Malowidło - Grzegorz Gajek - ebook
Opis

Pamięć boli. Ale nie sposób się od niej uwolnić… Czasem wystarczy moment. Tragedia, rozbite życie, nawet nie wiesz, co się stało. Tak było z Karolem. Dlatego uciekł – od miasta, od firmy, od znajomych. Dlatego kupił stary dom na Śląsku. Nie wiedział o obrazie, o młodzieńcu, który tam na niego czekał, w ukryciu, cierpliwie. Nie wiedział, w jak dziwne miejsca zawiedzie go droga ku zapomnieniu. Czy obsesyjne zgłębianie tajemnicy obrazu pomoże mu rozwikłać przyczyny rodzinnej tragedii?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Pra­cow­nia WV

Na okład­ce wy­ko­rzy­sta­no frag­ment ob­ra­zu Ca­ra­vag­giaOfia­ro­wa­nie Iza­akaze zbio­rów Ga­le­rii Uf­fi­zi we Flo­ren­cji/©Wi­ki­me­dia Com­mons

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska3c

tel.32-348-31-33

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa21

tel.22-663-98-13, fax22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów2015

Tekst © Grze­gorz Ga­jek

ISBN 978-83-7835-518-2

Pau­li­nie, bez któ­rej wspar­cia żad­nej hi­sto­rii nie opo­wie­dział­bym do koń­ca

Rozdział I. Stary, stary dom

Wszyst­ko za­czę­ło się od tego ob­ra­zu. On był dla Ka­ro­la po­cząt­kiem koń­ca.

Choć nie, to nie tak. Wła­ści­wie… Wła­ści­wie wszyst­ko za­czę­ło się od domu – wiel­kie­go sta­re­go do­misz­cza z ele­ganc­kim gan­kiem, tym­pa­no­nem i mie­dzia­ny­mi rzy­ga­cza­mi rzeź­bio­ny­mi w smo­cze gło­wy.

Ka­rol ku­pił owo pra­sta­re sie­dli­sko ja­kie­goś za­po­mnia­ne­go rodu, bo ta­kie miał wi­dzi­mi­się. Wy­dał na ten cel pół­to­ra mi­lio­na. Re­no­wa­cja mia­ła go kosz­to­wać pra­wie dru­gie tyle, mimo iż ubrda­ło mu się wszyst­kie ro­bo­ty wy­ko­nać wła­sno­ręcz­nie. Po­trze­bo­wał za­ję­cia. Po­wie­cie, że są tań­sze spo­so­by na to, by za­jąć czymś ręce i my­śli, jed­nak każ­dy ina­czej ra­dzi so­bie z ża­ło­bą. Z pew­no­ścią nie moż­na się spo­dzie­wać tego sa­me­go po bo­ga­czach, co po nas, bied­nych żucz­kach.

Z po­cząt­ku Ka­rol my­ślał o tym, żeby za­cho­wać wszyst­ko do­kład­nie w ta­kim sa­mym sta­nie jak wte­dy, gdy po raz pierw­szy uj­rzał swój przy­szły dom. Cho­dzi­ło o wspo­mnie­nia. Gdy­by mógł, na­wet słoń­cu ka­zał­by świe­cić w iden­tycz­ny spo­sób. A tak mu­sia­ły mu wy­star­czyć wgry­za­ją­cy się w mury bluszcz, kurz, brud, po­rzu­co­ne za­baw­ki pod za­chod­nią ścia­ną, nie­szczel­ne okna i drzwi.

Oczy­wi­ście po­przed­ni lo­ka­to­rzy – czte­ry wie­lo­dziet­ne ro­dzi­ny – za­bra­li swo­je szpar­ga­ły. Mie­li do tego pra­wo, na­wet wbrew ży­cze­niom no­we­go wła­ści­cie­la. Całe szczę­ście ucho­wa­ły się cho­ciaż gra­ciar­nie – ta w piw­ni­cy i ta na pod­da­szu, i ta w daw­nej sali dla służ­by, skąd lu­dzie mu­sie­li wy­nieść się już daw­no, bo dach prze­cie­kał jak dia­bli i gro­ził za­wa­le­niem.

Przez kil­ka pierw­szych dni Ka­rol błą­kał się tyl­ko po bez­lud­nych wnę­trzach: sa­lo­nach po­dzie­lo­nych byle ja­ki­mi ścian­ka­mi dzia­ło­wy­mi, bi­blio­tecz­kach prze­ro­bio­nych na kuch­nie i kuch­niach prze­ro­bio­nych na Bóg wie co. Na­pa­wał się. Roz­ko­szo­wał nie­po­rząd­kiem i dusz­nym smro­dem potu, któ­ry wsiąkł w ścia­ny i sza­re li­no­leum.

Gdy w koń­cu doj­rzał do tego, by wziąć się za po­rząd­ki, nie był sys­te­ma­tycz­ny. Raz coś od­ku­rzał, raz coś roz­wa­lał, a raz tyl­ko prze­kła­dał z miej­sca na miej­sce. Mo­gło­by się wy­da­wać, że czyn­no­ści te nie mia­ły celu, ale to nie­praw­da. Dom oswa­jał się ze swym pa­nem. Wkrót­ce za­czął mu mó­wić róż­ne rze­czy; tłu­ma­czył bez­gło­śnie, tak jak to sta­re domy po­tra­fią, gdzie co było i gdzie co po­win­no być.

Ka­rol za­po­zna­wał się z prze­strze­nią, uczył wi­dzieć na wskroś przez na­ro­śle, któ­re zja­wi­ły się wraz z ko­lej­ny­mi po­ko­le­nia­mi nie­chcia­nych miesz­kań­ców. Aż któ­re­goś dnia dom po­sta­no­wił zdra­dzić mu swój naj­skryt­szy se­kret. Za­pew­ne nie wie­dział, ja­kie będą tego kon­se­kwen­cje. Domy w ogó­le nie­wie­le wie­dzą i nie my­ślą, lecz tam­ten w pe­wien spo­sób prze­czu­wał, że gdzieś w jego wnę­trzu kry­je się coś nie­zwy­kłe­go.

* * *

To był dżdży­sty dzień. Sza­re świa­tło prze­sią­ka­ło przez brud­ne szy­by (tam, gdzie były szy­by, a nie de­ski, rzecz ja­sna). Deszcz po­ru­szył róż­ne za­pa­chy: w po­wie­trzu dało się wy­czuć wil­goć, pleśń, smród przy­wo­dzą­cy na myśl sta­re szma­ty. Jed­nak w pew­nej chwi­li przez szpa­ry w oknach i drzwiach wkra­dło się świe­że tchnie­nie, któ­re po­bu­dzi­ło Ka­ro­la do wsta­nia z krze­sła. Je­dy­ne­mu miesz­kań­co­wi domu za­chcia­ło się zwie­dzać i sprzą­tać.

Wy­szedł do sie­ni. Sta­nął przed drew­nia­ną klat­ką scho­do­wą, za­sta­na­wia­jąc się, do­kąd pójść. W tym mo­men­cie po­wiał wiatr. Pierw­sze za­trzesz­cza­ły trzy za­cho­wa­ne okien­ni­ce na po­łu­dnio­wej ścia­nie. Po­tem dach. Wresz­cie drże­nie prze­nio­sło się do wnę­trza i już wszyst­kie me­ble i pod­ło­gi zda­wa­ły się skrzy­pieć uni­so­no.

Po chwi­li po­dmuch osłabł, a od­gło­sy za­czę­ły cich­nąć. W koń­cu tyl­ko w jed­nym miej­scu coś jesz­cze tłu­kło się upar­cie – może ja­kaś ob­lu­zo­wa­na de­ska albo okno na stry­chu, roz­ko­ły­sa­ne wście­kłym prze­cią­giem. Brzmia­ło to tro­chę, jak­by gdzieś tam, na gó­rze, ktoś nie­pew­nie stą­pał.

Ka­rol wszedł na scho­dy. Po­ko­nał kil­ka stop­ni. Zro­bi­ło się cał­kiem ci­cho, więc od­ru­cho­wo wstrzy­mał od­dech. Nic. Pu­sto. Tyl­ko błę­kit­na­wy kurz wi­ro­wał w po­wie­trzu, deszcz bęb­nił o ścia­ny, okna i dach.

Wtem coś się po­ru­szy­ło. Skrzyp­nę­ła pod­ło­ga. Ka­rol przez uła­mek se­kun­dy był prze­ko­na­ny, że wi­dzi skra­wek roz­wia­nej w bie­gu suk­ni. Po­tem uświa­do­mił so­bie, że to tyl­ko cień. Stru­gi wody spły­wa­ły po ja­kimś oknie na pię­trze, a ich mrocz­na ka­ry­ka­tu­ra – po ścia­nie na­prze­ciw­ko.

Mimo to ru­szył na górę. Chciał zo­ba­czyć, co to tak skrzy­pia­ło. Wdra­pał się na pię­tro, a po­tem na pod­da­sze i sta­nął wśród gro­ma­dzo­nych przez dzie­się­cio­le­cia ru­pie­ci. Na pierw­szy rzut oka nie było tam nic cie­ka­we­go. Żad­nych skar­bów. Ot, sta­re ba­lie, ja­kieś dziu­ra­we garn­ki, pół wor­ka ce­men­tu, tro­chę pla­sti­ko­we­go ba­dzie­wia. Zna­lazł się na­wet fo­tel do po­ło­wy zje­dzo­ny przez my­szy. Ka­rol przy­siadł na nim. Sklej­ka za­trzesz­cza­ła ostrze­gaw­czo.

Przez kil­ka mi­nut sie­dział nie­ru­cho­mo. Gdy­by go ktoś za­py­tał, nie umiał­by na­wet po­wie­dzieć, o czym my­śli. Wpa­try­wał się tyl­ko upar­cie w je­den punkt, aż wresz­cie zro­zu­miał, na co pa­trzy.

Pod ścia­ną le­żał duży, po­ła­ma­ny wie­szak na ubra­nia – z ro­dza­ju tych, któ­re wi­du­je się cza­sem w szat­niach. Kie­dyś miał dwie nogi i po­przecz­kę, ale po­tem skoń­czył jako in­wa­li­da. Ni­żej pię­trzył się stos za­wil­gnię­tych, zgnie­cio­nych kar­to­nów. Spod nich wy­glą­dał skra­wek po­żół­kłej ze sta­ro­ści fo­lii. W fo­lię coś było za­wi­nię­te – przez zma­to­wia­łą po­wierzch­nię dało się do­strzec za­rys kan­cia­ste­go przed­mio­tu.

Ka­rol wstał, od­rzu­cił na bok wie­szak. Ścią­gnął pierw­szą war­stwę kar­to­nów i od­sko­czył z obrzy­dze­niem. Spod roz­mię­kłe­go pa­pie­ru roz­peł­zło się mnó­stwo po­dłu­go­wa­tych brą­zo­wych ro­ba­li. Aby unik­nąć ko­lej­nych tego typu nie­spo­dzia­nek, ode­rwał je­dy­ną nogę zbu­twia­łe­go wie­sza­ka i przy jej po­mo­cy kon­ty­nu­ował od­kryw­kę. Wresz­cie do­ko­pał się do po­żół­kłe­go PCV. Było mo­kre, a na jego po­wierzch­ni wy­kwi­tło… coś ru­da­we­go, ja­kiś grzyb albo pleśń. Nie wy­glą­da­ło to za­chę­ca­ją­co, lecz Ka­rol prze­ła­mał wstręt i spró­bo­wał roz­wi­nąć pla­stik. Z po­cząt­ku szło opor­nie, bo płach­ta była gru­ba i sztyw­na, jed­nak po ja­kimś cza­sie uda­ło mu się ją z jed­nej stro­ny od­wi­nąć. Się­gnął do środ­ka. Jego pal­ce na­tra­fi­ły na mięk­ką, po­ro­wa­tą po­wierzch­nię, któ­ra ugię­ła się pod na­ci­skiem, a po se­kun­dzie rzy­gnę­ła ma­zią.

Ka­rol wzdry­gnął się i od­su­nął. Był za­wie­dzio­ny. Fo­lia nie skry­wa­ła ni­cze­go poza ka­wa­łem gąb­ki wy­pru­tym z ta­niej ka­na­py czy łóż­ka, a po­tem zło­żo­nym na stry­cho­wym cmen­ta­rzy­sku.

Przy­kuc­nął, za­cią­gnął się ple­śnio­wą wo­nią. Po­wo­do­wa­ny ja­kimś dziw­nym im­pul­sem dźgnął gąb­kę pal­cem, po­tem na­ci­snął ją całą dło­nią, wresz­cie wstał i z roz­ma­chem na nią na­stą­pił. Roz­legł się ohyd­ny ba­gni­sty dźwięk, gąb­ka zbro­czy­ła się szla­mem. Jed­no­cze­śnie coś trza­snę­ło.

Ka­rol zmarsz­czył brwi. Po­chy­lił się i usu­nął resz­tę fo­lii wraz z za­war­to­ścią, od­sła­nia­jąc spróch­nia­łą pod­ło­gę. Jed­na z de­sek była pęk­nię­ta; mu­sia­ła za­ła­mać się pod jego cię­ża­rem. W po­wsta­łej szpa­rze błysz­cza­ło zło­to. Za­parł się, za­czął szar­pać, a gdy śli­skie od ple­śni drew­no ustą­pi­ło, uj­rzał na­wo­sko­wa­ną płach­tę bre­zen­tu, spod któ­rej wy­sta­wał róg po­zła­ca­nej ramy i nie­wiel­ki frag­ment po­ma­lo­wa­ne­go płót­na. Ob­raz, uświa­do­mił so­bie Ka­rol.

Pod­eks­cy­to­wa­ny, obu­rącz chwy­cił nogę wie­sza­ka i przy jej po­mo­cy wziął się za pod­wa­ża­nie ko­lej­nych dech. Za­gry­zio­ne przez rdzę gwoź­dzie z pi­skiem wy­ska­ki­wa­ły z próch­na. Wy­star­czy­ło kil­ka spraw­nych ru­chów, aby po­więk­szyć otwór. Od­gar­nął bre­zent, a wów­czas… ecce homo: z dziu­ry wyj­rzał czło­wiek, męż­czy­zna na oko dwu­dzie­sto­let­ni, o okrą­głej, de­li­kat­nej twa­rzy oko­lo­nej pu­chem ru­dych wło­sów. Jego duże oczy w kształ­cie mig­da­łów zda­wa­ły się pa­trzeć przed sie­bie z wy­ra­zem stra­chu i fa­scy­na­cji. Drob­ne ko­bie­ce usta za­sty­gły w pół­u­śmie­chu i pół­dr­że­niu.

Ka­ro­lo­wi przy­szło do gło­wy, że za­wil­gnię­ty strych to nie jest do­bre miej­sce dla ta­kiej oso­by. Ostroż­nie wy­do­był ob­raz spod pod­ło­gi, wy­pa­ko­wał go z za­tę­chłej płach­ty, wziął pod pa­chę i zniósł na dół – do jed­ne­go z sa­lo­nów. Po krót­kim za­sta­no­wie­niu po­sta­wił ma­lo­wi­dło na gzym­sie sta­re­go ce­ra­micz­ne­go ko­min­ka i pod­parł ka­wał­kiem ce­gły, aby na pew­no nie spa­dło. Uczy­niw­szy to, przy­niósł so­bie krze­sło z po­ko­ju, któ­ry urzą­dził na tym­cza­so­we miesz­ka­nie (je­śli ter­mi­nem „urzą­dził” moż­na na­zwać wnie­sie­nie krze­sła, po­ło­że­nie ma­te­ra­ca na pod­ło­dze i ob­sta­wie­nie go kil­ko­ma tor­ba­mi peł­ny­mi ciu­chów i szpar­ga­łów). Usiadł na­prze­ciw­ko ko­min­ka i za­pa­trzył się w ob­raz.

A czło­wiek z ob­ra­zu przy­glą­dał się jemu i uśmie­chał przy tym.

Oczy w kształ­cie mig­da­łów hip­no­ty­zo­wa­ły Ka­ro­la. Do tego stop­nia za­ab­sor­bo­wa­ły jego uwa­gę, że być może w ogó­le nie za­uwa­żył­by, że coś jest nie tak, gdy­by duża kro­pla brud­nej wody nie spły­nę­ła wprost do źre­ni­cy mło­dzień­ca. Ka­rol drgnął. Po­de­rwał się z miej­sca. Spod gór­nej kra­wę­dzi ramy na płót­no wy­pły­wa­ła sza­ro­bu­ra ciecz. Po­spiesz­nie zna­lazł ja­kąś szma­tę, ścią­gnął ob­raz z gzym­su i za­czął go wy­cie­rać. Jed­nak wil­goć cią­gle się po­ja­wia­ła, zu­peł­nie jak­by sta­re drew­no za­czę­ło się po­cić. Uno­si­ła się przy tym nie­przy­jem­na woń mo­kre­go ku­rzu.

„Mu­szę go osu­szyć” – po­my­ślał go­rącz­ko­wo Ka­rol.

Jego wzrok padł na ko­mi­nek. Od­sta­wił ob­raz na bok i za­czął grze­bać przy dźwi­gniach otwie­ra­ją­cych i za­my­ka­ją­cych cug. Z wnę­trza ko­mi­na uniósł się ob­łok sta­rej sa­dzy. Ka­rol za­krztu­sił się, ka­słał przez chwi­lę. Gdy mu prze­szło, zaj­rzał do szy­bu ko­mi­no­we­go. Przez ciem­ność prze­dzie­ra­ła się odro­bi­na świa­tła, czuł też po­wiew desz­czo­we­go po­wie­trza, więc wnio­sko­wał, że ko­min nie jest cał­kiem nie­droż­ny.

Po­trze­bo­wał jesz­cze ga­zet, drew­na i za­pa­łek lub za­pal­nicz­ki. Z ga­ze­ta­mi nie było pro­ble­mu – w gra­ciar­niach się od nich ro­iło. Go­rzej z drew­nem. Po krót­kim na­my­śle po­biegł na pod­da­sze i przy­ta­chał stam­tąd sta­ry fo­tel, któ­ry wcze­śniej zna­lazł. W po­kaź­nym ze­sta­wie na­rzę­dzi, ku­pio­nym na oka­zję re­no­wa­cji, jak na złość nie było sie­kie­ry, ale mło­tek wy­star­czył do po­roz­bi­ja­nia nad­gry­zio­nej zę­bem cza­su i my­szy sklej­ki. Te­raz po­zo­sta­ła tyl­ko kwe­stia ognia. Nie ko­rzy­stał co praw­da z ga­zo­wej kuch­ni, odzie­dzi­czo­nej po po­przed­nich lo­ka­to­rach, ale miał na­dzie­ję, że znaj­dzie przy niej ja­kieś sta­re za­pał­ki. Za­wiódł się.

Wró­cił do sa­lo­nu i z roz­pa­czą spoj­rzał na płót­no, któ­re po­kry­ło się sia­tecz­ką za­cie­ków.

„Sa­mo­chód!” – przy­po­mniał so­bie.

Zła­pał klu­czy­ki i po mi­nu­cie czy dwóch wró­cił z roz­grza­ną za­pal­nicz­ką sa­mo­cho­do­wą i gar­ścią pa­pie­rzysk. Za­pa­lił jed­ną kart­kę, po­tem dru­gą, do­rzu­cił ga­ze­ty. Były wil­got­ne i na po­cząt­ku głów­nie dy­mi­ły, ale w koń­cu za­ja­śniał pło­mień. Ka­rol dmuch­nął parę razy, wło­żył do ko­min­ka kil­ka dłu­gich drzazg. Gdy się za­ję­ły, po­pra­wił więk­szy­mi szczap­ka­mi. Ogień za­raz się roz­sza­lał.

Ka­rol z za­do­wo­le­niem po­sta­wił ob­raz na ko­min­ku. Wil­goć mo­men­tal­nie za­czę­ła zni­kać. W cie­płym po­ma­rań­czo­wym bla­sku twarz na­ma­lo­wa­ne­go mło­dzień­ca na­bra­ła no­we­go, żyw­sze­go od­cie­nia. „Ale czy drew­no się nie wy­pa­czy? – za­sta­no­wił się Ka­rol, któ­ry po­wo­li od­zy­ski­wał zdol­ność ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia. – Czy płót­no nie ro­zej­dzie się od go­rą­ca?”. Na wszel­ki wy­pa­dek wbił w jed­ną ze ścian spo­ry gwóźdź i na nim za­wie­sił ob­raz. Tym­cza­so­wo.

Ode­tchnął. Ogień trza­skał przy­jem­nie, zda­wał się wy­sy­sać zim­no i wil­goć ze sta­rych mu­rów. W któ­rymś mo­men­cie dom za­czął wzdy­chać i skrzy­pieć z roz­ko­szy. Pan dzie­dzic za­wsze pa­lił w tym pie­cu. Sia­dał tam sam, we fla­ne­lo­wej pi­ża­mie, nie­bacz­ny na cie­kaw­skie spoj­rze­nia służ­by. Przy­no­sił ze sobą faj­kę, książ­kę i kie­li­szek bran­dy. Ka­ro­lo­wi ten ob­ra­zek sta­nął żyw­cem przed ocza­mi. W jego wi­zji dzie­dzic miał rude wło­sy i oczy w kształ­cie mig­da­łów. Tyl­ko był dość sta­ry, koło pięć­dzie­siąt­ki, wiek zdą­żył już nie­co za­ostrzyć mu rysy.

Ro­zej­rzał się po sa­lo­nie. Blask prze­ma­lo­wy­wał ścia­ny na ich daw­ne bar­wy, dym oka­dzał po­miesz­cze­nie, wy­gry­za­jąc za­pach potu. Dom od­ży­wał.

„Ju­tro wy­bu­rzę te cho­ler­ne ścian­ki dzia­ło­we” – obie­cał w my­ślach Ka­rol.

Tym­cza­sem inny po­mysł za­lągł mu się pod czu­pry­ną. Tak jak z po­cząt­ku chciał za­cho­wać cie­nie obec­no­ści daw­nych lo­ka­to­rów, tak te­raz za­pra­gnął się ich po­zbyć, wy­pa­lić ze szczę­tem. Za­czął zno­sić wszyst­kie pa­pie­ry, me­ble, sta­re ciu­chy i inne pal­ne przed­mio­ty, któ­re po­zo­sta­wi­li po so­bie po­przed­ni miesz­kań­cy. W mia­rę po­trze­by roz­ry­wał je lub roz­bi­jał, a po­tem wrzu­cał w pło­mie­nie, któ­re ro­sły co­raz śmie­lej. Dymu na­ro­bi­ło się od tego co nie­mia­ra, więc mu­siał po­otwie­rać okna, ale to mu nie prze­szka­dza­ło. Tym bar­dziej że po go­dzi­nie czy dwóch deszcz ustał, a wie­trze­nie i tak było ko­niecz­ne.

W swym nisz­czy­ciel­skim dzie­le za­tra­cił się zu­peł­nie. Żeby nie prze­grze­wać jed­ne­go ko­min­ka, oczy­ścił dwa po­zo­sta­łe i w nich tak­że na­pa­lił. Do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem, gdy wrzu­cał ostat­nie sta­re pie­lu­chy do pie­ca, za­trzy­mał się na chwi­lę. Przy­szło mu do gło­wy, że oto spa­lił czy­jeś ży­cie. Cięż­kie, peł­ne pra­cy, bied­ne. Ży­cie kil­ku po­ko­leń. Ale czy ci lu­dzie na­praw­dę za­słu­gi­wa­li na jego współ­czu­cie?

Po­pa­trzył na ob­raz. W twa­rzy mło­dzień­ca do­strzegł tę samą od­ra­zę, któ­rą sam w głę­bi du­szy od­czu­wał. Tu nie cho­dzi­ło o do­bro czy zło. Bie­da, po­dob­nie zresz­tą jak bo­gac­two, ni­ko­go nie uszla­chet­nia. Tu cho­dzi­ło o to, że każ­dy ma swo­je miej­sce, a oni wdar­li się (lub zo­sta­li we­pchnię­ci) w miej­sce, któ­re nie dla nich było prze­zna­czo­ne.

Bez dal­sze­go za­sta­no­wie­nia spa­lił ostat­nie śla­dy po byt­no­ści ob­cych. To, cze­go nie mógł wrzu­cić do ko­min­ka, już wcze­śniej za­pa­ko­wał w wiel­kie fo­lio­we wor­ki i wy­niósł na po­dwór­ko. Wy­ro­ku unik­nę­ło tyl­ko kil­ka przed­mio­tów, któ­re mo­gły się kie­dyś przy­dać: nie­zła ło­pa­ta, zma­sa­kro­wa­na, ale moż­li­wa do od­re­stau­ro­wa­nia, przed­wo­jen­na ko­mód­ka, wiel­ka skrzy­nia z de­sek, pół skrzyn­ki za­po­mnia­nych gwoź­dzi. To wszyst­ko wy­wę­dro­wa­ło do obo­ry.

Te­raz dom był pu­sty. Te­raz Ka­rol był u sie­bie.

„Jesz­cze tyl­ko te ścian­ki” – po­my­ślał sen­nie, sia­da­jąc na krze­śle. Chęt­nie po­czy­tał­by książ­kę, ale oczy mu się kle­iły. Nie chciał jed­nak opusz­czać sa­lo­nu. Do­brze mu było w po­bli­żu cie­płe­go ko­min­ka i w to­wa­rzy­stwie ob­ra­zu. Przy­cią­gnął so­bie za­tem ma­te­rac i tam się po­ło­żył. Usnął bły­ska­wicz­nie, lecz przez całą noc mę­czy­ły go dziw­ne sny.

Wy­da­wa­ło mu się, że w domu kry­je się prze­ra­żo­na mała dziew­czyn­ka. Ucie­ka­ła przed nim. Sły­szał wy­raź­nie jej kro­ki i przy­spie­szo­ny od­dech, od cza­su do cza­su po­chwy­cił wzro­kiem rą­bek su­kien­ki, gdy mała wbie­ga­ła do któ­re­goś z po­miesz­czeń. Nie spie­szył się. Prze­cież nie mia­ła jak wyjść. Nie wie­dział za bar­dzo, po co za nią cho­dzi, lecz w jego my­ślach za­lę­gła się nie­na­tu­ral­nie bez­na­mięt­na świa­do­mość, że za­mie­rza zro­bić jej coś bar­dzo, bar­dzo złe­go.

W któ­rymś mo­men­cie dziew­czyn­ka wbie­gła do sa­lo­nu z ko­min­kiem i ob­ra­zem. Wszedł tam za nią i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że ktoś śpi na jego ma­te­ra­cu. Po­pa­trzył na ścia­nę. Ob­raz był pu­sty.

W tym mo­men­cie Ka­rol się obu­dził. Gło­wa i mię­śnie bo­la­ły z prze­mę­cze­nia, a kosz­mar wy­trą­cił go z rów­no­wa­gi. Do­szedł do sie­bie do­pie­ro po zje­dze­niu słod­kiej buł­ki, wy­pi­ciu wiel­kie­go kub­ka kawy i prze­łknię­ciu trzech ibu­pro­mów. Umył się, na ile mógł w prze­ra­ża­ją­co brud­nej ła­zien­ce, a po­tem wy­szedł na po­dwór­ko. Po­ra­nek był mgli­sty, lecz do­syć cie­pły. Wy­glą­da­ło na to, że po po­łu­dniu może się wy­po­go­dzić.

Ka­rol po­wiódł kry­tycz­nym wzro­kiem po pu­stym pla­cu za do­mem i za­bu­do­wa­niach go­spo­dar­czych. „Po­trze­ba mi in­fra­struk­tu­ry” – po­my­ślał. Gdy­by tym­cza­so­wo uszczel­nił dach obo­ry papą, mógł­by tam zro­bić skła­dzik na ma­te­ria­ły. Przy­szło mu też do gło­wy, żeby wy­na­jąć albo na­wet ku­pić wóz kem­pin­go­wy. Ła­zien­kę cze­ka­ła szyb­ka de­kon­struk­cja. Wy­mia­na ka­na­li­za­cji sta­ła dość wy­so­ko na li­ście prio­ry­te­tów: za­raz po na­pra­wie da­chu, osu­sze­niu piw­nic i wy­mia­nie in­sta­la­cji elek­trycz­nej. Ła­zien­ka tu­ry­stycz­na by­ła­by jak zna­lazł, a poza tym w pa­kie­cie do­stał­by jesz­cze ku­chen­kę. Nie mógł się wiecz­nie sto­ło­wać po knaj­pach.

Wró­cił do domu. Przy ko­lej­nej ka­wie wziął się za prze­glą­da­nie szcze­gó­ło­we­go pro­jek­tu re­no­wa­cji (uwzględ­nia­ją­ce­go do­kład­ny spis ma­te­ria­łów), któ­ry przy­go­to­wał dla nie­go wy­spe­cja­li­zo­wa­ny ar­chi­tekt. Trze­ba było wresz­cie wziąć się za to na po­waż­nie. Całe szczę­ście bu­dy­nek znaj­do­wał się tyl­ko w ewi­den­cji, a nie re­je­strze za­byt­ków, więc przy­naj­mniej nie było ko­niecz­ne uże­ra­nie się z kon­ser­wa­to­rem.

Przy­niósł so­bie lap­top. Z po­mo­cą wuj­ka Go­ogle’a za­czął wy­ko­ny­wać ko­lej­ne te­le­fo­ny. Jesz­cze tego sa­me­go dnia uda­ło mu się za­mó­wić fa­ce­ta od wy­wo­że­nia śmie­ci i zło­mu, któ­re­mu poza zgro­ma­dzo­ny­mi na po­dwór­ku wo­ra­mi wci­snął też sta­rą ku­chen­kę, dwie pral­ki, pół­to­rej lo­dów­ki i tro­chę in­nych, mniej lub bar­dziej spraw­nych, ar­ty­ku­łów go­spo­dar­stwa do­mo­we­go. Na­stęp­ne­go dnia mie­li się zja­wić lu­dzie od osu­sza­nia. Na od­po­wied­nią licz­bę da­chó­wek mu­siał tro­chę po­cze­kać, ale prze­wo­dy, pusz­ki, gniazd­ka, ko­lan­ka, rury, a tak­że znacz­ne ilo­ści papy mógł do­stać od ręki. Do go­dzi­ny pięt­na­stej zwiózł wszyst­kie te rze­czy i zło­żył je w uprząt­nię­tej obo­rze. A że po­go­da fak­tycz­nie nie­co się po­pra­wi­ła, na­tych­miast za­brał się za uszczel­nia­nie da­chu tym­cza­so­we­go skła­dzi­ku. Do wie­czo­ra ska­to­wał się nie­ludz­ko, ale był za­do­wo­lo­ny, bo jego pra­ca przy­nio­sła wi­docz­ne efek­ty.

Przed snem po­zwo­lił so­bie na wy­pi­cie piwa w to­wa­rzy­stwie mło­dzień­ca z ob­ra­zu. Tej nocy nie drę­czy­ły go kosz­ma­ry, acz­kol­wiek śni­ło mu się, że zgu­bił się w nie­skoń­cze­nie wiel­kiej ga­le­rii sztu­ki. Ścia­ny były tam za­wie­szo­ne por­tre­ta­mi, a wszy­scy uwiecz­nie­ni na nich męż­czyź­ni pa­trzy­li na nie­go tymi sa­my­mi ocza­mi w kształ­cie mig­da­łów.

Rozdział II. W Brukseli

Obu­dził się wcze­snym ran­kiem, my­śląc o ob­ra­zie. W bla­dym, błę­kit­na­wym świe­tle mło­de­go dnia za­czął so­bie za­da­wać py­ta­nia, któ­re wcze­śniej nie przy­szły mu do gło­wy. Kim jest na­ma­lo­wa­ny mło­dzie­niec? W ja­kich cza­sach żył? Kto go na­ma­lo­wał? Po co?

Po­zna­nie od­po­wie­dzi na­gle wy­da­ło mu się bar­dzo waż­ne, więc za po­mo­cą ko­mór­ki ob­fo­to­gra­fo­wał ob­raz, a na­stęp­nie wy­sto­so­wał mej­la do zna­jo­me­go hi­sto­ry­ka sztu­ki, któ­ry pro­wa­dził eks­klu­zyw­ną ga­le­rię w Bruk­se­li. Na od­po­wiedź nie trze­ba było dłu­go cze­kać, acz­kol­wiek zja­wie­nie się eki­py od osu­sza­nia nie po­zwo­li­ło Ka­ro­lo­wi od razu się z nią za­po­znać.

En­tu­zja­stycz­na wia­do­mość od jego przy­ja­cie­la, Da­wi­da, przy­nio­sła miłą nie­spo­dzian­kę. Po sy­gna­tu­rze uda­ło się zi­den­ty­fi­ko­wać au­to­ra ob­ra­zu jako nie­ja­kie­go Jo­han­ne­sa Mark­sa.

Marx to swe­go ro­dza­ju ci­cha le­gen­da w moim świat­ku. Jego na­zwi­sko mówi coś tyl­ko nie­któ­rym ko­ne­se­rom, któ­rzy zresz­tą uni­ka­ją wy­ma­wia­nia go. To tro­chę jak z Aldo Ma­nu­zio, na pew­no wiesz, co mam na my­śli (Ka­rol nie wie­dział). Jego ob­ra­zy nie osią­ga­ją za­wrot­nych cen na au­kcjach (twój, je­śli to au­ten­tyk, wy­ce­nił­bym naj­wy­żej na pięt­na­ście ty­się­cy euro), jed­nak gdy ja­kiś się po­ja­wia, za­wsze robi się tro­chę szu­mu.

Bo wi­dzisz, Marx nie był tyl­ko ma­la­rzem, był przede wszyst­kim al­che­mi­kiem. Za­pew­ne za­wdzię­cza­my mu od­kry­cie wie­lu barw­ni­ków, któ­rych uży­wa się do dziś. Jako jego naj­więk­sze osią­gnię­cie na­le­ża­ło­by wska­zać prze­pro­wa­dze­nie ma­ria­żu che­mii z ma­lar­stwem. Nie­ste­ty, pa­mię­ta się o nim głów­nie ze wzglę­du na ota­cza­ją­cą go le­gen­dę. Ale nie bój się, nie za­mie­rzam za­nu­dzać cię ba­ję­da­mi.

Co do kon­kre­tów, to nie ma tego zbyt wie­le. Uro­dził się pod ko­niec XVIII wie­ku, może w la­tach 80., a umarł ja­koś po roku 1815. Na pew­no w któ­rymś mo­men­cie ży­cia tra­fił na dwór Na­po­le­ona. O jego byt­no­ści w Pol­sce nic mi nie wia­do­mo, dla­te­go two­je zna­le­zi­sko jest tym bar­dziej cie­ka­we.

Nie ukry­wam, że był­bym za­chwy­co­ny, gdy­bym mógł obej­rzeć i ob­ma­cać ten twój ob­raz. Przy oka­zji faj­nie by­ło­by prze­pro­wa­dzić kil­ka te­stów, żeby po­twier­dzić jego au­ten­tycz­ność. Nie wy­bie­rasz się przy­pad­kiem do Bruk­se­li?

Ka­ro­lo­wi nie bar­dzo uśmie­cha­ło się prze­ry­wa­nie prac przy domu, gdy do­pie­ro co za­czę­ły się roz­krę­cać, jed­nak ta­jem­ni­ca mło­dzień­ca z dnia na dzień fa­scy­no­wa­ła go co­raz bar­dziej. W koń­cu, jak tyl­ko osu­sza­nie piw­nic zo­sta­ło ukoń­czo­ne, pod­jął de­cy­zję.

Z po­cząt­ku za­mie­rzał le­cieć sa­mo­lo­tem, lecz po­tem opa­dła go chma­ra my­śli, ja­kich ni­g­dy wcze­śniej nie mie­wał. Lot ozna­czał kon­tro­le pasz­por­to­we, cel­ne i Bóg jesz­cze ra­czy wie­dzieć ja­kie. Mu­siał­by po­ka­zać ob­raz ta­bu­nom urzęd­ni­ków, wy­sta­wić go na pa­stwę ma­ca­ją­cych pal­ców. Wię­cej, wy­spo­wia­daw­szy się biu­ro­kra­tom i uzy­skaw­szy ich od­ra­ża­ją­ce stem­pel­ki, mu­siał­by jesz­cze za­pa­ko­wać zna­le­zi­sko i nadać jako ba­gaż. Dla­te­go po­sta­no­wił je­chać sa­mo­cho­dem, mimo iż ozna­cza­ło to spę­dze­nie w dro­dze naj­mniej dzie­się­ciu go­dzin.

Wy­ru­szył wcze­snym ran­kiem, gdy chłód ką­sał w pal­ce, a le­ni­we słoń­ce do­pie­ro wy­peł­za­ło zza ho­ry­zon­tu. Sam zresz­tą rów­nież się ocią­gał, jak­by w ostat­niej chwi­li zbra­kło mu pew­no­ści sie­bie. Je­chał po­wo­li mię­dzy uśpio­ny­mi do­mo­stwa­mi, na­słu­chu­jąc hur­ko­tu opon na zrze­szo­cia­łym as­fal­cie. Do­pie­ro opu­ściw­szy wieś, ze­brał się w so­bie, wdep­nął gaz i po­mknął na za­chód, umy­ka­jąc ju­trzen­ce.

W nie­speł­na pół­to­rej go­dzi­ny do­tarł do Zgo­rzel­ca, gdzie prze­je­chał przez gra­ni­cę. W Niem­czech ode­tchnął swo­bod­niej, jak­by przy­cią­ga­nie domu sła­bło, w mia­rę jak się od nie­go od­da­lał. Włą­czył ra­dio, gło­śni­ki ryk­nę­ły gło­sem Mic­ka Jag­ge­ra. Za­po­mniał, że od kil­ku mie­się­cy wo­ził w sa­mo­cho­dzie pły­tę „Brid­ges to Ba­by­lon” Rol­ling Sto­ne­sów. Prze­słu­chał pierw­szą pio­sen­kę, od­stu­ku­jąc rytm na kie­row­ni­cy, jed­nak gdy za­bu­czał bas dru­giej, wy­łą­czył od­twa­rzacz. Mu­zy­ka spra­wia­ła, że wspo­mnie­nia za­kra­da­ły się nie­po­ko­ją­co bli­sko.

Przed dzie­wią­tą do­tarł na przed­mie­ścia Dre­zna, gdzie utknął z po­wo­du ro­bót dro­go­wych. Przez pierw­szych kil­ka mi­nut cze­kał grzecz­nie w kor­ku, po­tem prze­sta­wił GPS tak, aby po­pro­wa­dził go bocz­ny­mi dro­ga­mi. Urzą­dze­nie ostrze­gło, że czas do­jaz­du do celu się wy­dłu­ży, ale Ka­rol to zi­gno­ro­wał. Tłok przy­pra­wiał go o po­czu­cie klau­stro­fo­bii. Nie mógł oprzeć się wra­że­niu, że kie­row­ca w wo­zie za nim bo­ru­je mu wzro­kiem dziu­rę w kar­ku.

Prze­pchnął się mię­dzy sa­mo­cho­da­mi do naj­bliż­sze­go zjaz­du i po­mknął nie­wiel­ką bocz­ną dróż­ką. Po ja­kiejś pół­go­dzi­nie na­tra­fił na sta­cję ben­zy­no­wą. Za­trzy­mał się, ku­pił kawę i pącz­ka. W ob­ło­ku słod­ko-gorz­kiej woni zmie­lo­nych zia­ren siadł za kie­row­ni­cą. Uśmiech prze­mo­cą wy­krzy­wił mu usta. Ka­rol nie­spo­dzie­wa­nie po­czuł się lek­ko. Za­pa­lił sil­nik i po­mknął da­lej przed sie­bie.

Na szo­sie było nie­na­tu­ral­nie wręcz pu­sto – przez do­brą go­dzi­nę nie na­tknął się na ża­den inny sa­mo­chód; mi­ja­ne wio­secz­ki zda­wa­ły się wy­lud­nio­ne. Pła­ski wschod­nio­nie­miec­ki kra­jo­braz prze­wi­jał się za szy­ba­mi jak rol­ka bu­rej kre­py. Do­pie­ro kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów przed Lip­skiem w ho­mo­ge­nicz­nym amal­ga­ma­cie pól po­ja­wi­ła się ska­za. Przy dro­dze, na żwi­ro­wym po­bo­czu, stał sa­mo­chód na pod­no­śni­ku: volks­wa­gen golf, mo­del z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, w do­dat­ku na pol­skich ta­bli­cach.

Ka­rol zwol­nił. Nie miał ocho­ty na spo­tka­nia z ob­cy­mi ludź­mi, ale wi­dząc, że kie­row­ca gol­fa daje mu roz­pacz­li­we sy­gna­ły rę­ko­ma, prze­ła­mał się i sta­nął tuż za nim. Wnet za szy­bą po­ja­wi­ła się po­kry­ta krót­kim wło­siem gło­wa, nie­rów­ne zęby bły­snę­ły w gry­ma­sie.

Ka­rol uchy­lił drzwi, któ­re zo­sta­ły po­chwy­co­ne i roz­war­te na oścież.

– Rany, dzię­ki, żeś sta­nął, fa­cet! Wóz mi się cał­kiem roz­kra­czył, a tu wszę­dzie jed­no za­du­pie, ani warsz­ta­tu, ani nic.

– Guma?

– No, guma, kur­de. Chcia­łem za­ło­żyć za­pas, a tu flak. Niby nie­miec­ka ro­bo­ta, ale tak na­praw­dę szajs.

– Mogę za­dzwo­nić po po­moc dro­go­wą – za­ofe­ro­wał chłod­no Ka­rol.

Fa­cet spiął się na­gle.

– Nie, nie! – Rzu­cił okiem w stro­nę swo­je­go wozu, na­my­ślił się. – To kosz­tu­je hajs, nie? Ale może byś mnie pod­rzu­cił do ce­pe­enu czy coś?

Ka­rol roz­wa­żył to. Nie uśmie­cha­ło mu się jeż­dże­nie gdzie­kol­wiek z ja­kimś łeb­kiem.

– Wiesz co, w su­mie to mam taki ze­staw do sa­mo­dziel­nej na­pra­wy opon – po­wie­dział wresz­cie.

Wy­siadł z sa­mo­cho­du, otwo­rzył ba­gaż­nik. Łe­bek zaj­rzał mu przez ra­mię.

– A to co za pakę wie­ziesz? – za­gad­nął, wska­zu­jąc na za­wi­nię­ty w fo­lię bą­bel­ko­wą ob­raz.

„Nie twój za­sra­ny in­te­res” – chciał po­wie­dzieć Ka­rol, lecz za­miast tego skła­mał gład­ko:

– Sto­lik.

– Sto­lik?

– No, za­byt­ko­wy.

Wy­do­był skrzy­necz­kę, w któ­rej miał mi­ni­kom­pre­sor i spe­cjal­ny klej, po czym z prze­sad­nym po­śpie­chem za­trza­snął kla­pę ba­gaż­ni­ka. Na­stęp­nie pod­szedł do po­rzu­co­ne­go na po­bo­czu koła. Oparł je o ka­ro­se­rię wozu i wła­śnie przy­stę­po­wał do oglę­dzin, gdy coś stuk­nę­ło w tyl­ną bocz­ną szy­bę gol­fa. Uniósł wzrok i zo­ba­czył małą piąst­kę. Pod­niósł się. Z wnę­trza sa­mo­cho­du wyj­rza­ła na nie­go para dzie­cię­cych oczu o dziw­nie roz­dę­tych źre­ni­cach.

Wzdry­gnął się. Po­pa­trzył na łeb­ka.

– Sor­ry. – Fa­cet otwo­rzył tyl­ne drzwi wozu, zaj­rzał do środ­ka. Po­wie­dział coś do sie­dzą­cej tam dziew­czyn­ki, wy­grze­bał z kie­sze­ni ja­kąś pi­gu­łę, we­pchnął jej do ust.

Ka­rol cof­nął się. Ogar­nę­ło go nie­po­ko­ją­ce uczu­cie, jak­by coś zim­ne­go i ośli­złe­go za­lę­gło mu się w brzu­chu.

Łe­bek wy­gra­mo­lił się z po­wro­tem na jezd­nię.

– To moja cór­ka – po­wie­dział. – E… Źle zno­si po­dróż. Rzy­ga­ła i sra­ła całą dro­gę, mó­wię ci.

– Wy­glą­da nie naj­le­piej.

– No, to avio­ma­rin. Mu­sia­łem ją nie­źle na­fa­sze­ro­wać. Tro­chę to gów­no ją trzep­nę­ło, ale lep­sze to niż cią­głe rzy­ga­nie, nie?

Ka­ro­lem za­trzę­sło. Żeby nie przy­pier­do­lić fa­ce­to­wi, przy­klęk­nął i za­jął się opo­ną. Łe­bek coś da­lej na­wi­jał, opo­wia­dał o ciot­ce z Ener­dó­wa, do któ­rej niby je­cha­li, jed­nak Ka­rol nie słu­chał, za­jął się ro­bo­tą. Złość po­wo­li z nie­go od­pa­ro­wy­wa­ła. Wy­pie­rał ją nie­po­kój, splo­ty my­śli i sko­ja­rzeń ukła­da­ły się w co­raz bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy wzór.

Kie­dy skoń­czył pom­po­wać koło, wstał i po­pa­trzył na drze­mią­ce dziec­ko. „Wy­glą­da nor­mal­nie – po­wie­dział so­bie. – Po­mi­ja­jąc to, że jest na avio­ma­ryj­nym haju”. Po­trzą­snął gło­wą.

– Go­to­we – po­wie­dział do łeb­ka.

– Dzię­ki, fa­cet, ura­to­wa­łeś mi dupę.

Łe­bek kil­ka razy na­ci­snął na koło, po czym za­brał się za mon­to­wa­nie go.

– Wy­star­czy, że­by­ście do­je­cha­li do naj­bliż­sze­go wul­ka­ni­za­to­ra – mruk­nął Ka­rol.

Po­wę­dro­wał do wła­sne­go sa­mo­cho­du. Scho­wał kom­pre­sor i klej. Wsiadł. Wy­siadł.

– Tyl­ko, na li­tość bo­ską, już nie fa­sze­ruj dzie­cia­ka pro­cha­mi! – po­wie­dział.

Łe­bek rzu­cił mu kose spoj­rze­nie. Wi­dać było, że w gę­bie za­ko­tło­wa­ła mu się ja­kaś py­sków­ka, ale miał przy­naj­mniej na tyle przy­zwo­ito­ści, żeby bąk­nąć je­dy­nie:

– Ja­sne.

Ka­rol trza­snął drzwia­mi i od­je­chał. Po­czu­cie lek­ko­ści zni­kło.

* * *

Do Bruk­se­li do­je­chał przed osiem­na­stą, lecz nie wje­chał do sa­me­go mia­sta. GPS za­pro­wa­dził go przed bra­mę du­że­go, oto­czo­ne­go pło­tem ma­ga­zy­nu na przed­mie­ściach. Spró­bo­wał do­ga­dać się ze straż­ni­kiem, ale moc­no za­nie­dba­ny fran­cu­ski za­wiódł go ha­nieb­nie, więc mu­siał się­gnąć po te­le­fon.

– Gdzie je­steś? – zdzi­wił się Da­wid.

– No, pod wa­szym ma­ga­zy­nem… Pod ja­kimś ma­ga­zy­nem.

– Nie przy­le­cia­łeś sa­mo­lo­tem?

– Nie.

– Szko­da, że nie za­dzwo­ni­łeś z dro­gi. E… Po­cze­kaj tam chwi­lę. Za­raz będę, okej?

– Okej, ni­g­dzie się nie wy­bie­ram.

Da­wid zja­wił się na miej­scu po ja­kichś dwu­dzie­stu mi­nu­tach. Pisk opon jego le­d­wo miesz­czą­cej się na za­krę­tach to­yo­ty hi­lux było sły­chać już z da­le­ka. Z lek­kim, ale w peł­ni kon­tro­lo­wa­nym po­śli­zgiem za­ha­mo­wał przed bra­mą i, nie ga­sząc sil­ni­ka, wy­sko­czył, aby po­wi­tać przy­ja­cie­la. Nie­ogo­lo­ny, z blond ba­ła­ga­nem na łbie i w roz­cheł­sta­nej ko­szu­li wy­glą­dał, jak­by do­pie­ro co opu­ścił to­wa­rzy­stwo dwóch albo i trzech sym­pa­tycz­nych dziew­cząt.

– Sa­lut! – krzyk­nął w bie­gu.

Za­mie­nił kil­ka słów z ochro­nia­rzem, a kie­dy szla­ban się uniósł, Da­wid wska­zał, gdzie moż­na za­par­ko­wać i sam sta­nął za nim. Na­stęp­nie wy­tar­gał Ka­ro­la za pra­wi­cę z wozu i rzekł mu kon­fi­den­cjo­nal­nie:

– Świet­nie, że je­steś, za­się­gną­łem już ję­zy­ka – oczy­wi­ście dys­kret­nie, nie­zo­bo­wią­zu­ją­co, bez na­zwisk, bez kon­kre­tów – w te­ma­cie tego two­je­go ob­ra­zu. Kup­cy, jak­byś chciał, się znaj­dą.

Ka­rol skrzy­wił się. Wy­darł dłoń ze szpo­nów przy­ja­cie­la.

– Nie za­mie­rzam go sprze­da­wać.

– A ja nie mó­wię, że­byś sprze­da­wał, ale za­wsze war­to wie­dzieć, na czym się stoi.

– Mo­głeś mnie naj­pierw za­py­tać…

– Oj, nie smęć! Chodź, chodź, mamy dużo do zro­bie­nia.

– To jest ta wa­sza ga­le­ria?

– Ga­le­ria znaj­du­je się w cen­trum, tu­taj trzy­ma­my dużą część zbio­rów i mamy la­bo­ra­to­rium – wy­ja­śnił Da­wid.

– La­bo­ra­to­rium? – za­in­te­re­so­wał się Ka­rol.

– Tak. Smut­na praw­da o na­szej bran­ży jest taka, że same dzie­ła sztu­ki war­te są gro­sze, za to cer­ty­fi­ka­ty au­ten­tycz­no­ści cza­sa­mi set­ki ty­się­cy. Nie­raz bywa, że rama jest cen­niej­sza od ob­ra­zu, wiesz?

– Nie mia­łem po­ję­cia.

– Cóż, taki to już wred­ny, ma­te­ria­li­stycz­ny świat. No, chodź, na po­czą­tek prze­świe­tli­my pa­cjen­ta.

We dwóch zła­pa­li oku­ta­ny fo­lią ob­raz, wy­cią­gnę­li go z ba­gaż­ni­ka i po­nie­śli do przy­po­mi­na­ją­ce­go han­gar lot­ni­czy bu­dyn­ku. Przy wej­ściu Da­wid po­ga­dał chwi­lę z ko­lej­nym ochro­nia­rzem, a póź­niej, po paru kro­kach, za­trzy­mał się jesz­cze, gdy wpa­dli na in­ne­go pra­cow­ni­ka ga­le­rii. Przez mi­nu­tę czy dwie z oży­wie­niem kon­wer­so­wał z nim po fran­cu­sku, raz po raz ki­wa­jąc gło­wą w stro­nę pa­kun­ku.

Ka­ro­lo­wi zde­cy­do­wa­nie nie od­po­wia­da­ła ga­da­tli­wość przy­ja­cie­la.

W koń­cu do­tar­li do nie­wiel­kie­go, ja­sne­go po­miesz­cze­nia, któ­re do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ło­by salę szpi­tal­ną, gdy­by nie fakt, że na czy­stych bia­łych bla­tach, obok nie­zli­czo­nych fio­lek i men­zu­rek, po­roz­kła­da­ne były głów­nie wo­nie­ją­ce sta­ro­ścią płót­na.

– Opa – sap­nął Da­wid, od­kła­da­jąc ob­raz. Za­tarł ręce.

Ten jego en­tu­zjazm spra­wiał, że Ka­rol sta­wał się nie­co… Onie­śmie­lo­ny? Skrę­po­wa­ny? Zi­ry­to­wa­ny? W głę­bi du­szy tro­szecz­kę ża­ło­wał, że przy­je­chał. Kie­dy przy­szło co do cze­go, myśl, że ktoś bę­dzie oglą­dał ob­raz, wy­da­ła mu się nie­przy­jem­na. Być może cho­dzi­ło o to, że do­tych­czas czuł się tak, jak­by od­krył za­gi­nio­ny skarb. A te­raz mógł usły­szeć, że zna­le­zi­sko w isto­cie jest zu­peł­nie bez­war­to­ścio­we, ale za to ma bar­dzo ład­ną ramę.

Świa­do­mie wy­ko­nu­jąc mnó­stwo zbęd­nych ru­chów i usta­wia­jąc się tak, aby ple­ca­mi prze­sło­nić Da­wi­do­wi wi­dok, za­brał się za od­wi­ja­nie fo­lii. Za­ję­ło to ład­nych parę mi­nut, pod­czas któ­rych jego przy­ja­ciel po­mru­ki­wał nie­cier­pli­wie. Wresz­cie jed­nak płót­no zo­sta­ło od­sło­nię­te.

I w tym mo­men­cie Ka­rol zo­rien­to­wał się, że coś jest nie tak. Jego noz­drza za­ata­ko­wał gę­sty, lep­ki smród.

– Mat­ko! – jęk­nął Da­wid. – Coś ty z tym zro­bił?! – Nie­de­li­kat­nie ode­pchnął Ka­ro­la na bok i się­gnął po ob­raz. – Za­wilgł! Kom­plet­nie!

Fak­tycz­nie, spod gór­nej ramy po­now­nie są­czy­ła się cuch­ną­ca bura ciecz.

Ka­rol prze­stra­szył się, lecz jed­no­cze­śnie roz­zło­ścił. Da­wid trak­to­wał go tak, jak­by do­pu­ścił się wzglę­dem ob­ra­zu ja­kie­goś za­nie­dba­nia. A to nie była praw­da!

– Osu­szy­łem go – wy­ja­śnił ura­żo­ny. – Su­szy­łem nad ogniem.

Przy­ja­ciel rzu­cił mu spoj­rze­nie peł­ne świę­te­go obu­rze­nia.

– Su­szy­łeś nad ogniem?! To cud, że płót­no jesz­cze nie za­czę­ło się roz­ła­zić! Skąd taki po­mysł?

Po­spiesz­nie po­ło­żył ob­raz na wol­nym bla­cie, wy­szarp­nął ze sto­ją­ce­go nie­opo­dal pu­deł­ka garść ręcz­ni­ków pa­pie­ro­wych i przy­stą­pił do zbie­ra­nia śmier­dzą­cej cie­czy. Ba­dał przy tym ramę, pró­bu­jąc usta­lić, gdzie ze­bra­ła się wil­goć. Kiep­sko mu szło. W któ­rymś mo­men­cie w pu­deł­ku za­bra­kło ręcz­ni­ków, więc mu­siał po­biec do skła­dzi­ku po za­pas.

Ka­rol sko­rzy­stał z oka­zji i pod­szedł do ob­ra­zu. Po­chy­lił się. Wstrzy­mał od­dech. Na jego oczach brud­na woda prze­sta­ła ciec. Po­je­dyn­cze kro­pel­ki za­ha­mo­wa­ły, a po­tem na­gle ru­szy­ły na boki i za­czę­ły się zbie­rać w więk­sze sku­pi­ska, któ­re mo­men­tal­nie wy­pa­ro­wy­wa­ły. Za­nim Da­wid wró­cił z ręcz­ni­ka­mi, po wil­go­ci nie było już śla­du.

– O, wy­tar­łeś…

Da­wid upew­nił się jesz­cze, czy nie­bez­pie­czeń­stwo na pew­no zo­sta­ło za­że­gna­ne, po czym od­wró­cił się do Ka­ro­la i po­wie­dział:

– Jak mo­głeś po­zwo­lić na coś ta­kie­go? Ten ob­raz wy­glą­dał, jak­byś go wy­cią­gnął z ka­łu­ży.

– Zna­la­złem go na stry­chu… Osu­szy­łem…

Przy­ja­ciel nie słu­chał. Odło­żył pacz­kę ręcz­ni­ków, pod­niósł ob­raz i po­szedł z nim do bocz­ne­go po­miesz­cze­nia. Ka­rol po­dą­żył za nim.

W ma­łym po­ko­iku znaj­do­wa­ło się dziw­ne urzą­dze­nie o roz­mia­rach sza­fy. Ka­ro­lo­wi ko­ja­rzy­ło się ono ze sto­lar­ską prze­ci­nar­ko-zgrze­war­ką, któ­rą kie­dyś wi­dział. Nie była to za­chę­ca­ją­ca myśl.

– Co ro­bisz? – za­py­tał.

– Za­mie­rzam go prze­świe­tlić.

– Po co?

– Po­zwo­li nam to uzy­skać tro­chę cie­ka­wych in­for­ma­cji: czy był prze­ma­lo­wy­wa­ny, ile ma warstw i tak da­lej. Szcze­gól­ne zna­cze­nie ma dla nas kwe­stia sy­gna­tu­ry. Za­wsze ist­nie­je moż­li­wość, że ktoś wziął ja­kiś sta­ry ob­raz i do­ma­lo­wał pod­pis zna­ne­go au­to­ra, choć w tym wy­pad­ku wy­da­je mi się to mało praw­do­po­dob­ne. Ale prze­świe­tle­nie da nam w tej kwe­stii pew­ność.

Da­wid umie­ścił ob­raz na spe­cjal­nej ra­mie, któ­rą wsu­nął do wnę­trza ma­szy­ny. Na­stęp­nie prze­szedł do po­bli­skie­go sta­no­wi­ska kom­pu­te­ro­we­go. Za­czął kli­kać i po chwi­li urzą­dze­nie obu­dzi­ło się do ży­cia.

– To po­trwa kil­ka­na­ście mi­nut – po­in­for­mo­wał. – Do na­świe­tleń uży­wa­my bar­dzo ma­łych da­wek pro­mie­nio­wa­nia, a cała po­wierzch­nia płót­na musi zo­stać pod­da­na do­kład­ne­mu ma­po­wa­niu.

Ka­rol po­ki­wał gło­wą. Oparł się o ścia­nę. Mia­ro­we bu­cze­nie ma­szy­ny dzia­ła­ło na nie­go uspo­ka­ja­ją­co. Cie­szył się, że Da­wid sku­pił się na ekra­nie kom­pu­te­ra i nic już nie mó­wił.

Po kil­ku mi­nu­tach zro­bi­ło mu