MALI MISTRZOWIE. Lewandowski - Wygrane marzenia - Dariusz Tuzimek - ebook + audiobook

MALI MISTRZOWIE. Lewandowski - Wygrane marzenia ebook i audiobook

Dariusz Tuzimek

3,5

Opis

Zanim Robert Lewandowski trafił do Bayernu Monachium i został kapitanem polskiej reprezentacji narodowej, zaczynał jak większość chłopaków – od gry w piłkę na szkolnym boisku. Dariusz Tuzimek w porywający sposób opowiada fascynującą historię zwykłego chłopaka, który talentem i ciężką pracą zrealizował swoje największe marzenia! Dziś Robert Lewandowski uważany jest za najlepszego polskiego piłkarza i podziwiają go miliony ludzi na całym świecie. W książce, oprócz wciągającej opowieści o życiu i pasji piłkarza, młodzi fani piłki nożnej znajdą fotografie z prywatnych albumów rodziny Lewandowskich oraz najlepsze ujęcia z boiska. Dodatkiem są także unikatowe materiały z treningów.

Wyjątkowa, autoryzowana przez Roberta Lewandowskiego, biografia dla młodych fanów piłki nożnej!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 165

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 59 min

Lektor: Robert Michalak

Popularność




Dariusz Tuzimek

Lewandowski - Wygrane marzenia

Saga

Lewandowski - Wygrane marzenia

Copyright © 2016, 2019 Dariusz Tuzimek i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726128277

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Mojemu synowi Antkowi

W pokoju Antka wisi olbrzymi plakat Roberta Lewandowskiego. Lewy własnoręcznie napisał na nim czarnym flamastrem:

Antek,

Trenuj! Graj w piłkę i ciesz się życiem.

Ja też podpisuję się pod tymi słowami: Dzieciaki! Trenujcie, grajcie w piłkę i cieszcie się życiem!

Wstęp, czyli wchodzimy na boisko

Lewandowskiego w Polsce znają wszyscy. Czasem nie używa się jego nazwiska, bo samo imię wystarczy. Wszyscy doskonale wiedzą, o kogo chodzi, choć Robertów w Polsce są dziesiątki tysięcy.

Ale taki jest tylko jeden.

Opowiemy Wam historię Roberta Lewandowskiego. Chłopaka, który na boisku wygrał swoje marzenia. Od dziecka wiedział, że chce być piłkarzem, i robił wszystko, żeby nim zostać.

Dziś jego grę podziwiają już miliardy ludzi na całym świecie. Stał się ikoną futbolu obok takich piłkarzy jak Messi, Cristiano Ronaldo czy Neymar.

Ale zanim został jednym z najlepszych piłkarzy świata, zanim trafił do wielkiego Bayernu Monachium, zanim został kapitanem reprezentacji Polski, zaczynał jak większość chłopców: od meczów na nierównym boisku albo w przydomowym ogródku.

Był dzieciakiem takim jak każdy z Was. Lubił sport i odnosił w nim sukcesy, ale też czasem coś spsocił, czasem dostał kiepską ocenę w szkole albo pokłócił się z siostrą.

Był jednym z tysięcy chłopców marzących o karierze wielkiego sportowca. Dlaczego udało się właśnie jemu? Miał pasję: uwielbiał piłkę nożną i był gotów poświęcić dla niej wszystko. Nigdy się nie zniechęcał. Treningi go nie męczyły, bo je po prostu lubił.

– Piłka towarzyszyła mi przez całe życie. Nawet jeśli moja droga życiowa nie była prosta, to się nie poddawałem. Nie chciałem nawet myśleć, że mogę w życiu robić coś innego, niż grać w piłkę – mówi dziś Lewandowski.

Chcecie poszukać klucza do sukcesu Roberta? Sprawdzić, czemu ten sukces zawdzięcza? Poznajcie jego historię i wykorzystajcie jego doświadczenia. Może przydadzą się Wam w pokonywaniu Waszej własnej drogi na szczyt?

Część pierwsza w domu i w varsovii

Polska to kraj leżący w Europie Środkowej, położony między Morzem Bałtyckim na północy a łańcuchami gór na południu: Sudetami i Karpatami. Dwie największe rzeki to Wisła i Odra, stolicą jest Warszawa. Mieszka tu prawie 40 milionów ludzi. Dla Roberta reprezentowanie Polski na boisku zawsze było wielkim marzeniem. Dziś jest najlepszym piłkarzem drużyny w biało-czerwonych strojach i jej kapitanem.

1

Goleador z ogródka

Wiecie, kto to jest goleador? Tak po hiszpańsku mówi się na zawodnika, który ma dar i dużą łatwość zdobywania goli, a jego znakiem rozpoznawczym jest właśnie strzelanie bramek. Określenie „goleador”, popularne w Hiszpanii i krajach Ameryki Południowej (drugiej po Europie siły w futbolu), przyjęło się już na całym świecie. Zaczęło się od komentatorów telewizyjnych, którzy pożyczyli sobie to słówko od swoich kolegów z drugiej półkuli. A musicie wiedzieć, że nikt tak żywiołowo nie komentuje meczów jak właśnie sprawozdawcy z krajów południowoamerykańskich. Przodują w tym Brazylijczycy, którzy krzyczą do mikrofonu – po portugalsku, bo ten język obowiązuje w Brazylii – szaleją po każdej akcji, łapią się za głowę, a gdy padnie bramka, wołają przeciągle: „Goooooooooooooooooooooooooooooooooool!”.

Ale wróćmy do naszego goleadora. Takim właśnie mianem określa się także Roberta. Lewy jest bardzo skuteczny, zdobywa dużo bramek i zawsze taki był.

Pewnie ciekawi was, jak to się stało, że Robert tak dobrze się nauczył zdobywać bramki? Więc posłuchajcie...

Robert całe dnie spędzał z piłką przy nodze. Nawet gdy wracał do domu i na przykład odrabiał lekcje, piłka leżała pod biurkiem, a stopy naszego napastnika cały czas toczyły ją to w prawo, to w lewo. Tak samo w czasie obiadu. Na stół wjeżdżała zupa, a pod stołem nogi Roberta grały mecz z wymyślonym przeciwnikiem. Czy jego rodzice o tym nie wiedzieli? Pewnie, że wiedzieli, ale... pozwalali mu na to. Miał wspaniałych i wyrozumiałych rodziców. Dużo im zawdzięcza i – co bardzo ważne – pamięta o tym także teraz, gdy jest już dorosły.

Piłką bawił się codziennie, właściwie to było trudno spotkać go bez niej. Pewnie dlatego dzisiaj jest tak dobry technicznie. Nie ma problemów z przyjęciem futbolówki nawet w trudnych sytuacjach. Ma czucie piłki. Godziny toczenia gały pod stołem też zrobiły swoje.

Ale samo czucie nie wystarczyłoby, gdyby nie intensywne treningi. A gdzie było jego pierwsze treningowe boisko? Oczywiście w ogródku przy domu w podwarszawskim Lesznie. Mama miała tam kilka owocowych drzewek, ale dla Roberta liczyło się tylko to, że jest tam trawa i można zrobić bramki. Tłukł piłką w siatkę ogrodzenia godzinami. Bez przerwy.

– Robert! Mam już dość! Tego już się nie da wytrzymać! Ile można! – denerwowała się na brata Milena, która nawet dziś świetnie pamięta ten nieprzyjemny dźwięk piłki uderzającej o siatkę.

Ale Robert niewiele sobie robił z narzekań siostry. Grał dalej, bo przecież postanowił zostać piłkarzem. Możecie sobie wyobrazić, jak wyglądał ogródek jego mamy...

– Latem, gdy jest piękne słońce i dużo bujnej zieleni i kwiatów, wszystkie ogródki w Lesznie wyglądały imponująco. Wszystkie z wyjątkiem jednego, bo w naszym ja ciągle grałem w piłkę, każdego dnia, i wszystko, chcąc nie chcąc, niszczyłem. Trawa i wszystko dookoła było w opłakanym stanie. Ale mama, widząc, ile radości przynosi mi piłka, nigdy mi nie zabraniała grać. Chociaż wiedziała, jak bardzo zniszczę ten ogródek. Mam fantastyczną mamę – opowiada dzisiaj dorosły już Robert.

Ale jako chłopiec musiał czasem posłuchać prośby sąsiadki z domu obok:

– Robert, a może byś tak kopał piłkę jednak w innym kierunku niż mój ogródek, co?

Jak więc widzicie, nawet Lewandowski nie zawsze celnie strzelał...

Wiecie pewnie doskonale, jak to jest, kiedy wychodzi się na podwórko czy na boisko z piłką i nie spotyka akurat żadnego z kolegów... Walenie na pustą bramkę jest strasznie nudne. A dzieci bardzo nie lubią się nudzić. Robert potrzebował zatem bramkarza. Na Milenę nie miał co liczyć. Nawet jeśli zgodziła się z bratem pograć, to na pewno nie tak długo, jak by tego oczekiwał przyszły napastnik reprezentacji Polski. Robert wpadł więc na pewien pomysł.

W tym miejscu muszę wam przedstawić kogoś jeszcze. Otóż dzieci państwa Lewandowskich zawsze chciały mieć psa. W końcu marzenie Mileny i Roberta się spełniło. W domu w Lesznie pojawiła się Koka, suczka rasy bokser. Bardzo żywiołowa i lubiąca spędzać czas z dziećmi... Już się pewnie domyślacie, kto był pierwszym stałym rywalem Roberta?

No jasne. Macie rację.

Gra z Kokusią wymagała niezwykłego sprytu. Robert trenował z nią swoje sztuczki i dryblingi. Robert w lewo – pies za nim, Robert w prawo – pies za nim. Do przodu – pies za nim. Do tyłu – pies za nim. Czasem grali tak intensywnie, że oboje padali ze zmęczenia. Ale nie na długo...

Po chwili odpoczynku Robert ustawiał suczkę w bramce (czyli między drzewkami owocowymi) i próbował strzelać jej gole. Nie było łatwo! Na dodatek musiał pilnować, żeby pies nie przegryzł piłki. Ta na szczęście była niedopompowana i jakoś obyło się bez wielkiego „buuuum!”.

Kokusia pracowała także nad kondycją Roberta. Pomogła mu szczególnie wtedy, gdy po kontuzji próbował wrócić do formy i chodzili razem biegać do pobliskiego lasu.

– Zazwyczaj było tak, że to Kokusia wracała do domu pierwsza, a Robert zziajany za nią. Ale pewnego dnia, właśnie po jednym z takich treningów, Robert przybiegł pierwszy, a zmęczony pies za nim. „Hurra, jestem gotowy!”, krzyczał Robert i widać było, że wyprzedzenie Kokusi dało mu wiele satysfakcji – opowiadała po latach mama Roberta w książce Wojciecha Zawioły Robert Lewandowski. Pogromca Realu.

Lewy jest dziś jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Fani podziwiają go za szybkość, skuteczność pod bramką rywala czy przyjęcie piłki. Ale bardzo istotną cechą Roberta jest też umiejętność minięcia rywala. Już na swoim pierwszym w życiu boisku, czyli w ogródku mamy, ćwiczył zwody i dryblingi. I to przy zastosowaniu najnowocześniejszej techniki!

W nowoczesnym futbolu w wielu klubach (a czasem także w reprezentacjach) stosuje się analizęa· wideo. Mecze (a nieraz także i treningi) są nagrywane przez kamery umieszczone w różnych punktach boiska. Później jeden z członków sztabu trenerskiego (właśnie ten od analizy) omawia z zawodnikami poszczególne nagrane sytuacje meczowe. Pokazuje się zawodnikowi, co zrobił dobrze albo kiedy się mógł zachować lepiej. Że zamiast strzelać na bramkę, mógł podawać lub zamiast podawać, powinien strzelać. Dzięki nagraniom trenerom łatwiej jest wyjaśnić, jak piłkarz powinien się ustawiać, kiedy pośpieszyć się z podaniem lub kiedy szybciej doskoczyć do rywala, żeby mu nie pozwolić na rozegranie akcji. Analiza jest często bardzo szczegółowa.

Oczywiście w ogródku przy domu w Lesznie Robert nie miał tylu kamer i możliwości zrobienia takiej szczegółowej analizy, ale jako sprytny chłopiec ustawił kamerę, tak by nagrywała jego dryblingi i sztuczki. Potem sam (albo z tatą) oglądał swoje filmiki, analizował, zastanawiał się, co poprawić. A jak już jakąś kiwkę dopracował, zaskakiwał nią rywali na boisku, już w prawdziwym meczu.

Prawda, że spryciarz z tego naszego Roberta?

2

Varsovia, czyli szkoła życia

Robert urodził się w Warszawie, ale wychował się w Lesznie, miasteczku położonym 32 kilometry od stolicy Polski.

Tam właśnie rozpoczął swoją przygodę z piłką. Tata Roberta był judoką, ale jako młody chłopak grał też w piłkę nożną w Hutniku Warszawa, a potem prowadził treningi w miejscowym klubie Partyzant Leszno.

Skoro Robert tam mieszkał, a tata był trenerem, chłopak swoje pierwsze kroki skierował oczywiście do Partyzanta Leszno. Trenował tam, czasem grał, ale nigdy oficjalnie nie został zawodnikiem tego klubu.

Gdy Robert miał dziewięć lat, rodzice – widząc wielki talent syna – zdecydowali, że powinien się uczyć gry w Warszawie, gdzie będzie musiał podołać większym wymaganiom niż w Partyzancie Leszno, w którym w zasadzie Robert tylko się w piłkę bawił.

Jak to się stało, że rodzice Roberta wybrali właśnie Varsovię? Szczerze mówiąc, było w tym trochę przypadku, bo zdecydowało dobre położenie klubu w centrum Warszawy i dobry, szybki dojazd z Leszna. A miało to o tyle duże znaczenie, że rytm życia rodziny wyznaczały treningi i mecze zarówno Roberta, jak i jego siostry. Milena – która poszła w ślady mamy – trenowała siatkówkę w Pruszkowie. Dzieci na treningi najczęściej woziła pani Iwona. Kilka razy w tygodniu.

Nikt tego oczywiście nie liczył, ale przez wiele lat uzbierałyby się nawet setki godzin, jakie rodzina Lewandowskich spędziła w samochodzie, przemierzając Mazowsze w trójkącie: Leszno–Pruszków–Warszawa. Tam i z powrotem! To było naprawdę męczące.

Dziś wszyscy widzimy wielkie sukcesy sportowe Roberta, a przecież zanim one się pojawiły, najpierw były wyrzeczenia, niewygody i poświęcenia. Pewnie wielu chłopaków, nawet takich z talentem do piłki, rezygnuje z treningów, bo dojazdy na nie są po prostu męczące. Robert i jego rodzice nigdy nie zrezygnowali i ta konsekwencja została później sowicie nagrodzona.

– Jestem wdzięczny rodzicom za poświęcenie dla mnie i dla siostry. Te dojazdy do Pruszkowa i na Varsovię naprawdę wymagały samozaparcia, a im nigdy go nie zabrakło. Wozili nas chętnie i to nie z nadzieją, że zostaniemy wybitnymi sportowcami, ale dlatego że chcieli, abyśmy spełniali swoje marzenia – mówi dzisiaj Robert.

Robert w Varsovii spędził siedem lat. To był klub, który uczył nie tylko futbolu. Uczył też życia i kształtował charakter. W jaki sposób? Otóż treningi tam nie należały do łatwych i przyjemnych. Były dla... twardzieli. Takich, którzy dla piłki są w stanie wiele poświęcić i nie zrażają się byle czym, na przykład złymi warunkami do ćwiczeń.

Wyobraźcie sobie, że na boisku Varsovii nie było ani ździebełka trawy. Sam piach. „Sahara” – tak mówiono na to boisko i porównanie do największej pustyni świata nie było przypadkowe (czasem mówiono o nim także, że to kartoflisko albo kartoflanka).

Takie boiska dla młodzieży nie były w tamtych czasach niczym niezwykłym, kilkaset metrów dalej takie samo miała Polonia Warszawa. Też piaszczyste i też nazywano je „Saharą”. Ale powszechnie uważano, że kto da sobie radę na takiej „Saharze”, na trawiastym boisku poradzi sobie tym bardziej.

– Gdy śnieg popadał, to taplaliśmy się w błocie, ale nie bardzo było jak się umyć. Klub to były baraki bez ogrzewania i ciepłej wody. Zdejmowałem tylko ortalionowe spodnie i kurtkę, a w dresie, w którym ćwiczyłem, pakowałem się do samochodu. No ale już po przejechaniu trzydziestu kilometrów do domu mogłem się umyć – opowiada ze śmiechem Lewy.

Za to latem na Varsovii unosił się jeden wielki tuman kurzu.

– Mieliśmy w klubie taką większą umywalkę i w niej się powierzchownie obmywaliśmy, a po powrocie do domu i tak trzeba było wziąć prysznic. Ale gdy jest się dzieckiem zafascynowanym piłką, to się o takich drobiazgach nie myśli. I tak, bez względu na to, jakie były warunki, każdy chciał tylko wejść na boisko i grać. Kurz leciał w twarz, oczy szczypały, z ubrań po treningu można było wysypać ze dwa wiadra piachu, ale się nie przejmowałem. Na każdy trening wychodziłem z uśmiechem na ustach. Ta Varsovia trochę mnie zahartowała.

Robert trenował więc w kurzu i na piachu, a po zajęciach przebierał się w starym baraku, który tylko trochę przypominał szatnię. Gdy robiło się zimno, nieszczelne okna i niedogrzane pomieszczenia wymuszały na chłopakach, by przebierali się ekspresowo. Nie mogli nawet liczyć na solidny, ciepły prysznic po treningu. Czasem woda była tak zimna, a chłód w szatni tak duży, że Robert przebierał się w samochodzie w drodze do domu. Kiedy był już starszy i czasem sam wracał do domu autobusem, najpierw musiał się lekko ochlapać pod małym kranikiem, a potem wyjść na mróz.

– Jeśli się dobrze ułożyły autobusy i tramwaje, to na trening z Leszna jechałem półtorej godziny – wspomina dziś Lewy.

Prawdziwa szkoła życia...

Gdy Robert zaczynał grę w piłkę, w Polsce nie było nie tylko tylu boisk czy orlików jak teraz, ale też klubów, gdzie dzieci mogłyby uczyć się gry. Kiedy rodzicom Roberta udało się znaleźć Varsovię, okazało się, że akurat nie ma tam grupy, w której Robert mógłby ćwiczyć z rówieśnikami. Grał więc z chłopakami o dwa lata starszymi od siebie u trenera Marka Siweckiego. I zdrowo dostał w kość. Był niższy i słabszy fizycznie od swoich kolegów. Ale walczył, starał się, jak mógł, byle tylko im dorównać.

Bobek – bo tak nazywali go koledzy i trenerzy z Varsovii – nie miał lekko. Ale w tym czasie Robertowi bardzo pomógł tata. Po meczach analizowali wspólnie, co mógłby poprawić albo w których sytuacjach powinien wybrać inne rozwiązanie. Robert szybko się uczył i z dnia na dzień stawał się coraz lepszy.

W trakcie meczu tata nigdy Lewemu nie podpowiadał, co ma robić.

– Rodzice innych chłopców krzyczeli, ale mój tata nigdy takich uwag mi nie robił – mówi dziś Robert. – Po meczu, już w samochodzie w drodze do Leszna, mieliśmy sporo czasu i rozmawialiśmy o tym, co było złe w mojej grze. Ale na boisku nigdy niczego nie komentował. Stał spokojnie przy linii, nie odzywał się. Nawet się trochę śmiał, że rodzice tak pokrzykują na dzieci z nadmiaru własnych ambicji albo mają pretensje do sędziego. Mój tata tego nie robił. Zresztą pokrzykiwanie na własne dzieci w czasie meczu nie jest fajne. Warto, żeby rodzice wzięli sobie tę uwagę do serca.

W końcu Bobek trafił do nowo utworzonej grupy swoich rówieśników z rocznika ’88. I wiecie co? Od razu okazał się tam najlepszy.

– Może to nieskromne, co powiem, ale gdy przeszedł z tej starszej grupy, to przez pierwszy rok cała młodsza grupa uczyła się od Roberta – wspomina po latach jego mama.

Lewandowski miał od najmłodszych lat dar do strzelania goli, więc występował w ataku. Jego trenerem w nowej grupie był Krzysztof Sikorski, któremu nasz bohater wiele zawdzięcza. Varsovia grała świetnie, wiele meczów wygrywała bardzo wysoko, na przykład 7:0 lub 8:0. Jego drużyna strzeliła 80 goli w sezonie, a – jak twierdzą koledzy z boiska i trenerzy – prawie połowa była autorstwa Roberta! Lewy był najlepszy technicznie i miał niezłe przyśpieszenie.

Bywały takie mecze, w których przy wysokim prowadzeniu Robert wyciągał obrońców poza własne pole karne i ćwiczył na nich sztukę kiwania rywali. Trener Sikorski pozwalał mu na to, bo też lubił te błyskotliwe kiwki Roberta. Udawało mu się ogrywać nawet chłopców o głowę od siebie wyższych. To dodawało mu pewności siebie i jeszcze bardziej zachęcało do odważnej gry. Koledzy z drużyny bardzo wierzyli w Bobka. Byli przekonani, że nawet jeśli im w meczu nie idzie, gol Lewandowskiego pozwoli im wygrać.

– To był świetny chłopak, od początku widać było jego ogromny talent. Czułem, że z niego będzie wielki piłkarz, i się nie pomyliłem. Cieszę się, że miałem szansę z nim pracować, ale ja dołożyłem tylko swoją małą cegiełkę w rozwoju jego kariery. Resztę zrobili jego kolejni trenerzy – mówi skromnie Krzysztof Sikorski.

Prawda, że kariera Roberta – niemal od początku – układała się jak bajka? Patrzycie na niego i myślicie, że grał tylko dobre mecze i zawsze zwyciężał? Nic podobnego. Robert, jak każdy z nas, ma lepsze i gorsze chwile w życiu. Zaraz się o tym przekonacie.

Był taki ważny mecz, który się kompletnie Bobkowi nie udał.

– Robert nie płakał po przegranych meczach – opowiada jego mama. – Czasem poleciała mu łza, ale to raczej wtedy, gdy wiedział, że on sam nie zagrał dobrze. Sam od siebie bardzo dużo wymagał i nie chciał zawieść kolegów.

Więc teraz opowiem wam właśnie o takim nieudanym meczu.

To było spotkanie decydujące o losie mistrzostwa Mazowsza. Patrząc na to, co Robert później osiągnął, jakie wywalczył tytuły, można by pomyśleć, że tamta porażka kompletnie nie miała znaczenia. Nic bardziej błędnego. Dla Bobka i jego drużyny wtedy to był mecz tak ważny, jakby grali o mistrzostwo świata.

Mecz z Unią Boryszew od początku się nie układał, a żeby zachować szanse na mistrzostwo, trzeba było wygrać. Tymczasem po błędzie bramkarza Varsovia przegrywała 0:1. Ale miała w ataku Roberta. Jego koledzy z drużyny i trener Sikorski liczyli na to, że on zaraz coś strzeli.

I Bobek rzeczywiście dochodzi do znakomitych sytuacji. Ma nawet okazję strzelić gola w akcji sam na sam z bramkarzem, ale... fatalnie pudłuje. Po chwili ma kolejną szansę. Mija rywali, którzy już nawet nie są w stanie go dogonić, jednak – znów nie trafia. Ale chłopaki nadal grają piłkę do Bobka, bo przecież nieraz w trudnym momencie ratował golem drużynę i wszyscy wracali do domu w znakomitych nastrojach. Jednak nie tym razem.

Robert znów ma sytuację i po raz kolejny pudłuje. To nie jest jego dzień. Zaczyna tracić pewność siebie, gra nerwowo. Chłopaki zaczynają się niecierpliwić. Krzyczą:

– No strzel coś w końcu!

Trener Sikorski, już po latach, tak opowiada o tym meczu:

– Robert sześciu znakomitych sytuacji nie wykorzystał. W pewnym momencie machnął ręką. Dostrzegłem, że ociera łzy. Był bezsilny. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie, nie strzeli żadnego gola. Przegraliśmy 0:1 i było po mistrzostwie.

Chłopcy z drużyny mieli do Roberta pretensje, ale trener Sikorski wziął go w obronę.

– Wystarczyło, żeby któryś z was pobiegł za nim. Dostalibyście wtedy piłkę i mielibyście pustą bramkę przed sobą. Myśleliście, że on jak zwykle wszystko wam załatwi, jak zwykle za was strzeli?

Trener miał rację. Tłumaczył chłopakom, że piłka nożna jest grą zespołową. A to oznacza, że razem wygrywamy, ale jeśli przegrywamy, to też musimy być razem. Szukanie winnych nie ma sensu, bo przecież każdy chce dla swojej drużyny jak najlepiej. Tylko nie zawsze się udaje. Koledzy Roberta szybko to zrozumieli i już nie mieli do niego żalu.

Ale sam Robert przeżywał tamto spotkanie jeszcze długo. Nie mógł się pogodzić, że zawiódł. Na treningach był smutny, nie odzywał się, nie żartował, trzymał się na uboczu, choć wcześniej wszędzie było go pełno. Potrzebował kilku dni, żeby pogodzić się z porażką.

I wiecie, co mu pomogło? Podczas następnego meczu Bobek strzelił gola – uśmiech wrócił mu na twarz i znów było jak dawniej. Bo tak to już jest, że po przegranej przychodzi zwycięstwo. Trzeba tylko pracować nad sobą, być cierpliwym i się nie poddawać. Pamiętajcie o tym w chwili waszych porażek.

I pamiętajcie jeszcze o jednym. Swoich porażek nie warto rozpamiętywać, bo za jakiś czas okaże się, że nie są tak ważne. Zaraz dostaniecie na to najlepszy przykład.

Gdy po latach spytałem Roberta o to spotkanie z Unią Boryszew, w ogóle go nie pamiętał.

– Naprawdę był taki mecz? W ogóle sobie nie przypominam. Może to jakaś legenda? – dopytuje ze śmiechem Robert. – Był za to inny mecz, w którym nic nie zagrałem i który dobrze pamiętam: o mistrzostwo Warszawy z Pragą Warszawa. Zostałem wtedy dokładnie przykryty przez dwóch rywali i nawet nie zipnąłem. Gdziekolwiek się ruszyłem, tam za mną dwa moje plastryb. Nasza drużyna nie mogła sobie z tym poradzić. Nie byłem w stanie nawet dojść do sytuacji bramkowej, ci dwaj chodzili za mną wszędzie. Myślę, że nawet gdybym potrzebował pójść do toalety, to też by za mną poszli.

Robert miał także inny epizod z nieudanym meczem.

– Nazwy drużyny rywala nawet nie pamiętam, ale to było spotkanie, które ewidentnie mi nie wyszło. Dużo strzelałem, i to nawet celnie, ale bramkarz wszystko bronił. Nic nie chciało wpaść. Przegraliśmy to spotkanie, ale gdy przyszło do sprawdzania legitymacji szkolnych, żeby potwierdzić, ile kto ma lat, to bramkarz rywali... uciekł z szatni przez okno. Był o trzy lata starszy i nie miał prawa grać w naszej kategorii wiekowej! – opowiada Robert.

Dziś Robert jest wielką gwiazdą Bundesligi (ligi niemieckiej), ale niemiecki futbol zrobił na nim wrażenie już w najmłodszych latach. Wiecie co konkretnie?