Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 313 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mali więźniowie - Casey Watson

 

Porażająca i szokująca historia rodzeństwa pozbawionego przez znęcających się nad nimi rodziców dzieciństwa… i człowieczeństwa


Dziewięcioletni Ashton i sześcioletnia Olivia są potwornie brudni, zawszeni i przerażeni. Nie potrafią jeść nożem i widelcem, myć się, ubierać, korzystać z toalety. Swoje potrzeby fizjologiczne załatwiają tam, gdzie akurat się znajdują. Nie wiedzą, co jest dobre, a co złe. Zachowują się nie jak dzieci, lecz jak dzikie zwierzątka. A ich ciała są usiane ranami i bliznami...
Lecz jeszcze bardziej przeraźliwe są spustoszenia, jakie poczyniono w ich psychice.

Od chwili, kiedy odebrane rodzicom rodzeństwo przekracza próg domu Watsonów, Casey wie, że czeka ją niezwykle trudne zadanie. Nie przeczuwa jednak, jak straszną prawdę pozna wkrótce. I jak okrutną krzywdę kryje przeszłość tych dwojga dzieci w ich rodzinnym domu…

Opinie o ebooku Mali więźniowie - Casey Watson

Fragment ebooka Mali więźniowie - Casey Watson

Strona redakcyjna

Redaktor serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Redakcja stylistyczna

Dorota Kielczyk

Korekta

Hanna Lachowska

Joanna Egert-Romanowska

Zdjęcia na okładce

© Shutterstock

© PhotoAlto/Alamy

Tytuł oryginału

Little Prisoners

A tragic story of siblings trapped in a world of abuse and suffering

Originally published in the English language by HarperCollins

Publishers Ltd. under the title

Little Prisoners: A tragic story of siblings

trapped

in a world of abuse and suffering

© Casey Watson 2012.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4730-4

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Mojej wspaniałej rodzinie,

która jest dla mnie źródłem wsparcia

Rozdział 1

W samolocie mój mąż Mike zawsze zajmował miejsce przy oknie, więc żeby zobaczyć lądowanie, musiałam się nad nim przechylić. Zmierzwił mi włosy.

— Ależ się niecierpliwisz! — zauważył. — Nie możesz się już doczekać powrotu do domu, co?

Wracaliśmy z tygodniowych wakacji na Korfu. Spędzonych tylko we dwoje. Nieczęsta możliwość odpoczynku, którego każde z nas bardzo potrzebowało. Właśnie pożegnaliśmy się z Sophią, naszą ostatnią podopieczną, i zorganizowany na szybko urlop naprawdę nas postawił na nogi. Sophia miała zostać z nami dwa tygodnie, na zasadzie sytuacji awaryjnej, tymczasem jej pobyt przeciągnął się niemal do roku. I dał nam nieźle popalić.

Przytuliłam się do Mike’a na tyle, na ile pozwalał mi zapięty pas. Chciałam mu pokazać, że nie ma racji. A przynajmniej nie do końca.

— Kochanie — powiedziałam. — Wakacje były fantastyczne. Naprawdę. Ale znasz mnie. Tęsknię już za dzieciakami. Zwłaszcza za Levim.

Levi to nasz malutki wnuk, istny promyczek.

— Wiem — odparł Mike i przesunął się tak, żeby odsłonić mi widok za oknem. — Szczerze mówiąc, ja też tęsknię. Ale lada moment będziemy w domu... O, już lądujemy. Zobaczmy, jak mu pójdzie.

Oboje patrzyliśmy, jak samolot płynnie zbliża się do pasa. Obyło się bez podskoków. Pilot perfekcyjnie posadził maszynę na ziemi.

Sophia, już trzynastolatka, na czas leczenia psychiatrycznego została umieszczona w tymczasowym ośrodku opiekuńczo-wychowawczym. Opieka nad nią była doświadczeniem, które zostanie w nas na długo, ale teraz rokowania były dobre i nadal widywaliśmy się z nią regularnie. Wspólne przejścia jednak dały się nam wszystkim we znaki. Nie tylko temu nieszczęsnemu dziecku, ale także całej naszej rodzinie. Na szczęście znów odzyskaliśmy grunt pod nogami. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo potrzebuję zobaczyć się z własnymi dziećmi. Riley, nasza pierworodna, a zarazem matka mojego ukochanego Leviego, tuż przed naszym wyjazdem obwieściła nam, że spodziewa się drugiego dziecka. Byliśmy wniebowzięci tą wiadomością i nie mogłam się już doczekać, kiedy znów wyściskam córkę.

Chciałam też jak najszybciej zobaczyć Kierona, naszego syna. Wiedziałam, że nie odetchnie, dopóki nie wrócimy bezpiecznie do domu. Kieron cierpi na zespół Aspergera. Objawia się między innymi tym, że wszelka zmiana ustalonego porządku budzi w nim niepokój. Choć Kieron też wyjechał na kilka dni ze swoją dziewczyną Lauren i jej rodziną, to miałam świadomość, że i tak nie przestanie się o nas zamartwiać.

Dlatego bardzo się niecierpliwiłam, kiedy wreszcie znajdę się w domu i ich wszystkich zobaczę. Chciałam jak najszybciej wydostać się z lotniska w Manchesterze. Nienawidzę portów lotniczych, zwłaszcza w środku dnia, gdy panuje na nich największe zamieszanie. Pod tym względem dzień dzisiejszy nie odbiegał od normy. Szliśmy z całym tłumem niekończącymi się, pozbawionymi okien, białymi korytarzami, a potem, na skutek zaostrzonych procedur bezpieczeństwa, musieliśmy odstać swoje w wielokilometrowych kolejkach. Czasem wręcz się zastanawiałam, czy statkiem nie byłoby szybciej. W końcu udało nam się wyjść do hali bagażowej, ale jak zwykle walizki jeszcze się nie pojawiły.

Jasna cholera, pomyślałam. Całe wieki nie miałam papierosa w ustach.

— Mike — odezwałam się, wykonując wymowny gest. — Mógłbyś zaczekać na bagaże? Spotkamy się przed wejściem.

Dzięki Bogu, mój mąż uśmiechnął się pobłażliwie.

— Dobrze, idź — zgodził się. To miłe z jego strony. Sam nie pali i wiem, jak bardzo mu zależy, żebym rzuciła. I rzucę, już niedługo. Ale nie dziś.

Cmoknęłam go w policzek i wyszłam przez halę przylotów na zewnątrz, po drodze przeczesując torebkę w poszukiwaniu fajek.

Przy okazji wyciągnęłam komórkę. Pora włączyć telefon i dowiedzieć się, co słychać u najbliższych. Oczywiście w pierwszej kolejności chciałam zadzwonić do Riley, żeby sprawdzić, czy dobrze się czuje w ciąży. Poza tym domyślałam się, że córka też z radością ze mną porozmawia. Byłyśmy ze sobą bardzo zżyte, poza tym Riley zdawała sobie sprawę, ile mnie kosztowała opieka nad Sophią.

Zaledwie włączyłam aparat, moje przewidywania się potwierdziły. Telefon zasygnalizował nadejście kolejnych esemesów: wszystkie jednak informowały o wiadomościach w poczcie głosowej. Hm. Komuś najwyraźniej zależało, żeby się ze mną przywitać. Wymarzony papieros poszedł chwilowo w odstawkę. Przyłożyłam telefon do ucha i odsłuchałam nagrania.

To nie od Rile. Ale nadawca był jeden — John Fulshaw, koordynator z agencji opieki zastępczej, dla której pracowaliśmy z Mikiem. Wszystkie zostały nagrane dzisiaj i wszystkie brzmiały mniej więcej tak samo: „Casey, zadzwoń do mnie, jak tylko odsłuchasz tę wiadomość”.

Jego słowa postawiły mnie na baczność. To mogło oznaczać tylko jedno: musi mieć dla nas kolejne dziecko.

W tej samej chwili zjawił się Mike, ciągnąc za sobą nasze dwie walizki. Najwyraźniej nie trzeba było czekać na nie aż tak długo. Pomachałam w jego kierunku telefonem.

— Nie zgadniesz — rzuciłam z szerokim uśmiechem. — Wydzwaniał do mnie John. Nagrał mi się na pocztę!

— Do diabła, Casey! Dopiero co wylądowaliśmy! Czego chce?

Pokręciłam głową.

— Jeszcze nie wiem. Ale mam nadzieję, że chodzi o kolejne dziecko.

Mój mąż przewrócił oczami.

— Tak szybko? — uśmiechnął się. — W porządku. Oddzwoń do niego. Równie dobrze możesz zrobić to teraz.

Coraz bardziej podekscytowana, wybrałam znajomy numer. W ciągu ostatnich dwóch lat staliśmy się sobie z Johnem naprawdę bliscy. Był teraz bardziej przyjacielem niż szefem i powoli już się przyzwyczajałam do jego dziwactw. Wiecznie wszystkim się zamartwiał i teraz też w jego głosie brzmiał niepokój.

— Nareszcie, Casey! — wykrzyknął. — Zacząłem już myśleć, że pomyliłem daty. Wróciłaś już do Anglii, prawda? Czy jesteś jeszcze na wakacjach?

— Nie, właśnie wyszliśmy z lotniska. Co się dzieje? Odniosłam wrażenie, że byłeś trochę spanikowany, kiedy nagrywałeś mi się na pocztę.

— „Trochę” to mało powiedziane. Znaleźliśmy się w sytuacji podbramkowej i szczerze mówiąc, nie wiem, do kogo innego mógłbym się zwrócić.

— Mów dalej — zachęciłam go, coraz bardziej zaintrygowana. Nic nie mogłam na to poradzić. Przy wielu swoich minusach moja praca miała też sporo plusów, takich jak ten: moment, gdy nie wiadomo, co czeka za rogiem. Jakie będzie dziecko, z jakimi problemami, z jaką ponurą historią na swoim koncie?

John westchnął głośno.

— Słuchaj, Casey, też bym wolał nie zwracać się z tym do ciebie. I możesz się nie zgodzić, wiesz o tym, prawda? Chodzi o rodzeństwo. O dwoje dzieci...

— Dwoje? Rany!

— Właśnie. To jeszcze małe dzieciaki. Starszy chłopiec i młodsza dziewczynka. Sytuacja jest dramatyczna. Trzeba je jak najszybciej zabrać od rodziców. Są bardzo zaniedbane i z tego, co słyszałem, ich stan jest tragiczny. Pod względem psychicznym i fizycznym.

— Fizycznym? Ktoś je bił?

— Nie, nie w tym rzecz. Przynajmniej z tego, co wiem. Problemem jest raczej zaniedbanie. I to poważne. Te dzieci żyły trochę jak zwierzęta. Nie chcę cię okłamywać, Casey, nie będzie łatwo. Mają poważny problem. Trzeba je okiełznać. Na pocieszenie powiem jedynie, że chodzi o bardzo krótki okres. Zostaną u was tylko przejściowo. Dwa, góra trzy tygodnie.

— No cóż... — uśmiechnęłam się do Mike’a, który przypatrywał się mi z uwagą. — Znasz mnie: lubię wyzwania. Ale dwoje... ile mają lat?

— Ehm, sześć i dziewięć. Czy jakoś tak.

Czyli to jeszcze maluchy. Przynajmniej w porównaniu z ostatnią moją podopieczną.

— Słuchaj. Muszę oczywiście najpierw omówić to z Mikiem. — Mąż uniósł brwi. — Zapytać, czy nie ma nic przeciwko, dobrze? Zadzwonię za jakiś czas.

— Jasne.

Starannie dobierałam słowa, gdy przedstawiałam sytuację Mike’owi. Nie wiedziałam, czy wolę usłyszeć zgodę, czy sprzeciw. Z jednej strony to było coś nowego i emocjonującego: wyzwanie, choć na krótko. Ale dwójka poważnie zaniedbanych dzieciaków? To dla mnie zupełna nowość. Przywykłam do opieki nad jednym trudnym dzieckiem. A tu dwoje naraz, a do tego takich małych — sprawa wymagała namysłu. Zawsze przysyłano mi nastolatki, z nimi radziłam sobie najlepiej. Nastolatki z problemami, zgadza się. Ale nie takie maluchy!

Poza tym po raz kolejny dzieci powierzono by nam na krótko, choć to akurat tak całkiem mnie nie zaskoczyło. Ale nie przeczę, trochę też zirytowało — w końcu zostaliśmy z Mikiem wyszkoleni na opiekunów specjalistycznych i mieliśmy stosować innowacyjny program zmiany zachowania. Uprzedzono nas już jednak, podobnie jak innych opiekunów, że na skutek rządowych cięć w budżecie musimy być elastyczni i podejmować się każdego rodzaju opieki, w zależności od potrzeb. Tak zapewne było rozsądniej: lepiej działać, niż siedzieć z założonymi rękami i czekać na dziecko, które sprosta odpowiednim kryteriom. Mimo to wielka szkoda, że nie mogliśmy robić tego, do czego zostaliśmy przygotowani. Już raz zastosowaliśmy wyuczony model, w przypadku Justina, naszego pierwszego podopiecznego, i zaobserwowaliśmy autentyczną poprawę. Ale co zrobić? Takie realia sektora publicznego. A słowa „poważnie zaniedbane” budziły we mnie instynkt macierzyński. Biedne szkraby. Jaka smutna historia się z nimi wiąże?

Mike patrzył na mnie z namysłem, przetrawiając to, co właśnie ode mnie usłyszał.

— Dwoje małych dzieci — powtórzył. — Jedno zaledwie sześcioletnie? Zamęczysz się na śmierć, kochanie. Masz tego świadomość, prawda?

Natychmiast się nastroszyłam. W końcu zapaliłam papierosa i ruszyłam z Mikiem w stronę parkingu.

— Bzdura — powiedziałam.

Dopiero niedawno przekroczyłam czterdziestkę i nie czułam się staruszką! Poza tym ostatnio miałam okazję przypomnieć sobie, jak męczące bywają małe dzieci. Przecież w naszym życiu pojawił się Levi. Zbyłam milczeniem uwagę Mike’a, że wnuczek przecież z nami nie mieszka. Teraz już naprawdę się wściekłam. Oczywiście, że sobie poradzimy. Przecież te dzieci nie mogą być aż tak trudne? Poza tym są wakacje. Nie trzeba się więc martwić szkołą. Będę spędzać z nimi czas na dworze, wynajdować im zajęcia. Jest park, jest basen, jest kino. Riley mi pomoże. Levi będzie zachwycony. Poza tym, przypomniałam, zostaną u nas na krótko.

Kiedy skończyłam swój wywód, twarz Mike’a wciąż wyrażała wątpliwości.

— Słuchaj, kochanie. Chodzi mi tylko o ciebie — zapewnił. — Ja wyjdę do pracy. To ty z nimi zostaniesz. — Doszliśmy już do parkingu i Mike skręcił przy szlabanie. — Ale jeśli uważasz, że dasz sobie radę, to bardzo proszę, dzwoń do Johna. Powiedz, że się zgadzasz. Zresztą pewnie i tak nie zaakceptujesz odmowy, więc równie dobrze możemy skrócić jego męki.

Nachyliłam się i go pocałowałam.

— Damy radę, skarbie. A słowo „my” jest tu kluczowe...

— No, no. Wiesz, że ciągle jeszcze mogę zmienić zdanie!

Ale nie zmienił. Nie zrobiłby tego. Znał mnie. Radośnie złapałam za telefon i wybrałam numer.

Dwadzieścia cztery godziny później w domu wrzało jak w ulu. Ucieszyła mnie reakcja dzieci. Po opiece nad Sophią, której problemy poważnie odbiły się na całej naszej rodzinie, spodziewałam się, że dzieciaki podejdą do sprawy z większą rezerwą. Kieron z miejsca zapalił się do pomysłu, że zabiorą z Lauren maluchy na kręgle. Z kolei Riley, choć trochę bardziej powściągliwa, a także świadoma — jak jej ojciec! — ile pracy jest przy takich berbeciach, też zakasała rękawy i przyłączyła się do pomocy.

Mieliśmy w domu cztery sypialnie: jedna moja i Mike’a, druga Kierona, trzecia teraz w różowe motylki i księżniczki, bo tak udekorowaliśmy ją na przybycie Sophii. Skoro jednak rodzeństwo nie miało z nami zostać na długo, nie było sensu wiele zmieniać. Uznałam, że różowy pokój idealnie nadaje się dla dziewczynki, a jej brat może zająć czwartą sypialnię, służącą obecnie za składzik sprzętu muzycznego Kierona i jego kumpla z uczelni: mikserów, wzmacniaczy i konsol potrzebnych didżejom. Trzeba tu było tylko porządnie posprzątać i wynieść wszystkie rzeczy do szopy w ogrodzie.

Zgromadziliśmy już trochę więcej informacji. Przekazał nam je niezwykle wdzięczny John, który gdyby tylko mógł, przeczołgałby się przez przewody telefoniczne, żeby mnie uściskać. Z konieczności zadowolił się jednak wylewnymi podziękowaniami i zapewnieniem, że możemy liczyć na pełne wsparcie z każdej możliwej strony. Dzieci wreszcie zyskały imiona: dziewięcioletni chłopiec to Ashton, a jego sześcioletnia siostra to Olivia.

John zapewnił mnie, że reszty dowiem się po południu, gdy zadzwoni do mnie ktoś z opieki społecznej, tymczasem jednak chciał mi jeszcze tylko powiedzieć, że nowe łóżko jest już w drodze. Na szczęście Mike, który pracował jako kierownik magazynu i miał dość własnych obowiązków, wziął sobie dwa dni wolnego, żeby przygotować pokoje dla dzieci. Dzięki temu wiedziałam przynajmniej, że maluchy będą miały przyjemne miejsce do spania.

Wczesnym popołudniem upewniłam się już, że wszystko zmierza w odpowiednim kierunku, więc zostawiłam Mike’a i Kierona przy malowaniu — znaleźli dużą puszkę niebieskiej farby, pozostałość z czasów, gdy odświeżaliśmy pokój dla Justina, naszego pierwszego podopiecznego. Ja i Riley wybrałyśmy się do miasta dokupić trochę rzeczy. Wcale nie uważałam, że to konieczne, ale słowo „zaniedbane” nie dawało mi spokoju, więc mimo że biedne dzieci miały z nami zostać na krótko, chciałam, żeby czuły się u nas bardzo dobrze. Szybko udało nam się zebrać trochę drobiazgów z okolicznych sklepów z używanymi rzeczami: książek, zabawek i puzzli, pluszaków i lalek — zwykłego, dziecięcego wyposażenia, dzięki któremu maluchy łatwiej się u nas zadomowią.

Właśnie wchodziłyśmy do domu, obładowane zdobyczami, gdy zabrzęczał telefon. Zgodnie z obietnicą dzwoniła pracownica opieki społecznej.

— Jestem Anna — przedstawiła się. Głos młody, ale bardzo profesjonalny. — Wprost nie mogę wyrazić naszej wdzięczności za pomoc. John wiele nam o was mówił i naprawdę nie wiem, jak byśmy sobie bez was poradzili. A muszę przyznać — przygotowałam się psychicznie na złe wieści, bo ton Anny wyraźnie się zmienił — że sprawa zrobiła się jeszcze pilniejsza.

Nie do końca rozumiałam, co to znaczy. W tej „branży” niemal wszystko było „pilne”. A przynajmniej wtedy, gdy góra czegoś potrzebowała — bo niekoniecznie działało to w obie strony.

— Jeszcze pilniejsza?

— Musieliśmy zawiadomić rodziców. Że rano zabieramy dzieci...

— Rano? To znaczy jutro rano?

— Niestety tak. Zrobilibyśmy to już dziś, ale oczywiście musieliśmy was uprzedzić...

— A co ze wcześniejszym spotkaniem organizacyjnym? Nic o nich nie wiemy.

Powinnam się tego spodziewać, pomyślałam z przykrością, czekając na odpowiedź. Teoretycznie, zanim dziecko zostanie umieszczone w rodzinie zastępczej, trzeba przeprowadzić określoną procedurę: odbyć oficjalne spotkanie, w którym uczestniczą wszystkie zaangażowane strony, aby opieka społeczna zapoznała nowych opiekunów z sytuacją dziecka lub dzieci i aby przygotować plan działania na przyszłość. W praktyce jednak... Miałam wrażenie, że już to przerabialiśmy.

— Bardzo mi przykro, że stawiamy was pod ścianą. Oczywiście zorganizujemy spotkanie, gdy tylko rodzeństwo znajdzie się u was, i wtedy przekażemy wam wszelkie informacje.

Słyszałam niemal, jak Anna wstrzymuje oddech, szykując się na mój sprzeciw. Ale przecież się zobowiązałam, że pomogę, a poza tym te dzieciaki już potrzebowały domu.

— Dobrze — odparłam.

— Bardzo, bardzo ci dziękuję — powiedziała. Co raczej mnie zaniepokoiło.

Po niespokojnej nocy, poświęconej głównie sporządzaniu w myślach spisu rzeczy do zrobienia, usiadłam rano w ogrodzie i rozkoszowałam się cudownymi zapachami lata. Ogród wyglądał — i pachniał — naprawdę wspaniale, bo Kieron na moją prośbę skosił trawę, a Lauren wypieliła rabaty. Pomyślałam, że miejsce idealnie nadaje się dla tych nieszczęsnych maluchów: pohasają tu sobie i trochę odreagują.

Choć poprzedniego wieczoru rozmawiałam z Johnem, wciąż niewiele wiedziałam. John częściowo wycofał się z pierwotnych, mało optymistycznych informacji. Zapoznał się trochę lepiej z sytuacją i zapewniał, że dzieci nie stwarzają zbyt wielu poważnych problemów. To tylko dwójka przestraszonych maluchów, które — nie z własnej winy — zostaną odebrane rodzicom. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać powodów takiej sytuacji — istniało zbyt wiele przesłanek, by tego nie robić — ale z tego, co powiedział mi John (tyle, ile sam wiedział), rodzice po prostu nie radzili sobie z opieką nad dziećmi.

Smutne, a przy tym niestety bardzo powszechne. Odetchnęłam głęboko, ciesząc oczy feerią barw, i zaczęłam przygotowywać dla Mike’a listę zakupów. Nie opuszczała mnie przy tym myśl — i nadzieja — że sprawy ułożą się na tyle dobrze, że za jakiś czas rodzice będą mogli odzyskać dzieci.

Do tego zasadniczo sprowadzała się nasza praca: staraliśmy się dawać nadzieję na przyszłość. Nadzieję na powrót dzieci do rodzin, a jeśli to nie wchodziło w grę, to chociaż na to, że dzieciaki rozwiną swoje umiejętności społeczne, a później znajdą gdzieś miejsce na stałe — u opiekunów, którzy zapewnią im spore szanse na szczęście.

Gdy tak siedziałam i rozmyślałam, po trawniku biegał Bob. Uśmiechnęłam się na jego widok. Maluchy pokochają naszego psa. Na sto procent, bo Bob jest przeuroczy. Kieron zjawił się z nim bez uprzedzenia niemal dwa lata temu. Pies marniał w schronisku, porzucony i niechciany. Uśmiechnęłam się do siebie. Najwyraźniej ratowanie skrzywdzonych dzieci i zwierząt leżały w naturze Watsonów.

— Skończyłaś? — Mike dołączył do mnie w ogrodzie. — Pytam, bo jak mam załatwić, co trzeba, przed przyjazdem dzieciaków, to powinienem się zbierać. — Przejrzał wręczoną mu listę, nie kryjąc zdumienia. — Skarbie! Na pewno potrzebujemy tego wszystkiego? Nawet jeszcze nie wiemy, co lubią te maluchy. Nie lepiej wstrzymać się z częścią zakupów do ich przyjazdu?

— Mike, wszystkie dzieci to lubią — odparłam. — I nie denerwuj mnie. Nie dziś.

Zasalutował żartobliwie.

— Rozkaz, Wasza Królewska Mość.

— No już, pospiesz się! — nakazałam z uśmiechem. — Czas ucieka!

Okazało się, że nie minęła nawet godzina, a przed dom zajechał samochód, ledwie parę chwil po tym, jak Mike wrócił obładowany wypełnionymi po brzegi torbami. Ponieważ jakiś czas nas nie było, szafki w kuchni świeciły pustkami, więc uprzątnęliśmy wszystko w ekspresowym tempie. Wiedząc, że dzieci mogą być dość mocno przestraszone, wygoniłam Kierona i Boba do ogrodu, żeby maluchy poznawały rodzinę stopniowo — Riley i jej partner David mieli wpaść z Levim dopiero następnego dnia. Do tego czasu rodzeństwo trochę się zadomowi i zapozna ze swoim tymczasowym domem.

Mike wyszedł przed dom, żeby się przywitać i pomóc wnieść rzeczy — nasza ostatnia podopieczna przytargała ze sobą całą stertę walizek — a ja tymczasem przygotowałam kubki. Gdy wyszłam na korytarz, Mike zdążył już wrócić — w ręce trzymał jedną małą walizkę i worek na śmieci. Za nim dreptały dzieci w towarzystwie mężczyzny i kobiety — Anny, jak się domyślałam.

W końcu wszyscy zgromadzili się na progu.

W tym momencie powinnam natychmiast wprowadzić gości do środka, ale nawet ja — a naprawdę wiele już w życiu widziałam — potrzebowałam chwili, by uwierzyć w to, co widzę.

John nie miał racji. Powiedzieć „zaniedbane” to za mało. Nieszczęsne maluchy były totalnie zdziczałe. Przede wszystkim rzucił mi się w oczy brud — tak gruba warstwa, że ich wychudzone ręce i nogi wyglądały niemal jak wytatuowane. Włosy miały potargane, niemal dready, a na sobie łachmany. Wytrzeszczały przerażone oczy i przyciskały się do swoich opiekunów jak małpiątka do matki. Gdy mężczyzna próbował wyplątać się z objęć chłopca, patykowata, brązowa rączka na nowo ściskała go z całych sił.

Zaraz potem dotarł do mnie ich zapach. Wręcz nieopisany smród. Tylko wysiłkiem woli powstrzymałam się, żeby nie zasłonić nosa ręką. Można czytać Dickensa, oglądać filmowe adaptacje jego książek i wyobrażać sobie opisywane przez niego rzeczy, ale dzieci, które stały przede mną, żywcem wyjęte z dickensowskiego sierocińca, cuchnęły wręcz niewyobrażalnie. Najbardziej jednak wstrząsnął mną — gdy z uśmiechem zapraszałam gromadkę dalej do środka — widok wszy na głowach tych dzieciaków. Wielokrotnie miałam do czynienia z zawszonymi uczniami w szkole, w której kiedyś pracowałam. I jak większość matek od czasu do czasu musiałam radzić sobie z tym problemem u własnych pociech. Ale czegoś takiego jak tutaj nie widziałam nigdy. Byłam tym porażona, gdy nachyliłam się, by uściskać dziewczynkę. Jej włosy wyglądały, jakby żyły własnym życiem. Im bardziej się człowiek przyglądał, tym wyraźniej dostrzegał kotłującą się masę pasożytów. Na głowie dziecka powstała istna metropolia wszy.

Nie, pomyślałam raz jeszcze. Powiedzieć „zaniedbane” to zdecydowanie za mało. Zerknęłam na Mike’a i wiedziałam, że jego myśli idą tym samym torem. Co jeszcze odkryjemy?

Rozdział 2

Walcząc z falą mdłości, wprowadziłam towarzystwo do środka i z przyklejonym do twarzy uśmiechem pochyliłam się, by poznać się z dziećmi.

— Ty na pewno jesteś Olivia. — Uśmiechnęłam się serdecznie do przerażonej małej. Podobnie jak brat miała zmatowiałe od brudu, potargane jasne włosy i przeraźliwie smutne, zapadnięte oczy: dwie wielkie plamy błękitu na bladej buźce. — A ty Ashton... — mówiłam dalej, uśmiechając się z kolei do rozczochranego chłopca. Zauważyłam, że choć jego włosy są skołtunione wokół głowy, mają prawie tę samą długość co włosy siostry.

Chłopiec nerwowo pokiwał głową. Skojarzył mi się nagle z dzieciakiem z filmu o II wojnie światowej, który wysiada z pociągu pełnego przestraszonych uciekinierów i za wszelką cenę chce zgrywać twardziela.

— Cieszę się, że mogę was poznać — dokończyłam z szerokim uśmiechem. — Chodźcie.

Wyprostowałam się zszokowana ich drobną posturą. Wyglądali na dużo mniejszych i młodszych, niż wskazywałby na to ich wiek. Zaraz potem zwróciłam się do towarzyszących im dorosłych.

— Miło mi państwa poznać — przywitałam się z mężczyzną i kobietą, wyciągając do nich rękę. Wyplątali się z objęć wciąż uwieszonych na nich dzieci i kolejno uścisnęli mi dłoń. — To mój mąż Mike — dokończyłam prezentację.

Mike przywitał się, po czym rzucił wesołe „cześć” do maluchów, które wyraźnie się skuliły na dźwięk jego głosu.

— Mnie też miło państwa poznać — odezwała się pracownica opieki społecznej. — Tak się zastanawiam... może dzieci gdzieś by sobie usiadły i pooglądały telewizję? Chcecie? — zapytała dwójki podopiecznych. Ashton pokiwał głową.

— Oczywiście — powiedziałam. — Chodźcie, dzieciaki. — Zaprowadziłam je do salonu i włączyłam telewizor. Przerzuciłam kilka kanałów, żeby znaleźć jakąś bajkę.

Mike tymczasem zaprowadził opiekunów do jadalni, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać przy kawie.

Dzieci usiadły blisko siebie na brzegu kanapy. Potulnie odebrały ode mnie sok i herbatniki, które przygotowałam z myślą o nich. Przypominały mi trochę statystów z Nędzników. Starałam się nie myśleć o tym, że ich głowy są tak blisko oparcia. Wszy nie potrafią skakać, pocieszyłam się w duchu, po czym zostawiłam rodzeństwo samo i dołączyłam do dorosłych.

Gdy weszłam do jadalni, Mike nalewał właśnie kawę.

— Proszę, kochanie. — Podał mi filiżankę.

Pracownica opieki uśmiechnęła się do mnie, gdy zajmowałam miejsce przy stole.

— Jestem Anna. Rozmawiałyśmy przez telefon. A to Robert — dodała. — Robert Foster. — Mężczyzna uniósł dłoń na powitanie. — Zajmuje się sprawą tych dzieci.

Mike uporał się już z kawą i też usiadł przy stole.

— A więc — zaczął — co możecie nam powiedzieć o tej dwójce?

— Nie tyle, ile byśmy chcieli — przyznała od razu Anna. — Zajmuję się tą rodziną dopiero od kilku miesięcy. Z tego, co wiem, moja poprzedniczka opiekowała się nimi od sześciu lat, ale niestety teraz przebywa na długoterminowym zwolnieniu lekarskim, więc to dla mnie dość nowa sytuacja. Wiem tylko, że jest jeszcze trójka młodszego rodzeństwa, dzieci dwu-, trzy- i czteroletnie, które umieszczono w rodzinie zastępczej dwa miesiące temu.

— Pięcioro! — wykrzyknął Mike, dając tym samym wyraz temu, co sama pomyślałam. Nie próżnowali.

Anna pokiwała głową.

— Tak, ale to ta starsza dwójka okazała się dla nas problemem. Opieka społeczna aż do teraz nie mogła znaleźć nikogo, kto by się zgodził je przyjąć.

— Czemu zostały odebrane rodzicom? — spytałam. — To znaczy widzę, że są zaniedbane, ale czy tylko o to chodzi? To jedyny powód?

Zarówno Anna, jak i Robert trochę się zmieszali. Tym razem odpowiedział Robert.

— Główny — odparł. — Tak, mniej więcej w tym problem. Poważne zaniedbanie, dość znaczna ilość skarg z różnych stron. Natomiast co do rodziców, to szczerze mówiąc, najwyraźniej nie potrafią zadbać o samych siebie, a co dopiero o piątkę dzieci. Są opóźnieni w rozwoju, oboje. Ojciec dość nieznaczne, ale matka poważne. Zastosowaliśmy więc oczywiście standardową procedurę. Niedługo odbędzie się rozprawa, aby uzyskać nakaz umieszczenia małoletnich w rodzinie zastępczej. Ale w miarę zbliżania się terminu rozprawy zaczęliśmy zwiększać częstotliwość naszych kontroli, a także, rzecz jasna, ich dokładność, i coraz wyraźniej zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wyrządzimy dzieciom krzywdę, jeśli zostawimy je dłużej z rodzicami.

— Ale skąd ten nagły zwrot? — dociekał Mike. — Tego właśnie nie rozumiemy. Czemu teraz, a nie po rozprawie? Co skłoniło was do takiej decyzji?

Mike zadał kluczowe pytanie. Musiał być jakiś powód. Co takiego odkryli, poza wszami, smrodem i bardzo widocznym zaniedbaniem, co kazało im tak nagle zabrać dzieci z domu rodzinnego?

Odpowiedziała Anna.

— Tak jak powiedział Robert, sytuacja po prostu się pogorszyła. I mimo wielokrotnych ostrzeżeń matka nie podjęła żadnych starań, żeby to zmienić. Po prostu nie mogliśmy ich tam zostawić, to wszystko. Nie dawała im jeść, nie myła ich, nie prała ubrań. Głównie tego typu rzeczy. Poza tym dzieci wygrzebywały jedzenie z kubłów na śmieci i kradły drugie śniadanie kolegom ze szkoły. Zasadniczo musieliśmy podjąć jakieś kroki... sami zresztą widzieliście.

Zerknęłam do salonu.

— Biedactwa — westchnęłam. — Są po prostu smutne i przestraszone. To musi być dla nich straszne.

— Tak. Bardzo traumatycznie przeżyły rozstanie z rodzicami. — Zobaczyłam ból na twarzy Anny. To był chyba najmniej przyjemny aspekt jej pracy. „Najmniej przyjemny” to za mało powiedziane: wyglądała na naprawdę przygnębioną. — Nie chciały puścić mamy. Błagały, żeby nie pozwoliła nam ich zabrać. Żeby im pomogła. Okropne...

Anna urwała; widziałam, że do tej pory to przeżywa.

— A co z ich rzeczami? — spytałam szybko, żeby zmienić zarówno ton, jak i temat rozmowy. — Nie mają chyba zbyt wiele, nawet według przyjętych w takich okolicznościach standardów?

— Właśnie — potwierdziła Anna. — Nie mają nic. Dosłownie nic. — Skinęła głową w kierunku korytarza. — Pomagałam się im pakować, więc was uprzedzam, że żadna z ich rzeczy nie nadaje się do użycia. Zresztą to tylko kilka okropnych piżam, zeszmaconych bluz i koszulek, i nic więcej.

Zebrane przy stole osoby zalała wyczuwalna fala smutku. Biedne, nieszczęsne dzieci. Żeby znaleźć się w tak rozpaczliwych warunkach zupełnie nie z własnej winy.

— A więc... — Mike poszedł w moje ślady i próbował nadać rozmowie bardziej optymistyczny ton — powinniśmy wiedzieć coś jeszcze?

— Została kwestia lekarstw — odparła Anna. — Oczywiście wszystkich formalności dopełnimy podczas spotkania... — uśmiechnęła się przepraszająco — ...podczas spotkania organizacyjnego. A tymczasem...

— Lekarstw? — przerwałam jej. — Jakich lekarstw? — Żadne z nas nic na ten temat nie wiedziało, co z miejsca mnie zaniepokoiło.

Sophia, nasza ostatnia podopieczna, cierpiała na rzadką chorobę Addisona, która stanowiła źródło wielu problemów, jakby innych było mało. Musiała przestrzegać ścisłej diety i codziennie przyjmować lekarstwa, a jakiekolwiek odstępstwo mogło doprowadzić do poważnego zaostrzenia choroby. Jak się zdarzało nieraz. Wzdrygnęłam się na wspomnienie stresu, jaki wtedy przeżywaliśmy. A teraz powtórka z rozrywki? Co dolega tej dwójce?

— Ojej. — Anna zaczerwieniła się lekko. — John nic wam o tym nie wspominał? A może to ja zapomniałam mu powiedzieć? U obojga zdiagnozowano ADHD. Ale wystarczy ritalin i po kłopocie — uspokoiła szybko. — Dziś już oboje dostali po tabletce, więc nie musicie się martwić. Właściwie w ogóle nie ma się czym przejmować. Trzeba tylko pamiętać rano o tabletce i tyle. Są oczywiście pod opieką specjalisty, ale zostaną u was tak krótko, że to nie ma dla was znaczenia. Jedna tabletka dziennie i problem z głowy.

Fakt, że dzieci cierpią na ADHD — zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi — nie był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Dawniej jako terapeutka w miejscowym ogólniaku miałam do czynienia z mnóstwem dzieci dotkniętych tym zaburzeniem i dobrze znałam zarówno samą dolegliwość wraz z jej objawami, jak i skutki działania ritalinu — pod wpływem leku dzieciaki zamieniały się trochę w zombie. Ale fakt, w porównaniu z chorobą Addisona ADHD to pestka. Tak czy siak cała się najeżyłam. Nie ma to dla nas znaczenia? Oczywiście, że ma, ty głupia babo! I do tego wyskakuje z czymś takim w ostatniej chwili. Naprawdę wcześniej zapomniała? Nie sądzę.

— No dobrze — powiedziałam z naciskiem. — Coś jeszcze powinniśmy wiedzieć?

— Nie. — Anna najwyraźniej nie zauważyła mojego kąśliwego tonu. — Tak jak mówiłam wcześniej, jutro zjawimy się u was o tej samej porze, żeby przeprowadzić właściwie spotkanie organizacyjne. Przywiozę całą dokumentację i... aha, prawie zapomniałam. Szef prosił, żeby wam to przekazać. — Wyciągnęła z torebki białą kopertę z plikiem dziesięciofuntowych banknotów.

— O, a to co? — Mike wyszczerzył się w uśmiechu. — Dodatek za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia?

— Dwieście funtów. — Anna uśmiechnęła się z pewną nieśmiałością. — Wiem, że to trochę nieprzepisowo, ale możecie je wydać według własnego uznania. To znaczy kupić wszystko, co uznacie za konieczne. Na pewno trzeba zaopatrzyć dzieci w mnóstwo rzeczy.

Trochę nieprzepisowo?, pomyślałam, zamykając kopertę. W istocie. Zwykła procedura zakłada, że kupujemy to, czego potrzeba naszym podopiecznym, po czym przedstawiamy paragony z bardzo szczegółowym wyjaśnieniem, na co i dlaczego wydaliśmy pieniądze. Zwykle mijały całe tygodnie, a czasem i miesiące, zanim wydana kwota wracała na nasze konto. Tak, to było bardzo dziwne. I dało nam obojgu do myślenia. Czemu nam się podlizują? Czy aż tak się boją, że zmienimy zdanie i odeślemy dzieci?

Nie musieli się tego obawiać. Gdy pracownicy opieki społecznej pożegnali się z Olivią i Ashtonem, zrobiłam szybki przegląd żałosnego stosiku w korytarzu. Anna miała raję. W walizce faktycznie znajdowały się dwie brudne, podarte piżamy, zwinięte razem z kilkoma T-shirtami w kolorze mętnej wody ze zmywania naczyń, plus kilka popękanych ramek ze zdjęciami — fotografie zapewne przedstawiały mamę, tatę i całą piątkę rodzeństwa. W worku na śmieci nie znalazłam wiele więcej. Kilka ciuchów, których nie przeznaczyłabym nawet na szmaty do podłogi, pusta butelka ze smoczkiem i duża lalka bez ubrania. Wyglądała jak własność złego chłopca z Toy Story, było w niej coś złowrogiego; połowa głowy wystrzyżona, reszta włosów skołtuniona, wydłubane oczy i ślady długopisu na buzi i ciele.

— To lalka Olivii — szepnął Robert, wychodząc z salonu. — Mała jest do niej bardzo przywiązana. Dostała ją od taty, gdy miała cztery lata. To jej jedyna zabawka. Chłopiec nie ma nic.

— Serio?

— Tak. — Robert zmarszczył brwi. — Serio.

Delikatnie odłożyłam lalkę do worka. Pomyślałam, że to najbardziej wymowna metafora. I to pod każdym względem, jak się wkrótce mieliśmy przekonać.

Rozdział 3

Gdy wróciliśmy z Mikiem do salonu, dzieci siedziały dokładnie tam, gdzie je zostawiliśmy, ale jedna rzecz się zmieniła — zapach. W całym pokoju śmierdziało, więc otworzyłam okna. Biedne dzieciaki. Serce mi się krajało na myśl, że ktoś je doprowadził do takiego stanu.

— No dobra — rzuciłam wesoło. — Co byście chcieli najpierw zrobić? Pewnie zobaczyć swoje pokoje, tak?

Olivia natychmiast spojrzała na starszego brata. Cały czas trzymała go za rękę. Ashton przytaknął.

— A będziemy spać razem? — spytał nieśmiało. — Bo w domu tak śpimy.

Mike pokręcił głową.

— Nie. U nas ty będziesz miał ładny, duży pokój dla chłopca, a Olivia własny pokoik.