwacji noclegów w Namibii. Próby tłumaczenia, że przecież dojadę tam dopiero w grudniu, nie skutkowały. Musiałem umówić się w ambasadzie na kolejny termin i takie potwierdzenie dowieźć. Na szczęście pomogła mi znajoma z Namibii, która prowadzi tam biuro podróży. Ale nie wiza do Namibii była moim największym utrapieniem. Bardziej martwiłem się o udział Radka w ekspedycji. Spędzało mi to sen z oczu.

Wyjazd po wizy był właściwie gwoździem do trumny, albowiem Radek, pomimo trwających od kwietnia rozmów na temat jego paszportu, nie miał go jeszcze wyrobionego na dwa tygodnie przed wyjazdem. To przesądziło o mojej decyzji. Postanowiłem do niego zadzwonić i poinformować, że biorąc pod uwagę dobro całego projektu, nie mogę go zabrać i sfinansować mu wycieczki przez Afrykę. Mieliśmy różne wizje i podejście do wyprawy, nasze drogi musiały się rozejść.

Na 10 dni przed wyjazdem w miejsce Radka zaprosiłem Czosnka, czyli Alberta Wójtowicza, którego również poznałem na wcześniejszym wyjeździe do Namibii. Zdjęcia Czosnka podobały mi się. Umie trzymać kamerę, a na domiar przy jakimś spotkaniu powiedział, że jeślibym go zabrał na wyprawę do Afryki, to on może być nawet wyprawowym kucharzem. I tym argumentem, ponad wszystkimi innymi, wpisał się na listę członków wyprawy.

Egipt

Trudne początki na egipskiej ziemi

1 września 2014 r. Dzień 1.

W końcu w Afryce! Czekałem na ten moment od wielu miesięcy. Dzisiaj wreszcie zaczęła się moja afrykańska przygoda. Dzień wcześniej, wieczorem, wraz z Kubą i Krisem przylecieliśmy do Kairu. Z Czosnkiem, który leciał innym samolotem, mamy się spotkać dzisiaj. Zatrzymaliśmy się w tanim Garden Palace Hotel położonym w tak zwanym Garden City, tuż nad Nilem. Dobra lokalizacja, pomyślałem. W okolicy znajduje się wiele ambasad i hoteli. Blisko do centrum Kairu.

Przy śniadaniu wspominamy wieczorny rajd taksówką z lotniska do hotelu. Niezapomniane przeżycie. Kierowca dosłownie szalał na drodze, jak mi się początkowo wydawało. Dopiero później okazało się, że jego jazda w porównaniu z innymi zmotoryzowanymi szaleńcami była dość spokojna, może nawet monotonna. Ruch był duży, jak w godzinach szczytu. Miałem wrażenie, że na drogach nie istnieją żadne przepisy, a jeśli jakieś istnieją, to nikt się do nich nie stosuje. Panuje tu jakiś przedziwny kodeks ustalony między kierowcami, niemający odzwierciedlenia w prawie. Na jezdni auta przepychają się z upiorną determinacją. Światła jakby w ogóle nie miały znaczenia. Obojętnie, czy zielone, czy czerwone, trzeba jechać, pchać się, wciskać w każdą lukę, w najmniejszą wolną przestrzeń. O dziwo, mimo ogromnej liczby samochodów na drodze, panuje tu osobliwa harmonia. Ruch samochodowy funkcjonuje niczym jeden ogromny, żywotny, nigdy niezamierający organizm. Poszczególne samochody to cząstki tego organizmu, sygnalizujące swoją obecność nie tylko klaksonem. Zdarza się, że auto swoją bytność na jezdni zaznacza, uderzając lekko, acz stanowczo w najbliższy pojazd, czy to z rozmysłem, świadomie, czy nie. W efekcie wszystkie samochody krążące ulicami Kairu, te stare, przedpotopowe, nawet pięćdziesięcioletnie, i te nowe, współczesne noszą na sobie liczne ślady wgnieceń i zadrapań.

Zwłaszcza z początku jazda w tym kairskim pandemonium drogowym była dla nas bardzo stresująca. Człowiek nagle wpadł ze swego unormowanego świata w dziki chaos, od którego włos się jeżył na głowie. Największego chyba szoku doznałem, gdy wyprzedzaliśmy dwa samochody jadące blisko siebie, jeden tuż za drugim. Okazało się, że auto z tyłu po prostu pcha samochód z przodu, pędząc z prędkością co najmniej 60 km/h. Komicznie to wyglądało. Kierowca pchanego samochodu siedział rozwalony w fotelu i kierował swoim pojazdem, jakby taka sytuacja była czymś zupełnie normalnym. Oczywiście, jechał bez świateł. Zastanawiam się, jakby tutejszy ruch drogowy wyglądał, gdyby wszyscy jeździli zgodnie z przepisami, takimi jakie panują na przykład w Europie. Czy stałbym wówczas w korku, czy szybciej poruszał się do przodu? Pytania, które nigdy nie doczekają się odpowiedzi, bo harmi­der panujący na kairskich jezdniach ma cechy mistyczne, ponadczasowe.

Po śniadaniu postanowiliśmy nakręcić trochę materiału na ulicach w okolicy hotelu. Niestety, już pierwsze próby uświadomiły mi, że w tym kraju będę musiał się zmierzyć z masą problemów. W pewnym momencie, na drodze prowadzącej do słynnego placu Tahrir, znanego z ogromnych protestów mieszkańców podczas wiosny arabskiej, tuż po wyciągnięciu przez Krisa kamery podbiegł do niego z wrzaskiem policjant. Wyrwał mu aparat i ciągle krzycząc, prowadzi biedaka na posterunek policji kilkaset metrów dalej. Towarzysząc Krisowi, uświadamiam sobie, że Kair pozostaje ciągle w stanie jakiegoś totalnego zawieszenia, co wywołuje głęboki niepokój wśród jego mieszkańców. Ludzie tutaj wydają się strasznie nerwowi. Na każdym rogu spotyka się policję obwarowaną workami z piaskiem lub schowaną za tarczami kuloodpornymi. Na posterunku prowadzą nas do biura komendanta, który siedzi za ogromnym biurkiem na środku pokoju. Pali papierosa. Sam pokój jest bardzo ciemny, wszystkie okna zasłonięte, światła tyle co nic. Oczy muszą się przyzwyczaić do mroku, a nos do ostrego, niewywietrzonego zapachu tytoniu. Sceneria kojarzy mi się z posterunkami policji z filmów z lat 70. i 80. XX wieku. Po krótkiej wymianie zdań z policjantem, który nas tam przyprowadził, szef nakazuje nam pokazać materiał zapisany na karcie kamery. Następnie poleca innemu oficerowi wykasowanie karty pamięci. Sprawdza nasze paszporty i zwraca się do nas łamanym angielskim:

– Nie wolno filmować na ulicy. – I dodaje: – Welcome to Egypt.

Kris wystraszonym głosem przeprosił i wypuszczono nas do hotelu. Tego dnia nie było już mowy, by Kris ponownie wyciągnął aparat.

Po spotkaniu z Czosnkiem, który nabiegał się, chcąc znaleźć nasz hotel, udajemy się na poszukiwanie ambasady sudańskiej. Tam informują nas, że wyrobienie wizy do Sudanu trwa jeden dzień i kosztuje 100 dolarów. Potrzebny jest też list rekomendacyjny z polskiej ambasady. Tu trafiliśmy na przeszkodę, gdyż nieprzyjemna pani konsul oznajmia:

– Sudan to kraj niebezpieczny i nie będę brała odpowiedzialności za wystawienie takiego dokumentu.

Proszę ją o spotkanie i może osobistą rozmowę, tłumacząc, że zdobycie wizy w Kairze ułatwi nam dostanie się do Sudanu. Sugeruję, że mogę przyjść do ambasady jeszcze dzisiaj lub następnego dnia i że czas jest dla mnie bardzo istotny. Pani konsul była nieugięta:

– Proszę wpisać się na listę spotkań. Terminy spotkań będą w przyszłym tygodniu, do widzenia.

Odpuszczam, ona i tak nie zmieni zdania. Wizę spróbuję zdobyć w Asuanie, przy granicy sudańskiej, gdzie znajduje się sudański konsulat i ponoć nie trzeba pokazywać tam żadnych listów od drewnianych biurokratów. Zdecydowałem, żeby jechać do portu w Damietcie jutro. Statek z samochodami miał przypłynąć dzisiaj. Im wcześniej zabierzemy się do wyciągnięcia aut z portu, tym szybciej ruszymy w trasę.

2 września 2014 r. Dzień 2.

Rano w hotelu zamawiam taksówkę z prośbą, aby był to van lub minibus. W końcu jest nas czterech dużych chłopów z jeszcze większymi bagażami. Przywołany przez recepcjonistę strażnik wybiega na ulicę i zatrzymuje jakąś taksówkę. Po chwili podjeżdża leciwy biały hyundai sedan, z żadnej strony nieprzypominający busa. Kierowca taksówki zupełnie się nie przejął wielkością naszej grupy. Ze stoickim spokojem zaczyna układać torby na dachu auta, przewiązując je cienkim sznurkiem. Wypełnia bagażnik resztą toreb, a nas po kolei upycha wraz z bagażem podręcznym do samochodu.

Po dotarciu na przystanek autobusowy niedaleko stacji kolejowej okazuje się, że autobus do Damietty, mimo że już podstawiony, wyjedzie z opóźnieniem. Oczekiwanie trwa dwie godziny i w końcu ruszamy w drogę! Co prawda jeszcze nie Maluchem, ale już jadę! – pomyślałem. Autobus na początku jest prawie pusty, co rokuje przyjemną, kilkusetkilometrową przejażdżkę. Jednak na pierwszym przystanku za Kairem wsiada do niego więcej ludzi niż jest miejsc. Wiele rodzin czteroosobowych lokuje się z sukcesem na dwóch siedzeniach. W autobusie panuje spory gwar, ludzie jedzą, piją, śmieją się i oczywiście, tak jak na ulicach, wyrzucają wszystkie śmieci na podłogę. Przedzieraliśmy się później przez nie, wychodząc z autobusu.

W Damietcie nie mamy umówionego hotelu, trzeba więc znaleźć coś taniego. Nie planowałem dłuższego pobytu w tym mieście, pamiętając, że budżet wyprawy nie zakłada wielu noclegów w hotelach. A jeśli już, to jak najtaniej. Meldujemy się w hotelu El Manshy, 10 dolarów od osoby ze śniadaniem, w samym sercu miasta.

3 września 2014 r. Dzień 3.

Wstaję wcześnie rano, około 6.00. Właściwie nie mogłem spać przez całą noc, myśląc o nadchodzącym dniu. Dzisiaj mam podjąć pierwszą próbę odebrania samochodów z portu. Spodziewałem się problemów. Wjechanie samochodem do Egiptu to nieprosta sprawa. Naczytałem się sporo o tutejszych procedurach na różnych blogach i forach overlanderskich, stąd wiedziałem, że muszę uzbroić się w cierpliwość. Komuś podobno udało się załatwić wszystkie formalności w 3 dni, ale większości – dopiero po tygodniu. Byli i tacy, którzy w końcu porzucali swoje pojazdy w porcie, po miesiącach zmagań z biurokracją. Na jednym z forów znalazłem rekomendowanego fixera, czyli człowieka, który zawodowo pomaga podróżnym w „papirologii” egipskiej. Z Yasserem umawiam się na spotkanie w porcie o 9.00 rano. O 8.00 śniadanie, a po śniadaniu całą czwórką jedziemy taksówką do portu. Taksówkarz rzuca nam kosmiczną cenę 100 funtów egipskich za kurs, którą stargowaliśmy ostatecznie do 50. Yasser pouczył nas później, że kurs taki powinien kosztować 20 funtów egipskich, i pod koniec pobytu w Damietcie właśnie za taką już cenę będziemy jeździć taksówkami tą samą trasą. Perspektywa zobaczenia mojego pojazdu, jak mi się wydawało niebawem, wprawiała mnie w bardzo dobry nastrój. Niestety, Yasser już na samo przywitanie przebił tę bańkę dobrego humoru, wypowiadając cztery złowróżbne słowa, na dźwięk których w następnych dniach będę dostawał ciarek na plecach:

– There is BIG problem.

– Co się dzieje? Czy statek jeszcze nie przypłynął? – pytam.

Owszem, kontener jest już w porcie. Problem tkwi w konosamentach, o których Yasser wspominał w napisanym do mnie wcześniej e-mailu. Faktycznie, przed wysyłką samochodów napomknął, aby w przypadku wysyłania dwóch aut każde miało innego odbiorcę. Przekazałem tę wiadomość agentowi, który po stronie polskiej organizował wysyłkę. Agent załatwił ze spedytorem, firmą Hapag-Lloyd, żeby ten wystawił dwa oddzielne konosamenty na toyotę i Malucha, co według niego miało załatwić sprawę. Yasser zaakceptował taką wersję. Niestety, okazało się, że w polu odbiorcy na każdym z konosamentów jestem wpisany tylko ja. Pomimo przypisania Kuby do samochodu w karnecie CPD, egipscy oficjele nie będą chcieli zaakceptować takiego rozwiązania. I faktycznie nie chcieli. Pierwszego dnia zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Yasser zasugerował, aby skontaktować się z biurem Hapag w Polsce i poprosić o przesłanie nowych konosamentów. Następnych kilka dni spędzam na próbach namówienia Hapag do zmiany tych nieszczęsnych dokumentów, najpierw przez agenta, a później bezpośrednio przez jedną z dyrektorek w Hapag. Próby te okazują się nieskuteczne. Kontener jest zarejestrowany jako pełny i odbiorcą według systemu Hapag mogła być tylko jedna osoba. Gdyby to był kontener drobnicowy, sprawa byłaby już załatwiona. Próbujemy przeróżnych trików na wpisanie odbiorcy. Dopisujemy Kubę do mojego nazwiska, tak że nazywam się Arkady Fiedler Jakub Dąbrowski. Próbujemy zmieniać kolejność imion i nazwisk – nic nie pomaga. Egipscy celnicy są nieugięci.

– Nie może być jeden odbiorca dwóch samochodów w Egipcie – powtarzają.

4 września 2014 r. Dzień 4.

Dzisiaj podczas kręcenia materiału wideo w mieście znowu wyrwano nam kamery! Tym razem zrobił to cywil, choć może był to policyjny tajniak. Chcieliśmy nakręcić krótkie wideo o żywieniu się kebabami u Syryjczyków, którzy zresztą uciekli z objętego wojną Aleppo. W pewnym momencie zbliża się do nas tęgi facet, wykrzykując coś niezrozumiale i wyrywa Krisowi z rąk kamerę. Jest potwornie wściekły. Wskazuje na aparat i grozi, że zaraz go roztrzaska o chodnik. Nie można się z nim dogadać. Jego agresywne zachowanie przyciąga ludzi znajdujących się w pobliżu. Po chwili wokół nas gromadzi się nieprzyjazny tłum, w większości też krzyczących ludzi. Jedynym rozwiązaniem wydaje się pójście na policję, która na szczęście ma swój punkt kontrolny 50 m dalej. Przy policjantach nagle wszyscy wrzeszczący ludzie robią się bardzo mili. Gruby facet poszedł nawet po krzesełka, na których nas posadzono pod ścianą. Przyniósł jeszcze stolik i lemoniadę. Po chwili pokazał się jakiś oficer i jeszcze inny tajniak, widać że ważny, bo zaraz wszystkich policjantów ustawia do pionu, a tłum gapiów każe rozpędzić. Skończyło się tak jak w Kairze. Karta została skasowana, aparat oddano nam z informacją, że mamy filmować wyłącznie ładny Egipt. Tylko tak naprawdę ten prawdziwy Egipt, poza murami kurortów, zbyt urodziwy nie jest. Bałagan, śmieci, smród, rozpadające się budynki. To Damietta, jaką zapamiętam.

6 września 2014 r. Dzień 6.

Yasser wpadł na pomysł, że skoro nie da się przepchnąć sprawy z konosamentami, powinniśmy spróbować spotkać się z szefem celników i zaproponować mu takie rozwiązanie: oficjalnie zrzeknę się na rzecz Kuby jednego z samochodów na terenie Egiptu i tym samym każde auto będzie miało innego właściciela. Poprosiłem Yassera, aby zorganizował spotkanie z szefem.

Wieczorem szwendamy się trochę po Damietcie, w której życie tętni do późnych godzin. Centralnym punktem miasta jest mały plac położony między jedną z głównych ulic a Nilem. Wielu mieszkańców się tam spotyka i przesiaduje. Okoliczne uliczki zajmują liczne stragany i małe biznesy. Uliczki specjalizują się w różnego rodzaju interesach. Na jednej jest mnóstwo handlarzy żywnością, mięsem, rybami i owocami. Na innej z kolei można kupić wszystko, co chińskie i plastikowe, obok najróżniejszego rodzaju tkanin. Co rusz mijamy herbaciarnie, gdzie przesiadują głównie mężczyźni, pijąc herbatę i paląc sziszę. W jednej z takich herbaciarni próbuję swojej pierwszej sziszy, której specyficzny smak wprawia mnie w chwilowe zadowolenie. Ale gdy chciałem się napić tradycyjnej arabskiej herbaty, a podano mi zwykłego liptona z mnóstwem cukru i odrobiną mięty, dobry humor minął. Gdy siadaliśmy w podobnych miejscach, ludzie przenikliwie nam się przyglądali. Ich zimne spojrzenia i kamienne twarze wydawały się bardzo nieprzychylne. Wystarczyło jednak zwrócić się do kogoś życzliwym słowem i w mgnieniu oka następowała magiczna przemiana. Groźny, sztyletujący nas wzrokiem osobnik przeistaczał się w uśmiechniętego człowieka z sercem na dłoni.

Podczas wieczornego spaceru natrafiamy na dzielnicę producentów mebli. Damietta słynie z produkcji mebli, które są ponoć kupowane w większości krajów arabskich, a nawet wysyłane do USA. Udaje nam się wejść do jednego z takich zakładów, który zajmuje całą kamieniczkę w jednej z wąskich uliczek miasta. Zakład prowadzi dwóch braci, Jusuf i Mohamed. Założył go ich dziadek w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Wszystkie meble są oczywiście robione ręcznie. Uderzają misternym wykonaniem i szlachetną linią.

7 września 2014 r. Dzień 7.

Dzisiaj niedziela, niedziela pracująca. Tutaj każda niedziela to normalny dzień pracy, więc i ja wraz z Kubą udajemy się do portu, żeby jak co dzień zasiąść w naszym „biurze”, czyli czymś w rodzaju kafeterii, gdzie można zjeść i napić się herbaty. Spędzamy tam mnóstwo czasu. Po kilku dniach rozpoznaję już przychodzących tu ludzi. Za każdym razem, kiedy wchodzą, zajmują te same miejsca. Po kilku dniach przebywania w kafeterii i my mamy już swój stolik. Rano spędzamy tu czas na omawianiu z Yasserem strategii dnia. Potem następuje bardzo długie i nużące oczekiwanie na jego relację. Yasser informuje nas, czy jego działania posuwają nasze sprawy do przodu. Od czasu do czasu zabiera nas gdzieś, abyśmy się pokazali i coś podpisali, ale najczęściej po prostu siedzimy w „biurze” w gęstych oparach papierosowego dymu. Zwykle czas oczekiwania kończy się o czwartej po południu, kiedy kończy się praca w porcie. Wtedy Yasser przychodzi do nas z lekkim zakłopotaniem, wypowiadając zawsze te same zdania:

– Its not logical. Its not regular.

Na co ja pytam, czy w takim razie widzimy się jutro? A on odpowiada:

– Yes, sure.

Później Yasser jeszcze trochę pomarudzi, jaki to okropny kraj ten Egipt. Egipcjanie chcą, aby przyjeżdżało tu mnóstwo turystów, lecz gdy już przyjadą, muszą podobnie jak my borykać się z niebywałymi problemami.

Dzień dzisiejszy przebiegałby jak inne, lecz około 10.00 rano Yasser oświadczył, iż widział się z szefem celników, który zgodził się na spotkanie z nami i generalnie jest przychylny naszej propozycji. Pozostało więc osobiście spotkać się z nim i podpisać w jego obecności dokument cedujący toyotę na Kubę i oczywiście zapłacić kilkaset dolców za tę niecodzienną procedurę. Po kilku godzinach, gdy celnik dojrzał do przyjęcia nas, w asyście Yassera udajemy się do jego biura.

– Salam – powiedziałem, wchodząc do środka.

– Salam alaikum – odpowiedział i wskazał krzesła, na których mamy usiąść.

Zaczął rozmowę z Yasserem, po czym wyciągnął pustą kartkę A4 i zaczął na niej coś pisać szlaczkami arabskimi. Wyjaśnił Yasserowi, że tekst ten trzeba przepisać i wydrukować, a jutro mam go wraz z Kubą podpisać w jego obecności. Wreszcie coś się ruszyło – pomyślałem i oczyma wyobraźni ujrzałem pędzącego na podbój Afryki Malucha. Kilkadziesiąt metrów od biura stał zaparkowany czerwony maluch z połowy lat 80. XX w. Z pewnością na chodzie, bo przecież wczoraj go tu nie widziałem. Uznałem to za dobry znak. Do hotelu wróciliśmy jak na skrzydłach.

8 września 2014 r. Dzień 8.

Rano dopisuje mi humor. Nawet śniadanie, które w hotelu El Manshy jest robione zawsze na jedno kopyto, nie smakuje aż tak źle. Codziennie dostajemy tu fasolę, pitę, jajko, dżem i herbatę. Po trzecim dniu nie mogę już patrzeć na fasolę.

W porcie, w obecności szefa celników, szybko podpisujemy dokument cedujący toyotę na Kubę. Teraz pozostało wydobyć samochody z kontenera, zarejestrować je i można ruszać w trasę. Godzina jest młoda. Yasser powiedział, że dzisiaj nie jesteśmy już na miejscu potrzebni i zaproponował, że podwiezie nas do kurortu Ras El Bar nad Morzem Śródziemnym, gdzie czekali na nas Czosnek i Kris. Kurort stał się dla nich głównym miejscem pobytu, podczas gdy ja i Kuba musieliśmy tkwić w porcie. Było to miejsce wakacji Egipcjan, oprócz nas nie widzieliśmy żadnego obcokrajowca. Wczasy Egipcjan w morzu i na plaży wyglądają podobnie jak w Europie, z jedną małą różnicą: wszyscy kąpią się w ubraniach.

9 września 2014 r. Dzień 9.

Cały dzisiejszy dzień spędzam w hotelu, z jednym krótkim wypadem do Syryjczyków po kebab. Hotel swoją świetność ma dawno za sobą, zresztą chyba jak wszystko w Damietcie i całym Egipcie. Wygląda to tak, jakby kraj zatrzymał się w swoim rozwoju jakieś 30 lat temu. Jak gdyby w miejscu stanęła budowa dróg, mostów i budynków, które powoli niszczeją. Mam wrażenie, że cała infrastruktura jest pozostawiona samej sobie, bez dozoru i gospodarskiej opieki. Większość czasu spędzamy w hotelowej stołówce, gnieżdżąc się w jednym z narożników, gdzie można wyłapać ze sklepu pod hotelem wprawiający w furię wi-fi. Okna w sali są zawsze otwarte. Z zewnątrz dociera gwar uliczny, przerywany co kilka sekund odgłosem klaksonu, a pięć razy dziennie śpiewami muzułmanów, dochodzącymi prawie równocześnie z minaretów. Śpiewy przypominają o tym, że Allach jest wielki. Słyszymy je w kwadrofonii, bo meczety dosłownie otaczają nas ze wszystkich stron, prowadząc islamskich wiernych, jak latarnie morskie prowadzą statki na morzu.

Wieczorem dostaję SMS od Yassera. Zmroziło mnie już po przeczytaniu pierwszej linijki: There is big problem. I dalej: „W samochodzie jest mały samolot. Nielegalny”.

Chodzi o drona, który ma służyć do filmowania przejazdów Malucha w Afryce z lotu ptaka. Podczas zamieszania z Maluchem w noc przed wyjazdem do portu w Gdyni pudło z dronem zostało po prostu wrzucone na pakę toyoty.

10 września 2014 r. Dzień 10.

Jak zwykle rano wyjazd do portu, trochę z duszą na ramieniu i nadzieją, że sprawa drona nie zablokuje nam wymarzonego wyjazdu. Niestety, dron nie spodobał się celnikom, a my, a właściwie Kuba, bo to na niego teraz formalnie jest przepisany samochód, został posądzony o próbę wwiezienia do Egiptu nielegalnego urządzenia latającego. Celnicy przekazali sprawę policji i zaistniała realna groźba, że Kuba zostanie aresztowany. Nawet Yasser nie jest pewny, co się stanie. Na szczęście policja niezbyt chce się angażować w rozwiązywanie sprawy nielegalnego urządzenia, chyba uznając, że będzie z tym za dużo kłopotów. Szef policji w porcie scedował sprawę na celników.

11 września 2014 r. Dzień 11.

Po całym dniu przerzucania się odpowiedzialnością za drona między policją a celnikami stanęło na tym, że jeżeli dron pozostanie w portowej przechowalni i nie wjedzie na teren Egiptu, to możemy sobie jechać. Nie było wyjścia. Szkoda. Bardzo cieszyłem się na zdjęcia lotnicze. Samochody nareszcie przeszły odprawę celną! Oczywiście załatwienie tego kosztowało trochę pieniędzy.

Na terenie Egiptu nie wolno jeździć na zagranicznych tablicach rejestracyjnych, dlatego nawet przy krótkim pobycie należy zarejestrować samochód i otrzymać egipską tablicę. Yasser przygotowywał już wszystkie wymagane papiery i po zwolnieniu pojazdów przez celników mógł zacząć oficjalnie rejestrować maszyny. Jak zwykle, pojawił się w biurze około 16.00 i wygłosił swoje zdanie na temat egipskiej logiki, dodając jeszcze, że on, załatwiając nasze sprawy, chyba wyłysieje. Okazało się, że wszystko jest już przygotowane: tablice, dowody rejestracyjne, ubezpieczenia. Brakuje tylko przybicia oficjalnych pieczątek na dowodach rejestracyjnych. Sprawa poważna, bo jak zauważyłem, Egipcjanie do najróżniejszych rodzajów pieczątek przywiązują ogromną wagę. Problem polega na tym, że dostęp do odpowiedniej pieczątki ma tylko jeden człowiek w porcie i nie ma go dzisiaj w pracy. Zrezygnowany zapytałem:

– To w takim razie widzimy się jutro?

Tym razem Yasser zamiast yes, sure powiedział, że spróbuje skontaktować się z człowiekiem od pieczątki i da mi znać telefonicznie o rozwoju sytuacji.

12 września 2014 r. Dzień 12.

Człowiek od pieczątki nie przyszedł do pracy.

13 września 2014 r. Dzień 13.

Człowiek od pieczątki znowu nie przyszedł do pracy. Szału dostaję, unieruchomiony w hotelu. Mam serdecznie dosyć Egiptu, chcę już do Sudanu! Pod wieczór Yasser dzwoni, oznajmiając, że decydująca pieczątka ma być jutro.

14 września 2014 r. Dzień 14.

Czyżby to dzisiaj miała być ostatnia podróż do portu? Ostatnie negocjowanie ceny z taksówkarzem? Ostatnie godziny spędzone w biurze? Kotłuje mi się w głowie. Po przybyciu na miejsce Yasser prowadzi nas do innej kantyny, w nieznanej nam części portu. Tam mamy oczekiwać na wyrok odnośnie do przeklętej rejestracji samochodów. Po jakimś czasie pojawia się z powrotem i prowadzi nas do urzędnika, gdzie podpisujemy w końcu odbiór tablic i dowodów. Godzinę później pod kantynę podjeżdża Maluch z Yasserem za kierownicą. Odetchnąłem z ulgą i z ogromną radością poszedłem przywitać się z moją maszyną po prawie półtoramiesięcznej rozłące. Obejrzałem dokładnie samochód – wszystko wygląda w porządku. Co prawda, jest mnóstwo śladów rycia w samochodzie przez celników. Zajrzeli chyba wszędzie, nawet puszka z bezpiecznikami jest otwarta. Na szczęście nic nie zginęło i cały ekwipunek, który był w samochodzie, chyba pozostał w całości. Teraz trzeba tylko zamontować egipskie tablice rejestracyjne i ruszyć na holu za toyotą na najbliższą stację benzynową z kanałem. I wziąć się do naprawy maszyny, bo sprzęgło cały czas się ślizga.

Po uregulowaniu wszystkich rachunków z Yasserem robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie i zaraz ruszamy na stację. Dołącza do nas współpracownica Yassera, która ma nam pomóc dogadać się na stacji i wynegocjować odpowiednią cenę za wynajęcie kanału na kilka godzin. Ze względu na brak Radka, który miał być mechanikiem wyprawowym, zadanie to spadło na Kubę, który ma na szczęście spore doświadczenie w rozgrzebywaniu i składaniu różnych maszyn. Jeszcze w Polsce konsultowałem zaistniały problem Malucha z wieloma mechanikami, więc mniej więcej wiedzieliśmy, od czego zacząć. Okazało się, że tarcza sprzęgła jest krzywa. To powodowało szarpanie przy ruszaniu jeszcze przed wymianą przez Radka łożyska dociskowego. A źle dopasowane łożysko skutkowało później ślizganiem się sprzęgła. Pozostało jeszcze wyregulowanie linki sprzęgła i po kilku godzinach Maluch jest gotowy na podbój Afryki! Jutro wyjazd na południe.

W dwa dni do Asuanu

15 września 2014 r. Dzień 15. 395 km